Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-08-2007, 20:19   #31
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Jezus siedział na desce klozetowej i drżał z zimna. Czuł się brudny, brudny i zużyty. I wykorzystany.
- Kochanie! - rozległo się zza drzwi - Jestem już gotów!
- Nie, nie, nie! - łzy pociekły Jezusowi po policzkach - Nie wytrzymam już więcej!
Ojciec Szef charakteryzował się bowiem dwoma rzeczami: nienasyconym apetytem seksualnym i niewytłumaczalnym upodobaniem do pozycji "na misjonarza".
- Jakie nie? - zdziwił się głos zza drzwi - Rozgrzeszenie chcesz?!
Jezusowi przypomniała się papierkowa robota w piekle. Przy okazji przypomniał mu się także pracujący tam Poncjusz Piłat, i jego przebite gwoździami sutki.
- Chcę... - zapłakał.
- No to otwieraj drzwi, i lepiej żebyś był w formie! - Ojciec Szef pogroził po ojcowsku paluszkiem - A tititit! - pogłaskał Chrystusa po pyszczku.
Zgasił światło.

- No i co teraz? - Bartłomiej patrzył na wysoki zasieki przy bramie; bariery laserowe, wieżyczki z karabinami - Robiłem włamy na różne chaty, ale jak na to patrzę to mi resztki włosów wypadają...
- Bo używasz chu[kowego] szamponu - miauknął Kotecek.
- Tam z szamponem - sarknął Żółwik - Musimy się dostać do środka i wyrwać stamtąd Jezusa... I odzyskać te cholerne konie, bo nas ta cholerna cyganka...
- A mógł Adolf dokończyć sprawę - filozoficznie odezwała się łysa glaca Chomika. Po czym dostała pigułę.
- Ty! Jaki Adolf?! Jaki Adolf?! - Filonek podsunął mu czerwoną gwiazdę pod nos.
- Dobra, dobra - żachnął się Chomik - I tak w moim sercu jest tylko Lech Poznań, dla niego żyję i dla niego ginę!.. - Chomik walnął grypsem z osiedla.
Przez chwilę kontemplowali zastaną sytuację.
- No to co robimy? - odezwał się w końcu Klex.
- Hmm... Może po prostu zadzwonimy? - Filonek wcisnął guziczek dzwonka. Gdzieś z głębi hacjendy rozległ się jego ponury dźwięk, który spowodował u bohaterów niestrawność oraz niekontrolowane skurcze dwunastnicy...

Jezus otworzył opuchnięte oczy. Zdaje się, że wczoraj wypił trochę więcej alkoholu niż miał w zwyczaju - żeby się troszkę znieczulić. Rozejrzał się. Ojciec Szef leżał koło niego i czule go obejmował. Jezus nadludzkim wysiłkiem powstrzymał wymioty i delikatnie wyzwolił się z objęć zakonnika. Ten jednak miał niezwykle czujny sen:
- Już się obudziłeś kochany - mruknął zalotnie - To co powiesz na poranne bara-bara?
Jezus zachłysnął się zawartością żołądka która nagle postanowiła zażyć świeżego powietrza:
- Wiesz co, głowa mnie trochę boli...
- Nie gadaj, nie gadaj, na ból głowy najlepsza jest pozycja na misjonarza bo wtedy ciśnienie się podwyższa... - wygłosił swoją teorię. Jego wywód przerwał jednak ostry dźwięk telefonu.
- Nosz kur... - odebrał słuchawkę - Czego?! Zajęty jestem... Aha... Ilu?.. Zaraz tam będę - trzasnął słuchawką - No mój kochany, teraz kiedy jesteśmy poślubieni przedstawię Ci najbardziej strzeżoną tajemnicę tego kompleksu...
- Co?! - Jezus poczerwieniał na twarzy.
- ... Tajemnicę którą od lat skrywał mój pradziad, a którą ziściłem dopiero ja...
- Zaraz, zaczekaj, że co?!
- ... I musiałem załatwić papieża, a także zrezygnować z kariery profesjonalnego gracza w "Tetrisa"...
- POŚLUBIENI?!

Filonek, Żółwik, Kotecek i Klex siedzieli w wielkim salonie hacjendy. Do środka wpuścił ich goryl który każdego z nich mógłby wciągnąć do nocha przy głębszym oddechu, a którego przyjemności poklepania po pupci nie odmówił sobie rudy pręgowany kocur. Ku zaskoczeniu Filonka goryl tylko odwrócił się i szelmowsko uśmiechnął, po czym zniknął w sąsiednich drzwiach.
- I co teraz? - mruknął zgryźliwie Klex - Może trzeba było GPSem go lokalizować...
- GPSem?
- No co? Jakbym miał takiego syna, to na miejscu Boga bym mu wstrzelił znacznik w ucho - wyjaśnił Klex.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka weszła postać... Zamiast jednej ręki miała nożyczki, zamiast drugiej widelec, poruszała się na kółeczkach podkradzionych z wózka inwalidzkiego, zaś jej łeb połączony był za pomocą kabelków z durszlakiem kuchennym, do którego to z kolei przyczepiona była taśmą samoprzylepną latarka i kilka 9-voltowych baterii. Na czubku tego wszystkiego dzielnie trzymała się magiczna czapka...
- Merlin?! - wykrzyknął Klex.
- Błąd - zachrzęściło ze środka istoty - Jam jest Robomerlin!
- Robomerlin?! - Żółwik z wrażenia spadł na skorupę.
- Tak. Ojciec Szef uratował mnie po pojedynku z Darth Potterem. Teraz te wszczepy i jego modlitwa utrzymują mnie przy życiu w tej gęstości. Służę mu. Alleluja i do przodu! - prawa ręka Robomerlina wystrzeliła w nazistowskim pozdrowieniu.
- Cholerka - mruknął Bartłomiej. Jego umysł pracował w trybie awaryjnym, na najwyższych obrotach - Ty... A jak ty się teraz odlewasz?
- Teraz nie mam już takich przyziemnych potrzeb. Przy życiu utrzymują mnie baterie i "Litania do Serca Jezusowego".
- Właśnie! Gdzie Chrystus! - wykrzyknął Filonek.
- Ta informacja jest zastrzeżona. Mam Was zaprowadzić do Izby Przemian. Wyruszymy niezwłocznie, albo wbiję wam ten widelec w du[rszlak]! - rzekł Robomerlin i zrobił krok w ich kierunku.

- A to jest nasza Izba Przemian! - Ojciec Szef prowadził swoją żonę za rączkę po wielkiej fabrycznej hali, na której z hukiem działało kilka pasów transmisyjnych. Na każdym pasie jechały moherowe berety, wokół których pracowały wszelakiego sortu roboty.
- Widzisz moja kochana - zaczął zakonnik - Wymyśliłem idealny biznes! Te niezwykłe czapki jakie widzisz przed sobą są nie tylko ciepłe i eleganckie! Mają także "Czip R"!
- A co to jest "Czip R"? - Jezus nie był tym w sumie zbyt zainteresowany, ale lepsze to niż kilka kolejnych godzin w łóżku z dobrotliwym Ojczulkiem.
- Ha! - tubalnie odezwał się Ojciec Szef - Każdy kto założy beret zawierający "Czip R" zostaje poddany zmianom fal mózgowych, w obrębie rejonu fazy delta... Oszczędzę Ci technobełkotu, kochana - stwierdził, widząc niezrozumienie w oczach wybranki - Innymi słowy, każdy kto go założy jest pod moją kontrolą! Moją i tylko moją! - piana pociekła po poczciwym ryju zakonnika.
- A berety rozdajesz za darmo...
- Na każdym zjeździe moich zwolenników - Ojciec uśmiechnął się szeroko - Już niedługo zapanuję nad światem! Wyobraź sobie, armia która nie czuje bólu, która ma nadludzką si...
- Zdaje mi się, że mówiłeś tylko o kontroli.
- A co, pofantazjować nie można? - Szef skrzywił się - W ogóle wyobraźni nie masz. O! Są już! - przez drzwi wchodził właśnie Robomerlin i reszta drużyny.
- Filonek! - krzyknął do Żółwia Jezus.
- Joszka! - odkrzyknął mu Filonek.
- Teraz zaprezentuję Ci pełną siłę rażenia moherowego beretu! - z satysfakcją zasyczał ojciec dyrektor. Stojący nieopodal ochroniarze wycelowali w Filonka i resztę swoje obrzyny - Nie ruszajcie się, to nie będzie bolało... A przynajmniej, niezbyt długo.
Robomerlin majestatycznie zbliżał się do Bartłomieja z morderczym beretem w ręku...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 18-08-2007 o 20:30.
Chrapek jest offline  
Stary 26-08-2007, 09:21   #32
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 644 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
-Ziomek weź te ręce! Bo ci je w d[iesel] wkręcę!- Odparł dość frywolnie Bartłomiej jeżąc ostrzegawczo puch na karku i grzbiecie, wszakże jak to wygląda aby jakiś toster na kółkach z czapką czarodzieja jakiś tam obciachowy kapelutek nakładał na główkę, taki który nosi jego własna babka.
-Błąd! Opór jest bezcelowy, wroga jednostka stawia czynny opór. Rozpoczynam procedurę wczesnego ostrzeżenia. Dalej, dalej majtki Gadżeta!-Zainicjował uruchomienie syntezatora głosowego Marlin, a ręka w której miał widelec zakręciła się z 3 razy wokół własnej osi, po czym widelec schował się wewnątrz nadgarstka, a w jego miejsce wyrósł wieszak, a na nim zręcznie zawieszone czerwone figi. A z drugiej wyłonił się śliczny biały różaniec, jeszcze z komunii Marlina.
-Miau..... dlaczego mi takie przygody się nie zdarzają?-Odparł z smutkiem w głosie Kotecek.
-Kyrie eleison.Chryste eleison. Kyrie eleison.Chryste, usłysz nas.Chryste, wysłuchaj nas.- Zaczął się gorliwie modlić, przekładając co jakiś czas koralik w różańcu, a majtasy sobie najzwyczajniej w świecie... nałożył na łeb.
Bohaterowie oszołomieni tym zdarzeniem, spojrzeli się na Szefa Tadeusza, mając w oczach iście studencką żądzę wiedzy, bynajmniej o ile chodzi w kwestii wyjaśnienia owego zdarzenia.
-ARGH!!! Jestem zewsząd otoczony niekompetentnym sługusami! Marlina znalazłem, kiedy szambo wylało, a on zatkał całą studzienkę-w tym miejscu Szef Ojciec przeżegnał się za duszę Marlina, i te 5kg heroiny, które spuścił do kibla, podczas nalotu CBŚ, w zeszłym tygodniu- Chłopina ciężko wyglądał, połamane ręce, łuki brwiowe, wyrwana wątroba, porażenie prądem i odmrożenie stóp. Ale ja go poskładałem do kupy i nafaszerowałem go takimi samymi chipami, jakie są moherach!!-podniósł rękę do góry, by skupić uwagę na swoją zaciśniętą pięść tłumnie zgromadzonych, i korzystając z okazji, drugą ręką uszczypnął Jezusa w pośladek. A ten tylko cicho syknął, i policzył ile już siniaków może mieć w miejscu, gdzie plecy już tracą swą szlachetną nazwę.

-Dobra, nakładaj to na łysy czerep myszo!-Warknął Szef Ojciec, i rzucił niczym dyskiem moherem, który ten zgrabnie wsunął się na szlachetne rysy twarzy Bartłomieja, ten jednak nie pozostał dłużny Ojcowi, gdyż próbował wyrazić swą opinię na temat jego roli w hierarchii ekosystemu leśnego, i oznajmić że miejsce Ojca Szefa jest na samym dole w łańcuchu pokarmowym, ale nim doczekał sie niewątpliwie błyskotliwej riposty moher już wylądował mu na łbie.
-O nie przesadziłeś kiecolu i teraz Cię...-głos Chomika zamarł, a usta pozostawił otwarte na wszerz, co znacznie zaczęło niepokoić jego towarzyszy, z czubka główki wyłoniła się mała antenka, z czerwonym migającym czerwoną barwą punkcikiem. Oczy Bartłomieja zanikły i pozostało same białko oczu.
-O, widzisz Bartłomiej zawsze chciałeś być wyższy od Filonka, w sumie o antenkę teraz jesteś wyższy ale lepsze to niż nic, a mówiłem i cały czas że obcasy to lepsze rozwiązanie!-Próbował Kotecek rozładować i tak już do granic możliwości napiętą atmosferę. Bartłomiej zaś przeżegnał się, ukląkł i patrząc na wielki krzyż w holu zaczął śpiewać.
-Hosanna na wysokości pana...
- Święty, Święty, Święty, Święty!!- Z gracją wszedł w c-dur Robomarlin, dzierżąc ciągle różaniec i figi na robołbie.

-Buahahaha! I tak wszyscy będą wyglądać, widzisz moja żono?-Tu ścisnął Joszkę z całych sił, tuląc się do swej wybranki. - Chciałem zostać Katechetą... naprawdę bardzo chciałem, od dziecka marzyłem o tym, ale... oni...-zaczął szlochać, kładąc swoją główkę na ramieniu Jezusa- oni powiedzieli że nie mogę zostać katechetą, bo lubię małych chłopców... uwierzycie?!! Ja i mali chłopcy?!!-szybko otarł łzy rękawami, a chwilę później wymachiwać agresywnie pięści przed brodatą facjatą Chrystusa- Poprzysiągłem że zostanę księdzem, i nie ja będę chodzić do małych chłopców o nie, to DUZI chłopcy będą do mnie przychodzić! buahha!
-Nie..póki my jesteśmy-Odparł pod nosem Filonek, miętoląc w płetwie gwiazdę sowiecką - Natychmiast oddaj nam Jezusa i Bartłomieja!!- I żółwik przyjął gardę bokserską.
-Dokładnie tak, po[gięty] jesteś- w ślad za Filonkiem poszedł Ambroży Klex, również przyjmując postawę równie agresywną co pierwszy
-A ja chcę takie same figi- Tu palcem wskazał na majtasy RoboMarlina.

Nagle czasoprzestrzeń została zachwiana i znikąd pojawiła się czarna dziura, która zaczęła wszystko wsysać do środka, , Filonek, Klex i Kotecek robili wszystko aby nie dać się wciągnąć przez siły wyższe, jednak przeciw tak potężnym siłom, niema ucieczki.
Bohaterowie, zaczęli przemieszczać w strumieniu czasowym, wszystko mieniło się czerwienią, żółcią, zielenią, i portretami Beckhama.
-O żesz... chyba tak wygląda śmierć, miło było z wami podróżować panowie-Z przykrością musiał stwierdzić Filonek, spadając ciągle w nieznane.
-Nie... tak nie może być, ja muszę wrócić na planetę mango i odnaleźć Alojzego Bąbla!!
Po jakże dramatycznym wyznaniu, na szerokości całego strumienia, pojawiła się główka, ale nie byle jaka, bo to była główka, jej wiśniowej mości, główka księżnej Almeniny.
-Nie umieracie głupole!! Resztkami sił zabrałam was z tamtego przeklętego miejsca, szef ojciec to sługa, mojego odwiecznego wroga... Lorda Andree, ale o tym kiedy indziej, moja moc jako MG słabnie...musicie powstrzymać szefa Ojca, zanim wszystko będzie stracone!-Rzekła figlarnie wiśniowa główka, z wiśniową koroną, z wysadzanymi również wiśniami.
-Ale jak o Wielka Księżno mamy powstrzymać Szefa Ojca?-Spytał się zadręczony o los swej Pani Filonek.
-Musicie przedostać się przez siedlisko zła, musicie zabić matkę, za nią znajdziecie portal do wymiaru, skąd pochodzi Szef Ojciec, tam znajdziecie nadajnik, z którego jego chipy czerpią moc, musicie to zniszczyć, a wszystko znów będzie pod moją kontrolą, i śpieszcie się. Lepiej uratujcie Jezusa i Bartłomieja, bo jeśli się wam nie powiedzie, będę musiała otworzyć rekrutację na nowe postacie.- i wnet strumień czasowy znikł, a przed oczyma Filonka, Klexa i Kotecka prezentował się mur, a za nim ogromna, wszakże piękny klasztor.



-No panowie... nikt nigdy nie mówił że będzie łatwo-Zagadnął filozoficznie Kotecek.
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 26-08-2007 o 09:22. Powód: Choclik ortograficzny
Extremal jest offline  
Stary 31-08-2007, 19:52   #33
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Filonek z niepokojem ściskał w spotniałej dłoni karabin który pojawił się w jego dłoni po tym, jak Księżna steleportowała go do świata realnego.
- To chyba Twierdza Betanek - szepnął do Klexa. Ten pokiwał tylko ponuro głową:
- Od czasu upadku Mordoru nikt nie wie co tu się dzieje... Lepiej bądźmy gotowi na wszystko - przeładował swoją broń, po czym zrobił krok do przodu. Echo odbiło się ponurym dźwiękiem po korytarzu obficie pokrytym niezidentyfikowanym śluzem. Ściany zaś całe zamalowane były przedziwnymi malowidłami, przy których "Krzyk" Muncha był niewinną polucją różowej nastolatki...
- Nikogo nie bierzemy żywcem - mruknął Filonek i ruszył do przodu.
Gdzieś w tle rozległ się mrożący krew w żyłach ponury rechot.

Sala tronowa zajmowała większą część Twierdzy. Wnętrze pozostawało słabo oświetlone, za to powietrze było niezwykle wilgotne. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka weszła jedna z Betanek. Była młoda o czym świadczyły nie do końca wyrośnięte skrzydełka i świeże, niespłowiałe żółto-czarne paski na habicie. Betanka podeszła i padła przed matką przełożoną na kolana.
- Królowo-matko mamy problem!..
Królowa podniosła ciekawie czułki i poruszyła niemrawo ogromnym odwłokiem.
- Jakiż to problem? - zachrypiała.
- Do Twierdzy dostało się trzech intruzów... Zbiegli od Ojca Szefa.
- Hmmm - królowa poruszyła w zamyśleniu głowotułowiem - Nie mogą się tutaj dostać. Wkrótce zacznę składać jaja.
- Tak, królowo - Betanka pochyliła głowę.
- Ruszcie trutni, niech się wreszcie do czegoś przydadzą - rzekła Królowa, po czym powróciła do swoich tajemnych machinacji.

- Dalej, dalej skur[czybyki]! - Ojciec Szef podróżował w lektyce na Jasną Górę, i żywił pretensję co do prędkości z jaką nieśli go jego murzyni-niewolnicy.
- Misiu, gdzie jedziemy? - zaciekawił się Chrystus, który szybko zrozumiał, że żeby żyć w zgodzie z Ojcaszkiem należy grać podług jego zasad.
- Na kur[tyzany]! - zarechotał Szef - No a jak myślisz złotko? Na Jasną Górę, briefing moich słodkich berecików muszę zrobić!
Jezus zdębiał... Zaczęło mu się coś przypominać...


- Osz kuuur... - zaczął Jezus, którego poczęła boleć główka. Dopiero po chwili
zauważył że jeden z Szaraków dłubie mu w uchu - Co do ch[olery] wyprawiasz?!
- Nic się nie martw Proroku. Ścieżki Allaha nie zawsze są proste - Szarak pogłaskał go po główce.
- No dobrze, ku chwale Allaha. Ładujemy sondę analną klasy drugiej. Hassanie, ustaw zapalnik na pięć tysięcy osób. Widzisz Proroku, kiedy znajdziesz się w pobliżu co najmniej pięciu tysięcy osób, Twoja sonda wyczuje je i eksploduje posyłając wszystkich mugoli w czeluście piekielne!


Jezus błyskawicznie zrozumiał, że jego debet w banku może się załamać, jeśli jeszcze raz będzie go trzeba sklonować i wysłać na Ziemię.
- Kochany, muszę siusiu - powiedział całując Ojca Szefa w nieogolony ryjek. Lektyka stanęła a Jezus wypieprzył w krzaki. Kiedy już zaczął podejrzewać, że udało mu się zbiec, niezidentyfikowana postać zastąpiła mu drogę.
- A ty gdzie, łobuzie?! - to Bartłomiej celował do niego z kałacha w bereciku
założonym na łysym łbie. Antenka na niezwykłym nakryciu główki połyskiwała
tajemniczo w świetle słonecznym.
- Bartłomiej, jeżeli tam pojadę wszyscy zginiemy! - krzyknął do niego Jezus.
- Pan jest moim pasterzem, nie boję się niczego!.. - zafałszował Bartłomiej, po czym przeładował kałacha.
- Mam sondę analną! - wykrzyknął ze łzami w oczach Jezus, gdy Bartłomiej prowadził go za ramię do lektyki.
- A bo wy się pedały ciągle rżniecie - sarknął Chomik - I dopiero jak jejdsa złapiecie to się dowiadujecie do czego naprawdę służy zadek!
Jezus zaszlochał, gdy Ojciec Szef przytulił go do włochatej piersi.

Filonek stawiał powolne kroki przez korytarz. Nagle koło jego ucha świsnęło zatrute żądło. Zza korytarza wypadło stado kolesi w kamizelkach kuloodporonych i czarno-żółtych kominiarkach. Z tyłków wystawały im żądła o które bezustannie się potykali klnąc pod niebiosa.
- Idą - syknął Filonek - Trzeba położyć zaporę ogniową!
Klex zrobił bączka na ziemi i rzucił granat.
- Du Düngemittel! - usłyszeli wściekłe bzyknięcie - Gebt sie auf!
- O, to chyba skierowane do nas... - mruknął Kotecek.
- Na szczęście Księżna to przewidziała - rzekł Filonek i wyciągnął zza pazuchy "Pif-paf" w spraju. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił strumień po czym wypadł zza winkla biegnąc na niczego nie spodziewających się trutniów.
- Banzaii! - krzyknął Filonek, po czym nastała cisza.
Klex wyjrzał ciekawie zza winkla. Dwóch trutniów trzymało właśnie Filonka za odnóża, a pozostałych dwóch zerkało podejrzliwie w jego kierunku.
- Was mit jener? - usłyszeli wymianę zdań.
- Später. Wir zuerst das werden bringen in die Königin hin - drugi truteń zetknął się czułkami z pierwszym po czym wszyscy się oddalili.
- Musimy ratować Filonka! - wyrwał się Kotecek. Klex sprzedał mu bombę prosto w brzuch.
- On nie żyje! - krzyknął - Rozumiesz?! Najważniejsza jest misja! Filonek już nie żyje! - w oczach Klexa błysnęły niebezpieczne ogniki świadczące o doświadczeniu w wielu krwawych wojnach. Wyraźnie rysował się w tych oczach niemal cały przebieg wojny trojańskiej. Uważny obserwator dojrzałby także Hektora myjącego się pod prysznicem, ale to już była inna bajka.
- Musimy ruszać dalej - warknął Klex i postawił Kotecka za szmaty.

Jezus ponuro patrzył w ogień przed nim. Była noc i Ojciec Szef nakazał rozbić obóz pośrodku trasy. Co prawda blokowali całą autostradę paląc kiełbaski na samym jej środku, ale ojciec szef stwierdził, że: "niech się skur[czybyki], mugole, smażą w piekle". Jezus więc w ciszy kontemplował marność swojego istnienia. Zza pazuchy wyciągnął flaszkę na czarną godzinę i pociągnął spory łyk. Nagle usłyszał szelest za swoimi plecami. Obrócił się gwałtownie.
- Tu cię mam, obywatelu! - to był Robomerlin. Jezusowi ze stresu zatrzęsła się ręka i większość flaszki wylała się na nagłego gościa.
Robomerlin zatrząsł się, sypnął iskrami, z jego wnętrza Chór Aleksandrowa zaśpiewał "Warszawiankę", po czym wszystko ucichło.
- Kur[de] co ja tu robię?! - rzekł nagle - Gdzie ja jestem?!
Jezusowi zajęło chwilę wyjaśnienie historii Robomerlinowi, ale obaj doszli do zgody, że trzeba stąd wypier[niczać], a w wolnej chwili wpier[dzielić] temu staremu pedofilowi. Jezus jednak pamiętał o swoim druchu.
Bartłomiej spał snem sprawiedliwego koło jednego z hummerów przydanych Ojcu Szefowi za eskortę. Robomerlin podał jezusowi kij bejzbolowy.
- Istnieje tylko 3,38% szans na unieruchomienie dresa, przy wykonaniu ciosu
krytycznego w głowę - rzekł - Rekomendowane jest uderzenie w jaja.
Jak powiedział, tak Jezus uczynił. Bartłomiej pozieleniał, spocił się, wypuścił z
nosa pąk białej róży, po czym zemdlał. Robomerlin wrzucił go do środka jak worek pyrów, po czym odjechali z piskiem opon.

- Mów, kim jesteś - Królowa Matka poruszyła groźnie szczękoczułkami w stronę Filonka.
- Nic Ci nie powiem, cholerny pingwinie!
- Agresywny... - Betanka przeżuwała przez chwilę odpowiedź Filonka - A co, jeśli zginą Twoi przyjaciele?
- Pójdą prosto do Valhalli, na wieczną ucztę z Odynem! - ochoczo krzyknął Filonek.
- Hmm... - Matka patrzyła na Filonka badawczo - Nic się od niego nie dowiemy, a czas składania jaj się zbliża... Zapakujcie go do kokonu, będzie miłą strawą dla larw...
- Ja tu jeszcze wrócę, urwę Ci łeb i na[pluję] do środka! - wył Filonek gdy dwie betanki-robotnice wyciągały go z sali tronowej.
Królowa Matka zrobiła zaś głęboki wdech, zapuściła nową składankę "Smooth Jazz", założyła złote okulary, po czym powróciła do czytania "poradnika ciążowego".
Gdzieś z dala rozległ się upiorny krzyk, a zaraz potem ponura seria z kałacha...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.
Chrapek jest offline  
Stary 01-09-2007, 22:54   #34
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 644 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
-Jazda!! Jazda!! Pewnie ścigają nas!!- Wydzierał się Jezus Chrystus w fotelu pierwszego pasażera, oglądając się nerwowo za siebie spoglądając czy przypadkiem nic za nimi nie jedzie, i prewencyjnie zlustrował ogłuszonego Bartłomieja, w razie konieczności miał równie prewencyjną co jego wzrok pałkę, by go ogłuszyć. Póki ma te ździerstwo na głowie na pewno nie będzie skory do pomocy, więc lepiej żeby nic nie robił, jak miałby przeszkadzać.
-No myślisz że z widelcem i nożem zamiast dłoń łatwo się prowadzi Hummera?- wyżalił się RoboMarlin - A po za tym kto miałby nas ścigać?
-No na przykład oni!!- Krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio Mesjasz, wskazując panicznie palcem na grupkę harleyów, które zajechały znad przeciwka.
-O w P[oziomkę]!! No to już po nas stary, nie uciekniemy im. -Desperacko oznajmił ich położenie pasażerowi, on z przerażenia aż bał się spojrzeć przed siebie na drogę, skręcił głową na bok, zamknął oczy i wcisnął gaz do dechy. Licząc że rozbije któregoś z motocyklistów, a jako iż RoboMarlin nie uznawał przemocy wolał myśleć że potrąci niewinną sarenkę....bynajmniej tak miał zamiar mówić przed sądem w razie gdy by zostali jakimś cudem przechwyceni przez wymiary sprawiedliwości.
-Patrz na drogę do ch[oinki]!!!-Ciągle nabuzowany Jezus chwycił dziarsko w rąsie kierownicę i z gracją paralityka wymijał pędzące naprzeciw im potężne motory, a huk ich silników był tak głośny że Jezus nawet nie był w stanie słyszeć swoich panicznych krzyków.
-No jak to kto? Przecież to gwardia honorowa Ojca Szefa!! Twojego faceta!!-Odpowiedział Jezusowi, a widząc że ten doskonale sobie radzi za kierownicą, on odwrócił się do tyłu i zaczął myszkować pod siedzeniem, na którym leżał Bartłomiej, jako że jego nibywidelco-rączka nie sięgała adekwatnie do założonego mu protokołu, to postanowił zrzucić sennego Chomika na podłogę.
-Pogięło Cię? Padło Ci na układ scalony czy co? Nie budź go bo pewnie w tym amoku nam serca powyrywa i będzie mógł dosłownie zmówić litanię do serca jezusowego- wyraził swą opinię usiłując się prowadzić z pozycji pasażera Jezus.
-Nie bój się, czekaj... mam tu coś dla Ciebie...-oznajmił i podał Jezusowi doborowa dubeltówkę z małym pudełeczkiem z nabojami.
-No i co mam robić??- Spytał ciekawsko dzierżąc Shotguna.
-No pruj w nich do c[hama]-odparł władczo RoboMarlin, wszak i tak już nie mogli mu nic gorszego zrobić, czego nie zrobił to Dart Potter. Nie miał już nic do stracenia.
Nagle do okienka pasażera zapukał motocyklista, Jezus i Robocik natychmiastowo zlustrowali osobnika, jak się okazało, był to ksiądz w czarnej sutannie i białek koloratce, a pukał długim, metalowym baseballem, po chwili delikatne pukanie przemieniło się w brutalne nap[arzanie]. Drugi motocyklista zaczął kamieniami wybijać tylne szyby, drugi zbijać reflektory, a pozostała dwójka zajęła się przednimi szybami i maską samochodu.

Jezus drżącymi rączkami wycelował wprost na łysą, połyskującą się w blasku słońca główkę księżulka na motorze, nagle jednak przypomniała mu się impreza podczas ostatniej wieczerzy, oraz balangę jaką wyprawili mu apostołowie jak trzeciego dnia powrócił zmartwych, Jezus się tak rozmarzył, znów miał ochotę wygodnie rozsadowić się na soczyście zielonej łące i wyjarać herbatę z Judaszem... że też musiał się okazać frajerem.
-Jezu strzelaj!! bo nas pozabijają!!-Darł się panicznie Robomarln, próbując starować dwóch od swojej strony niemilców. Wrzask jaki wydał z siebie mały gadający toster tak przeniknął do umysłu Jezusa że aż wystrzelił wprost nad ich głowami w efekcie robiąc kolejną po szyberdachu dziurę w suficie wozu, Jezu nie zniechęcony tym ponowił ostrzał, tym razem trafił wprost przez szybę w... stojącą na poboczu damę lekkich obyczajów.
-NO NA WSZYSTKIE KUR[czaki] PIE[czone]- kontynuował swe jęczenia MechaMarlin i staranował to raz to drugi raz w efektownym drifcie Katolickich Harleyowców, a oni sami efektywnie to wpadali pod koła Hummera, to pięknie toczyli się wzdłuż drogi, oddalając się w lusterku.

-No pięknie... zabiliśmy synów bożych...- Z smutkiem wyżalił się z łzami w oczach Jezus, podpierając swój szlachetny, spiczasty, aczkolwiek brodaty podbródek o lufę shotguna.
-Widzę że se dawno w żyłę nie dałeś....- Tylko tyle przez zęby zdołał wypowiedzieć RoboMarlin.

Po chwili krępującej ciszy, z deski rozdzielczej wyrósł mały monitorek, a na niej nie kto inny jak żonaty Ojciec Rydzyk, szef i zarazem intrygant, któremu marzy się niepodzielna władza we wszechświecie.
-No tu jesteś moje kochanie... widzę że odrzuciłaś moją miłość, ukradłaś mi samochód, porwałaś mojego robota kuchennego i jeńca wojennego.. dobrze więc nie chcę już Ciebie!! Kiepsko się liżesz i masz chude biodra, a zatem, karą będzie lęk...-I jak szybko i niespodziewanie się zjawiła wideokonferencja, tak szybko zniknęła.
-Ty.. ale żeś se prze[srał] u niego... - Z żalem stwierdził Robomarlin- Jakby moja dupcia jakiemuś nadzianemu grubasowi się spodobała, bym mógł nią kręcić do końca dni.
-Pff materialna dziwka, liczy się uczucie!! A jemu chodziło tylko o seks!!-Oburzył się niesłusznym oskarżeniem Chrystus.

Nim minęła minuta, odprężającej uszy od wzajemnych wrzasków ciszy, usłyszeli nad sobą helikopter, który zaraz przeleciał parę rundek nad nimi, helikopter był białej barwy, z wielkim czerwonym krzyżem u boku, tak właśnie się ustawił helikopter z 20 metrów przed nimi, i z wyjścia pojawił się wesoły księżulek w Biskupskiej sutannie i insygniami watykańskimi, a w rekach dzierżył CKM, a za plecami usłyszeli jak Chomik Bartłomiej podpiera się siedzenia i siada na nim. Bohaterowie nie mieli łatwo.

**** Tymczasem, w zamkniętym klasztorze Betanek....%%%%%%%%

-Za Tobą!!!!- Wydarł się Klex i oddał kilka strzałów przez ramię Kotecka, dziurawiąc na wylot Trutnia.
- AAA Trekitche Fotze!!!!- Wydarł się Truteń, a z jego szlachetnej krtani obficie lała się zielonkawa krew.
-A opowiadałem Ci mój drogi Profesorze, jak mój Wujek pod wpływem był ciekaw jakiego koloru krwi w żyłach mają Murzyni? -Zagadał Kotecek swego wybawcę, kopiąc drgające jeszcze truchło Trutnia.
-Nie, nie opowiadałeś. - Oznajmił Klex, spoglądając na zranionego Trutnia
-No wypadł z baru, a patrzy tam murzyn, i zaczął go tłuc ile popadnie, i powiedział że jak właśnie będzie mieć zieloną krew, to oznacza że to demon i nie warto zostawiać go przy życiu, ale okazało się że jednak ma czerwoną i zostawił go przy życiu....
-Ty to masz dziwne historię...-Odparł na zadziwiającą historię Kotecka Klex.
-No ja chociaż ciągle o Mango nie nawijam.
-Cii coś słyszę-Uciszył Kotecka palcem, i zaczął wsłuchiwać się w odgłosy, które odbijały się od ścian korytarzy.
-To jakiś śmiech...- Stwierdził Kotecek, przeładowując giwerę. -Zostało mi 7 naboi.. a Tobie?
-Mi 5...słyszałem kiedyś o takich istotach, w skryptach Wielkiego Elektronika, są zapiski o katakumbach na kuli szpieguli, i żyją takie istoty... To są roje, a na ich czele stoi matka...która rodzi bezpłodne trutnie, takie jak te. -Kotecek z pasją podziwiał na poruszające się usta Klexa, pociągali go pseudointelgenciki. - Kiedy ona straci życie, cały rój rozpierzchnie się i przestanie istnieć.
-A jak można ja zabić? -Spytał ciekawski Kotecek.
-One tracą swą moc, kiedy odetnie im się głowę...-wyjawił misterny sposób Klex.
-AAh no tak, nie wpadłbym na to- zgrał z siebie słodką idiotkę, czytał Kotecek w Bravo, że ma ta taktyka popyt na inteligencików, a jako że w końcu byli sam na sam, miał płonne nadzieje na czułości w ciemnym zaułku klasztoru.
-Dobra przed nami jest sala królowej, musimy uwolnić Filonka, nie ma co czekać, nie wiadomo co mogli mu zrobić.

Chwilę później już wparowali pełnym pędem na salę tronową, matki przełożonej zakonu, cała sala, była pokryta zgniłą zielenią, a po niej poruszały się siostry Betanki, które porozumiewały się po niemiecku, i rozszyfrowywały swe położeniem poprzez uderzenia odwłokami i czułkami.
A na samym środku sali, leżała wielka.. ekhmmm.. że tak można nazwać "Kobieta" bo jak można nazwać coś, co ma małą główkę i wielkie dupsko? w dodatku owadzie?
-Wiedziałam że przybędziecie... niestety, spóźniliście się. Wasz przyjaciel już nigdy nie będzie mógł stawić czoła mojemu panu...
-Zamknij paszczę i walcz...-Zaklął złowieszczo Klex zaciskając pięści.
-Zaraz Klex... ja ją znam... przecież to... Ripley!!



-O w kur[tzanę]- Ryknęli obydwaj

-Tak, to prawda, tak to jest jak się zadaje całe życie z Xenomorphami, i uprawia stosunki z nimi...
-A więc trzeba zakończyć twe cierpienia, flądro przebrzydła!
-Czy macie serce zabić, zabić kochającą matkę? Która jedyne czego pragnie, to tego aby jej dzieci żyły duże i silne? Czy chcecie aby me dzieci trafiły do sierocińca?... Czy chcecie aby....
Nie mogąc znieść że bohaterka młodzieńczych obsesji miłosnych Klexa skończyła w ten sposób, władował w jej głowotułów pełen magazynek, w którego skład wchodziło pięć pocisków
Reszta Betanek widocznie były psychicznie związane z Matką Ripley, wraz z jej śmiercią i one poumierały w straszliwych męczarniach.

Nastała sielska cisza, niczym nieskrępowana. Gdzieniegdzie można było usłyszeć szczekanie psów , pianie kogutów i inne swojskie odgłosy żywcem wzięte ze wsi.
A za plecami zjawiły sie piękne wrota:




-Spójrz... zobacz, to To Filonek!! Tylko co mu jest...-Podsumował obserwację Kotecek.
-Wiedziałem że po mnie wrócicie...-Wyszeptał z trudem Filonek, zwisający gzymsem spod sufitu w białej substancji.A on sam wydawal się jakoby cały ślepy, osłabiony.
-Boże... święty co oni Ci zrobili?-Spytał przerażony widokiem przyjaciela KLex
-Zapłodnili mnie...-wyjawił ku przerażeniu przyajciół Filonek
-Jak zapłodnili??!!-Spytał się Kotecek
-Matka przełożona, złożyła jajo w moim mózgu...czuję go tu...-Poruszył się Filonek w kokoniku, niebardzo naprowadzając na cel obserwacji-Dobijcie mnie... kiedy on się urodzi znów się rozprzestrzenią... musicie go zabić we mnie.
KOtecek z Klexem porozumiewawczo spojrzeli po siebie, widać było że niewątpliwie była to ciezka sytuacja dla teamu.
-Przysięgam że znajdę sposób by Cię zrespawnować-Wyjawił z łżami w oczach Kotecek, celując prosto w żółwi łeb Filonka... chwila trząsła się ręka włochatemu przyjacielowi. Chwilę męczył się z podjęciem decyzji czy ma odebrać życie przyjacielowi króry niezwykle cierpi, czy też nie. Jednak Klex mężnie przejął i szybkim gestem wycelował w Filonka...oddał strzał. A bohaterowie ruszyli ku gwiezdnym wrotom w poszukiwaniu nadajnika, który na świat miał sprowadzić falę ciemności.
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 02-09-2007 o 20:09.
Extremal jest offline  
Stary 02-09-2007, 18:19   #35
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Klex i Kotecek przestąpili próg Wrót. Świat zafurgotał, i zamigotał gdy gęstość zawinęła się jak naleśnik z marmoladą, a potem zwinęła niczym tacos z keczupem. Znajdowali się teraz w jakimś niebiańskim tunelu. Tunel był przezroczysty, i widać było przez nie konstelacje które mijali.
- BigMac taniej o 20% - Kotecek odcyfrował reklamę którą minęli z nadświetlną prędkością - Nawet tutaj dotarła ta zaraza... - pokiwał smutno głową.
- Ty nie klep tyle, tylko módl się żeby to nie był chiński McDonald's - warknął Klex widząc już zbliżające się do nich jasne światełko na końcu tunelu. Wszystko wskazywało na to, że ich podróż dobiega końca.

Filonek tymczasem otworzył oczy. Nad jego jestestwem stał jakiś śmierdzący pod niebiosa, zarośnięty facet w zbroi i toporku w ręce.
- Ha! Świeżak! - ryknął na niego facet - Wstawaj Świeżak i będziesz zapałką zamek mierzył! A jak skończysz to szczoteczką latryny wymyjesz! Ale już! - zamachnął się na Filonka, gdy nagle jakaś ręka złapała w powietrzu jego dłoń.
- Zamknij mordę Thor, ty głupku! - powiedział drugi głos - I won, spieprzaj po browar, bo się kończy!
Wojownik odszedł niepyszny, podczas gdy druga postać wyszła z cienia. Miała na łbie koronę z łosiowymi rogami, i czerwony, bardzo czerwony nos, świadczący o stałym przebywaniu w stanie względnej nieważkości.
- Jestem Odyn - przedstawiła się postać - Witaj w Valhalli Filonku, gdzie będziesz pił, jadł, bił się i wspominał swoje wojownicze czyny. O ile masz jakiekolwiek wojownicze czyny... - Odyn zmierzył krytycznie posturę Filonka.

Spadli na mordę na samym środku ulicy.
- Czekolada - jęknął Kotecek oblizując pyszczek z asfaltu. Spojrzał do góry. Na karmazynowym niebie tłustawy skarabeusz toczył leniwie odnóżami dwa słońca hojnie posypane lukrem po fotosferze. Spojrzał w bok - wokół stały domki z piernika, znaki z marcepanu... Nawet okoliczni dresiarze zrobieni byli z chałwy.
- Buuuuuuuurp - podniebny Skarabeusz podsumował głębie istnienia swojego świata.
- O cholerka... - rzekł był Klex - Toż nawet jak wizytowałem Magistra Pigularza, to nie miałem takich halunów...
Naraz usłyszeli jakiś głos. Ciekawie nadstawili uszu.
Na niewielkiej skrzynce stał fikuśnie ubrany człowieczek o posturze Napoleona i perorował coś do zgromadzonego wokół niego tłumu.

- I dlatego, zawsze najlepszy będzie śledź z oleju - darł się człowieczek, aż poczerwieniał na twarzy.
- Nieprawda! - krzyknął ktoś z tłumu - Najlepszy jest w pomidorach!
- Albo w śmietanie! - zawtórował mu drugi.
- Ignoranci! - wydarł się na nich człowieczek - Swoją niewiarą obrażacie boginię Izydę! Szczezniecie, a wasze szczątki zjedzą pingwiny pustynne!
- Idź do kata! - warknął ktoś z tłumu i rzucił w człowieczka pomidorem - Ty i Twoje śmierdzące śledzie w cebulce!
- Zginiecie! Spłoniecie w czeluściach piekielnych, niewierni! -melodramatycznie krzyczał człowieczek przyjmując kolejne piguły z pomidorów - Ozyrysie, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią... Auu! - tłum ściągnął porywczego osobnika i zaczął kopać na ziemi. Klex przypatrujący się temu pouczającemu wydarzeniu, zrobił krok do przodu.
- Hej, wy, zostawcie tego człowieka! - krzyknął. Tłum wrogo łypnął w jego stronę - Tak, do Was mówię! Zostawcie go, bo Was na taczkach do lasu wywiezę!..

Dziesięć minut później cała trójka leżała sponiewierana na środku ulicy.
- Dzięki - człowieczek, ciągle leżąc wyciągnął rękę do Klexa - Przynajmniej mnie nie zabili, tak jak ostatnim razem... Robert Makłowicz jestem.
- Ambroży Klex, herbu Paj-Chi-Wo - uczony ścisnął dłoń Makłowicza - A to Kotecek, homokot.
- Mrauu - miauknął zalotnie Kotecek.
- Wy pewnie z daleka? - zapytał się Makłowicz - Bo widzę, że mordy jakieś takie występne macie...
Klex uniósł brew zaskoczony otwartością nowo poznanego, ale nic nie odrzekł.
- Przybywamy z Wiśniowego Wymiaru Koło Sadu Pana Jana - miauknął Kotecek. Makłowicz przez chwilkę trawił wyznanie Kotecka.
- A to zapraszam do siebie, śledzika z oleju pojemy to mi wszystko opowiecie...
Klex i Kotecek którym żołądki dawno strawiły z głodu połowę flaków chętnie przystali na tę propozycję i wyruszyli wraz z nowym znajomym do jego piernikowej hacjendy...

- ... I wtedy złapałem jego matkę i jak nią o ścianę nie przyp[iernicze], a z jej zębów to sobie spinki do włosów zrobiłem... - zalany w trupa Wiking kontynuował opowiadanie swojej sagi.
- Ty Sven, to jak Cię znam, to żeś ją prze[drylował], a spinki to u Żyda na targu kupiłeś i tyle twojej walki było - zadrwił drugi Wiking.
- Mówisz że kłamię?!
- Jasne że kłamiesz, budyniowa gębo!
- Bydlee! - Sven rzucił się przez stół na drugiego wikinga, po czym obaj spadli na ziemię okładając się po gębach.
Filonek schował głowę do skorupy.
- Masz, dorównaj do reszty, będzie Ci lepiej - jakiś wiking zlitował się nad Filonkiem i dolał mu wina do jego czaszy.
Żółwik wyjrzał ze skorupy i wychylił zawartość czaszki jednym haustem.
- Hej, Ty - ktoś puknął go w ramię - Jesteś z Ziemi?..
Filonek obrócił się. Przed nim stał... Antonio Banderas.
- Ty?! Co Ty tutaj robisz?!
- Ech - Antonio opadł zażenowany na krzesło - To długa historia... Kręciliśmy "13-tego Wojownika", rozumiesz... No i spadła mi na łeb kamera. Ze skutkiem śmiertelnym. A że zginąłem jako wojownik to miałem wybór: iść tutaj albo do klingońskiego nieba... Sam rozumiesz, że wybór jak między dżumą a cholerą.
- Hej, Antonio - rozległ się jakiś głos z drugiego końca stołu - Jeszcze raz!
- Nie, błagam, proszę!
- Nie ma zmiłuj, tylko zdejmuj kieckę i tańcuj!
Antonio wlazł na stół i zaczął tańczyć taniec brzucha ku uciesze zgromadzonej
wikińskiej gawiedzi.
W murowanej piwnicy
Tańcowali zbójnicy
Kazali se wino lać
Na Antonia pozirać! U, ha!
- zaintonowali Wikingowie, klaszcząc uszami do taktu.
- O cholera - Filonek w szoku wrócił do swojej skorupy.

- ...No i Klex zabił Ripley, no i trafiliśmy tutaj... - Kotecek dokończył Makłowiczowi opowieść. Gospodarz od dobrych dwudziestu minut gapił się w jakiś niezidentyfikowany punkt przed sobą i ślinił się paskudnie, zezując przy tym to zbieżnie, to rozbieżnie.
- Musi szok przeżył... - stwierdził Klex i wlał do Makłowiczowego gardła 70%
śliwowicy ze swojej prywatnej rezerwy.
- Akhuuu! - Makłowicz powrócił do świata żywych - To o czym mówicie nie będzie łatwe - język trochę mu się plątał, ale Klex przesłuchiwał już bardziej zalanych - Najpierw trzeba dorzucić mielonej wieprzowiny, potem się to dusi, razem z winem...
- Makłowicz!
- Bita śmietana, i na gaz... Dusi się przeszło dwanaście miesięcy...
- Nadajnik!
- Nie no, nadajnik zupełnie do tego nie będzie pasował - zbulwersował się Makłowicz - Nadajniki to się jada z czerwonym, a nie z białym winem i też nie wszystkie...
- Nadajnik Ojca Szefa!
- Aaaa... - mina Makłowicza spoważniała - Nadajnika broni Zając Poziomka... Co za cholerna bestia to jest, mówię Wam - gospodarz skrzywił się paskudnie - Wieść niesie że ceni sobie sok który wysysa z mózgu... Podobno robi to na żywca, przez słomkę - Makłowicz zobrazował im jak Poziomka wysysa mózg za pomocą wydawania z siebie głosek dźwiękonaśladowczych - Ciężka sprawa... A z drugiej strony pasztet z niego to byłoby coś! Wreszcie dostałbym tą posadę jako nadworny kucharz Faraona...
- I nie ma żadnych wrażliwych punktów?.. - jęknął Kotecek.
- Właściwie, to jest pewna rzecz. Powiadają o nim, że... - Makłowicz schylił się i zaczął coś szeptać na ucho Klexowi.
- Doskonale - Klex zatarł ręce - Mówiłeś Robert, że pracujesz jeszcze jako kuchcik w tym przedszkolu, nie? No to oddasz nam przysługę - dziób Klexa rozciągnął się w diabelskim uśmiechu.

Klex z Koteckiem czaili się w krzakach. Zając Poziomka patrolował kwadrat wokół nadajnika przechadzając się w te i wewte z karabinem przerzuconym figlarnie przez ramię. Naraz zza rogu wypadło na niego stado przedszkolaków.
- Klólicek - zasepleniło się dziecko i przytuliło do włochatego, różowego odnóża Poziomki. Zając spojrzał na dziecko, a jego twardy wzrok naraz zmiękł. Usiadł koło dzieci i zaczął głaskać je po główkach, podczas gdy one utworzyły kółeczko tańcząc wokół niego.
Na skraju lasu jest mały domek,
ma złote szybki i dach z orzeszka,
obok rośnie mnóstwo poziomek,
zgadnij kto w domku tym zamieszkał.
- śpiewały dzieci. Klex niepostrzeżenie wbił się w ich grono, potykając się o własną brodę, którą ciągnął za sobą po ziemi. Przytulił się do Poziomki wyciągając jednocześnie wielki rewolwer, który swego czasu zawinął Tomkowi Sawyerowi po wspólnie spędzonej ze sobą nocy.
- Hakuna matata skur[czybyk]u! - powiedział do zaskoczonego Zająca i strzelił mu prosto między oczy. Mózg i posoka bryznęły wokół, budząc niepohamowaną radość u dzieci.
- Malinowy kisiel! - krzyknęło jedno z nich.
Klex niemrawo poruszył nogą strząsając z siebie resztki króliczego ścierwa.
- Kotecek, zakładaj ładunki - rzucił do włochatego przyjaciela kostki C4. Nagle zza rogu wypadł z wielką łyżką Makłowicz. Dopadł zwłoki Zająca, klęknął i zaczął pałaszować to co zostało w jego głowie.
- Co ty robisz do ch[olery]?! - huknął na niego Klex.
- No przecież on od dwudziestu lat zżerał mózgi! - oburzył się Makłowicz - Szkoda żeby tyle wiedzy się zmarnowało!.. A poza tym ten malinowy smak... - oczka Makłowicza zamknęły się z rozkoszy.

- Wybiła wasza godzina! - zawył Rydzyk patrząc na pojmanych Robomerlina i Jezusa. - Gdyby nie to Boże stworzenie - wskazał na Bartłomieja - I gdyby nie nadajnik w jego odbycie, Wasz żydomasoński plan pewnie by się powiódł! Ha! Ale nie ze mną te numery!

- Ależ kochanie, co Ty... - zaczął Jezus.
- Nic już nie mów! - zaszlochał Ojciec Szef - Nic... Nie mów... Wiem, ze masz innego, nie kłam!..
- Ale...
- Nie kłam powiedziałem! - wydarł się ojcaszek - Teraz poznacie pełną siłę rażenia mojego nadajnika! - z rąk Ojca Szefa wystrzeliła bladobłękitna błyskawica, która uderzyła prosto w pierś Robomerlina.
- Uuuuch! - zawył Robomerlin upadając na Ziemię - Te paciorki różańcowe... - wyrwało mu się z ust.
- Giń, giń, pomiocie szatana - cedził Ojciec Szef, strzelając z kolejnych błyskawic w stronę bezbronnego Robomerlina.
Naraz wszystko ucichło. Ojciec Szef patrzył z niedowierzaniem na swoje ręce.
- Moja moc! - zakrzyknął - Zniknęła!..
- Gdzie ja jestem?! - Chomik, jak i reszta beretów ocknęła się nagle w prawdziwym świecie.
- Bartuś - Jezus wyczuł okazję - Ten w kiecce powiedział, że kibicuje Arce Gdyni!
- Cooo?! - Bartłomiej wyjął kosę zza paska spodni - No to się zabawimy... Iskaj się z kasy i komórek, frajerze!

Klex kontemplował zniszczony nadajnik. Przyglądał się przede wszystkim małej metalowej tabliczce.
- Wielki Elektronik - odcyfrował - Naprawa AGD i RTV... Muszę to skończyć - rzekł z zawziętą miną.
- Co? - Koteczek był w szoku.
- Wyruszamy do Chin Kotecku - odrzekł Klex wstając z miejsca - Muszę poradzić się mojego Mistrza. Muszę powstrzymać... Wielkiego Elektronika.
- Zaczekajcie, zaczekajcie - Makłowicz biegł do nich z jakimś zawiniątkiem - Macie. To jest kawałek wybornego pasztetu z Zająca Poziomki!
- Doceniam Twój dar, Robercie - Klex położył mu ręce na ramionach - Ale nie mogę tego przyjąć. Jest niekoszerne. Ty zaś jedz, i rośnij duży i tłusty - rzekł uroczyście - My zaś... My zaś musimy znowu wyruszyć w drogę...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 02-09-2007 o 18:33.
Chrapek jest offline  
Stary 02-09-2007, 20:46   #36
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 644 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
ThIs is VaLhAlLaaa!!

-Widzisz Filonku, bo te miejsce nie służy nam tylko do biesiadowania..-Wyjawił Filonkowi Odyn, który siedział po jego prawicy, a sam bóg nordycki raczył się napawać przepysznym smakiem miodu pszczelego, spijając prosto z rogu Walkirii, a szlachetny trunek to raz trafiał do otworu gębowego boga, raz ściekało na ziemię, a jeszcze innym razem ochlapywał Filonka.
-O Nyeee...- zarzekł się podpierając główkę o pięść i wymownie kręcił palcem to raz przecząco, a raz dłubał sobie w nosie.
-Valhalla to przede wszystkim trening... Ragnrok się zbliża! a Tylko najmężniejsi woje będą mogli powstrzymać koniec świata!! Za dnia trenujemy, a wieczorami ucztujemy przy tym stole.. a powiedz synu, ile żeś smoków powalił? Na pewno jesteś wielkim magiem, bo wygadasz jak pół dupy za krzaka!! Raczej nie jesteś barbarzyńcą z północy....-Spytał badawczo Filonka
-Ehhh.. no cóż..-zaczął niepewnie Filonek, wszakże nie miał jeszcze doświadczenia z starożytnymi wojownikami, skąd mógł wiedzieć jak mogli jego obecni towarzysze przyjąć do wiadomości, że nie wbił na pal ani jednego smoczego łba? A poległ na skutek śmiertelnego postrzelenia głowy-Nie zabiłem ani jednego smoka...- dokończył ściszając głos.
-Jakże to!!- Zadziwił się Odyn, przecierając oczy ze zdumienia, aż w końcu zaczął machać rękoma, dając znać resztę, by zaczęli pić i siłować się, wszakże trzeba się dowiedzieć z kim będą ucztować przy stole przez resztę wieczności.
-A orków ile zabiłeś zielony??- Spytał zaciekawiony EXPem bojowym Aragorn, wymachując kieliszkiem w iście pijackim stylu. Tak ten Aragorn, król Gondoru, ale odziany był w dziarskie szmaty kloszarda, cały posiwiały i co chwilę trzęsła mu się główka, z powodu niedopokenia alkoholowego.
-Żartujesz? Przecież Ci stary pijaczku powtarzałem, że od dwóch tysięcy lat nie ma już orków!! Jak zobaczyły mordę Twojej Starej to wszystkie po wy[niosły się], po lasach i nikt więcej ich nie widział!!-Wydarł się Leonidas, spożywający udo cielęce pełną gębom i popijając ten sam trunek co Odyn prosto z rogu. Aragorn zaś skonsultował zarzut Leonidasa w najbliższym kręgu Legolasa i Gimliego, i po chwili twarz Aragorna zniknęła w objęciach jego twarzy, a przyjaciele usiłowali go pocieszyć klepiąc go raźno w ramię i polewając kolejną kolejeczkę "krajowej" do kieliszka.
-Dajcie spokój Świeżakowi-stanął w obronie Filonka Antonio, wiedział jak to jest być innym w społeczności grubiańskich i nieczułych brutali.
-HAHA!! Antonio cieciu!! Podnieś w górę kiecę, bo z gorącym c[ukierkiem] lecę!!-Wydarła się deklaracja z tłumu rozbawionych na widok wątłego ciała Banderasa.
-Kto to powiedział?!!-Zapytał zdegustowany tym że publice nie podobał się jego orientalny taniec godowy, wszakże Antonio grał w 13'stym wojowniku nikogo innego jak Saracena z bliskiego wschodu.
-Jaaa!!- rozległo się parę siedzeń od Filonka, od krzesła wstał nie kto inny jak Conan Cymeryjczyk , wstał tryumfalnie trzymając ręką gustowne slipki z włosów wyrwanych pleców jego babki... tak opowieść o tym jak oskalpował babkę z pleców w wieku 5 lat, chyba wszyscy w Valhalli znają.
-Antonio!! Pokaż Pi[sadło]!!-Zainicjował raźnie Leonidas, nie przeszkadzało mu to że w jego ustach właśnie znajdował się dobry, 2kgmowy kawałek steku z renifera.
-Tak?? O Tak?? No dobra macie to Pedzie z Sparty, dedykacja dla was!!- Wpieklił się Banderas, emocjonalnie już nie wytrzymał, kolejnego upokorzenia. Dzień w dzień to samo... najpierw taniec brzucha, a potem konkurs w rzucie Saracenem przez stół- Macie żryjcie!!-Kontynuował Antonio, wszedł na stół podniósł kiecę i oddał czynność filozoficzną poprzez anusa wprost na środek stołu przed facjatą Leonidasa.
-Synowie Sparty i Zeusa nie będą dłużej tego tolerować do ku[rczaka] pie[czonego]!!-Zaklął w niebo głosy Leonidas, tocząc pianę z pyska niczym dziadek podczas pierwszego stosunku od 15 lat z wynajętą prostytutką.

THIS IS SPARTAAAA!!!**

[media]http://www.youtube.com/watch?v=rZBA0SKmQy8[/media]


Krew i miód lały się hektolitram, gdzie nie gdzie przeleciał to ork to wiking, nawet, najbardziej sędziwi Wikingowie, nie widzieli takiego burdelu jaki w tej chwili miał miejsce w Valhalli.
-Stać!! Spokój mówię!!- rozdarł się potężny donośny głos Wotana, a on sam potulnie położył na ziemię dwóch spartan, których właśnie wywijał nad swoją głową.
I jak szefo rzekł tak się stało, wszyscy się opamiętali, Leonidas włożył na swe nagie ciało hełm prime comandera Sparty, Conan oddał Svenowi i Jurgenowi ich topory, a Aragorn wylazł spod stołu. A Filonek.. Filonek skulił się pod krzesełko Odyna i modlił się o szybkie i bezbolesne zakończenie owej bitki.
Wzrok wszystkich skierowany został w kierunku Antonia Banderasa... który z otwartymi oczyma i ustami leżał na stola rozkwaszony niczym kawałek szczura na autostradzie.
-No ale jakim cudem... może umrzeć drugi raz??- Spytał ciekawsko Filonek wygrzebując się spod stołu.
-Widocznie nie zasłużył na to by ucztować na Valhalli, wśród największych wojowników Skandynawii- z żalem wyjawił Leonidas, zdejmując hełm i przykładając do piersi w geście złożenia poległemu czci.
-A tak w ogóle to Ty nie powinieneś być w hadesie a nie w Valhalli?-spytał się Filonek Leonidasa, w końcu miał okazję wykorzystać cisze która rozległa się w izbie.
-Moja matka była Norweżką-zdradził tajemnicę Król Sparty.
-To kto idzie po śmierci do Hadesu?-Kontynuował Filonek
-A bo ja wiem?- Wzruszył ramionami Leonidas.

*****
Tymczasem na rzece Styx.
Antonio wybudza się, czuje się rześko i bezpiecznie, lecz coś mu dmucha dymem papierosowym tuż przed twarzą, stary osiwiały dziad, w białej koszuli z granatowymi paskami, a na głowie miał obdarty okrągły kapelusz.
-Jesteśmy w Wenecji? Jaki sen miałem człowieku... zapiłem się na śmierć i myslałem że umarłem i poszedłem do Valhalli...a tu taka niespodzianka w gondoli się obudziłem- zaczął spontanicznie rozmowę z nieznajomym
-Cóż... nadal jesteśmy nad morzem śródziemnym, ale to nie Wenecja, a rzeka Styx, właśnie płyniemy do hadesu- wyjawił mu sekret starzec, pociągając kolejego macha z Vice Roy'a czerwonego - Pożyło się co?...No to co nie ma co się cackać tylko płyniemy....

********
-Te Klex... gdzie w tym świecie są Chiny?- Spytał Kotecek brodatego przyjaciela.
-No Robert wspominał ze musimy wsiąść w 16'stkę i na ulicy gwiezdnych wojen 12 przez 2 będzie winda do chin-Poinstruował Homokotka Klex
-Jak sądzisz, udało się nam pokonać złego Ojca Szefa?
-To już tylko Allah wie...

*******

-No i co?? I kto jest teraz małą kur[czaczkiem] co??- Prowadził Monolog Jezus z samym sobą kopiąc i skacząc na zmianę po zwłokach Ojca Rydzyka, mimo iż zgon stwierdzili z Bartłomiejem 2 godziny temu, to jak sam Chrystus mówi Golgota wydaje się być domowym przedszkolem, w porównaniu do chwil łóżkowych z Ojcem Rydzykiem.
-Ale człowieku dziany frajer to był, 3 samsungi i 2 nokię miał, chyba wiem gdzie był jego rewir na mieście....



**(Z racji na materiały wyjątkowo brutalne i hardcorowe zawarte w dalszej części tego posta, proszę wygodnie rozsiąść się w fotelu i przejrzeć treść zrekonstruowaną przez 12 letnie dzieci, które wcześniej zapoznały się z nieocenzurowaną wersją).
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 02-09-2007 o 20:56.
Extremal jest offline  
Stary 04-09-2007, 21:45   #37
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Kotecek szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w rozpościerające się przed nim chińskie pagody. Brudne dzieci grzebały się w piasku. Jakiś pies z zawzięciem wypisanym na pysku walczył w nierównej walce ze swoim bogatym życiem wewnętrznym.
- Czy nie zastanawialiście się kiedyś dlaczego Bóg stworzył Was takimi jakimi jesteście? - łysy jak kolano buddyjski mnich podszedł do nich z ulotkami w ręku.
- Spier[niczaj] Jehowcu! - warknął do niego Klex - Co za zaraza, nawet tutaj nie można się od nich uwolnić! - sapnął, gdy mnich oddalił się z kosą w plecach z miejsca wydarzeń.
- I ty się tutaj wychowałeś?! - Kotecek był w lekkim szoku.
- No coś ty, oci[emniał]?! - oburzył się Klex - W inkubatorze mnie tylko tędy wieźli, a Ty zaraz z jakimś wychowaniem wyskakujesz...
Podeszli do bramy klasztoru. Klex pociągnął za dzwon znajdujący się przy wejściu.
- Hasło! - warknął strażnik łypiący na nich podejrzliwie zza judasza.
- Jet Li ma kształtne poślady, ale Jackie Chan ma większego - odrzekł Klex.
- Ale i tak wszystkie kitajce masturbują się przy Madonnie - strażnik popisał się odzewem. Brama otworzyła się gościnnie; Ambroży i Solembub wkroczyli powoli do środka. Na głównym placu, pod okiem uczonego starca, gromada dzieci ćwiczyła się w jednoczeniu się z Mocą.
- Mistrzu - Klex pochylił głowę przed starcem.
- Ambroży, mój młody padawanie - starzec pogłaskał Klexa po główce - Cóż Cię sprowadza do naszego przybytku?.. Czyżbyś wreszcie przyszedł mi oddać moje Ferrari co żeś je w karty prze[gra]ł?
- Mistrzu, mówiłem Ci, że moi ludzie nad tym pracują - Klex zagryzł wargi - Potrzebuję Twojej wiedzy tajemnej, Mistrzu... I to pilnie.

- No Filonek, teraz się na łapy będziemy siłować - wielki jak Cher z kompletem implantów Wiking złapał Filonka za skorupę i cisnął go o stół. - Trzymaj się - powiedział doń opiekuńczo gasząc na nim papieroska.
- Zygfryd, zostaw go, przecież astmę masz! Jeszcze sobie krzywdę zrobisz... - Odyn gibał się niezbornie na krześle.
- E tam, zawsze mówię, że na astmę najlepsza jest wódka i okład z młodych piersi... A, że tego drugiego nie ma, to wystarczy mi marmolada z żółwia - Wiking wyszczerzył paskudnie zębiska.
Nagle huknęło. Błysnęło. Zygfryd osiągnął szóstą gęstość i wyleciał zza stołu rysując mordą bruzdę w marmurowej posadzce.
Na śnieżnobiałym włochatym plemniku wjechała Księżna Almenino. Długie elfie uszy ciągnęły się z gracją za jej jestestwem. Plemnik wierzgnął, zarżał i zamachał witką brzęcząc przy tym swą szczerozłotą uprzężą. Almenino przedefilowała wokół zdumionych wikingów mierząc ich wzrokiem, po czym zatrzymała się tuż przed osłupiałym Odynem.
- Mama! - krzyknął Filonek i przytulił się do Księżnej.
- Już, już. Wszystko będzie dobrze... Mama jest już przy Tobie... - zahuczała słodko Księżna, po czym spojrzała złym wzrokiem na Odyna - Cóż to ma znaczyć, Ty zakuty, durny łbie?! - krzyknęła - Alimentów na Jezusa nie płacisz, biedaczek nie wie nawet kto jest jego prawdziwym ojcem!.. I jakieś burdy tutaj urządzasz, moje prywatne sługi porywasz! Po[gięło] Cię, ty pok[urczu] zaflegmiony?!
- Ależ Księżno, ja mogę wszystko wytłumaczyć... Ten przemyt to nie moja robota, to wrogowie podrzucili...
- Przemyt to mnie pier[niczy]! - dumnie odparła Almenino. Plemnik zarżał i stanął dęba. - Psy opłacone, a Ci co nie opłaceni sprawdzają żyzność gleby, więc sprawy nie ma... Bardziej mnie ciekawi na co Ci było potrzebne to stado rumuńskich dzieci coś je zamówił w zeszłym tygodniu...
- Księżno... - Odyn przebierał niemrawo nóżkami - Może porozmawiamy o tym w moim prywatnym gabinecie, co?..
Księżna dumała przez chwile.
- Dobrze - zeskoczyła z włochatego plemnika na ziemię - Ale robię to tylko dla uczczenia pamięci Twojej mamusi, z którą na wiśniówkę po lekcjach chodziłam...
Almenino ruszyła groźnym krokiem w stronę Odyna.

- Wielki Elektronik... - Mistrz polał hojnie do kieliszków - Wielki Elektronik zabił Twojego ojca...
- Co?! - Klex zerwał się na równe nogi, roniąc na ziemię krople aromatycznego bimbru z ryżu.
- Spokojnie, musiał na Ciebie przez to alimenty płacić... - Mistrz uspokoił Ambrożego ruchem ręki - Planeta Mango, na którą się wybierasz przepełniona Ciemną Stroną jest.
- Wiem, mistrzu.
- Nie wiem czyś gotów jest zmierzyć się z takim ogromem zła.
- Zjadłem trzy cheeseburgery w McDonald's i zapiłem to szejkiem. Jestem gotów! - Klex uderzył się w klatę, aż zadudniło.
- Szejkiem powiadasz... - Mistrz zadumał się - Ech, ta dzisiejsza młodzież... Za moich czasów piliśmy borygo i płyn hamulcowy, żeby przekonać się czy jesteśmy już dostatecznie zjednoczeni z Mocą... A wy, teraz - machnął ręką.
- Mistrzu...
- Tak, tak... - Mistrz zdjął z szyi medialon i podał Klexowi - To medalion z Matką Boską Fatimską. Ochroni Cię przed zakusami złego i dziwkami z syfilisem... Ale na AIDS nie działa - zastrzegł od razu - Jak go robili to jeszcze nie znali tej choroby i to dlatego...
- Rozumiem, Mistrzu.
- Weź także ten Gwiezdny Żeton Tazo z Lukiem Skywalkerem... Połączony transformers Matki Boskiej i Skywalkera bezpiecznie przeprowadzi Cię przez złowrogie truskawowe labirynty na Mango...
- Mistrzu, mam jeszcze jedną prośbę. Chciałbym abyś odesłał mojego homoprzyjaciela tam, gdzie pałętają się jego towarzysze. Nie mogę go zabrać ze sobą na Mango... Za duży byłby obciach przed Wielkim Elektronikiem.
- Całkowicie Cię rozumiem, padawanie - przytaknął Mistrz - Ten kot śmierdzi pedalstwem na kilometr.

Kotecek wyrżnął w ziemię wyżynając krater jakiego nie powstydziłby się spory członek roju Leonidów.
- Kotecek! - krzyknął Bartłomiej - Gadaj, Real wygrał Ligę Mistrzów?!
Solembub wstał i smarknął w rękaw.
- Klex - zapłakał - On odlatuje... Na Mango.
- To niech przywiezie browaru, bo mi się bejcel kończy - filozoficznie rzekł Chomik.
- I bateryjki alkaliczne mógłby kupić - dodał Robomerlin - Tylko phillipsa, a nie to gówno od Ruskich...
- I wazeliny, jak już idzie po zakupy - siedzący na trawie z nieobecną miną Jezus huśtał się to w przód to w tył.
- Niegodziwcy! - wykrzyknął Kotecek i zalewając się łzami uciekł w głąb lasu.

Odyn umościł się wygodnie w wyrku podkładając sobie ręce pod głowę. Almenino leżała przytulona do jego włochatej piersi, na której, z zacięciem wypisanym na twarzyczce, zaplątywała mu słodkie, elfie warkoczyki.
- No, takiego chłopa to żem jeszcze nie miała... - wyszeptała.
- No to dobrze maleńka trafiłaś, bo tu wiecznie chętni chłopcy są - Odyn zajarał szluga i uśmiechnął się nonszalancko - Wpadaj kiedy chcesz, cukierasku...

- Czy jesteś gotów, Mistrzu Klexie? - krzyknął Mistrz do Ambrożego.
- Jestem gotów! - odkrzyknął Klex.
- Zatem, teleportację na planetę Mango czas zacząć! - uroczyście rzekł Mistrz i rozwinął starożytny zwój teleportacyjny.
- Kizia mizia iziaa... - Mistrz zaczął magiczną inkantację.

[media]http://youtube.com/watch?v=Gh7BNYUB8Ss[/media]
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 04-09-2007 o 21:57.
Chrapek jest offline  
Stary 12-10-2007, 18:55   #38
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 644 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
Minęło wiele księżyców od czasu kiedy nasi bohaterowie ponownie się zjednoczyli pod sztandarem wiśni. Żółw Filonek, Chomik Bartłomiej, Kotecek vel Solembub oraz Jezus Chrystus, niestrudzeni, cy to w upał czy też w zimę pokonywali jardy poszukiwaniach Ciechocinka.

- Kur** głupi Żółwiu ile razy Ci mówiłem byś Hipisa nie słuchał!!- Tu Bartłomiej nieładnie wskazał na Jezusa.
- Zamknijcie się Bartłomieju, jestem starszą rangą a poza tym ŁKS przegrał z Tajfunem Lipno 5:1, i z tego tytułu nie powinno Ci być wesoło. A ten jeden dla ŁKS'u to był samobój w ostatniej minucie, by chociaż honorowego mieli w retransmisji- sarkastycznie odpowiedział Zółwik drapiąc się po skorupie.
- No bo zarząd stadionu pozwolił tylko na wjazd 100 kibiców, i nie było jak wpaść na murawę dlatego przegrali - wyjaśnił pokornie Dresik.
- No albowiem pan jest miłością... - Zaczął czytać sobie nowości radia maryja Nie kto inny jak Jezus Chrystus.
- No i co znalazłeś jak wyciągnąć kasę, udzielając spowiedzi telefonicznie??- Dociekł ciekawski Bartłomiej, czując już niemiłosierne pustki na dnie swoich kieszeni.. a po za tym suszyło go już, nie wyobrażał sobie dobrze rozpoczętego dnia bez mocarnego knura pod czarcim rogiem.
-No nie ma, za to mam ofertę 0700...-Rozczarował Bartłomieja Jezus.
-No to w czym problem?? Zawsze chciałem być sutenerem...- Uśmiechnął się dziarsko Bartłomiej do Jezusa.

****** Gdzieś w napotkanej pobliskiej budce telefonicznej********

-Tak synu, zdradź mi swoje sekrety...-Wyszeptał Jezus do słuchawki.
- Powiedz mi coś świńskiego, Ty dzika świnio!! Napalony jestem jak jeż na szczotkę!! - Wydarł się krzykliwy głos z słuchawki
-Dobrze synu, ale powiedz czemu Ty uraziłeś pana swym postępowaniem- Wyszeptał ćwierć ponętnie Jezus, a jego gardło drżało na widok przystawionego doń noża Bartłomieja.
- O TAAAAK!! Dobra jesteś!! Moje jaja są gorące... zaraz pękną!!- Krzyczał dalej podekscytowany męski głos z słuchawki
- Dobra Kotecek, włączaj Erosa Ramazotti!! Klient jest nasz, szkoda że głąb nie wie że za minutę rozmowy płaci 20 dychy.

Kotecek potulnie włączył szafie grającą, a na igłę gramofonową padła wielka czarna płyta z podobizną Erosa Ramazottiego w wieku 15 lat. I w tle tej romantycznej muzyki Jezus zaczął seksownie nucić po łacinie:
-Et domine .... patris fili...ut spiritus sankti - a w tle leciało mona mi i mon die Ramazottiego.
-... AAAA!!! A teraz liżesz spermę z swojej klaty!!!- wydarło się z drugiej strony telefonu.
-Tak... pan już odpuścił Twoje grzechy, idź w pokoju...
-O tak, see ya next time bitch. - rozmowa się zakończyła po odłożeniu słuchawki przez Jezusa.
Bartłomiej władczo machnął ręką, by Kotecek ściszył muzykę, po czym kontynuował odkładając nóż.
- No no... magnificencje z całej diecezji wydzwaniają do nas, a kiedy poszła plota że jesteś Jezusem to ich dodatkowo podkręca i nawet kościelni wydzwaniają!! Obroty poszły w górę o 300%!! Jeszcze Biskup co prawda nie dzwonił, ale już jego dwóch synów zaliczyłeś, więc jest ogólnie nieźle!!- Ogłosił światu swój tryumf pieniężny
- Szkoda że znasz tylko spowiedź na pamięć, wiesz jaką furorę zrobiłby różaniec?- Zainicjował pomysł na poszerzenie repertuary Jezusa Kotecek.

-Czuję się brudny...- Jezus z łzami w oczach wysapnął przez zęby, już raz czuł się brudny kiedy O. Tadeusz Rydzyk go dotykał i ufnie wierzył że jego świadomość seksualna nie ulegnie zmianie.
- Zamknij mordę, przynajmniej mamy za co jeść!! - Wycedził Filonek wcinając ogromniastą zapiekankę - Wyobraź sobie że tam po drugiej stronie słuchawki jest seksowny David Beckham. - kontynuował czyszcząc palcami kąciki ust.
- Ja jestem wojownikiem i ascetą, moje życie to wieczna tułaczka, w poszukiwaniu piękna i przyjaźni- wyjawił swoją głębie Jezus.
- No to bądź nim po robocie!! 8 godzin dziennie u mnie robisz, a potem możesz się lansować jak chcesz, nawet Miss Mokrej Pachy możesz być jak chcesz. A jak Ci się nie podoba, to jeden telefon, daję info że nie masz zielonej karty i Cię odsyłają skąd przyszedłeś.
-Dobra idziemy dalej, już podobno niedaleko jest Ciechocinek, tam zza górką, Jezus masz fajrant idziemy- ogłosił Filonek i ruszyli raźno w stronę Ciechocinka.

Minęła godzina, minęły dwie godziny, podróżowali nasi bohaterowie w kompletnej ciszy. Myśląc co ich dobrego, a może złego spotka w wrogim otoczeniu, w efekcie tych rozmyśleń nawet nie zauważyli jak minęli górkę i zza chmur wyłoniła się rajska wizja Ciechocinka, wysokie drapacze chmur, tężnie i statua soli kamiennej.

-Tak... udało się!! - Krzyknął w euforii Filonek, całując ziemię, po której kroczyli, wszyscy rzucili się sobie w ramiona, tuląc się i krzycząc radośnie, zapomnieli o wspólnych niesnaskach i problemach, liczyło się tylko to, że wreszcie doszli ... do Ciechocinka.

***** Ciechocinek Wita*******

-No To teraz musimy znaleźć tylko Bożydara Klossa i wyciągnąć z niego info gdzie jest Sagala- Wyjawił podstawę briefingu Filonek
- No, już myślałem że nie dojdziemy nigdy- Wyżalił się Kotecek.

Nagle znikąd zaczęło pachnieć makaronem lubelskim i persilem z nowymi hipegramulkami.
-AHAHA !! Tu mam was pierdolce !!!



Obwieściła swe przybycie Cyganicha Pandomiła.
-Zapomnieliście o czymś?? - Zapytała bezprecedensowo Bohaterów.
Bohaterowie spojrzeli się po sobie, w zdumieniu kiwając ramionami.
-No dzięki za pomoc w odnalezieniu Jezusa...- Uchylił swe pokorne czoło Filonek, w geście podziękowania.
-EE... Pudło Ty głupi żółwiu!! Musiałam oddać Stefcia na klej, bo już biedakowi biodro wyskoczyło, i jak nie uśpić to na klej, w tej chwili jak gadamy to go oskubują z kopytek i kroją mu koński łeb... powiem wam że do końca płakał.. aż mu kaptura na łeb nie założyli...
-No cóż kondolencje... niech pan otacza światłość nad jego duszą...- Zjednoczył się z wdową w bólu Jezus Chrystus.
- No właśnie, przez to że nie zwróciliście mi koni, mój Stefcio musiał sam ciągnąć karetę.. a prosiłam was byście oddali... teraz już za późno.. płońcie w piekle... - MAdam Pandomiła machnęła ręką i stała się ciemność....
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 12-10-2007 o 21:17.
Extremal jest offline  
Stary 13-10-2007, 00:42   #39
 
Chrapek's Avatar
 
Reputacja: 1166 Chrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumnyChrapek ma z czego być dumny
Filonek łypnął podejrzanie okiem. Leżeli na miękkim puchu trawy. Wokół chyba trwała jesień, bo okoliczne drzewa suto zrzucały na ziemię kolorowe diody. Żółwik rozejrzał się badawczo: Bartłomiej i Solembub leżeli nieopodal pokotem, zły los jednak znowu zszamał gdzieś Jezusa. "Biedny Jezus, znowu obskoczy wpierdziel" - pomyślał Filonek i wstał na swoje żółwie płetwy.

Niespodziewanie przed nim wyrosło dwóch metalowych osobników.



- Stój, wredny Autobocie! - zarzęził jeden z nich. Obaj na szczytach swoich nibygłówek mieli czapki z czerwoną gwiazdą - W imieniu cesarstwa Deceptikonów aresztuję was! - warknął, przeładowując spluwę. Drugi jednak złapał go za nibyrączkę.
- Sturmgruppenfuhrerze, ale oni mają nasze barwy! - faktycznie, Filonek miał naciągniętą na łeb buddionówkę, z gwiazdą równie czerwoną, jak obu transformersów.
- Hmm... racja - stwierdził Sturmgruppenfuhrer - Zabierzemy Was w takim koncepcie przed oblicze Boga-Cesarza!
Deceptikoni złapali osłupiałych przybyszów za szmaty, po czym wytaszczyli ich w niewiadomym kierunku.

11 listopada, godzina 16:00. Nie wiem gdzie nas wiozą. Wyjechaliśmy z obozu trzy dni temu, i od tej pory cały czas nas gdzieś jedziemy. Moi towarzysze niepokoją się o nasz los. Mają rację. Deceptikoni nie podpisali żadnych konwencji, w dodatku my, Autoboci, byliśmy dla nich śmiertelnymi wrogami. Psuciem rasy. Muszę kończyć - rewizja...
Jezus zamknął notatnik i przymknął oczy kontemplując przez chwilę. Jechali w ciasnej, wilgotnej więziennej furgonetce. On i jego autoboccy bracia.
- Zabiją nas, zabiją... - zaskomlał Autobot skulony w rogu furgonetki. Jezus złapał go za stalowe ramiona.
- Nie zabiją, rozumiesz?! - potrząsnął nim - Zachowuj się z honorem, poruczniku! Jeśli nawet zginiemy, to w chwale!
Przez chwilę słychać było tylko silnik furgonetki.
- Trzeciego dnia stworzył nasz Pan w niebiesiech mikroprocesor - odezwał się Autobot w koloratce - I rzekł: idź i benchmarkuj się, i używaj wszystkich zasobów systemowych podług swej woli...
Żołnierze po cichu, pogrążyli się w modlitwie.

- Na kolana, bydlęta! - Deceptikon sprzedał Filonkowi i jego kolegom kosę w brzuch. Leżeli na mordzie w sali tronowej Boga-Cesarza. Zagrały nagle trąby. Deceptikoni klękneli. Na lektyce wjechał Bóg-Cesarz i usadowił się na tronie.



- Oleksy?! - krzyknął Filonek.
- Dzień dobry państwu, jestem premierem - wyharczał Józwa.
- Tata! - krzyknął Kotecek. Wszyscy spojrzeli na niego jak na dziecko z autyzmem występujące w konkursie erudycji. Ale Oleksy przeszył tylko Kotecka badawczym spojrzeniem.
- Solembub? - harknął wreszcie - Co ty tutaj robisz, synku?
- Tata! - Solembub rzucił się Oleksemu na kolana.
- No, dobrze, dobrze już - Bóg-Cesarz pogładził Kotecka po główce - Pomiziasz się z tatusiem później, tatuś ma teraz sprawy rządowe na głowie...
Szybko wyjaśniło się, że ani Bartłomiej, ani Filonek nie stanowią wielkiego zagrożenia dla Cesarstwa, toteż Bóg-Cesarz wydał wielką balangę na ich cześć - a przede wszystkim na cześć powrotu syna marnotrwanego. Czy raczej - spedalonego...

12 listopada, 19:00. Czwartek. Dzisiaj stanęliśmy trochę, żeby rozprostować serwomotory. Autoboci z furgonetki obok twierdzą że nasz front został przerwany i, że cały Cybertron jest już zgubiony. Nie wierzę w to. Nie chcę w to wierzyć. Ale z drugiej strony nikt nie wie gdzie jest marszałek Optimus...
- Ki wałek tyle drapiesz? - Jezusa zagadnął przypatrujący mu się Autobot.
- Na wszelki wypadek - mruknął Jezus - Po prostu na wszelki wypadek.

- No i widzicie, freunde - generał Megatron wprowadzał Filonka i Bartłomieja w tajniki wojny z Autobotami - Mamy z nimi trochę szodenfrojde, ale na dłuższą metę to jest uciążliwe takie wożenie ich tymi furgonetkami.
- Gah - mruknął Filonek - A nie pomyślałeś o ostatecznym rozwiązaniu kwestii Autobotów?
- Jak to? - zdumiał się Megatron.
Filonek mrugnął porozumiewawczo do Bartłomieja.

Solembub przechadzał się po ojcowskim pałacu. Nagle wyskoczyło na niego kilkoro osobników w kominiarkach. Kotecek odskoczył.
- Pójdziesz z nami, jeżeli chcesz żyć! - jeden z nich złapał go za szmaty.

13 listopada, 13;00. Cholera, piątek. Gdzieś nas dowieźli; chyba otwierają drzwi...
- No raus, Autoboten - mruknął kapo i wyciągnął księdza. Dojechali do pięknie wykopanych dołów. Obok czekała w gotowości koparka.
- Nie, nie, nie! - ksiądz-transformers zatrzepotał się w ramionach kapo - [b] Ksiądz Prałat Jankowski, TRANSFORMACJA! - ale ksiądz był tak zestresowany, że stransformowało mu się tylko jedno skrzydelko z silnikiem odrzutowym.
- Nie! Bóg wam tego nie wybaczy - warknął. Założyli mu czarny wór na łeb. Huknęło; oporniki i olej silnikowy rozlały się po żyznej glebie.
Następny był Jezus. Jemu też założyli czarny worek.
- Cholera, trzynasty... - mruknął, a potem zobaczył światło.

Filonek przechadzał się podziwiając swoje rękodzieło.
- Ty, a ten trochę Jezusa przypomina!.. - Bartłomiej pociągnął go za rękaw.
- E tam, wydaje Ci się bo rośniesz. - Filonek zbył spostrzeżenia swojego przyjaciela - Lepiej sprawdźmy czy zaczęli już formatować dyski twarde cywilów...

- ... i jeżeli nasza Autonomia Autobotów nie uzyska pełnych praw, zabijemy syna Boga-Cesarza! - marszałek Optimus nadawał to oświadczenie na wszystkich częstotliwościach. W końcu, skończył i odchylił się w fotelu. Z szafki wyjął telefoniczną kartę magnetyczną, po czym przejechał nią sobie po czytniku na piersi.
- Achhhhh, dobry i jeden impuls... - mruknął, przymykając fotokomórki z błogości.
Śniło mu się, że biega wśród łąk. Wokół kwitną zielone karty pamięci DDR, gdzieniegdzie porastają łąkę lampy próżniowe, kojące swoim ciepłym światłem...
- Marszałku, co zrobić z więźniem? - oficer państwa podziemnego wybił Optimusa z nirwany.
- Kula w łeb i do piachu z pedałem - mruknął Optimus mierząc w ręce kartę magnetyczną - Przynajmniej Oleksy będzie miał wuncz puncz, jak się dowie co zrobiliśmy jego latorośli.
Optimus poczuł błogą satysfakcję. Raz jeszcze przeciągnął kartą magnetyczną po czytniku i wydał ekstatyczne westchnięcie.

- Cholera,a wszystko szło tak dobrze... - mruknął Filonek. Godzinę temu, z rozkazu Boga-Cesarza siły Deceptikonów spętały ich i rzuciły przed oblicze Najwyższego.
- To przez Was! - huknął na nich od progu Oleksy - To przez Was zabili mojego kochanego Solembuba!
- Jakie przez nas?! Ten spedalony kot zawsze wpadał w jakieś tarapaty... - Filonek próbował się usprawiedliwić.
- Jaki spedalony?! Kochałem go takim jakim był! To był następca tronu!.. - Józwa uronił łzę - Zabrać te ścierwa i sformatować im dyski twarde!
- Stać! - krzyknął Filonek, wyciągając zębami płytę CD - Wiecie co to jest?! To jest Windows Vista!
Ryk przerażenia rozległ się pośród zgromadzonej gawiedzi.
- Mam Vistę i nie zawaham się jej użyć! - krzyczał dalej Filonek. Nagle usłyszał za swoją głową stuknięcie odbezpieczanej broni. Chciał się obrócić, ale było za późno.
Nad Cybertronem zapadła noc...

Obudził się w jakiejś urkoliwej krainie. Nieopodal pod drzewem siedział Jezus i wyjmował sobie łuskę malowniczo wbitą w tył głowy.
- Kurrr - zaczął Filonek i potknął się o Bartłomieja. Spojrzał w górę. Solembub wisial na drzewie i miauczał przeraźliwie. Musi nie umiał z niego zejść.
- Kurrr - zaczął znowu - Gdzie my jesteśmy?!
- A skąd ja mam wiedzieć - warknął Jezus - To ty mi strzeliłeś w tył głowy!
- Ja?! Zresztą - Filonek wzruszył ramionami - Było, minęło, nie ma co wspominać. A ty tu jesteś ekspertem od spraw astralnych, powinieneś wiedzieć gdzie jesteśmy.
- Wiem tylko tyle, że dostałem kulę w łeb od garbatego żółwia - odgryzł się Jezus.
- Ty!.. - Zaczął Filonek i nagle przerwał. - O ku[rtyzana].
- Co? - Jezus poderwał się.
- Patrz - mruknął Żółwik.
Przed nimi malowniczo roztaczała się Dolina.
Dolina Muminków...
 
__________________
There was a time when I liked a good riot. Put on some heavy old street clothes that could stand a bit of sidewalk-scraping, infect myself with something good and contageous, then go out and stamp on some cops. It was great, being nine years old.

Ostatnio edytowane przez Chrapek : 13-10-2007 o 22:33.
Chrapek jest offline  
Stary 11-01-2008, 23:36   #40
 
Extremal's Avatar
 
Reputacja: 644 Extremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemuExtremal to imię znane każdemu
A przed nimi roztacza się widok malowniczej doliny Muminków....

-Kur[de]...- Zafasował się wstający z ziemi Bartłomiej -Skąd wiemy że to dolina Muminków??

-No stąd... - wskazał Filonek płetwą na stojący obok drzewa drogowskaz fikuśnie skonstruowany na jakiejś nodze od stołu i tekturowym obiciu od fotela;

"-Dolina Muminków 5km na lewo, Wilkoryje 14 km na lewo, club Amanda dwa przystanki dalej, w poniedziałki co trzecia godzina gratis!"

-No to co, musimy iść do Amandy co?- Zafrasował się Filonek
-A co jest w Amandzie? - Spytał się Jezus
-Nie wiem, może sie przekonamy co się w ogóle kur[cze] stało tam z tymi transformerami i starym Solembuba...- Kontynuował swą dygresję gadzi żółw
-Kotecka...I nie starego, tylko ojca...- Wtrącił wyraźnie poruszony Kotecek
-Dobra skończ, bo smutno się robi nieraz jak coś pie[przniesz] - Podsumował wypowiedź Bartłomiej
-Dobra skończ, bo nie powiem jak Twój ojciec się nazywa Bartłomieju....
-No powiedz, a Cię...- Zbulwersował się Chomik

Filonek machnął płetwą w geście uspokojenia przyjaciół.
-Chłopaki.. ale mnie trzustka nap...ierdziela- wyżalił się Jezus
-Bartłomieju jaka diagnoza? - spytał spoufalając się Filonek
-No na[rąbał] się chłopak - stwierdził mecenas medycyny, a przy okazji amator zupy grzybowej.
-O to nie jest śmieszne... - zawył z bólu Mesjasz - Czuję jakby coś przesuwało mi się w środku... Chryste tam coś żyje- Wezwał swoje imię nadaremno.
-No co tasiemiec żyje, co innego w brzuchu żyć może?- Podsumował Pulchny Kocur.
-Ano futrzak ma racje, wyjadałeś ze śmietnika, świniom z koryta podjadałeś, chlałeś pampy z osiedla za 7 złote, to tak się kończy żywot menela - Podsumował w jasnych barwach Jezusa, nie kto inny jak Filonek
- Co wy gadacie!! - Oburzył się Jezus - Nigdy nie zszedłem z ceny prowiantu, poniżej 4 złote!! - sprostował oczywistą oczywistość Jezus
- O Ty burżuju je[den]! -Oburzył się Bartłomiej - Ja nigdy powyżej 3 złoty nie schodzę!! Zawsze pije komandosa, obok Zośki za 2,50 zł! I jeszcze mam dwie fajki na sztuki za 20 gr i na styk starcza na zapałki... wszakże szlachta z drewna, co nie?. - Przetoczył swoje codzienne zapotrzebowanie na kalorie i proteiny, oraz witaminy B16 na zdrową, lśnią sierść.
- Dobra, mniejsza o to, co kto lubi i co kto pije, idziemy panowie, leśna dama nie może czekać- Przekazał rozkaz Filonek i raźnie ruszyli przed siebie. Przed nimi wyrósł niepozorny krzaczek. A zza niego co najmniej mocno owłosiona istota o nieidentyfikowanych zamiarach:
- Jam jest Bobek - zakrzyknęła istota trzymając się za zabandażowany łeb - Słuchajcie mnie straceni... Słuchajcie mnie...nie możecie wejść do tej krainy. tam jest tylko płacz i rozpacz, ni poświęcajcie swoich krystalicznych dusz...
- Weź spier[rniczaj], 0!- oburzył się Jezus, chcąc pozbyć sie natręta aby uniknąć przykrych porównań owej istoty do jego skromnej osoby -Takimi plotkami to mnie stara straszyła jak owsianką inie chciałem wpier[mniczyc].
- Dobra ch[amie] wyskakuj z kasy i z komórki - rzekł bez ogródek Bartłomiej po czym skosił biedną istotę na ziemię, niestety bezcelowo, bo jak sie okazało, jedyne co miał przy sobie owa istota, to wszy i pchły, jednakże nie mogąc sobie przypomnieć gdzie skupują owe obiekty na rodzimym osiedlu, bohaterowie jedyne co mogli zrobić by ukoić niezasłużone i niczym uzasadnione cierpienie napotkanej istoty, to oddać na nią mocz, następnie bez dalszych skrupułów ruszyli w dalszą drogę w stronę doliny Muminków.

Szli raźnie wzdłuż pięknie ułożonej różnokolorowymi kamieniami dróżki trzymając się za rączki, słoneczko przyjacielsko się do nich uśmiechało, nieśmiało wychylając się zza białych chmur, a równolegle nich, gdzieś na skraju lasku piękna łania w geście przywitania przyjacielsko zaryła po jeleniemu, wraz z swoimi dwoma cielakami biegli równolegle z naszymi przyjaciółmi, delikatny wiaterek wiał im na twarz przynosząc z sobą barwne płatki polnych kwiatów.

Ich sielanka być może trwała by w najlepsze, gdy by nie spotkała ich kolejna niecodzienna osobistość,która siedziała na drewnianym płocie obok dróżki po której poruszali się bohaterowie. Jegomość, odziany w tandetny, słomiany kapelusz, dzierżący w swej niezgrabnej łapie laskę kiełbasy.

-Ahoooj przybysze!!- Zawyła postać, hapajac kiełbasę i dławiąc niemiłosiernie przy tym, a spod kapelusza wyłoniła się hipopotamia morda, szeroko się uśmiechająca unosząc nadgryzioną kiełbasę do góry

-O zesz...- rzekł Bartłomiej, chyląc się ku uszka Filonka - Może ten będzie mieć coś floty? - spytał się szukając w oczach towarzysza grama zrozumienia, a jedyne co zastał u nich, to przekrwione białka żółwich oczu, które widać było że tęsknią za bujnymi lasami Galapagos, w miejscu w którym wychował się Filonek, no i wczorajszą imprę na dworze Boga-Cesarza, oraz te 0,5l Sobieskiego które wydoił, niezważając na to że owy szlachetny trunek ma doustnik, być może trochę polało mu się po oczach podczas dojenia grzdylem.

Nowo poznany przybysz podrapał się dziarsko w miejscu gdzie kręgosłup traci bezpowrotnie swą szlachetną nazwę, czyli kolokwialnie mówiąc po dupie.
-Przybysze, co jest z wami?- Zagadnął ponownie, aczkolwiek z nutką nonszalancji do bohaterów.
-Szukamy drogi... do doliny Muminków... Wiesz dziwolągu, gdzie to?- Odsapnął z nieukrywanym trudem Kotecek
-No pewnie, jestem Muminkiem, dolina Muminków to mój dom.- Kontynuowała postać, ponownie nadgryzając kiełbasę
-Ty ziomek, powiedz czemu tak żresz tą kiełbasę? Na wadze byłeś i Cię na głodzie trzymali czy co? - Bartłomiej nie krepował w słownictwie.
-Moja matka mi mówiła, że kiełbasa to jest siła!!- ryknął przepłaszając nieopodal zamieszkujące stado kaczek w stawie, unosząc ręce w geście kozakiewicza.
-Boże... Pies Cię nosem trącił, powiedz tylko gdzie jest dolina muminków, bo szukamy sagali - Podsumował Jezus, który póki co cierpliwie znosił nowo poznanych przybyłych
-A zatem w drogę! Zaprowadzę was tam, Chodźcie za mną, pokażę wam drogę. - Rzekł jegomość i wkrótce cała piątka trzymając się za rączkę i kiełbasę ruszyli w stronę zachodzącego słońca.
 
__________________
Jednogłośną decyzją prof. biskupa Fiodora Aleksandrowicza Jelcyna, dyrektora Instytutu Badań Nad Czarami i Magią w Sankt Petersburgu nie stwierdzono w naszych sesjach błędów logicznych.
"Dwóch pancernych i Kotecek"

Ostatnio edytowane przez Extremal : 13-01-2008 o 18:37.
Extremal jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169