lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/)
-   -   [18 + Zew Cthulhu] - MISTERIUM (http://lastinn.info/archiwum-sesji-rpg-z-dzialu-horror-i-swiat-mroku/8961-18-zew-cthulhu-misterium.html)

Tom Atos 21-03-2012 11:08

Ktoś krzyczał. Przeraźliwie, nieludzko, jak zwierzę. Hiddink trzymał dłonie przy zalanych krwią ghulicy oczach i dopiero po chwili doszło do niego, że to on wrzeszczy. Gdy tylko sobie to uświadomił przestał czuć ból, przestał czuć cokolwiek. Stracił świadomość.
Nie wiedział jak długo był nieprzytomny. Stracił poczucie czasu. Świadomość wrócił wraz z palącym pieczeniem. Nowym bólem oczu i starym gardła, płuc, serca i całej reszty na jaką się składał.
Ostrożnie powoli otworzył powieki. Bał się jak diabli. Bał się że nie dostrzeże różnicy. Że ciemność zamkniętych powiek nie zmieni się pomimo ich uniesienia.
Ulga … ogromna ulga. Widział. Niewyraźnie, zamazanie, ale widział … zaraz ...
Wzrok Hiddinka choć z każdą chwilą zyskiwał na ostrości zmienił się. To było … dziwne. Na jego pole widzenia nałożyła się, tak właśnie nałożyła się jakby stara klisza. Widział coś jeszcze. Jakąś jaskinię, grzyby. To nie była halucynacja, to jakby miał brudne okulary.
Herbert zamknął oczy z całych sił i otworzył. Zamrugał oczami, potarł je nawet, ale dziwny widok ni ustępował.
- To ta krew. – domyślił się.
Spojrzał dookoła. Jego remington zamienił się w bezużyteczny szmelc. Wtem dosłyszał jakieś odgłosy w dole. Wyjrzał ostrożnie za barierkę. Udało się. Ha. Udało się zatrzymać maszynę. Rozpadlina się zamknęła.
Szeroki uśmiech wystąpił na usta Herberta. A jednak wygrali. Jednak rozbawienie nie trwało długo. Sukces nie był pełen. Herbert widział czwórkę swoich towarzyszy. Rannego Lucę, otępiałą Emily, ubrudzonego Waltera i Dwighta, który … rozmawiał z Rash Lamarem.
Hiddink wytężył słuch. Na szczęście akustyka sali była na tyle dobra, że bez trudu słyszał o czym rozmawiali.
Mogli odejść, lecz bez Emily. Garrett jeszcze się targował. Herbert go rozumiał. Bestia okazała się być całkiem rozsądna, ale … pozostawała bestią.
Herbert wyciągnął ładunki i obcinacz do cygar skracając lonty. Ułożył je równo przy barierce. Obok nich położył zapałki. Wziął do ręki Wembley i odruchowo sprawdził magazynek. Klisza na jego oczach wciąż utrudniała widzenie, a rewolwer nie był tak celny, jak sztucer. Lecz Herbert podjął już decyzję. Rash Lamar nie może wyjść z tej sali żywy.
Dla Betty, dla Artura, dla Emmy, dla wszystkich ludzi. Robił to dla nich.
Żeby mogli żyć, żeby mogli się nie bać. Żeby nie czuli tego co on, Luca, Emily, Walter, czy Dwight.

Teraz jednak czekał. Czekał co zrobi bestia, bo może … może da się ocalić choć towarzyszy. Hiddink nie chciał mieć ich krwi na swych rękach. Mimo wszystko był im coś winien. Był winien lojalność.

- Niech tylko wyjdą z sali, niech tylko wyjdą. – powtarzał jak mantrę biorąc w dłoń zapałki.
- A jeśli nie? Co wtedy? – myślał gorączkowo.
- Trudno. On nie może wyjść. Trudno. – powiedział mocno, stanowczo chcąc odegnać wątpliwości. Chcąc zagadać sumienie.

To będzie koniec. Jakkolwiek. W tą lub w tamtą.

hija 21-03-2012 23:00

Trwała.
Trwała a wokół niej w zwolnionym tempie w powietrzu wirowały krople gęstej, cięzkiej jak zywe srebro krwi. Kawałki mięsa. Drobne okruchy jasnych kości.
Wszystko, co kiedyś było jej siostrą.
Upiorny deszcz mieszał się ze łzami klęczącej dziewczyny, gdy okrutna stal przegryzała się teraz juz nie w ciało. W ziemię, na której leżała Teresa.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=0Su8LXNS16A[/MEDIA]


Słyszała jej śmiech. Słyszała przemądrzały szczebiot, gdy siostra udzielała lalkom składający się z wyssanych z palca faktów z zakresu paleontologii. Widziała jasne błyski słońca w rudych włosach siostry. Widziała rąbek sukienki tańczącej z wiatrem, siostrę na huśtawce w ogrodzie ich domu w Nowym Jorku.

Nigdy już tam nie wrócą.
Ani Teresa, ani Emily. Nie ma już sióstr Vivarro.
Jest trup i jest potwór.
Drżące palce w ostatniej chwili zaciskają sie wokół kolby rewolwera, który o mały włos nie grzmotnął o zroszoną posoką ziemię u kolan Emily.
Cholernie ciężko jest nie podnieśc go teraz, nie obąć lufy wargami w śmiertelnie czułym pocałunku. Nie poruszyć palcem. Nie upaść bez tchu tuż obok kochanego ciała.



Chwiejnie podnosi się z kolan i odwraca przez ramię.
Jej wzrok spotyka spojrzenie tego, który rozpętał to piekło. Który pozbawił wszystkiego, co kochane i bliskie.
Rash Lamar. Zdrętwiałe warg mną to imię jak najgorsze przekleństwo świata. Gdzie Haran? Przebiega jej przez myśl. Unosi broń, jakby nagle ważyła tonę. Jakby miała przewrócić się pod jej ciężarem. Mierzy prosto w niego. Mierzy, ale zanim strzeli, chce to jeszcze usłyszeć. Poznać robaczywą prawdę. Patrząc mu w oczy, pyta cicho. Wie dobrze, że ją słyszy.

- Dlaczego?

Armiel 21-03-2012 23:50

Stali i patrzyli w oczy arcydemona. W oczy węża. Słowa zastygły w powietrzu. Wszystko w sali z posągami zdawało się być zawieszone w powietrzu. Sekundy zdawały się być godzinami. Serca zdawały się pompować nie krew, ale czystą smołę – gorącą i lepką.

Dwight Garrett wysunął swoje żądanie patrząc spokojnie w oczy bestii. On już wiedział. Znał prawdę. Rash Lamar był poza ich zasięgiem. Kula, wypchnięta przez ciało demona upadła na ziemię z cichym stuknięciem.

Emily Vivarro mierzyła ze swojej broni w stronę białowłosego diabła. Ze zdziwieniem zauważyła, że ręce jej nie drżą. Któraś z ghulic syknęła i lufa broni trzymanej przez Vivarro zwróciła się w jej stronę.

- Dlaczego? – zapytała patrząc mu w oczy.

- Bo dla rodziny zrobiłbym wszystko – odpowiedział białowłosy kutrub bez chwili wahania i ze szczerością, która łamała serce. – Jak ty.

Ostatnie zdanie i spojrzenie złocistych, łagodnych oczu, zatrzymuje się na oczach siostrobójczyni. Pod takim wzrokiem dłoń Emily drży. Gniew, złość, nienawiść – wszystko wypływa z niej z falą niechcianych łez. Broń wypada z bezsilnej nagle dłoni i uderza o podłogę.

Walter ruszył w stronę płaczącej kobiety. Powolnym, chwiejnym krokiem. W połowie drogi poczuł jednak obojętność. Spojrzał na Emily zastanawiając się, co w niej widział. Spojrzał w stronę Rash Lamara. Zrozumiał, co się stało. Zrozumiał i mógł jedynie pogodzić się z losem.

Zignorowany przez wszystkich Luca Manoldi odpalił zapałkę i przyłożył ją do lontu. Zebrał resztki sił i cisnął wiązką dynamitu w stronę wypatrzonego punktu. Wymierzenie nie było łatwe, bo ręce chłopaka drżały, niczym w febrze. Był za słaby, by dorzucić do celu. Płonąca bomba upadła zaledwie krok od wybranego miejsca. Może wystarczy.

Hiddink czekał. Miał swój plan. Ale musiał poczekać, aż inni wyjdą. Serce biło mu coraz szybciej. Szaleńczo, dziko, grożąc przedwczesnym zejściem niemłodemu już przecież mężczyźnie.

- Nikt więcej nie musi umrzeć – powtórzył Rash Lamar, kierując słowa w stronę Dwighta. – Rozumiem troskę o stado. Doceniam ją. Możesz ją zabrać. Możecie odejść wszy ....

HUK! Potężny, świdrujący uszu huk pod jedną ze ścian. To wybuchł dynamit ciśnięty dłonią młodego Manoldiego. W miejscu eksplozji unosił się pył i piasek. Gęsta, opadająca powoli chmura piaskowca, z której z łoskotem wytoczyło się ... koło zębate. Po chwili jednak koło straciło rozpęd i upadło tuż obok zmasakrowanej nogi Luci, kawałek od pokrwawionej, poszarpanej nogawki.

- Zabierz stąd swoje stado, nim zmienię zdanie – czy Garrettowi się tylko wydawało, czy też stwór wydawał się być ... rozbawiony aktem desperacji Manoldiego.

Rash Lamar wykonał ruch dłonią i wrota do sali przywołań otworzyły się z cichym zgrzytem. Za nimi ocaleni badacze ujrzeli ghoule. Tuzin, może nawet dwa. Potwory spoglądały w ich stronę, a Rash Lamar syknął na nie. Przez chwilę pokazał demoniczną, złą twarz. Oblicze prawdziwego diabła. Podziałało. Ghule zaczęły ... znikać. Jedna po drugiej, samice wchodziły w załamania korytarza, w cienie i ... znikały.

- Powtarzam po raz ostatni – łagodny wyraz twarzy bestii zmienił się. Pojawiła się w nim rysa. Niewypowiedziana groźba. – Możecie odejść.

Niewypowiedziana groźba przyjęła jednak realny kształt.

- Każdy, kto mnie zaatakuje, mnie lub moje stado, umrze. Tu i teraz. Doceniłem waszą odwagę. Teraz wy doceńcie moją wspaniałomyślność.

Mansur podszedł bliżej Dwighta po drodze podnosząc z piasku swoją szablę.

- Udało się nam. Powstrzymaliśmy go. Dalsza walka byłaby głupotą. Chodźcie.

Arabski wojownik odwrócił się i chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.

- Chodźcie. Za pół tysiąclecia on znów spróbuje – usłyszeli słowa syna Borzy. – Będziemy mieli więcej czasu na przygotowania.

Ostatnia wystrzelona przez kogoś kula wynurzyła się z brązowego ciała Rash Lamara i z brzękiem spadła na kamienną posadzkę starożytnej świątyni.

- To koniec – powiedział Rash Lamar. – Do was należy jego ostateczny kształt.

* * *

Decyzje. Podejmowane szybko nigdy nie są dobre. Czy tak było i tym razem? Pewnie nigdy się nie dowiedzą.

Dwight w milczeniu odwrócił się od Rash Lamara i rzucając coś do swoich przyjaciół, najpierw podszedł do pełzającego po ziemi Luci. Przerzucił sobie jęczącego chłopaka i chwiejnym krokiem ruszy w stronę drzwi.

- Pośpieszcie się – ponaglił wahających się Waltera i Emily.

Na odchodne rzuci jeszcze do diabła przez ramię.

- Pewne rzeczy nigdy się nie kończą...

Rash Lamar uśmiechnął się. Był to uśmiech wyjątkowo osobliwy i ciężko było zrozumieć, co arcy wąż chciał nim wyrazić.

Hiddink poruszony najwyraźniej widokiem wypluwanych kul i liczniejszych zastępów ghuli, a także sukcesem w negocjacjach handlowych ze swego balkonu zakrzyknął:

- Rash Lamarze! Masz coś, co należy do mego syna. Artura Hiddinka. Masz jego duszę. Uwolnij ją, bym ja także mógł odejść!

Jak każdy dobry negocjator Herbert starał się nie grozić bestii. Lecz wstając by być dobrze widoczny z dołu trzymał wciąż w ręku dynamit. Był gotowy do ostatniej walki. Nie musiał.

- Wagonov. To on zaklął i uwięził duszę twojego syna.

Rash Lamar podszedł do ciała brodatego ruskiego. Pochylił się. Sięgnął po jakiś przedmiot. Przedmiot, który trzymany w dłoni za sprawą jednego słowa wyśpiewanego przez kutruba rozsypał się w ... chmurę piasku.

Hiddnik nie miał powodu by nie wierzyć w ruch Rash Lamara. Nie wiedział, czy nie jest to blef, ale to kutrub rozdawał wszystkie karty. Znaczone karty.

- Twój syn jest wolny. Wracaj do niego.

Hiddink westchnął ciężko, rozdzierająco i ruszył w stronę drogi, którą przyszedł.

Kiedy cała grupa, wraz z Mansurem, znalazła się na korytarzu, metalowe, potężne wrota zamknęły się za ich plecami. Kiedy wychodzili ze świątyni, odprowadzały ich wzrokiem paskudne rzeźby na ornamentach. Milczący i wieczni strażnicy więzienia diabła.

Szóstka ludzi opuszczała zagrzebaną w zasolonych piaskach świątynię. Za nimi pozostawała mroczna przeszłość, przed nimi niejasna przyszłość. Żyli. Chociaż w środku niektórzy z nich umarli w tym zapomnianym więzieniu diabła.

Na zewnątrz czekały na nich niespokojne cienie. To byli ocaleni w rzezi wojownicy Mansura syna Borzy. Ledwie garstka, lecz lojalna do samego końca swemu przywódcy.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=cRt2o5MqE9E[/MEDIA]


EPILOG


Pewne historie tak naprawdę nigdy się nie kończą. Bo cóż z tego, że powstrzymali rytuał Misterium, że pokrzyżowali plany Rash Lamara, że wybili większość wrogów prawie likwidując szaleńczy kult ghuli.

Jednak cena, jaką za to zapłacili, była wysoka. Nikt z tych, którzy przetrwali koszmar Misterium, nie mógł już powiedzieć, że jest tym samym człowiekiem, którego los rzucił w wir szaleńczych wydarzeń.

Zmienili się i zmiany te nie dotykały tylko i wyłącznie ciała, lecz sięgały głębiej: do umysłów i dusz. Tam, gdzie tak naprawdę płonie iskra człowieczeństwa i ogień osobowości.

Każde z nich wiedziało, że pokrzyżowanie planu demonom pozostanie tylko sekretem wąskiego grona osób i nigdy nie opuści tego kręgu. Pewne tajemnice powinny zostać w ukryciu.

Powrócili do USA za resztę pieniędzy ufundowanych przez Brandta.

Złamani bohaterowie zmuszeni do pogrzebania w piaskach Wielkiej Pustyni Słonej swoich serc.

Mansur syn Borzy i niedobitki jego wojowników pomogli im w opuszczeniu Persji, kiedy już wykurowali się na tyle, by móc podróżować o własnych siłach. To dzięki im kontaktom oraz złotu znaleźli statek płynący do Wielkiej Brytanii, skąd transatlantykiem w dobrych warunkach dostali się do Nowego Yorku.

To było dla nich jak cofnięcie się w czasie. Z tym, że nie każdemu to cofnięcie się udało. Wracali bez Amandy Gordon oraz bez Leonarda Lyncha. Bez Borii i Dimy. Ludzi, którzy zaczynali z nimi tą przygodę, ale którzy nie mieli tyle szczęścia i zginęli. Albo mieli. Wraz z upływem czasu wszystko mogło ulec przewartościowaniu. Ich śmierć powinna zostać tajemnicą. Oficjalną winę przyjęli na siebie ludzie Mansura. Oficjalnie to oni odpowiadali za śmierć Borii, Amandy i Leonarda. Ciała, pogrzebane w bezimiennych mogiłach w odludnych osadach, nigdy nie mogły zostać poddane ekshumacji.

Wyjeżdżając z Persji wiedzieli, że Mansur zajmie się zabezpieczeniem ukrytej świątyni, ale niektórzy z nich pewnie mieli własne plany. Ładunki wybuchowe mogły zawalić komnatę, ukryć ją przed oczami niepożądanych osób. Oczywiście pozostał jeszcze Rash Lamar. Ta dziwna bestia, która okazała się ... nieprawdopodobnie ludzka. Przerażający stwór, który darował im życie. Pozostawało jedynie pytanie, – czemu to zrobił? Pytanie, na które jak na razie nie otrzymali odpowiedzi.

Podczas tej wyprawy zdarzyły się rzeczy plugawe, straszne i szalone, ale też wydarzyły się dwa cudy.

Pierwszy – fakt powstrzymania Baphometa przed powrotem z piekielnego więzienia. Chociaż o tym nie mogli wiedzieć, takie cuda zdarzały się już nie raz w dziejach mrocznego świata. Lecz ludzie, bardzo często przypadkowi, którzy dokonywali takich nieludzkich wyczynów, do końca życia nie dzielili się z nikim swoimi przeżyciami. Może dlatego, że sami pragnęli zapomnieć.

I drugi cud – dużo większy w skali kosmosu – uratowanie Domenico Manoldiego. Chłopca, któremu poświęcenie Lyncha nie tylko przywróciło ludzki wygląd, ale także litościwie zabrało pamięć. Ostatnim, co pamiętał braciszek Luci, to był moment, w jakim ustawił się po zupę. Ten moment, który zmienił życie Luci. Który okaleczył jego nogę, bo mimo, że jednak nie była ona urwana, to obrażenia spowodowały poważne ubytki w ciele i osłabiły kość. Luca Manoldi już do końca swojego życia został skazany na chodzenie o lasce. Ale żył i dokonał niemożliwego.

Wracali. Złamani i milczący, niepotrafiący odczuwać prawdziwej radości z sukcesu. A kiedy ujrzeli znajomy widok Statuy Wolności wiedzieli już, że to koniec. Walter Chopp znał to uczucie. Tak właśnie czuł się kilka lat temu, wracając z frontu. Zakończył zabijanie. Osiągnął cel. Przeżył. Ale ... właśnie ... ale. To jedno słowo, które radość zwycięstwa przemieniało w smak czegoś zgoła przeciwnego.


* * *

Nagrobek był mały, ale solidny. Litery układały się na nim w boleśnie znajome nazwisko HIERONIM WEGNER. Dowiedzieli się, że zginął mniej więcej w tym samym czasie, jak oni o mało nie pożegnali się z życiem w Kairze. Spadł ze schodów. Nieszczęśliwy wypadek. Tak opisała to policja. Oni wiedzieli swoje. Wiedzieli, że ludzie Wagonowa w końcu odkryli fakt, że stary niemiecki okultysta węszy koło ich organizacji i załatwili sprawę w sposób, w jaki zazwyczaj ją załatwiali.

W Bostonie to stary Niemiec był ostatnią ofiarą Misterium. Teodor Stypper wyszedł z ran i wiódł dalej spokojny żywot sprzedawcy domów. Już na własny rachunek. Do roku 1932, gdy jako jedna z ofiar Wielkiego Kryzysu, powiesił się w swoim gabinecie.

W Nowym Yorku o śmierć otarł się Jazon Brandt, ale stary policjant był twardym orzechem do zgryzienia, nawet dla ghouli. Wylądował w szpitalu, ale w styczniu 1922 roku wrócił do czynnej pracy na rzecz swojej fundacji. Jak zawsze stał z boku. Jak zawsze pomocny. Aż do marca 1924 roku, kiedy ciało zwyczajnie odmówiło mu posłuszeństwa, i zmarł na zawał w wieku 67 lat. Na pogrzebie zgromadziły się tłumy nowojorczyków. To było ostatnie miejsce, gdzie uczestnicy szaleńczej eskapady przeciwko kultystom spotkali się ponownie razem.


Ale i oni mieli swoje sekrety i swoje tajemnice. Tajemnice, które w końcu wyciągnęły po nich dłonie.

emilski 25-03-2012 00:50

-Panie Hollins, próbowałam... - sekretarka właściciela największego domu towarowego w Bostonie wpadła do jego gabinetu tuż za mężczyzną, który zdawał się nic sobie nie robić z jej walecznych prób nie wpuszczenia go do środka.

Pan Hollins oderwał wzrok od ważnych papierów i popatrzył na rozgrywającą się przed nim scenę.



Był przyzwyczajony. Ludziom pracy mało się płaciło, niektórzy z nich nie wytrzymywali tego nerwowo. Jego gabinet widział już niejedną taką scenę. Zdesperowany subiekt wpadający do środka z ostateczną propozycją. Gwarantem pozytywnej odpowiedzi zawsze było wtedy życie jego, albo jego dzieci. Hollins napatrzył się już na takie rzeczy. Napatrzył się i przyzwyczaił się, zobojętniał. Rozumiał, że pannie Wilkins nigdy nie udawało się zatrzymać desperatów, więc nie był na nią zły. Po prostu podniósł oczy znad papierów i... zdębiał.

Stał przed nim Walter Chopp. Główny księgowy jego domu towarowego. Pracownik, dzięki któremu potrafił nieraz osiągać nadzwyczajne profity z działalności, kiedy trzeba było umieć być elastycznym i nie dać się zagiąć liczbom, które łypały bezlitosnym wzrokiem z księgi przychodów i rozchodów.

Jego najlepszy pracownik, ale i przyjaciel, z którym po śmierci, gdzie tam śmierci: po morderstwie jego żony, zaczęło dziać się coś niedobrego. Właśnie dlatego, że Walter był również jego przyjacielem oraz dlatego, że Hollins wiedział, co dla jego przedsiębiorstwa jest najlepsze, dał mu trzy miesiące urlopu na podleczenie swojego stanu psychicznego. Właśnie: trzy miesiące. Trzy, a nie pół roku. Walter zniknął na cholernie długo. Hollins rozpuścił wszędzie swoje wici, ale nie mógł się w żaden sposób dowiedzieć, co stało się z jego księgowym. W końcu musiał się poddać i zatrudnić w jego miejsce Abrahama Collinsa. Nie był z niego tak zadowolony, jak z Waltera, ale nie miał innego wyboru.

A teraz ten zagubiony Chopp, syn marnotrawny, można by powiedzieć, staje u jego biurka. Hollins w pierwszym odruchu chce powiedzieć: -Chyba cię pojebało, Chopp! Ale gdy tylko spostrzega jego twarz oraz spojrzenie, które wyrażały... no właśnie, tak jakby kompletnie nic nie wyrażały, poza jakąś niezgłębioną pustką oraz słowami, które były ukryte gdzieś na dnie jego spojrzenia: -Zamknij się i wyrzuć tego Żydka z mojego gabinetu. Teraz!

Hollins wyciągnął rękę do swojego najlepszego księgowego, po czym gwałtownie się zaczerwienił, gdy zamiast dłoni, przyszło mu uścisnąć tylko kikut. Spanikował wtedy kompletnie i, usłużnie się kłaniając, wbiegł do gabinetu, na którego drzwiach tkwił napis: Abraham Collins.

-To koniec, panie Collins. Niestety, ale nie sprawdził się pan.

***

Dotyk Baphometa bardzo go zmienił. Walter przestał być wreszcie miotającą się jednostką, która wciąż chciałaby być tak, jak ktoś inny, ale stał się... no właśnie, sam do końca nie wiedział kim. Bo tak naprawdę, nie wiedział, że Baphomet go dotknął. Nie wiedział, że zostawił w jego sercu coś bardzo, ale to bardzo ważnego: część siebie. Chopp nie wiedział, że nosił w sobie teraz element przedwiecznego zła, które już na zawsze będzie w nim tkwiło, czyniąc z niego powiernika i strażnika rasy, która według większości ludzi na świecie po prostu nie istnieje.

Walter nie wiedział tego wszystkiego, a mimo to, był kimś zupełnie innym. Wszystko, co robił od powrotu z dalekich krain, robił instynktownie, czując w środku, że jest to właśnie to, co powinien zrobić. Przede wszystkim zobojętniał. Tak mogli to ocenić postronni obserwatorzy. Mogli, ale nie musieli, bo Chopp potrafił świetnie kamuflować swoją nową cechę. Potrafił brylować w towarzystwie, jednocześnie mając ich wszystkich gdzieś.

Jego obojętność tkwiła głęboko w jego wnętrzu i wynikała z tego, że doznał iluminacji. Zrozumiał, że to wszystko nie ma żadnego znaczenia. Wszystko.

A instynkt samoczynnie kierował go ku jedynej rzeczy, która była ważna.

***

Zostawił ich wszystkich w cholerę. Postawił wreszcie nogę na lądzie i od razu skierował się do swojego mieszkania, o którym teraz myślał jak o swojej pieczarze. Zostawił ich za sobą i nie czynili mu żadnych przeszkód. Nie musiał im się tłumaczyć, ani udawać, że ma zamiar zrobić coś innego, niż naprawdę zrobi. Jedynie ta Emily, ta kobieta, co nie pozwoliła swojej siostrze poświęcić życia w imię czegoś ważnego, jedynie ona stanowiła jakiś problem, bo zagadywała do niego podczas rejsu. Chopp dał sobie z nią świetnie radę, ale kosztowało go sporo energii, żeby po staremu reagować na jej wdzięki, a jednocześnie informować, że ma się wiele spraw do załatwienia w Bostonie. Najważniejsze, że się udało. Walter pozbył się całego balastu i mógł zacząć żyć. Teraz już jako człowiek zupełnie świadomy.

Zaczął od uporządkowania swojej pieczary. Pracował równo i systematycznie, niewiele myśląc o wykonywanych czynnościach. Mechanicznie pakował rzeczy do kartonów i wynosił je na śmietnik, aż mieszkanie stało się całkowicie puste. Zostało w nim tylko łóżko oraz krzesła i stół w kuchni, żeby mógł dalej spędzać w niej swoje ulubione chwile z panoramą rozświetlonego Bostonu w tle.


Miasta, które stanowiło niegdyś dla niego niezbadany labirynt ludzkich uczuć i pragnień, a teraz było po prostu papierową scenografią dla wydarzeń, które kiedyś nadejdą, a za które on będzie odpowiedzialny. On i ta część Baphometa, która była w jego sercu.

Ale Walter wciąż o tym nie wiedział. On tylko robił to, co czuł, że się liczy.

***

Zaczął od ułożenia sobie spraw bytowych, bo przecież każdy, nawet on, musiał jeść. Najpierw poszedł do banku sprawdzić swój numer konta. Znalazł na nim całkiem niezłą sumkę, która pozwoliłaby mu cieszyć się jakiś czas szczęściem nicnierobienia. Nadawcą był niejaki Jason Brand. Walter uśmiechnął się. Przypomniał sobie chwile spędzone z tym człowiekiem i pomyślał: „Szkoda, że już nigdy nie będziemy po tej samej stronie”.

Mimo tego wrócił do Hollinsa, żeby stworzyć sobie pozory normalności i pełnego człowieczeństwa. Czuł, że tak powinien zrobić.

Później zaczął gromadzić materiały i przygotowywać się. Musiał nauczyć się kilku nowych słów, zrozumieć kilka ustępów z zakazanych ksiąg, przyswoić sobie techniczne aspekty sprawy. Wieczory spędzał na cmentarzu. Nie odbywał tam rytuałów. Po prostu przebywał i czuł obecność. To mu wystarczało. Obecność jego braci i sióstr dodawała mu sił i umacniała jego pozycję. Wkrótce, gdy tylko spojrzał w lustro, wiedział że jest już gotów.

***

-Czego? To teren prywatny! - Igor Zaprzensky jak zwykle uprzejmie witał się z obcymi. Ale tym razem szybko spuścił z tonu. Nie pamiętał, żeby widział kiedykolwiek tego człowieka, ale gdy tylko wysiadł z samochodu i powiedział do niego: „Chcę dziś wziąć udział w rytuale”, poczuł, że dotknął go zaszczyt. Kłaniając się, wskazał Walterowi swoje skromne progi. Dwukolorowe oczy gościa były dla niego wystarczającym znakiem.

arm1tage 28-03-2012 16:11

To wszystko.

The end. Happy end. Widok mojego ukochanego miasta przywrócił mnie do życia. Blaski na drapaczach i zwycięsko wyciągnięta dłoń Statuy sprawiły, że przybledło to wszystko co zatruwało moje sny, złe wspomnienia zamknąłem gdzieś na dnie mojej psyche. Mijały miesiące...Dobre rzeczy, praca zawodowa, nowa miłostka, powolny spacer Piątą Aleją, szachy z przyjacielem w Central Parku...Krok po kroku dobre wspomnienia przesłoniły te straszne. Z każdym dniem wydają mi się coraz bardziej odległe, jak odpływające we mgle statki...Pozbierałem się, jestem innym człowiekiem.

Gówno prawda.

Popatrz na mnie. Nie wstydź się swoich sądów, swoich myśli. Bełkoczę tak, że ledwo sam siebie rozumiem. Zobacz, jak trzęsą się moje dłonie. Nie ma żadnego happy endu. Niech cię nie zwiedzie mój elegancki strój, to jedyne co zostało z mojego dawnego życia. Popatrz na mnie, jak naprawdę skończyłem.






Siedzę, już ledwo przytomny od kolejnych kolejek, upity jak ostatnia świnia, siedzę naprzeciw ciebie w tej podłej spelunie i opowiadam Ci tę całą historię. Wiem, że masz mnie za kompletnego wariata...i...pewnie masz rację. Za alkoholika, i tu masz rację na pewno. Któżby uwierzył w te niedorzeczne opowieści, których nie chcę opowiadać, ale które same gdy tylko wychylę po przebudzeniu kolejną ćwierć - same wylewają się ze mnie, jak żółć. Rzygam gdzie popadnie tymi historiami, których mój umysł po prostu chce się pozbyć - ale to niemożliwe. Na zawsze wżarły się we mnie, pożarły mnie od środka, wypluwając żałosny, rozdarty strzęp człowieka szukający ukojenia w jedyny sposób jaki pozostał. Schlać się, zeszmacić jak ostatnia łajza, zniszczyć każdą myśl, paść tam gdzie piję i w kałużach wymiocin i szczyn znaleźć swoje zapomnienie. Nie myśleć, nie być, nie widzieć wciąż tych okropnych obrazów z tej fantasmagorycznej, obłędnej podróży. Ty oczywiście w nią nie uwierzysz, ale i tak...i tak jestem Ci wdzięczny za to że w ogóle mnie wysłuchałeś...Zazwyczaj inni...Nie chcą słuchać...Któż słuchałby żałosnego, bezdomnego, zapijaczonego szaleńca...

Nalej...Nalej mi jeszcze...





* * *



Nie mógł już dłużej mówić. Dwight Garrett leżał, pokonany przez alkohol. Świadomość czmychnęła przy którymś słowie, po którejś z kolejek...Głowa brudnego, śmierdzącego pijaczyny leżała na knajpianym stole. Wyglądał jak pijaczyna, mimo eleganckiego garnituru i lśniącej bielą zawartości butonierki. Spał pijackim snem, charcząc i czasem machając rękoma leżącymi na blacie...Pewnie było kwestią czasu, gdy kelner odnajdzie ten zapomniany, skryty w mroku zakątek baru i lokatora kąta, który miał dość - a potem wyrzuci go po prostu z obrzydzeniem w uliczne błoto.

Człowiek siedzący naprzeciwko wydawał się nadal trwać zasłuchany w pijacką historię, która się urwała. A może po prostu historia tak się zakończyła. W końcu jednak słuchacz drgnął i rozejrzał się bystro, a potem odszedł w stronę baru, do kelnera, bez słowa płacąc tam za wszystkie puste już butelki stojące na stole. Mina tego człowieka nie zdradzała wiele, ale w rzeczywistości myślał intensywnie o wszystkim, co właśnie usłyszał. Choć nie dał po sobie poznać, był jednym z ludzi którzy byli w stanie uwierzyć w słowa kogoś takiego jak Garrett. Wierzyli, bo wiedzieli że nie są to tylko bajania pijanego szaleńca. Szybkim krokiem wyszedł z baru, skoncentrowany na celu. Trzeba było jak najszybciej opowiedzieć o tym pijaku komu trzeba. Komuś, kto krył się w cieniach. Komuś, kto dobrze zapłaci za tę informację. Komuś, kto nie może pozwolić by ludzie opowiadali o pewnych rzeczach. Komuś, komu zależy na tym, by pewne tajemnice nigdy nie zostały poznane przez zwykłych, szarych członków społeczeństwa.

Komuś, kto zadba o to, by ten cały Garrett już nigdy, nikomu nie opowiadał już takich historii. Żadnych historii. A przed bolesną śmiercią, by pijaczyna odpowiedział jeszcze na wszystkie pytania i wskazał innych którzy mogą też coś wiedzieć...Szkliste oko przemierzającego już zabłoconą, wąską uliczkę człowieka zabłysło, a na ustach pojawił się zły uśmieszek. Płotka płynęła ściekiem, na spotkanie grubej ryby - ryby która zaraz wynagrodzi oddanie płotki i umiejętność zdobywania przez nią informacji.

Tymczasem w knajpie, gdy tylko trzasnęły drzwi za nierzucającym się w oczy osobnikiem, kelner popatrzył niechętnie w stronę kąta zaśmieconego przez pijany, nieprzytomny wrak człowieka. Zaraz trzeba będzie ubrudzić łapy, unurzać je w wymiocinie...Dźwigać ciężką jak cholera bezwładną kłodę, aż do drzwi i wywalić ją na tyle daleko, by nie blokowała wejścia kolejnym klientom. Robota ta niestety była jednak nieunikniona, chwilę odraczało ją tylko to, że trzeba było odczekać- skoro nieznajomy płacił za pijaka a do tego zostawił napiwek, być może był kimś z jego rodziny i jeszcze stał gdzieś na zewnątrz.

Jednak tym razem, stał się cud. Kelner zdziwiony podniósł wzrok, gdy głowa leżąca na brudnym stole podniosła się ostrożnie, a jedno oko łypnęło. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy sylwetka pijaka podniosła się jak gdyby nigdy nic, poprawiając zabrudzone ubranie. A już najdziwniejsze było to, że ten człowiek wcale nie sprawiał już wrażenie pijanego...Lekko tylko wstawionym wzrokiem, w którym jednak był bystry błysk, ten ktoś kto udawał nieprzytomnego, teraz rozejrzał się uważnie. Przez moment ich oczy spotkały się, a potem facet jak gdyby nigdy nic wyprostował się i ruszył w kierunku lady.







Kelner, nadal osłupiały, przeniósł wzrok na banknoty o przyjemnie okrągłych nominałach, które znalazły się na kontuarze. Nagle przybyło ich jeszcze. I jeszcze.
- To na leczenie. - powiedział Garrett, prawie trzeźwym głosem.
- Leczenie?
- Tak, przecież ma pan bardzo słabą pamięć, prawda?

Nieznajomy wygłosił te pytanie, a następnie nie czekając na odpowiedź ruszył szybko do drzwi. Uchylił je, wyjrzał przez szparę. Potem zniknął kelnerowi z oczu, jednym prawie ruchem wyślizgując się jak piskorz na ulicę.

Do niezliczonych cieni, błąkających się w zakamarkach nowojorskich uliczek dołączył jeszcze jeden. Cisza nocy bywała złudna, zbierało się na deszcz. Gdzieś daleko zatrąbił samochód. A człowiek ze szklistym okiem sunął też szybko po niebezpiecznych kwartałach. W pewnym momencie zatrzymał się raptownie i obejrzał za siebie. Chwilę stał, wpatrzony w półmrok, kubły na śmiecie i przerdzewiałe nieco drabinki prowadzące na piętra domów. Obserwował przez parę sekund nieruchome cienie.

Nie zobaczywszy jednak niczego podejrzanego, ruszył w dalszą drogę, wbijając ręce w kieszenie i przyspieszając kroku.




* * *


Deszcz.

Papierosy, deszcz. Deszcz i tłumy. Marzec. Dla Jasona Brandta ostatni marzec. Sześćdziesiąty siódmy marzec życia. Zawał. Tak po prostu. Zawał, powiedzieli. Był kimś. Patrzę na tłumy nowojorczyków, którzy zgromadziły się dziś tutaj. Tak, był kimś. Przebiegam wzrokiem po dziesiątkach, setkach, tysiącach twarzy. Twarzy członków rodziny. Uczniów. Naśladowców. Ludzi, którzy go po prostu podziwiali. Ludzi, którym pomógł.

Wypuszczam chmurę dymu, otulając się nią cały. Zwłaszcza uważnie przyglądam się twarzom starych wrogów.

W takich momentach, lubią się ujawniać. Lubię takie momenty. Wciągam nosem zapach wilgotnej ziemi, zacinający deszczem wiatr targa moim płaszczem, tak jak odzieniami innych zgromadzonych na cmentarzu ludzi. Dalej, bliżej...Są jak drzewa, prawie nieruchomi...Rosnący dalej, bliżej miejsca, gdzie trumna idzie do ziemi.

A ja? Ja jestem gdzieś pomiędzy, pod jednym ze starych, prawdziwych drzew. Nie rzucam się w oczy. Obserwuję. Patrzę z ukrycia na tych, którzy kiedyś zjechali ze mną pół świata. Patrzę na nich, ale nie podchodzę. Dla ich bezpieczeństwa. Tak mówię, ale powód może być inny. Jeszcze raz, spotykamy się, historia zatacza koło. Przyglądam się po kolei każdemu, odświeżając sobie obraz ich twarzy. Zresztą, zmienili się. Niektórzy, nie do poznania. Niektórych nie widziałem latami, innym przyglądałem się już bliżej. Do niektórych chciałbym podejść, porozmawiać. Wiem, że nie mogę. Wypuszczam dym z papierosa, przesuwając się nieco bardziej za pień drzewa. Obserwuję, obserwuję dalej.

Głównie żyjących, ale poświęcam ostatnie spojrzenie Jasonowi, który znika pod ziemią. Był kimś. Dla tysięcy ludzi, którzy teraz też patrzą na znikającą trumnę, był kimś.

Dla mnie...Był po prostu przyjacielem. Tyle momentów w mej pamięci, które uprawniają mnie bym tak powiedział. Ale gdy go grzebią, myślę tylko o naszym ostatnim spotkaniu. Ostatniej grze. Jednej z tysiąca, a jednak innej. Pamiętam jego spojrzenie znad szachownicy, pamiętam kołyszące się drzewa w Central Parku. Partia, jedna z tysiąca, a jednak inna. Nie tylko dlatego, że ostatnia.

Pierwsza, w której z nim wygrałem. Pierwsza, a jak się właśnie okazuje, zarazem ostatnia...

Czy pozwolił mi wtedy wygrać? Nigdy się nie dowiem. Pozostanie to tajemnicą. Na tym polega piękno szachów. Na tym polega piękno życia...

Pierwsze garście ziemi lecą na trumnę, powietrze tnie czyjś głośny płacz. Potem łopaty grabarzy ładują już większe pociski czarnej gleby w dół. Nigdy się nie dowiem. Pozostanie to tajemnicą. Na tym polega piękno śmierci.







A ja? Nadal żyję. Tak, jestem teraz inny. Oczywiście, nic nie jest już takie samo jak kiedyś. Ktoś powiedział, że gdy zaglądasz w otchłań, ona zagląda w ciebie. Zajrzała i we mnie, a nawet we mnie pozostała. Właściwie byłem już trupem, właściwie prawie mnie pożarła. Jeśli wierzycie, w to co opowiadałem, pewnie i uwierzycie, że wydobył mnie z niej duch. Duch innego przyjaciela, przyjaciela z innego życia, z obcego kraju. Duch wojownika, który natchnął mnie na zawsze wolą walki. Uwierzcie, naprawdę tak było. A jeśli nie wierzycie, chuj wam w dupę. Otchłań nadal na mnie patrzy. Ale ja nauczyłem się żyć pod jej nienawistnym spojrzeniem, kłującym mnie z każdego rogu, z każdego cienia, z każdego snu. A przyjaciele nauczyli mnie patrzyć w tę otchłań nie opuszczając wzroku. Niektórzy z nich jeszcze żyją, inni odeszli. Odeszli, ale do końca pozostali sobą. Ja też taki pozostanę. Nadal lubię ten deszcz, nadal kocham to miasto. Nadal warto żyć, choćby dla tego dymiącego papierosa, który trzymam pomiędzy palcami...


Warto, bo gra jeszcze się nie skończyła. Mimo że Brandta już nie ma, pozostawił po sobie jeszcze parę dobrych figur. Garrett nie odchodzi tak łatwo od szachownicy. Znacie mnie przecież.

Bogdan 28-03-2012 23:13

Luca Manoldi umarł. Tak jak się umiera na środku oceanu. Albo gdzieś pośród bezmiaru piasków pustyni. Zwyczajnie istniejesz, gonisz przez pół świata zatracony w gorączce własnych celów, obijasz się o rafy losu i… I nagle cię nie ma. Tak po prostu. Znikasz. Nie ma nic. Nawet ciała.
W ten właśnie sposób umarł dla świata Luca Mandoli. Gdzieś, pośród słonych piasków pustyni na końcu świata zniknął, i choć w wyniesionym na litościwych plecach pewnego twardziela z Nowego Yorku ciele ledwie tląca się iskierka życia nie zgasła zupełnie, to jednak historia Luci Mandoli dobiegła końca.
Skończyła się. Wszystko…



Sam chłopak, który niegdyś nosił to nazwisko przeżył. Choć zakrawało to na cud, sprawnie zaciśnięta opaska z poszarpanych szmat wystarczyła, by zatrzymać wyciekające życie. Potem już w konsekwencji kolejnego chyba cudu wylizał się z ran. Czy to dzięki nieznanym arkanom pradawnej sztuki medycznej pustynnych Beduinów, czy może organizm zdołał już wypracować skuteczne mechanizmy obronne, silne ciało młodego Włocha zdołało zwalczyć zakażenie ghoulim jadem i rany, chociaż paprały się długo, w końcu przyschły i się zabliźniły.
Gorzej było z nogą. Jak mawiają mądrzy ludzie zasada do trzech razy sztuka i tym razem dała dowód na swą słuszność. Noga była nie do uratowania. Zabrakło magicznych umiejętności Leonarda Lyncha. Zabrakło zwykłego uśmiechu losu. Ktoś powie, miał chłopak szczęście, bo choć wbrew temu, co sam będący w szoku widział i w co wierzył – eksplozja nie urwała stopy zupełnie, a jedynie porządnie ją poszarpała, to jednak sam poszkodowany widział sprawy w zupełnie odmiennym świetle.
Był kaleką! Niespełna osiemnastoletnim wrakiem. Bez zawodu, bez środków do życia i dachu nad głową. I kompletnie bez nadziei.

Wracał do Stanów. Wracali pozostali. Zabrali go ze sobą, bo cóż innego mieli zrobić? Zbyt wielu z nich pozostawili po drodze. Zabrali go więc. Potrzebnego jak piąte koło u wozu. Opryskliwego i pogrążonego w zgorzknieniu. Wciąż uparcie trzymającego się życia tylko przez jeden, jedyny imperatyw. Dostarczyć cało i bezpiecznie do domu ocalonego brata. Tylko na tym mu zależało. Tyle tylko pragnął osiągnąć. Cała reszta nie miała znaczenia. Cena jaką zapłacił za uratowanie brata była wysoka, w jakimś sensie nawet sprawiedliwa, jednak jakby Luca nie kalkulował, jakby nie próbował bilansować strat i zysków, to absolutnie nic nie rozświetlało mroku, kiedy spoglądał w swoją przyszłość. Pustka i beznadzieja. Tylko tyle widział dla siebie, więc na ile pozwalało kalectwo zajmował się bratem i… przestał patrzeć.



Dopiero Jason Brandt zaświecił płomień nadziei w życiu chłopaka. Z właściwym sobie uporem starego gliny oraz delikatnością drwala używając swoich byków dopadł go, osaczył opieką, potem złamał opór i wreszcie zmusił do współpracy. Stary, mądry Brandt…
Zajął się wszystkim.
Człowiek Brandta, typ o nalanej twarzy i karku, którego nie powstydziłby się nosorożec dostarczył Domenica wprost w ramiona rodziców. Radość była nie do opisania. Podobno….
Tak więc Domenico trafił do domu, a Luca do kliniki, gdzie wynajęci przez Brandta lekarze zajęli się tym, co zostało ze stopy Luci. Cudów dokonać nie potrafili, ale na nowo połamane i porwane kości i ścięgna poskładali z takim skutkiem, że stopa przynajmniej przestała sączyć cuchnącą ropą i puchnąć, a chłopak po długich miesiącach rehabilitacji zamienił kule na laskę.
Postęp.
Dla posiwiałego dwudziestolatka ogromny.

Żył. Funkcjonował. Pracował w Fundacji. Długi trzeba było płacić. Nawet komuś takiemu jak Brandt. Zwłaszcza komuś takiemu, jak Jason Brandt. Poszedł do wieczorówki. To był jeden z warunków pracodawcy. Jakiś czas potem samodzielnie prowadził jedną z placówek Fundacji – farmę w Puerto de Anarpa pod El Paso. Tamtejszy klimat służył nodze. Poza tym bał się wrócić do NY. Sprawa strzelaniny pod Cichą Cerkwią została zamieciona pod dywan i jak mówił Jason, ze strony policji nie miał się czego obawiać, jednak był jeszcze car i jego oprychy. W tych podłych czasach prohibicji bandziory wiedziały o wszystkim, o czym wiedziała policja, a on bał się, że swoją obecnością może zwrócić uwagę ruskiej mafii na rodzinę. Nie odwiedził ich więc ani razu. Nie dał nawet znaku życia. Dusza rwała się na strzępy, ale urodził się w Kalabrii. Wiedział więc, że istnieją ludzie, którzy zemstą karmią się równie skutecznie jak salami.
Walczyć? Kaleka o lasce? Nie, nie miał ani sił, ani środków. Ustąpił. Robił swoje. Najlepiej jak potrafił i na miarę swoich możliwości. Tak jak wtedy, kiedy po śmierci Brandta nie dopuścił do rozkradzenia funduszy Fundacji przez te dwie kanalie z zarządu. W zasadzie nie on, a Garrett. Z jego zlecenia, ale Garrett… Byli to winni staremu piernikowi…. Byli jak cholera – jak mawiał detektyw…. Ten jeden, jedyny raz nie szczędził na środkach i metodach.

Na pogrzebie się nie pokazał, bo wymagały tego sprawy w Atlantic City. Nie spotkał więc więcej nikogo z dawnych towarzyszy wyprawy do Persji. Zresztą nie szukał kontaktu. Blizny zarastały powoli, z wielkim trudem, a on nie chciał rozdrapywać starych ran.

Był już zupełnie innym człowiekiem.

Tom Atos 29-03-2012 11:43

Wydawca, koneser dobrych cygar, szybkich aut, człowiek dobrze sytuowany, wpływowy członek socjety, mąż i ojciec. Jak do tego wrócić? Jak wrócić do czegoś co minęło? Co zginęło przez ostatnie miesiące? Jak? Jak wrócić do Herbert Josepha Hiddinka?

Mężczyzna przymknął oczy siedząc na leżaku górnego pokładu transatlantyku płynącego do Ameryki. Nie pomaga. Nic nie pomaga, ciągle widzi tą cholerną kliszę, a pomimo bryzy znad oceanu wciąż czuje
ten grobowy smród.
- Memento mori. – mruknął kpiąco się uśmiechając, by po chwili zanieść się kaszlem.
Zdrowie Herberta podupadło. Gdy wszystko się skończyło katowane tyle czasu ciało doszło do głosu przypominając ile ma lat. Hiddink większość podróży albo drzemał, albo leżał niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Ograniczając swe czynności tylko do tego co niezbędne. Po opuszczeniu świątyni ogolił się pierwszy raz dopiero na statku. Czuł się zmęczony, potwornie zmęczony.
- Gdyby nie Artur … - Herbert wyciągnął rękę by pogłaskać główkę Mini, która zwinięta w kłębek leżała na jego kolanach. – zostałbym kloszardem w Paryżu, a ty byś się stołowała w śmietnikach. Chodźmy mini czas się przygotować. Dopływamy do Ameryki. Schowam Cię do kufra. Bądź cichutko, bo inaczej wezmą Cię na kwarantannę.
Herbert poprawił przeciwsłoneczne okulary na nosie i dźwignął się ciężko pomagając sobie drewnianą laską. Miał nowy nieodłączny zestaw podróżny z którym się nie rozstawał. Okulary, laska i wembley w kieszeni. Przygarbiony jakby mu przybyło dwadzieścia lat powlókł się do kabiny. Zmarzł.


Taksówka wiozła go do domu przez zatłoczone ulice Bostonu, który ku jego śmiesznemu rozczarowaniu nie zmienił się ani trochę. Wciąż był tak samo gwarny, ludny, zabiegany. Mrowisko, gdzie mrówki biegają tam i z powrotem załatwiając swe małe mrówcze sprawy. Podjazd przed domem był porządnie odśnieżony. Zapłacił. Nagle drzwi się otworzyły i z domu jak z procy wybiegła Betty.
- Tato! – jej krzyk rozległ się w mroźnym powietrzu. Wpadła na niego omal go nie przewracając.
- Wróciłeś! Mamo! Mamo tata wrócił! – zawołała piskliwym dziewczęcym głosem.
- Ciszej dziecko. – mruknął Herbert zmęczonym głosem tuląc do siebie córkę. – Tak wróciłem.
Emma która wybiegła z domu była bardziej powściągliwa. Na widok męża załamała ręce.
- Herbert jak Ty wyglądasz? Boże co się z Tobą działo? – podeszła powoli i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pogładził go po policzku.
- Co z Arturem? Muszę jechać do niego. – spytał Hiddink idąc w stronę domu wsparty na ramionach obu kobiet.
- Artur jest w domu. W swojej sypialni. Śpi. Odzyskał świadomość, ale lekarz mówi, że ma kłopoty z pamięcią i jest bardzo osłabiony. Co Ci jest? – ostatnie pytanie Emmy było skierowane do Herberta, który zachwiał się i przygarbił jeszcze bardziej.
- Jednak … mówił prawdę.
- Kto tato? –
spytała nic nie rozumiejąc Betty.
- Nikt. Nieważne.
Herbert został wprowadzony do salonu, gdzie natychmiast lokaj Łosiek przysunął mu fotel i podnóżek. Po chwili nogi miał opatulone pledem, a Emma nalewała mu herbaty.

Nareszcie w domu. Tylko gdyby nie ten natrętny widok w kolorze sepii i ten smród i…

- Kim Pan jest. – spytał zdumiony Herbert dopiero teraz dostrzegając w salonie młodego, postawnego mężczyznę z mundurze sierżanta Korpusu Marines.
Mężczyzna wyprostował się jak struna, zupełnie jakby Herbert był jego przełożonym.
- Jonathan Selby, sir.
- Właśnie. –
Betty stanęła przy młodzieńcu przytulając się do jego ramienia z nieśmiałym uśmiechem. – To mój narzeczony. Jonathan i ja zaręczyliśmy się miesiąc temu.
- Zdaje się, że dużo straciłem przez mój wyjazd. Skąd Pan pochodzi Panie Selby?

- Jonathan, sir. Z Michigan, ale obecnie służę w Kalifornii.
- Selby … -
Herbert miał wrażenie, że skądś zna to nazwisko.

Przez następne miesiące Hiddink i Artur powoli dochodzili do zdrowia, jednak w przeciwieństwie do syna Herbert nie doznał błogosławieństwa utraty pamięci. Pamiętał wszystko. Z resztą naznaczenie krwią Haran Yakashipu nie pozwalał mu zapomnieć. Prócz wizji i smrodu było coś jeszcze. Jedno z oczu Hiddinka stawało się coraz bardziej złociste. Każdego ranka, gdy mył się przed lustrem zastanawiał się ile ma czasu nim będzie musiał użyć wembleya. Mini nie odstępowała go ani na krok. Z wyjątkiem jednego zdarzenia, które miało miejsce jesienią następnego roku podczas wesela Betty i Jonathana.
W pewnym momencie Herbert zorientował się, że nigdzie przy nim nie ma kotki. Było to tak niecodzienne i zaskakujące, że rozejrzał się zaniepokojony nie na żarty. Wstał zza stołu i o lasce zaczął przechadzać się po ogrodzie. Wtedy ją dostrzegł. Pod rozłożystym dębem, który gubił swe czerwone liście siedział mały, może kilkuletni chłopczyk i bawił się z Mini. Rzucał jej patyk, a ta mu go przynosiła zupełnie jakby była psem. Oboje się przy tym świetnie bawili.
- Ta kotka pochodzi z Egiptu. – zagadnął Herbert przystając nieopodal.
- A co to jest Egipt?
- Taki kraj daleko stąd, gdzie jest bardzo dużo piasku.
- Jak na plaży?
- Tak. Jak na plaży. Jak masz na imię?
- Mark, a Ty wujku.

Hiddink pogłaskał chłopczyka po główce.
- Herbert. Miło Cię poznać.

Minął od tego wydarzenia dokładnie rok, gdy Herbert po raz pierwszy został dziadkiem


Życie kpiąc sobie z przeszłości toczyło się dalej, a szalone lata dwudzieste dopiero nabierały rozpędu. Jednak przeszłości nie dało się od tak zapomnieć. Musiał się jeszcze raz zmierzyć z demonami.

Był wczesny marcowy wieczór, gdy Herbert usiadł przy maszynie do pisania. Długo się do tego zbierał, lecz cieszył się, że w końcu się na to zdecydował. Powolnym ruchem sięgnął po kartkę papieru którą wkręcił w rolkę. Zatrzymał się na chwilę w ostatniej chwili wahania i zaczął pisać wystukując litery:



A. R. Miel
„Zew Misterium”


„Cafe la Corte” była niewielką kawiarenką …

hija 03-04-2012 18:00

Sen sie skończył.
Trwał wiele tygodni, pełen był bólu, krwi, potu, łez i ponadludzkiego wysiłku.
Był duszny. Był przerażający. Był smutny.
Był porażająco smutny i skończył, nie przynosząc ulgi.

Nie pamiętała momentu opuszczania świątyni. Czuła tylko zapach krwi. Wciąż i wciąz widziała głowę Teresy uderzającą o kamień świątynnej posadzki. Przez grubą zasłonę z łez nie widziała nic więcej.

W drodze do domu towarzyszyło jej uczucie dotkliwej samotności.
Okazało się ono być jej jedynym towarzyszem.


Nie chciał jej już.
Walter Chopp, ten sam, który całował ją namiętnie w Indiach; ten sam, który nieledwie kilka dni temu zaklinał ją, by nie zapomniała o nim, gdy skończy się to piekło; ten, który deklarował jej miłość i który od początku ich żałobnego przemarszu przez Azję wciąż szukał jej towarzystwa; ten człowiek, ku któremu skłoniła się w końcu... odrzucił ją.
Gdy szukała u niego wsparcia, z pustym wzrokiem naśladował wszystkie wcześniejsze gesty. Nie było w nich ciepła. Patrzył na nią, jak na obcą osobę. Zdawało jej się nawet przez chwilę, że gdzieś w jego spojrzeniu czai się głęboko ukryta pogarda. Jednak uczucie to było jedynie przelotnym cieniem, i gdy tylko mrugnęła, zniknęło. Jego miejsce zajęła pustka.
Wycofała się więc.
Miał prawo już jej nie chcieć. Była siostrobójczynią. Była przeklęta, i choć wszyscy towarzysze milczeli na ten temat, wiedziała, że myśleć muszą tak samo.
Przyglądała mu się z bezpiecznej odległości. Patrzyła na znajome gesty, które nagle zdawały sie tak odległe i obce, jakby w ciele Waltera zamieszkał ktoś inny.

Wspomnienia wracały jak dobrze wymierzone pociski, z hukiem wbijające się w ziemię u jej stóp i wzbijające fontanny bezlitośnie siekącego po twarzy piasku.
Wracał szalony bieg przez dżunglę, byle dalej od wraku pociągu. Płacz dziecka, strach i jego dłoń, bezpiecznie kołysząca jej rękę w czułym uścisku.
Wracał do niej ich pierwszy pocałunek. Indie, deszcz i stale rosnące poczucie zagrożenia. Walter władczym gestem zagarniający ją ku sobie.
Wracała noc w hotelu wśród piasku, spędzona wspólnie. Walter zwinięty w kłębek, z głową na jej kolanach. Jego zapach, jej strach i świadomość, że cokolwiek się stanie, będą mieli siebie.

Stała na burcie, połykając łzy.
To było tak cholernie dawno. Tak daleko. Choć jej serce nie od razu zareagowało na afekt Waltera, jego stała obecność z czasem stała się oczywista. Emily, choć bała się, potrzebowała tego. Potrzebowała Waltera Choppa.
Tylko, że to już nie miało znaczenia. Nie chciał jej. Widziała to w jego oczach. W gestach oszczędnych jak dziecko Szkota i Żydówki. Nie chciał jej. Nie chciał morderczyni. Nie chciał mieć do czynienia z potworem, którym się stała.

Wszystkie te myśli, które kiełkowały nieśmiało gdzieś z tyłu jej głowy - potencjalna wspólna przyszłość, którą mogliby ze sobą dzielić. Wspólne poranki i wieczory. Wiosny i jesienie. Gwiazdki i narodziny dzieci, które mogliby mieć.
To wszystko pochłonęły piaski Persji wraz z sercem Emily Vivarro.


*

W dostrzegalną już na horyzoncie sylwetkę Lady Liberty wpatrywała sie suchymi, zaczerwienionymi oczyma. Nie drgnęła nawet. Wracali do domu. Zwycięscy i pokonani zarazem. Nie wiozła ze sobą nic prócz bólu i smolistoczarnego smutku, który odciskał swe piętno na całym wychudzonym i spalonym słońcem ciele Emily Vivarro. Córki ś.p. dra Morgana Vivarro, siostry ś.p. Teresy Vivarro, przyjaciółki ś.p. dzikich ukraińskich bliżniaków Borii i Miszy oraz ś.p. cholernie dzielnej Amandy Gordon.
Wpatrywała się w brzeg ojczyzny i czuła, że towarzyszą jej duchy wszystkich jej bliskich. Ich zimny oddech podrywał drobne woski na jej karku.


Nowy York nie zmienił sie wiele.
Przywitał ją zgiełkiem i obojętnością ludzi, których pochłaniały bez reszty ich prywatne sprawy. Ileż by dała, by stać się znów jednym z nich. By nie wiedzieć tego wszystkiego, co teraz już wiedziała. By nie być strażnikiem gorzkiej i strasznej tajemnicy o żyjącej obok ludzi okrutnej rasie.
Poprosiła kierowcę, by prowadził powoli. Nie miała odkąd się spieszyć.

Domostwo rodziny Vivarro przywitało ją ciszą. Nieliczna pozostawiona na posterunku służba, widząc wyraz jej twarzy, nie śmiała się odezwać.
Zamknąwszy za sobą ciężkie dębowe drzwi, rudowłosa dziewczyna stanęła wśród ciemności. Otaczały ją duchy wszystkich, których zostawiła po drodze. Było cicho i pusto.
Kilka kroków wystarczyło i znalazła się w salonie, gdzie zaczął się obłęd. Książki ojca wciąż leżały na biurku, choć teraz schludnie ułożone. Usiadła ciężko w samotnym, stojącym w centralnym punkcie pokoju krześle. Niewidzącym spojrzeniem kontemplowała mroczną nicość przed sobą.
Została sama.
Nie było już nikogo, kto mógłby się o nią zatroszczyć.
Jej tropem podążała śmierć, Emily słyszała jej ciężkie kroki.
Czemu jej nie pomóc? Czemu nie przyspieszyć tego, co i tak nieuniknione?
Nagle poczuła prawdziwy ciężar broni, która towarzyszyła jej w upiornym przemarszu przez Azję. Uniosła błyszczącą lufę. Tam poniżej, w komorze oczekiwała jej ulga. Kres bólu i przekraczającego ludzkie możliwości wysiłku.
Tak prosto mogła osiągnąć spokój.


*


To nie był prawdziwy pogrzeb. Choć była to jedna z wielu ceremonii, w jakich miała w najbliższym czasie uczestniczyć, ta jedna była szczególna. Wśród licznych gości łatwo było niewprawnym nawet okiem wyłowić trzy przygarbione z rozpaczy sylwetki. Dwie bardzo podobnych do siebie kobiet i trzecią mężczyzny, który czujnym okiem kontrolował stan towarzyszek.
Nabożeństwo pożegnalne dr. Vivarro, jednej z jego córek i dwójki współpraconików ściągnęło tego dnia na cmentarz wiele słynnych nazwisk ze środowiska nie tylko naukowego. Choć ganiła się za to, Emily wciąż próbowała odnaleźć w tłumie znajomą twarz Waltera. Nie sądziła, by któremukolwiek z przyjaciół, za których wciąż ich uważała, chciało się przybyć dla niej z Bostonu. Serce jednak nie chciało porzucić głupiutkiej nadziei.


*


Choć było to bolesne, życie toczyło się dalej.
Upływający czas poprzecinany był rozmowami zamiejscowymi z Bostonem, w którym sąsiadka Waltera Choppa miała go na oku na prośbę pewnej kobiety z Nowego Jorku. Jej głos brzmiał w słuchawce młodo, a że stan, w którym jej najemca wrócił po dłuższej nieobecności niepokoił i ją samą - bez wahania zgodziła się zostać posłannikiem dalekiego anioła stróża.
Emily pracowała intensywnie i tylko to trzymało ją w pionie. Sypiała mało lub wcale. Pisanie kończyła późno w noc, najczęściej zasypiając z głową na ciężkim biurku ojca, a i wtedy zlana potem zrywała się z koszmaru.
Dzień mieszał się z nocą. Nie odróżniała pór roku. Symboliczny grób bliskich odwiedziała do drugi dzień, za każdym razem przynosząc świeże kwiaty. Czas z wolna zaczynał goić rany, choć wciąż nie umiała sobie wybaczyć. Wciąż zdarzały się chwile, gdy z przerażeniem oglądała się przez ramię.


Pewnego dnia zerwała się z łóżka na równe nogi, czując, że w pooranym bliznami sercu wykiełkowała decyzja. Poczucie winy przeistoczyło się w chęć zemsty. Emily Vivarro wyjęła z szuflady rewolwer i ważąc go w dłoni podniosła słuchawkę.
Najwyższy czas, by ktoś zapłacił za krzywdę jej i jej rodziny.

Armiel 04-04-2012 21:35

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=VfVqOZQVcJQ[/MEDIA]


DWIGHT GARRETT

O tak. Dwight Garrett nie odchodzi tak łatwo. To kuty na cztery nogi cwaniak i wyga, mimo że straszny pijak.

Miał swój cel. Swoją małą, osobistą, prywatną wojnę, którą toczył z wyczuciem, starannie i w sposób przemyślany, sprytny, jak to on.

Miewał też sny.

Sny o Shardulu, który z niewiadomych względów wybrał go na swojego powiernika. Chociaż nie. Dwight Garrett znał powód. Karma.

Sny, w których hinduski mistyczny wojownik przekazywał mu swoje sekrety. Niczym szepty ducha wprost do duszy.

Niektórzy nazwaliby taki stan mistycznym zjednoczeniem. Co bardziej wierzący – opętaniem. Lekarze jednak mieli własną definicję tego, co działo się z Garrettem. Błędną definicję, zrodzoną przez zamknięte na mroczną prawdę umysły. Nazwaliby jego stan schizofrenią lub osobowością schizofreniczną.

Jednak Dwight znał prawdę.


* * *

Latem 1925 roku Garrett spotkał kogoś, kto odmienił jego życie. Ostatecznie.

Mężczyzna czekał na niego w miejscu, które często odwiedzał, a na jego widok szeroki, mimowolny uśmiech zagościł na twarzy detektywa.

- Witam, przyjacielu – powiedział Hindus z Zakonu w Kalkucie, ten sam, który nazywał go tak zawsze. – Ciężko było cię znaleźć.

- Ale udało się – stwierdził detektyw zapalając papierosa.

- Potrzebujemy go w Zakonie Świtu – powiedział Hindus bez owijania w bawełnę. – Padmaja Shanti powiedziała, że muszę cię odnaleźć. Że ... musisz ... powinieneś ... zająć jego miejsce. Zamieszkał w tobie. Jego dusza. Nie wrócił do koła reinkarnacji. Nie wrócił. A my czekamy. Czekamy, aż odzyskamy Shardula Vinoda, naszego Mahuna Tulavara.

Smutek w głosie „Przyjaciela” był wyraźny.

- Proszę cię, śri Garrett – powiedział Hidnus patrząc poważnie w oczy detektywa – Pojedź ze mną. Stań na miejscu, jakie czeka na ciebie w Zakonie. Wiemy, co robisz. Padmaja ... miewa wizje....Czasami Mahuna Tulavara .... widzi to co ty. Ja tego nie rozumiem. Jestem jedynie .. – przez chwilę szukał slowa - ... jedynie wojownikiem. Ale ty...

Nie dokończył myśli.

- Wróć ze mną do Kalakuty – dodał niemal błagalnym tonem.

Duch uśpiony w sercu Dwighta zawył z radości. Ale sam detektyw miał nieprzeniknioną twarz, kiedy udzielał odpowiedzi....



EMILY VIVARRO


Emily Vivarro przejęła majątek rodziny, bo jej matka nie przeżyła informacji z Indii o śmierci męża. Kiedy Emily wróciła do Stanów Zjednoczonych mogła jedynie pójść na grób i zapalić znicz, w ten sposób żegnając kobietę, która dała jej życie.

To, co zmuszona była zrobić w świątyni Baphometa, mimo oczywistości i konieczności, zżerało Emily od środka, jak rak duszy. Nocami śniła, jak naciska spust. Śniła, jak życie opuszcza Teresę. I paradoksalnie tęskniła za tymi snami. Karmiła się nimi, niczym onirycznym wyrzutem sumienia. Ale nie dlatego, że miała wyrzuty sumienia. Bo nie miała. Nie mogła zrobić niczego innego w tej sytuacji i mimo, że czuła cierpienie i żal za zabitą siostrzyczką, to koszmarne sny były jedyną chwilą, kiedy mogła raz jeszcze ujrzeć twarz Teresy, poczuć jej dłoń w swoich dłoniach.

Ghul odwiedził ją pewnej nocy. Kiedy spała. Kilka dni po tym, jak wykonała swój telefon. Nie zaatakował. Po prostu czekał, aż się obudzi. Samica. Jedna z bostońskiego gniazda.

Pozostawiła jej dziwny kamień, mówiąc, że prowadzi tam, gdzie Teresa żyje. Że to oferta Rash Lamara – ich króla. Że wystarczy, że Emily włoży ten kamień pod poduszkę przed snem a dane jej będzie spotkać się z siostrą.

Wyrzuciła go. Ów tajemniczy kamień. Ale kiedy następnego dnia obudziła się kamień znów leżał przy jej łóżku. W końcu złamała się zrobiła to ... Schowała go pod poduszką.

Wysłanniczka Rash Lamara nie kłamała. Teresa czekała na nią tam, w pięknym ogrodzie, w którym bawiły się za dziecka. Szczęśliwa i uśmiechnięta. Ubrana w czystą suknię w ulubionym kolorze. Rozmawiały niewiele. Bardziej ściskały się i płakały. Było wiele ciepłych słów o wybaczeniu i miłości. Wiele łez: smutku i szczęścia.

Od tej pory Emily każdej nocy wkładała kryształ pod poduszkę, by spotkać się z siostrą. W miejscu, w którym ghule czuły się lepiej, niż w świecie jawy. W czymś, co można było nazwać Krainami Snów. To był jej mały, osobisty kawałek raju. Raju, z którego coraz trudniej było jej wyjść.


* * *


- To bardzo ostry przypadek wykształconego autyzmu. Apatia połączona ze śpiączką czy nawet narkolepsją. Pacjentka musi pozostawać pod stałą obserwacją specjalistów, a najlepszym do tego miejscem wydaje się być jakiś dyskretny pensjonat z równie dyskretnym personelem.

- Skąd to się wzięło?

- Szanowny panie. Panna Vivarro straciła w krótkim okresie czasu wszystkich członków rodziny. Jej ojciec został zamordowany przez dzikusów w Bengalu, siostra zaginęła bez wieści, a matka zmarła ze zgryzoty. Odpowiedź na pana pytanie zdaje się być oczywista.

- Jak długo to może potrwać?

Doktor pogładził się po szpiczastej brodzie.

- Nie ma reguły. Każdy przypadek jest inny. Dni, tygodnie, miesiące, a nawet lata. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Możemy jedynie ją karmić i pielęgnować, by ciało nie zmarło z wycieńczenia.

- Mam nadzieję, że wyjdzie z tego szybko – spojrzenie rozmówcy spoczęło na śpiącej Emily Vivarro. – Uśmiecha się. Sądzi pan, że jest szczęśliwa.

- Jestem tego pewien – potwierdził lekarz, a jego dwukolorowe oczy nie pozostawiały cienia wątpliwości, że tak jest.

- Dziękuję bardzo.

- Szanowny pan jest najbliższym pod względem więzi pokrewieństwa człowiekiem. Czy raczy pan podpisać stosowne dokumenty o przewiezieniu panny Vivarro do naszej kliniki, a my zajmiemy się resztą prawnych formalności?

- Oczywiście. Gdzie ma pan te dokumenty, doktorze.

- Proszę do mojego gabinetu.


WALTER CHOPP



Walter wiedział już dawno, że coś się zmieniło. Że stał się dziwnie pusty, opanowany i zimny. Przyjmował wszystko na zimno. Kalkulował. Stał się ... księgowym, tylko zamiast kolumienek z cyframi liczył korzyści i straty.

Emocje? A kto potrzebował emocji? Tylko słabi się nimi kierowali. A on nie był słaby. Był silny.

Przestała go obchodzić Emily i reszta zbieraniny, z którą stawiał czoła Misterium. Ludzie ci byli dla niego obcy, a okazywanie emocji było słabością. Słabością, której nie zmierzał okazywać.

Wiedział, ze zmienił się po zetknięciu z Baphometem. Świat postrzegał inaczej. Lepiej. Klarowniej. Nie czuł potrzeby budowania więzi. Z kimkolwiek i czymkolwiek.


* * *


Mały farma Zaprzanskyego celebrowała uroczystość ofiarowania. Na pokarm wybrano bezdomnego poszukującego pracy, który miał szczęście zyskać wartość w swojej nędznej egzystencji. Jego śmierć stała się ofiarą a ciało pokarmem. Na wezwanie celebrujących rytuał kultystów przybyły ghule. Samice. Wyczuwały go i szeptały pomiędzy sobą wyrażając należny szacunek i zdziwienie, w momencie, kiedy ucztowały na zwłokach ofiary. Zjednoczenie poprzez krew i ciało.

Ich mistrz pojawił się niespodziewanie, wychodząc prosto z najbliższego cienia, jakby były tam drzwi prowadzące do innego wymiaru. Niepojęta dla ludzkich zmysłów i zdolności percepcji brama.

- Wiedziałem, ojcze – powiedział Rash Lamar wpatrując się w księgowego. – Wiedziałem, że część ciebie uciekła z grobowca.

- Zawiodłeś mnie – głos, który wydobył się z gardła Waltera Choppa na pewno nie był jego głosem. Miał niewiele wspólnego z ludzką mową.

- Zaskoczyli mnie, ojcze. Ale teraz mam przynajmniej narzędzie, które pozwoli nam rozmawiać. Kogoś, na kim wyryłeś swoją pieczęć tam, w swoim przeklętym więzieniu. Nigdy nie mieliśmy takiej szansy.

- Stwórz mi rękę – powiedział Baphomet ustami Waltera Choppa. – Ten kaleka budzi moją irytację.

- Oczywiście, ojcze – Rash Lamar spojrzał w stronę Waltera Choppa. – Zajmiemy się tym narzędziem najlepiej, jak tylko potrafimy.

Dał znak samicom, a ghule ruszyły w stronę księgowego. Szponiaste łapy zacisnęły się wokół ciała człowieka, uniosły ciężar w górę i poniosły w stronę rozgrzebanej mogiły. Po chwili ghule i Walter znikli w ciemnościach cmentarza.

- Zanieście go do mojego dworu w Krainach Snów – rzucił jeszcze arcy kutrub w stronę czarnej dziury w ziemi. - Mam z nim wiele do omówienia.


HERBERT HIDDINK


Odwiedził go któregoś piątkowego wieczoru. W pracy. Prawie przed zamknięciem biura.

Młody Domenico Manoldi.

Razem z wujem zwiedzał miasto i postanowił spotkać się z człowiekiem, dzięki któremu ocalał gdzieś, na zapomnianym kontynencie.

Wizyta była dość miła, ale niezręczna, bo o czym wiekowy wydawca mógł rozmawiać z tak małym chłopcem. Za oknem słońce zachodziło powoli na spoczynek, a Hiddink grzecznie wypytywał Domenico o pierdoły – o szkołę, rodzinę, brata. Młody Włoch odpowiadał grzecznie, z wystudiowaną dojrzałością. Uczył się dobrze, dzięki środkom Fundacji Brandta, rodzina też jakoś sobie radziła, a z Lucą niestety nie miał kontaktu od czasu, jak wrócili z Iranu.

Siedzieli przy szerokim stole, a chłopak wiercił się niespokojnie przez całą rozmowę.

Hiddink nie słyszał strzałów. Nikt ich nie słyszał.

Poczuł jedynie, jak kule wystrzelone z pistoletu pod stołem, dziurawią mu wnętrzności, wypełniają brzuch żywym ogniem.

Z jękiem zwalił się z krzesła na ziemię, plując krwią i czując, że brudzi sobie spodnie. Dłoń nie zdołała znaleźć rękojeści rewolweru, zawsze trzymanego w szufladzie biurka.

Domenico obszedł biurko, przyglądając się z nienawiścią ciężko rannemu, leżącemu na miękkim dywanie wydawcy.

- Za ... co .... – wychrypiał Herbert Hiddink leżąc w szybko rosnącej kałuży krwi.

- Wybacz ... przyjacielu – powiedział Domenico unosząc broń w górę. – To właśnie powiedziałeś mi na końcu, nim podziurawiliście mnie z Dwightem kulami.

Broń z tłumikiem uniosła się i dwie kolejne kule trafiły wydawcę w twarz.

- Nie martw się... przyjacielu ... – warknął młody Włoch chowając pistolet.

Wyszedł na zewnątrz, gdzie czekała sekretarka zastrzelonego wydawcy.

- Jak przebiegło spotkanie.

- Dobrze, madame – powiedział chłopiec, a potem spojrzał w stronę kobiety i zaczął recytować starożytne słowa.

Nie chciał jej zabijać. Urok wymazujący pamięć był bardziej na miejscu.

Kiedy po pół godzinie oszołomiona sekretarka znalazła trupa pracodawcy w biurze, podczas przesłuchania, niewiele była w stanie powiedzieć policji. A już na pewno nie pamiętała wizyty Domenico Manoldiego.



LUCA MANOLDI



Mógł uciekać od wielu spraw. Zaszyć się na końcu USA, w zapomnianym przez ludzi miejscu i udawać, że uda mu się zapomnieć.

Ale od koszmarów z przeszłości nie da się uciec. Wracały. Zazwyczaj podczas snów. Snów pełnych otwartych grobów i trupów jego przyjaciół. Klapiących szczękami, gnijących wyrzutów sumienia. Nie był im nic winny, ale w jakiś dziwny sposób czuł, że zawarł tajemniczy pakt z umarłymi.

Czasami budził się w środku nocy słysząc wycie kojotów. Zastanawiał się wtedy, czy to faktycznie kojoty, czy też istoty stokroć gorsze i plugawe. „El chupacabra” – jak mawiali Meksykanie. Opis tych nieznanych światu istot, jako żywo pasował do ghouli. Do polujących na zwierzęta samic.

Luca wiedział, że po tym, co widział, nie miał już miejsca na zwykłe życie. Jak bardzo by się nie oszukiwał, nie było ucieczki przed przeszłością.

List otrzymał w lipcu 1925 roku. Zaadresowany do niego. Nadany na wschodnim wybrzeżu, w Filadelfii.

W liście było wszystko. Opis całej wyprawy. Wszystko. A na końcu zdjęcie Domenico. Starszego o te kilka lat, lecz rozpoznawalnego. Wycięte z gazety. Z bostońskiej gazety.
W gazecie napisano o sukcesach jego brata, o stypendium, nazywano go „dzieckiem nad wyraz mądrym na swój wiek”, „geniuszem”, „młodym człowiekiem niezwykle wrażliwym na nauki społeczne”, „geniuszem kończącym studia przed czasem z wyróżnieniami”.

Cytat:

„Przed przeszłością nie da się uciec”
– dopisał drobnym charakterem pisma autor listu. –

Cytat:

„Ale można ją oszukać. Ciało jest jak naczynie, bracie. Naczynie, w które można przelać dowolną duszę. Twój młody braciszek, przykro mi, że tak to się musiało zakończyć, ale Garrett i Hiddink nie pozostawili mi wyboru. Chciałem żyć. To, ze byłem Cuna Sapita nie zmieniało faktu, że chciałem żyć. Domenico dał mi drugą szansę. Dziękuję ci za nią. Nie szukaj mnie i nie rozpaczaj. Twój brat będzie miał życie stokroć lepsze, niż te, które mógł zapewnić mu świat.

Twój przyjaciel Douglas Lynch”


KONIEC


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:23.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170