Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 13-07-2014, 01:09   #104
Dziadek Zielarz
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 618 Dziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemu
- Ja pieprze… - Stojący obok Kinga Maverick nie mógł uwierzyć własnym oczom. – Udało się… Udało się, skurwielowi!

King jeszcze nie pozwalał sobie na triumf. Ciągle wszystko mogło się spieprzyć. Teraz mógł nazwać to paranoją. Ona mogła uratować im życie.
- Teraz ostrożnie. Ty się przyczaj, równie dobrze to może być pułapka. Niech idą Ci mniej sprawni, broń rozmontujcie i schowajcie, albo wrzućcie do kryjówki. Weź kilku ludzi, przeczekaj ich i wyrusz dopiero potem. - Naukowiec spojrzał wymownie na Mavericka; zaczynał gadać jak Randall. Na odchodnym dodał tylko:

Zaufaj mi. No i powodzenia.- Po czym wstał, spojrzał przez brudne okno i niespiesznie zszedł po schodach.

***

Z budynku wychyliły się pierwsze sylwetki. Na ich czele szedł Gareth trzymając rękę na rewolwerze schowanym pod kurtką. Gdy zrównał się z Tildą spojrzał jej hardo w oczy.
- Aresztowani. - Wycedził. Kobieta otaksowała go wzrokiem.
- To z tobą chujku miałam wieczny problem, tak? - Rzuciła zaczepnie.
- Aresztowani. - Powtórzył wysuwając powoli rękę spod kurtki.

Idący obok King, położył mu rękę na łokciu i rzucił ostre spojrzenie mówiące: “Nie warto.” Fray podniósł głowę znad opatrywanego Aarona. Dziwnym zbiegiem okoliczności obecnie opatrywanie polegało na złamaniu mu ręki butem.
- Idźcie! – rzucił od niechcenia były nadzorca dociskając kończynę obcasem.
- Gówno. - Rzucił Gareth. – Nie zostawię swoich ludzi.

Tilda przypatrywała mu się z kpiną.
- Mogę Ci ich sprzedać. - Powiedziała, uśmiechając się.

Fray spojrzał na kobietę.
- Mamy umowę. Wypuść ich. Pamiętaj co powiedziała Sandro.
- [i]Za erkaem. - Kobieta wskazała KACa, którego wcześniej zaniósł im King. Przyglądając się jej z łatwością dało się dostrzec, że bardziej się droczyła, niż naprawdę zależało jej na broni.
- Clyde?- Fray porozumiewawczo uśmiechnął się do Kinga.

King nie zwracał uwagi na rozmowę o karabinie przypatrując się półprzytomnemu Aaronowi. Stanął trzy kroki od niego i wpatrywał się w niego uporczywie, jakby próbował przypomnieć sobie każdy szczegół jego twarzy. Podniósł na moment oczy na Randalla, po czym przeniósł je na Tildę.

- To mój karabin. – ton speca był dziwny, jakby nieobecny – A Ty dostałaś już Beowulfa i tak był więcej wart niż ta garstka ludzi.
- Ohh... No tak. - Kobieta była widocznie rozczarowana. – Zaraz wrócę. Żaden z tych skurwieli ma nie przejść przez bramę, dopóki nie będę z powrotem. - Rzuciła na odchodnym kierując się do jednego z namiotów. Po chwili wróciła sama.

- Gdzie oni są? - Zapytał Gareth.
- Idą. - odparła Tilda. Rzeczywiście po chwili z namiotu wynurzyły się okrutnie wychudzone sylwetki. Ci, których nie dotknął głód, sądząc po śladach krwi ofiary wczorajszych zamieszek, pomagali iść tym, którzy ledwo co się poruszali.
- Nie karmiliście ich..? Ty durna, durna… - Gareth aż wrzał z gniewu, patrząc na wciąż uśmiechającą się kobietę.
- Zapomniałam. - powiedziała Tilda słodkim głosem.
- Idź już. - Clyde skierował słowa do Garetha. Popatrzył na niego przez moment, jakby chciał dodać słowa pocieszenia, ale tylko zacisnął usta.
- Dychają, to się liczy. - Powiedział stojący obok Spooky. – Na wozy ich ładować! - Krzyknął do młodych chłopaków pchających przed sobą resztki dobytku. Gareth szepcząc coś sam do siebie, pomógł jednemu z wygłodzonych i sam ruszył przed siebie.

Clyde nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Patrzył jak szary tłum przetacza się przez rozwarte wrota.

- I jaką mają teraz gwarancję? – rzucił ponuro do stojącego opodal Randalla.

Fray rzucił okiem na zmaltretowanego łowcę kulącego się u jego stóp, po czym do speca i rzucił niewinnym głosem:

- My jesteśmy gwarancją. I nasze gamble. Przechodzimy ostatni. Ale ciesz się Aaronem.

Złośliwy uśmiech rozlał się na twarzy strzelca, jeden z tych, po których King nie wiedział co naprawdę miał myśleć.

***

Spec drgnął na dźwięk słów. Cieszyć? Niby z czego się tutaj cieszyć. Strzęp człowiek leżał żałośnie na ziemi miotając świńskimi oczkami, a z naukowca odpłynęło wszystko, całe poczucie zagrożenia, gniew, upokorzenie. Długie miesiące tułaczki, które zaczęły się od felernej wizyty w Studni. Ilu ludzi miał ten człowiek na sumieniu? Czego dopuścił się zanim tutaj dotarli? Dłoń głaskała uchwyt pistoletu.

W końcu King przyklęknął przed zwijającym się z bólu mężczyzną. Siedzieli w pewnym oddaleniu od maszerującej grupy. Czekał, aż ten skupi na nim swój wzrok.
- Pamiętasz mnie? - Ich słowa tonęły w chrzęście kroków, tylko oni mogli słyszeć ich rozmowę.
- Pierdo… - Mężczyzna próbował wziąć głęboki oddech. – Pierdolone mięcho...
- Och, skończ już z tym mięchem, Aaron. Masz potrzaskane kolana, zerwane więzadła w ręce i złamanie przedramienia. - ocenił na oko Clyde – Jeśli z tego wyjdziesz będziesz zwykłym kaleką, więc przestań mi tu wciskać swoje pieprzone mięcho. - ostatnie słowo wręcz ociekało jadem.

- Chuj cię to obchodzi. - Wydyszał, wyrzucając z siebie cały ból i upokorzenie. – Po prostu… mnie zastrzel.
- Zastrzel. Chcesz żebym okazał Ci łaskę. Tak jak Ty to robiłeś? - King usiadł spokojnie na ziemi i złożył nogi. – Widzisz, Aaronie, Ty nie zasłużyłeś na łaskę. Jednak coś Ci zawdzięczam i za to chciałbym Ci… podziękować. Nie będę wnikał, bo i tak nic Cię to nie obchodzi, ale nie zabiję Cię. Posiedzę tutaj i poczekam. Tak długo jak długo dasz sobie radę. Jak myślisz ile to potrwa?
- Co.. Co ja ci takiego, czło… człowieku zrobiłem?
- Co mi zrobiłeś? - King spojrzał spode łba na rozmówcę. – Osiem miesięcy temu, dokładnie trzeciego marca. Studnia Pułkownika Trautmana, na drodze między Pitsburghiem, a Cincinnati. - oczy Aarona zadrgały – Widać trafiłeś wtedy na bardzo pamiętliwego gościa.

Mężczyzna spojrzał na niego pół przytomny wzrokiem.
- Nie.. nie pamiętam Cię… Cholera… - Roześmiał się słabo. – Za.. zabije mnie gość, którego nawet… Nawet nie mogę sobie przypomnieć. Ja pierdole… - Stojąca obok Sandro spojrzała na niego smutnym wzrokiem, odwróciła się i odeszła w ślad za Tildą.
- Wszystko sobie przypomnisz, mamy czas. - King pogrzebał w kieszeni kurtki i wyciągnął duży karabinowy pocisk, kaliber 12,7.

Aaron spojrzał na pocisk.
- W Studni? - Zapytał słabnącym głosem. – W Studni z magazynu wyciągnąłem taki karabin.
- Lepiej. Zgadnij czyj to był karabin. Zgadnij komu podaliście mielonkę nafaszerowaną prochami nasennymi. - Spec ze spokojem obserwował reakcję tamtego. Krew płynęła strużkami z przestrzelonych kolan. Od takich ran można było umierać godzinami.

Mężczyzna pokręcił głową zrozpaczony.
- Odpuść człowieku, ja nie mam pojęcia, o czym Ty mówisz!
- Nie masz pojęcia? Przez lata żyjesz sobie jak ostatni kawał gnoja, rujnując ludziom życie, łapiąc ich i sprzedając za marne gamble, a teraz nie masz pojęcia? - w głosie naukowca pobrzmiewała chłodna irytacja – W takim razie posiedzimy tu sobie spokojnie, aż sobie przypomnisz. Studnia Pułkownika Trautmana. Zastrzeliliście go, a ciało ukryliście na zapleczu. Truliście podróżnych żarciem z środkami nasennymi, a potem ładowaliście ich na ciężarówkę.

Clyde dał Aaronowi chwilę by ten poukładał sobie wszystko w głowie.

- W-wiem… człowieku żałuje, dobra… Taka robota... - Aaron wskazał na hełm z czerwonym krzyżem. – Jesteś medykiem? Daj coś przeciwbólowego... Bądź człowiek…
- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - odciął się spec – Przecież dla Ciebie jestem tylko mięchem.
- O co Ci chodzi? - Aaron wykrzywił się w krwawym uśmiechu. – Chcesz mnie zabić, to to zrób! - Wykrzyczał nagle mobilizując siły. – Nie pamiętam cię, rozumiesz?! Nie pamiętam, bo mam ciebie i Tobie podobnych w dupie!

Spec schował pocisk i wstał. Spojrzał na Aarona z mieszaniną pogardy i litości. – Też mam Cię w dupie. Ciebie i te cholerne ruiny, w które mnie wywieźliście. Mogłem Ci pomóc, mogłem nawet poskładać Ci te kolana, ale Ty wolisz tu zdychać. Niech tak będzie. - Clyde oderwał kawał szmaty od ubrania rannego, bezpardonowo wcisnął mu go do ust, a drugi przewiązał wokół głowy. – Nie chce mi się już Ciebie słuchać.

Łowca miotał się, bełkocząc przez gałgan, ale spec tylko parzył na niego spokojnie. Historia zatoczyła koło. Clyde przypomniał sobie zdanie, którym skończyło się ich ostatnie pożegnanie.

- Dostanę za Ciebie całą masę gambli. - powiedział niemal bezwiednie.

Wzrok Clyde'a zatrzymał się na półotwartej kieszeni Aarona, z której wystawał obły kształt. Naukowiec schylił się i wydobył z niej ostatnią rzecz, której by się spodziewał - śniegową kulę z mikołajem, tę samą którą znalazł pośród rzeczy Bisleya, tę samą którą stracił w Studni wraz z resztą gambli i swoją wolnością. Los zadrwił z niego w ten ostatni sposób, ale King musiał przyznać w duchu, że po raz pierwszy uznał wyrok ślepego sędziego za zabawny.

Wykrzywił na chwilę wargi w jadowitym uśmiechu, ściskając szklaną kulę w dłoni, aż pobielały mu knykcie, po czym wszelkie emocje odpłynęły z jego twarzy. Nawet nie myślał o tym wszystkim co się stało przez człowieka, który leżał przed nim. Nie zastanawiał się co by było, gdyby nigdy nie spotkali się w Studni. Kałuża krwi wokół niego rosła z każdą chwilą, barwiąc na brunatno miałki pył pokrywający spękaną ulicę. Stał i patrzył. Aaron jeszcze przez jakiś czas mamrotał przez knebel, próbując przeklinać, albo błagać o litość, aż w końcu opadł z sił i z wolna przestał się ruszać.

Po kilkunastu minutach było po wszystkim. Karawana uchodźców nie niepokojona ruszyła w stronę Misji. Kilku z uchodźców przechodząc uścisnęło ręce Kingowi i Randallowi ze łzami w oczach dziękując za pomoc. Tamci jednak nie odpowiadali na dziękczynne zapewnienia. Byli po prostu zmęczeni, śmiertelnie zmęczeni.

***

Buggy odpalił za pierwszym razem. Oczyszczone z Opadu mechanizmy działały bez problemu. Pojazd ruszył powoli, jakby kierowca chciał pokazać wszystkim, że się nie boją, nie uciekają przed nimi. Łazik, ciągnąc za sobą ogon w postaci wyładowanej przyczepki minął bramę - ich ostatni przystanek przed Misją.

Patrząc wstecz wiele się zmieniło od kiedy uciekli łowcom. Na początku się nie znosili, żarli jakieś gówno, chodzili w odrapanych ciuchach i bronili się czymś co bronią było tylko z nazwy. Gdzieś po drodze się zakumplowali, przetrwali tam gdzie inni umierali we krwi i własnym gównie. Jechali wraz z całą masą gambli. Bogaci a przede wszystkim żywi.

Fray rozwalił się na siedzeniu pasażera na tyle na ile mógł w małym pojeździe. Wydawał się rozleniwiony, nie patrzył na kolumnę uchodźców przed nimi czy ruiny, które mogły kryć wszystko, a w niebo. Zasnute szarymi chmurami, przez które nie mogło się przebić słońce, niebo. Zupełnie jakby znalazł w nim jakąś odpowiedź. W jednej ręce trzymał odpalonego papierosa a w drugiej ostatnią butelkę bimbru.

King patrzył na drogę usłaną wrakami aut, po której płynęła ludzka masa. Kupowali sobie tylko trochę czasu nim na dobre pochłoną ich ruiny. Teraz Misja, potem Nashville, potem… nikt w zasadzie nie wiedział co potem. Każdy z nich łudził się, że w ogóle czeka ich jakaś przyszłość. Ciekawe ilu z nich umrze nim dotrą do swoich celów. Ilu jeszcze zażądają w ofierze bezlitosne zgliszcza umarłej cywilizacji.

Dwaj podróżni nawet na siebie nie patrzyli, jeden skupiony na drodze, drugi pogwizdujący coś pod nosem. Misja zbliżała się nieuchronnie, dzieliła ich może godzina podróży. Ciszę w końcu przerwał spec:

- I co teraz?

Randall pociągnął z butelki. Gdy się odezwał głos o dziwo miał radosny.
- A teraz… – rzekł podsuwając bimber specowi
- Zwariowałeś? - King tylko rzucił okiem na alkohol.
- Spokojnie Clyde. Drogówka poszła w diabli. Jeden z plusów apokalipsy. Nie żebym ją pamiętał… Więcej dla mnie. - pociągnął drugi łyk. – Teraz trafimy do Misji. Odetchniemy trochę i pójdziemy swoimi drogami. Co takiego zrobił Ci ten Aaron? - Fray zmienił płynnie temat.

Naukowiec nie odpowiedział. To co zaszło między nim, a teraz martwym łowcą nie było tematem, który miał ochotę poruszać. Łazik podskakiwał na wybojach, a ciągnięta za nim przyczepka chybotała się gwałtownie. Mijali pojedynczych uchodźców, którzy wysforowali się naprzód. Cienie ludzi, którymi kiedyś byli.

Randall ciągle patrzył w niebo, teraz dla odmiany zaciągnął się szlugiem.
- Jak chcesz. Możemy w milczeniu cieszyć się podróżą.
- Co im obiecałeś? - Clyde jakby mocniej zacisnął ręce na kierownicy.
- Wytłumaczyłem, że dużo więcej gambli tu nie zgarną a mogą stracić ludzi. I gamble.
- A oni zwyczajnie Cię posłuchali?

Randall uśmiechnął się szerzej, co było słychać w jego głosie.
- Potrafię być przekonywujący. A z Tildą mamy wspólne zainteresowania, więc się łatwo dogadaliśmy.
- Takie jak wbijanie ludziom noży w plecy? - ton naukowca zrobił się chłodniejszy
- Ej doktorku! - oburzenie w głosie Fraya był wyraźnie udawane – Nikomu noża w plecy nie wbiłem. Ona też nie. Chyba… Zresztą powinieneś być jej wdzięczny, sprezentowała Ci Aarona.
- Może jeszcze mam zawrócić i jej podziękować? - odciął się spec – Co im obiecałeś, Fray?
- Jeżeli chcesz. Całe złoto tego świata King. A tak bardziej poważnie, nie wierzysz, że Twój plan mógł się udać? Że zbieranina służb tyłowych - te dwa słowa Fray wypowiedział z wyraźną pogardą – łowców nie chciała angażować się w starcie? A może nie wierzysz, że załatwiłem wszystko bez rozlewu krwi? Że nie sprowokowałem starcia.
- Nie próbuj mydlić mi oczu. Nikt nie chciał tego starcia, ale ludzie pokroju łowców nigdy nie robią czegoś za darmo. Pieprzenie im nie wystarczy.
- Pieprzenie to podstawa. Ludzie pokroju łowców to tchórze. Nie robią niczego za darmo ale też nie angażują się w starcie gdy nie muszą. Chyba, że mają dużą przewagę liczebną, której nie mieli. No i jest jeszcze Dentysta…

Clyde westchnął. Nie miał specjalnej ochoty ciągnąć Randalla za język, zwłaszcza że tamtemu udzielił się przekorny nastrój. Dziwne, że zawsze wpadał w niego niedługo po tym, gdy ocierał się o śmierć. Niewątpliwie stany rozstroju emocjonalnego.

- Nie chcesz, nie mów, ale cokolwiek im naobiecywałeś, wiedz że Ci w tym nie pomogę. - King odwrócił na moment spojrzenie od zapylonej szosy – Nie wiem, czy chcesz zrobić dla nich skok stulecia, czy tylko zbliżyć się do tego psychola Dentysty, ale pogrywasz w niebezpieczną grę.
- Cholera… I jak ja sam dostarczę im tysiąc dziewic na ofiarę?
- [i]Nie kpij, Fray. Nie wszystko jest Twoim placem zabaw.[i]
- Nie moim, niestety. Rozchmurz się Doktorku! Uratowałeś dziesiątki istnień i zmierzasz ku oazie spokoju i dobra. Czas na relaks!
- Relaks… - naukowiec zabębnił palcami o kierownicę, wydawało się że chce dodać coś zgryźliwego, ale zamilkł zaciskając zęby.
- Wal doktorku! Co Ciebie gryzie? Morganowie? Szajbus? Mars? Chloe? Kurczę… Nie chce mi się wyliczać. Co nie pozwala Ci cieszyć się sukcesem?

- Będę się cieszył, gdy opuszczę te przeklęte ruiny. – wyrzucił wreszcie King, cała ta wesołkowatość Randalla już go męczyła – Kiedy wreszcie przestaną mnie ścigać sprawy ludzi, za których odpowiedzialność ciągle wciska mi się w ręce. Kiedy wreszcie skończy się bezsensowne zabijanie, albo będę już daleko stąd. Wtedy będę mógł cieszyć się sukcesem.
- To padniesz z nerwów. Zima się zbliża. Do wiosny stąd się nie wydostaniemy. Nie z tym pieprznikiem wokół.
- Być może. To jednak dalej nie daje odpowiedzi na to coś Ty obiecał tym psychopatom.
- Ech… Doktorku. Mam wymyślić jakąś wiarygodną ściemę, żebyś się uspokoił i wyluzował?
- Tak, masz wymyślić jakąś wiarygodną ściemę, tak jak zawsze to robisz kiedy miałbyś przyznać się do błędu.
- Po pierwsze nigdy Wam nie ściemniałem. Po drugie, kiedy niby to popełniłem błąd? Z tego co pamiętam to zwykle ratowałem Wam tyłki.

Fray w końcu przestał gapić się w niebo a spojrzał na speca.
- Jak masz mi robić wykład, że tak naprawdę był to tylko wyrachowany pragmatyzm i dbanie o własną dupę to zamknij się i zapuść radio.
- Daruj sobie. Teraz będziesz próbował mi pokazać, że jesteś nieomylny i zawsze szczery? To dlaczego wzbraniasz się, żeby powiedzieć co obiecałeś Łowcom? Dlaczego ukrywasz swoją przeszłość? Dlaczego od razu nas wszystkich nie zostawiłeś? Co do Twoich błędów, nie będę ich punktował, bo nie w tym rzecz. Zawsze wymyślasz uzasadnienie, to Twoje “poetyzowanie” - to słowo wypowiedziane zostało szczególnie zjadliwie – a potem nazywasz to byciem fair.

Przez chwilę nauczyciel dyszał, jakby przebiegł sie sprintem. Buggy płynnie ominął zardzewiały wrak pickupa. Randall zaśmiał się i zaciągnął papierosem.

- Powolutku. Bo zapomnę o czymś powiedzieć i wyjdzie, że jestem zakłamanym potworem. Łowcy dzi...
- Nie pierdol. Wszyscy kłamią, tylko Ciebie wyjątkowo boli, gdy sam musisz to robić. Zawsze obracasz wszystko na Twoje, byle we własnych oczach wypaść dobrze.
- Ale ja zawsze wypadam w nich dobrze. Bo postępuję zgodnie z tym co uważam. Słuchaj King, ewidentnie chcesz odreagować a nie usłyszeć odpowiedzi. Dlatego pogadamy o tym kiedy indziej. Przyśpiesz, w Misji spuść pary, czy to z jakąś dziwką czy podczas bójki. Potem pogadamy.
- Co im obiecałeś, Fray?

- Co im obiecałeś, Fray? - Randall zaśmiał się. – Próbuję Ci wytłumaczyć ale przerywasz mi sugerując, że pierdolę. Otóż nie pierdolę, bo Maria ubzdurała sobie, że próbuję Was wszystkich pozabijać i chciała mi roztrzaskać łeb kolbą karabinu. To trochę psuje związek.
- Ich już nie ma. Dotarli do Misji, albo dorwali ich Łowcy. - Clyde nieco się uspokoił – Po co zasłaniasz się teraz Marią?
- To miała być dygresja. Żebyś się trochę rozluźnił i dał mi odpowiedzieć na pytanie. Gotów? - Randall zaciągnął się papierosem i wyrzucił niedopałek. – Łowcy działają na zasadzie zysku. Tutaj wyciągnęli wszystkie co wartościowsze gamble, proceder się przedłużał i mógł przyciągnąć czyjąś uwagę. Już wcześniej Tilda bała się buntu, dlatego najęła mnie. Chciała sprzedać tych “aresztowanych” w niewolę. To było bez sensu. Nie ma obecnie rynku na gęby do wykarmienia, a oni nie przedstawiali ani dla mutków ani dla Nashville żadnej wartości. W przypadku buntu straciłaby ludzi i część sprzętu. Tak mogła zwinąć manatki i przenieść się gdzieś dalej, zarabiać w inny sposób. Alternatywą było zabicie mnie i walka z uchodźcami. Zakładając, że nawet jej ludzie by nie oberwali straciłaby naboje. Czyli gamble dla których tu jest. Proste a ona jest rozsądną kobietą.
- A gdzie jest to “gdzieś dalej”? W pobliżu jest tylko Misja… - King wbił spojrzenie w drogę.
- Misja, Nashville, grupki uchodźców, obozowiska mutantów, niedobitki łowców… W tych ruinach są możliwości Clyde. A Misja jest tylko jedną z nich. Mają zapasy, broń, środek transportu…

- Nie chcesz mi powiedzieć, bo próbowałbym Cię powstrzymać, tak? O to Ci chodzi?
- Męczy mnie to, Clyde, naprawdę. Czego się spodziewasz? Że wiodę Was w zasadzkę? Że łowcy w tym momencie zasadzają się na pozycjach, czekają aż nasz łazik przejedzie a potem zmasakrują obdartusów i zdobędą łatwe gamble?
- Nie, nie martwię się o uchodźców. - Clyde zmrużył oczy – Ale owszem, martwię się że prowadzisz nas w zasadzkę, a co gorsza, że chcąc zastawić jedną wpakujesz nas w drugą, z której Twoja arogancja nas nie wyciągnie. Wolałbym wiedzieć zawczasu.
- Arogancja… Zwykle nie nazywam broni ale jedna chyba dzisiaj otrzyma imię. Może emka? Spokojnie… Za niecałą godzinę będziemy w Misji. Bezpieczni. – Randall wrzucił na wpół pustą butelkę do plecaka i ułożył się wygodniej na fotelu zakładając ręce za głowę.

King miał już dosyć tej rozmowy. Powinien czuć się zadowolony z siebie, w końcu tym razem udało im się ocalić od masakry wielu niewinnych ludzi, ale nieokreślone wrażenie że coś jest nie tak nie opuszczało go nawet na chwilę. Może to wymijające odpowiedzi Fraya, może zmęczenie które z trudem odganiał od siebie pilnując drogi. Może wreszcie było to tak dawno nie zaznane poczucie, że faktycznie są bezpieczni.

Spec potrząsnął głową by powstrzymać opadające powieki. Minęli metalowe żebrowanie, na którym smętnie wisiała ostatnia tablica kierunkowa, na której ktoś wysmarował napis „MISJA” oraz jedną pionową strzałkę. Gdzieś przed nimi była ta samotna przystań, oaza dla rannych i pozbawionych nadziei, pierwszy krok na drodze do niepewnej przyszłości. Clyde sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął z niej okulary przeciwsłoneczne. Zasłonił oczy przed ostrym, listopadowym słońcem i zapatrzył się przed siebie. Na spękany asfalt, na niebo błyskające z wyrw w potrzaskanych blokach, na rzędy strzelających w niebo, od dawna wygasłych latarni. Na wszystko co zostawiali za sobą.

- Nigdy nie będziemy bezpieczni. Nigdy.
 
Dziadek Zielarz jest offline