lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu DnD (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-dnd/)
-   -   [Forgotten Realms/DnD 3.5]Trudne chwały początki (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-dnd/12057-forgotten-realms-dnd-3-5-trudne-chwaly-poczatki.html)

daamian87 25-12-2012 20:52

[Forgotten Realms/DnD 3.5]Trudne chwały początki
 


Trudne chwały początki

Rozdział 1. Gdzie diabeł nie może...

Słońce stało wysoko na nieboskłonie, przyjemnie grzejąc. Zielone liście szumiały delikatnie, poruszane przez delikatne powiewy letniego wiatru. Zalesione wzgórza zieleniły się intensywnie, jak zawsze na początku lata. Rzeka płynęła żwawo krętym korytem kamienistym, kierując się do dużego jeziora.


Na północnym brzegu bezimiennego jeziora zlokalizowane było niewielkie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez ludzi. Osada zwana Ostoją liczyła nie więcej niż trzystu mieszkańców, lecz z każdą wiosną rozwijała się coraz bardziej. Początkowa mała ilość rzemieślników zmieniła się, odkąd miasteczko zaczęło czerpać coraz większe zyski z handlu. Znajdowało się ono bowiem na trasie długiego i dość niebezpiecznego szlaku handlowego pomiędzy Wrotami Baldura a Daggerford.


Pomiędzy luźno rozrzuconymi budynkami mieszkalnymi znajdowały się młyn, położony tuż nad rzeką, kuźnia kowala, karczma, kilka sklepików oraz świątynia poświęcona Lathanderowi. Miasteczko nie było otoczone żadnym, nawet najprostszym murem czy palisadą. Za to pomiędzy budynkami można było dostrzec spokojnie patrolujące tereny miasteczka trzyosobowe grupy strażników, odzianych w nie najlepszej jakości kolczugi, z przyczepionymi do pasa mieczami. Mężczyźni leniwie rozglądali się po okolicy, a ich obowiązki wyglądały na mało absorbujące.

Miejscowy przełożony świątyni, kapłan imieniem Lorthis, poszukiwał grupy odważnych mężczyzn (bądź kobiet), która będzie w stanie pomóc miasteczku z jego największym problemem. Od jakiegoś czasu po okolicy kręciła się grupa ogrów, która obrała sobie na cel pomniejsze karawany. A to one, a nie te dobrze ochraniane i bogato wyposażone, dostarczały największych zysków miasteczku. Wraz z ich pojawieniem się w okolicy, zyski z handlu zaczęły gwałtownie maleć, przez co zahamował się rozwój osady. A to nie wróżyło dobrze. Brak dostatecznych sił w miasteczku uniemożliwiał wysłanie własnych ludzi do walki z zielonoskórymi, dlatego też kapłani zmuszeni byli nająć kogoś, kto podejmie się zadania.


W samo południe do chłodnego, przyciemnionego wnętrza świątyni zawitała mała grupa śmiałków, którzy zdecydowali się na przyjęcie oferty. Wewnątrz oczekiwał ich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna po czterdziestce. Miał krótkie, siwe włosy i dwudniowy zarost. Liczne zmarszczki na jego twarzy świadczyły o wieku i licznych przygodach w przeszłości. Skóra była lekko opalona, widać było że mężczyzna więcej czasu spędza na zewnątrz świątyni niż w jej wnętrzu. Ubrany był w czerwoną tunikę, czarne skórzane spodnie i tego samego koloru wysokie buty. Nie nosił żadnej broni z wyjątkiem przypiętego do szerokiego pasa sztyletu. Jego bystre oczy powoli i dokładnie spoglądały na każdego ze zgromadzonych w świątyni. Ciszę przerwał dopiero jego głos. Niski, lekko zachrypnięty, lecz mimo to przyjazny i ciepły. [center]
- Witajcie. Nazywam się Lorthis Hanned, jestem kapłanem Lathandera.- ręce kapłana splecione były za jego plecami. Ruszył powoli w stronę stojących na środku sali osób.
- Jak mniemam, wszyscy jesteście tutaj z powodu zadania, do wykonania którego poszukuję najemników. - dodał po chwili.
- Sprawa wygląda następująco. W okolicy, jakieś dwa dni jazdy konnej od miasteczka, osiedliła się banda ogrów. Jak możecie się łatwo domyślić, napadają na karawany grabiąc, mordując i powstrzymując ludzi przed podążaniem tym szlakiem. Nasze miasteczko dopiero rozrasta się i nie możemy pozwolić sobie na stratę kupców. Jest to też odpowiedź na wasze prawdopodobnie pierwsze pytanie - czemu nie wyślemy swoich ludzi. Nie mamy ich.- kleryk kierował swój wzrok co chwila na innego śmiałka.
- Waszym zadaniem, jeśli się go podejmiecie, będzie powstrzymanie owych ataków. Za skuteczne wyeliminowanie tej bandy dostaniecie dwa tysiące złotych monet, do podziału. To jak tego dokonacie to wasza kwestia, moi drodzy. Śpieszyć się nie musicie, dzisiaj odjechała karawana a najbliższe dwie, których się spodziewamy, będą dość duże i dobrze chronione. Interesuje was taka praca?- spytał po dość długim monologu.

Kerm 25-12-2012 22:27

Dość wysoki mężczyzna, liczący niespełna trzydzieści lat, odziany w czerń i zieleń, spokojnie popijał piwo, gdy do jego uszu dotarła informacja o poszukiwaniu ochotników na wyprawę. Nic przeciwko ogrom jako takim nie miał, ale gdyby dobrze płacili... W końcu kawałek grosza zawsze się przyda. Co prawda miał w sakiewce jeszcze garść monet, ale (jak wiedział z doświadczenia), każda sakiewka miała to do siebie, że chudła w przerażajacym tempie. Chyba, że ktoś ją zasilał co jakiś czas. A skoro przytrafia się okazja... Oczywiście jeśli dobrze zapłacą.

Oferta, jaką przedstawił kapłan, Lorthis Hanned, była całkiem ciekawa.
Jack spojrzał na swoich przyszłych towarzyszy, którzy stanowili przedziwną mieszankę ras i, przynajmniej z wyglądu, profesji. Gdyby wszyscy się zgłosili, byłoby ich sześciu, co oznaczało ponad trzysta sztuk złota na osobę. No i zapewne ogry też miały jakiś dobytek...

- Jack. Jack Wooders - przedstawił się. - Chętnie wezmę udział w tej wyprawie - oświadczył. - Czy wiadomo, ile jest tych ogrów? - spytał. - Ile karawan napadli? Przeżyli jacyś świadkowie? Ktoś, kto mógłby opisać sposób napadu, napastników, ich uzbrojenie?

Warlock 25-12-2012 23:52

Brand Gallan, bo tak miał na imię niziołek, który zawitał w świątyni Lathandera ubrany był w ciepłe szaty podróżne - zielone spodnie w czarne paski, kremowobiałą koszulę i na to długi wiśniowy płaszcz z kapturem wygodnie spoczywającym na plecach. W ręku trzymał ręcznie wystruganą fajkę z której to swobodnie ku sklepieniu świątyni unosił się dym o dziwnie jabłkowym posmaku. Na owym przedmiocie wyryte były jego inicjały (które dostrzec mógł tylko wprawny obserwator) oraz miejsce pochodzenia - Longsaddle. U jego lewej nogi wisiała luźno przypięta łańcuchem księga czarów świadcząca o magicznych predyspozycjach owego osobnika, na swoje specjalnie miejsce doczekała się też kusza, która wepchnięta była wraz z bełtami w specjalnie stworzoną ku temu celowi zewnętrzną kieszeń w jego plecaku. Brand miał jeszcze jeden atut w rękawie - sztylety do rzucaniu wpięte były do skórzanego pasa, ale jeden szczególnie bliski niziołkowi sztylet znajdował się w jego bucie.

Jak na przedstawiciela swojej rasy był niespotykanie wysoki, zaś z jego błękitnych oczu biła inteligencja. Jasne blond włosy i stosunkowo niewielki jak na niziołka zarost świadczył o jego młodym wieku, ale w rzeczywistości był starszy niż by się to wydawało innym rasom. Na twarzy i ramionach miał kilka blizn świadczących o jego awanturniczym życiu i choć ze względu na jego nieco niepoważny wzrost (patrząc standardami innych ras) z tym osobnikiem trzeba było się liczyć, albowiem było w nim coś niespokojnego. Coś bardzo mistycznego, coś co sprawiało, że nie można było obok niego przejść obojętnie.

Brand spokojnie wysłuchiwał przemówienia kapłana. Spoglądał na swego mówcę badawczym, a wręcz przeszywającym spojrzeniem, które potęgował rozmiar i oryginalny kolor jego oczu. Sprawiał wrażenie bardzo niewzruszonego, ale były to pozory, maska pozbawiona emocji za którą często lubił się chować. W rzeczywistości bardzo sobie wziął do serca los mieszkańców. Przypomniały mu się wydarzenia pewnej feralnej nocy, kiedy to on utracił rodzinę i przyjaciół z rąk zielonoskórych. Przerażony uciekł, ale poprzysiągnął wrócić i zemścić się. Jego życie było zrujnowane, tułał się po świecie szukając sensu swojego żywota i starał się pomagać mieszkańcom innych mniejszych społeczności. Brand dobrze wiedział, że pieniądze nie grają roli - to była sprawa osobista.

- Brand Gallan, czarodziej. Przedstawił się spokojnym i pozbawionym większych ekscytacji głosem. Przyłożył drewnianą fajkę do ust, zaciągnął się, a z pomiędzy jego całkiem białych zębów uleciały kłęby dymu, niczym z wulkanu, ku ręcznie malowanemu sklepieniu świątyni. - Sprawę możesz uznać za załatwioną. Jego badawcze spojrzenie po raz pierwszy zatrzymało się na jego nowych towarzyszach. -Przynajmniej z mojej strony. Dodał z lekkim uśmiechem na twarzy.

Gerappa92 26-12-2012 01:01

Olhivier zatrzymał się w miejscowej karczmie. Po kilku wypitych kuflach piwa siedział już otoczony miejscowymi wieśniaczkami. W pewnym momencie krasnolud poderwał się z miejsca przewracając krzesło. W jego uszach tkwiły pięciocentymetrowe tunele a głowę miał łysą oprócz tyłu czaszki, z której zwisała mu długa kita. Na przedramionach miał wytatuowane krasnoludzkie runy w kolorze czerni i purpury. W dłoni trzymał kufel piwa, którym z całej siły walnął w blat stołu aż piana bryznęła wkoło.

-I jak nie przygwoździłem tego paskudnego łba swoim młotem. Mówię wam! Resztki mózgu tego okropieństwa dwa dni z brody wyciągałem.

Słuchacze najwidoczniej uwierzyli mu w jego całą opowieść o walce z 3 metrowym ogrem magiem bo zaraz mu oświadczyli, że dokładnie kogoś takiego jak on szuka ich miejscowy kapłan. Po czym przybliżyli mu cały wątek jaki trapi ich malutką osadę. No cóż, nie było innego wyjścia jak zarzucić na plecy swój klepsydrowy bęben i pomaszerować za wieśniakami do świątyni Lathandera. Może i Olhivier trochę ubarwił opowieść o epickiej potyczce ze złym ogrem i nie koniecznie miał szanse nawet z marnym goblinem w pojedynku ale w sumie, co mu szkodziło iść wysłuchać miejscowego kapłana. W końcu kilka informacji o okolicy nigdy nie zaszkodzi.

W świątyni zdziwił go widok aż pięciu śmiałków. Bardziej niż wywód kapłana to właśnie oni przykuli jego uwagę. Żaden nie przypominał miejscowych wiśniaczków. Olhivier przyglądał się im uważnie aż w końcu dotarła do niego informacja o złocie. Czy warto poświęcać życie za 333 sztuk złota? Olhivier doszedł do wniosku że nie warto. Jednak postanowił podjąć ryzyko. W końcu jest ich sześciu a być może to jedyna okazja by zobaczyć ogra na żywo. Po wypowiedzi Jacka wtrącił się do rozmowy:

-Ogry? Znam te bestie od podszewki! To dopiero są chytre gady, mówię wam. Atakują z zaskoczenia na niczego nie spodziewających się wędrowców. Doprawdy niegodziwe... ale cóż to dla takiej brygady jaką tu widzę! - Uniósł wytatuowane ręce i wskazał na grupkę odmieńców. Uśmiechał się szeroko i doprawdy szczerze, wręcz szczerozłocie ponieważ jedna czwarta jego zębów była złota.
-Ja Olhivier z klanu Rosomaka z czystym sumieniem mogę powtórzyć słowa Branda Gallana "że sprawę uważam za załatwioną". Aczkolwiek domyślam się że zapłaty nie otrzymamy wcześniej niż przed śmiercią tych bydląt. Jednak myślę że jakaś zaliczka byłaby wskazana wielmożny kapłanie Lorthis. Do walki z Ogrami należy porządnie się przygotować i nie sadzę bym musiał tłumaczyć to komuś takiemu jak wam, kapłanie Lorthis. - Wypowiadając ostatnie zdanie spojrzał na kapłana w taki sposób w jaki patrzy się na osobę, która wie co nieco o życiu.

Irrlicht 26-12-2012 12:22

Była w swoim pokoju, w gospodzie.
Kruk, który usiadł na ręce dziewczyny, zakrakał. Przyglądał się ciemnym okiem Drakonii, która gładziła jego czarne pióra, uważając, by szpony jej rąk przypadkiem nie zrobiły ptakowi krzywdy.
Uwielbiała czerń. Tego samego koloru były jej włosy, ciemne jak noc. Opadały one za szyję, o bladej cerze. Choć w sakwie z kosztownościami zrabowanymi na szlaku było wiele kolczyków i kosztowności, to nie nosiła ona żadnych, jak zresztą nie chciała dać poznać nikomu o jej względnym majątku. Wiedziała, że wielu miałoby ochotę poderżnąć jej gardło za rzeczy w sakwie.
Była dość wysoka, choć ze względu na swoją profesję, zbudowana oszczędnie. Jej ręce pocięte były bliznami, choć jej zwinność w obchodzeniu się ze sztyletami dawała się poznać dość szybko.
Spojrzała na kruka który jeszcze raz zakrakał. Ogon Drakonii przesunął się po ziemi, oznaczając niepokój.
- Czekają – rzekł.
W gruncie rzeczy, kruk tak naprawdę nie mówił. Zdawała sobie sprawę z tego, że zwierzęta – poza tymi magicznymi, oczywiście – tak naprawdę nie mówią, a tym razem kruk nie otworzył nawet dzioba, żeby zaanonsować wiadomość, że w sali głównej gospody czekają jej przyszli towarzysze, jak się domyślała. A przecież magiczne zwierzęta, żeby zagadać, otwierają dzioby. Problem zatem tkwił nie w kruku, ale w głowie Drakonii.
- Co prawda, to prawda – rzekła, wypuszczając ptaka z ręki, który zabił skrzydłami powietrze. Okno było otwarte, a jednak ptak nie wyleciał. Zawsze zostawał, na ile tylko mógł.
Zakładając skórzane spodnie, buty i rzemienny kaftan, zastanawiała się, na ile oszalała, skoro słyszała głos ptaka, który wcale nie mówił. Zaciskając sznury gorsetu pomyślała sobie, że bardzo, nawet bardzo, bardzo. Uzbroiwszy się odpowiednio – nie wiedziała bowiem, cóż to za bandę szubrawców i wagabundów przyjdzie jej spotkać – wdziała wreszcie płaszcz. Na odchodnym wsunęła sztylet za pas, torbę podróżniczą zaś zahaczyła o ramię. Spojrzała jeszcze na kruka, który dziobał żołędzie rozłożone na stole. Czarny ptak spojrzał na Drakonię raz jeszcze, taką, którą była zazwyczaj na szlaku: w szarym płaszczu podróżniczym, wysokich butach, rękawicami, nie zwracającą żadnej uwagi. Ot, jakiś czarnowłosy podróżnik, pomyślałby zapewne przechodzień.
- Śmierć – zakrakał raz jeszcze, kiedy zamykała drzwi. - Śmierć, śmierć, śmierć...

*

- Sprawa wygląda następująco. W okolicy, jakieś dwa dni jazdy konnej od miasteczka, osiedliła się banda ogrów. Jak możecie się łatwo domyślić, napadają na karawany grabiąc, mordując i powstrzymując ludzi przed podążaniem tym szlakiem.
Kapłan wyjaśniał sprawę rzeczowo. Nie cierpiała co prawda kapłanów jakichkolwiek religii, jednak zdawało się, że ten tutaj był bardziej wojownikiem niż rozmodlonym durniem leżącym krzyżem przed ołtarzem.
- Interesuje was taka praca? - skończył wreszcie swój nieco przydługawy wywód kapłan.
- Dwa tysiące monet, powiadasz? - rzekła wreszcie Drakonia. - Hmm... Niech będzie – odparła wreszcie, wiedząc, że w ogrzym siedlisku znajdą także złoto ze zrabowanych karawan; jeśli kapłan mówił prawdę, to suma tego, co znajdą, mogła być o wiele większa od tego, co im oferował. Rzecz o niesłychanej przydatności, szczególnie dla niej.
Tymczasem jakiś włóczęga zabrał głos, ten w zieleni i czerni. Drakonia spojrzała na niego z niemalże znudzeniem, a słysząc, że zadaje wcale rzeczowe pytania, dodała:
- Świadkowie się niewątpliwie przydadzą, i owszem. Przydałby się ktoś, kto dokładnie wskaże ich siedlisko... Lub chociaż w stanie będzie je zaznaczyć na mapie. A później... Cóż, później łatwo będzie. Przyjdziemy, zabijemy i zgłosimy się po nagrodę. I rozejdziemy się. Prawda, panowie? - rzekła w stronę swoich towarzyszy.

Nathias 26-12-2012 18:10

Zbliżało się południe, gdy Glim powrócił do swojej siedziby. Nie miało znaczenia, czy wyruszał w kilkudniową wyprawę do pobliskiego miasteczka, czy szedł godzinę drogi na północ po nową porcję ziół do naparu na wrzody miejskiego kowala, widok dobrze znanych konarów ponad czterystu letniego był kojącą radością. Druid wszedł do swojej siedziby i w nozdrza uderzył go dobrze znany zapach ziół, korzeni oraz świeżej ziemi. Glim zdjął obie torby i rzucił na stół. Śpiący w kącie wilk podniósł łeb, ziewnął przeciągle i szczeknął na powitanie przyjaciela.
- Witaj Zook. Wyspałeś się, mam nadzieję.
Wilczur wstał z posłania i podszedł do gnoma szukając pieszczot. Glim poczochrał sierść zwierzęcia na łbie, co ewidentnie się mu spodobało.
- Dobrze, Bardzo to dobrze.
Wilczur nadstawił uszu.
- Knieja niespokojna jest. Wiatr w drzewach szepcze. Czai się coś w głuszy. Ludzie giną. Ogry winne temu ponoć. Źle to bardzo, bardzo źle. Nieprzejednane są i brutalne są. I zwierzyną niedługo stać się mogą. Zrobić coś z tym nam trzeba...

Glim pobawił się chwilę ze swoim druchem, choć bardziej wyglądało, że to wilk bawi się gnomem - był bowiem od niego sporo większy. Gdy obu było dość zabawy druid podszedł do pnia i zaczął rozpakowywać swoje torby. Pełne były ziół, korzeni, owoców i kwiatów, spory bukłak wody, który przelał do niewielkiej beczki. Z drugiej torby wyjął błyszczący sierp oraz kilka szklanych karafek, które GLim kupił w miasteczku.

Liściopalcy odwrócił się, podszedł w przeciwległy kąt drzewnej jamy i chwycił swoją krótką włócznię. Przysunął ją bliżej świecy i sprawdził, czy mocowanie grotu jest na pewno doskonałe. Chwycił jedną torbę i wrzucił do środka kilka owoców, paczkę ziół oraz świerzo naostrzony i wypolerowany sierp. W drugą torbę wrzucił kilka flakoników z przygotowanymi wcześniej naparami. Obie torby przewiesił przez ramiona, na plecy zarzucił liściasty płaszcz, do pasa przytroczył bukłak z wodą i niewielki zwój liny. Glim rozejrzał się po norze. Zabrał chyba wszystko co było mu potrzebne. A z resztą, wszystko pozostałe znajdzie w głuszy.

Gdy druid wyszedł na słońce Zook już na niego czekał. Glim poklepał wilka po boku
- W drogę przyjacielu. Długa podróż przed nami - i ruszył podpierając się swoją włócznią.

daamian87 30-12-2012 19:03

Niski krasnolud, ubrany w wyjątkowo niepasujący do swojej rasy strój, niespodziewanie ruszył w stronę drzwi, mrucząc coś o kpinie, marnej ilości złotych monet i braku czasu na pierdoły. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, w kaplicy przez moment panowała grobowa cisza. Przerwał ją Lorthis.
-Jak widać nie wszystkim pasuje uczciwy zarobek. Dla was to lepiej moi mili, tyle samo złota i mniej na nie chętnych.- dodał z uśmiechem na twarzy, po czym zwrócił się do Jack'a.
- Drogi mości Jack'u, niestety nikt nie przeżył z tych ataków. Napastnicy charakteryzują się niezwykłą brutalnością. Niejednokrotnie ciała zabitych musieliśmy dosłownie składać z różnych miejsc traktu. kapłan wyraźnie skrzywił się na jedno ze wspomnień.
- Grupa jest średnich rozmiarów, szacujemy że jest ich maksymalnie sześciu. Uprzedzając kolejne pytanie - nie atakują większych i lepiej chronionych karawan, dlatego też sądzimy że ich liczba nie przekracza sześciu ogrów. - mówiąc przyglądał się wszystkim zgromadzonym w świątyni.
- Nie jest jednak pewne, czy nie współpracują oni z innymi bandytami, którzy niestety panoszą się po okolicznych lasach.
Słów maga o imieniu Brand kleryk nie skomentował. Uśmiechnął się jedynie, i przeszedł do kolejnych pytań na które miał udzielić odpowiedzi.
-Mości krasnoludzie, cieszy mnie zapał twój i twoich kompanów, jednak radziłbym nieco wstrzemięźliwości. Ogry to nie byle zbóje, w grupie potrafią być dość niebezpieczni. Co do zaliczki zaś, to niestety nie mogę dać wam moi mili ani miedziaka wcześniej. Sądzę jednak, że w miasteczku znajdzie się niejedna osoba, która będzie miała dla was jakąś małą robótkę za kilka monet, jeśli cierpicie na braki w ekwipunku. rzekł z uśmiechem.
Następne słowa należały do jedynej w grupie kobiety, która już na pierwszy rzut oka nie wyglądała normalnie, czego jednak z grzeczności kapłan Lathandera nie skomentował.
- Zamiast mapy, dostaniecie przewodnika i opiekuna, mojego kompana - kapłankę o imieniu Dorien. Będzie służyła wam radą i wsparciem, nie stroni także od walki jeśli jest to niezbędne. Przy okazji, jeśli można, nie dosłyszałem waszego imienia, pani. z lekkim ukłonem zwrócił się do diablicy.

Po chwili z korytarza znajdującego się za plecami mężczyzny doszły zgromadzonych w kaplicy kroki zbliżającej się osoby. Po chwili z ciemnego przejścia wyłoniła się zakapturzona, smukła postać. Była to wspomniana przez Lorthisa kapłanka Lathandera. Spod kaptura widać było błyszczące, duże oczy. Kobieta zgrabnym ruchem odrzuciła do tyłu kaptur, ukazując długie, brązowe włosy spięte z tyłu tak, by jej nie przeszkadzały. Duże, zielone oczy wpatrywały się z uwagą w zgromadzonych w świątyni śmiałków. Na ustach błądził delikatny, miły uśmiech. Uchodziłaby zapewne za kobietę niezwykle piękną gdyby nie blizna przechodząca przez prawe oko, ciągnąca się od połowy czoła do górnej części policzka.


- Witajcie, zwą mnie Dorien i jak zapewne już wiecie, będę miała przyjemność wam towarzyszyć podczas waszego zadania. - jej głos był lekki i delikatny, zupełnie nie pasował do jej wyglądu. Miała bowiem na sobie dobrze wykonany napierśnik, pod którym nosiła zwiewną szatę koloru szarego. Do tego miała czarne spodnie i tego samego koloru wysokie, skórzane buty. U boku wisiał jej długi miecz, zaś do lewej ręki miała przytwierdzoną tarczę.
-Jeśli zatem wszystkie wasze wątpliwości zostały rozwiane, proponuję wam teraz odpoczynek i przygotowanie się do drogi. Jutro o świcie Dorien będzie na was czekała pod wejściem do świątyni. po tych słowach zarówno kapłanka jak i jej przełożony pożegnali się skinieniami głowy po czym zniknęli w jednym z wejść prowadzących zapewne do prywatnych komnat. W świątyni pozostała grupa czterech nieznanych sobie śmiałków, których połączył wspólny cel - zdobycie dwóch tysięcy sztuk złota. Mieli do dyspozycji resztę dnia i noc, następnego dnia miała rozpocząć się wędrówka.

Gerappa92 30-12-2012 23:14

Olhivier dotknął swojego mieszka przy pasie, w którym zabrzęczało kilka monet. Niewyrozumiały kapłan trochę go zawiódł. Bard miał nadzieję na iście krasnoludzki "odpoczynek" przed wyprawą. Wyprawą co do której miał nie małe wątpliwości. W skład brygady, która zebrała się w świątyni, nie wchodził żaden konkretny wojak, prócz starszego spokojnego pana o imieniu Jack. Co prawda była jeszcze ta kapłanka. Niby dzierżyła miecz i tarczę ale na Boga, przecież ona jest kobietą! Chyba żaden krasnolud o zdrowych zmysłach by się na to nie zapisał. Jednak Olhivier, krasnoludzki bard na nizinach, raczej do takich nie należał.

Kiedy kapłan Lorthis i jego podopieczna rozeszli się, Olhivier spojrzał badawczo na swoich kompanów. Po chwili jego twarz rozpromienił uśmiech.

-. Jak to mawiał mój stryj Wordan:
"Jeśli jutro czeka Cię robota
To dziś piwem zmyj krew z młota".
A skoro formalności mamy już za sobą to teraz czas na "odpoczynek i przygotowanie się do drogi". Tak więc kto wie co mam na myśli i myśli podobnie, ten kompana znajdzie we mnie już dziś.


W miejscowej karczmie krasnolud bił w bęben do późnej nocy. Liczył na to że zbudzi zachwyt wśród mieszkańców oraz na to, że za sponsorują mu oni napitek i ciepły posiłek. Kto wie, a może przy okazji uda mu się zdobyć kilka ciekawych informacji?

Kerm 31-12-2012 11:22

Liczba współuczestników wyprawy jakby nieco się zmniejszyła. Co miało i swoje plusy, i minusy. Jako że kwota pozostała bez zmiany, to i na osobę więcej przypadło. Za to każdego czekało nieco wiecej pracy. W końcu sześć ogrów to nie przelewki.
Ale żeby paladyn był aż taki łasy na złoto? Świat schodził na psy...

- Miło nam będzie, Dorien - zapewnił ich przyszłą towarzyszkę podróży. - Jestem Jack - przedstawił się.

O tym, że ktoś potrafiący leczyć rany, to skarb, nie zamierzał wspominać. A jeśli ma wygląd przyjazny dla oka i miłe obycie, to był to skarb podwójny.

Skoro mieli zapewnioną przewodniczkę, oraz opiekę medyczną, to, w zasadzie, nie było już o co wypytywać kapłana Lorthisa.
Jack skinął wychodzącej dwójce na pożegnanie, a potem zwrócił się do pozostałych.

- Idziecie do gospody? - spytał, najwyraźniej popierając w tej materii krasnoluda. - Warto by się nieco pokrzepić przed wyprawą.

Wspólny posiłek, parę razem wypitych łyków piwa... To zawsze pomagało w nawiązywaniu kontaktów między członkami drużyny.

Wieczorem, acz nie tak znów późnym, położył się spać. Chociaż na początku czekała ich wędrówka, a nie walka, to jednak lepiej było porządnie wypocząć.

Warlock 01-01-2013 20:23

Brand Gallan zachichotał pod nosem na widok paladyna zniesmaczonego tą jakże hojną ofertą. Cóż... najwyraźniej pewne cechy rasowe tego krasnoluda wzięły górę nad kodeksem moralnym. Stąd też tylko krok od barbarzyństwa. A może brodacz tylko podawał się za szlachetnego rycerza, a tak naprawdę jest czempionem jakiegoś mrocznego bóstwa? Hmph... wyobraźnia.

Czarodziej przeniósł swe spojrzenie na kobietę, która właśnie wkroczyła do sali. Była piękna i choć ta broń oraz blachy chroniące jej ciało przed atakami nadawały dziewczynie dosyć srogie oblicze, to w jej oczach dostrzec można było chęć czynienia dobra. A to było godne uwagi. -Witaj, pani. Zaczął swym beznamiętnym głosem. -Brand Gallan z Longsaddle, do Twoich usług. Niziołek pokłonił się przed kapłanką z wręcz elfią gracją, jednakże nic już więcej od siebie nie dodał. Wolał stać z tyłu i obserwować.

Wieczór w karczmie spędził wraz z kompanami. Wypił kilka piw z Jackiem, wymienił kilka słów z druidem, lecz to właśnie towarzystwo diablicy najbardziej mu odpowiadało. Cisza, spokój i opanowanie - to cenił sobie w życiu najbardziej. Przyglądał się staraniom barda dobrze przy tym wiedząc, że mógłby ubarwić ów pokaz jego magicznym talentem, ale nie chciał z siebie robić kuglarza. A Poza tym; całe te podpite towarzystwo było godne pogardy, a nie kilku sztuczek. Resztę wieczoru spędził siedząc obok Drakonii oddając się swemu ulubionemu zajęciu - paleniu tytoniu. Przed snem przygotował kilka zaklęć z myślą o podróży i walce z ogrami.

O świcie Brand Gallan wraz z resztą kompanów ruszył pod świątynie, gdzie czekać na nich miała Dorien.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:06.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169