Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-11-2015, 11:58   #10
corax
Krucza
 
corax's Avatar
 

Poranek zaczął się od śniadania do łóżka, a potem odprawy dla Ashki i Logana. W przeciwieństwie do Ashki Logan gadatliwy nie był i potwierdzał każde polecenie pomrukiem znad talerza. A Kathil cały poranek spędziła sobie na przypominaniu siostrzeńca jej męża, którego widziała tylko na swoim ślubie. Wiecznie ponurego młodzika w zakonnych szatach i imieniem Ortus. Złożył jej wtedy dość nietypowe życzenia:, by miała tyle szczęścia w małżeństwie ile najwyraźniej miał jej małżonek zaślubiając ją. I tyle… nigdy więcej nie zaprzątała sobie nim głosy. A sam Ortus jakoś nie zjawił się na pogrzebie Cristobala.
Cóż życzenia wydawały się potwierdzać, że młodzik za nią nie przepadał. Kathil przyjęła ten fakt do wiadomości nieco urażona, bo któżby jej nie lubił. No chyba, że wyjątkowo zawiodły ją jej umiejętności oceniania ludzi. Niemniej jednak trzeba było ruszyć w drogę.
Drogę, w trakcie której przypominała swojej świcie o założeniach nadchodzących dni. Na wszelki wypadek.
Podróż do opactwa w którym przebywał Ortus zajęła cztery godziny, z przerwą na lekki posiłek w pobliskiej karczmie. Ashce usta się nie zamykały. Oczami wyobraźni już widziała te wszystkie listy z szantażami rozsyłane kupcom w stolicy i złoto spływające do jej własnej kryjówki. Dobrze że choć w karczmie powstrzymała swe gadulstwo.
W końcu jednak dojeżdżali na miejsce. Przed ich oczami ukazało się opactwo Oghmy, w którym to Ortus był skrybą.

Było duże i o grubych ścianach. Ponura bryła sprawiała, że bardziej przypominało więzienie niż świątynię wiedzy. Karoca zatrzymała się na wewnętrznym dziedzińcu i na spotkanie wyszedł kapłan o twarzy wychudłej i wąskiej. Paciorkowate oczka przyglądały się bacznie Kathil i jej świcie, a uprzejmy uśmiech nie schodził z jego ust, gdy pochylając się lekko kadził.- Cóż za zaszczyt, że baronessa Vandyeck odwiedza nasze skromne progi. Jakaż to szczęśliwa gwiazda przyciągnęła cię tutaj. Potrzebujesz wypisu z ksiąg wieczystych, a może… donację na nasze skromne opactwo chcesz złożyć?
Kathil powitała kapłana z szacunkiem mimo, że miała wrażenie, że wita się ze szczurem, który wybiegł z kanałów wietrząc świeżą zdobycz:
- Witaj czcigodny - słowa jakoś przecisnęły się przez jej gardło - przybyłam wiedziona zbliżającą się rocznicą śmierci mego małżonka. Jakoż jedyny żyjący członek najbliższej rodziny przebywa w tym świętobliwym miejscu, nie godzi się zapomnieć ni o nim, ni o opactwie, które tak dobrze o niego dba.
Przy tych słowach kiwnęła na Logana aby podał niewielką sakiewkę z datkiem.
- A tu skromna darowizna, do dyspozycji twej, czcigodny. - Kathil dała do zrozumienia,
że nie interesuje ją sposób wykorzystania środków. - Czy nie przerwę modłów młodemu Ortusowi? - spytała nieco wprost, gdy sakiewka zmieniała właścicieli.
- Och… nie. Z pewnością nie. Zresztą młody Ortus nie przyjął święceń, więc nadal nie jest kapłanem. Oghma chyba nie docenia jego oddania… mówiąc między nami.- odparł kapłan błyskawicznie chowając kiesę w połach rękawa.- Ale jest zdolnym skrybą i z pewnością przepisuje coś w skryptorium teraz.
-Och - westchnęła Kathil - rozumiem. - pokiwała głową - Czy raczysz mnie zaprowadzić do Ortusa? Moi służący poszukają w między czasie wody aby napoić konie.
- Oczywiście… moja pani. Tędy proszę.- rzekł kapłan i ruszył przodem posyłając mniszkę, by zaprowadziła sługi Wesalt do stajni.
Kathil rozglądała się dyskretnie po opactwie starając się znaleźć pomocne dla Ashki słabe punkty fortyfikacji. Ciekawa też z resztą była zakonnego życia. Ciekawa była młodego skryby, któremu niosła w prezencie niewielki poczęstunek: słodkie, miodowe ciasteczka wypieku pani Percy. Chciała w jakiś sposób móc przełamać pierwsze lody z młodzikiem.
Klasztor poza grubymi murami i wąskimi okienkami zdawał się nie posiadać żadnych zabezpieczeń przed złodziejami. Choć oczywiście pozory mogły mylić. Tak jak mijane osóbki… które pod grubymi chabitami kryły nie tylko mnichów, ale i mniszki. I to całkiem młode. Co przypominało baronessie, że nie każdy stan kapłański uznaje celibat. Wszystko zależy od rodzaju wyznawanego bóstwa. Sharess bogini rozkoszy i Sune bogini miłości, jak najbardziej zachęcały swych wyznawców i kapłanów do rozkoszy alkowy. Nie była jednak pewna jak to jest w przypadku Oghmy. Pozory mogły więc mylić i to w wielu aspektach. Wszak były klasztory nie uznające przemocy i były poświęcone choćby Lojalnej Furii , którego mnisi łamali deski gołymi rękami.
Sama Kathil została zaprowadzona do mniejszego refektarza, przeznaczone pewnie dla starszyzny klasztoru. Tutaj szczurzy kapłan uprzejmie poprosił ją o poczekanie. Nie musiała jednak czekać długo. Po chwili zjawił się znajomy jej młodzian. Choć, musiała przyznać że Ortus był starszy niż go zapamiętała.
- Żałoba już minęła?- spytał na wejściu młody skryba przyglądając się brązowej barwie sukni Kathil.
“Co za bezczelny typek, jeśli jest taki jak Condrad to będzie mnie to sporo kosztować” - pomyślała Kathil ale mimo to, uśmiechnęła się i zbliżyła do Ortusa wyciągając dłoń na powitanie.
- Przecież doskonale wiesz ile czasu upłynęło, mój drogi - powiedziała patrząc
niewinnie na krewniaka.
Ujął dłoń Kathil niepewnie unosząc ją do swych ust i całując jej wierzch.- Nie zamierzam potępiać. Nie tęsknię aż tak za wujem Cristobalem, a na ślubie prezentowałaś się bardziej zjawiskowo. Ale cóż… codzienność wymaga poświęceń. Jak wszystko.
- Nie miewasz zbyt wielu gości, hm? - skwitowała jego mowę powitalną Kathil,
unosząc brew. - Śmiem twierdzić, że jeszcze mniej wśród nich kobiet - dodała z uśmieszkiem. - Klasztor zapewne nie pomaga w szlifowaniu niuansów rozmów salonowych. - uśmiechnęła się do młodzika.
- Jak każde więzienie.- odparł z kwaśnym uśmiechem Ortus i spytał.- Tym bardziej dziwią mnie twoje odwiedziny ciociu Kathil. Choć niewątpliwie to milsza niespodzianka niż siepacze ze strony rodziny mego ojca.
Kathil wyciągnęła niewielką paczuszkę z ciasteczkami i podała Ortusowi:
- Nie są zatrute - dodała ze słodkim uśmiechem. Na dowód swych słów ułamała kawałeczek, włożyła do ust i przełknęła na oczach młodego skryby. - Domowy wypiek. Skoro tak źle Ci tu, to czemu nie odejdziesz? - przez chwilę mierzyła go poważnym spojrzeniem.
- Dokąd? Na ulicę? - sarknął gorzko Ortus sięgając po ciastka i zjadając jedne.- A może upomnieć się o to co moje? Z pewnością krewniacy już przyszykowali zatruty sztylet z moim imieniem. Liczyłem na wuja Cristobala, ale matka miała rację… Na niego nigdy nie można było liczyć. A teraz nie żyje. To więzienie najgorsze z możliwych. Takie bez krat.
- Cóż, Cristobal… - Kathil zawiesiła się - był jaki był. Skoro tak Ci tu źle, czemu nigdy nie pisałeś do mnie chociażby? W końcuś skrybą, list napisać potrafisz.
- Pisałem, za życia wuja. Widać nie miałaś ochoty, by odpisać.- uśmiechnął się ironicznie.- Kogo zresztą obchodzi biedny krewny i jego kłopoty.
- Nigdy nie otrzymałam żadnych listów, Ortusie. - Kathil ujęła jego dłonie w swoje z premedytacją licząc na zaszokowanie chłopaka i potrząsnęła głową ze smutkiem. - Przykro mi.
Rzeczywiście był zdziwiony, ale nie zszokowany. Zamyślił się przez chwilę, po czym rzekł.- Widać wuj pilnował bym ci głowy nie zawracał swoimi problemami. Ale skoro nie przybyłaś tu z powodu listów, toooo… jaki jest inny powód?
- Condrad… podobno wraca. Nie wiem nic o nim, a Ty jesteś jedyną osobą, która
może mi o nim coś powiedzieć. - powiedziała wprost Kathil.
- Condrad? Ale… czemu cię…- nagle dzieciaka olśniło. Spojrzał z zaciekawieniem na Kathil, gdy rzekł.- Acha… boisz się, że weźmie cię pod swą opiekę. Cóż… uczyni to na pewno. To wszak jedyny sensowny ruch. Ale.. czemu mnie to by miało obchodzić?
- Bo mogę być Twoim biletem wyjścia z tego więzienia. Jeśli Condrad “weźmie mnie pod opiekę”, bilet straci swą ważność.
- Toooo opowiem ci co wiem, jak już wyjedziemy z tego miejsca i udamy się do twego domu. Umowa stoi?- zaczął się targować Ortus.
- Dobrze wiesz, że wyciągnięcie Cię stąd zajmie trochę czasu i …. nakładów - dodała. - Masz jakieś zasoby, którymi możesz opłacić wykupne? - spytała dobrze wiedząc, że nie. - Z mojego punktu widzenia, masz pewne informacje, które mogą ale nie muszą mi się przydać, bo są sprzed kilku lat. I żądasz za takie informacje nie tylko wolności już natychmiast, ale i utrzymania. - Kathil uniosła dłonie i wykonała nimi ruch naśladujący wagę. - Nie burmusz się, Ortusie. - powiedziała widząc minę chłopaka. - Możemy sobie nawzajem pomóc. Ale nie traktuj mnie jak wiejskiego głupka, proszę.
- Nie oczekuję że dasz mi najlepsze pokoje i zaczniesz karmić przepiórkami.- mruknął skryba i westchnął.- I jestem pewien, że spróbujesz mnie wykorzystać do własnych celów, jak czynił to każdy… poza moją matką.
Wzruszył ramionami.- Zadaj pytanie, to ci odpowiem. Powiedzmy na trzy pytania na początek?
Kathil zmierzyła chłopaka spojrzeniem, gdy w jej głowie zaczął rodzić się pomysł:
- Ile Ty masz właściwie lat, Ortusie?
- Siedemnaście… osiemnaście skończę za cztery dni.- odparł w odpowiedzi chłopak.
Kathil klasnęła w dłonie:
- A może masz ochotę na ślub? - spytała z zachęcającą minką.
- Ślub? - zaczerwienił się nagle.- Z kim?
- No ze mną, a z kim. W ten sposób możemy wyciągnąć Cię z klasztoru, a Condrad nie przejmie opieki. - popatrzyła na chłopaka.
- Taki prawdziwy ślub?- zaszokowała go. Czerwienił się coraz bardziej.- Z… nocą… poślubną?
- No, żeby ślub nabrał mocy, małżeństwo musi być skonsumowane. - podeszła nieco bliżej - Nie podobam Ci się? - powiedziała raczej niż spytała z leciutkim smuteczkiem w głosie.
- Żartujesz sobie? Jesteś… bardzo piękna i pociągająca… każdy mężczyzna… by to potwierdził.- wydusił z siebie Ortus zagoniony tą propozycją w kozi róg.- A co po ślubie?
- Zamieszkasz w posiadłości oczywiście, dostaniesz uposażenie, będziemy szczęśliwym młodym małżeństwem. Tolerancyjnym i otwartym młodym małżeństwem. Jeśli będziesz chciał, pomożesz mi prowadzić sprawy rodzinne… - Kathil przesunęła palcem po dłoni Ortusa, którą jadł ciasteczko.
- Jesteś bardzo… piękna… zjawiskowa… Ciężko mi będzie zawsze odwracać oczy od twej sypialni.- odparł Ortus z ironicznym uśmiechem. - Ale miło będzie… narobić skandali wśród tych snobów… tą otwartością.
Kathil zbliżyła swoją twarz ku młodzikowi:
- Więc jesteś zainteresowany - wyszeptała z ustami blisko jego ust - pochlebiasz mi,
Ortusie. A co do Condrada, czego się można po nim spodziewać, po jego charakterze? - wciąż szeptała bliziutko jego twarzy.
- Mówię… prawdę.- wymruczał cicho Ortus i sam nachylił się ku ustom Kathil całując je znienacka i niewprawnie. Rzeczywiście nie miał doświadczenia z kobietami, ale usta miał miękkie i ciepłe. - Condrad…-
Przerwał odsunął się od Wesalt, by zebrać myśli.- Condrad jest… niebezpieczny. Powiadała matka, że najechał znienacka wrogi nam ród i zabił… wszystkich bez wyjątku. Dlatego musiał uciekać. Taka napaść, była wtedy skandaliczną zbrodnią, ale Condrad gra według własnych reguł.
Kathil nie odsunęła się od niego, wciąż narzucając swoją obecność nastolatkowi. Był młodszy od niej, ale nie był głupi. Zapewne to stanowiło jeden z powodów zamknięcia go w klasztorze. Wsunęła dłoń w jego dłoń wiedząc, że takie delikatne drażnienie rozpali młodzieńcze pragnienia.
- Niedobrze - zamruczała - ma być tutaj niedługo. Jutro planuję przyjęcie powitalne.
- Nie uderzy od razu. Wrócił… pewnie… niedawno ?- zapytał Ortus spoglądając na dekolt sukni Wesalt i pieszczotliwie ściskając dłoń kobiety. Łatwo się było domyśleć co siedzi w jego głowie. Hormony. Miał przed sobą atrakcyjną kobietę, której wdzięki będzie miał okazję sprawdzić. Niemniej noc poślubna wydawała się tak… daleko.
- Wciąż oczekuję na jego RSVP, zakładam, że przysiadł gdzieś aby się przygotować i zebrać informacje. - Kathil uśmiechnęła się do Ortusa - Podoba Ci się?
- To retoryczne pytanie?- rzekł Ortus z uśmiechem starając się jeszcze zgrywać cynicznego i doświadczonego mężczyznę. Ale wyraźnie miał z tym kłopoty.- Nie uderzy… od razu, chyba. To Condrad doradzał dziadkowi, to on pomógł rodowi rozwinąć… skrzydła.
- Cóż, ja też chcę móc rozwijać skrzydła, nie tylko rodowe, ale na moich warunkach. Być może uda się nam dogadać z Condradem. Chcesz pójść porozmawiać z opatem na temat wyjścia stąd? - pogładziła Ortusa po policzku delikatnym ruchem.
- Sam nie wiem… zobaczymy… możemy… chodźmy razem.- Ortus zacisnął delikatnie jej dłoń i pociągnął za sobą.- Wyrwijmy mnie z tego więzienia… wspólniczko.
- Zatem prowadź, mój przyszły mężu. - poczekała aż ruszy i leciutko pogłaskała go po plecach.
Rozmowa przebiegła szybko i krótko. Jako świeżo utulona w żalu wdowa Kathil miała przecież powód by zabrać jedynego bliskiego krewnego ze swej rodziny. Opat niespecjalnie się też wzbraniał przed wypuszczeniem Ortusa z klasztoru. Bądź co bądź, jeden skryba mniej to żadna strata. Jedna gęba do wykarmienia mniej.
Pozostało jedynie przedstawić sprawę Ashce, która lubiła młodziutkie mięsko… acz przecież nie musiała zaciągać do łóżka, każdego młodzieńca, od razu.
Kathil prowadziła Ortusa w stronę karocy i oczekujących Logana i Ashki. Zaśmiała się na wciąż lekko oniemiałą minę chłopaka.
- Ortusie… wszystko w porządku? - pochyliła się ku niemu, machając do dwójki
przyjaciół.
- Dawno nie byłem na wolności i nigdy nie byłem… to znaczy, podglądnąłem raz czy dwa… zanim tu trafiłem.- Ortus wydukał starając się zachować resztki maski cynika. Ale sytuacja go przerastała. Był teraz zagubionym siedemnastolatkiem, przed którym metaforycznie rzecz ujmując, siedziała naga kusicielka. Nie bardzo wiedział na czym skupic myśli i wzrok.- Nie sądziłem, że się stąd wyrwę. Tym bardziej w taki sposób.

Kathil otuliła się jego ramieniem i sama wtuliła w jego bok.
- Wszystko będzie dobrze, wspólniku. - uśmiechnęła się - Głowa do góry.
- Aaaaa to jest Logan i Ashka. Loganie, Ashko, to mój …. to Ortus. Zabieram go do domu.
- Jaki uroczy… aż chce się go otulić.- uśmiech Ashki był drapieżny, troskliwy i lubieżny zarazem.- Co zamierzasz zrobić z tym miłym chłopcem?
- Miło mi…- mruknął speszony skryba, a Logan… jedynie skinął głową na powitanie. Logan nie lubił się odzywać.
-Zamierzam dać mu się pod opiekę - Kathil specjalnie powiedziała to w tej formie. To Ortus był mężczyzną i jak każdy mężczyzna lubił, gdy jego ego było pieszczone. A czego jak czego, tego na pewno nie zaznał w klasztorze. Mrugnęła do Ashki wesoło. - Chodźmy do karety. Długa droga przed nami.
- Jak pod opiekę, przecież to skryba… chyba żeby go tu szkolili w jakiejś sztuce walki wręcz, ale nie wydaje…- zdziwiła się Ashka, a Logan dodał wtrącając się.- Chce wyjść za niego za mąż.
Oczy elfki zrobiły się wielkie niczym spodki.- No to musi być z niego ogier, skoro tak szybko cię okręcił wokół palca.
- Zapominasz… o tym, że formalnie będzie podlegać mężowi.- przypomniał Logan elfce.
- Aaaaa… no cóż…- uśmiechnęła się lisio Ashka i mruknęła.- Posmakujesz więc wyjątkowej potrawy moja droga. Aż ci zazdroszczę.
- Wolę podlegać komuś, na obopólnie uznanych warunkach, niż komuś kto jest wielkim złym wilkiem w rodzinnych legendach. - mruknęła Kathil, spoglądając na Logana. Jej Logana. - otrząsnęła się szybko.
- Ashka, nie zawstydzaj go. - strofowała przyjaciółkę ze śmiechem. - A co do szkolenia… to nic straconego. - Kathil popatrzyła na Ortusa - Gotowy na powrót?
- Oczywiście. Im szybciej tym lepiej.- odparł młodzian uśmiechając się ironicznie.- Nie zamierzam udawać, że będę tęsknił za tym miejscem.

Kathil wskoczyła do karocy i zajęła miejsce. Dała Ortusowi wolny wybór miejsca, nie chciała go osaczać tak gwałtownie, wolała aby sam z własnej woli wybrał lojalność wobec niej. Tkała nić powoli i z wprawą.
- Ortusie, jutrzejsze przyjęcie - zaczęła gdy ruszyli - możemy wykorzystać do oświadczyn. - zawiesiła wzrok na młodzieńcu.
Ortus usiadł blisko niej, onieśmielony sytuacją. Logan zapadł w drzemkę, a Ashka uśmiechała się frywolnie zerkając to na Kathil, to na Ortusa.
- To zrozumiałe… chcesz uderzyć, zanim on zdąży wykonać swój ruch.- skinął głową chłopak i zamyślił się.- To nie powinno być trudne. Potrzebny jest pierścień i jakieś miłosne wyznanie. Pp.. oradzę sobie.
-Pierścień rodowy wciąż jest w skarbcu. Strój zakupimy, a z wyznaniem miłosnym… cóż jesteś skrybą. Czytałeś wiele ksiąg i na pewno sobie poradzisz. Na przyjeciu będzie około 16 osób. Sami sąsiedzi, rozsądni ludzie. - założyła ramię o ramię Ortusa - Nie musisz się obawiać wystąpienia. Jutro opowiem Ci szczegółowo, kto jest kim.
- Nie taki pierścień… tylko narzeczeński pierścionek.- mruknął Ortus starając się bohatersko nie zerkać w dekolt przyszłej żony, co wywoływało chichot Ashki i komentarz.- Masz uroczego męża… przyszłego.
- Masz jakiś specjalny pomysł Ortusie? - spytała w kwestii pierścionka - Ashko, daj mu spokój. - zaśmiała się odwracając twarz w stronę ramienia młodzieńca i lekko chowając w nim twarz z chichotem.
- To powinno być coś… zachwycającego. Żeby uwierzyli… można by rozsiać plotki o skarbie w moim posiadaniu. To by wiele tłumaczyło.- próbował myśleć młodzieniec. Nie było to łatwe, przy natłoku zdarzeń jakie mu się dziś przytrafiły.
Kathil zamyśliła się.
- Hmm… - pomyślała o zapasach cioteczki - Może uda mi się znaleźć coś
odpowiedniego. Ale pomysł całkiem przedni mój drogi - przesunęła dłonią po jego przedramieniu.
Ortus wiele razy się podczas tej przejażdżki czerwienił. I ciężko mu było utrzymać maskę aroganckiego cynika. A Kathil… zastanawiała się, cóż wyniknie z tej sytuacji. Młody mąż niósł pewien bagaż kłopotów, ale też i szans. I mógł być bardzo użyteczny. I niewątpliwie rozpaliła jego wyobraźnię do czerwoności. No i przy tylu byłych kochankach, rzadko miała okazję spróbować prawiczka.
Liczyła przede wszystkim, że będzie w stanie go ujarzmić, ukształtować by stał się cennym graczem w jej rozgrywkach. Wydawał się być inteligentny i szybko myslący. Takich asów w rękawie, nigdy za wiele. W przeciwnym wypadku… cóż, zostawiła tę opcję otwartą na przyszłość.

Po powrocie wydała odpowiednie dyspozycje pani Percy: komnata, kąpiel, jedzenie, golenie, strzyżenie. Nakazała też ochmistrzyni aby uprzedziła służbę, że powrót młodego Ortusa ma pozostać tajemnicą do czasu przyjęcia. Pożegnała się z Ortusem, obiecując spotkanie po swoim powrocie. Zostawiła go samego aby dać mu czas na odsapnięcie po zawrotnym tempie wydarzeń mijającego dnia.

Na koniec, sama musiała przygotować się na spotkanie z Jaegere: kąpiel, strój, fryzura, broń. Sprawdziła trzy razy, czy wszystko ma przygotowane i czy wszystko leży odpowiednio. Narzuciła na siebie prosty i skromny płaszcz z głębokim kapturem i wsiadła do karocy, aby być wcześniej przed umówionym czasem spotkania.


Karocę pozostawiła w sporej odległości kilkunastu ulic od Żółtej Ciżemki. Dyskretnie sprawdzała, czy gdzieś nie spostrzeże Logana, który miał zająć się wszam ogonami Jaegere.
W Błękitnej Komnacie zaś sprawdziła czy wszystko zostało przygotowane zgodnie z jej życzeniem: niewielki stolik zastawiony do kolacji, taca z olejkami do masażu dyskretnie schowana, łoże skromnie zasłane czystą narzutą, dobre wino, płonące świece. Kolację mieli otrzymać wkrótce po przybyciu Jaegere. Nic wyszukanego, ani obfitego, za to łatwego w jedzeniu: chleb, sery, ciepłe miesiwo w plastrach, owoce. Poprawiła wszystko wedle uznania.
Przycupnęła na fotelu wciąż w płaszczu, oczekując na Jaegere. Gdy bardziej wyczuła niż usłyszała zbliżające się kroki, stanęła za drzwiami by znaleźć się za plecami półelfa, gdy ten wejdzie już do komnaty.
 

Ostatnio edytowane przez corax : 04-12-2015 o 09:27.
corax jest offline