Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 27-07-2019, 18:46   #20
Tabasa
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 33865 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Szybko poszło z plugawym czarownikiem, co ją bardzo ucieszyło, choć tak naprawdę dopiero się rozgrzewała. Zdawała sobie sprawę, że element zaskoczenia odegrał tutaj ogromną rolę i gdyby wszystkie potyczki dało się tak załatwiać, pewnie większość jej towarzyszy z oddziału wciąż by żyło. Niestety, rzeczywistość nie była taka słodka i większość gościła już w Ogrodach Morra. Rudiger, z którym do tej pory jedynie gdzieś się przecinała podczas obrony mostu przed zwierzoludźmi teraz pokazał, że zna się na robieniu stalą, a Konrad pięknym ciosem w oczodół zakończył marny żywot władcy trupów.
- Dobra walka, oby same takie na naszej drodze - powiedziała, ruszając z pozostałymi do miasteczka.

Była zaskoczona i przytłoczona tym, jak witali ich mieszkańcy. Nie czuła się bohaterką, po prostu zrobiła to, co musiała. Dla siebie i tych, którzy sami nie potrafili się obronić, a tymczasem ludzie patrzyli na nią, jakby zrobiła Ulryk wie co. W sumie dla nich może tak to wyglądało, ale dla niej to był kolejny dzień walki. Kolejny dzień, kiedy trzeba się było mierzyć z wrogiem. Nic nowego w ostatnich latach jej życia. Dlatego nie wiedziała, jak zachować się, gdy ci wszyscy ludzie obejmowali ją, całowali w policzki i dziękowali. To było miłe, ale onieśmielało Erikę. Wysoka, dobrze zbudowana najemniczka uśmiechała się, ale w głębi serca chciała po prostu uciec od tych wszystkich uradowanych ludzi, wyrażających wdzięczność za uratowanie życia. Na szczęście Schiller poniekąd ją uratował, delegując do łóżek ich całą samozwańczą drużynę.


Świtem nie obudziła się wypoczęta, ale nie miała problemu, by zerwać się z łóżka, zrobić kilka pompek i brzuszków, by utrzymywać ciało w świetnej formie a potem zanurzyć głowę w wiadrze pełnym zimnej wody. To rozbudziło ją wyśmienicie i w mig wyostrzyło wszystkie zmysły. Upewniła się, że zabrała z karczmy cały swój dobytek i wyruszyła z pozostałymi w drogę do Middenheim. I była prawie pewna, że podróż ta nie obędzie się bez niespodzianek.

Maszerując mniej więcej po środku pochodu, rozglądała się czujnie po ścianie lasu. Untergardczycy byli przygaszeni faktem opuszczenia swego domu, ale życie nie lubiło stagnacji i musieli się do tego przyzwyczaić. Wiadomo, najlepiej było wieść stateczne, powtarzalne życie, aż do kresu dni, ale dla tych ludzi nadeszły czasy, gdy nic nie było pewne. Nie wiadomo nawet było, czy znajdzie się dla nich wszystkich miejsce w Middenheim, w końcu do stolicy Middenlandu mogły ciągnąć setki takich pochodów jak ten. Erika nie miała z tym problemu - zawsze sobie jakoś radziła, więc i teraz sobie poradzi, ale te dzieciaki, kobiety i starcy nie mieli alternatywy. Pozostawała wiara w to, że w mieście Pana Wilków odnają schronienie.

Na postojach, gdy zwykle siedziała gdzieś na skraju obozu, rozglądając się czujnie, czasami rozmawiała z Rudigerem, który zawsze wiedział, gdzie ją znaleźć. I choć była raczej typem mruka, to mężczyzna potrafił tak poprowadzić rozmowę, że się otwierała i opowiadała o różnych rzeczach ze swego życia. Pokazywała inną siebie. Kto wie, może tego potrzebowała? Może jednak nie była taką samotną, dziką wilczycą, za jaką brała ją większość tych, którzy nigdy nawet nie spróbowali jej poznać? Z drugiej strony nie dziwiła się - mężczyźni chyba bali się jej wyglądu i umiejętnośći, w końcu wysoka, dobrze zbudowana kobieta o hardym spojrzeniu nie może mieć uczuć i jest tylko "babochłopem". W większości przypadków to pomagało, bo nie chciało jej się strzępić języka na podpitych fircyków w karczmach. Dopiero ci, którzy chcieli poznać ją lepiej, dochodzili do wniosku, że ma coś więcej do zaoferowania, niż tylko umiejętności bojowe.

Tego wieczora, gdy zniknęła babcia Moescher i dzieciaki podniosły larum, siedziała przy ognisku, piekąc kolejnego ziemniaka, którego zamierzała zjeść na kolację. Nie zabierała głosu, gdy mieszkańcy miasteczka mówili, co im ślina na język przyniesie. Tylko obserwowała, bo znała takie zachowania doskonale z doświadczenia. W chwili zagrożenia, słabe jednostki dawały upust swoim lękom, zaszczepiając je przy okazji pozostałym, by myśleli tak, jak oni. Tak zdarzało się nawet w najemnych kompaniach, gdy ci, którzy mieli być twardzi, nie wytrzymywali ciśnienia w czasie ataku. Z jednej strony nie dziwiła się Untergardczykom, a z drugiej, biorąc pod uwagę to, o czym mówił Hans, powinno się znaleźć kilku lokalnych chłopów chcących ją odnaleźć. Nie znalazło się.

Gdy Rudiger i reszta ruszyła za Hansem, też się poderwała i odpalając latarnię podeszła do Cassandry.
- W lesie mogą dziać się paskudne rzeczy, lepiej będzie, jeśli zostaniesz tutaj i spróbujesz uspokoić dzieciaki, Cass. Wiem, że dasz radę. - Uśmiechnęła się do towarzyszki, kładąc dłoń na jej ramieniu. - Wrócimy jak najszybciej się da. Gdyby panikowali, przywołaj ich do porządku.

Erika puściła jej oczko, po czym ruszyła szybko za oddalającymi się mężczyznami. Nie ręczyła za siebie, gdy babka się odnajdzie. "Stara, a głupia", to porzekadło idealnie pasowało do tej sytuacji.
 
Tabasa jest offline