Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 09-07-2017, 11:02   #41
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1165 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Elon Musk schował twarz w dłoniach. Po policzkach spływały mu łzy. Na ekranach, podwieszonych w centrum kontroli lotów widać było nędzne resztki rakiety, która miała wylądować na barce, a zamiast tego zrobiła w niej malowniczą dziurę.
- Wykończą mnie te sukinsyny... I jak ja teraz dostanę granty rządowe - zaskamlał do siebie - Wyłączyliście chociaż transmisję?!
- Tak, Elonie! - odezwał się jeden ze sług boga człowieczego - Napisaliśmy, że transmisję przerwano ze względu na złe warunki atmosferyczne, a jutro rano puścimy resztę wyrenderowaną w CGI. Udziałowcy się nie zorientują nic a nic!
Musk z roztargnieniem kiwnął głową. Lata mijały, a on wciąż nie był blisko celu. Dobrze, że chociaż miał powodzenie w bajerze...
- Mój panie! - tłuścioch w koszulce z napisem "In Musk we trust" upadł na kolano przy swoim mesjaszu i pocałował go w rękę - Przy furcie jest jakiś dziad! Mówi, że chce się z panem spotkać!
- A, daj mi spokój! - skrzywił się Elon.
- Panie mój, ten kloszard mówi, że uciekł od NASA i szuka u nas azylu!
- Aj waj - stęknął bóg - No dobra, prowadź.

Przy furcie rzeczywiście stał stary, obdarty dziad. W prawej ręce trzymał walizkę ze skóry krokodyla. Na nosie miał przekrzywione okulary, sam szczyt mody z lat trzydziestych, które nadawały mu lekko profesorskiego wyglądu. Reszty dopełniało paletko przeżarte przez mole i sandały ze skarpetami założonymi na nogi.
- Spieprzaj dziadu! - Elon zacytował klasyka, widząc czającą się przy drzwiach kreaturę.
- Oj, Elonie, Elonie! - dziadyga pokiwał palcem - Nie tak się wita swojego dobroczyńcę!
- My się znamy? - Musk zrobił zdumioną minę.
- Nie znamy się, ale się poznamy. Jestem Pan Soczewka, specjalista napędów rakietowych, astronauta i mistrz szachoboksu w wadze ultralekkiej!
Elon spojrzał w świdrujące go świńskie oczka kloszarda. Zobaczył w nich ostateczną granicę; nowe światy i nieznane cywilizacje. Zobaczył w nich chęć, by odważnie zmierzać tam, dokąd nie dotarł żaden człowiek. Nim się spostrzegł, już wyciągał rękę do tego proszalnego dziada, zapraszając go do swojego rakietowego królestwa.
I tak, Pan Soczewka został głównym inżynierem projektu marsjańskiej rakiety. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata. Soczewka wniósł w projekt ożywienie i nietypową myśl techniczną w postaci mieszanki paliwowej dwubiedanu gównianu i reaktora napędu nadświetlnego bazującego na pierwiastku chrzanu. Prace szybko się posuwały i wkrótce, pierwszy z prototypów stanął na platformie startowej.
- Elonie! - zagaił Pan Soczewka do kimającego w fotelu boga. - Elonie, zbudź się!
Musk pomału otworzył oczęta. Soczewka wpatrywał się w niego hipnotycznym spojrzeniem, które stosował jeszcze w czasie pracy w podstawówce, kiedy przesłuchiwał dzieciaki, które notorycznie wrzucały petardy do kibli.
- Tak, panie profesorze? - wystękał bóg.
- Elonie, pomogłem ci opracować prototyp rakiety. Beze mnie daleko byś nie zaleciał, z tym szrotem jaki tu miałeś - Soczewka pokręcił głową z dezaprobatą - Ale teraz musisz zapłacić za pomoc, którą ci ofiarowałem.
- Ile?
- Nie ile tylko jak. To ja muszę polecieć w pierwszej rakiecie na Marsa! - krzyknął mu w twarz Soczewka - Nikt inny, tylko ja!
Elon z wrażenia spadł z sofy. Wstał i nerwowo się otrzepując, zmierzył pana Soczewkę wzrokiem.
- Ty?! Przecież ty masz ze sto lat! Nie nadajesz się do podróży tramwajem na drugi koniec miasta, a co dopiero na Marsa!
Soczewka sprzedał mu lepę w dziąsło na odmułkę.
- Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał! Sześć tysięcy lat temu moi przodkowie przybyli tutaj z planety Nibiru, aby wydobywać złoto, które było nam niezbędnie potrzebne do życia. Ponieważ szlachta nie pracuje, do wydobywania kruszcu wykorzystaliśmy rasę małpoludów, którą znaleźliśmy na tym zapchlonym globie. Przy okazji trochę ich podrasowaliśmy tu i tam, w innych miejscach poszliśmy na łatwiznę... Sam przecież wiesz najlepiej. Wasza ślepa kiszka, to wynik dwutygodniowego chlania na statku matce. W każdym razie, kiedy moi rodacy odlatywali, ja zostałem żeby przypilnować interesu. Niestety, z wiekiem popadłem w alkoholizm i sprzedałem na złom statek, którym miałem wrócić na Nibiru.
- Ale przecież tą rakietą też tam nie dolecisz!
- Wiem, matole! - zagrzmiał Soczewka - Ale na Marsie mam schowaną zapasową furę. Polecę rakietą, przesiądę się i już jutro będę się bawił na Nibiru a nie tutaj... Ech, Elon, na Ziemi jest jak w lesie! Co ja mówię w lesie! Jak w chlewie obsranym gównem!
To mówiąc, wzburzony Soczewka opuścił pomieszczenie, zostawiając zszokowanego Muska własnym myślom.

Nadszedł wielki dzień. Rakieta stała gotowa do lotu, z megafonów słychać było odliczanie do startu, a pan Soczewka siedział w rakiecie, wiercąc się nerwowo na siedzeniu.
- Panie Soczewka, czy jest pan gotowy do startu? - usłyszał w słuchawkach.
- Pewnie! - odparł - Nie mogę się już doczekać, aż opuszczę ten prowincjonalny...
Huk odpalającej rakiety zagłuszył tyradę Soczewki na temat globu, na którym spędził ostatnie cztery tysiąclecia. Przeciążenie wbiło profesora w fotel. Za oknem przelatywały chmury. Po chwili niebieskie niebo zaczęło przeradzać się powoli w czerń kosmosu.
Pan Soczewka odetchnął. Wreszcie był wolny. Udało mu się.
W tym momencie poczuł wstrząs. Coś złapało jego rakietę. Wyjrzał przez okno i z przerażeniem zobaczył ogromny statek kosmiczny z wymalowaną gwiazdą Dawida na burcie.
- Ożesz w mordę, to tak się można było dorobić na tym całym Hollywoodzie?! - jęknął do siebie.
- Panie Soczewka! - usłyszał w głośnikach - Tu Gwiezdna Flota Izraela. Jest pan zatrzymany za swoje zbrodnie na narodzie żydowskim! Myślałeś że uciekniesz, ale Mossad dopadnie cię nawet w kosmosie!
Soczewka zaczął się odpinać od pasów, gotów do walki z żydowskim oprawcą, ale w tym momencie usłyszał syk w kabinie. To był gaz paraliżujący.
- Elonie i ty przeciwko mnie?.. - zdołał wyszeptać, po czym zgasło światło.

Pan Soczewka ze smutkiem przechadzał się po ciasnej celi. Wspominał stare, dobre czasy, kiedy pracował w kompleksie Riese przy niemieckich projektach Haunebu i Vril. Ech, to były piękne dni. Niewolnicy nie narzekali, ale robili co do nich należało, aż do utraty sił. Ciężka praca umysłowa Soczewki od czasu do czasu przerywana była radosnym polowaniem na Żyda. A w niedzielę był Scheisswurst i Schnaps na kolację i Marlene Dietrich w radiu.
Ale to było już dawno i nieprawda. I Pan Soczewka nie nazywał się wtedy Soczewką, ale był zwany
herr doktorem von Linse.
A potem przyszły gorsze czasy. Czasy w których zabytkową willę musiał zamienić na skromne m2 w bloku z wielkiej płyty, mercedesa na Syrenkę, a pracę przy projektach pojazdów kosmicznych na robotę woźnego w Szkole Podstawowej w Radomiu. Nawet swoje aryjskie rodowe nazwisko musiał zmienić na swojsko brzmiącego Bohdana Soczewkę. Zaś po zmianach ustrojowych, uzależniony od szachoboksu i bierek, zdziadział już zupełnie i popadł w ciężkie długi.
I tak skończyła się jego historia, a teraz trzeba się było przygotować na stryczek.
Z westchnięciem położył się na pryczy i przymknął oczy. Wydawało mu się, że śniła mu się kampania wrześniowa, bo słyszał niemieckie krzyki i jęki pomordowanych. Obudził go straszny huk; w panice spadł pod łóżko. W ścianie celi ziała otwarta dziura. Wyjrzał przez nią powodowany ciekawością i zobaczył żołnierzy Wehrmachtu biegających po dziedzińcu. Gdzieniegdzie leżały trupy wartowników a większa część więzienia płonęła. Natomiast na środku stał latający spodek z niemieckimi krzyżami wymalowanymi na bokach.
- Herr doktor! - klapa Haunebu otworzyła się i niemiecki żołnierz który z niej wyjrzał zamachał zapraszająco do Soczewki – Proszę na pokład! Trzeba rozwiązać ostateczną kwestię!
Pan Soczewka niewiele myśląc pobiegł w stronę latającego talerza.
Znowu był wolny.
Znowu leciał w kosmos!

Właśnie przypadkiem byłem w tym mieście
I tam Haunebu ujrzałem wreszcie.
Tam powitałem pana Soczewkę,
Za jego zdrowie piłem nalewkę.
Sam Fuhrer order nadał mu w niebie,
Tłumek nazistów krzyknął "Lang lebe!"
I w całej bazie była euforia,
Ale to całkiem inna historia...


 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem