| Kanonada artyleryjska z potężnych dział okrętowych osłaniających Inwazję zabrzmiała punktualnie o 6:45… to znaczyło, że w stronę plaż Utah, Omaha, Gold, Juno i Sword płynęły teraz barki wypełnione żołnierzami. Ta myśl wtedy zaprzątnęła mnie przez chwilę…pamiętam, że zadałem sobie pytanie: „Czy bym się z nimi zamienił?”. Teraz z perspektywy czasu wiem, że my mimo wielkich strat przy lądowaniu i ciężkich walkach z przeważającymi siłami wroga nie byliśmy a aż tak parszywej sytuacji. Rozmawiałem z wieloma, którzy przeżyli piekło desantu… i myślę, że jedynie Bastonge, mogłoby się z tym równać…
Dokładnie o 6:55 na nasze pozycje szkopy przypuściły atak. Porucznik Head, dowodzący kompanią D, wysłał nas na prawą flankę… zasadziliśmy się w ruinach starej farmy i okopów na małym wzgórzu tuż obok… na linii zarośli. Fouriera z LKM-mem wraz z obsługą z 82 (amunicyjnym Albertem i ładowniczym Mikiem – do dziś pamiętam tylko ich imiona) wysłałem na najwyższy punkt wzgórza, stamtąd miał doskonałe pokrycie ogniem całego przedpola naszej prawej linii obrony. Kaprala z 82 z karabinem wyborowym usadziłem w ruinach tego, co kiedyś pewnie było dobrze prosperującym młynem, miał stamtąd dobre pokrycie terenu… a z jego umiejętnościami mógł nieźle namieszać szkopom.
Reszta chłopaków rozlokowałem w okopie rozciągając nieco linię obrony… ale przy takiej ilości żołnierzy nie miałem wyjścia… i tak byłem w lepszej sytuacji, niż większość dowódców z tamtej strasznej nocy… miałem do dyspozycji całą prawie że drużynę – 12 chłopa.
Szkopy uderzyły na nas w liczbie plutonu, choć teraz jak o tym myślę, to chyba byli jeszcze wspomagani przez drużyny z innych pododdziałów bo było ich mnóstwo. Zaatakowali z dwóch stron, poprzedzając atak ostrzałem moździerzowym, od strony małego lasku uderzali wprost na nasze pozycje – na linię okopów. Drugie uderzenie przyszło od strony pozycji Fouriera i LKM, Niemcy wykorzystali za osłonę ruiny budynków mieszkalnych i administracyjnych podchodzących bardzo blisko pozycji chłopaków z Browningiem. Na szczęście strzec wyborowy z 82 spisał się nieźle, a do pomocy podesłałem im Del Campo – powiem szczerze, że zaskoczył mnie. Jeśli się bałem o któregokolwiek z oddziału to o niego, przed Zrzutem i w samolocie trząsł się ze strachu jak galareta, ale gdy wysyłałem go na pozycje Fouriera jego opanowanie i spokój zaskoczyły mnie.
Wraz z rozpoczęciem walki zaczął się najtrudniejszy sprawdzian moich umiejętności. Umiejętności odnajdywania się na polu walki… elastyczności w podejmowaniu decyzji… kiedy zaczyna się ostrzał… nad głową przelatują kule… trzeba wiedzieć co robić. Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie… nie raz jeszcze miało się okazać, że wytyczne i rozkazy wydane przez górę, tak naprawdę nie można było wykonać. Bo Niemcy przyszli z prawej flanki a nie jak się spodziewano z lewej? Czy mieli większe wsparcie artyleryjskie niż się spodziewał sztab? byli bardziej liczniejsi? … itd. Wtedy musisz mieć głowę na karku… a wszystko pot by Ci których masz pod opieka przetrwali… nie znaczy to, że masz się zawahać przed posłaniem ich w rejon najzaciętszej walki… nie możesz się zawahać…ale musisz kalkulować i wybrać najlepsze rozwiązana… a to jest najtrudniejsze. Jeszcze wiele nocy nim zasnę będą mnie nachodzić myśli… czy wtedy zrobiłem dobrze? A może trzeba było zrobić inaczej…? Taka dola dowódcy…
[ z dziennika Thimothyego Paytona, kompania C 506 PIR]
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach 11844451 - moje gg. Z przyczyn niezależnych ode mnie, czyt. praca do wtorku następnego tyg będę miał ograniczony dostęp do netu , wszystkie zaległości odrobię po wtorku . Przepraszam. |