Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 10-03-2014, 03:05   #2
Zell
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 


Zmącona cisza
PROLOG (I)


Liapola

Po dłużących się dniach podróży wreszcie dotarła do celu. Do Klejnotu Północy. Do Silverymoon, zgodnie z życzeniem gildii.
Podróż do najłatwiejszych nie należała. Była długa i to stanowiło największy problem. Była także dość monotonna, nie licząc momentu, gdy jeden z jej transportów został zaatakowany przez grupkę skuszonych przewożonymi towarami bandytów. To jednak było krótkim epizodem, jako że właściciel zainwestował w kompetentną ochronę swojego dobytku. Niziołka nie musiała nawet kiwnąć palcem.
Od swoich "pracodawców" otrzymała sumę, która w założeniu miała pokryć koszta podróży, ale w praktyce wystarczyła tylko na jej połowę. Liapola zastanawiała się, czy był to jeden z testów gildii, co było wysoko prawdopodobne. Musiała poradzić sobie sama, aby w jakiś sposób dostać się do Silverymoon, co oznaczało potrzebę wykorzystania swoich zdolności, jak i własnego sprytu. Musiała kraść, aby móc wyłożyć fundusze na transport, czasem ukrywać się wśród towarów nieuważnego kupca i jego wciąż pijącej eskorty. Czasem wystarczyła wymiana przysług, a czasem granie na dobrym sercu. Jakikolwiek nie byłby sposób to najważniejsze, że była w stanie poruszać się do przodu.
Po drodze dane jej było natrafić na kilka uroczystości. Miała także okazję zobaczyć większe i mniejsze miasta, liznąć trochę z ich atmosfery. Zdobycie pożywienia nie stanowiło dla niej żadnego problemu. Kiedy nie była w drodze, a dopiero szukała odpowiedniego transportu nocowała zazwyczaj po stodołach lub wykorzystując swój wrodzony urok, korzystając z tych, którzy chcieli pomóc "biednej niziołce". Czasami musiała przemierzać drogę o własnych nogach, ale zazwyczaj chwytała się jakiś karawan, podróżujących od jednego większego miasta do drugiego.
W końcu dotarła.
Silverymoon zaskoczyło ją swoim pięknem i mnogością zamieszkujących je ras. Piękne budynki współgrały z wszechobecną zielenią, która pięła się ku słońcu. Przechodząc obok domów słyszała muzykę, z karczm wydobywały się wspaniałe zapachy jadła, które wywołały u niej burczenie w brzuchu przez tak długi czas żywionego tylko prostymi potrawami. Skierowała swe kroki do niewielkiej z karczm o nazwie "Sierp księżyca", ale ku swemu niezadowoleniu to nie zapełnienie brzucha było priorytetem. Miała się tam spotkać z Bursztynowym, jak został ten osobnik jej przedstawiony, chociaż nic więcej nie powiedziano o nim, a pytać o niego miała ochroniarzy właśnie w tamtej karczmie. Zanim jednak doszła do tego budynku zaczepiła ją grupka rozbawionych dzieci. Liapola nie umiała sobie odmówić chociaż chwili zabawy z nimi, więc dopiero po kilkunastu minutach weszła w progi wskazanej karczmy, gdzie zaatakowały ją pyszne zapachy.
Na całe szczęście nie musiała czekać długo. Od wejścia zapytała jednego z ochroniarzy o Bursztynowego, a ten kazał jej chwilę poczekać. Wrócił jednak dość szybko i zaprowadził niziołkę na górę, do pokoi dla gości, po czym wpuścił do jednego.
Pokój, w którym się znalazła należał do tych, na które stać ludzi mniej zamożnych, chociaż jakością nie straszył. To, co zainteresowało Liapolę, to siedząca za niewielkim, prostym stolikiem elfia kobieta o brązowych włosach, ubrana w strój, jaki noszą podróżni i zaciekawionym spojrzeniu szarych oczu.
- Erilyda, tak? - zapytała obserwując uważnie niziołkę.



Erilien en Treves, Ocero

Podróż… Dla czwórki zmierzającej do Silverymoon wydawało się, że czas płynie wolniej, niż powinien. Może powodem tego była ciepła, wiosenna pogoda, która rozleniwiała tak, że i czas zdawał się rozleniwić?
Ocero siedział na wozie, którego właściciel zgodził się na przewóz kapłana, oczywiście za odpowiednią opłatą. Starszy już człowiek powoził ubładowanym w worki z ziemniakami i burakami wozem… i oczywiście obładowanym w Ocero, który ze względu na trudności ze zdejmowaniem i zakładaniem zbroi musiał się kisić w pełnopłytowej.
Przynajmniej temperatura nie była za wysoka, ale dla kapłana Selune mogłoby być trochę chłodniej.
Zdecydował się na podjęcie tej podróży z dwóch, bardzo prostych powodów. Po pierwsze jeszcze nigdy wcześniej go nogi poniosły do Silverymoon, a to poczytywał jako stratę. Znał to miasto z opowieści i chciał się przekonać na własne oczy na ile one są prawdziwe. Drugim powodem była znajdująca się w niej spora świątynia Selune, która ponoć także olśniewała swym pięknem. Do tego zobaczyć skupienie wielu ras, żyjących z sobą w harmonii i zgodzie… Czy to w ogóle było możliwe?
Na dodatek przecież czymś zasłużył sobie na tytuł “Podróżnika Selune”, prawda? Jaki byłby z niego podróżnik, gdyby ominął tak ważne i niepowtarzalne centrum kultury północy?

Erilien poddawał się rozleniwieniu, które zalewało wszystko. Dosiadając Belfariona, niezwykłego, ogiera o białej grzywie i wpadającym w czerń umaszczeniu pozwolił sobie na zwolnienie tępa i teraz koń szedł spokojnie stępem. Elf wyciągnął bukłak z wodą i napił się gasząc rozochocone pogodą pragnienie i włożył do ust kawałek suszonej wołowiny, którą zaczął powoli przerzuwać. Od jakiegoś czasu jechał prawie równo z wozem, na którym siedziało trzech mężczyzn, w tym kapłan Selune. Nie śpieszył się nigdzie. Silverymoon nie ucieknie, a on mógł ponapawać się błogą, wiosenną atmosferą.
A przynajmniej nie musiał się śpieszyć zbytnio, bo nie oczekiwano go w żadnym ustalonym terminie.
Jeszcze przed opuszczeniem Silverymoon zgodnie z tym, co napisał mu mistrz, zajrzał do niewielkiej świątynki Corellona i tam został poproszony o przysługę. Miał odebrać w porcie Waterdeep niewielką przesyłkę dla świątyni. Nie mając jeszcze wytyczonego celu przystał na to i tak teraz wracał z Miasta Wspaniałości, z niewielkim pudełkiem w torbie.
Ocero westchnął przeciągle i sam napił się wody ze swojego bukłaka. Spojrzał w górę na jaśniejące beztrosko słońce i żałował, że w tym momencie to nie księżyc Selunie góruje nad nimi.
Nagle woźnica się zatrzymał, co spowodowało, że Erilien wzmógł czujność. Ocero podniósł się, aby dostrzec, co dzieje się z przodu. Kawałek od nich, nieopodal brzóz stał inny wóz, ale to nie to zwróciło uwagę. Na ich oczach z wozu została wypchnięta osoba, po czym brutalnie podniesiona przez jednego z napastników i zatargana pomiędzy drzewa, a wraz za nimi ruszył także jeszcze jeden osobnik, uzbrojony.
- Musimy poszukać innej drogi… - mruknął starszy mężczyzna.



Sevotar Jasne Skrzydło

Nadszedł czas na zmianę miejsca.
Sevotar już od dobrego dekadnia nosił się z zamiarem opuszczenia Waterdeep na rzecz nowego miasta, które będzie mógł uraczyć swoją sztuką. Powodem nie było to, że Miasto Wspaniałości ugościło go niegodnie. Znalazł tam publikę, która chętnie przychodziła na jego występy, szczególnie te darmowe. Samą sztuką jednak Sevotar wyżyć nie mógł, więc, jak to działo się jeszcze przed wejściem w bramy Waterdeep, zdany był na swój własny talent i szczodrość słuchaczy… a z tym bywało różnie.
Można się zapytać kim jest bard bez słuchaczy, nawet tych, którzy sztuki miedzi nie dadzą? Z drugiej strony można zadać pytanie kim jest bard bez jedzenia. Wszystko sprowadzało się do prostego rachunku, że nie tylko poklaskiem można żyć nie dającym realnego zysku… chyba że miało się za plecami rodową fortunę.
Pomimo, iż Sevotar posiadł zainteresowanie widowni, to nie dostał się do miejsc, które gościły bogatszą publikę. Te były okupowane przez zasiedziałych tam bardów, którzy zazdrośnie chronili swoje wartościowe stołki z miękkimi poduszkami. Gościł w różnych miejscach, raz nawet na prywatnym przyjęciu, ale w większości kończył swój występ niewiele bogatszy.
I teraz siedział tutaj, na zwykłym wozie w otoczeniu trzech mężczyzn zmierzając do Silverymoon, wcześniej opłaciwszy przewóz.
Klejnot Północy wydawał się być idealnym celem podróży. Miasto, które samo swoim wyglądem wręcz inspirowało wenę i zmuszało do zatrzymania się i podziwiania jego architektury. Tam, pieśń krążyła po ulicach. Czy jest lepsze miejsce od tego dla barda, który niezmiennie poszukuje coraz to nowych doznań estetycznych i inspiracji dla swojej twórczości? Sevotar miał pewność, że skoro znalazł publiczność w Waterdeep, to w Silverymoon tym bardziej taką odnajdzie.
Rozglądał się po mijanej okolicy, zbliżając się coraz bardziej do celu. Widział wiosenne łąki upstrzone kwieciem i soczyste trawy uginające się pod naporem wiatru. Przymknął oczy rozkoszując się chłodem popołudniowego powietrza. Niedługo powinni zawitać do Silverymoon.
Woźnica nagle zatrzymał wóz bez słowa. Sevotar spojrzał zaskoczony, ale jak wielkie było jeszcze jego zdziwienie, kiedy siedzący obok niego mężczyzna chwycił go za ramię i jednym, mocnym szarpnięciem zrzucił barda z wozu.
- Wstawaj - warknął, a drugi człowiek uniósł go za fraki i przetargał pomiędzy drzewa, a wraz za nimi kroczył jego kompan. Woźnica pozostał w wozie, jakby zupełnie nie zainteresowany losem Sevotara.
Po odejściu kilku kroków zucili go na ziemię, a jeden z nich kopnął jeszcze barda. Drugi celował do elfa z kuszy.
- Nie wyśpiewasz się z tego. Wyskakuj z kasy.



Tutmozis

- Znaki są niejasne.
Tutmozis szedł po Silverymoon rozglądając się bacznie w otoczeniu tak obcym dla niego, chociaż i sam Klejnot Północy był klejnotem wśród miast Faerunu. Nawet pogoda zdawała się być obca mieszkańcowi Mulhorandu, gdzie klimat był odmienny. Szedł poprzez miasto obserwując to, czym ono żyło. Słyszał muzykę z domostw, miłą dla ucha i kojącą serce. Nie pachniało tutaj tak, jak na targach w Mulhorandzie, ale to miasto miało swój własny zapach ciepłych potraw i kwiatów.
- Zbliża się coś wielkiego, ale szczegóły zostały owiane mrokiem.
Mag idąc ulicami Silverymoon zdawał się nie zwracać większej uwagi na zaciekawione spojrzenia jakimi go obdarzano. Jego głowę zaprzątały ciemne myśli, które krążyły mu po głowie w trakcie całej podróży aż tutaj. Kiedy tylko zjawił się u faraona zrozumiał, że jest tam nie na miejscu. Osobistości, które się tam zgromadziły przewyższały Tutmozisa siłą i mądrością oraz doświadczeniem. Był jednocześnie zaszczycony tym, że dano mu zaproszenie wśród tak zacnych osobistości, ale także nie rozumiał swojego położenia. o on tam w sumie robił?
- Wydaje się, że jest jednak pewna nić w tych wizjach, którą możemy spróbować podążyć.
Tutmozis pokręcił głową. To wszystko naprawdę się działo. Naprawdę został wysłany z dala od rodziny, z dala od ojczyzny dlatego, że najwyraźniej on był tym spoiwem, które mogło mieć jakieś znaczenie.
- Musimy podążyć jej śladem.
Mag zatrzymał się. Podążanie śladem znaków okazało się spocząć na jego barkach. Mógłby się zastanawiać dlaczego właśnie on dostąpił tego zaszczytu, ale na tym spotkaniu wyłożone karty jednoznacznie wskazywały na niego. To on, a nie żaden ze starszych mędrców, został rozpoznany w wizji, a ta wizja kierowała swoje kroki ku miastu północy, Silverymoon; Silverymoon, które w tej wizji stało w ogniu.
Tutmozis odczuwał zmęczenie, chociaż nie było to nic nadzwyczajnego zważając jak wielki dystans musiał przebyć. Otrzymał możliwość jednorazowego pokonania pewnego dystansu magicznie, z czego skorzystał, ale nie zaniosło go ono do Silverymoon.
- Może to być nic, wizje bywają mylne, ale może to też być wszystko.
Musiał porozmawiać z władczynią tego miasta, Alustriel Silverhand. Miał ze sobą listy polecające od samego faraona, więc nie powinno być problemu, szczególnie że ponoć miano takze drogą magiczną poinformować o gościu.
Zaczął kierować swoje kroki w stronę pałacu, kiedy poczuł, jak ktoś ciągnie go za rękaw. Kiedy odwrócił głowę w tym kierunku zobaczył małą, może dziesięcioletnią dziewczynkę wpatrującą się w niego nie z ciekawością, a z uwagą.
- Ona ci nie pomoże - odezwała się mała z zaskakującą pewnością w głosie. - Pani Alustriel ci nie pomoże.


Quelnatham Tassilar


Chaos jawiący się jako nienazwana, nieskończona bryła, wirujący wewnątrz siebie, wprawiający w niekontrolowane drżenie wszystko, co ogarniał. Quelnatham patrzył na to wszystko, jakby obserwator z zewnątrz, chociaż nie zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe. Widział opustoszałe plany, w których szalał pozostawiony sam sobie chaos, zmieniając i wypaczając. Widział Faerun pogrążony w zamęcie, krwi i ogniu. Widział upadłe miasta i pola bitew. Widział wypaczony Księżycowy Most Silverymoon, który niby zbudowany z ciemności zdawał się wyciągać życie z każdego, kto waży się na niego wkroczyć. Patrzył na to wszystko, a to wszystko zdawało się obserwować go.

Quelnatham rozważał znaczenie tego snu, wizji, która niestrudzenie nawiedzała go podczas transu już trzy razy w ciągu ostatnich dwóch dekadni. Jakkolwiek jednak by się nie starał zrozumieć czuł, że prawdziwy sens umyka mu z granicy poznania. Za pierwszym razem uznał to za zwykły objaw zmęczenia umysłu, nic nadzwyczajnego. Za drugim zaczął się niepokoić, zaś za trzecim postanowił powziąć odpowiednie kroki.
Dlatego opuścił dom.
Długo zastanawiał się, gdzie powinien się udać w tej sprawie. Rozważał różne opcje, ale jego myśli kierowały się na jeden tor. W jego wizjach szczególne miejsce zdawało się mieć Silverymoon. Zniszczony Klejnot Północy napawał przerażeniem. Niegdyś piękne budynki rozsypywały się, rozbite przez żądne krwi korzenie czarnych drzew, które dawniej, jeszcze soczyście zielone, żyły jakby były mieszkańcami Silverymoon.
Coś musiało być na rzeczy.
Quelnatham szedł ulicami tego pięknego miasta chłonąć jego atmosferę. Zewsząd słyszał muzykę, widział bawiące się dzieci, różnorodność mijanych ras. Cienioczuby i zmierzchodrzewy wraz z innymi, niezliczonymi gatunkami drzew i innych roślin ozdabiały ten klejnot, współgrając z kamiennymi budynkami. Większość ulic była brukowana, a z tego, co elf wiedział pod miastem znajdowało się wiele zbiorników i rur zbudowanych przez krasnoludy.
Dotarł w końcu, dzięki wskazówkom życzliwych mieszkańców, do budynków ciągnących się wysoko, jakby chcąc zostać panami przestworzy, konkurujących z drzewami w tym konkursie. Skierował się od razu do tego budynku, oznaczonego elfią runą Aerath oznaczającą wieszcza. Wcześniej, jeszcze przed wyjazdem, napisał list do głównego maga tej wieży, Ilidatha Onmerena, z prośbą o spotkanie, na co ten przystał i zaprosił Quelnathama do Silverymoon.
W środku wieży było zadziwiająco przytulnie. Słoneczny elf został poprowadzony na samą górę, aż do pokoi głównego maga. Nie kazali mu czekać, tylko od razu został zaproszony do środka. Znalazł się w pokoju dla gości, skromnie lecz wygodnie umeblowanym. Pokój był otoczony regałami z księgami, a na jego środku stało spore, dębowe biurko. Z boku ustawione były fotele wokół mniejszego stoliczka, na którym wino i dwa kielichy znalazły swoje miejsce.
- Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze? - odezwał się słoneczny elf, który wstał zza biurka i podszedł bliżej Quelnathama. - Ilidath Onmeren.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie

Ostatnio edytowane przez Zell : 01-05-2015 o 18:23.
Zell jest offline