Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Rekrutacje do sesji RPG > Archiwum rekrutacji
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum rekrutacji Wszelkie rekrutacje, które zostały zakończone.


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-10-2007, 11:31   #1
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 8575 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
[REKRUTACJA] Warsztaty Storytellingu

Witam serdecznie i zapraszam do wzięcia udziału w
WARSZTATACH STORYTELLIGU
prowadzonych pod patronatem spółki GameraX&BorsuX
(czyli Mira i Kutak)


Kto może wziąć udział w Warsztatach?
Teoretycznie każdy, przy czym projekt jest skierowany przede wszystkim do młodego, ambitnego gracza, który chce nad sobą pracować i udoskonalać swoje umiejętności zarówno pisania, jak i tworzenia RPG.

Początkowo zostaną przyjęte 3-4 osoby, jednak skład grających może ulegać zmianie, więc wszystkie osoby, które się zgłoszą, będą miały szansę zagrać pod okiem Kutaka i moim.


Jak to będzie wyglądało?
Zaczynamy od zera – zupełnie, całkowicie, definitywnie. Nie ma nic!
Gracze sami stworzą świat, w którym będą grać, a następnie zajmą się ukształtowaniem postaci i nakreśleniem linii fabularnej sesji.
Trochę wody więc upłynie zanim zaczniemy grać na serio, jednak praca od podstaw pomoże wychwycić Wasze najczęstsze błędy.
Zastosowana przez nas strategia nosi nazwę „World Burningu” (poniżej macie jej opis).


„Żywe Światotworzenie”, czyli „World Burning”

Co to takiego?
Jest to dość nietypowy pomysł, spotkany w paru grach Indie. O co chodzi? Cóż, o urozmaicenie. Czasem dokładnie opracowany świat nie jest potrzebny przygodzie, czasem scenariusz pasuje do każdych niemal realiów- Nie trzeba zawsze podążać tropem dokładnie wyznaczonym przez jakiś setting, trzymając się tego, że w świecie „A” magia działa tak i tak, a w świecie „B” niestety nie można zagrać rycerzem Jedi. Czasami można po prostu zwolnić wodze wyobraźni.

Co daje pomysł, który zastosujemy w projekcie? Cóż, przede wszystkim dużo większą dowolność i radość z gry. Możecie wykreować świat „pod postacie”, którymi zagracie, pasujący idealnie do waszego stylu gry. Rzecz jasna, nie tylko Twojego- nie grasz sam i musisz o tym pamiętać, więc w pewnym momencie będzie trzeba pójść na kompromis. Możesz być jednak pewnym, iż spora część Twych marzeń zostanie zrealizowana.

O co w tym chodzi?
Już wyjaśniam. Po zakończeniu rekrutacji i 3-4 graczy pojawi się odpowiedni temat przeznaczony do kreacji świata. W nim „Kierujący Światotworzeniem" (Kutak) przedstawi kolejne „punkty” niezbędne do określenia realiów. Zadaniem graczy będzie określenie swoich wizji każdego zagadnienia. Najpierw proste wizje po parę zdań, później zaś parę postów na dogadanie się - ktoś zrezygnuje z czegoś, ktoś z innej rzeczy - tak, by powstała wspólna i w miarę spójna wizja. Do tego owa wizja musi przestrzegać jednego motywu przewodniego sesji, ustalanego zaraz po zakończeniu rekrutacji. Może gracze będą mieli być banitami, może świat będzie miał się chylić ku zagładzie, może zostanie zawiązana jakaś zamkowa intryga... Ważne, by wszystkie pomysły graczy były zgodne z owym motywem.
Przykład:
Punkt pierwszy- realia rozgrywki
Wojtek mówi, że chciałby zagrać w świecie, w którym aktualnie toczy się święta wojna- krucjata przeciwko złu, wrogiej religii bądź państwu- ważne, by były w to zamieszane najwyższe władze państwa, którego obywatelami są gracze. Tadek za to od dawna fascynuje się rodami kupieckimi z Wenecji- chciałby więc, by gra toczyła się w państwie, które przypomina dawną Wenecję. Radek uwielbia filmy i powieści S-F, bardzo chciałby w sesji powalczyć z obcymi ze złowrogiej planety. W końcu decydują się na stację kosmiczną, której ustrój przypomina do złudzenia ten, jaki panował w dawnej Wenecji, która toczy wojnę z obcymi, wyznawcami złowrogiego Boga Chaosu, o wiarę i własne życie. Motywem przewodnim sesji są samuraje- i to właśnie nimi w przyszłości będą gracze.

Co trzeba określić?
· Realia. W jakich latach, jaki rozwój technologiczny, co dzieje się na świecie i jak ten świat wygląda.
· Postacie, organizacje i polityka na świecie. Czyli kto, skąd i z czyją pomocą rządzi, a kogo lękają się mieszkańcy.
· Przygoda. Czyli co gracze chcieliby przeżyć, z czym zawalczyć, w jaki sposób odcisnąć swe imiona w historii świata.

Uwagi techniczne:
Jednocześnie podczas tworzenia świata, spisywania przez Kart Postaci, a później w trakcie grania, będziemy przyglądać się Waszym zdolnościom operowania słowem pisanym. Wszystkie potknięcia, złe nawyki, błędy, itp. będą „wytykane” w komentarzach, gdzie zawsze możecie zapytać, dlaczego coś ma wyglądać tak, a nie inaczej.

Zostało to już wspomniane na wstępie, ale przypomnę: Warsztaty są skierowanie do młodych, ambitnych graczy, którzy chcą nad sobą pracować. Nie liczcie więc na rozpieszczanie komplementami czy wyrozumiałość Mistrzów Gry. To Wam zależy, więc to Wy macie się starać! Niedopuszczalna jest sytuacja, w której to my musimy czekać na Was (chyba, że zostanie zgłoszony wyjazd czy inne zdarzenie losowe).



Jak się zgłosić do Warsztatów?
Zgłoszenia umieszczacie w tym temacie, wypełniając poniższy schemat.

Rekrutacja trwa do 27.10. Wraz ze zmianą daty z soboty na niedziele, poznacie listę {nie}szczęśliwców.

Zaznaczam, że po okresie rekrutacyjnym nadal będzie można zgłaszać się u Kutaka lub u mnie na PW. Takie osoby będą musiały jednak poczekać w kolejce.


Schemat ZGŁOSZENIA:
Wiek: (Tak, Twój własny. Jeśli nie chcesz "upubliczniać" tej wiadomości, podaj ją Mistrzom Gry na PW.)
Problemy: (Opisz choć w kilku słowach, nad czym chcesz szczególnie popracować, co sprawia Ci trudność.)
Motyw przewodni Warsztatów: (Napisz, w jakich realiach chcesz grać, kim mniej więcej miałyby być postacie.)
Opowiadanie: (Tekst nie musi być związany z Warsztatami, może być nawet fragmentem jakieś sesji Twojego autorstwa. Jego długość to minimum 1strona A4.)


No to do dzieła!
 
__________________
Up high in the middle of nowhere
Don't know, but you know, when you get there
Walk slow and low on a tightrope
Hope it last, but you know, you never know...

Ostatnio edytowane przez Mira : 21-10-2007 o 14:26.
Mira jest offline  
Stary 21-10-2007, 16:09   #2
 
Lukadepailuka's Avatar
 
Reputacja: 149 Lukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znanyLukadepailuka wkrótce będzie znany
I oto do sali zgłoszeń wszedł waleczny i mężny Lukadepailuka. Oczy jego zlustrowały komnatę. Krokiem pełnym gracji podszedł do urny wyborczej i wyjął karteczkę z napisem ĘĄ, nie to nie ta. Po czym wyjął kolejny arkusz papieru i wrzucił go do urny. Nieliczni wiedzieli co tam się znajduje.

Wiek: Bardzio się wśtydzie, prosię nie patźcie: 13 wiosen.

Problemy: Niesprecyzowane dogłębnie, chce się nauczyć pisać, grać, doskonalić, mieć z tego fajną zabawę i włożyć w to trochę pracy. Pewnie moim głównym problemem jest chaotyczny sposób pisania i różnego rodzaju błędy, które dojrzeć może tylko czujna macka Miry.

Motyw przewodni warsztatów:

Realia wczesnego średniowiecza.

Rok niesprecyzowany, państwem rządzi stary król, który pozbawiony jest potomstwa. Arcykapłan, władca całej inkwizycji, już zaciera rączki na królestwo. Ma jednak dwa wyjścia, przejąć państwo siłą, ponieważ nie miał on królewskiego pochodzenia, (trzeba tu zauważyć, że państwo, jest na granicy wojny z sąsiednim krajem i osłabienie może być jego zgubą) albo zdobyć berło królów, które jest bronione przez smoka.

Przygoda jest już chyba wiadoma (mam nadzieje), najpierw szukamy berła, a potem staramy się je obronić przed złymi łapskami inkwizycji.



Opowiadanie (pierwszy lincz):

Śmierć, stan charakteryzujący się ustaniem oznak życia, spowodowany nieodwracalnym zachwianiem równowagi funkcjonalnej i załamania wewnętrznej organizacji ustroju.
Dla innych jest to po prostu stan przejścia w inny stan rzeczywistości, jak obudzenie się z długiego snu.
Nie to jednak jest najbardziej istotne, ważne jest przerwanie więzi, między rodziną i przyjaciółmi, którzy są przecież fundamentem snu, który zwą życiem.
Może i dla tego George nie miał się zamiaru poddawać. On zawsze walczył, śmierć równoważyła się z porażką.
Z resztkami powietrza w płucach, starał się pociągnąć za linkę od korka, motyw ten występował przecież w tylu filmach, a Oni i tak zlekceważyli tak ważny szczegół w morderstwie. Najpewniej myśleli, że George straci możliwość trzeźwego myślenia. Nawet jeśli tak było to dzisiejsza telewizja potrafi zakodować się w pamięci jak najgorszy koszmar. Woda zaczęła powolnie wypływać z wanny wprost do rury. Możliwe, że zbyt wolno, George nie miał jednak w zwyczaju się poddawać. Pierwszy słodki oddech. Lek na rany. Życie z białej swojej strony jest piękne. Niech nazywają to jak chcą: zbędnym optymizmem, głupotą szczęśliwca. Życie jest takie jakie jest, a płakanie nad nim tworzy zły obraz. Nie to miało jednak znaczenie. Zmagał się z węzłami krępującymi mu nadgarstki, przy wtórze płaczu jego córki. Liny upadły na ziemie wraz z krzesłem, które przy upadku na płytki terakoty spowodowały głośny huk. Zaskoczenie wzięło w łeb. Z sąsiedniego pokoju wyszedł zdziwiony przestępca, jednak George był już na to przygotowany. Szybki jak myśl, skoczył na przeciwnika i prawą ręką wyszarpnął mu z za paska pistolet. Odepchnął go wolną dłonią i wycelował w twarz. Tamten, że był bardzo zdziwiony nie pisnął, ani słówka i padł na kolana, z rękoma za głową. Mimo, że już nic nie miało znaczenia, w głowie Georg usłyszał kolejne słowa. „To znaczy tylko jedno i zarazem wszystko. Uderzaj. Kiedy już musisz żyć, uderzaj. Wszystko inne ma drugorzędne znaczenie. Uderzaj.” Do przedpokoju wpadł jego wspólnik, spojrzał na martwe ciało kolegi, po czym zlustrował Georga wzrokiem, byli razem już w takim szoku, że żaden nie mógł strzelić.
-Wet za wet, to prawo Hammurabiego.- Odezwał się pierwszy, zachrypniętym głosem i z powrotem schował się do pokoju, przy okazji zamykając drzwi na zamek. Był tylko płacz, huk i… płacz? George uderzył z barku słabe, drzwi do pokoju swojej córki, wypadły z zawiasów, głośno przy tym spadając na podłogę. Pierwsze spojrzenie powędrowało na twarz córki, oczy miała szeroko otworzone. Z brzucha sączyła jej się krew, a nogi miała szeroko rozwarte. Nieopodal niej klęczał zapłakany morderca, jednak na widok, ojca wstał i wymierzył mu pistolet prosto w twarz. Walczyć? Niby po co. Przecież George nigdy nie walczył.


Alternatywnie to:

Światło ognia odbijało się na twarzy Pailukas'a. W zamyśleniu bawił się różdżką. Ostatnie dni były czymś co pewnie wpłynie na jego życie. Musi wpłynąć. Powoli zaczął analizować wszystkich ludzi w jego otoczeniu, nie tak jak poprzednio. Teraz wszyscy byli jego kompanami. I jeśli pokażą, że można im zaufać to Pailukas tak właśnie zamierzał robić. Jednak na jego zaufanie dalej nie było łatwo zapracować. Garret, Quahcoatl i Gunnar, byli nowymi w ekipie. Ze starej pozostali tylko DarkRev, Zygfryd i Pailukas, co nie oznacza oczywiście, że mag miał jakiekolwiek uprzedzenia do innych, nie po tym co przeżył. W ciszy żył, miał nadzieje, że i w ciszy umrze, ale nie stary i bezzębny, w ciszy i spokoju bitwy, na której stanie po tej dobrej stronie. Być może będzie miał okazje, właśnie dla tego dołączył do rebeliantów. Spojrzał się jeszcze raz na Zygfryda, starał się nawiązać z nim kontakt. To on przy ostatniej przygodzie zachował czyste serce i mądry umysł. Pailukas był wtedy zbyt zaślepiony własną pychą. DarkRev, on także nie patrzył z serca, pycha ogarnęła jego umysł w podobnym stopniu jak i u Pailukas'a. DarkRev wolał jednak dobro materialne, w którym pod żadnym pozorem nie miał upodobania elf. I Ci nowi, ciekawe co przyniesie ranek, co kolejny dzień. Płacz bliski? A może śmiech, raj? A może śmierć? Mimo wszystko on zachowa milczenie, on zachowa spokój. I on stanie wśród Prawego i Dobrego, aby w dzień chwały umrzeć za dobro i z dobrem, przeciw złu. Wgłębiając się w oczy Zygfryda starał się nawiązać z nim kontakt. Będą musieli porozmawiać, a może nawet przemilczeć.
-Więc tak, -przerwał cisze dowódca- dam wam mapę. Uważajcie na nieumarłych. Pamiętajcie, musicie zaleźć kawałki klejnotu z duszą cienia! Podobno wieśniak Henry z wioski Hornhill jest bliskim współpracownikiem kapłanów. Może coś widzieć. Ale pamiętajcie! Wszyscy mieszkańcy tych okolic nienawidzą Cieni. No więc do zobaczenia! Wróćcie do obozu gdybyście odnaleźli klejnot. Żegnajcie!- Po czym odszedł od grupy.
Tak i trzeba będzie zrobić, uratować pogrążonych, pogrążyć złych. Kiwnięciem głowy oddał hołd odchodzącemu dowódcy i spojrzał się na wchodzących do jaskini, zadyszanych Ben'a i jego pomocnika. Mimowolnie Pailukas uśmiechnął się.
-Czemu się spóźniliście?- Spytał nieufnie Cadard, podchodząc do nowo przybyłych. Odpowiedzieć nie dał im jednak DarkRev który dodał swoje trzy grosze.
-Witajcie... nowi... Jam jest DarkRev. - mówiąc to wstał i ukłonił się.
-A jakie są wasze imiona? -powiedział, wyprostował się i zrzucił płaszcz uwalniając swe długie i wyprostowane włosy. Obejrzał swój oręż po czym zrobił kilka machnięć każdymi swoimi śmiercionośnymi narzędziami roboczymi i odłożył je na miejsce. Podszedł do mapy. Obejrzał ją starannie.
-To nie będzie prosta wycieczka... - powiedział i jeszcze raz rzucił okiem na mapę po czym rzucił ją niestarannie na to samo, poprzednie miejsce.
-Ben przyniósł byś mi może coś do picia? Pragnienie mnie złapało. Nie chcę się mądrzyć lub wywyższać lecz myślę byś my tu zostali i przygotowywali się do drogi przez jakieś dwa lub trzy dni. - powiedział i ruszył do swych pupilów by je polerować i ostrzyć. Po czym odezwał się Garret.
- Nic nie szkodzi - odpowiedział najpewniej na usprawiedliwienie się nekromanty.- Rozumiem, że masz dla nas jakieś ważne informacje?- Po czym wgłębił się w mapę. Pailukas jednak dalej milczał, nie dostał jeszcze powodu wtargnięcia do dyskusji.
Cadrad podszedł do DarkReva i powiedział.
-Masz racje DarkRev powinniśmy się przygotować do tej długiej i męczącej drogi.
Następnie odszedł w ciemny kąt w którym zawsze przebywał i zaczął ostrzyć swoje szurikeny w sposób niezwykle cichy że ledwo było słychać cichy szelest żelaza.
Przez nikogo nie zauważony wyszedł przed jaskinie zapoznać się z terenem.
Po dwudziestu minutach wrócił do jaskini z dorodnym dzikiem na plecach.
Mówiąc do Bena
-rozpal ognisko dzisiaj urządzimy ucztę. ZA NOWĄ PRZYGODE PANOWIE.
Nie spodobało mu się, jak potraktował Ben'a który był przecież takim samym człowiekiem ja on. Wreszcie postanowił się odezwać.
-Witajcie, jesteśmy zlepkiem różnych kultur i ras, mam jednak, że dogadamy się w tej morderczej misji, a teraz świętujmy rozpoczęcie tego co w przyszłości będzie owocem dobra dla innych- po czym uśmiechnął się i wyjął z torby podróżnej, beczułkę z piwem i podał w tłum. Przy okazji przysiadł się do Zyfryd'a.
-Co sądzisz o nich? I o tej całej misji?
-Dobrze... dobrze... A tak właściwie nerko, nie znamy twojego imienia jak i przepisu na twoją pyszną zupkę...- Odezwał się w tym czasie DarkRev, dla Pailukas'a nie spodobało się jak na niego spojrzał. W głębi ducha miał nadzieje, że nie rozpomina starych czasów, w których przecież nie było z nimi tak dobrze.


Chociaż wolałem, żeby było to coś świeżego.

Powodzenia
 
Lukadepailuka jest offline  
Stary 21-10-2007, 18:19   #3
 
Delaraan's Avatar
 
Reputacja: 52 Delaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodzeDelaraan jest na bardzo dobrej drodze
To i ja się zgłoszę, a co tam.

Wiek: 14 lat

Problemy: Ogólnie, chcę się dobrze bawić, doskonalić. Moim problemem są niezbyt długie posty, czasami chaotycznie napisane.

Motyw przewodni warsztatów:
Realia około roku 1500-1700, lub późnego średniowiecza.

Świat podzielony na kilka większych wysp i grono małych. Istnieje kilka państw, panuje względny spokój. Czasami dochodzi do konfliktów zbrojnych. Pojawia się jednak większy problem: Żywiołaki. Przybyłe nie wiadomo skąd, potężne istoty, chcące zagarnąć świat dla siebie. Na domiar złego, na świecie rośnie piractwo. Niezliczone hordy wszelkiego tałatajstwa skutecznie hamują drogi morskie. Z tymi problemami trzeba się uporać.

Rola graczy w świecie: Wcielenie się w piratów, prowadzących wesołe, pełne przygód życie, lub wcielenie się w bohaterów, chcących uwolnić świat od żywiołaków (Heroic Fantasy).

Opowiadania:
I

Portowy zgiełk, głowa pęka na pół
Parszywy jęk świata bez bohaterów.
Chmurne jak morze, to miasto co śpi,
Wszystko tu się może stać.
Wyciągnęli cię na ten cholerny świat,
Dali rapier w dłoń i wrzucili na pokład.
Cóż więc pozostało ci?

Że też nawet tym parszywym psom morskim się taki nastrój udzielił!-Pomyślał Kurdan i pchnął drzwi do karczmy „Pod złamanym masztem”. Wnętrze jak zwykle było wypełnione dymem z fajek i papierosów i pachniało alkoholem. -Nareszcie w domu, co?-mruknął rosły ork, towarzysz pirackiego kapitana. –Nie możesz usiedzieć bez alkoholu?-odpowiedział mu Kurdan.-W sumie to masz rację. Tęskniłem za Jalekk.- Dwaj przyjaciele przepchali się pomiędzy spitymi marynarzami i usiedli przy ladzie.
-Nareszcie na lądzie, co „Kotwica”?-rzucił otyły barman.-Już za wami tęskniłem.
-Nie gadaj Jock! Przynoś „Krwawą wódę”!-zakrzyknął ork.-Pić mi się chce!
-Masz twardą głowę Krux. Dla ciebie piwo, co Kurdan?-barman błyskawicznie uwinął się za kontuarem i podał alkohol.-Jakieś dobre łupy?
-Jakby szczur napłakał-warknął Krux.-Zatopiliśmy tylko jeden bryg z Dathomiru i zdobyliśmy pełną ładownię...beczek z rzepami w zalewie!-Ryknął ork tak głośno, że marynarze w karczmie obejrzeli się z przestrachem.
-Mniejsza z tym-uciął rozmowę Kurdan „Kotwica”.-masz dla nas jakichś nowych majtków Jock?
-Jasne!-odparł barman-Ooo, tam siedzą!-Jock wskazał kilka postaci siedzących pod ścianą.-Prawie same młodziki.

* * *
-Jacen Gorehend, człowiek, 24 lata, dobrze walczy szablą i wszelakimi nożami.-czytał wolno Jock i wodził palcem po liście.-Dreeg Honerack, Drakonianin, 48 lat, świetny strzelec, dobry szermierz.-mruczał barman, gdy wysoki, niebieskoskóry jaszczur w zbroi skórzanej minął ich z nieznacznym kiwnięciem głowy.-Rogald „Boomer” Fistel, człowiek, 44 lata, były bosman marynarki, wysadził okręt na którym służył i szuka zaciągu.-Umięśniony, brodaty człowiek z kolczykiem w uchu zasalutował Kurdanowi i przeszedł do grupki wyczytanych.-Leithan „Poison” Illioden, elf, 64 lata, świetny złodziej i szpieg; Derrington Ozzel, 38 lat, haarun, dobry szermierz, bez słowa wykonuje rozkazy.-elf i ciemnoskóry umięśniony, podobny do goblina stwór dołączyli do wyczytanych.-I ostatni-rzucił Jock.-Lorian Nodd, krasnolud, 42 lata, szuka posady kanoniera, niepokonany w walce 1 na 1.

* * *
Był bezchmurny ranek. Słońce prażyło na całego. Ciszy spokojnego morza nie mącił żaden dźwięk...
-Te, bumelant!-ryk umięśnionego orka, pierwszego oficera na „Lobelii” wyrwał Jacena z zadumy.-Nie śpij! No chyba że chcesz skończyć w morzu! Mnie tu nikt nie lekceważy! Powtarzam od nowa. Jestem Krux „Killer” Gonerath, pierwszy oficer na ”Lobelii”. Będę miał przyjemność pastwić się nad wami przez dwa miesiące okresu próbnego na tym statku. Podpadniecie mi, wylądujecie na chłoście, pod masztem! Podpadniecie drugi raz, wylądujecie w morzu! Mnie nikt nie lekceważy.

II

Nad rozległym borem Illigany zapadł zmrok. Czasem w oddali słychać było wycie wilków i szemranie cykad. Przez las szedł mężczyzna. Był wysoki i barczysty, z włosami sięgającymi ramion i długą, kasztanową brodą. Na plecach miał łuk i kołczan pełen strzał, w ręku trzymał oszczep, a na pasie wisiał wielki topór i myśliwski nóż. Nagle nocne odgłosy przerwał przeszywający krzyk. Mężczyzna zaklął i pobiegł w stronę, z której dobiegł wrzask, ściskając mocniej w dłoniach drzewce oszczepu. Wreszcie dobiegł na rozległą polanę i ujrzał zmrażający serce widok. Prawie cała polana zasłana była trupami Murgów- -przypominającej Orków, lecz o wiele od nich niższej rasy, z popielatoczarną skórą i bardzo długimi uszami. Gdzieniegdzie leżały ciała Elfów i to, co pozostało z jakiegoś wozu. W środku leżała piękna Elfka, która ledwo żyła. Prawą dłoń miała odrąbaną, w jej prawej piersi tkwiła strzała, a lewą ręką przytulała dwa kwilące tobołki. Mężczyzna natychmiast odrzucił oszczep i ukląkł nad ranną.
- Kimkolwiek jesteś człowieku, zaopiekuj się mymi dziećmi-wyszeptała Elfka.-
-mają tylko rok, nie przeżyją same.
-Poczekaj, muszę opatrzyć ci rany-mruknął mężczyzna.
-Mnie i tak nic nie pomoże, proszę zaopiekuj się Vorinem i Eleną…-Elfka zachłysnęła się i wydała ostatnie tchnienie.
W tej samej chwili coś zaszeleściło w krzakach, a mężczyzna zaklął siarczyście- -na polanę wpadło trzech Murgów! Byli o prawie głowę niżsi od ich przeciwnika, mieli długie nosy i uszy z wielkimi, zwisającymi z nich zębami zwierząt, a środkowy, zapewne dowódca kolczyk w nosie, naszyjnik z kawałków kości, a na czubku głowy długi, sterczący, biały czub.
-Wypatroszyć go!- ryknął dowódca.
Mężczyzna czekał na atak z toporem w dłoniach. Pierwszy Murg ruszył z paskudnym rykiem, lecz nie zdążył nawet wziąć zamachu, a już leżał martwy na ziemi. Drugi postąpił bardzo głupio, blokując cios topora szablą, a nie tarczą, w wyniku, czego, szabla rozprysnęła się na kawałki, a on sam leżał teraz na ziemi. Dowódca Murgów ryknął, rzucił się na człowieka i uderzył go pięścią w podbródek. Mężczyzna zachwiał się i odpowiedział ciosem w brzuch i w tej samej chwili odrzucił topór i przeszył Murga nożem. Walka była skończona.
Nagle mężczyzna spostrzegł świetlisty przedmiot leżący pod jednym z Elfów. Podszedł bliżej i zobaczył, że ten świetlisty przedmiot to miecz długości około 5 stóp, na jego rękojeści i jelcu błyszczały rubiny, a na klindze wygrawerowane były runy.

 
Delaraan jest offline  
Stary 21-10-2007, 18:25   #4
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 172 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Osobiście, jako drugi MG i ten, który pewnie będzie kierował całym procesem "wypalania świata", mam jedną prośbę. Motyw przewodni nie jest tym, co będziemy opisywać w wypalaniu świata. Ma to być coś, co ma być kluczem do scenariusza, najważniejszą jego cechą- a do scenariusza właśnie dobudujemy później świat.

Tak więc można powiedzieć, iż motyw przewodni Luki można określić jako "Poszukiwanie artefaktu" (lub, uściślając, insygniów władzy), u Delaraana zaś to chyba "Inwazja obcych" (istot z innego planu egzystencji). Można podpiąć do tego wiele różnych rzecz, przez co ułatwi nam to pracę nad scenariuszem.

Pozostałych graczy proszę więc o napisanie paru słów o motywie przewodnim w tym stylu, nie zaś o odpowiedź na "trzy pytania światotworzenia", na które przyjdzie czas w dalszym etapie
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 21-10-2007, 18:41   #5
 
Kokesz's Avatar
 
Reputacja: 227 Kokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie cośKokesz ma w sobie coś
Wiek:
Mam już 22 lata - jak ten czas szybko mija.

Problemy:
Wydaje mi się, że mam problem z pięknymi, poetyckimi i barwnymi opisami. Jakoś mi nie idzie szczegółowe opisywanie miejsc, przedmiotów itp.

Motyw przewodni Warsztatów:
Intryga w świecie, który nie zna pokoju. Intryg tych, którzy rządzą tym światem, ale też tych, którzy dopiero marzą o władzy.
Postacie powinny być głównie osobami, które nie interesują się tym co knują rządzący, co najwyżej przyglądają się temu z daleka. Postacie nie z własnej woli zostają wplątane w jakąś intrygę "na górze".

Opowiadanie:
Sucho. Tak sucho nie było od wielu lat. Najstarsi nie pamiętają takiej suszy. Na niebie od tygodni nie widziano żadnej deszczowej chmury. Wszyscy stracili nadzieję na deszcz.
Najpierw patrzono w niebo z nadzieją, później z niecierpliwością. Ludzie gromadzili się w świątyniach i modlili się o jakiekolwiek krople. Po kilku tygodniach, gdy głód zaczynał zbierać swoje tragiczne żniwa, ci, którzy z ziemią byli najbardziej związani - chłopi - zaczęli zwracać się ku wierze przodków. Jednakże i to nie dało rezultatów. Susza trwała. Ziemia zamieniła się już w pył. Ludzie umierali, ale umierali w potwornych męczarniach. Było tak, ponieważ susza była tylko początkiem nieszczęść jakie spadły na mieszkańców tej krainy. Krainy, która jeszcze parę miesięcy temu zwana była przez niektórych rajem. Łany zboża po horyzont, gęste lasy pełne zwierzyny. Tak było kiedyś, dziś już nikt nie pamięta pięknych widoków roztaczających się ze wzgórz.
Skutkiem suszy był głód. Lecz głód nie jest sprawiedliwy. Nie dopada każdego. Jedni głodowali, inny mieli zapasy, ale nie chcieli się nimi podzieli, a przynajmniej tak uważali ci pierwsi. Tak głód stał się pretekstem, dla "obrońców" sprawiedliwości. Jeździli oni od wsi do wsi i głosili swoje przekonania. Na efekty i krucjaty w imię sprawiedliwości nie trzeba było długo czekać. Ci, którzy posiadali swoje zapasy zostali ich brutalnie pozbawieni.
Ludzie stracili nadzieję, bo nawet te zapasy nie starczyły na długo. Mieszkańcy miast i wsi nie wychodzili z domu, bo i po co mieli by wychodzić. Nikt już nie pracował. Warsztaty rzemieślników świeciły pustkami tak jak targowiska oraz oczywiście pola. Doszło do tego, że ludzie przestali się myć. Żyli w brudzie nie zwracając na niego uwagi. Tak zaczęła się kolejna odsłona nieszczęścia - zaraza. Mieszkańcy miast zaczęli chorować. Nie chorowali jednak długo. Zaraza zabijała szybko, lecz nie była to śmierć miła. Chorzy krztusili się własną krwią, drżeli z zimna choć na zewnątrz panował upał. Z miast zaraza przeniosła się na wieś. Wsie opustoszały w ciągu tygodnia.
Raj przestał istnieć. Jego mieszkańcy opuścili go. Jedni przenieśli się w piękniejsze miejsce, inni zawędrowali do miejsce, gdzie nie zaznają nigdy spokoju. Taka była cena grzechu.
 
__________________
Nic nie zostanie zapomniane,

Nic nie zostanie wybaczone.
Księga Żalu I,1

Ostatnio edytowane przez Kokesz : 21-10-2007 o 18:44.
Kokesz jest offline  
Stary 21-10-2007, 19:26   #6
 
Prabar_Hellimin's Avatar
 
Reputacja: 78 Prabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znanyPrabar_Hellimin wkrótce będzie znany
Wiek: 15

Problemy: niezbyt piękne opisy, krótkie posty, zatracanie się w dialogach (życie nie kończy się na mówieniu, ale ja o tym zapominam)

Motyw przewodni Warsztatów: Grubymi nićmi szyta intryga, konflikt z udziałem władców państw, potężnych gildii, czy osób chcących władzę zdobyć; w realiach fanatsy


Opowiadanie: Głupiec nie pozostanie w piekle:

Akshe-Dhil, niewielkie miasto na wschodzie Treemlandu. Spokojna letnia noc, chmury nie zasłaniają gwieździstego nieba. Srebrzysty księżyc w czwartej kwadrze oświetla uliczki miasta. Spokojny nastrój panuje także w jednej z karczem. „Pod Łbem Niedźwiedzim” to spory zajazd na uboczu miasta. Piętrowy budynek z bali, kryty strzechą, przybudowaną stajnią nie wyróżniał się zbytnio, wśród podobnej w konstrukcji i rozmiarach zabudowy mieszkalnej i rzemieślniczej. Otwierając drewniane, skrzypiące drzwi tawerny trafia się na ganek, a z niego na przepełniony pomieszanymi zapachami dymu, mięsa i alkoholu. W pomieszczeniu tym stało równo piętnaście okrągłych stolików i jeden mebel, który jeszcze niedawno temu sprawiał, że w karczmie stało stolików szesnaście, przy każdym cztery krzesła. Gawiedź w karczmie była senna, o ile nie śpiąca. Zdawałoby się, że pomieszczenie jest kolekcją szalonego maga, który zażyczył sobie mieć przedstawicieli wszystkich ras Arthorins. I tak: tu przy kominku elf przygrywa na lutni, a niziołek pochłania mięso z talerza, nieco dalej krasnolud śpi twarzą na trzonku topora, w rogu odpoczywa człowiek, a kolejny rozmawia przy ladzie z barmanem.
-... i widzisz, i ja wtedy tego graba w pysk. Nie wiedziałem co robię, toć zawsze łeb mam na karku, ale tak to jest jak piwo jest zbyt tanie. No i jak ten mnie za ramię nie złapie, jak mną na ścianę nie rzuci! W łapie to on miał chyba tyle co niedźwiedź! No ale co, ja pijany, to i honor zachowam – łapię za krzesło i mu przez kark. Zatoczył się, to mu z buta poprawiłem. No miałem szczęście, że mnie wyprowadzili i że go więcej nie spotkałem...
-Oj miałeś, miałeś!
-No właśnie mówię... polej mi no tu jeszcze – wtrącił podstawiając kufel od piwa – bo widzisz Madonie, alkohol głupca z człowieka robi, a głupi ma szczęście... I dla tego piję...
-Tyś i bez piwska głupi Artolu – roześmiał się oberżysta
-A być może, ale przynajmniej szczęście mnie nie opuszcza
Konwersację przerwało skrzypienie drzwi i kroki właśnie chwiejnie wchodzącego, zakrwawionego człowieka w stroju ze skór zwierzęcych. Niewysoki mężczyzna podpierał się nieokorowanym, krzywym kiju. Jego długie ciemne włosy były całe w błocie, liściach i różnych składnikach ściółki leśnej, zaś przez wysokie czoło przechodziła głęboka rana, z której wyciekała na twarz krew
-Po...ppo...moccy! – wypowiedział niewyraźnie i z wielkim trudem nieszczęśnik, po czym padł, ale zachował przytomność
-Na bogów co się stało! – wykrzyknął Artol, który już zdążył dobiec do rannego
-Ooo...ork...kowie!
-Co? Co ty pleciesz? Jacy orkowie!?
-Ork...kowie zz z armii Roolvu, ssą w pob...bliż...żu miasta!
-Niech to szlag! Nie bredzisz?
-Nnn...nie! Rra...atujjj...cie się! – powiedział ostatnie słowa, po czym zakończył żywot
-Hej! Wstawaj! – krzyczał Artol, bijąc trupa po twarzy – Szybko! Po medyka! – krzyknął do najbliżej niego stojącego – elfa
-Ja jestem medykiem – odezwał się obudzony wrzaskami, śpiący dotąd w rogu człowiek, po czym doskoczył do denata, obejrzał i zawyrokował – Zbyt późno, nie żyje!
-Więc ratujmy chociaż siebie! – krzyknął niziołek, po czym złapał za swoją torbę i wybiegł, jednak wrócił się po chwili – Mmmała poprawka: orkowie nie są w pobliżu miasta. Oni są w mieście!
-Idź do kuchni Artolu, za nią są drzwi do stajni. Osiodłajcie konie i uciekajcie do stolicy! – powiedział Madon, po czym wbiegł po schodach na piętro, budząc gości. Artol pobiegł do stajni, za nim niziołek, medyk i elf prowadzący pijanego krasnoluda. Osiodłali wszystkie konie, gdyż nie wiedzieli ilu Madon ma gości. Elf wsiadł na konia, trzymając przed sobą krasnoluda, zaś medyk dzielił siodło z niziołkiem. Po chwili do stajni wszedł Madon, jego żona Hara, córka Ida oraz dwóch gości – gnomi mag i elfi kupiec. Madon otworzył wrota stajni, po czym wraz z żoną na jednym koniu wyjechał i skierował się w stronę zachodniej bramy. Za nim pojechał Artol, wiozący Idę, goście na oddzielnych koniach i dalej reszta. Wyjechali na ulice miasta, gdzie rozpętane już było piekło. Miasto staje w ogniu, orkowie mordują uciekających ludzi a straż nieskutecznie próbuje odeprzeć atak. Madon skręcił w mniejszą uliczkę, jednak zawrócił się, ujrzawszy sporą grupę napastników. Pojechał dalej, wymijając leżące ciała. Ponownie skręcił w uliczkę, dojechał do głównego placu i znów skręcił w drogę prowadzącą do zachodniej bramy. Po drodze wyminął scenę walki garnizonu miejskiego z oddziałem orków. Obejżał się za siebie i zauważył, że kupiec opuścił ich już parę zakrętów temu, a bard z krasnoludem trafili w ręce oprawców. Pognał konia, wyjechał przez bramę i strasznie się przeraził. Widok obozu setek orków rozbitego zaraz przy murach miejskich nie mógłby nie przerazić. Wokół mordy, gwałty kobiet i grabieże – Madon myślał teraz tylko o tym, aby uchronić przed strasznym losem swoją rodzinę. Jechał dalej omijając szerokim łukiem biegnących w jego stronę orków. Jeden zginął pod kopytami konia Artola, drugi w wyniku ognistej kuli maga, trzeci utracił głowę dla niziołkowego miecza, a czwarty padł z sercem przebitym przez ten sam miecz. Wydawało się, że mag, medyk i niziołek starają się zwrócić na siebie uwagę orków, umożliwiając Madonowi ratowanie rodziny.

Madon i Artol popędzili konie, zostawiając towarzyszy, którzy niechybnie zginą. Zostawili za sobą orków, którzy nigdy jak tej nocy nie wydawali się im tak przerażający. Zostawili miasto, będące ich historią. Zostawili w końcu karczmę, do której byli przywiązani tak Madon jako właściciel i tak samo Artol – stały jej bywalec. Nie myśleli jednak o tym, dopóki nie znaleźli się w bezpiecznej odległości. Wtedy Artol roześmiał się
-Tak jak i szczęście, tak i humor cię Artolu w żadnej sytuacji nie opuszcza.
-Tak, tak. Ale widzisz Madonie, wychodzi na to, ze obaj jesteśmy głupi...
 
__________________
Zasadniczo chciałbym przeprosić za tę manierę, jeśli kogoś ona razi w oczy... ;P
Prabar_Hellimin jest offline  
Stary 21-10-2007, 20:18   #7
SG
 
SG's Avatar
 
Reputacja: 15 SG nie jest za bardzo znanySG nie jest za bardzo znanySG nie jest za bardzo znanySG nie jest za bardzo znany
Wiek: 17

Problem: Największe problemy sprawia mi tworzenie spójnej, ciekawej historii. Zawsze jest tak, że łapię pewien koncept i za bardzo nie wiem, co z tym dalej począć. W mojej wyobraźni rodzi się pomysł, ale są to tylko ogólniki, nie potrafię uzupełnić go o detale (w szczególności jeśli chodzi o większe projekty, np. dłuższe opowiadania). Dodatkowo nie potrafię planować scen, zazwyczaj wszystko spisuję „na żywioł”. Poza tym mam wrażenie, że piszę dość sucho, to byłaby okazja, by wyćwiczyć pisanie nietypowych, nieszablonowych opisów.

Motyw przewodni: Na początek kilka haseł - sen, iluzja, delirium, czas.
Pomysły mam dwa. Bohaterowie mogliby być postaciami, które „budzą się” we wspólnym śnie, w dziwnym, iluzorycznym świecie, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, z którego (początkowo) chcą się wydostać. A więc motyw ucieczki, poszukiwania drogi powrotnej, drogi do domu. Mogłoby się z tym wiązać jakieś ograniczenie czasowe. Drugi pomysł… hmm… podróże w czasie? Myślałam też nad szpitalem psychiatrycznym, ale ostatecznie uznałam tę koncepcję za dającą zbyt małe pole do popisu.

Opowiadanie:
Ta historyjka była prezentem urodzinowym. Trochę przydługawa jak na potrzeby rekrutacji, ale wiąże się po części z moim motywem przewodnim i jest moim najświeższym tworem. A poza tym nigdzie nie ma informacji o maksymalnej objętości opowiadania

---------------------------
Nadchodził wieczór. Wiejący z zachodu, łagodny wietrzyk zakłócał spokój tafli morskiej wody, która wzburzona tym bezczelnym zachowaniem manifestowała swoje niezadowolenie, ostentacyjnie się pieniąc. Wiatr zdawał się także lekko ponaglać do dopełnienia swej rutynowej powinności słońce, które leniwie zbliżało się do linii horyzontu, nie całkiem jeszcze pewne czy warto już zachodzić, czy też może jeszcze trochę się z tym ociągać. Powoli jednak zaczęło od niechcenia barwić nieliczne chmury niewzruszenie wędrujące po niebie, jakby odczuwało w tym jakąś dziką przyjemność, umilając w ten sposób widoki kilku osób korzystających właśnie z uroków tego miejsca.
Parę kroków od brzegu mały, na oko pięcioletni chłopiec na zaróżowionym od blasku słońca piasku w wielkim skupieniu układał w niewiele mówiące wzory wielobarwne muszelki. Wyglądał przy tym tak, jakby jego zajęcie było najważniejszą rzeczą na świecie i nawet wyjątkowo pracowity zefir, muskając delikatnie jego czoło i rozwiewając złote włoski, nie był w stanie zburzyć jego spokoju mimo swoich usilnych starań. W pewnym momencie mały artysta skończył pracę, usiadł i z uśmiechem na twarzy zaczął kontemplować swoje wielkie dzieło. Przespacerował się w stronę morza, by umyć rączki. Wzrok jego przykuła odbijająca się w wodzie samotna chmurka. Patrzył oczarowany.
- Pociągnij swój kocyk w głąb plaży, zbliża się przypływ. – Głos należał do młodej dziewczyny, wylegującej się - niczym tłusty domowy kocur na parapecie w południe - na idealnej do tego celu wygładzonej i wyprofilowanej skale, do której zbliżył się chłopczyk. Wietrzyk, który wszystkiemu dziś próbował przerywać błogie chwile, zawiewał jej długie, proste włosy do góry i przewracał kartki leżącego przed nią zeszytu, usilnie starając się zwrócić na siebie uwagę. Ona jednak, podpierając się na łokciach, oczami zamglonymi przez kłębiące się w jej głowie myśli patrzyła przed siebie, na otwarte morze, niekoniecznie spoglądając na jakiś konkretny punkt.
- Dotknąłem chmury, wiesz? O, tu, we wodzie. Ale już jej nie ma, bo ukryła się pod piaskiem.
- To idź po kocyk i poszukaj jej wśród tych na niebie. Na pewno się znajdzie.
Chłopiec wziął swój kraciasty kocyk i przeciągnął go po piasku, tak jak kazała mu siostra, po czym położył się i zaczął szukać swojej chmurki. Po chwili jednak znużył się, powieki opadły mu bezwiednie i zasnął. Dziewczyna odwróciła się, by popatrzeć na brata. Rąbek koca, który miała pod sobą, zaczęły powoli moczyć fale.
Nieopodal tej dwójki spacerowała boso niewielka grupka osób niosąca butelkę wina. Rozmawiali o czymś z ożywieniem. Był wśród nich wesoły karzeł niesiony na plecach przez jedną z osób. Gdy rozsiedli się na plaży, karła bardzo zainteresował widok śpiącego chłopca. Wpatrywał się w niego tak przenikliwym wzrokiem, że można by pomyśleć, iż stara się domyślić, o czym malec śni.
A chłopiec śnił o wielu przedziwnych rzeczach…


***

Drogi pamiętniku.
Znowu tu jestem. Dlaczego, po co ja tu ciągle wracam? I nie, nie mam na myśli tego morza, ani nawet tej plaży, ani tym bardziej tej skały. Tak naprawdę to sama nie wiem, gdzie dokładnie wróciłam.
Zazwyczaj wraca się tam, gdzie człowiek czuje się dobrze, ale chyba nie całkiem o to chodzi, bo dobrze mi na tej skale, na tej plaży i nad tym morzem, a przecież czuję, że to nie to. Cóż, może w końcu do tego dojdę. Może jest coś w tym, że właśnie patrzę na mojego brata, wydaje się taki niewinny. Emanuje spokojem i beztroską. Sen… Jestem ciekawa, jak wygląda dziecięcy sen, tak od wewnątrz. O czym śnią dzieci? Czy ich sny związane są w jakiś sposób z rzeczywistością, czy może są zupełną abstrakcją? W każdym razie miło się na niego patrzy.
Może ja po prostu tęsknię za tym i do tego wracam? Może właśnie w tym rzecz, w dziecięcym śnie niezakłóconym przez problemy ludzi starszych. Może ja po prostu nie powinnam dorastać…


***


A chłopiec spadał. Spadał przez chmury, ale pod nim nie było lądu, nie było zupełnie nic. W końcu jednak jego lot skończył się tak nagle, jak się zaczął. Malec znalazł się znowu na plaży. Nie było tu jednak siostry ani skały, na której się wylegiwała, nie było też kocyka, nie było jego muszelek. Był tylko śmieszny tańczący karzeł.
- Kim jesteś? – Chłopiec usłyszał pytanie, jednak nie odpowiedział na nie w żaden sposób. Zamiast tego sam zapytał.
- A kto ty jesteś?
- Dlaczego jesteś? – Karzełek zaczął tańczyć wokół przybysza.
Dziwny taniec i jeszcze dziwniejsze pytania karła zaczęły malca trochę irytować. Nieznajoma postać wyraźnie się z niego śmiała, a jej wesołe oczy uważnie śledziły ruchy chłopca. Poczuł się nieswojo, lecz mimo to zadał następne pytanie.
- Czego ode mnie chcesz?
Karzełek uśmiechnął się tylko szeroko, po czym stanął naprzeciwko malucha i znowu odpowiedział pytająco.
- A po co tu jesteś?
- Nie wiem, ja tylko śpię i to ty jesteś dziwnym przybyszem. To ty powinieneś mi odpowiedzieć na te wszystkie pytania, powiedzieć mi jak znalazłeś się w moim śnie i… przestań, przestań się śmiać!
Karzeł zanosił się donośnym śmiechem i turlał się na piasku. Gdy się jednak trochę uspokoił, wstał, otrzepał się i ku uciesze chłopca wyglądał tak, jakby miał w końcu mówić bardziej konkretnie.
- Zawsze chciałem sprawdzić reakcję dzieci na takie pytania. Powiedz, ty wcale nie wziąłeś ich na poważnie, nie zacząłeś się nad nimi zastanawiać? Nie wyglądało na to, żebyś był tak nudny. Bo wiesz, dorośli są nudni. Dla nich liczy się tylko to, by inni ludzie uważali ich za poważne osoby, a gdy zaczniesz ich w ten sposób pytać, będą się długo zastanawiać, żeby w końcu dać ci jakąś mniej lub bardziej pozbawioną sensu odpowiedź, choć w ich mniemaniu jest zupełnie odwrotnie. Niektórzy potrafią się całymi latami nad tym zastanawiać i czasami nawet całkiem nieźle im to wychodzi. Ale to i tak jest nudne, bo przecież tak naprawdę odpowiedź nie ma najmniejszego znaczenia.
- Ale przecież ty też jesteś dorosły.
- I tak, i nie – odparł z uśmiechem karzełek. – Chyba to, że jestem taki mały sprawia, że czuję się bardziej niż zwykli ludzie związany ze światem dziecięcym.
- Jak to? – zdumiał się malec.
- Nie wiem, tak po prostu jest – westchnął karzeł. Po chwili milczenia znowu się odezwał. – Lubisz spacery?
- Chyba lubię.
- Chyba? W takim razie gdzieś cię zaprowadzę.
Nowy znajomy ujął chłopca za rękę i w chwilę później w tajemniczy sposób znaleźli się w dziwnie nierzeczywistym pomieszczeniu o wysokim stropie, w którym to miejscu nie znajdowało się nic poza niezliczoną ilością wyjątkowo jasnych, lewitujących w powietrzu światełek. Maluch nie mógł oderwać od nich oczu.
- Doszedłem kiedyś do wniosku – podjął rozmowę karzełek, – że dorośli nie są jednak wcale aż tak nudni, jak początkowo sądziłem.
- Dlaczego? – Chłopiec z trudem przeniósł wzrok z tych małych lampionów na swojego rozmówcę.
- Ponieważ jest kilka rzeczy, które łączą ich świat ze światem dzieci. Jedną z piękniejszych rzeczy są życzenia. Te własne i te składane ludziom z różnorakich okazji. Dorośli, tak samo jak dzieci, ślą czasem życzenia w stronę spadających gwiazdek, mimo iż wydawałoby się, że to absurd zupełnie nie pasujący do ich poważnej rzeczywistości. Wszyscy też składają sobie życzenia, chociaż nie mają one przecież żadnej mocy, która mogłaby wprowadzić je w życie. Liczy się jednak życzliwość. Czy domyślasz się już, gdzie cię przyprowadziłem? – zapytał enigmatycznie karzeł, a malec znowu zaczął się rozglądać jak oczarowany, gdy tylko nabrał podejrzeń, że migotliwe błyski kryją w sobie coś więcej aniżeli tylko czyste piękno. Towarzyszowi jednak wcale nie zależało na otrzymaniu odpowiedzi.
- Tutaj właśnie trafiają wszystkie ludzkie życzenia – te wypowiedziane i te zatajone przed innymi, a także te, które dopiero mają wypowiedziane zostać. W tym konkretnym miejscu znajdują się te ostatnie. Powiedziałem, że nie mogą się one spełnić tylko dlatego, że zostały wypowiedziane, ale przecież nie na tym polega zabawa. Zabawa polega na tym, żeby wierzyć, że tak się może jednak stać. Dlatego właśnie proponuję ci wybrać jedno z nich. Może to sprawi, że faktycznie się spełni. Po prostu któregoś dotknij.
Przez cały ten czas chłopczyk nie patrzył na karła, lecz gdy usłyszał te ostatnie słowa, gwałtownie się odwrócił. Spostrzegł jednak, że jest sam. Zaczął więc przechadzać się pomiędzy światełkami, niepewny które ma wybrać. W końcu zatrzymał się przy jednym i wnikliwie mu się przyjrzał. Jaśniało intensywnym, złotawym blaskiem, a niesforne promyki, które uciekły z wnętrza, igrały wesoło na twarzy malucha. Wyciągnął więc ku niemu rączkę i dotknął go.



***


Malec leżący na kocyku obudził się nagle z wyciągniętą przed siebie rączką. Szybko wstał i pobiegł przez wodę do swojej siostry, potykając się o własne nóżki
- Słuchaj, słuchaj! Masz kartkę? Chciałbym coś napisać! Proszę, proszę, powiedz, że masz! – zaczął krzyczeć chłopiec.
- Mam, mam. A co chciałbyś napisać? – zaciekawiła się dziewczyna.
- Powiem ci, a ty napiszesz, dobrze? – poprosił chłopczyk.
- Słucham.
Maluch mówił coś z zapałem do swojej siostry, która nieco zdziwiona zapisywała każde słowo wypowiedziane przez braciszka. Gdy skończyli, zapytała, co chce teraz z tą kartką zrobić. Chłopiec zaczął rozglądać się dookoła i zauważył grupkę osób, wśród której był karzeł, oraz leżącą obok pustą już butelkę po winie.
- Butelka! - Natychmiast pobiegł w kierunku ludzi, ciągnąc ze sobą siostrę.
- Przepraszam, czy ta butelka jest wam do czegoś potrzebna? – zapytała dziewczyna, trochę zdezorientowana przez brata.
- Nie, nie. Chcielibyście ją zabrać? – To karzeł, który chłopcu wydał się bardzo podobny do tego ze snu, zadał pytanie.
- Tak, z korkiem. Przydałaby się nam.
- Proszę – karzełek podał butelkę chłopcu, uśmiechając się przy tym figlarnie.
Rodzeństwo podeszło do brzegu, żeby opłukać naczynie, po czym dziewczyna zwinęła karteczkę, wsunęła ją do środka i dobrze zakorkowała.
- I co teraz? Mam ją wyrzucić, tak?
Malec potwierdził skinieniem głowy. Na ten znak dziewczyna zamachnęła się i rzuciła butelkę daleko w morze.
- Kiedy ona odpłynie? – zapytał chłopczyk, ujmując siostrę za rękę.
- Rano zabierze ją odpływ. Powiedz mi, po co to zrobiłeś?
- Bo… bo tak chciałem – odparł chłopiec wymijająco, pewien, że jego prawie dorosła siostra nie będzie w stanie go zrozumieć.
Stali tak jeszcze długo, dopóki słońce całkowicie nie skryło się za horyzont, dopełniając swojej powinności, do której tak przynaglał je wiatr. Wtedy stracili butelkę z oczu i odeszli z pustej już plaży.


***


Drogi pamiętniku.
Nie wiem, skąd mojemu bratu wpadł taki pomysł do głowy. Musiało mu się przyśnić, ale to było takie dziwne… Obudził się i podbiegł do mnie, po czym wyrecytował mi z pamięci ten tekst. Był co prawda krótki, lecz mimo wszystko… takie rzeczy normalnie nie rodzą się w głowach pięcioletnich chłopców. Potraktuję to więc jako jedną z zagadek, jakimi przepełniony jest dziecięcy świat. Może kiedyś ją rozwikłam.
A oto, co usłyszałam od brata, chyba mniej więcej pamiętam te słowa…
------------------------------

Na końcu znajdowały się życzenia urodzinowe, ale to pomińmy :P
 
__________________
Do zobaczenia w maju!

Ostatnio edytowane przez SG : 22-10-2007 o 00:44.
SG jest offline  
Stary 22-10-2007, 09:53   #8
 
Odyseja's Avatar
 
Reputacja: 182 Odyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie cośOdyseja ma w sobie coś
Wiek: 13 latek

Problemy: Ogólnie chciałabym wszystko poprawić. Najbardziej jednak opisy, które mam strasznie schematyczne. Chciałabym, żeby były bardziej... poetyczne. Chciałabym jeszcze nauczyć się pisać zaskakujące posty. Nie schematyczne, jakie są teraz. Wydaje mi się, że nie jestem w stanie pokazać... hmm... duszy (to chyba dobre słowo) bohatera. No i piszę drętwe, sztuczne dialogi. DODANE: chciałabym jeszcze dodać, że nie potrafię "swobodnie" wprowadzać opisów. Są takie osoby, które napiszą kilka zdań nie związanych z opisem i nagle orientuję się, że wiem jak postać wygląda

Motyw przewodni Warsztatów: Najbardziej chciałabym jakąś intrygę w którą byłyby zamieszane najwyższe władze, śledztwo, mroczny świat, wiele ras itp... Ostatnio zafascynowały mnie wampiry (szczególnie te na odwyku: patrz. Terry Pratchet "Prawda" ), fajnie by było, gdyby się znalazły w sesji

Opowiadanie: A oto moje idiotyczne opowiadanko (nie ma to, jak wysoka samoocena, no nie? ):

Droins biegł ciemną uliczką. W oddali słyszał zbliżające się krzyki swoich prześladowców. Odruchowo spojrzał za siebie. Oślepiło go światło bijące od płonących pochodni. Musiał uciekać. Nie miał zamiaru spłonąć na stosie.
- O nie… - szepnął, widząc słońce wynurzające się zza niskich budynków. Światło, które biło od tego potężnego olbrzyma oślepiło go. Czuł, że zaraz zmieni się w kupkę popiołu rozwianą przez wiatr. Z bólu zatrzymał się. Słońce wypalało mu oczy… Przynajmniej tak to bolało. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili. Poczuł mocne szarpnięcie i stracił przytomność…
Droins obudził się w przyjemnie chłodnym pomieszczeniu. Wydarzenia w mieście widział jak przez mgłę. Na oczach miał szmatkę nasączoną słodko pachnącym płynem. Chciał ją ściągnąć, ale gdy tylko ją ruszył, oczy znów zapiekły go boleśnie.
- Nie ruszaj tego… - Droins od razu rozpoznał głos swojej siostry. – Dobrze wiesz, że wywar z fannoklesu ci pomoże. Miałeś szczęście, że przeżyłeś. – Po tych słowach Ainuru zamilkła.
- Co z…
- Kerenin? Była tu.
- Nie złapali jej? – Przerażonym głosem zapytał Droins i od razu się podniósł. Wiązało się to z okropnym bólem. Chłopak upadł.
- Nie. Pomogłam jej wyjść. Wiesz, na jakie niebezpieczeństwo ją narażasz? – Droins milczał. Wiedział, co by się stało gdyby ją tutaj złapano.
- Dziękuje… że ją wyprowadziłaś…
Po chwili leżenia w rozmyślaniach, usłyszał, jak Ainuru wypowiada cicho słowa zaklęcia. Od razu zasnął.
Chłopak spał bardzo długo. Dwa dni i jedną noc. Drugiej doby od zdarzeń w mieście, tuż przed zachodem słońca obudził się. Na oczach nie miał już okładu. Wstał i otworzyl oczy. Wywar z fannoklesu zdziałał swoje, choć Droins nadal widział trochę niewyraźnie. Wiedział jednak, gdzie się znajduje. W pokoju stał wysoki mężczyzna, którego twarz skryta była w cieniu.
- Twój ojciec cię oczekuje. – Powiedział lodowatym, twardym głosem. Droins wyczuł w tych słowach skrzętnie ukrywaną nutę pogardy. Ruszył ciemnymi korytarzami, co chwila mijając strażników ojca. Patrzyli na niego uważnie, ale nie ważyliby się zatrzymać syna władcy, do tego prowadzonego przez jednego z jego zaufanych sług. W słabym świetle chłopak nie mógł dojrzeć twarzy mężczyzny, ale wiedział, kto to jest. Ciarki przeszły mu po plecach. W końcu, po przebyciu długiej drogi, stanęli przed wielkimi, bogato zdobionymi wrotami, które natychmiast otworzyły. Zawiasy drgnęły z skrzypnięciem i przed Droinsem ukazała się wielka, bogato zdobiona sala. Kamienne ściany i posadzka nadawały pomieszczeniu groźnego wyglądu. Nie było okien, co wcale nikogo nie dziwiło. Byli pod ziemią, poza tym przez okno wpadałoby światło słoneczne… Na ścianach wisiały czarne świeczniki z jarzącymi się świecami. Po chwili do sali wszedł wysoki mężczyzna. Nawet w tej słabej poświacie oddawanej przez świece, jego długie kły błyszczały jak w słońcu. Machnął ręką i wszyscy strażnicy bez słowa wyszli do sal bocznych. Mężczyzna dostojnym krokiem zbliżył się do Droinsa. Chłopak starał się na niego nie patrzeć. Nie podnosić wzroku. Przyniósł wstyd rodzinie. Czuł, że awantura zaraz wybuchnie ze zdwojoną siłą. Całe powietrze wokół było gęste od wściekłości jego ojca.
- Czy ty wiesz, co zrobiłeś? – Powiedział władca drżącym gniewem, lecz na razie spokojnym głosem. Droins milczał.
- Wiesz, jaki wstyd mi przyniosłeś? – Droins milczał.
- Czy wiesz…
- Wiem! – Wybuchnął chłopak. – Nie usłuchałem, wyszedłem na festyn, zostałem wykryty i omal nie zginąłem! Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz. Nie chcę być taki jak ty! Nie chcę być wampirem! – Próbował ukryć swoje niezrozumiałe poczucie winy, którego nie chciał mieć. Mógł się domyśleć, że będzie dużo srebra na festynie. Starał się unikać takich stoisk. Skąd mógł przewidzieć, że jedna z kobiet będzie miała srebrne korale? Które przywrócą mu jego prawdziwą postać?
- Zamilcz! Wypluj te słowa...
- Nie! Wiesz, czym jesteśmy? Wiesz, czemu nas nienawidzą? Ja tak nie chcę! Dobrze wiem, że masz w lochach eliksir śmiertelności… - Droins od razu zauważył że te słowa, były przysłowiową kroplą w czary goryczy. Milczenie przedłużało się. W końcu, odezwał się jego ojciec.
- Powinienem był to zrobić wtedy, kiedy zacząłeś być mi nie posłuszny. Od teraz nie jesteś moim synem. Skazuję cię na wygnanie. – Spokój, z jakim to mówił, był przeraźliwy. Droinsowi łzy stanęły w oczach.
- Daj mi chociaż eliks…
- Nie dostaniesz nic. Będziesz żył wśród ludzi, których tak sobie upodobałeś. Będziesz żył wiecznie, a ci twoi przyjaciele umrą jak psy. Będziesz wiecznie skrywał się w cieniu, będziesz do końca swych dni uciekał. Wyprowadzić go! Wysłać paru żołnierzy. Mają ją zabić. – dodał z satysfakcją.
- Nie! Zostawcie ją! Zróbcie ze mną, co chcecie, ale nie róbcie krzywdy Kerenin!– Spojrzał ojcu w oczy. Dostrzegł w nich triumf. Do sali natychmiast wbiegło kilku strażników. Wampir dotknął ramienia chłopaka, a Droins wykrzywił się z bólu. Spojrzał na ramię. Miał na nim wypalone piętno. Piętno wygnania… Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał był płacz siostry.
Ocknął się o północy w lesie. Wiedział gdzie jest. Często tu przychodzili z…
- Kerenin… - szepnął i biegiem ruszył w stronę miasta. Po drodze zmienił swą postać. Po paru minutach dotarł do jej domu. Wskoczył przez otwarte okno na parter, do jej pokoju. Na zakrwawionej podłodze leżało ciało siedemnastoletniej, blondwłosej dziewczyny. Była cała zakrwawiona. Na jej szyi lśniły dwie rany, z których sączyła się rubinowa krew. Spojrzał na jej przeraźliwie bladą twarz. Zielone oczy, otwarte w wyrazie przerażenia, sprawiły, że zrobił kok do tyłu.
- Kerenin! – krzyknął, nie zważając na nic i podbiegł do niej. Nachylił się nad dziewczyną i położył ją na łóżku. Kilka łez popłynęło po jego policzku.
- AAAAAA! – usłyszał krzyk kobiety. Matki Kerenin… - Morderca! – krzyczała. Doroins nie wiele myśląc wyskoczył przez okno i zniknął w ciemności…
 
__________________
A ja niestety nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Co spróbuję coś napisać, nic mi nie wychodzi. Nie mogę się za nic zabrać, chociaż bardzo bym chciała. Nie wiem, co się ze mną dzieje. W najbliższym czasie raczej nic nie napiszę. Przepraszam.

Ostatnio edytowane przez Odyseja : 23-10-2007 o 07:53.
Odyseja jest offline  
Stary 23-10-2007, 18:26   #9
 
Pacal II's Avatar
 
Reputacja: 32 Pacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodzePacal II jest na bardzo dobrej drodze
Wiek: 15 lat

Problemy: Na pewno nauczyć się pisać w bardziej uporządkowany sposób, nauczyć się podstaw światotworzenia. Ukazać egzotyczny klimat settingu oraz poprawić pisanie dialogów. Też chciałbym nauczyć się prowadzić ciekawe polityczne kampanie.

Motyw przewodni Warsztatów:
Świat nazywa się Izamal, jest to świat fantasy, oparty głównie na mezoamerykańskiej kulturze i mitologii. Gracze wcielają się w podróżników na usługach lordów czy władców. Udają się na misje dyplomatyczne, kupieckie i tereno-rozpoznawcze. Będą mieli okazję badać intrygi na Izamalskim dworze, brać udziął w kampaniach wojennych, podróżować we wszystkie strony świat jako kupcy czy badać prastare ruiny. Choć może się wydawać za mało liniowe jak na sesję, we wszystko wplątana jest zagadką związana z upadkiem starożytnej cywilizacji .

Opowiadanie:
To taki jakby fabularny opis miejsc w Izamalu:

Bohaterowie budzą się po dobrze wyspanej nocy w pobliskim domku, który zaoferowała im biedna chłopka w zamian za kilka ziaren kakaowca. Zjadają przygotowane przez nią śniadanie i ruszają do centrum miasta Taphek by obejrzeć festyn. Na placu można zobaczyć Izamalczyków wszystkich klas - niewolnicy przenoszą wyciosane bloki do budowy nowej świątyni a ludzie wyższego stanu, głównie zaprawieni w boju wojownicy i wojowniczki, patrzą na wszystkich innych z góry swoim dumnym wzrokiem . Znajduje się tu też stragan, gdzie zbierają się kupcy z całego kontynentu, by uzyskać dochód ze swoich towarów. Na stołach znajdują się towary wszelkiej maści od kolorowych owoców i przypraw - kartofle, pomidory, kukurydza, chili, wanilia, banany, grejpfruty i melony - po przepiękne dzieła sztuki, na które mogą sobie pozwolić ludzie z sakwą pełną ziaren kakao. Są tu rzeźby i malowidła przedstawiające bożków wszelkiej maści i choć każde przedstawia innego bożka mają wiele wspólnych cech. Pośrodku placu zaś stoi wielka Piramida Zalteca, wojowniczego boga słońca i krwawego ognia, cały budynek jest pokryty złotem i czerwienią. Jednak to nie jedynie farba nadaje mu ten kolor, lecz krew dziesiątków wojowników wrogich nacji składanych w ofierze bogom. Przed samą piramidą znajduje się tłum słuchający przemawiających kapłanów i wykrzykujący na widok turlających się po schodach ciał jeńców.
Jednak bohaterowie nie zatrzymują się tu na długo i ruszają w głąb niekończącej się dżungli. Na niebie widać szybujące ptaki we wszystkich kolorach tęczy, wielkie, wysokie na kilkadziesiąt metrów drzewa, jakby ich zadaniem było podtrzymywać niebo, pośród nich słychać wycie wielkich dinozaurów przemierzających dnie i noce w poszukiwaniu pożywienia, na ziemi zaś znajdziecie piękne kwiaty rozkwitające przy blasku słońcu. Na wschód od Taphek znajdują się porośnięte drzewami góry, dwa najwyższe szczyty mają nawet własną legendę o zakazanej miłości boga śmierci i bogini życia. Jest to zaiste piękny obraz, lecz jest on jedynie przykrywką mrocznej strony tego terenu. Już po kilku dniach bohaterowie zauważają mroczne strony dżungli - po ziemi pełzają owady i jadowite węże, umiejące jednym ugryzieniem zakończyć żywot nierozważnego podróżnika. Noce są niemiłosierne, gdy znużony po dniu marszu bohaterowie zawieszają hamaki, kładą się i zamykają oczy, a tu nagle rozbrzmiewa grzmot i zaczynają spadać krople deszczu.
Po kilku dniach bohaterów zaczyna dręczyć coś groźniejszego niż żarłoczni drapieżcy i jadowite owady. To złe duchy, wygnane z niematerialnego świata starające się opanować ciała podróżników. Bohaterowie są silni i stawiają im opór nie pozwalając na to by skazić własne dusze. Lecz duchy używają podstępu, przekazując im obrazy i dźwięki przypominające im najgorsze momenty z ich życia. W końcu bohaterowie zbliżają się do swojego celu, jest to miejsce, którego lękając się wszelkie istoty. Jednak podróżników przyciągnęły ciekawość i bogactwa. Bohaterowie już czują potęgę tego miejsca, tym bardziej gdy zza drzew wyłaniają się pierwsze budowle. Wielkość miasta przerasta wyobraźnię któregokolwiek z bohaterów wzbudzając osłupienie na ich twarzach. Centralna piramida-świątynia jest przynajmniej dwakroć większa od tej w Taphek. Ściany pokrywają płaskorzeźby dawnych władców i bogów czczonych w tym miejscu. Żaden fragment ściany nie jest pusty, przy jednej ze ścian zygzakiem wznoszą się schody prowadzące na górę, gdzie znajduje się główna świątynia. Cały urok psuje pustka tego miejsca, jest dziwne, wygląda jakby przed chwilą ludzie opuścili je i mieli zaraz wrócić. W domach stoją garnki, narzędzia, rzeźby i nawet jedzenie. Jednak , bohaterowie są pierwszymi, którzy postawili tu kroki od setek lat, w Ichiqekcotan, czyli mieście opuszczonym przez bogów...
 

Ostatnio edytowane przez Pacal II : 23-10-2007 o 18:50.
Pacal II jest offline  
Stary 23-10-2007, 20:14   #10
 
Dalakar's Avatar
 
Reputacja: 118 Dalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znanyDalakar wkrótce będzie znany
Wiek: 13 lat

Problemy: Należałoby przede wszystkim wymienić długość postów, zgrywanie się z innymi graczami, odpowiednie odgrywanie charakteru postaci, czy przejrzystość tekstu. A tak właściwie to moje posty wymagają doszlifowań pod każdym względem.

Motyw Przewodni: Standardowy Heroic Fantasty z jakąś większą bitwą i intrygą w tle.

Opowiadanie:
1. Historia mojej pierwszej postaci.


Lothar urodził się w małej osadzie w pobliżu Ivengradu. Mieszkał przez kilkanaście lat z matką. Ich dom stał na skraju lasu. Żyli skromnie. Utrzymywali się z tego co im dawała puszcza. Ojciec elfa został rozszarpany przez wilczą watahę, gdy ten miał kilka lat. Był on magiem. Lothar odziedziczył po nim część zdolności. Gdy był nastolatkiem znał już obyczaje zwierząt, jak mało kto. Pewnego razu znalazł ciężko rannego psa. Był to dorodny owczarek, o czarnej sierści i mądrym spojrzeniu. Elf zaopiekował się nim i wyleczył go. Od tej pory zwierze stało się jego nieodłącznym towarzyszem. Pies pokochał elfa, a elf psa. Niedługo potem Lothar odkrył w sobie talent magiczny. Stało się to na jednym z polowań, gdy stanął oko w oko z wilkiem. Oczywiście Szczęk – bo tak został nazwany pies – był razem z nim. Pod wpływem przykrych wspomnień z dzieciństwa elf wpadł w wściekłość i nieświadomie cisnął błyskawicą w drapieżnika. Zdziwiony i podniecony zauważył że ma w sobie moc. Przez następny rok nauczył się panować nad magią i wykorzystywać ją .
Gdy miał lat dziewiętnaście wracając z polowania poczuł dym. Zaniepokojony przyśpieszył kroku. Chwilę później jego oczom ukazały się płomienie. Nie miał wątpliwości. To jego dom się pali. A właściwie dopala. Ogniem zajęły się już drzewa i krzewy. Przed zgliszczami były liczne ślady kopyt. Dalej leżało zwęglone ciało matki. W rozpaczy podbiegł najpierw do zwłok, a później do tropu koni. Wiedział już co sie stało. Jakiś bandycki oddział spalił całe jego życie. Został mu tylko pies i podręczny ekwipunek. Zaczął się zamartwiać, lecz szybko uświadomił sobie iż musi jakoś żyć. Pierwszą rzeczą która przyszła mu do głowy, był zamiar natychmiastowego udanie się za sprawcami jego tragedii. Wiedział jednak że musi się przygotować. Miał przy sobie tylko nóż i upolowanego zająca. Upiekł go i podzieliwszy się ze Szczękiem zjadł pieczeń. Następnie pochował matkę. Do końca dnia zrobił kostur i przespawszy się ruszył za tropem.
Wędrował kilka dni. Pewnego ranka w pobliżu usłyszał szczęk mieczy . Nie tracąc ani chwili zakradł się do miejsca walki. Jego oczom ukazała się czteroosobowa grupa otaczająca zakrwawionego mężczyznę w zbroi strażnika miejskiego. Na ziemi leżało parę najwyraźniej martwych ciał. Elf spojrzał na Szczęka, który zjeżył sierść i cicho warczał na napastników. Lothar wydał komendę ataku, a następnie obalił błyskawicą jednego z drabów. Zdezorientowani bandyci obrócili się w kierunku skąd przyszedł niespodziewany cios. Wtedy na jednego z nich rzucił się pies, a strażnik wykorzystując ich chwilową nieuwagę zaatakował jednego z nich. Czwarty napastnik błyskawicznie zanurkował w krzaki. Elf spojrzał na niedoszłą ofiarę niegodziwców.
-Dzięki ci. Uratowałeś mi życie.-rzekł strażnik napotkawszy jego wzrok- Pewnie nie wiesz że jestem dowódcą strażników z Ivengradu. A oni -tu wskazał jednego z napastników- należą do groźnej szajki. Ostatnio podpalili pewną chatę. Słyszałeś o tym?
-Nawet widziałem – napomknął elf, starając się zachować kamienny wyraz twarzy.
-W każdym razie oprócz nagrody, która ci się należy masz mój dług wdzięczności.
-Nie interesuje mnie nagroda, ale możesz mi powiedzieć gdzie reszta szajki.
-Hmm... Skoro tak, to mogę ci powiedzieć że odkryliśmy ich obóz na południe stąd. Niedaleko.
Elf nie zwlekając dłużej udał się w kierunku wskazanym przez strażnika. Minęło zaledwie kilkanaście minut, gdy wypatrzył obozowisko. Bało w nim około dziesięciu osób. Siedzieli w kole, a ów bandyta który uprzednio uciekł żywo coś opowiadał. Lothar skupił się i precyzyjnie posłał w jego kierunku piorun kulisty i natychmiast cisnął w jego sąsiada błyskawicę. Reszta bandy wydobyła broń. Jeden z drabów zauważył psa i przeszył go strzałą. Ręce elfa zaświeciły się od mocy.
-Bądźże przeklęty- wrzasnął i miotnął piorun w zabójcę psa.
Na koniec poraził resztę potężną błyskawicą łańcuchową. Potem podszedł do martwego Szczęka i postanowił pochować go pod ruinami domu. Tak też zrobił. Nie chcąc zatapiać sie w smutku, ruszył w świat. Przez następne czterdzieści lat pokonał wielu złoczyńców, lecz zawsze pozostawał w cieniu. Życie pełne niebezpieczeństw, oraz walka o przeżycie, nie dawały mu czasu na długie rozmyślania i wspomnienia. Podczas swych wędrówek zdobył magiczne artefakty i kostur, godny prawdziwego maga. Zyskał też przydomek Światłorękiego. Pochodził on od tego iż gdy Lothar sie uniósł w gniewie od jego rąk biło magiczne światło. W wieku sześćdziesięciu lat wrócił na zgliszcza domu. Pobywszy tam parę dni udał się do Ivengradu i przyłączył się do straży. Pomógł mu w tym dowódca, którego uratował. Był on już na łożu śmierci, a strażnikami dowodził kto inny.

2. Fragment czegoś co miało być moją książką. Narada w sprawie: dołączyć się do do Sojuszu, czy nie. Uwaga: tekst jest wyrwany z kontekstu, więc jakoś jest o wiele gorsza. Proszę to uwzględnić przed i tak słuszną krytyką.

W ogromnym namiocie było kilkadziesiąt osób. W jego końcu, na podwyższeniu siedział niski mężczyzna w królewskich szatach i diademie. Spojrzenie miał dumne i wyniosłe. Był to Amord – nowy władca Oginii. Gdy wszyscy byli już obecni wstał i uciszywszy zgromadzonych przemówił:
-Ja, król Ogonii, władca na Ogonking, sprawca władzy we wszystkich podległych jej prowincjach ogłaszam otwarcie rady, którą....
-Daruj sobie – odezwał się ktoś obok wyraźnie lekceważącym głosem – Ogonia jest już zajęta, a ty nie jesteś jej królem tylko symbolicznym władcą. A teraz przejdźmy do spraw dla których tu jesteśmy. - zakończył i ogarną wzrokiem namiot.
-A więc niech mówią ci którzy mają coś do powiedzenia – rzekł wyraźnie zbity z tropu Amord
-Musimy stąd uciekać! - zakrzykną rozpaczliwie tłusty jegomość
-Gdzie? - spytał mężczyzna o potężnej posturze
-Nie wiem, ale tu zginiemy. Sojusz przegra, a my zginiemy.
-Gdyby każdy tak myślał Pakt Cienia spokojnie przemaszerowałby przez kontynent nie tracąc ani jednego żołnierza – zaśmiał się ktoś, choć wcale nie było mu do śmiechu. Sytuacja była beznadziejna.
-Skoro sojusz wziął nas pod swoje skrzydła powinniśmy się do niego dołączyć- rzekł Dragoran
-Aby skończyć tak jak księstwo Naroperezejskie? - spytał jakiś blondyn
-Wolisz zostać bez szans? - odpowiedział ktoś pytaniem
-Pewnie nie byłeś w Alii. Tam nie było rzezi. Tam palili ludzi na stosie, bo byli w Sojuszu.
-I to im zaszkodziło. Im więcej takich incydentów, tym mocniejszy będzie opór. Nie zrobią tego po raz drugi.
-Mówi prawdę – odezwał się mężczyzna który przedtemprzerwał władcy – Byłem za granicą, u elfów i krasnoludów, więc wiem.
-Niech każdy kto jest za dołączeniem się do sojuszu przejdzie na prawą stronę. Kto nie, na lewą. -zdecydował Dragoran, a większość osób przeszła na prawą stronę – Jak widzę większość woli walczyć – zakończył
-Kim właściwie jesteś że przemawiasz na radzie królestwa, starcze. - warknął blondyn
-A kim ty? Nie czas na obłędne sprzeczki. Teraz trzeba postanowić co dalej.
-Proponuje rozpocząć trening i rekrutacje wojsk. - odezwał sie ktoś
-I zabezpieczyć całe mienie, oraz rodziny. Najlepiej w Kraju Selów. - dodał jakiś sędziwy człek
-Świetny pomysł – dał się słyszeć głos z sali, a za nim inne zaczeły przytakiwać
-Lecz jeżeli Lańczycy nie dołączą się do Sojuszu, nie będziemy mogli dotrzeć do Selów. - wyraził swój sprzeciw wysoki jegomość
-Jest przecież droga morska, a poza tym Lańczycy właśnie dołączyli do Sojuszu. - sprostował inny
 
Dalakar jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166