Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-04-2010, 22:24   #6
Tyaestyra
 
Tyaestyra's Avatar
 
Przyglądała się sobie. Krytycznie i skrupulatnie, kawałek po kawałku.
Przypominało to bardziej zachowanie konesera sztuki oglądającego właśnie obraz, niźli młodej kobiety, która spoglądała na swe własne odbicie w dużym lustrze. Czy groziło jej zbytnie zapatrzenie się w siebie samą, które niczym u Narcyza tak tragicznie by się skończyło, chociaż tutaj równałoby się bolesnym uderzeniem o taflę i możliwymi siedmioma latami pełnymi pecha? Możliwe. Ale cóż, ona uwielbiała swoją kobiecość, seksualność i intymność.
-I jeśli to jest grzech, to niech już robią miejsce dla mnie tam na dole – powiedziała na głos do swoich myśli mrużąc przy tym rozkosznie oczy. Ze swoją jasną karnacją, która jeszcze dodatkowo została rozjaśniona makijażowymi sztuczkami, oraz długimi, blond włosami, mogłaby uchodzić za chodzącą niewinność. Tylko te rysy twarzy i pełne, jakby wiecznie lekko wydęte usta psuły efekt i dodawały jej kapryśnego uroku.

Pod koniec oględzin mogła z całą pewnością stwierdzić, że podobała się sobie, co było bardzo dobrym znakiem. Nie na darmo spędziła ostatnie pół godziny w garderobie na odrzucaniu pomysłów starszych służek co do jej dzisiejszej kreacji, aby teraz miała znowu się przebierać. Wprawdzie mogłaby, ale akurat nie miała ochoty na taki kaprys.




Pośród wielu kobiet wśród francuskiej arystokracji, które Natura obdarzyła ciałami uchodzącymi za co najmniej obfite, ona bardziej przypominała niewysoką, kruchą porcelanową laleczkę. Górna część sukni ciasno przywierała do ciała kobiety, co jeszcze dodatkowo było wzmagane przez komplet gorsetowych fiszbin. Gdyby Marjolaine była wyposażona w parę potężnych rozmiarów krągłości charakteryzujących płeć piękną, to owe zapewne prawie wylewałyby się z ram materiału. Ale nie była, więc jej kobiece atuty były tylko odpowiednio uniesione i nieśmiało, acz kusząco wyeksponowane bardziej niźli miałoby to miejsce w jakim luźnym stroju. Także i niewątpliwą sprawką fiszbin było to, że kibić młoda arystokratka miała smukłą i mocno zarysowaną, aż chciałoby się ją objąć.
Dolna zaś część była rozkloszowana i z szelestem ciągnęła się po ziemi, a nawet falowała przyjemnie dla oczu, gdy Marjolaine zawirowała w miejscu, sprawdzając możliwości swego stroju. Co jak co, ale suknie wprawdzie nie musiały należeć do najwygodniejszych ubrań, ale już ich swoistymi obowiązkami były, aby porządnie prezentowały sylwetkę oraz współgrały z ciałem w tańcu.

Z pełną aprobatą dostrzegalną w każdym, choćby jednym ruchu kobiety, przeszła przez pokój i z gracją przysiadła na krześle stojącym przy toaletce. I tam spotkała się z kolejnym swym odbiciem, które spoglądało na nią ponad fantazyjnymi buteleczkami o, a jakże, tajemniczych zawartościach. Przeparadowała palcami po ich nakrętkach, aż w końcu, dzięki tej ostrej selekcji, wybrała jedną z nich i rozmieściła kwiatowy zapach w kilku strategicznych miejscach na swym ciele.
Przygotowania przerwane zostały przez pukanie do drzwi, po którym te się cicho uchyliły i wychynęła zza nich służka o sarnich oczach.
-Pani?
Ta zaś nie poruszyła się nawet i tylko zachęcające mruknięcie było oznaką, że była świadoma nagłej obecności drugiej osoby w pomieszczeniu.
-Karoca już czeka, a i Pani matka jest już gotowa do wyjścia.
Dziewczę odprawione zostało krótkim, niedbałym machnięciem ręki młodej kobiety.
Dawno już nie była nigdzie ze swą drogą matką, więc wiadomość od niej, że chce się wybrać na operę razem ze swoją jedyną córką, była aż nazbyt podejrzana. Oh, sama wiadomość? Nie, nie.. nie byłoby w tym nic złego, gdyby jej nadawczyni nie postanowiła wcześniej zawitać do Paryża, aby pobyć trochę w posiadłości Marjolaine. To nie tak, żeby nie miała ciepłych uczuć do swej matki, ale ona po prostu czasami bywała.. problematyczna w zajmowaniu się swoją jasnowłosą księżniczką, jakby ta ciągle była małą dziewczynką.
Westchnęła i wraz z tym tchnieniem ograniczanym nieco przez gorset wyzbyła się też po części podejrzliwych myśli, aby nastawić się pozytywnie do nadchodzącego wieczora. Musiała przyznać, pomimo swego uwielbienia dla teatru, że opera zapowiadała się prawdziwie przednio

Otworzyła szufladę toaletki i wyciągnęła zeń zdobioną, ale bez zbędnego przepychu, kolię. Drobne kryształki lśniły krwistą czerwienią, a połączone były mocną, czarną siateczką trzymającą całą konstrukcję. Po założeniu, otulała ona szyję kobiety, a kilka pojedynczych odnóg spływało na wyraźne wypukłości obojczyka, gdzie czerwień kontrastowała z porcelanową barwą skóry. Gdyby komuś było dane przyjrzeć się z bliższej odległości, tedy z łatwością zobaczyłby jak przebija się przez nią pajęczyna żyłek rysujących się szlachetnym błękitem.
Długimi, prawie białymi palcami jednej dłoni przesunęła powoli po błyskotce, aż opuszkami musnęła niezbyt nachalny dekolt.
Rozciągnęła muśnięte karminową barwą wargi w uśmiechu pełnym złośliwiej satysfakcji.
Była zadowolona.
A to mogło oznaczać całkiem dobry wieczór.



~***~



Syknęła cicho pod nosem, kiedy otrzymała maminego kuksańca, a następnie odprowadziła matkę i jej towarzysza dość ponurym spojrzeniem, które jej niebieskie oczy zachmurzyło niczym burzowe niebo.

"Który to już raz matko? I czy na pewno chodzi tutaj o mnie, czy może Ty ciągle szukasz dla siebie kolejnego adoratora?"

W całej tej sytuacji było jednak coś pocieszająco dziewczynę, coś za co była wdzięczna swojej rodzicielce, bowiem ten oto wybrany jegomość zdawał się być przynajmniej zbliżony do niej wiekiem, a do zawsze było dobrze widziane. Brak zbyt dużej ilości pomarszczonego ciała, nienaturalnie wyglądającej peruki czy też makijażu na twarzy w większej ilości niż ona sama posiadała było zdecydowanym atutem i mężczyzna otrzymał od niej plusa. Na zachętę.
W myślach obliczała i zastanawiała się, czy tym razem przyszedł czas zagrania matce i jej swataniu od razu na nosie, czy może przeciwnie, mogłaby dać się w to trochę wciągnąć. Wyznawała prostą zasadę, która mówiła o tym, że drobny flirt, a może nawet romans, jeszcze nikomu nie zaszkodził, a już na pewno nie jej. Mogła sprawić rodzicielce trochę radości i dać pewną dawkę nadziei.
Maskę czaru pełną na swą twarz przybrała i z nią to gotowa była na ruch pierwszy ze strony mężczyzny.

-Pani- zaczął, prostując się na pełnię swego wzrostu.-Czy zaszczycisz mnie swym towarzystwem, czy też moja obecność jest ci niemiła?
-Ah Panie, cóż za niemądre pomysły Ci przychodzą do głowy. Z przyjemnością potowarzyszę komuś innemu niż mej drogiej matce. – dziewczyna powiedziała beztrosko, chociaż jakaś nuta w jej głosie mówiła, że jest zażenowana zachowaniem swej rodzicielki. Najwyraźniej pierwszyzną takie „przypadkowe” spotkania nie były w tej rodzinie – I z kimże innym miałabym dyskutować na temat, ah, spraw naszej młodości, czy tak?
Przywołała na swe wargi figlarny uśmiech, po czym otworzyła wachlarz z trzaskiem jego szkieletu. Delikatnymi ruchami wprawiała nim powietrze w ruch, nawet nie po to, aby siebie ochłodzić, ale by jej blond kosmyki poruszyły się, miękko przy tym muskając jej odsłoniętą skórę szyi i dekoltu. Dodatkowo perfumy, którymi spryskała się przed samym wyjściem z domu, miały dzięki temu większą możliwość bezlitosnego dotarcia do zmysłu węchu rozmówcy.

Mężczyzna docenił dowcip w słowach damy, bowiem na ustach jego pojawił się uśmiech a pierś uniosła się w cichym chichocie.
-Młodość moja jest cokolwiek nadszarpnięta -stwierdził kapitan i jakby faktycznie nie z próby udawania starszego niż jest. W kącikach oczu zdążyły już pojawić się u niego pierwsze zmarszczki, uwydatniane jeszcze przez śmiech.-Ale mam nadzieję, że pamiętam ją jeszcze wyraźnie.
-Cóż, postaramy się, aby pomiędzy naszymi młodościami nie doszło do zbytnich konfliktów - Sponad koronki zdobiącej wachlarz obserwowała mężczyznę parą chłodnych, niebieskich oczu. Spojrzenie to wodziło po błękitnym mundurze, srebrnych odznaczeniach wojskowych, aż w końcu w pełni zatrzymało się na jego twarzy -Zatem, błękitny Panie, jak się bawisz na operze?
-Lepiej niż się spodziewałem, gorzej niż bym chciał- odparł enigmatycznie Claude, który od początku rozmowy patrzył hrabiance w oczy. Czy można mu było to poczytać za zaletę, czy wadę pozostawało kwestią otwartą.
-Oh, naprawdę? Czyżby lśniący przepych tego miejsca, feeria barw strojów tutaj zgromadzonych oraz główny sopran o słowiczym głosie, jeszcze nie zbałamuciły wszystkich Twych zmysłów, by z zachwytu aż wypieki na Twych licach wykwitły? – Na palcach na krótko stanęła i ku niemu się nieco wychyliła, jakby naprawdę tych rumieńców poszukiwała. Młodą arystokratkę charakteryzowały może trochę przerysowane ruchy, ale całość zgrywała się w taki sposób z jej drobną postacią, że nie było to nachalne. Zbytnio. Zaraz z westchnieniem cichym opadła z powrotem na obcasy swych butów – Jak i mnie.
Złożyła wachlarz pozwalając, aby ten zawisł smętnie na tasiemce przewiązanej wokół jej nadgarstka. Otuloną czarną koronką dłoń drugiej ręki wyciągnęła wdzięcznie ku kapitanowi.
-Przejdziemy się? Budynek zdaje się być wystarczająco duży na krótką przechadzkę z dala od tego zgiełku.
Z ust kapitana nie znikał uśmiech lekkiego rozbawienia, wywołanego celowymi zabiegami Marjolaine. Może i de Bernières nie był fontanną młodości, ale daleko mu było do dostojnej i nudnej powagi. Przynajmniej na stopie prywatnej, na służbie przecież nie mógł się tak cały czas uśmiechać.
-Niech mi Pani wierzy, budynek jest dość duży by się w nim zgubić. Wiem, bo przez dwa lata miałem okazję pomagać zagubionym w nim arystokratom i arystokratkom- mężczyzna przysunął się do hrabianki oferując jej swe ramie.-Jestem prawie pewny, że pamiętam układ korytarzy tak dobrze jak moją młodość. A nawet gdybyśmy się zgubili, jestem pewny, że sopran Farinelliego pozwoli nam odnaleźć drogę powrotną.
-Tak więc nici ze zgubienia się w tym labiryncie? A może ja powinnam ruszyć pierwsza, abyś potem mógł i mię pomóc się odnaleźć? – Zaśmiała się melodyjnie i chętnie ujęła mężczyznę pod ramię, nie dotykiem niczym muśnięcie skrzydeł motyla, ale pewnym uściskiem.
Z szelestem sukni ciągnącej się po posadzce i dzięki barwie przywodzącej na myśli krwistą smugę, kobieta dała się prowadzić przez pomieszczenie, zręcznie przy tym lawirując pomiędzy barwnymi postaciami. Po drodze nawet pozwoliła sobie zgarnąć kieliszek wina z tacy służby.

-Takie oddalenie się, byłoby nierozważne. Co by się stało, gdyby odnalazł Panią jakiś inny strażnik Wersalu? Szeregowiec, nie daj Boże?- Claude skierował się do wyjścia, które pozwoliłoby mu udać się wraz z towarzyszką najkrótszą drogą do Galerii Zwierciadlanej. Nie tylko w opinii de Bernières była to najpiękniejsza sala pałacu. A ponieważ dziś prawie cała straż zgromadzona była w pobliżu opery, nikt nie powinien się tam kręcić.
-Cóż, z Twych słów jasno wynika, że nie byłoby to zbyt miłe spotkanie – zaczęła powoli, jakby dokładnie rozmyślała nad każdym kolejnym słowem. W ramach osobistej przerwy upiła łyczek trunku, po którym to przesunęła końcówką języka po swej górnej wardze – Oczywiście, dla tego potencjalnego strażnika. Rzeczywiście, nie daj Boże. A skoro i Ty kiedyś tutaj pomagałeś arystokratom, to pewnie też byłeś.. może i właśnie takim szeregowcem?
-Nigdy nie chodziłem po tych korytarzach jako szeregowiec. Zanim przeniesiono mnie do Gardes du Corps, służyłem w pułku Normandii pod dowództwem byłego marszałka Philippe'a Charlesa de La Fare. Oczywiście wtedy nie był jeszcze marszałkiem- pokrótce wyjaśnił Claude.-W tych murach byłem, jestem, choć mam nadzieję że nie pozostanę już zbyt długo: kapitanem.
-Wybacz mi mą ignorancję, jeśli Cię uraziłam. Jednocześnie wdzięczna jestem za to wyprowadzenie mnie z błędu – nawet jeśli zbito ją lekko z tropu, jeśli utraciła trochę rezonu, to i tak całkiem szybko się pozbierała. A może to ten kolejny łyk wina pomógł – Były, aktualny i niekoniecznie przyszły kapitanie.
-Oho, chyba zabrzmiałem jakby zabolała mnie sugestia, że kiedyś zaczynałem służbę- de Bernières zaśmiał się cicho.-Po prostu kiedy byłem szeregowcem walczyłem w Austrii. Nie miałem okazji prowadzić pięknych dam przez wersalskie korytarze.
-Oh, rozumiem skąd ten żal. W takim razie, kapitanie, masz teraz niebywałą okazję do nadrobienia zaległości. Ale, że tak nieskromnie powiem, chwilowo tylko w moim towarzystwie. Jednakże, tylko dopóki ten oto mój kielich nie zostanie zmieniony w drobinki przez donośny sopran – dla wagi swych słów, godnych wypowiedzi jakiej pierwszej lepszej wróżki od dyni, uniosła naczynko na taką wysokość, aby zostało liźnięte światłem rozświetlającym korytarze pałacu – Bowiem potem wrócić nam przyjdzie.
-Oby więc artysta za szybko nie rozpoczął drugiej części, bowiem do sali do której cię prowadzę Pani jeszcze kawałek. To naprawdę wielki pałac.- Faktycznie minęło już trochę czasu i kilka korytarzy od kiedy dwójka "młodych" opuściła foyer.
-Wprawdzie nie mam nic przeciwko przejściu całego pałacu, ale uważaj Panie, abyś potem nie musiał mnie nieść z powrotem – odpowiedziała z uśmiechem odsłaniającym białe ząbki, a długimi palcami zatańczyła po zgiętym ramieniu mężczyzny jak po klawiszach klawesynu -I tak zgadzam się, wielki. Już w samych korytarzach można byłoby urządzać tańce, że nie wspomnę już o salach. A gdyby nie oburzenie ogółu, to zapewne swobodnie można byłoby tutaj wprowadzić konie i na nich pokonywać odległości. Jakże o tym by mówiły barwne ptaszki całej Francji i nie tylko.
-Ależ nie miałbym nic przeciwko niesieniu Pani. Byłby to słodki i drobny ciężar- słówko "drobny" Claude upchnął w zdanie w lekkim pośpiechu, gdy zorientował się, że bez niego mogłoby zostać odczytane negatywnie.-Konne przejażdżki niestety mogłyby źle wpłynąć na posadzkę- kapitan celowo stuknął mocniej obcasem przy kolejnym kroku.-To zapewne jedyny powód powstrzymujący dwór przed podjęciem takich prób. O, ale widzę, że zbliżamy się już do grand appartement du roi. Stąd już tylko parę kroków do Galerii.
Pewną wskazówką mógłby też być strażnik, który stał u końca korytarza. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć (w końcu dziś wszyscy członkowie dworu i zaproszeni goście powinni znajdować się w zupełnie innej części budynku), ale gdy jego wzrok padł na epolety kapitańskie poniechał swego pomysłu i zamiast tego zasalutował.
-Prawda. A do tego jakaż by to była farsa, gdyby wyniosłe damy w nocnych falbanach podróżowały konno z łazien do swych sypialń – roześmiała się szczerze, a echo jej śmiechu jeszcze odbijało się pośród korytarzy, gdy ona zamilkła. Takie tam, niczym śmiech jakiej zjawy zagubionej.
Sama zaś Marjolaine, kiedy przechodzili już obok strażnika, to obróciła na moment głowę mierząc go, a głównie jego reakcję, z góry na dół. Koniec końców widać spodobał jej się był taki odzew na ich przejście, gdyż potem z mniej lub bardziej nieodgadnionym wyrazem na twarzy zwróciła się ku swojemu towarzyszowi. Krawędzią trzymanego kielicha przesunęła po swej dolnej wardze – Miło, miło.
-Mamy szczęście, że para królewska wypoczywa gdzie indziej, w przeciwnym wypadku straż byłaby pewnie bardziej skrupulatna- rzekł Claude, trochę jakby w powietrze, prowadząc towarzyszkę przez korytarz prowadzący do celu ich spaceru.-W końcu to tutaj znajdują się komnaty króla i królowej.
-Ależ to oczywiste. Do tego jeszcze zakładam, że wtedy korytarze nie byłyby tak przyjemnie puste, a naszej przechadzce towarzyszyłoby mijanie członków służby i straży królewskiej, a pewnie też i co rusz wymienianie z kimś uprzejmości – w końcu po krótkiej zabawie kieliszkiem, czyli leniwym kręceniem nim smukłymi palcami, po raz wtóry zakosztowała wina, które i tak w jej mniemaniu mogło być słodsze -Wprawdzie nie bywam tutaj za często, a nawet dość rzadko, ale wyobrażam sobie, że pałac zawsze tętni życiem i nigdy do końca nie usypia. Czy może się mylę?
-Nie mylisz się pani, opisujesz zwyczaje dworu zupełnie jakbyś mieszkała w tym pałacu- zaśmiał się kapitan, mijając ostatnie drzwi w korytarzu i wchodząc w końcu do Galerii. Była jasno oświetlona przez liczne żyrandole, których światło odbijało się zarówno w oknach jak i w lustrach tworząc istną feerię blasków.





-Któż by chciał spać, kiedy sam budynek o każdej porze kusi pięknymi widokami. Szkoda jednak, że nie zdążyliśmy przybyć o zmroku. Zachodzące słońce wyczynia z tą salą niesamowite rzeczy.


Czy to było spowodowane światłami żyrandoli, czy może zapierającym dech w piersiach widok, ale faktem było, że także i niebieskie oczy kobiety roziskrzyły się wyraźnie. Do tego jeszcze aż rozpromieniła się na twarzy niczym mała dziewczynka na widok zabawki, a przecież panna Marjolaine już nawet o kilka lat przekroczyła granicę lat dwudziestu.

-Ah, cudownie.. – westchnęła tylko i wyswobodziła rękę, aby przed siebie kilka ostrożnych kroków uczynić, jakby obawiała się, że przy mocniejszym coś się stłucze w tym magicznym pomieszczeniu.
Przy wejściu też jeszcze pochyliła się i na podłogę odstawiła kieliszek, który mógłby jej tylko wadzić, albo sprawić jakieś niepotrzebne problemy. Nie szła, ale wręcz sunęła przez środek w falujących materiałach jej sukni, a każde jedno jej odbicie w lustrze wymagało uwagi. Gdy się zatrzymała, to zadarła głowę, aby przyjrzeć się scenom dziejącym się na malowanym sklepieniu -Ileż razy trzeba byłoby tu bywać, aby nie popadać w zachwyt przy każdej jednej wizycie?
-To bardzo trudne pytanie. Ja za każdym razem gdy odwiedzam tą salę nie mogę wyjść z podziwu. Jej architekt był prawdziwym geniuszem. Szkoda, że Opera jest tak daleko, w przeciwnym razie bal na pewno by się tutaj odbył- mówił de Bernières. W międzyczasie podniósł z ziemi kieliszek, aby później hrabianka nie musiała się po niego schylać i podszedł do jednego z wielu okien.-Przed przebudową był to po prostu taras wychodzący na ogród. Teraz zachowuje pierwotną funkcjonalność i dodaje jej swoistego piękna. W dzień w tych wszystkich lustrach odbijają się królewskie ogrody. Ręczę, że i ten widok zapiera dech w piersiach.
-I teraz właśnie przydałyby się te konie, aby z Opery potem dotrzeć tutaj. Ale nic to, nie tym razem to innym, chociaż jestem pewna, że bal w tym miejscu byłby wart każdej ceny. I te tańce.. – zamknęła powieki i opuściła głowę, którą następnie lekko przechyliła jakby czegoś słuchała, jakiejś odległej muzyki. Płynny ruch wykonała swym ciałem ukłon tworząc dla fantomowego partnera.
– Menuet? – rzuciła pytanie w powietrze, a potem kolejnych kilka figur przywołała rękami i wyuczonymi krokami. Każda z nich cechowała się gracją, którą to jeszcze można było oglądać podwójnie, bo i w zwierciadłach na ścianie pomieszczenia. Cieszyła się.. cieszyła się tak zupełnie trywialnie, nie pomna na pałacową etykietę, co w końcu dało o sobie znać śmiechem w piruecie czerwonym. Tak sobą w nim wymanewrowała, że zaraz przy kapitanie się znalazła, czemu towarzyszyło lekkie szturchnięcie go.
– Zacna niespodzianka jak na przechadzkę spowodowaną tym jakże przypadkowym spotkaniem.

Claude obserwował z przyjemnością taniec Marjolaine. Hrabianka była taka żywa, spontaniczna, pełna gracji. Chyba jednak trzeba będzie podziękować ojcu za zainicjowanie tego spotkania, bo z każdą minutą coraz bardziej się de Bernières podobało. Niestety wszystko co dobre, kiedyś się kończy.
-O ile to spotkanie było w pełni przypadkowe. Mój ojciec to wielki intrygant, Pani- zażartował Claude.-Z wielką przyjemnością bym tu z Panią zatańczył, ale obawiam się, że jeśli chcemy zdążyć przed końcem pauzy, to powinniśmy już wracać- czasu już faktycznie sporo upłynęło, choć w głosie mężczyzny jakoś nie pobrzmiewał entuzjazm związany z nadchodzącą drugą częścią arii.
-Śmiem twierdzić, że moja droga matka nie zostaje daleko w tyle z intrygami. Każdy z pewnością doceniłby jej wspaniałą grę aktorską jaką nam tam zaprezentowała – podjęła arystokratka żarcik swego rozmówcy. Zaraz jednak westchnienie ciche z siebie wydała, gdy słowa jego kolejne posłyszała -Prawda, spóźnienia, a już szczególnie te wspólne, mogą być z łatwością wykorzystane do stworzenia plotek, a od nich przecież zawsze pełne są rozmowy. No i przecież nie moglibyśmy pozwolić na to, aby nasze wejście zakłóciło występ wielkiego śpiewaka – wprawdzie powiedziała coś co mogłoby tam w jakimś stopniu ją poruszyć i zachęcić do żwawego opuszczenia Sali.. ale nie poruszyło. W międzyczasie tylko ot tak, jak gdyby nigdy nic, przespacerowała się swymi długimi palcami po zapięciach munduru kapitana.
-Zastanawia mnie jedna myśl- powiedział mężczyzna przypatrując się hrabiance.-Czy aby aż tak wszyscy będą wyczekiwać naszego przybycia? Zawsze można wrócić na następną przerwę.
-Czy wszyscy.. nie jesteśmy parą królewską, więc nasza nieobecność nie byłaby aż tak szokująca.. I skąd byśmy wiedzieli, kiedy ta przerwa się kończy, a następna zaczyna? Czyżby słowiczy śpiew miał aż tutaj sięgać? – zapytała z uśmiechem, jednak uwagę swą po części dalej kierując zapięcia. Uniosła głowę i spojrzała na mężczyznę przymrużonymi kapryśnie oczami – Jeśli to ten taniec ze mną tak Cię kusi, że kolejną część opery chcesz opuścić, to zawsze jeszcze pozostaje późniejszy bal.
-Taniec to tylko jedna z rzeczy, która mnie kusi w twej obecności Pani. Pozostają jeszcze rozmowa, dźwięk twojego śmiechu, gracja twych kroków - wymieniał Claude celowo omijając prawdziwie kuszący temat.
-Oh jej.. Czyżby to w takim razie znaczyło, że zacząłeś się trochę lepiej bawić? – jeden z łuków brwi kobiety uniósł się na wysokość tak dobrze odmierzoną, aby cała twarz wyraziła sobą zainteresowanie połączone także i z czymś dziwnie psotnym, wiele za sobą kryjącym.
-Odnoszę wrażenie, że w Pani towarzystwie nie można się źle bawić. Zarażasz pani entuzjazmem i radością- komplementował mężczyzna przywołując na usta szarmancki uśmiech.
-Kokietujesz Claude, kokietujesz. Słowami czarujesz, jednakże.. czy możemy? Tak po prostu zignorować całą resztę i zostać tutaj, w tej cudownej sali jak z obrazu? – słowa spomiędzy jej ust karminowych wypływały, zaś ciało swoją własną magię czyniło. Na palcach stanęła wzrostu sobie trochę dodając i nachyliła się ku kapitanowi jak do pocałunku. Dopiero ten kawałeczek przed swe wargi wstrzymała, gdy to już i tak granicę przyzwoitości przekroczyła. Buziaka w powietrze zaledwie posłała wraz z mrugnięciem swawolnym, by zaraz odstąpić kawałek i wachlarzem już rozłożonym twarz niby to skromnie przesłoniła – Ale nie, nie. Pocieszam się złośliwą myślą, że przynajmniej przez następną część opery będziesz miał w swych myślach kogoś innego niż tylko śpiewaka.

Kobiety... od zarania dziejów wiodły mężczyzn na pokuszenie. Dla jednej Heleny Trojańskiej dziesięcioletnia wojna się toczyła. I pewnie była jej warta, bo czyż wszystkie nie są warte najwyższych starań.
-Czas nam tedy ruszyć w powrotną drogę Marjolaine- z ledwie skrywanym smutkiem rzekł kapitan, oddając swej towarzyszce jej kieliszek z resztą trunku.-I jedynie sprawiedliwym będzie, gdy teraz ty opowiesz coś o sobie.
Z prawdziwie dziewczęcym dygnięciem odebrała swój kieliszek, a resztkę go jeszcze wypełniającą dopiła bezceremonialnie. Jeszcze na zakończenie, a raczej na swoiste pożegnanie przeszła przez salę i stanęła przed jednym z luster przyglądając się sobie.
-Claude, Claude.. – zaczęła powoli jak gdyby chwilę smakowała imię towarzysza poddając je różnej artykulacji swego głosu. Kontynuowała dopiero po znalezieniu tego odpowiadającego jej brzmienia – Pozwól mi pozostać jeszcze trochę tą słodką tajemnicą, która tak bardzo będzie fascynować i przyciągać. A wynagrodzę, przy następnej okazji.
Stukot obcasów uderzających o posadzkę był oznaką poruszenia się kobiety, która po drodze zdążyła już złożyć swój dodatek. Dzięki temu uwolniła jedną dłoń i mogła ująć kapitana za rękę.
-Marjolaine, prawdziwie żołnierskiej dyscypliny wymagać będzie ode mnie spełnienie twej prośby-stwierdził de Bernières z uśmiechem.-Uszanuję ją jednak, licząc na twą łaskę w przyszłości. Teraz jednak musimy już iść- kapitan krokiem żwawym, acz do towarzyszki dostosowanym ruszył w powrotną drogę.
 
Tyaestyra jest offline