Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 21-10-2007, 19:26   #6
Prabar_Hellimin
 
Reputacja: 80 Prabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znany
Wiek: 15

Problemy: niezbyt piękne opisy, krótkie posty, zatracanie się w dialogach (życie nie kończy się na mówieniu, ale ja o tym zapominam)

Motyw przewodni Warsztatów: Grubymi nićmi szyta intryga, konflikt z udziałem władców państw, potężnych gildii, czy osób chcących władzę zdobyć; w realiach fanatsy


Opowiadanie: Głupiec nie pozostanie w piekle:

Akshe-Dhil, niewielkie miasto na wschodzie Treemlandu. Spokojna letnia noc, chmury nie zasłaniają gwieździstego nieba. Srebrzysty księżyc w czwartej kwadrze oświetla uliczki miasta. Spokojny nastrój panuje także w jednej z karczem. „Pod Łbem Niedźwiedzim” to spory zajazd na uboczu miasta. Piętrowy budynek z bali, kryty strzechą, przybudowaną stajnią nie wyróżniał się zbytnio, wśród podobnej w konstrukcji i rozmiarach zabudowy mieszkalnej i rzemieślniczej. Otwierając drewniane, skrzypiące drzwi tawerny trafia się na ganek, a z niego na przepełniony pomieszanymi zapachami dymu, mięsa i alkoholu. W pomieszczeniu tym stało równo piętnaście okrągłych stolików i jeden mebel, który jeszcze niedawno temu sprawiał, że w karczmie stało stolików szesnaście, przy każdym cztery krzesła. Gawiedź w karczmie była senna, o ile nie śpiąca. Zdawałoby się, że pomieszczenie jest kolekcją szalonego maga, który zażyczył sobie mieć przedstawicieli wszystkich ras Arthorins. I tak: tu przy kominku elf przygrywa na lutni, a niziołek pochłania mięso z talerza, nieco dalej krasnolud śpi twarzą na trzonku topora, w rogu odpoczywa człowiek, a kolejny rozmawia przy ladzie z barmanem.
-... i widzisz, i ja wtedy tego graba w pysk. Nie wiedziałem co robię, toć zawsze łeb mam na karku, ale tak to jest jak piwo jest zbyt tanie. No i jak ten mnie za ramię nie złapie, jak mną na ścianę nie rzuci! W łapie to on miał chyba tyle co niedźwiedź! No ale co, ja pijany, to i honor zachowam – łapię za krzesło i mu przez kark. Zatoczył się, to mu z buta poprawiłem. No miałem szczęście, że mnie wyprowadzili i że go więcej nie spotkałem...
-Oj miałeś, miałeś!
-No właśnie mówię... polej mi no tu jeszcze – wtrącił podstawiając kufel od piwa – bo widzisz Madonie, alkohol głupca z człowieka robi, a głupi ma szczęście... I dla tego piję...
-Tyś i bez piwska głupi Artolu – roześmiał się oberżysta
-A być może, ale przynajmniej szczęście mnie nie opuszcza
Konwersację przerwało skrzypienie drzwi i kroki właśnie chwiejnie wchodzącego, zakrwawionego człowieka w stroju ze skór zwierzęcych. Niewysoki mężczyzna podpierał się nieokorowanym, krzywym kiju. Jego długie ciemne włosy były całe w błocie, liściach i różnych składnikach ściółki leśnej, zaś przez wysokie czoło przechodziła głęboka rana, z której wyciekała na twarz krew
-Po...ppo...moccy! – wypowiedział niewyraźnie i z wielkim trudem nieszczęśnik, po czym padł, ale zachował przytomność
-Na bogów co się stało! – wykrzyknął Artol, który już zdążył dobiec do rannego
-Ooo...ork...kowie!
-Co? Co ty pleciesz? Jacy orkowie!?
-Ork...kowie zz z armii Roolvu, ssą w pob...bliż...żu miasta!
-Niech to szlag! Nie bredzisz?
-Nnn...nie! Rra...atujjj...cie się! – powiedział ostatnie słowa, po czym zakończył żywot
-Hej! Wstawaj! – krzyczał Artol, bijąc trupa po twarzy – Szybko! Po medyka! – krzyknął do najbliżej niego stojącego – elfa
-Ja jestem medykiem – odezwał się obudzony wrzaskami, śpiący dotąd w rogu człowiek, po czym doskoczył do denata, obejrzał i zawyrokował – Zbyt późno, nie żyje!
-Więc ratujmy chociaż siebie! – krzyknął niziołek, po czym złapał za swoją torbę i wybiegł, jednak wrócił się po chwili – Mmmała poprawka: orkowie nie są w pobliżu miasta. Oni są w mieście!
-Idź do kuchni Artolu, za nią są drzwi do stajni. Osiodłajcie konie i uciekajcie do stolicy! – powiedział Madon, po czym wbiegł po schodach na piętro, budząc gości. Artol pobiegł do stajni, za nim niziołek, medyk i elf prowadzący pijanego krasnoluda. Osiodłali wszystkie konie, gdyż nie wiedzieli ilu Madon ma gości. Elf wsiadł na konia, trzymając przed sobą krasnoluda, zaś medyk dzielił siodło z niziołkiem. Po chwili do stajni wszedł Madon, jego żona Hara, córka Ida oraz dwóch gości – gnomi mag i elfi kupiec. Madon otworzył wrota stajni, po czym wraz z żoną na jednym koniu wyjechał i skierował się w stronę zachodniej bramy. Za nim pojechał Artol, wiozący Idę, goście na oddzielnych koniach i dalej reszta. Wyjechali na ulice miasta, gdzie rozpętane już było piekło. Miasto staje w ogniu, orkowie mordują uciekających ludzi a straż nieskutecznie próbuje odeprzeć atak. Madon skręcił w mniejszą uliczkę, jednak zawrócił się, ujrzawszy sporą grupę napastników. Pojechał dalej, wymijając leżące ciała. Ponownie skręcił w uliczkę, dojechał do głównego placu i znów skręcił w drogę prowadzącą do zachodniej bramy. Po drodze wyminął scenę walki garnizonu miejskiego z oddziałem orków. Obejżał się za siebie i zauważył, że kupiec opuścił ich już parę zakrętów temu, a bard z krasnoludem trafili w ręce oprawców. Pognał konia, wyjechał przez bramę i strasznie się przeraził. Widok obozu setek orków rozbitego zaraz przy murach miejskich nie mógłby nie przerazić. Wokół mordy, gwałty kobiet i grabieże – Madon myślał teraz tylko o tym, aby uchronić przed strasznym losem swoją rodzinę. Jechał dalej omijając szerokim łukiem biegnących w jego stronę orków. Jeden zginął pod kopytami konia Artola, drugi w wyniku ognistej kuli maga, trzeci utracił głowę dla niziołkowego miecza, a czwarty padł z sercem przebitym przez ten sam miecz. Wydawało się, że mag, medyk i niziołek starają się zwrócić na siebie uwagę orków, umożliwiając Madonowi ratowanie rodziny.

Madon i Artol popędzili konie, zostawiając towarzyszy, którzy niechybnie zginą. Zostawili za sobą orków, którzy nigdy jak tej nocy nie wydawali się im tak przerażający. Zostawili miasto, będące ich historią. Zostawili w końcu karczmę, do której byli przywiązani tak Madon jako właściciel i tak samo Artol – stały jej bywalec. Nie myśleli jednak o tym, dopóki nie znaleźli się w bezpiecznej odległości. Wtedy Artol roześmiał się
-Tak jak i szczęście, tak i humor cię Artolu w żadnej sytuacji nie opuszcza.
-Tak, tak. Ale widzisz Madonie, wychodzi na to, ze obaj jesteśmy głupi...
 
__________________
Zasadniczo chciałbym przeprosić za tę manierę, jeśli kogoś ona razi w oczy... ;P
Prabar_Hellimin jest offline