Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 19-01-2020, 15:24   #1
Buka
 
Buka's Avatar
 
[D20 modern] Aliens - Game over (+18)




USS Goliath, Assault ship klasy Conestoga, zakończył swoją trwającą tydzień czasu podróż z prędkością ⅓ prędkości światła, docierając w końcu do planety Summit. Statek rozpoczął automatyczne hamowanie, a po nim miało nastąpić wejście na orbitę, by jednostka zajęła pozycję ponad kolonią, celem jej pierwszych oględzin za pomocą masy czujników, radarów, teleobiektywów, i tym podobnych…


Na samej jednostce z kolei, centralny komputer uruchamiał powoli wszystkie jej systemy, “wybudzając” Goliatha z letargu. Systemy podtrzymywania życia, ogrzewanie, światło, i co najważniejsze - pasażerowie - również otrzymali sygnał, iż nadszedł czas działania. Podróż trwała siedem dni, i aby nikt się przez ten czas nie obijał, nie marnował tlenu, pożywienia, i wszelkich innych zapasów, oraz, aby nikomu nie przychodziły do głowy żadne durne pomysły przez ten czas, wszyscy grzecznie spali w komorach kriogenicznych.

***

Trzy plutony Marines, rozmieszczone na trzech pokładach, dwie osoby cywilne, oraz siedmiu załogantów samego Goliatha, budziło się z drzemki… czując się mocno “wypruci”. Korzystanie z komory kriogenicznej miało małe efekty uboczne, zależnie od długości czasu jaki się w niej spędziło. Lekkie zawroty głowy, mała dezorientacja, drobne bóle mięśni, rewolucje żołądkowe… wszystko jednak szybko przechodziło, w końcu spali ledwie tydzień czasu.

Pluton Bravo, pokład 2.

- Ugh... - Zajęczał ktoś, odpinając z siebie kilka czujników naskórnych komory.
- Wyglądasz tak, jak ja się czuję, hehe... - Salas zagadnął “JJ”.
- Brrr, ale zimna podłoga!
- Wymasować ci stópki Nicky?
- Wal się Ferris...

Gdzieś na końcu obu rzędów komór kriogenicznych, wybudziła się i pani Dyrektor Veronica da Silva, przysłuchując pierwszym rozmowom licznych Marines, przebywających z nią w tej samej sali. No tak, młodzi mężczyźni i kobiety, co tu się dziwić… zerknęła na komorę obok, w której przebywała Agnes. Ta oczywiście wydawała się “rześka” i niewzruszona efektami ubocznymi tygodniowego snu. Nie dziwiło jej to.

- No dalej panienki! - Zagrzmiał Master Sierżant James Reynolds, energicznie przyklaskując wielokrotnie w dłonie - Pobudka! Pobudka! Wstajemy śpiące księżniczki! Macie 20 na doprowadzenie się do porządku i czas na śniadanko! Koniec byczenia się!

Panią da Silvę i jej obstawę przydzielono odgórnie do owego plutonu, który miał być jej ochroną na tej misji, mającej oczywiście na celu uratowanie kolonistów, oraz odbicie samej kolonii z łap Xenomorfów. Dowództwo United States Colonial Marines wysłało ich jako pierwszą falę na wrogi teren - jak wyjaśniono jej wcześniej - ona miała z kolei pełnić rolę doradcy, znając w końcu wszystko na miejscu jak własną kieszeń… głównego dowódcy jednak nie było. Cała misja spoczywała na barach trzech poruczników-dowódców poszczególnych plutonów. Albo Marines nie mieli na obecną chwilę kogoś wyższego stopniem, jako głównodowodzącego, albo nie chcieli go odstąpić na te zadanie? Tego już nie wyjaśniono...

Komuś się brzydko odbiło, i chyba nawet zwymiotował.
- Ja pierdzielę nowy... - Fuknął ktoś inny.
- ”Silver”, weź no go obejrz...

- Kovalski, przestań się drapać po jajach!

No tak... więc witamy w wojsku? Veronica poczłapała do przydzielonej jej szafki, która na szczęście była nieco na uboczu, nie musiała więc lawirować między mięśniakami, którzy i tak już zaczęli się jej przyglądać. A więc ubrać się, i śniadanie.

***

W pełni zautomatyzowana mesa, oferowała miejsce dla około pięćdziesięciu osób, na pokładzie Goliatha przebywało ich jednak znacznie więcej. Ustalony już o wiele wcześniej plan działania, nie spodobał się wielu osobom, jednak wykonano go bez zbyt dużego marudzenia. Pluton Alfa zajął się przygotowywaniem swojego sprzętu na misję, pluton Charlie udał się na video-odprawę, a pluton Bravo mógł jako pierwszy zasiąść do jedzenia. Później miały nastąpić zmiany oddziałów co do zajęć.


Załoga statku, w liczbie siedmiu osób, wraz ze swoim Kapitanem, jedynie przez mesę “przeleciała”, zabierając tacki z posiłkiem na mostek, by tam zająć się już samym Goliathem. Piloci Cheyenne postąpili ponownie, chcąc być przy swoich maszynach w hangarach…

Do rozpoczęcia misji zostały trzy godziny.

Mesa oferowała różnorodne jadło, i choć automaty nie dorównywały żywemu kucharzowi, wbrew pozorom było wszystko zjadliwe, a sam wybór spory. Mowa była oczywiście tylko o śniadaniu(nie, teraz nie zjesz steku Kovalski), na które mieli 30 minut.

- Sir - Ricco Ehost, postawił na stole przed porucznikiem Hawkes, mały koszyczek ze świeżutkimi bułkami, po czym się dosiadł, a gdzieś tam przy jakiś stolikach rozległo się ciche cmokanie i parę stłumionych śmiechów.

Żołnierze zwracali się do da Silvy “Ma’am”, pozdrawiali ją lekkimi skinięciami głowy, i ogólnie okazywali szacunek, dobre i to… co do Agnes, to gapili się na nią, zwłaszcza mężczyźni, nikt jednak jej nie zaczepiał ani słowem. Być może szacowali, czy warto, skoro była “Bodygardką”.

- Ugh, co za lura - Stwierdził sierżant Reynold, popijając kawę, po czym zwrócił się do “Billy’ego” - Masz tu gdzieś cukier?
Z sierżanta był często kawał sukinkota, wymagający w wielu sprawach, ale i sprawiedliwy, i jak wszystko grało, nie trzeba się go było obawiać. Twardy mężczyzna, oszpecony przez lata służby, nie wykorzystywał jednak swojego stopnia do gnojenia podwładnych. Owszem, szacunek i te sprawy, wyższy stopień, ale on przeszedł z oddziałem już niejedno, i traktował się na równi z pozostałymi - jakkolwiek to brzmiało - a wiele osób miało wrażenie, że oddałby za kogoś z nich i życie. Zresztą, wielu w oddziale podobnie. Byli braćmi i siostrami, na tym to wszystko polegało… i fakt, iż siedział z nimi, między nimi, a nie gdzieś na uboczu z dowództwem, “przy korycie”, też dużo świadczył.
- ”JJ” a może byś tak nieco maszynę do kawy podkręcił? - Spytał sierżant, odszukując wzrokiem technika. Widocznie większa ilość cukru nie polepszyła smaku kawy...





.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 09-02-2020 o 12:51.
Buka jest offline