Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-11-2013, 13:24   #1
merill
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 1 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
The Walking Dead: Ciągle żywi... - SESJA ZAWIESZONA


Tysiąc pięćset koni mechanicznych, generowanych przez dwa silniki General Electric rozpętało prawdziwe piekło na parkingu przy Midway Collage.


Równy betonowy plac i lśniący żywą zielenią, przystrzyżony trawnik zupełnie nie przypominały tego, do czego miały normalnie służyć. Teraz parking przypominał oblężony obóz, żelbetowe zapory, rozstawione jedna przy drugiej, przeplatane pośpiesznie ułożonymi szańcami z worków napełnionych piaskiem. Tu i ówdzie poprzewracane budki wartownicze i wyłamany szlaban, który do tej pory zagradzał drogę do wnętrza pośpiesznie utworzonego przez Federalną Agencję Zarządzania Kryzysowego centrum medycznego i punktu ewakuacji. Jakże mizerna okazała się ta fortalicja pod naporem tłumu zarażonych, w tle słychać było jeszcze strzały z broni automatycznej, całe serie albo urywane, pojedyncze.

Krzyki… przechodzące w nieludzkie wycie… przebijające się nawet przez szum obracającego się co raz szybciej wirnika… oznaczały tylko jedno… zarażeni się przebili. Kolejne linie oporu padały przed niezliczonym żądnym krwi tłumem, na nic zdały się serie broni automatycznej, rozstawionej na kilku posterunkach, amunicja się kończyła, kolejne zużyte taśmy lądowały pod nogami strzelców, tuż obok stosów gorących łusek. Piloci spojrzeli na siebie, kiedy szumiąc i trzaskając odezwało się radio pokładowe: - Startujcie… zaraz spadnie deszcz… - wiedzieli co to oznacza… zakończenie kwarantanny. Nie mieli dokładnych wiadomości z dowództwa, a rozkazy przychodziły coraz rzadziej, ponoć przerażająca epidemia opanowywała coraz nowe miejsca w kraju. Siedzieli już w Lexington z półtora tygodnia, ale to co się działo, zaskakiwało gwałtownością. Od pojedynczych ataków w miejscowym szpitalu, do odcięcia całego miasta kordonem Gwardii Narodowej i wprowadzenie stanu wyjątkowego.

Teraz musieli spieprzać i zabrać ilu się da. Ludzie biegli i przewracali się. Młodzi, starzy, matki z dzieciakami, całe rodziny. A za nimi, podążała powoli ale nieubłaganie cała masa zarażonych. Śmigłowiec był jeden… Kapitan Jenkins zacisnął mocniej dłonie na wolancie: - Zabierzemy ilu się da - przekrzykiwał silnik, kierując słowa do strzelca obsługującego karabin M240. Próbował osłaniać uciekających, strzelając krótkimi seriami, ponad głowami uciekających. I chociaż nie raz chciał odwrócić głowę, bo nie mógł patrzeć na panoramę jaka się przed nim rozciągała… to nie zrobił tego… patrzył na przewracających się ludzi, deptanych przez resztę próbujących się ocalić. Na matki tulące dzieciaki w ramionach, z oczami pełnymi łez próbującymi nadążyć za resztą. Kolejni dopadali śmigłowca i wdrapywali się do środka. W obecnej konfiguracji, mogli wziąć maksymalnie ze dwadzieścia osób… ocalałych było dużo więcej…

Wreszcie powoli podwozie Blachawka Pave oderwało się od asfaltu i obciążony do granic śmigłowiec unosił się do góry, ci którym nie udało się dostać na pokład próbowało łapać się podwozia, ale strzelec zmusił ich do puszczenia się… zarażeni rozpoczynali ucztę… strzelec przez łzy, widział już tylko jak grupka zdrowych skupiła się wokół siebie, nie mieli gdzie uciec… kiedy chmara zarażonych ich dopadła… topnieli niczym płatki śniegu na ciepłej dłoni. Strzelec dziękował Bogu, za to, że hałas silników zagłuszał krzyki mordowanych na dole.

Wojskowy śmigłowiec wznosił się powoli… pilot ledwo panował nad maszyną, mimo idealnych warunków atmosferycznych. Musieli jak najszybciej oddalić się od miasta, wyruszyli trzy minuty po wyznaczonym czasie. Jenkins szybko przekalkulował ile przewagi mają nad nimi bombowce B-1, bo zapewne takie wysłało Dowódctwo Sił Powietrznych… o ile jeszcze jakieś ośrodki dowodzenia istniały. Nie mieli szans by dolecieć do Fortu Benning, gdzie wg. ostatnich raportów miało być bezpiecznie. Kapitan postanowił polecieć tak daleko jak się da, byle z dala od tego przeklętego miasta.

Operator pokładowego karabinu patrzył jak panorama Lexington ginie w oddali, cień śmigłowca przesuwał się po ziemi pod nimi, po zielonych pastwiskach i polach uprawnych… już nie długo miało tu być tak pięknie. W oddali zauważył na niebie dwa cienie sunące w kierunku miasta, odwrócił wzrok… wiedział co się stanie i modlił się, by byli dostatecznie daleko. Po kilku długich sekundach, miasto zniknęło w oślepiającym blasku, śmigłowiec zaczął drgać, najpierw powoli, potem w miarę zbliżania się fali uderzeniowej częstość drgań niebezpiecznie się zwiększała. Poczuli silny wstrząs, kiedy masy niesamowicie szybko pędzącego powietrza omiotły i zatrzepotały Blackhawkiem. Maszyna niczym szmaciana kukiełka w rękach potężnego giganta, straciła życie… i to dosłownie.


Jenkins gorączkowo szarpał za dźwignię przepustnicy, starając się przywrócić ciąg silników. Zasilanie padło, wszystkie kontrolki zgasły, a wirnik niebezpiecznie zwalniał. Zaczęli się obracać wokół własnej osi i szybko tracili wysokość. Wszyscy poczuli uderzenie… wirnik jeszcze chwilę masakrował okoliczne drzewa, by ostatecznie się roztrzaskać na strzępy, z których kilka przebiło poszycie i klatkę piersiową strzelca…



Powoli wyczołgiwali się z wraku śmigłowca, wśród jęków rannych, słodkawym zapachu paliwa lotniczego i syku chłodziwa uchodzącego z roztrzaskanej instalacji. Gdzieś w kokpicie, na bezwładne ciała pilotów sypały się iskry z porwanych na strzępy kabli i urządzeń avionicznych. Ci, którzy byli w stanie się wydostać o własnych siłach z położonego na boku wraku, wdychali teraz rześkie wiejskie powietrze. Z wnętrza wraku dobiegały jednak krzyki o pomoc, w tym pisk przerażonego dziecka.



Wyglądało na to, że mieli po prostu pecha, dwadzieścia metrów dalej rozciągała się łąka, ciągnąca się aż do asfaltowej szosy. Na jej skraju majaczyły zabudowania niedużej farmy, ale nie byliście w stanie powiedzieć z tej odległości czy to miejsce jest bezpieczne.

 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451
merill jest offline