Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 04-09-2007, 20:45   #38
Chrapek
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Kotecek szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w rozpościerające się przed nim chińskie pagody. Brudne dzieci grzebały się w piasku. Jakiś pies z zawzięciem wypisanym na pysku walczył w nierównej walce ze swoim bogatym życiem wewnętrznym.
- Czy nie zastanawialiście się kiedyś dlaczego Bóg stworzył Was takimi jakimi jesteście? - łysy jak kolano buddyjski mnich podszedł do nich z ulotkami w ręku.
- Spier[niczaj] Jehowcu! - warknął do niego Klex - Co za zaraza, nawet tutaj nie można się od nich uwolnić! - sapnął, gdy mnich oddalił się z kosą w plecach z miejsca wydarzeń.
- I ty się tutaj wychowałeś?! - Kotecek był w lekkim szoku.
- No coś ty, oci[emniał]?! - oburzył się Klex - W inkubatorze mnie tylko tędy wieźli, a Ty zaraz z jakimś wychowaniem wyskakujesz...
Podeszli do bramy klasztoru. Klex pociągnął za dzwon znajdujący się przy wejściu.
- Hasło! - warknął strażnik łypiący na nich podejrzliwie zza judasza.
- Jet Li ma kształtne poślady, ale Jackie Chan ma większego - odrzekł Klex.
- Ale i tak wszystkie kitajce masturbują się przy Madonnie - strażnik popisał się odzewem. Brama otworzyła się gościnnie; Ambroży i Solembub wkroczyli powoli do środka. Na głównym placu, pod okiem uczonego starca, gromada dzieci ćwiczyła się w jednoczeniu się z Mocą.
- Mistrzu - Klex pochylił głowę przed starcem.
- Ambroży, mój młody padawanie - starzec pogłaskał Klexa po główce - Cóż Cię sprowadza do naszego przybytku?.. Czyżbyś wreszcie przyszedł mi oddać moje Ferrari co żeś je w karty prze[gra]ł?
- Mistrzu, mówiłem Ci, że moi ludzie nad tym pracują - Klex zagryzł wargi - Potrzebuję Twojej wiedzy tajemnej, Mistrzu... I to pilnie.

- No Filonek, teraz się na łapy będziemy siłować - wielki jak Cher z kompletem implantów Wiking złapał Filonka za skorupę i cisnął go o stół. - Trzymaj się - powiedział doń opiekuńczo gasząc na nim papieroska.
- Zygfryd, zostaw go, przecież astmę masz! Jeszcze sobie krzywdę zrobisz... - Odyn gibał się niezbornie na krześle.
- E tam, zawsze mówię, że na astmę najlepsza jest wódka i okład z młodych piersi... A, że tego drugiego nie ma, to wystarczy mi marmolada z żółwia - Wiking wyszczerzył paskudnie zębiska.
Nagle huknęło. Błysnęło. Zygfryd osiągnął szóstą gęstość i wyleciał zza stołu rysując mordą bruzdę w marmurowej posadzce.
Na śnieżnobiałym włochatym plemniku wjechała Księżna Almenino. Długie elfie uszy ciągnęły się z gracją za jej jestestwem. Plemnik wierzgnął, zarżał i zamachał witką brzęcząc przy tym swą szczerozłotą uprzężą. Almenino przedefilowała wokół zdumionych wikingów mierząc ich wzrokiem, po czym zatrzymała się tuż przed osłupiałym Odynem.
- Mama! - krzyknął Filonek i przytulił się do Księżnej.
- Już, już. Wszystko będzie dobrze... Mama jest już przy Tobie... - zahuczała słodko Księżna, po czym spojrzała złym wzrokiem na Odyna - Cóż to ma znaczyć, Ty zakuty, durny łbie?! - krzyknęła - Alimentów na Jezusa nie płacisz, biedaczek nie wie nawet kto jest jego prawdziwym ojcem!.. I jakieś burdy tutaj urządzasz, moje prywatne sługi porywasz! Po[gięło] Cię, ty pok[urczu] zaflegmiony?!
- Ależ Księżno, ja mogę wszystko wytłumaczyć... Ten przemyt to nie moja robota, to wrogowie podrzucili...
- Przemyt to mnie pier[niczy]! - dumnie odparła Almenino. Plemnik zarżał i stanął dęba. - Psy opłacone, a Ci co nie opłaceni sprawdzają żyzność gleby, więc sprawy nie ma... Bardziej mnie ciekawi na co Ci było potrzebne to stado rumuńskich dzieci coś je zamówił w zeszłym tygodniu...
- Księżno... - Odyn przebierał niemrawo nóżkami - Może porozmawiamy o tym w moim prywatnym gabinecie, co?..
Księżna dumała przez chwile.
- Dobrze - zeskoczyła z włochatego plemnika na ziemię - Ale robię to tylko dla uczczenia pamięci Twojej mamusi, z którą na wiśniówkę po lekcjach chodziłam...
Almenino ruszyła groźnym krokiem w stronę Odyna.

- Wielki Elektronik... - Mistrz polał hojnie do kieliszków - Wielki Elektronik zabił Twojego ojca...
- Co?! - Klex zerwał się na równe nogi, roniąc na ziemię krople aromatycznego bimbru z ryżu.
- Spokojnie, musiał na Ciebie przez to alimenty płacić... - Mistrz uspokoił Ambrożego ruchem ręki - Planeta Mango, na którą się wybierasz przepełniona Ciemną Stroną jest.
- Wiem, mistrzu.
- Nie wiem czyś gotów jest zmierzyć się z takim ogromem zła.
- Zjadłem trzy cheeseburgery w McDonald's i zapiłem to szejkiem. Jestem gotów! - Klex uderzył się w klatę, aż zadudniło.
- Szejkiem powiadasz... - Mistrz zadumał się - Ech, ta dzisiejsza młodzież... Za moich czasów piliśmy borygo i płyn hamulcowy, żeby przekonać się czy jesteśmy już dostatecznie zjednoczeni z Mocą... A wy, teraz - machnął ręką.
- Mistrzu...
- Tak, tak... - Mistrz zdjął z szyi medialon i podał Klexowi - To medalion z Matką Boską Fatimską. Ochroni Cię przed zakusami złego i dziwkami z syfilisem... Ale na AIDS nie działa - zastrzegł od razu - Jak go robili to jeszcze nie znali tej choroby i to dlatego...
- Rozumiem, Mistrzu.
- Weź także ten Gwiezdny Żeton Tazo z Lukiem Skywalkerem... Połączony transformers Matki Boskiej i Skywalkera bezpiecznie przeprowadzi Cię przez złowrogie truskawowe labirynty na Mango...
- Mistrzu, mam jeszcze jedną prośbę. Chciałbym abyś odesłał mojego homoprzyjaciela tam, gdzie pałętają się jego towarzysze. Nie mogę go zabrać ze sobą na Mango... Za duży byłby obciach przed Wielkim Elektronikiem.
- Całkowicie Cię rozumiem, padawanie - przytaknął Mistrz - Ten kot śmierdzi pedalstwem na kilometr.

Kotecek wyrżnął w ziemię wyżynając krater jakiego nie powstydziłby się spory członek roju Leonidów.
- Kotecek! - krzyknął Bartłomiej - Gadaj, Real wygrał Ligę Mistrzów?!
Solembub wstał i smarknął w rękaw.
- Klex - zapłakał - On odlatuje... Na Mango.
- To niech przywiezie browaru, bo mi się bejcel kończy - filozoficznie rzekł Chomik.
- I bateryjki alkaliczne mógłby kupić - dodał Robomerlin - Tylko phillipsa, a nie to gówno od Ruskich...
- I wazeliny, jak już idzie po zakupy - siedzący na trawie z nieobecną miną Jezus huśtał się to w przód to w tył.
- Niegodziwcy! - wykrzyknął Kotecek i zalewając się łzami uciekł w głąb lasu.

Odyn umościł się wygodnie w wyrku podkładając sobie ręce pod głowę. Almenino leżała przytulona do jego włochatej piersi, na której, z zacięciem wypisanym na twarzyczce, zaplątywała mu słodkie, elfie warkoczyki.
- No, takiego chłopa to żem jeszcze nie miała... - wyszeptała.
- No to dobrze maleńka trafiłaś, bo tu wiecznie chętni chłopcy są - Odyn zajarał szluga i uśmiechnął się nonszalancko - Wpadaj kiedy chcesz, cukierasku...

- Czy jesteś gotów, Mistrzu Klexie? - krzyknął Mistrz do Ambrożego.
- Jestem gotów! - odkrzyknął Klex.
- Zatem, teleportację na planetę Mango czas zacząć! - uroczyście rzekł Mistrz i rozwinął starożytny zwój teleportacyjny.
- Kizia mizia iziaa... - Mistrz zaczął magiczną inkantację.

[media]http://youtube.com/watch?v=Gh7BNYUB8Ss[/media]
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 04-09-2007 o 20:57.
Chrapek jest offline