Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 24-06-2015, 12:08   #8
echidna
 
echidna's Avatar
 
Reputacja: 562 echidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemuechidna to imię znane każdemu
Dialogi stworzone wspólnie z abishai

Ranek w wielu domach w Wiscasset zaczynał się tak samo, od suchości w gardle, światłowstrętu i potwornego bólu głowy. Tego, że i jej dom dołączy do tego mało zaszczytnego grona, April się nie spodziewała. Przynajmniej do wczorajszego wieczoru.

Co też ją podkusiło, żeby niewinny wieczorny kieliszek wina zamienić w całą butelkę przeplecioną dodatkowo piwem z Rossem? Przecież nie była już głupią nastoletnia sikną, która dostaje małpiego rozumu, gdy tylko wyrwie się spod czujnego oka rodziców i dorwie się do ich barku. Lata praktyki powinny były ją nauczyć, że pewnych rzeczy się ze sobą nie łączy, na przykład różnych rodzai alkoholu. No niestety, jak widać nie nauczyły, a może ta wiedza wyparowała jej z głowy pod wpływem zabójczej mieszanki alkoholu i feromonów. W każdym razie za błędy trzeba płacić, nawet szkolne.

W takich chwilach pani Blackburn zaczynała doceniać wiedzę, jaką mimo woli zdobyła przez lata asystowania matce-znachorce. Za młodu nie lubiła tego zajęcia, w sumie dalej tego nie znosiła, a jednak coraz częściej przekonywała się, jak bezcenną jest owa wiedza. Oczywiście prędzej dałaby się poćwiartować, niż powiedziała to matce i dała jej tak wielki oręż do ręki. No ale nikt jej nie mógł zabronić po cichu korzystać z dziedzictwa przodkiń do swych mniej lub bardziej niecnych działań. Stąd też, w przeciwieństwie do innych mieszkańców Wiscasset, których tego ranka dopadł zespół dnia wczorajszego, April miała w zanadrzu znany i sprawdzony sposób walki z tą ciężką chorobą.

Recepturę owego cudownego leku w mniejszym stopniu zawdzięczała wiedzy zdobytej od matki, w większym zaś swemu młodzieńczemu buntowi i duszy eksperymentatora, jaka się w niej odezwała za nastoletnich lat. Starczy powiedzieć, że nie było w domowym zielniku rośliny psychoaktywnej, której działania nie sprawdziła na sobie nastoletnia panna Franklin. Jej badania nie ograniczyły się jednak tylko do używek, a i odmienne stany świadomości z czasem jej się znudziły. Stąd właśnie zrodziło się kilka przepisów na mieszanki o różnych ciekawych właściwościach.

Napar był paskudny w smaku, ale wystarczył jeden jego kubek i długi gorący prysznic, by ból głowy zniknął i wróciła klarowność myśli. Dopiero wtedy kobieta zdecydowała się na swoją poranną kawę i gazetę. W sumie nie wyczytała z niej niczego odkrywczego. Atak niedźwiedzia w lesie, dwie ofiary. Mało szczegółów, dużo ogólników, właściwie nic nowego się nie dowiedziała w tej sprawie. W sumie nie dziwiła się, zbliżał się Festyn, ostatnia szansa dla okolicy na zarobek, nie należało niepokoić turystów. Wszak wypadki zdarzają się wszędzie, prawda?


Nieprzyjemne objawy minęły jak ręką odjął. Dopiero wtedy była, bo była, ale jednak policjantka, zdecydowała się zasiąść za kółkiem. Nie mogła przecież cały dzień wylegiwać się w domu, miała swoje obowiązki.

[media]http://4.bp.blogspot.com/_SWz3013N2As/SLjGg2EShzI/AAAAAAAAAOU/W1QHKAcxPSY/s1600/shut4+003.jpg[/media]

Od pół roku dzień w dzień pokonywała tę samą drogę ze znajdującego się na odludziu domu do centrum Wiscasset, gdzie mieścił się sklepik. Tę samą drogę pokonywała również przed laty, by dostać się do szkoły. Tę samą dosłownie i w przenośni, bowiem okolica niewiele zmieniła
się przez tych dwadzieścia lat z hakiem. Nawet nawierzchnia, sądząc z jej stan, była dokładnie ta sama co ćwierć wieku temu. Trudno się w sumie dziwić, dom państwa Franklin był mocno oddalony od drogi stanowej U.S. 1, głównej arterii nie tylko samego Wiscasset, ale całego południowego Maine. Remont dojazdówki nie był więc priorytetem w miejskiej kasie.

Tak więc April jechała mijając znajome drzewa, kamienie i zakręty. Droga, choć wydawać by się mogło, że opustoszała, wymarła niemal, żyła własnym życiem. Wczoraj zaskoczyła ją pozostawioną na poboczu terenówką straży leśnej, a dziś… dziś uszykowała prawdziwy rarytas, autostopowicza i to nie byle jakiego.

Rozklekotana furgonetka zjechała na pobocze. Nie mniej klasyczna, za to zdecydowanie bardziej działająca, niż auto już tam stojące. Szyba w drzwiach od strony pasażera opadła powoli.
- Kogóż to moje piękne oczy widzą. Matt Constantine we własnej osobie. - kobieta za kierownicą uśmiechnęła się szeroko. - Podrzucić cię gdzieś?
- Dzięki, April.. do miasta.- rzekł wsiadając mężczyzna.- A jak ci się wiedzie? Nie nudzi ci się w naszym małym miasteczku?
- Żartujesz chyba. Z nastolatką pod dachem i sklepem na głowie, pozbyłam się ze swego słownika słów takich jak bezczynność i nuda - szmer opon wykopujących się ze żwirowego pobocza nieznacznie zagłuszył jej wypowiedź, ale nie na tyle, by stała się niezrozumiała.
- Wybacze, ale… jakoś nie mogę sobie wyobrazić ciebie za ladą.- uśmiechnął się ironicznie dyrektor muzeum taksując postać kierowcy wzrokiem.- April ze szkoły, była kobietą stworzoną do… obstawiałem, że po swoim nagłym wyjeździe zaciągnęłaś się do wojska.
- Cóż, ja sobie ciebie nigdy nie wyobrażałam jako dyrektora placówki kulturalnej ganiającego po mieście ze skórzaną teczką i pod krawatem. Raczej obstawiałam, że po liceum założysz jakąś sektę wyznawców czegośtam. - szelmowski uśmiech nie opuszczał jej twarzy.
- Sektę też mam… prywatnie. Urządzamy noce z rozbieranym pokerkiem co piątek. Chcesz się zapisać?- zapytał szelmowsko mrugając okiem.-Bywa ekscytująco… Ta mieścina ma swoje tajemnice, wierz mi.
- Masz własną sektę i jak przedszkolak bawisz się w rozbieranego pokera, zamiast jak porządny sekciarz być bigamistą i odprawiać mroczne rytuały z uświęconym rytualnym seksem w tle? - pani ex-detektyw zacmokała z dezaprobatą uśmiechając się jednocześnie.
- Moja droga.. nie zapełnisz sobie łóżka wiernymi wyznawczyniami, od razu im mówiąc, że cały ten mroczny rytuał służy twojej satysfakcji. Od tego właśnie są stopnie wtajemniczenia.- zaśmiał się Matt i nachylił się by szepnąć cicho.-Najpierw jest rozbierany poker i lizaki na przynętę, a potem… rozbierana orgia i lodziki. A to wszystko podlane mistyczno-filozoficznym bullshitem.
-Lizaki? To ile te twoje wyznawczynie od pokera mają? Trzynaście lat?
- Są pełnoletnie… nie martw się.- zażartował historyk i dodał wesoło choć poważnym tonem.-Lizaki są oczywiście nasączone mistyczną mocą i jakimiś tajemniczymi ekstraktami. A przynajmniej… w to wierzą.
- To wyjaśnia, po co ci te mistyczne ziółka i grzybki ze sklepu mamy - April puściła do niego oko, jednak konieczność patrzenia na drogę uniemożliwiła jej śledzenia jego reakcji.
- Poniekąd, a… ty nie słyszałaś wczoraj lub przedwczoraj jakichś dziwnych hałasów w nocy?- mężczyzna zmienił nagle temat i spoważniał.
- Nie, a co, wyznawczyni ci zwiała w połowie rytuału? - z premedytacją zignorowała jego poważną minę. Lubiła takie przekomarzania i nie zamierzała z tego tak łatwo rezygnować.
- Nie.. po prostu… wiesz… jakiś niedźwiedź szaleje w okolicy. Zaś z moich rytuałów jeszcze żadna nie zwiała.- uniósł się męską dumą Constantine i wzruszył ramionami dodając.-Może powinienem cię na jakiś zabrać, jeśli oczywiście nie przeszkadza ci chodzenie nago przy wielkim guru.
- Jeśli mam być szczera, to coś mi się obiło o uszy. Sean Watson miał z nim podobno jakąś przeprawę wczoraj. Ale nie znam szczegółów. Tyle, co napisali w gazecie. A jak oboje dobrze wiemy, burmistrz Spencer nie dopuściłaby do opublikowania czegokolwiek godzącego w dobre imię miasta na chwilę przed Festynem. Więc nie sądzę, żeby to, co powypisywali w The Lincoln Journal, było przynajmniej zbliżone do prawdy. - pani Blackburn zwietrzyła okazję na dowiedzenie się czegoś więcej, więc darowała sobie dalsze złośliwości. Zamiast tego grzecznie podzieliła się swoją wiedzą. Raz, że tak naprawdę nie wiedziała nic, więc nikomu nie mogła tym zaszkodzić. Dwa, że jak podpowiadały jej lata doświadczenia w policji i na własnym detektywistycznym garnuszku, wymiana informacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A April czuła, że na tej konkretnej wymianie może więcej zyskać niż stracić.
- Bo i nie jest. Nie ma w sumie nic wspólnego z prawdą.- rzucił mężczyzna pocierając kark.-Zabawne, jak wiele tutaj zwala się na wilki, albo niedźwiedzie. I jak rzadko przy tym urządza się na nie obławy. Może to i dobrze, jeśli brać pod uwagę… ale nie chcę cię zanudzać historiami o diable z New Jersey czy wielkiej stopie.
- No ale Wilka Stopa to chyba w Górach Skalistych żyje, a gdzie Góry Skaliste, a gdzie nasze małe przaśne Wiscasset. A i New Jersey jakieś 400 mil stąd, lekką ręką licząc. Trochę daleko jak na migrację mitycznych potworów. - odparła rzeczowo, wyjątkowo zgrabnie maskując rozbawienie.
- Rzecz w tym, że w tych lasach… widywano różne stwory. I nie były one tak milusińskie… sądząc z opisów. Oczywiście mogą owe opisy być przesadzone, ale lasy w okolicy są dość gęste, by mogły kryć jakąś żywą skamielinę z epoki lodowcowej.
- W głębokim jeziorze w północnej Szkocji też widywano różne rzeczy. I też jest ono dość głębokim, by mogło kryć żywą skamielinę. - zakpiła.
- Skoro tak twierdzisz… więc cóż, możesz uznać że niedźwiedź zabił te osoby.- Matt uśmiechnął się spoglądając na April, jak by był oświeconym mędrcem oceniającym, czy ona jest gotowa na jego nauki. Jak by wiedział więcej niż mówił.-To bardzo wygodne uzasadnienie wydarzeń z lasu.
- Zacząłeś ten temat tylko po to, żeby mnie nastraszyć demonicznym niby-niedźwiedziem, czy w jakimś konkretnym celu? - zapytała dość oschle, uznała bowiem, że dalsza dyskusja na temat istnienia sił nadprzyrodzonych z fanatykiem, jakim bez wątpienia był pan Contsantine, nie ma sensu. Zwłaszcza, że ona o ich istnieniu dobrze wiedziała, a on się tym tematem niezdrowo interesował.
- Bo mieszkasz niedaleko, bliżej lasu i ten cały… zielarski interes. Myślałam, że cię to zaciekawi... - zaczął tłumaczyć dyrektor muzeum, po czym przerwał zmieniając temat.-Wróciłaś już na dobre i złe, czy tylko zatrzymasz się u nas kilka lat?
- Czy na zawsze, to nie wiem, ale kto wie, może jutro dopadnie mnie demoniczny niedźwiedź i skończy się moja kariera na tym łez padole. - głos kobiety brzmiał poważnie, śmiertelnie poważnie. Ani trochę nie współgrało to z wesołymi ognikami w jej oczach. - Na pewno na jakiś czas.
- Więc pewnie masz już plany na Festyn?- zapytał niewinnym tonem Matt.
- Mam. Jak za starych, dobrych, młodzieńczych lat będę ukryć się gdzieś przed mamą i pić tanie wino w towarzystwie niegrzecznego chłopca - zaśmiała się. - No dobra, nie do końca jak za młodzieńczych lat, teraz będę się jeszcze ukrywać przed własnym dzieckiem. A ty? - April spojrzała na swego pasażera z ukosa. Czy jego zainteresowanie jej planami na Festyn było czymś podszyte, czy była to zwykła, grzeczna, koleżeńska ciekawość? Nie mogła tego rozstrzygnąć.
- Takie tam sprawy artystyczno-folklorystyczne. Moja dobra znajoma chciałaby wykorzystać muzeum do jakiś rozrywek powiązanych z dawną historią miasta. Zapewne z czasów purytańskich… taka wersja Salem na wesoło.Obgadujemy szczegóły.- wyjaśnił uśmiechając się.- Ale.. z pewnością wyrwę się na tańce pod koniec festynu, jeśli będzie kogo obłapiać na parkiecie. Poza tym… pewnie będę szukał chętnych do wciśnięcia się w stroje z epoki. Ale to jest jeszcze w planach dopiero.

[media]http://media-cdn.tripadvisor.com/media/photo-s/02/1f/56/d7/newkirk-inn.jpg[/media]

Tymczasem furgonetka minęła tablicę wyznaczają granicę miasta i pierwsze zabudowania. Z każdą chwilą zbliżali się do centrum.

- Już prawie jesteśmy. Gdzie dokładnie mam cię wysadzić? - zapytała kobieta za kółkiem.
- W centrum… mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Między innymi holowanie. - rzekł z uśmiechem Matt.- I dzięki za pomoc. Ma u ciebie dług, April.

Droga stanowa U.S. 1 przecinała miasto od południowego zachodu, by w ścisłym centrum skręcać na wschód i dalej, po przekroczeniu rzeki Sheepscot, wieść daleko daleko aż do granicy z Kanadą. O tej porze roku, to znaczy w sezonie turystycznym, pełna była ludzi, ich samochodów i tablic zachęcających turystów do wstąpienia do jednego ze sklepów z pamiątkami, czy knajpek celem zostawienia swych ciężko zarobionych pieniędzy ku uciesze miejscowych.


April nie miała ochoty pchać się w ten największy tłum i ścisłe centrum. Skręciła więc w jedną z bocznych uliczek i zaparkowała pod budynkiem biblioteki kończąc tym samym swą rolę szofera Matta. Dalej mężczyzna musiał sobie radzić sam. Daleko nie miał.

- No i jesteśmy - rzuciła raźno przekrzykując ryk silnika. Nie wyłączała go, gdyż zaraz miała ruszyć dalej, ku swoim sprawom. - Powodzenia z holowaniem no i z tym purytańskim teatrzykiem.
-Dzięki… jak się znów spotkamy, to ci opowiem o postępach!- krzyknął w odpowiedzi mężczyzna żegnając się energicznym ruchem ręki.

April stała na parkingu jeszcze dłuższą chwilę po tym, jak Matt Constanine zniknął za rogiem. Korciło ją, by wstąpić do biblioteki. Nie po to jednak, by wypożyczyć książkę, lecz by zamienić kilka słów z panią i władczynią tego miejsca, Susan Watson. Tak naprawdę nie liczyła na to, że Sean zwierzał się matce z przygód w pracy. Miał czterdziestkę na karku, był już na to zdecydowanie za stary. Nie mniej jednak wplątanie w całą sprawę pani Watson było jakimś sposobem na zaaranżowanie “przypadkowego” spotkania z jej synem. A przecież właśnie o to jej chodziło, o okazję do rozmowy z nim.

Rozklekotana furgonetka odjechała z przybibliotecznego parkingu. April nie lubiła wplątywać w swoje knowania osób trzecich, zwłaszcza tak sobie bliskich jak Susan. Skoro więc nie wykorzystała wszystkich możliwości, a jedynym przeciwskazaniem do załatwienia sprawy wprost, bez owijania w bawełnę, była jej własna niechęć do triumfującego uśmieszku na twarzy Seana, należało poszukać innej sposobności. Może Los już ją dla niej szykował...


Sklepik zielarski, z lekkim poślizgiem, ale jednak wreszcie został otworzony. April miała go dla siebie jeszcze przez dwie, długie i raczej dość nudne godziny, nim matka nazbiera w ogrodzie wystarczająco dużo ziół i będzie mogła ją zmienić.


Póki co sklep świecił pustkami. Klientela jakoś nie waliła drzwiami i oknami. Nie mniej jednak pani Blackburn nie zamierzała się nudzić, zabrała nawet ze sobą z domu książkę, którą miała zamiar wypełnić sobie oczekiwanie na potencjalnych klientów. Nie dane jej jednak było nawet otworzyć wysłużonego tomiszcza, bowiem ledwo skończyła poranne porządki, staromodny, pamiętający pewnie czasy Wielkiego Kryzysu dzwonek u drzwi swoim metalicznym jękiem powitał w ich skromnych progach Hannę Richmond.


Hannah objuczona była zakupami niczym wielbłąd w karawanie na pustyni. Nie przeszkadzało jej to jednak być w szampańskim humorze, co sugerowało, że w torbach próżno szukać składników na obiad, czy domowych środków czystości.

- Oho! Ktoś tu wraca ze spotkania anonimowych zakupoholików. - zaśmiała się April widząc przyjaciółkę.
- Trzeba umieć robić wrażenie na małolatach. -odparła tamta, po czym dodała z lisim uśmieszkiem.-Zrobimy z ciebie elegancką kusicielkę, taką że im szczęki opadną. W tym wieku wszystkie małolaty wyglądają jak lateksowe lale. Żadna konkurencja.
- Nic ze mnie robić nie będziemy. Zgodziłam się z tobą iść, by zaspokoić twoje chore żądze, ale nie zamierzam bawić się w żadne przebieranki.
- Nie gadaj… tylko przymierz.- Hannah wyciągnęła z torby pierwszą lepszą bluzkę w kolorze lazuru niezwykle obcisłą zapewne i z prowokacyjnym dekoltem.-Na duże ryby trzeba odpowiedniej przynęty.
- No ciekawa jestem, w którym kolorowym pisemku dla znudzonych kur domowych to wyczytałaś. Szkoda, że nie czytywałaś ich będąc panną na wydaniu. Może sama złowiłabyś wtedy grubą rybę i nie pakowała mnie w to.

Jeden rzut na bluzkę wystarczył, by April wyrobiła sobie o niej zdanie. Nie zamierzała jej nawet przymierzać, bo jeszcze nie daj boże Hannie by się spodobało i miałaby wielki problem, by się jej pozbyć. Zamiast tego zaczęła przeszukiwać torby w poszukiwaniu czegoś możliwie najmniej zdzirowatego. Szybko okazało się, że jest to skazane na porażkę.

- Zupełnie przypadkiem nie kupiłaś czegoś, w czym nie będę wyglądać jak Vivian Ward w służbowym uniformie? - mruknęła Blackburn z nadzieją w głosie.
- Przesadzasz… tutejszych studencików nie stać na Vivian Ward.- zaśmiała się Hannah, a April natrafiła na coś… na klasyczne czarne jeansy… bardzo ciasne i zwężające się drastycznie w dole. Stworzone by podkreślać pośladki uda i łydki.
- Mnie też nie, więc na jedno wychodzi - odparła pani ex-detektyw z szelmowskim uśmiechem. - A jak tam się nasze pociechy spisywały w nocy? Nie rozniosły ci domu za bardzo - kobieta postanowiła zmienić temat i uciąć dalszą dyskusję o tym jak powinna, a jak nie powinna się ubrać na wieczorne wyjście. Dzieci były do tego idealnym pretekstem.
- Och jak dwa diabełki. Na szczęście znasz mojego tygrysa. Ma rękę do dzieci i jakoś utrzymał je w ryzach. Są teraz w tym wieku buntu, ale nadal potrafią być jeszcze urocze.- zaczęła Hannah a potem niemal składała raport z wybryków ich pociech, okraszany komentarzami na temat kolejnych wyciąganych ubrań. Zdolność do wielotorowej dyskusji była przez nią opanowana do perfekcji i podniesiona do rangi sztuki.
- Jakoś nie mogę sobie Avy wyobrazić uroczą. Urocza to ona była jak miała… no nie wiem, z pięć lat. - zaśmiała się April.
- Nastolatki potrafią być urocze, gdy bardzo bardzo czegoś chcą.- odparła ze śmiechem pani Richmond.- A i potrafią się wygadać przypadkiem. Ponoć Eddie Ross wygląda bosko na porannych treningach?
- Ponoć - odpowiedziała enigmatycznie matka rozgadanej nastolatki.
- Pff… i nic mi nie powiedziałaś? Mogłybyśmy pośmiać wspólnie z jego kaloryferka.- rzekła Hannah nie zdając sobie sprawy z krępującej sytuacji, jaka była niedawno udziałem Rossa i April.
- Już widzę, jak byś się z niego śmiała. Śliniłabyś się do niego na spółkę z naszymi córkami. - odparła nieco złośliwie April.
- No i co… sądząc po twych słowach. Jest do czego się ślinić. Zresztą… Eddie jest kawalerem i ponoć nie miał żadnej dziewczyny na dłużej… Może jest… wiesz… krypto-gejem?
“Z całą pewnością nie” - pomyślała April, ale nie powiedziała tego na głos. Zamiast tego odparła - Nie sądzę.
- Szkoda by go było na geja.- oceniła Hannah, po czym dodała cicho.- A skoro mówimy o ciachach. Ponoć Raul ma wrócić do miasta.
- Raul? - zagadnęła April, a pytanie to mogło wyrażać wszystko, od życzliwego zainteresowania tematem po całkowitą jego nieznajomość.
- Pamiętasz może tego kochanka naszej burmistrzyni, o którym tyle się mówi? Tego ogrodnika? - rzekła Hannah nachylając się cicho.- Nasza przywódczyni dziś rano była u fryzjera. Ani chybi jej latino lover wraca do miasta.
- A on się czasem nie nazywał Ramon? - upewniła się pani Blackburn.
- Rzeczywiście… Ramon.- zastanowiła się Hannah i wzruszyła ramionami.- Zresztą łatwo nie spamiętać jego imienia, gdy podczas rozmowy z nim, w myślach widzi się ich oboje spleconych ze sobą w namiętnym uścisku. W każdym razie, jak go spotkasz… zrozumiesz, czemu wdała się w ten romans.
- Też byś się pewnie wdała w taki romans, gdybyś była młodą wdówką, jak ona.
- Gdyby mój skarb był niewystarczający… to może, ale… nie narzekam. Póki co u mnie w łóżku iskrzy. Nie zdziwiłabym się, gdyby za jakiś czas… nie było kolejnego skarbu w drodze.- odparła z chichotem Hannah lekko się rumieniąc na twarzy.
- Ty to jak baba, zmieniasz zdanie co chwilę. Jeszcze wczoraj mówiłaś, że wystarczy ci dzieci na jakiś czas. Czyżby opieka nad Avą zmieniła to w zaledwie jedną noc? Jak ci za mało dzieci to ja ci chętnie swoje częściej podrzucę. - April zaśmiała się nie mogąc się nadziwić niezdecydowaniu przyjaciółki.
- Bo… Widzisz… czasami zapominamy o gumkach, a tabletek wolę nie brać, bo mi po nich waga się podnosi.- rzekła cicho Hannah czerwieniąc się.-Nie planuje kolejnego dziecka, ale… może być kolejna wpadka.
- Poprzedniej trójki też nie planowałaś - zauważyła April mimochodem.
- No właśnie.- Hannah spuszściła głowę, jak uczennica przyłapana na paleniu papierosów w szkolnej ubikacji. -Ta nasza… spontaniczność.

Dalsza dyskusja toczyła się tym samym torem. Hannah była skarbnicą miejscowych ploteczek o tym kto, z kim i dlaczego. Najwyraźniej nie wystarczyły jej kolorowe pisemka i ogień w jej własnej sypialni. Gdy wyczerpały jej się najświeższe plotki, wróciła do tematu wieczornego wyjścia i znów zaczęła nagabywać April do przymierzenia jednego ze świeżo kupionych fatałaszków. Pani Blackburn czuła, że nie jest w stanie bronić się w nieskończoność, stąd z wdzięcznością przyjęła posiłki w postaci Aidy, która nazbierawszy świeżych ziół, zawitała do swojego szamańskiego królestwa.

Matka zastapiła ją na posterunku, stąd April mogła się ulotnić. Nie oznaczało to jednak dla niej słodkiego lenistwa. Po opuszczeniu sklepu odebrała Avę, podrzucając przy okazji Hannę do domu, a potem razem z córką zrobiła zakupy, w tym na ciasto dla Rossa, o którym Aida ani myślała zapominać. Później razem z młodą zabrały się za porządki w domu, to znaczy Ava sprzątała, a April w tym czasie szykowała obiad.

Powrót Aidy ze sklepu i wspólny posiłek nie oznaczały końca pracy. Seniorka rodu wymyśliła sobie bowiem, że pieczenie dziękczynnego ciasta dla usłużnego strażaka jest wspaniała okazją do zacieśniania rodzinnych więzi. Stąd też wszystkie trzy krzątały się po kuchni, to znaczy Aida siedziała przy stole dyrygując, a April i Ava odwaliły całą robotę. Ale trzeba przyznać, że rezultat wart był wysiłku.


Drzwi wreszcie się otworzyły. Stał w nim Edward we własnej osobie, w stroju niemal adamowym. No może nie do końca, gdyż w biodrach przepasany był ręcznikiem kąpielowym. Nie mniej jednak z pewnością nie licząc ręcznika Ross prezentował jej się jak go Matka Natura stworzyła. A bez wątpienia tego dzieła Matka Natura wstydzić się nie musiała.

- Czyżbym ci przerwała jakąś namiętną schadzkę? - zagadnęła April lustrując gospodarza od stóp do głów nie bez własnej przyjemności.
- Eeee nie.. wybacz… eee.- Edward się zaczerwienił wpuszczając gościa do środka. - Tylko się szorowałem po akcji. Mały pożar, ale dymu było sporo. Chyba olcha tak dymiła.

Pozlepiane wodą włosy potwierdzały jego słowa. Trzeba przyznać, że czuprynę strażak miał zachwycającą. Niczym Dereck Sheperd z jednego z jej ulubionych seriali. Aż chciało się zanurzyć palce.

- Załóżmy, że ci wierzę - zaśmiała się mijając go w drzwiach. - Nie martw się, zaraz będziesz mógł wrócić do szorowania. Ja tylko na chwilę. Przyniosłam ci małe co nieco w podzięce za pomoc. - mówiąc to podniosła ciut wyżej trzymany w rękach placek. Tak na wszelki wypadek, żeby rozwiać wątpliwości co do istoty “małego co nieco”, gdyby ewentualnie jakieś zrodziły się pod tą boską czupryną.
- Ale nie trzeba było…- napiął muskuły prawej ręki prezentując je przed April. - Taka wycinka dobrze robi na krzepę. Zresztą… wyszło niezręcznie na koniec, więc ja powinienem przeprosić ciebie. A nie ty mi dziękować.
- No może, ale skoro już upiekłam, szkoda, żeby się zmarnowało. A i odrobina węglowodanów nie zaszkodzi takiemu dużemu i silnemu mężczyźnie jak ty.
- Może spróbujesz ze mną. To ciasto jest idealne dla dwojga.- zaproponował Eddie.
- Może innym razem. Jak mówiłam, ja tylko na chwilę, mam jeszcze parę spraw do załatwienia dziś - skłamała gładko kobieta. Wolała nie kusić Losu i nie prowokować więcej takich sytuacji jak wczoraj w ogrodzie.
- Szkoda… - Edward wyraźnie się tym zmartwił, wyglądał niczym małe szczeniątko.. smutne szczeniątko. Niemniej wstąpiła w niego nadzieja.-Może jutro dasz się zaprosić na kawę?
- No dobrze, wstąpię jutro na kawę. Kawy i pacierza nie odmawiam nigdy. - zażartowała kobieta uśmiechając się po szelmowsku. - A teraz naprawdę muszę lecieć.
- Jasne i wybacz że cię przyjąłem tak nieubrany.- choć to akurat był atut i pokusa tego spotkania. Jego rozgrzane ciało opływające kropelkami wody, działało pobudzająco na wyobraźnię. Tutaj też aż chciało się zaprząc ręce do działania.


Sprawy do załatwienia, którymi wykpiła się od kawy u Rossa w sumie nie były nawet takim dużym kłamstwem. Wszak była umówiona z Hanną na wieczór. Chociaż trudno jej było wybrać, która z tych dwóch opcji była lepsza, a właściwie - która była gorsza. Wieczór z przyjaciółką śliniącą się do wszystkich samców w okolicy, a wobec obrączki na palcu blokującej realizację jej fantazji o flircie z młodym, jurnym turystą, zmuszającą do tego ją samą? Czy kawa z przystojnym strażakiem, który też za pewne miał wiele ciekawych fantazji i też za pewne widział w ich realizacji miejsce dla April?
 
__________________
W każdej kobiecie drzemie wiedźma, trzeba ją tylko w sobie odkryć.

Ostatnio edytowane przez echidna : 04-11-2016 o 21:59.
echidna jest offline