lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu Inne (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-inne/)
-   -   [sesja] Back to the Future! (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-inne/4433-sesja-back-to-the-future.html)

Milly 30-10-2007 19:20

[sesja] Back to the Future!
 
[MEDIA]http://youtube.com/watch?v=kx0zAH47yAA[/MEDIA]


17 kwietnia 2002 roku był dniem słonecznym, ciepłym i bardzo wyczekiwanym przez całą licealną młodzież. A dokładniej rzecz biorąc - popołudnie dnia 17 kwietnia 2002 roku było bardzo wyczekiwane. Zresztą jak każde piątkowe popołudnie, oznaczające początek weekendu.
Lekcje dłużyły się okropnie, a promienie słoneczne wpadające przez okno do sal wywoływały ogromne poczucie tęsknoty za wolnością. I kiedy wydawało się, że jeszcze tylko kilkanaście minut dzieli wszystkich od upragnionych dwóch wolnych od szkolnego kieratu dni, okazało się, że nie wszyscy będą mogli cieszyć się weekendem tak samo szybko. Blondwłose dziewcze, najwyżej czternastoletnie, pukało delikatnie do czterech klas i przepraszając słodkim głosikiem nauczycieli, wyczytywała z karteczki po jednym nazwisku: Patrick Winship, Justin Blackbird, Robert O'Malley, Christopher Clydes - za każdym razem dodając tą samą formułkę

- Pan profesor Jackob Smith prosi, żebyś zgłosił się do niego po tej lekcji w bardzo ważnej sprawie. Będzie czekał w swoim laboratorium.

Można było domyśleć się co stary profesorek może chcieć od uczniów. Szczególnie, gdy wszyscy czterej wyczytani panowie doskonale zdawali sobie sprawę tego, że semestralny test z fizyki nie poszedł im tak dobrze, jak mieli nadzieję. Szczerze mówiąc - w ogóle im nie poszedł. Jeszcze nigdy Smith nie wymyślił tak pokrętnych pytań, tak beznadziejnych zadań i trudno było się dziwić, że coś mogło pójść nie tak. Szczególnie jeśli poświęca się na naukę fizyki tyle czasu, co oni... Problemem jednak nie było nauczenie się całej partii materiału i zaliczenie testu raz jeszcze. To byłoby zbyt proste! Problem stanowił sam profesor Smith i jego przedziwne metody wychowawcze, które stosował specjalnie dla uczniów, którzy w jego mniemaniu niesłusznie nie przepadali za fizyką. Wymyślał dla nich przedziwne zadania do wykonania, kazał na przykład obserwować różne normalne zjawiska z życia codziennego i każde z nich opisywać od strony fizycznej. Jazda samochodem, upadek podczas ewolucji na deskorolce, przypalenie odgrzewanej zupy... Co gorsze, kazał nieraz pisać setki esejów, szperać po bibliotece, znajdować informacje, ciekawostki, opisywać i referować publicznie problemy współczesnej fizyki. A kiedy widział, że nieszczęsny uczeń katowany i zadręczany mnóstwem zajęć, które mają mu pomóc pokochać znienawidzony przedmiot, wciąż oporny jest na wiedzę, zapraszał go do siebie i pozwalał towarzyszyć lub też pomagać przy swoich eksperymentach. Na szczęście nikt jeszcze nie zginął od żadnego wybuchu, ani eksplozji, ale opowieści o tym co profesor potrafi wymyślić i do czego zmusza biednych chłopców i dziewczęta (którzy woleliby popołudnie spędzać na randkach, spotkaniach, koncertach, w kinie lub gdziekolwiek, byle nie w domu profesorka!) są na tyle straszne i wręcz legendarne, że każdy woli przysiąść przez kilka dni i zakuwać bez opamiętania na semestralny test, niż doświadczyć tych okropieństw na własnej skórze.

Po dzwonku na przerwę żadnemu z czterech wyczytanych panów nie spieszyło się na spotkanie z nauczycielem fizyki. W końcu jednak, prędzej czy później musieli pojawić się w kanciapie profesora, zwanej chlubnie "laboratorium". Pomieszczenie znajdowało się w piwnicy, tuż pod pracownią fizyczną, z której zapleczem łączyły je metalowe schody. Pan Smith większość czasu spędzał właśnie w laboratorium, wychodząc jedynie wtedy, kiedy miał lekcje. Schody były więc bardzo praktyczne i wygodne, nie musiał bowiem wychodzić z piwnicy i przechodzić korytarzami do pracowni. Profesor należał do tego typu ludzi, którzy zazwyczaj delikatnie określani są mianem "dziwaków" (a czasem bardziej dobitnie - "wariatów"). Był już bardzo stary, skończył już siedemdziesiąt lat, nie lubił za bardzo towarzystwa, często gadał sam do siebie, chodził przeważnie w jednym i tym samym ubraniu, był roztargniony, zapominał o rzeczach istotnych dla większości ludzi, natomiast pamiętał zawsze doskonale wszystkie daty, fakty, wzory, wyliczenia i twarze. Twarzy nie zapominał nigdy, w co nieraz nie wierzyli jego uczniowie i starając się wykorzystać jego roztargnienie próbowali wyłudzić lepszą ocenę lub w jakiś sposób go oszukać. Oj biada im, biada! Bo to, co profesor Smith wziął sobie do serca najbardziej, to jego misja kształtowania młodych umysłów, szczególnie tych, które oporne były na wszelkie nauki, szczególnie fizykę i dobre wychowanie. Nie trudno więc domyślić się co robił z uczniami, którzy mu podpadli.

W laboratorium panował półmrok. Patrick, Justin, Robert i Christopher stanęli tuż przy wejściu, w razie gdyby musieli asekurować się taktownym wycofaniem się na z góry upatrzone pozycje, co - jak mieli nadzieję - nastąpi bardzo szybko. Niestety okazało się, że w głębi mrocznego pomieszczenia coś jednak się rusza, coś mamrota do siebie i niekiedy bardzo hałasuje. Należy jeszcze wspomnieć, że owa kanciapa zwana laboratorium, to pokój wypełniony przeróżnym, na pierwszy rzut oka, śmieciem. Buteleczki, flakony, sterta kabli, głośników, krzyżówek różnych urządzeń, starych komputerów, przyrządów niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia, narzędzi, śmieci i Bóg wie czego jeszcze! Wszystko to doprawione starymi meblami, w szczególności masą półek i regałów. A gdzieś wśród nich zawsze można było znaleźć profesora. No, prawie zawsze. Wtedy, kiedy nie musiał być w szkole, zaszywał się w swoim domu.
Po kilku chwilach z głębi pomieszczenia wyłonił się profesor Jacob Smith, trzymając w dłoni skrzypce i ciągnąc za sobą podłączoną do nich plątaninę kabli.



- Aaa, to Wy! - jego wzrok początkowo bezradnie błądził po obliczach obecnej czwórki, ale wreszcie zdołał sobie przypomnieć kim są jego goście - Nieładnie, nieładnie moje kochane chłopaczki!

Profesor znowu zniknął w czeluściach kanciapy, skąd dochodziły przez chwilę przeróżne odgłosy, wymieszane z jego własnym głosem:

- To niesamowite, zupełnie niesamowite... Ale co to ja miałem... Ach, no tak, tak, oczywiście! Nieładnie chłopaczki, tak zawodzić starego Smitha... O tutaj jesteś, a już myślałem, że diabeł ogonem przykrył, taaaak. Już do Was idę chłopaczki, bo wiecie, to zupełnie niesamowite jak wielki wpływ na pole magnetyczne mają fale dźwiękowe. Atomy tańczą, tańczą zupełnie jak ludzie!

Znowu pojawił się przed nimi z szerokim uśmiechem na ustach i rękami uniesionymi do góry, tak jakby pląsał i tańczył w ciemnościach.

- Fizyka jest taka fascynująca, tak, fascynująca! Ja Was obserwuję już od dłuższego czasu, nie myślcie sobie! Ja widzę, widzę jak traktujecie tak ważną dziedzinę naukową. Najważniejszą, bym rzekł, najważniejszą! Złamaliście mi serce... te cztery testy, Wasze testy! Najgorsze z całej szkoły! Naj-gor-sze! Powiedzcie mi chłopaczki, dlaczego nie kochacie fizyki? - profesor zrobił krótką pauzę, a oni zdążyli jedynie pomyśleć jak bardzo mają przechlapane - Fizyka Was kocha! Udowodnię Wam, że to piękna nauka, dzięki której możecie zdziałać cuda! Prawdziwe cuda! Jutro rano, o 7:30 przyjdźcie do mnie, do domu. Wiecie gdzie. Będziecie świadkami największego eksperymentu wszech czasów! Nie, nie chcę nic słyszeć, żadnych narzekań! Co z tego, że jest sobota? Każdy dzień jest dobry, aby przetestować wynalazek, który zmieni oblicze ludzkości, szczególnie sobota! Ojej, już jest tak późno, tak późno a ja muszę zrobić jeszcze tyle rzeczy! No już, sio - profesor wygonił chłopców z laboratorium i błyskawicznie zamknął drzwi - Jutro o 7:30, pamiętajcie! Nie chcemy przecież, żeby przez fizykę takie fajne chłopaczki musiały powtarzać rok. Do zobaczenia!

Profesor Jacob Smith podreptał korytarzem, wspiął się szybciutko po schodach i zniknął z oczu Patrickowi, Justinowi, Robertowi i Christopherowi. Czterej siedemnastolatkowie zostali sami ze swoimi myślami. Jak mniemam - morderczymi myślami...

Hael 30-10-2007 22:36

Powtarzać rok! - prychnął w myślach Justin - Dobre sobie.
Fizyka w gruncie rzeczy obchodziła go równie mało, co historia, matematyka, chemia, geografia, biologia, angielski... Właściwie, to nic go nie obchodziło. Nie miał pojęcia, co z nim będzie, jak już skończy szkołę - na studia z całą pewnością nie miał szans. Może w końcu założy kapele i zrobi karierę tylko po to, by potem w jej najbardziej ekscytującym momencie zaćpać się na śmierć? Jak Curt Cobain... Gdy tak ciągle od nowa analizował swe najbliższe perspektywy, takii scenariusz wydawał się mu być w ścisłym top10 tych najbardziej prawdopodobnych.
Westchnął i włożył dłonie do kieszeni kurtki. Kurtka była w barwach moro-wojskowych, komponująca się z czarnymi spodniami-bojówkami i z przetłuszczoną szopą, którą Justin miał na głowie.
Spojrzał na pozostałych trzech chłopaków stojących z nim pod drzwiami laboratorium. Wydawali się być minimalnie bardziej przejęci perspektywą poświęcenia sobotniego poranka dla ratowania swej sytuacji z fizyki. Justinowi, podobnie jak wiele innych rzeczy, było to obojętne. I tak pewnie poświęciłby ten czas na leżenie na łóżku, patrzenie się w sufit i słuchanie muzyki. Więc - cóż to za różnica.
- To do 7:30 - mruknął w kierunku pozostałych fizycznych beztalenci i ruszył wzdłuż korytarza, w kierunku wyjścia ze szkoły. Lekcje się już skończyły, pora zbierać się po domu.
Justin szedł powoli, wpatrując się w podłogę przed sobą. Jakby nigdzie mu sie nie spieszyło i nie miał najmniejszej ochoty podejmować się jakiejkolwiek interakcji z otaczającą go rzeczywistością.

Diriad 31-10-2007 23:02

Trwała biologia. Zbliżała się ku końcowi, Bogu dzięki, o czym świadczyło trwające już dobre kilka minut odliczanie Christophera. Jeszcze trochę... Że też ta kobieta musiała tak uparcie wygłaszać całkowicie abstrakcyjne tezy o anafazie II mejozy!
Na czas lekcji pozbawiony bezlitośnie kaszkietu, krótkowłosy blondyn siedział gdzieś w środkowej części sali, oparty o krzesło naprzeciwko zegara.
"Tik, tak, tik, tak" - O nie, tak dobrze nie było! Lekcja ciągnęła się w sposób dający się przedstawić graficznie mniej więcej następująco:
"Tik... ...Tak... ...Tik... ...Tak..."
Odliczanie przerwało pukanie do drzwi klasy. Chris pomachał znajomej dziewczynie wchodzącej do klasy – a ściślej siostrze nieco bliżej znajomej dziewczyny – a ona odwzajemniła to uśmiechem. Gdy przedstawiła nauczycielce i klasie to, z czym przyszła, oczy całej klasy zwróciły się w stronę wyczytanego. W oczach każdego rysował się ten sam, szczerze współczujący wyraz.
- I ty, blondi, przeciwko mnie? – wyszeptał chłopak, zanim dziewczynka wyszła.
Fizyka. Test z fizyki. Nie było dobrze. No, cóż – z tym przedmiotem nie było u niego jakoś tragicznie, ale… Jak miał się uczyć do testu, kiedy w perspektywie jest bardzo ważne przedstawienie? Tak czy siak, na egzaminie i nieco wcześniej wyglądało, jakby z fizyką rzeczywiście było tragicznie.
"Świetnie. Skoro trzeba pójść do profesorka, Julia będzie musiała nieco zaczekać." – pomyślał Christopher kojarząc fakt, że zaraz po lekcjach miała zaczynać się kolejna próba przedstawienia.
Cała ta parada miała jednak jeden plus – ani się nie obejrzał, a zabrzmiał upragniony dźwięk dzwonka.

W towarzystwie trzech innych chłopaków, z których przynajmniej jeden rano prawdopodobnie się nie umył, wszedł do pracowni profesora. Gdy tylko przestąpił próg, stwierdził, że przez ten widok skłonny by był przetransponować całą swoją hierarchię uporządkowania, by odróżnić bałagan, który panuje u niego w pokoju, od tego podziemnego pobojowiska. Jego jeansy i jasna, zielona koszula wyglądały w tym otoczeniu co najmniej groteskowo. Po chwili z czeluści pieczary wyłonił się sam profesor od fizyki, z czymś, co kiedyś było chyba instrumentem muzycznym.
I zaczął się wykład.
Kiedy pan Smith doszedł do fragmentu o tańczących atomach, w mocno wybujałej wyobraźni Christophera pojawił się wizerunek humanoida składającego się z niewielkich kuleczek tańczącego w rytm techno.
"Zupełnie jak w reklamie Citroena…"

Wreszcie tyrada profesora niezachwiana nawet wzmiankami o weekendzie dobiegła końca, nie dając chłopakom żadnej przestrzeni na dyskusję. Siódma trzydzieści była niepodważalna i nieodwoływalna. To sprawiało, że nie było nawet warto myśleć o tym zbyt intensywnie – choć ciekawe było zastanawianie się, co też wymyśli ten szalony Smith.
W jakiś sposób wszyscy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami, co jednak w dziwny sposób nie było tak satysfakcjonujące, jak mogłoby się wydawać. Jeden z chłopaków burknął zdawkowe "do 7:30", po czym oddalił się w swoją stronę.
Christopher wziął oddech i przeciągnął wzrokiem po pozostałych, po czym wyrzucił z siebie:
- No… To cześć!
I pobiegł na próbę przedstawienia, w myślach powtarzając sobie rolę:
"Romeo, ach czemuż ty jesteś Romeo… Cholera, to nawet nie moja kwestia!"

Hawkeye 02-11-2007 18:13

Stojąc przed wejściem do kanciapy profesora Bobby zastanawiał się nad jego słowami. Zawalić rok z powodu fizyki, rodzice będą po prostu zachwyceni, co prawda miał by więcej czasu aby ćwiczyć z zespołem, jednak fundusze szybko by się skończyły ... no i awantura w domu była by pewna.

Popatrzył na oddalających się dwóch chłopaków, widział ich parę razy, ale jakoś nigdy nie zamienił z nimi, więcej niż paru słów. Świetnie nie dość, że w perspektywie miał zawaloną sobotę, a może i cały weekend to jeszcze spędzi go w jak mu się wydawało raczej "drętwym" towarzystwie. Można było mieć nadzieję, że profesor nie dotrwa do jutra, ale licho swego nie bierze, zresztą Smith nie był na tyle zły, aby mu tego życzyć. Było wielu innych nauczycieli, na głowie których Robert chętnie rozbił by swoją gitarę, a może kiedy zostanie już sławny zrobią nazwę zespołu przekręcając imię i nazwisko jednego z tych nielubianych belfrów? Zupełnie jak Lynyrd Skynyrd, byle tylko nie skończyć tak jak oni. Rozumiał, że można było zapić lub zaćpać się na śmierć, chociaż czegoś takiego nie planował, ale żeby zginąć w wypadku samolotowym trzeba mieć po prostu pecha.

Popatrzył na ostatniego z towarzyszy niedoli - No to do zobaczenia jutro rano, miejmy nadzieję, że nie zajmie to zbyt długo czasu, bo mam parę planów na sobotę ... trzymaj się - Po wypowiedzeniu tych słów O'Malley zaczął wchodzić po schodach musiał pojechać do domu i przygotować się na dzisiejszy wieczór, kiedy dadzą koncert w klubie "Rocket", na szczęście mieli zagrać jako support, więc przy odrobinie szczęścia będzie przed północą w domu i zdąży się jeszcze wyspać przed wizytą w domu profesorka. W gruncie rzeczy mogło być gorzej, jeżeli się postara to rodzice nawet się nie dowiedzą o jego problemach z tym przedmiotem, może powie, że jedzie do mechanika? Albo, że idzie rozliczyć się z wczorajszego koncertu? Miał cały dzisiejszy wieczór, żeby wymyślić coś przekonywującego ...

Adr 05-11-2007 15:35

Patrick Winship

Gdy tylko Patrick dowiedział się, że profesor Jackob Smith wzywa go na dywanik do swojej zatęchłej nory, od razu przypomniał sobie test z fizyki. "Dobra zawaliłem - pomyślał w duchu - ale czego może chcieć ten stary ramol."

Wychodząc z sali Patrick podwinął rękawy koszuli i z zaciśniętymi ze złości pięściami ruszył w stronę gabineciku fizyka. Zmierzając szkolnymi korytarzami do kanciapy profesorka Patrick próbował przewidzieć, co też stary fizyk wymyśli, aby ukarać go za absolutną ignorancję w stosunku do jego ukochanego przedmiotu. Przed drzwiami sali fizycznej natknął się na trzech innych uczniów. Razem z nimi oczekiwał na polecenia i warunki jakie postawi fizyk.

"Czego on może od nas chcieć? - Patrick pytał sam siebie - Po co wezwał mnie i innych uczniów? Do czego mu potrzeba czterech chłopaków? Pewnie chodzi o jakąś fizyczną robotę. Posprzątanie jakichś rupieci w piwnicy czy na strychu albo przemeblowanie domu. Chce nas użyć jako bezpłatnej siły roboczej - to jest jawne wykorzystywanie uczniów. "

Patrick - jak zwykle - puścił mimo uszu czcze gadanie profesorka o 'fascynującej' fizyce i cudownych eksperymentach. Jednak słowa - Jutro rano, o 7:30 przyjdźcie do mnie, do domu. - przykuły jego uwagę.

"Niech to szlak! - pomyślał - Przez tego przeklętego starucha będę musiał zmienić swoje plany."

W sobotę z samego rana Patrick planował wyjazd do Colorado Springs. Uwielbiał podróże i chciał trochę lepiej poznać to miasto. Zamierzał wpaść też do archiwum lokalnej gazety i poszukać informacji na tematy, które interesowały go od dłuższego czasu. A może udałoby mu się zdobyć jakieś informacje bądź ślad osoby, o której myślał codziennie.

Plany na sobotę zaczęły się rozmywać, jakby usuwać w cień, a może oddalać w przyszłość.

W jego głowie pojawił się na chwilę nierealny pomysł.
"A gdyby tak oddzielić ciało od umysłu. Jutro rano wysłałbym ciało do Smith niech popracuje trochę dla niego. A wolny umysł udałby się do Colorado Springs. Ach znikajcie dziwne myśli. Zaczynam myśleć jak szaleniec."


„Zaraz jak wrócę do domu powinienem porozmawiać o fizyku z babcią Ginny. Smith i ona są w podobnym wieku. Może zdradzi mi jakieś ciekawe i wstydliwe sprawki naszego profesorka. Nie zaszkodzi wiedzieć czegoś o jego przeszłości.”

Nim Patrick skończył rozmyślać, pozostali chłopcy szybko czmychnęli z pod sali fizycznej do swoich zajęć. Czas na mnie.

"No nic wyjazd do Colorado Springs musi zaczekać do kolejnego weekendu. Pozostaje pogodzić się z tym, że sobota upłynie na nudnych eksperymentach w domu profesorka."

Milly 07-11-2007 23:47

Popołudnie upływało niemiłosiernie szybko, zupełnie jakby czas robił na złość tym, którzy jutrzejszy dzień będą musieli zmarnować na jakieś mało interesujące eksperymenty ze starym nauczycielem fizyki.

Próba przedstawienia minęła niczym mrugnięcie powieki. Ledwo Christopher zdążył wypowiedzieć kilka kwestii i udzielić paru porad przesympatycznej (przepięknej!) młodej aktoreczce, a już na dworze ściemniło się i ochroniarz przyszedł przypomnieć wszystkim, że szkoła właśnie jest zamykana.

Koncert w klubie "Rocket" był fantastycznym przeżyciem. Robert świetnie się bawił, na dodatek udało im się zagrać więcej kawałków niż zwykle, gdyż główny zespół miał problemy z dojazdem (wiadomo, spóźnianie się to przywilej gwiazd!). Zespół zaprezentował się świetnie i podobał się publiczności, co Roberta wprawiło w iście podniosły nastrój. Niestety... muzyczne święto minęło zastraszająco szybkoi nikt nawet nie zauważył kiedy minęła północ.

Justin ten wieczór spędził w domu. Jak z resztą wiele podobnych wieczorów - otoczony jedynie sączącą się z głośników ostrą muzyką, oparami papierosowego dymu i w towarzystwie własnych myśli. Czy był to udany piątkowy wieczór? A czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Patrick również spędził ten wieczór w domu. Wypytał babcię Ginny jak dobrze zna profesora Smitha i co ciekawego można na jego temat powiedzieć. Babcia jedynie parsknęła śmiechem i stwierdziła, że był to najnudniejszy chyba człowiek w historii Paradise Gate! Od kiedy sięga pamięcią był jego nieodłączną częścią, a co gorsza - przez wszystkie te lata nie zmienił się ani trochę. Ani troszeczkę! Naprawdę, jeśli już o kimś rozmawiać, to może o kimś ciekawszym?

***

Poranek 18 kwietnia 2002 roku nie należał do najprzyjemniejszych. Szczególnie biorąc pod uwagę to, że była właśnie sobota, a niektórzy aby dotrzeć do położonego pod miastem domu profesora musieli naprawdę wcześnie wstać. Najtrudniej było się zebrać Robertowi. Późny powrót do domu i towarzyszący od bladego świtu ból głowy nie stanowiły udanego początku weekendu. O ileż przyjemniej byłoby pozostać w łóżku jeszcze przez kilka godzin! Podobne myśli krążyły po głowie Justina, z tą tylko różnicą, że chłopak zastanawiał się czy w ogóle warto wstawać z łóżka dla jakiegoś stetryczałego nauczyciela i jego głupiego przedmiotu? Zupełnie inne podejście mieli pozostali dwaj panowie. Dla Patricka i Chrisa liczyło się jedno - jak najszybciej dotrzeć do staruszka, odbębnić karę i wrócić do swoich weekendowych planów!

Tak czy inaczej z mniejszym lub większym opóźnieniem pod domem profesora Smitha stawiły się cztery osoby. Nie zdziwiło ich wcale, że drzwi frontowe stoją dla nich otworem. Nawet jeśli ktokolwiek chciałby wedrzeć się do środka z zamiarem zdobycia korzyści majątkowej, miałby z tym ogromne trudności. Głównie dlatego, że profesor żadnego majątku nie posiadał, a wygląd jego niewielkiego, podniszczonego domu właściwie nie różnił się od wystroju jego szkolnej kanciapy. Z tą może jedną różnicą, że w domu było zdecydowanie jaśniej, ale również zdecydowanie bardziej... kosmicznie? Jak inaczej nazwać stertę przeróżnych "wynalazków", które walały się wszędzie, a których przeznaczenia można się jedynie domyślać.
Profesora znowu nie było nigdzie widać. Próba nieśmiałego wołania nie przyniosła rezultatu, podobnie jak zwiedzenie parteru jego niewielkiego domku (składającego się z przestronnego niegdyś salonu, kuchni oraz łazienki). A jednak odgłosy dochodzące od tylnej strony budynku, a nawet konkretniej - od strony bardzo zniszczonej szopy - mogły naprowadzić młodych sympatyków porannych eksperymentów na pewien trop...

Adr 10-11-2007 10:36

Patrick Winship

Po powrocie do domu Patrick pożarł obiad przygotowany przez jego matkę Emilly. Przez jakiś czas wylegiwał się na wygodnej kanapie w salonie dobijając resztki głodu ulubioną kanapką. Następnie zajęty codziennymi, rutynowymi czynnościami nie myślał o szkole.

Dwie godziny później poszukując jakieś płyty czy książki Patrick natrafił na zakurzony i dawno uznany za zagubiony zeszyt od fizyki. To niespodziewane zetknięcie się z zaginionym reliktem odległego czasu, kiedy chciało mu się prowadzić zeszyt, przypomniało mu o jutrzejszym zobowiązaniu.

"Miałem podpytać babcię o fizyka - przypomniał sobie - może dowiem się czegoś."

Patrick wbiegł po obitych drewnem schodach na piętro swojego domu przy Time Street i zastukał do drzwi pomalowanych na jaskrawy kolor.
- Chodź Patrick - zapraszał głos zza drzwi. Patrick otwierając drzwi poruszył maleńkie dzwoneczki wiszące z sufitu i w akompaniamencie delikatnych dźwięków wkroczył do pokoju.

Pokój babci Ginny nie wyglądał na typowy pokój starszej osoby. Kolorowe ściany raziły oczy, a misterne i zawiłe wzory wymalowane na ścianach budziły ciekawość niemal każdego gościa. Sterty książek, astrologiczne wykresy, horoskopy i inne różności zalegały w stosach na podłodze, regałach i stolikach, co potęgowało wrażenie nieładu i rozgardiaszu. Efektownie za to prezentowała się kolekcja różnokształtnych naczyń z kolorowego szkła rozstawiona na parapecie.

"Last women Winship's - Ginny" - jak nazywali ją znajomi w Paradise Gate - siedziała przy oknie w drugim końcu pokoju na swoim ulubionym fotelu czytając jakąś starą, poniszczoną książkę.
- Siadaj mały - powiedziała nie odrywając wzroku od zajmującej lektury - nikt tak jak ty nie wbiega po schodach.

Patrick wypytał babcię o profesora Smitha, ale jej słowa potwierdziły tylko jego przypuszczenia. Stary fizyk był nudziarzem i nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek zmieni się.

- A czemu tak interesuje cię nauczyciel fizyki - zaciekawiła się Ginny - czyżby jakieś kolejne kłopoty w szkole.
- Trafiłaś jak zwykle w sedno - wygadał się Patrick - zawaliłem test z fizyki i mam spędzić całą sobotę na jakichś eksperymentach w jego domu.
- W takim razie zmykaj wypoczywać - poradziła babcia - w przeciwnym razie jutrzejsza dawka nudy może okazać się dla ciebie zabójcza.

***
Sobotni poranek wskoczył przez okno budząc Patricka.

Patrick chciał jak najszybciej uwolnić się od paraliżującej senności. Szybki prysznic oczyścił go z resztki snu. W kuchni pachniało jak w kawiarni. Świeża kawa parowała z filiżanki. Patrick ominął ją szerokim łukiem i zaczął grzebać we wnętrznościach lodówki. Świeżutkie produkty spożywcze spacerowały po jego kubkach smakowych i skakały w głąb przewodu pokarmowego lądując w żołądku zapełniającym się z każdą chwilą. Kiedy nasycony apetyt nie żądał już nowych porcji jedzenia Patrick wrócił do swojego pokoju.

Na zielony T-shirt zarzucił grafitową kurtkę i wyszedł z domu. Niechętnie ruszył w stronę domu profesorka. "Niewiele mam do stracenia. No może oprócz kilku godzin czasu." - pomyślał rozpakowując paczkę fajek. Hausty świeżego powietrza przeplatane z dymkami świeżo zapalonego papierosa mieszały się w jego płucach.

Przypomniało mu się, co mówiła o profesorze Stacy Marvell na wystawie z okazji stulecia miasta: „do naszego miasta powrócił profesor Jacob Smith. Absolwent Harvardu, znany i ceniony profesor nauk ścisłych, wynalazca i nauczyciel w naszej szkole. Znacie go dobrze z lekcji fizyki, ale może nie wiecie, że w 1974 roku został nagrodzony za wynalezienie bardzo nowoczesnego i nowatorskiego jak na tamte czasy robota kuchennego.”

„Maniak fizyki i wynalazca robotów kuchennych oczekuje na króliki doświadczalne do swoich eksperymentów. A może nie będzie to tak nudne jak przypuszczałem”

Hawkeye 13-11-2007 16:45

Po powrocie ze szkoły do domu Robert wiedział, że nie ma dużo czasu a sporo rzeczy jest do roboty. Po pierwsze szkolny plecak wylądował w kącie pokoju, aby nie być ruszonym w najbliższym czasie. Oprócz tej wizyty u „szalonego” doktorka w sobotę, nie musiał się martwić szkołą. W poniedziałek, znów obciąży swoje plecy ciężarem książek i zeszytów (a właściwie dwóch zeszytów. Z czego jeden był prawie pusty, a drugi przeznaczony na lubiane przez Bobbyego przedmioty), ale do tego momentu pozostało wiele czasu.

Zaczął zbierać swoje rzeczy, niedługo miał rozpocząć się koncert. Niby nic wielkiego, ale pierwszy raz mieli grać jako suport, zespołu z większego miasta. Ciekawe jak odbierze ich publiczność? Czy im się spodoba? Zdenerwowanie i tym podobne myśli nie opuszczały go przez cały wieczór. Ich kulminacją był moment, wejścia na scenę. Tłumek ludzi był większy niż zazwyczaj. O’Malley wolno podszedł do mikrofonu i ujął go w rękę. Zapomniał o swoich problemach, teraz była muzyka.

-Witaj Paradise Gate! Jesteśmy The Ravens i postaramy się rozruszać was! –

Odpowiedziały mu oklaski z sali. Wokalista odwrócił się do swojego zespołu:

– Gotowi? – po chwili znów patrzył w stronę publiczności – Zaczniemy od naszej własnej kompozycji „Old American Blues” - Muzyka zaczęła powoli płynąć, Robert podniósł swoją gitarę stojącą na stojaku, powrócił do mikrofonu, uderzył w struny i zaczął śpiewać.

Nawet nie wiedział, kiedy minęło tyle czasu. Zagrali bis! Dzięki temu, że gwiazdy się spóźniły. A ludzie skakali, tańczyli, klaskali. Bawili się. Bawili się dzięki muzyce jego zespołu! Był zadowolony z siebie, jak nigdy dotychczas. Granie sprawiało mu prawdziwą przyjemność. Oto cel życia, ba oto życie, muzyka. Gdy „otulała” go, nic więcej się nie liczyło. Jednak wszystko co dobre, dobiega końca. Musieli już kończyć. Odłożył swoją gitarę, jak przy innych piosenkach, do których tylko śpiewał.

– Słuchajcie kochanie, byliście wspaniali – wypowiedź przerwała mu salwa oklasków i okrzyków, kiedy trochę ucichło odezwał się znowu –Musimy już kończyć … dlatego chcieliśmy zagrać naszą aranżację „Like a Rolling Stone” Boba Dylana. Dobranoc, bawcie się dobrze i do zobaczenia –

***
Ranek był okropny. Szczególnie ten ból głowy. Powinien się porządnie wyspać, a nie łazić do fizyka. Wpatrywał się w sufit, ciągle leżąc w łóżku. Chociaż pozostanie w nim było bardzo nęcące, nie był to też najlepszy pomysł. Jeżeli wyrzucą go ze szkoły, będzie miał problemy w domu, a wtedy i z grania mogą być nici. Niechętnie podniósł się i ruszył do łazienki. Dlaczego, dlaczego musiała być to tak nieludzka godzina. Dla rozbudzenia postanowił wykąpać się w lodowatej wodzie. Inaczej zaśnie na stojąco.

Ubrany zaczął skradać się do garażu. Z wieszaka zabrał swoją nieodłączną skórzaną kurtkę. Zamierzał zresztą dostać się do domu profesora motorem. Był to najszybszy sposób. Nie będzie cisnął się w żadnym razie w jakieś komunikacji publicznej a spacer o tej porze i samemu nie należał do przyjemnych.

Kiedy tylko wymknął się na ulicę wsiadł na motor i odpalił go. Jechał bez kasku, jak zresztą czynił najczęściej. Jasne można było mu za to dać mandat, ale wiatr we włosach był czymś najwspanialszym na świecie. Jazda na motorze i muzyka, wtedy czuł się naprawdę wolny. Przyspieszył umyślnie łamiąc przepisy. Lubił to robić, ten dreszczyk emocji. Chociaż, kto miał go złapać? W mieście nie było wielu policjantów, a znając ich o tej godzinie pewnie smacznie spali.

Zaparkował swój motor niedaleko domu profesora, zabezpieczył „kto go tutaj ukradnie, Paradise Gate to taka dziura, że nawet złodzieje omijają ją z daleka” pomyślał, wykonując te czynności. Kiedy skończył ruszył w stronę „Zamku Frankenstein” jak zdążył go już nazwać w myślach. Wszedł do środka i rozejrzał się. Dom wyglądał jak stacja kosmiczna, ale astronauty nigdzie nie było widać. Wyszedł na podwórko i w końcu usłyszał dobiegające z garażu dziwne odgłosy. Niechętnie ruszył w tamtą stronę, lepiej mieć to już za sobą i wrócić do przyjemniejszych spraw.

Diriad 13-11-2007 21:54

-…a w kolejnej scenie, kiedy ja cię obejmuję – o, w taki sposóbChristopher zademonstrował niezwykle wyraźnie, jak będzie obejmował koleżankę, a potem (rzecz jasna mimochodem i bez żadnych ukrytych celów! Taak…) został już w tej bardzo wygodnej pozycji, co jakimś sposobem nie przeszkadzało mu w obfitej gestykulacji – powiedz to z większą emocją, jakby cała ta pasja i namiętność…
Chris popatrzył nienawistnym wzrokiem na grubego ochroniarza, który właśnie wszedł i odchrząknąwszy wygłosił swoją krótką, acz niestety treściwą wypowiedź:
- Yyy… Zamykamy.
Reszta pasji i namiętności musiała niestety poczekać do następnej próby. Wszyscy rozeszli się do domów – swoich domów, tym razem. Nie zajmujmy się jednak całym kołem teatralnym, a tylko Christopherem. Wrócił on, kiedy już się ściemniło, a wieczór spędził wymieniając z siostrą ostatnie doświadczenia przez Skype. Szczerze współczuła mu sobotniej wizyty u profesora, jednak znacznie więcej uwagi poświęciła naśmiewaniu się z nieudanego testu. Jak to siostra.
W łóżku, przed snem, długo rozmyślał, co też może czekać następnego dnia czwórkę uczniów („Jak oni w ogóle się nazywali?”). I chociaż nie doszedł do żadnego konstruktywnego wniosku, to wpadł na świetny pomysł, by nastawić swój budzik na wcześniejszą godzinę. Zawsze to coś.

* * *

Jako, że pora wymuszonej pobudki była wprost nieprzyzwoita, następnego dnia Chris nie obudził się tak od razu. Długą chwilę zajęło mu otworzenie powiek, jeszcze dłuższą zwleczenie się z łóżka. Ale cóż, nie było wyjścia. Nie budząc nikogo zszedł na do kuchni, gdzie zjadł porcję płatków. Nareszcie był gotowy.
„Ach, chyba wypadałoby się ubrać!” – stwierdził w myślach chłopak, zauważając w lustrze, że nadal stoi w samej piżamie. Założył więc na siebie jeansy i pomarańczową bluzę, do której jak zawsze dołączył kaszkiet w tym samym kolorze. Tym razem naprawdę był gotowy.
W ramach otrząsania się z resztek snu pokonał drogę do domu profesora na piechotę, co na szczęście przyniosło pożądany efekt.

Na miejscu zastał pozostałych chłopaków już stojących na progu. Kiedy Christopher przyszedł, jeden z nich tylko rozejrzał się i bez słowa poszedł za dom, skąd chyba dochodziły jakieś odgłosy.
- Taa… Też miło mi cię spotkać – powiedział do siebie oglądając się za tamtym. Zaraz jednak spojrzał po twarzach pozostałych – Cześć! Swoją drogą, wczoraj nie było czasu się poznać. Jestem Chris, jeśli któryś z was jeszcze tego nie wie.
Uśmiechnął się i zajrzał do zagraconego domu.
- Jak rozumiem, nikogo tam nie ma? – spytał, ale nie czekając na odpowiedź wszedł do środka i zaczął przyglądać się… Tworom. Inaczej chyba nie można było tego nazwać. Nagle któreś urządzenie zaczęło piszczeć, czym w pierwszym momencie nieco przestraszyło Chrisa. Zrzucenie tego „czegoś” z półki jednak uciszyło je, a chłopak odetchnął i powoli wycofał się z domu.
Chyba lepszym pomysłem było pójście tam, gdzie pierwszy z towarzyszy niedoli.

Milly 14-11-2007 22:27

Robert pierwszy śmiało poszedł na tyły domu zostawiając za sobą dwójkę kolegów. Ogródek (a przynajmniej to, co w zwykłych domach nazywa się ogródkiem lub ogrodem) był placykiem o wyschniętej na wiór trawie, chyba nigdy nie podlewanej, otoczonym kilkoma starymi drzewami. Pośród nich stała wielka, drewniana szopa. To właśnie stamtąd dochodziły odgłosy.
Chris rozejrzał się chwilę po mieszkanku i zrezygnowany ruszył w tym samym kierunku, co pierwszy kolega. Cóż więc miał robić Patrick? Po chwili wszyscy troje zdecydowanie podążyli do szopy, mając nadzieję, że konstrukcja nie rozleci się i nie zwali na ich głowy. Wciąż brakowało wśród nich czwartego chłopaka. Czyżby dał spokój i odpuścił sobie eksperymenty naukowe?

Nagle wrota szopy otworzyły się ze skrzypnięciem i ledwo co nie wyleciały z zawiasów. Trójka uczniów zatrzymała się w połowie drogi z zaskoczeniem nasłuchując... warkotu silnika! I to nie byle jakiego silnika. Nawet laik rozpoznałby, że to nie byle jakie auto. A wprawniejsze ucho wychwyciłoby nawet nuty kojarzące się z Ferrari. W czeluściach ciemnej szopy nagle zaświeciły się reflektory samochodu, a po chwili wyjechał z niej... DELOREAN! Ale jaki DeLorean! Coś z nim było nie do końca tak...

Za kierownicą siedział profesor Smith. Gdy zobaczył trójkę chłopców pomachał do nich ręką i zatrąbił. Przejechał obok i z piskiem opon zakręcił na ulicę od frontowej strony domu. Patrick, Robert i Chris popatrzeli po sobie i niemal biegiem ruszyli w ślad za nim.

Na podjeździe przed domem stał kosmiczny DeLorean.



Drzwi otworzyły się, a ze środka wyszedł profesor Smith ubrany w długi kitel przypominający lekarski fartuch i z goglami na oczach. Uśmiechał się szeroko i rozłożył ręce na powitanie

- Aaaa, jesteście chłopaczki, jesteście! W samą porę! Nie ma czasu! Będzie pierwszymi świadkami legendarnego wydarzenia!

Uczniowie podeszli do samochodu nie wierząc własnym oczom. W co ten staruszek przerobił DeLoreana?! W wielki robot kuchenny?! "PIMP MY RIDE" to to nie było! Dzięki otwartym przednim drzwiom mogli zajrzeć do środka. Może to wielki odkurzacz? Albo jeżdżący komputer?



Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:40.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172