Wątek: Id Inferno
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 26-01-2019, 14:31   #7
kanna
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10198 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
1.
Co się z nią działo? Jak mogła się tak zachować względem dzieci? Czy to napięcie ostatnich dni, czy jednak zachwiane poczucie bezpieczeństwa? Kłamca. Słowa dziewczynki wżarły się jej w mózg, nie mogła ich usunąć. Wypaliły ślad na zwojach jej pamięci. Kłamca. Kłamca. Czy to możliwe? Jej Frank… Wszystko co budowała tyle czasu… Poczucie winy odzywało się coraz silniej, i silniej odsuwając myśli o Franku.
Wstała i weszła na górę.

Peter i Rebbeca bawili się razem, cicho i spokojnie, w kącie pokoju. Jasny znak, ze coś było nie ok. Dzieci rzuciły na nią niespokojne spojrzenie.
Jessica usiadła na łóżku.
- Chodźcie do mnie – powiedziała.
Dzieci poderwały się, usiadły po obu jej stronach, wtulając się w matkę.
- Przepraszamy mamusiu – pisnęła Rebbeca. – Już nie będziemy…
- Nie kotku, nie musisz przepraszać. To ja zachowałam się nie w porządku. Nie powinnam była krzyczeć. Przepraszam. Bardzo was kocham.
- My też cię kochamy
– zapewniały dzieci jedno przez drugie. – Kocham cię zawsze, nawet kiedy krzyczysz. – dodała Rebbeca. Jessica rozpoznała swoje własne słowa.
- Choć to było mega słabe – dodał Peter, a potem szybko poprawił sam siebie, pomny wcześniejszych nauk matki. – Zachowałaś się mega słabo, mamo.
- Wiem synek.
– zapewniła go. – Jeszcze raz was przepraszam. Czytamy?
- Tak!
– Rebbeca już skakała po łóżku. – Mary Poppins!
Peter łaskawie zgodził się na wybór siostry.

3.
Ranek dłużył się niemiłosiernie.

Wczoraj Frank wrócił nie wiadomo kiedy i Jessica nie miała już siły na wieczorną rozmowę. Ba, nie miała nawet siły żeby po prostu na niego nawrzeszczeć. Teraz tego żałowała, przy dzieciach nie dawało się rozmawiać, więc odgrywali tą szopkę. Jessica czuła narastające rozgoryczenie i złość.
Dzwonek do drzwi i dźwięk jej telefonu przerwały ten poranny, żenujący spektakl.
W końcu.

4.
Rozmowa z detektywami zdenerwowała ja. Prawie czuła metaliczny posmak strachu w ustach. Ramirez spotkał jąa na plaży, niedaleko domu. Mógł wiedzieć, gdzie mieszka. Mógł ją śledzić. Mógł widzieć dzieci.

Nie bała się o sobie – miała głębokie przekonanie, że poradzi sobie w przypadku konfrontacji z mężczyzną. Ale na myśl o tym, że mógłby coś zrobić jej dzieciom.. Panika przelewał się przez jej ciało. Musi zabezpieczyć dzieci, póki policja nie złapie Ramireza.

Sięgnęła po komórkę, ale zanim zdążyła wybrać numer, aparat ożył, . Dźwięk był nieprzyjemny, naglący, choć przecież sama go wybierała… ręką zaczęła jej drżeć, potrzebowała kilka sekund żeby się opanować. W końcu kliknęła zieloną słuchawkę.
Wysłuchała pani Graham, potem małej. Myśli wirowały. Esther. Bette. Kłamca. Ramirez. Dzieci. DZIECI!

- Cieszę się, że Esther już dobrze się czuje - powiedziała w końcu. – Oczywiście przyjadę, ale na razie nie dam rady. Będziemy w kontakcie.
Rozłączyła się, nie czekają na odpowiedź.

Wybrała numer Franki i w napięciu czekała. Jeden, sygnał, kolejny, kolejny…
Odebrał.
- Tak? - wyczuła smutek w głosie męża, a może tylko zmęczenie?
- Coś się wydarzyło - mówiła szybko, jakby w obawie, że Frank się zaraz rozłączy. - Była u mnie policja… mój pacjent zabił matkę i jeszcze kogoś. On może wiedzieć, gdzie mieszkamy. Trzeba wywieźć dzieci.
- Chwila…
- Frank zastanawiał się nad tym co starała się mu przekazać, oczyma wyobraźni widziała jak pociera w tej chwili skronie. - Nie panikuj. Policja… zaproponowała Ci ochronę?
- Nie panikuję
- warknęła. - Staram się tylko ustalić, czy ty zabierzesz je do dziadków, czy ja mam to zrobić.
- Nie kłóćmy się
- powiedział spokojnie. - Czy policja zaproponowała ci ochronę? - powtórzył pytanie. - Chyba ją dają gdy jest podejrzenie… napaści?
Odetchnęła głęboko. Bolała ją głowa i spięte do granic możliwości mięśnie. Głos Franka ją uspokajał, choć nie znosiła się do tego przyznawać. Kobieta powinna plasować swoje źródło spokoju wewnątrz siebie.
- Zaproponowali. Ale ja sobie poradzę, Frank. Znam tego pacjenta.
- Mogę odebrać. Jestem wolny. Słuchaj
… - zawiesił głos jakby się nad czymś zastanawiając. - Może wyjedziemy gdzieś na parę dni? Pobędziemy ze sobą? Bez pracy, wiesz… Wszystko załatwię.
- Dobrze kochanie
- głos jej zmiękł a nuty paniki przycichły. - Podjedziesz po dzieci do szkoły? Ja wrócę do domu, spakuję je i ustalę wszystko z mamą. A jutro możemy jechać. Lub nawet dziś wieczorem, jeśli wolisz.
- Zabiorę dzieciaki i zorganizuję wszystko
- jego głos się ożywił. - Jessy… przepraszam za ten wybuch złości.
- Ja przepraszam, Frankie.. wczoraj rano potraktowałam cię obrzydliwie. Miałeś pełne prawo się zezłościć. Masz rację, obydwoje potrzebujemy odpoczynku. Dobrze, że to zaproponowałeś. Jedź po dzieci, spotkamy się w domu.


Rozłączyła się. Napięcie nieco zelżało. Będzie dobrze. Dziadkowie zaopiekują się dziećmi, on wyjada z Frankiem. Odpoczną. Pogadają. Pójdą do łóżka, jak ludzie… Będzie dobrze.

Wstała, poprosiła Zoi o odwołanie pacjentów do końca tygodnia.
- Potrzebuję odpocząć parę dni – powiedziała.
Wsiadła do samochodu. Bolała ją głowa, przeszukała schowek ale nie znalazła żadnych środków przeciwbólowych. Nie chciała już wracać do gabinetu, weźmie coś w domu…
Ruszyła.
- Dzwoń mama. – powiedziała do nawigacji samochodowej, która wybrała numer domu rodziców. Po chwili w głośnikach usłyszała głos matki.
- Jessi! Tak się cieszę, że dzwonisz! Co nowego? Wszystko dobrze? Wpadniecie do nas?
Zarzuciła córkę gradem informacji i pytań, nie dają szans na odpowiedź. Zawsze taka była. Skupiona maksymalnie na sobie, na swojej karierze, na swoim programie w telewizji … I na wnukach. Jakby rozpieszczaniem wnuków chciała wynagrodzić Jessice wszystko to, czego jej nie dała, Dość! Nie czas teraz na psychoanalizę.
Ból głowy nasilał się. Odetchnęła głęboko.
- Chcemy wyjechać z Frankiem na kilka dni, odpocząć… Czy moglibyście zaopiekować się dziećmi?
- Oczywiście, kochanie
– entuzjazm w głosie matki był szczery. – Przywieziecie je? Albo nie! Bill podjedzie, narzekał ostatnio że diesel mu nie zapala, bo za mało jeździ, będzie miał pretekst. Już go wysysałam.
- Bill! – dzieci do nas przyjadą! – na cały tydzień! Podjedziesz po nie?
- Będzie za dwie godzinki, słonko
– powiedziała. – Pójdziemy do kina, na konie.. będzie świetnie!
- Dziękuje mamo
– wykrztusiła Jessica.
- Pa , kochanie, nic się nie martwcie, odpoczywajcie z Frankiem.
Matka rozłączyła się.

Jessica wjechała na podjazd. Musiała jeszcze spakować dzieci, potem siebie, i Franka. Nie miała siły. Weszła do domu, znalazła leki przeciwbólowe w apteczce. Powinny zadziałać za 20 minut. Położy się na chwilę.
Po pól godzinie ból zelżał, choć uczucie rozbicia zostało. Jessica zmusiła się do podniesienia z kanapy, wyciągnęła torby ze schowka i zaczęła wrzucać ubrania dzieci
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji

Ostatnio edytowane przez kanna : 26-01-2019 o 16:18.
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem