Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 26-08-2018, 14:02   #13
Porando
 
Porando's Avatar
 
Reputacja: 3660 Porando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputacjęPorando ma wspaniałą reputację
Vincent z wypiekami na twarzy patrzył na to co się dzieje. Wzrokiem podążał za krążącym na niebie żyrokopterem. “A jednak mając dwie nogi nie jesteśmy skazani na pozostanie na ziemi, tylko możemy wzbić się w przestworza!” - powiedział do siebie cichutko po tileańsku. Uśmiechnął się jak dziecko gdy obrotowy karabin strącił z murów kilku wrogów. “Cóż za precyzja!” - komentował dalej gdy bomby spadały na swój cel.
Podziwiał niszczącą moc dział burzowych, które potrafiły zrobić wyrwę w murach jedną tylko salwą. Zachwyciła go niesamowita synchronizacja działa organowego, którego lufy wypluły z siebie pociski niemal jednocześnie i na dodatek na tyle celnie że zdołały trafić obrońców na murach. Najlepsze jednak inżynierowie krasnoludów zostawili na koniec. Spojrzał na tę kupę stali na kołach: ciężka, ogromna maszyna, stoi i sapie, dyszy i dmucha, a żar z rozgrzanego jej brzucha bucha. Na rozkaz Dorana ruszyła najpierw powoli, jak żółw ociężale, a już po chwili gnała gładko tak, lekko tak, toczyła się w dal, jak gdyby to była piłeczka, nie stal, nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana, lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana! Vincent zaklaskał w dłonie gdy czołg wbił się w bramę. Bravo!
Ach, gdyby jego wuj Luca go teraz widział, chyba eksplodowałby z zazdrości. To było już z siedem lat kiedy widzieli się po raz ostatni. Luca Balzini był inżynierem, konstruktorem pracującym dla tileańskiej niesławnej kompanii “Oblężnicy Braganzy”. On i jego koledzy po fachu mieli na swoim koncie kilka niezłych rozwiązań (konstruowali machiny latające oparte na skomplikowanym mechaniźmie dźwigni, śmigieł, przekładni i kół zębatych, a także szybowce i balony), ale nie umywały się one do czegoś tak spektakularnego jak krasnoludzki żyrokopter. Ich napędzany siłą koni wóz bojowy posiadający cztery szybko obracające się ostrza przypominające kosy również robił mniejsze wrażenie niż ten czołg. Ach, gdyby tylko krasnoludy nie były tak uparte i podzieliły się swoimi wynalazkami z resztą świata. Napęd parowy miałby dużo więcej zastosowań niż tylko sztuka wojenna. Vincent od jakiegoś czasu przyglądał się tym machinom, dyskretnie podpytywał krasnoludów o pozornie nieistotne szczegóły. Vincent wiedział na co patrzeć i o co pytać - wiedzę otrzymaną w dzieciństwie od wujka uzupełnił dwoma semestrami na wydziale inżynierii (opłacił je za swoje pierwsze zarobione w zawodzie medyka pieniądze). Starał się zapamiętać jak najwięcej i gdy nikt nie widział robił też notatki (w języku tileańskim, stosując prosty kod, by w razie czego móc się wyłgać z zarzutów o szpiegostwo przemysłowe).
Z zadumy wyrwała Vincenta zbłąkana strzała, która wbiła się w ziemię tuż przed jego stopami. Przez ten cały spektakl zapomniał że przecież jest w środku oblężenia. Nie robiło to na nim wrażenia, bywał na oblężeniach dziesiątki razy, chociaż pierwszy raz w roli szturmującego. Widział oblężników w akcji wiele razy, więc wiedział co i jak. Do walki Vincent poszedł się w typowo tileańskim stylu - z kuszą i ogromnym pawężem, chociaż w przeciwieństwie do żołnierzy nie nosił pancerza. Spędził też wystarczająco wiele godzin z innym swoim wujkiem, strzelcem wyborowym o imieniu Antonio, by używać kuszy i pistoletu bez tracenia czasu na zastanawianie się co robić. Mięśnie same wykonywały swoją pracę bez czynnego użycia świadomości, skracając cały proces do minimum. Pawęża również wiedział jak używać - często pod ostrzałem pomagał w ewakuacji rannych kuszników z pola bitwy. Z walką wręcz miał dużo mniejsze doświadczenie, jako główną broń wybrał więc włócznię, by trzymać swoich przeciwników jak najdalej. Gdy przeciwnik podejdzie zbyt blisko miał dla niego inną niespodziankę - nabity ołowiem garłacz. Całości dopełniała zredukowana do najpotrzebniejszych rzeczy torba lekarska - Vincent to w końcu dyplomowany medyk, doświadczony w składaniu rannych do kupy.
-Niech gra muzyka! - wymamrotał po tileańsku widząc że krzaty ruszają do walki, po czym wycelował kuszę w kierunku kultystów


 
Porando jest offline