Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 16-03-2017, 17:55   #21
Asderuki
 
Asderuki's Avatar
 
Ludzie się zebrali, każde w swoją stronę. Liliput ze związanym Mustafem zaczął się pakować znacznie wolniej niż wyprawa mając do ogarnięcia nie tylko swój wóz. Dizi zaś wyprowadzał zwierzęta wraz wozem, który stał się saniami, na zewnątrz. Wszyscy na nowo ubrani od czubków głowy po koniuszki palców u stóp mogli usadzić się na wozie, bądź dosiąść swojego wierzchowca. Chłopak zajął się wargiem i jatakami wcześniej. Wielki pies był jak zwykle zadowolony że zobaczył swojego pachnącego rybami jeźdźca wyrażając swoją radość głośnym basowym szczeknięciem i wilgotnym nosem w twarz. Nim wszyscy ruszyli przybiegł do nich dzieciak.
- Nie takiej pomocy się spodziewałem, ale na pewno coś się teraz zmieni. Dziękuję. Jednak nie zostanę twoim giermkiem rycerzu - po czym wcisnął siedzącym na wozie ciastka zawinięte w szmatkę. Były jeszcze ciepłe. Zapach jajecznicy musiał przytłumić słodycz jaką wypiekł młody. O ile to jego robota, a sądząc po niezwykłej nierówności, była spora szansa. Ciasteczka były nadziewane konfiturą ze śliwek.

Wyprawa zaczęłą przebijać się przez zaspy zostawiając za sobą karczmę. Zwierzęta ciągnące sanie zdawały się kompletnie nie przejmować przeszkodą, która dla lżejszych wierzchowców byłaby problemem. Masywne i ciężkie roztrącały nogami śnieg jak to było ledwie gryfie pierze. Po rykiwały do siebie cicho zadowolonowe z ruchu. Hektor jechał ponownie za wozem co znacznie ułatwiało wargowi podążanie. Początek drogi był spokojny. Godzinę po wyruszeniu minęli się z człowiekiem na wysokim ptaszydle, który wyjątkowo nie radził sobie ze śniegiem. Sam człowiek był odziany w szaty wskazujące na przynależność do kolegium biologii. Zapewne medyk o którym wspominano poprzedniego wieczora kiedy jeszcze żadna z osób wyprawy nie wiedziała co się dzieje w karczmie. Człowiek wymienił grzeczność z karłem i z ulgą przyjął rozkopany przez sanie i warga śnieg. Minął ich wyraźnie się spiesząc. Nim ktokolwiek zdążył mu cokolwiek więcej powiedzieć odjechał zostawiając ich za swoimi plecami. Ristoff stwierdził, że nie ma go co już zatrzymywać. Jechali dalej.




Słońce przygrzewało mimo ogólnego chłodu. Pogoda była kompletnie odwrotna od poprzedniego dnia. Niebo było czyste bez żadnej chmurki. Gdy słońce wzniosło się nieco wyżej na nieboskłonie trafili do małej wsi, gdzie został zarządzony niedługi postój. Dizi zajął się jatakami i z mniejszą chęcią wargiem. Każdy miał chwilę wytchnienia aby spożyć coś na dalszą drogę, a przede wszystkim rozprostować nogi. Gdy weszli do zajazdu zobaczyli sędziwego człowieka siedzącego przy kominku a wokół niego dzieci i młodzieńców.

- Słuchajcie mnie uważnie, bo ważne wam mam rzeczy do powiedzenia - zaczął wskazując fajką na zebranych młodzików - Pamiętajcie, aby boskiego wzroku unikać! Czyńcie jak nakazali, a nieszczęścia na was nie spadną. Boskie zainteresowanie to katastrofa dla śmiertelnika. My jesteśmy zaledwie okruszkiem dla nich. Oni są potężni i bardzo gniewni. Większość z nich da się przebłagać modlitwami, ofiarami, byciem posłusznym ich prawom! Tak. Bogowie są wszechmocni. Nasz świat istnieje dzięki nim. Lecz tak jak go stworzyli, tak mogą go zniszczyć! Nie wyróżniajcie się! Idźcie ścieżką, którą obraliście, to zainteresowania bogów nie ściągniecie. Ale jak tylko zboczycie ze swojej ścieżki, to ściągniecie katastrofy na siebie i nie tylko! Myślcie o innych! Każdy w waszym otoczeniu będzie skazany na cierpienia! Wasze matki i ojcowie! Bracia i siostry! Wasze przyszłe dzieci, o ile dożyjecie takiego czasu! Ale nie myślcie sobie młodziki, że to czcze słowa zniedołężniałego starca! Opowiem wam co opowiadał mi mój ojciec i przed nim ojciec mojego ojca.

Nawet Hektor podczas swojej półrocznej świadomości nasłuchał się takich opowiadań. Wyglądało jednak, że jeśli chcieli odpocząć, to przyjdzie im wysłuchać takiej opowieści. Zasiedli dostając zamówione posiłki. Ristoff słuchał dziadka bawiąc się swoim wisiorkiem. Dizi wolał skupić się na swoim rosole. Ten był zaś znacznie lepszy od tego w karczmie Zochy.
- Było tak, powiadam wam. We wsi żył młodzieniec zwany Jankiem... - zaczął zaciągając się fajką. Historia opowiadała o młodziku, który wybrał swoją ścieżkę, ale zapragnął podążyć inną. W sekrecie przed wszystkimi uczył się tego czego nie powinien. Nie to co przysiągł poznać. Na początku nikt nie zauważył co się działo, bo chłopak umiał się kryć. Lecz powoli zaczynały się dziać wokół niego niedobre rzeczy. Raz niefortunnie złamał nogę. zakażenie wdarło się w jego ranę. Wiatr przewrócił stare drzewo rosnące koło jego szopy uszkadzając ją. Jego matce tłuszcz prysnął w oko jak gotowała oślepiając ją. Seria nieszczęść, która zwróciła uwagę osób z wioski. Lecz chłopak nie chciał się przyznać do swojej przewiny. Nadszedł jednak czas, że nieszczęścia przestały dotykać tylko jego rodziny. Kiedy zwierzęta zaczęły chorować w każdej stodole, a modlitwy nie działały jasnym się stało, iż chłopak kłamie. Ludzie przyszli do jego rodziny z widłami i pochodniami w rękach. Dali mu wybór aby odszedł z własnej woli. W tej opowieści odszedł. Gdy to zrobił słuch wszelki po nim zaginął, a nieszczęścia opuściły wioskę.

Opowieść zajęła odrobinę dłużej niż drużyna zamierzała zostać. Zauważając to Hebald ponaglił wszystkich, jak to widać miał w zwyczaju. Gdy się zbierali do ich uszu dobiegły krzyki. Zrobiło się poruszenie. Ludzie na zewnątrz zaczęli biegać żeby zobaczyć co się stało. Kiedy i drużyna dotarła na skraj wsi zobaczyli jak kilku mężczyzn trzyma szarpiącą się kobietę, która krzyczałą rozpaczliwie wołając kogoś po imieniu. Gdy powiedli wzrokiem gdzie patrzyła kobieta zobaczyli jak z daleka niewielka ludzka sylwetka biegnie przez zaśnieżone pole brodząc we śniegu po kostki, a za nim biegnie oszałamiająco piękne zwierze. Miało długi, kształtny pysk, zgrabną szyję z której wyrastała gęsta grzywa, podłużny tułów i cztery niezwykle długie, oraz zgrabne nogi. Było większe od uciekającego. Bez problemu go dogoniło. Gdy już zrównało się z nim otworzyło swój pysk i pochłonęło nieszczęśnika w całości po czym znikło zapadając się we śniegu. Pośród świadków zdarzenia zapanowała sroga cisza i tylko jedna kobieta lamentowała opadając kompletnie z sił.

Koń. Zwierze ukradzione ludziom przez Pana Snów. W ciągu dnia i tak blisko miasta. Tej nocy będzie wiać. Wszyscy to wiedzieli i już dało się słyszeć szeptane modlitwy.
- Spieszmy się. Musimy wyruszać - orzekł twardo Ristoff poruszony tym widokiem. Wyprawa pospiesznie ruszyła z nadzieją, że dotrą do następnego przystanku przed zmrokiem. Dizi był mocno podenerwowany wydarzeniem co, zazwyczaj siedzący obok, Esmond mógł bez problemu dostrzec. Popołudniem dotarli do rozwidlenia dróg. Jedna prowadziłą do lasu, a dróga jego brzegiem. Mimo niepewności karła mag nakazał wjechać tłumacząc, że będzie szybciej.


W środku ośnieżonego lasu było ciemniej, mimo bieli jaka ich otaczała. Jechali słysząc jak śnieg skrzypi pod kopytami jataków. Pierwszy Esmond dostrzegł, że coś jest nie tak. Pomijając, że nie pierwsi jechali tą drogą, bo jej bokach dostrzegał ludzkie ślady. Do tego gdzieś daleko pomiędzy drzewami zamajaczyła mu postać sunąca przed siebie tylko po to aby zniknąć. Wtedy też Dizi odezwał się.
- Droga. Droga jest zawalona gałęziami.
 

Ostatnio edytowane przez Asderuki : 16-03-2017 o 17:57.
Asderuki jest offline