Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 20-01-2017, 16:47   #3
Lunatyczka
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8484 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Wdowa po Księciu Norfolk była spóźniona. Chyba nigdy nie udało jej się zjawić na czas, na proszonym przyjęciu czy obiedzie. Ostatnie dwa lata spędzone w Nowym Świecie i w Ameryce Południowej z dala od zegarów i przejmowania się czasem tylko uwydatniły tą cechę. Miała szczęście, że zdążyła na pociąg z Oxfordu do Londynu. Z Franzem miała się spotkać już na miejscu, a jej bagaże wraz z pokojówką miały pojechać osobną taksówką do jego posiadłość. Tak było łatwiej i wygodniej, dlatego teraz Eleonor z zaróżowionymi od mrozu policzkami witała się się z gospodarzem i jego uroczą małżonką. Długie, powoli wychodzące z mody włosy miała luźno upięte i kilka niesfornych blond kosmyków wymknęło się spod kontroli, luźno falując wokół jej skroni. Nienachalna kolia oplatająca jej szyję zamigotała szlachetnymi kamieniami gdy padało na nią światło lamp. Choć fryzura wydawała się zeszłoroczna, suknia była zgodna z kanonem obowiązującej mody. Granatowy, lekko połyskujący srebrzyście materiał podkreślał błękit oczu, obniżona talia sukni nadawała jej sylwetce lekkości, a kończący się niewiele za kolanem materiał odsłaniał zgrabne łydki. Z tacy przechodzącego obok kelnera wzięła kieliszek, na serdecznym palcu prawej dłoni, diamentem i szafirami mignął pierścionek, rozglądała się w poszukiwaniu znajomych jej twarzy.
Carter pokręcił się chwile po sali witając znajomych i przyjaciół aż w pewnej chwili spostrzegł samotnie stojącą przy małym stoliku Eleonore. Nogi same poniosły go w jej stronę, nie mógł wręcz oderwać od niej wzroku. W jego oczach była ona niemalże aniołem, a drobne niedoskonałości czyniły ją jeszcze piękniejszą gdyż z ulotnej estetycznej istoty czyniły ją kobietą. Cartera ostatni raz widział Lady FItzalan-Howard trzy lata temu, gdy wraz z swym mężem przyjechała na jedno z spotkań Orient Clubu choć i już wtedy był w niej zauroczony honor nie pozwolił mu uzewnętrznić tego uczucia. Spoglądając na nią George odczuwał mieszaninę skrajnych uczuć i nie wiedział czy wieczór ten będzie mógł uznać za udany widząc perspektywę spędzenia tego dnia z mężem swej wybranki.

- Witam Lady Norfolk - powiedział zbliżając się od boku do Eleonory, a gdy ta odwróciła się złożył jej, niemalże przesadnie, głęboki ukłon - To wielka przyjemność móc znowu Cię spotkać. Zwłaszcza przy tak pięknej okazji-
Twarz Eleonor rozpromienił uśmiech na widok twarzy, która była jej miła.
-Sir Carterze, ten tytuł nie należy już do mnie i wątpię by nowej księżnej Norfolk spodobało się tak szafowanie przynależnym jej tytułem - odpowiedziała konspiracyjnym szeptem i roześmiała się cicho. Wiele wody upłynęło i była Księżna Norfolk potrafiła rozmawiać o całej sprawie z uśmiechem na ustach.
- Cieszę się, że mogę zobaczyć Cię w dobrym zdrowiu – dodała dopełniając etykiety po czym zapytała, na chwilę uciekając spojrzeniem od Georga – Nie widziałeś gdzieś Rity? Ona i Franz mieli tu być dzisiaj.
Carter za naprawdę był dziś wielkim szczęściarzem nie dość, że kobieta stojąca przed nim okazała się nie być już zamężna, to po zaledwie chwili rozmowy odwróciła wzrok od osoby Georga, który stał z miną którą spokojnie można było opisać słowami “najgłupszy wyraz twarzy stycznia 1923”.

- Niestety Lady, sam także dopiero przybyłem. - powiedział po chwili jak wyrwał się ze stuporu, a potem dodał jeszcze poważniejszym tonem - Pragnął bym złożyć Ci także kondolencje moja Pani i mam nadzieję iże wybaczycie mi opieszałość -
- Pragnęła byś ich poszukać Pani ? A może wolałabyś na razie spróbować specjałów przygotowanych przez kucharzy Księcia ? Słyszałem, że szefa kuchni sprowadził on aż z słonecznej Italii.

Przetarła zmęczone oczy spoglądając w swoje odbicie. W kąciku ust wciąż miała resztki rubinowej szminki, którą kupiła w Nowym Yorku nim opuściła Nowy Świat. Nie była tak zmęczona, jak mogłaby przypuszczać. Zdrowy rozsądek, który podpowiedział by w noc sylwestrową trzymać się jedynie szampana, okazał się mieć rację. Szum w jej głowie był ledwie zauważalny i niemalże niedokuczliwy. Mimo to cienie pod oczami były oznaką wczorajszej zabawy. Starzała się. Oparła łokcie o lśniący, czysty blat stolika, na którym stało niewielkie lusterko. Przyglądała się sobie z lekkim niezadowoleniem. W końcu jednak westchnęła i odwróciła się do Anny, swojej pokojówki, która przyjechała z nią z Oxfordu.
- Przygotuj mi proszę sukienkę, tę czerwoną z Paryża. Do tego czarne byty, na tym wyższym obcasie i tą absurdalną ozdobę na głowę – na wzmiankę o nowej modzie w kwestii fryzur i przyozdabiania głowy Eleonor przewróciła oczami. Nigdy tego nie zrozumie.

Wyglądając przez okna auta młoda kobieta obserwowała ośnieżony Londyn. Śnieg w Anglii był czymś niemalże niespotykanym i zawsze zachwycał Eleonor tym jak pięknie przyozdabia okolice. Franz i Rita rozmawiali o czymś, jednak była księżna Norfolk zupełnie ich nie słuchała. Nie dlatego, że nie chciała, bo lubiła towarzystwo tych ludzi, ale wczorajszego wieczora chyba zachłysnęła się byciem w towarzystwie i potrzebowała choć chwili wytchnienia. Jej myśli błądziły od Ameryki Południowej gdzie spędziła ostatnią zimę, poprzez salony Nowego Świata i seanse spirytystyczne, których po namowach podjęła się przeprowadzić, aż kończąc na wczorajszym wieczorze i dawno niewidzianych twarzach. Wielu z gości na wczorajszym balu ostatni raz widziała podczas pogrzebu Henrego. To nie były miłe dla niej wspomnienia i choć potrafiła już mówić o tym z uśmiechem, gdzieś w środku pozostał kawałek lodu, który nie chciał stopnieć. Bezwiednie obróciła na palcu ślubny pierścionek, a na jej wargach pojawił się smutny, dodający jej tylko uroku uśmiech.


Mimo powierzchownej pewności siebie i ciepłych słów jakimi obdarzała swoich rozmówców Eleonor niedobrze czuła się w tłumie. Odzwyczaiła się od tego będąc w dusznych i wilgotnych lasach Ameryki Południowej. Górskie ścieżki i tajemnicze kotliny ukryte wśród szczytów i dolin Andów wołały ją. Wystarczył jej jeden dzień w Londynie i kilka tygodni w Oxfordzie by znów zatęsknić za podróżami. Eksponaty, jakie przywiózł ze sobą sir Alfred Percival Maudslay zachwycały, czasem przerażały, ale przede wszystkim pobudzały wyobraźnie i sprawiały, że serce spragnione przygody chciało się wyrwać z klatki jaką były konwenanse wyższych sfer.
W czerwonej, suki przyozdobionej gdzie nie gdzie cekinami tworzącymi nieokreślone kształty, z luźno upiętymi blond włosami, czarnymi koronkowymi rękawiczkami sięgającymi jej łokci i nowomodnym piórem we włosach wyglądała jak na damę przystało. Przechadzała się wśród eksponatów z powolną gracją przez co chwilami wydawała się zupełnie eteryczna, jakby nie była we właściwym miejscu, jakby myślami była zupełnie gdzie indziej. Tylko kiedy co jakiś czas łapała się ramienia Franza przy co bardziej makabrycznych malowidłach powracała świadomością do ciała.
- Och tak, kryształowa czaszka również i mnie zachwyciła. Nie udało mi się takiej zobaczyć w Ameryce – odpowiedziała Franzowi z rzeczywistym wyrazem zainteresowania na młodej twarzy. Pochyliła się nad czaszką by ją dokładnie obejrzeć – Bądź pewien Franz, że starożytne ruiny Majów i Inków skrywają jeszcze wiele tajemnic, a ten kto je odkryje będzie pobłogosławiony – Eleonor nie była religijna, jednak to słowo dobrze oddawało to co chciała przekazać. Wymieniła jeszcze kilka uwag z przyjacielem swojego zmarłego męża i opowiedziała nawet jedną anegdotkę, jak to zgubiła cały swój bagaż podczas jednej z podróży i musiała tydzień chodzić w pożyczonych ciuchach od pewnego doktoranta z Cambridge, który akurat miał szczęście być częścią wyprawy, w której i ona brała udział.


Nie miała bladego pojęcia, że tylu jej przyjaciół zna profesora Smitha, dlatego wyraz miłego zaskoczenia spotkał Georga Cartera i hrabiego Zamoyskiego kiedy zobaczyła ich rozmawiających ze Smithem. Ona znała się z nim tylko listownie, niegdyś profesor utrzymywał kontakty z jej ojcem, ale ona nie miała przyjemności poznać go osobiście. Zainteresowania Smitha, która ostatnimi czasy skierowały się ku parapsychice sprawiły, iż zaczął wymieniać regularną korespondencję ze znaną spirytystką. Chętnie przyjęła zaproszenie na kolację, tym chętniej, że wiązało się to z opuszczeniem dużego tłumy, a miłym posiłkiem w towarzystwie dobrze jej znanych osób.

Zupełnie nie zwracała uwagi na tłum wokół nich. Cała jej uwaga poświęcona była towarzystwu, z którym miała przyjemność spędzać wieczór. Gdy Smith zaprosił ich na swój wykład, choćby chciała, nie mogła odmówić. Nie musiała jedna udawać, z wielką przyjemnością przyjęła zaproszenie i od razu potwierdziła swoje przybycie. – Nie ominęłabym tego wydarzenia, za nic profesorze.

Nie powiedziała tego na głos, ale liczyła po cichu na to, że Franz pozwoli jej zostać do tego czasu w swojej posiadłości. Nie było sensu wracać do Oxfordu. Kiedy zaś Austriak zaproponował, coś co nazywał kuligiem wyregulowane brwi Eleonor powędrowały w górę.
- czy przy takim mrozie to rzeczywiście dobry pomysł? – wyraziła swoje obawy co do pomysłu von Merana. Oczywiście na pewno on i Rita przekonają ja do tego pomysłu, ale nie byłaby sobą, gdyby jej zdrowy rozsądek nie dał o sobie znać.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 21-01-2017 o 11:39.
Lunatyczka jest offline