lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Archiwum sesji z działu DnD (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-dnd/)
-   -   [Pathfinder] Pod piracką banderą (http://lastinn.info/archiwum-sesji-z-dzialu-dnd/18459-pathfinder-pod-piracka-bandera.html)

Mroku 08-07-2019 17:35

[Pathfinder] Pod piracką banderą
 



Dwunasty dzień miesiąca Erastus, roku 4711 AR
Lilywhite, wyspa Motaku,
Kajdany, Garund


Podczas dwudniowego rejsu na pokładzie "Grzesznika", brygu dowodzonego przez emerytowanego pirackiego kapitana Arvila Nugasa nie nudziliście się zbytnio, poznając się lepiej, spędzając czas w swoim towarzystwie, bądź po prostu podziwiając okolicę i napawając się wspaniałą, słoneczną pogodą. Stary pirat gościł na swym statku całkiem barwne postaci - rudowłosą półelfkę Maneę, trzymającą się zwykle żylastego undine, Jamasha. Była też dość upiornie wyglądająca halflinka Aza, czarnowłosy przystojniak Darvan i nieco skryty w sobie Maxim. Wiatry sprzyjały, a po drodze nie wydarzyło się nic, co mogłoby zakłócić spokojną, leniwą wręcz podróż. Płynąc na Festiwal Rumu, jedną z najbardziej osławionych imprez na całych Kajdanach, minęliście osłonięty przed sztormami główny (i nazywany przez wielu żeglarzy najwspanialszym) port wyspy Motaku, czyli Quent, przepłynęliście obok niewielkiego portowego miasteczka Rapier Bay, który skupiał piratów niepotrzebujących ściągać na siebie zbyt wielkiej uwagi a stamtąd, przez cieśninę oddzielającą Motaku od Tronu Besmary, "Grzesznik" popłynął wprost do Lilywhite.


Jak można się było spodziewać, tego gorącego, słonecznego przedpołudnia, w całym porcie cumowały najprzeróżniejsze okręty, dlatego musieliście poczekać, aż któryś z nich odbije od brzegu i dopiero wtedy, po ponad dwóch godzinach oczekiwania, Arvil mógł w końcu zacumować swój bryg. Lilywhite wybudowano w głębi niewielkiej zatoki, a pierwszym, co rzucało się w oczy, były długie mosty linowe, którymi można było dostać się z miasteczka na przylegające do niego niewielkie wysepki. Małe, ale solidnie wykonane drewniane budynki otaczały cały porty, a większość z nich udekorowana była girlandami kwiatów i przeróżnych krzewów. W porcie i na przylegających do niego ulicach widzieliście tłumy wesołych biesiadników w kolorowych maskach, tańczących i śpiewających do głośnej muzyki, która skądś przygrywała. Ludzie oddani byli zabawie, a przecież do wieczora, momentu kulminacyjnego festiwalu, pozostało kilka dobrych godzin. Wśród nieznajomych panował pełen przekrój rasowy - od ludzi, przez elfy, krasnoludy, do gnomów czy nawet ratfolków i kitsune. Nad portem unosiła się masa skrzeczących mew, podlatujących czasami, by podkraść z plastikowych talerzy jedzenie nieuważnym, skupionym na zabawie biesiadnikom.

- No, gołąbeczki, czas na was - rzucił z rubasznym śmiechem kapitan Nugas. - Gdyby wam się festiwal znudził, będę tu cumował do jutrzejszego zmierzchu. Potem wracam do Port Peril, więc możecie się zabrać ze mną. Bawcie się dobrze i nie przesadzajcie z rumem, bo Lilywhite nie jest takie radosne i bezpieczne, na jakie teraz wygląda. - Puścił wam oko, wciąż gromko się śmiejąc, po czym pożegnał i pogonił swoich ludzi ro rozładunku.

Zeszliście po trapie na ląd, przeciskając się między rozbawionymi mężczyznami i kobietami, którzy zupełnie nie zwracali na was uwagi, jakby zahipnotyzowani płynącą skądś wesołą, marynarską muzyką. Przy niektórych magazynach portowych dostrzegliście niewielkie kramy, na których można było kupić świeżo smażone ryby oraz wszelaki alkohol, od piwa, przez wino aż do whiskey. Większość stoisk była mocno oblegana, a sprzedawcy nie wyrabiali się z kolejnymi zamówieniami. Wspaniały zapach smażonego dorsza i flądry pobudzał wasze żołądki i zachęcał do ustawienia się w kolejce, by skosztować tutejszej kuchni. W pierwszej kolejności należało jednak znaleźć zakwaterowanie, a Jamash i Manea zdawali się wiedzieć, gdzie was zaprowadzić. Przeciskając się między biesiadnikami, ruszyliście do głównego wyjścia z portu i niemal od razu drogę przeciął wam wysoki, żylasty mężczyzna o ciemnej karnacji skóry i siwych włosach. Uśmiechał się ciepło, przeskakując wzrokiem po waszych twarzach.


- Witajcie w Lilywhite, na Festiwalu Rumu, prawdziwie radosnym czasie dla wszystkich przyjezdnych i tubylców - powiedział radosnym, męskim głosem. Ubrany był w szerokie, zwiewne spodnie, koszulę i brązowy kubrak bez rękawów, na którym wyszyty miał kielich, symbol boga alkoholu i życiowych przyjemności, Caidena Caileana.
- Dopiero, co przypłynęliście, prawda? Tak, wiem, ponieważ nie macie ze sobą masek, które nosi każdy uczestnik festiwalu. Jeśli nie na twarzy, to przynajmniej przy sobie. - Zaśmiał się i z wypchanej, skórzanej torby wyciągnął kilka takich samych masek, wręczając po jednej każdemu z was. - Proszę, to dla was. Nazywam się Anyabawile Saabwa i jestem niejako ambasadorem tego festiwalu na cześć mojego pana Caidena Caileana. Zapewne szukacie miejsca, by zostawić swoje rzeczy i odpocząć po podróży? Zapraszam więc do "Baryłki Caileana", najlepszej tawerny w mieście, gdzie oprócz miejsca do spania, dobrej strawy i napitku, będziecie mogli zmierzyć w osławionym Wyzwaniu Szczęśliwego Pijaka - grze łączącej w sobie picie alkoholu, stawienie czoła nieznanemu i zabawianiu kibiców! Nikt jeszcze nie pobił naszego mistrza, półorka Durvasha Złotozębego, który wytrzymał dwanaście kolejek picia alkoholi o różnej mocy! I do tego mamy świetne nagrody, ale o tym może później! Zapraszam, zapraszam ze mną, jeśli macie również jakieś pytania odnośnie festiwalu bądź miasteczka, z przyjemnością na nie odpowiem,
Anyabwile był wyraźnie przyjaźnie nastawiony i chciał chyba zrobić jak najlepsze wrażenie na nowoprzybyłych do Lilywhite.


Tabasa 09-07-2019 09:31

+ Sindarin, dziękuję <3
 

Dzień przed wypłynięciem do Lilywhite.
Manea & Jamash

W "Kielichu i Sterze", tawernie położonej w porcie Port Peril panowała jak zawsze biesiadna, wesoła atmosfera, zapewne dlatego, że nieoficjalnie mówiło się, iż jest to świątynia poświęcona Caydenowi Caileanowi, czemu gospodarz i właściciel w jednym niespecjalnie zaprzeczał. Manea lubiła tu przychodzić, gdy akurat była w stolicy, gdyż mogła na spokojnie pomyśleć nad dalszymi ruchami, zjeść dobry obiad i napić się wybornego piwa. Przy okazji nie musiała co chwilę przeganiać natrętnych zalotników, gdyż marynarze, piraci i reszta braci zebranej w tym miejscu przychodziła tu zwykle w dwóch celach: porządnie urżnąć się dobrym alkoholem i podzielić plotkami krążącymi po innych tawernach.

Dzisiejszego przedpołudnia, kasztanowłosa półelfka o zadziornym spojrzeniu siedziała nad dobrze wysmażonym dorszem i ziemniakami, zastanawiając się nad jutrzejszą podróżą na Festiwal Rumu w Lilywhite. To będzie pierwszy raz, gdy znajdzie się tam bez ojca, którego nie było już wśród żywych i załogi "Pocałunku Krakena". Chociaż liczyła, że ktoś stamtąd jednak pojawi się i będzie mogła rozliczyć się zwłaszcza ze Slayne'em Carriganem, na wspomnienie którego aż jej się krew gotowała w żyłach. Dobrze, że stary Arvil zarezerwował jej miejsce na swoim brygu, pewnie jeszcze przez wzgląd na stare czasy i wszelakie interesy prowadzone z jej ojcem.

Gdy tak rozmyślała nad tym wszystkim, w tłumie gości mignął jej charakterystyczny mężczyzna rasy, która w Port Peril nie była czymś oczywistym. Wysoki, żylasty, o niebieskozielonkawej skórze zdecydowanie zwracał na siebie uwagę, choć na każde nieprzychylne spojrzenie reagował gniewnym grymasem. Ubrany był na typową na Kajdanach modłę, w luźny strój z rozchełstaną koszulą i spiętymi na krzyż bandolierami pełnymi noży. Na jednym gołym ramieniu miał przepasaną bardzo starą chustkę, a na drugim misternie wytatuowaną piracką banderę.
. Od razu doznała tego przedziwnego uczucia, że skądś go zna, że już kiedyś go gdzieś widziała. Była tego niemal pewna.
- Hej, marynarzu! - krzyknęła znad talerza z obiadem w kierunku undine. - Czy my się już kiedyś czasem nie spotkaliśmy?
Głos miała pewny i zadziorny, tak samo, jak krzywy uśmiech, który pojawił się na ładnej buźce, gdy wpatrywała się w niego bez mrugnięcia okiem. Odpowiedziało jej taksujące spojrzenie.

- Możliwe, spotkałem już wiele ładnych dziewek - odpowiedział, idąc w jej stronę.
- A ja niewielu przedstawicieli twojej rasy, dlatego cię zapamiętałam - rzuciła, wciąż się uśmiechając. Wyciągnęła się do tyłu na krześle, zarzucając prawą rękę na oparcie tego stojącego obok, przez co mógł jej się lepiej przyjrzeć. Kobieta była szczupła, ale nie chuda, z wyraźnie wytrenowanym ciałem, choć nieprzesadnie muskularnym oraz średniej wielkości biustem. Ubrana była w białą koszulę, a podwinięte rękawy odsłaniały nieco tatuaż na lewym ramieniu, którego wzoru undine mógł się tylko domyślać, natomiast na tunikę narzucony miała zielonkawy kubrak. Przy jej szerokim pasie z mosiężną klamrą, mężczyzna zauważył wysokiej jakości rapier, piracki kordelas i pistolet, które raczej nie wisiały tam od parady. Nie każdy mógł sobie pozwolić na taką broń. We włosy wplecione miała przeróżne rzemyki, a bandana w kolorze pistacji leżała obok talerza z obiadem. Kobieta nie rzucała się w oczy - ot, równie typowo ubrana, co inne żeglarki w tych stronach. - Czy ty czasem nie robiłeś jakichś wspólnych interesów z kapitanem Madockiem z “Pocałunku Krakena”? - Chciała się przekonać, czy intuicja dobrze jej podpowiada. Choć w sumie mogła się mylić, gdyż marynarz, którego znała, uznawany był za martwego od dawna. - Mówi ci coś nazwa “Czerwony Blask?”

Zaskoczenie odmalowało się na pobrużdżonej morskim wiatrem twarzy, choć mężczyzna próbował je ukryć.
- Może… - zaczął podejrzliwie - A co, gdybym ją kojarzył? - zapytał, opierając się o stolik półelfki.
Kobieta z uśmiechem na ustach spojrzała na jego opierające się o stolik dłonie i skrzyżowała z nim spojrzenie.
- Nie opieraj się tak, bo łatwo mogę ci podciąć przeguby jednym ruchem, a potem możesz być już tylko historią, marynarzu - rzuciła, upijając nieco piwa z kufla. Nie było w jej słowach groźby, raczej wesołe stwierdzenie. Undine odebrał to chyba inaczej, bo ledwie odsunęła naczynie od ust, poczuła ruch powietrza i głuche stuknięcie. W oparcie krzesła, tuż obok jej szyi, wbity był nóż. Kolejny mężczyzna trzymał w drugiej dłoni - była pewna, że sekundę temu go tam nie było. - To było ostrzeżenie, dziewko - warknął.
Manea uniosła prawą brew, zerknęła na nóż, potem na undine, znów na nóż i z powrotem na mężczyznę.
- Ładne umiejętności, dobrze, że mi nie przyciąłeś włosów, bo lubię tę długość - odparła, jakby nie zrobiło to na niej wrażenia. - Jednocześnie mogłabym cię rąbnąć teraz kuflem i zobaczyłbyś Besmarę przed oczami. Ponoć wielu mężczyzn chce tego doświadczyć. - Zaśmiała się, a mężczyzna tylko zacisnął pięści. Powinien inaczej celować za pierwszym razem. - Ale do rzeczy: jeśli kojarzysz “Czerwony Blask”, to jesteś Jamashem, który oficjalnie nie żyje. A jak nim nie jesteś, to możesz sobie iść, sio! - Machnęła ręką, jakby odganiała mewy ze swojego stolika i włożyła kawałek nadzianego na drewniany widelec dorsza do ust. Chyba całkiem nieźle się bawiła, ale też nie chciała marnować czasu na dalsze podchody. Zwłaszcza, gdy obok jej głowy latały noże. Ten facet chyba nie wiedział, co to poczucie humoru.

- Trafnie zgadłaś, a mnie nie tak łatwo zabić. Królowa Piratów jest mi już wystarczająco bliska. Masz zamiar dalej marnować mój czas? - undine był wyraźnie rozeźlony, choć półelfka zauważyła, że o Besmarze wypowiadał się z pewnym pietyzmem.
- A miałeś coś lepszego do roboty? - Uśmiechnęła się do niego, szczerząc białe, równe ząbki. - Pomijam rzucanie we mnie nożem. To nie było miłe, ale pewnie moje słowa też takie nie były, więc wybacz. Jestem Manea, córka kapitana Madocka. Właściwie to ex-kapitana, bo staruszek nie żyje od półtora roku. - Wychyliła piwo do dna. - Pamiętasz mnie chyba?
Mężczyzna oniemiał na moment.
- Mała Mana? - zapytał po chwili, po czym krzyknął - Niech to Oko pochłonie, to rzeczywiście ty! - zwinnym ruchem przesadził stół i porwał kobietę w ramiona - Ha! Oczywiście! Liczko piękne po matuli, a pyskata po ojcu! - jego nastrój zmienił się nagle jak pogoda na morzu - Aleś ty wyrosła! I wyładniała… Ileśmy się nie widzieli? -
- Nic się nie zmieniłeś, Jamashu! Oschły i niebezpieczny dla nieznajomych, ale przyjaciołom serce byś oddał. - Zaśmiała się, gdy porwał ją w ramiona. - Nie widzieliśmy się o wiele za długo! Myślałam, że nie żyjesz! Co się z tobą działo przez te… - zawiesiła się na moment, zastanawiając. - jedenaście lat?

Musiała przyznać, że miło ją powitał i zrobiło jej się cieplej na sercu.
- Przepraszam, że cię potraktowałam "z góry" ale musiałam się upewnić, że ty to TY. - Poklepała go po umięśnionej piersi, szczerząc do niego. - Mógłbyś mnie teraz odłożyć na miejsce? Co cię sprowadza do Port Peril?*
Jamash z lekkim ociąganiem odstawił kobietę
- Dobrą dekadę gniłem w cheliaxiańskim pierdlu, dopiero niedawno udało się spieprzyć. A teraz jestem w drodze na Motaku, zacząć życie po raz trzeci. A Ty, co tu robisz? I jak zginął Madock?
- Przykro mi to słyszeć, dobrze jednak, że jesteś już na wolności. I że jednak informacje o twojej śmierci okazały się jedynie plotkami - powiedziała półelfka i westchnęła ciężko, gdy Jamash wspomniał o jej ojcu. - Jak wiesz, mój ojciec nie lubił zabijać jeńców, w tym kobiet i dzieci podczas swoich pirackich eskapad. Nie podobało się to Slayne'owi Carriganowi, bosmanowi... chyba go pamiętasz, nigdy się przesadnie nie lubiliście. Udało mu się skrzyknąć większą część załogi do buntu przeciwko Madockowi, a ci, którzy nie byli z nim, zginęli. Mój ojciec walczył do końca, jednocześnie dając mi czas na ucieczkę - choć nie chciałam go zostawiać, oboje wiedzieliśmy, co zrobi ze mną Slayne i reszta, gdy ojciec zginie. Tym sposobem ja przeżyłam, a on zginął. - Manea rozłożyła ręce. - "Pocałunek Krakena" wszedł w posiadanie Slayne'a i jego załogi, a ja siedzę tu i myślę nad dalszymi ruchami. Wybierasz się na Motaku? Ja również tam płynę, na Festiwal Rumu do Lilywhite, może zabierzemy się razem? Mam miejsce na statku starego Nugasa, wiesz, tego kuternogi, myślę, że i dla ciebie by się coś znalazło, jakbym poprosiła.

Nie wspomniała, że płynie tam, mając nadzieję odnaleźć kogoś z załogi i wyrównać rachunki, ale Jamash był na tyle inteligentny, że chyba sam wiedział, że w półtora roku po śmierci ojca Manea nie jedzie tam, by się dobrze bawić i pić do upadłego.
- Czemu nie, Nugasowi przyda się oficer z prawdziwego zdarzenia - stwierdził chełpliwie undine - A Carrigana dobrze byłoby odwiedzić - dodał z wyraźną groźbą w głosie, wyciągając sztylet z oparcia krzesła i wsuwając go do ukrytej w długiej rękawicy pochwy.
- Świetnie, cieszę się, że Besmara znów skrzyżowała nasze drogi, Jamashu. - Manea uśmiechnęła się szeroko i gestem dłoni przywołała jedną z piersiastych służek. - Dwie kolejki whiskey dla mojego przyjaciela, na mój koszt. - Gdy tamta skinęła głową i zniknęła na zapleczu, półelfka spojrzała na towarzysza. - Slayne'a szukam od dawna, ale zaszył się gdzieś razem z załogą i statkiem. Może chce przeczekać, chociaż nie wydaje mi się, żeby brał mnie za poważne zagrożenie; zawsze traktował mnie jako słabowitą dziewuchę nie nadającą się na morskie wyprawy. Mój ojciec miał wielu przyjaciół tu i ówdzie, być może oni też poprzysięgli zemstę na Carriganie za to, co się wydarzyło. Nie wiem, ale zamierzam go odnaleźć i wyrównać rachunki. Mam nadzieję, że uda nam się trafić choćby na kogokolwiek z załogi na festiwalu. Jak to mawiają we wschodnich regionach: "po nitce do kłębka". - Uśmiechnęła się krzywo, nieco niebezpiecznie. Cieszyła się, że będzie miała przy sobie starego druha, który był po jej stronie i mógł pomóc w realizacji planu.

- Jeśli masz zamiar pomścić ojca, nie licz jedynie na tych, którzy cenili Madocka. Znajdź tych, którym pozbycie się Carrigana będzie akurat na rękę - Jamash jednym haustem wychylił szklaneczkę z podanym alkoholem - Dobre kurestwo… Pomogę Ci, jeśli nie trafi się nic pilniejszego do roboty. A teraz czas na mnie, najwyraźniej muszę przygotować się do wypłynięcia -
- Myślę, że wielu ludziom będzie na rękę śmierć tego skurwiela. Mnie najbardziej - mruknęła, dopijając swoje piwo. - Zaraz pójdę pogadać z Nugasem, nie sądzę, by miał jakieś “ale” do tego, byśmy płynęli razem. “Grzesznik” wypływa jutro o świcie, więc się nie spóźnij. No i do zobaczenia rankiem. - Uśmiechnęła się lekko, ciesząc się, że udało jej się spotkać Jamasha. Pomocna dłoń w tych czasach była na wagę złota, a już zwłaszcza na Kajdanach.




Lilywhite - Festiwal Rumu

Miejsce dla Jamasha na statku się znalazło, co ucieszyło swashbucklerkę i zgodnie z planem wypłynęli. Na pokładzie znajdowało się kilka ciekawych postaci, którym Manea się oczywiście przedstawiła i z każdym choć chwilę porozmawiała. Dała się poznać jako żywiołowa, wesoła półelfka, która z dystansem i na luzie podchodzi do życia, a i ma czasem jeszcze coś ciekawego do powiedzenia. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie na nowo poznanych towarzyszach, gdyż w głębi duszy wciąż targały nią przeróżne wątpliwości, a demony przeszłości powracały nie tylko w koszmarach sennych. Pomagała również na pokładzie w czym trzeba było, bo nie lubiła siedzieć bezczynnie, a ojciec już od najmłodszych lat zaszczepił jej pracę na statku.

Momentami można było ją dostrzec stojącą samotnie przy burcie, wpatrującą się w dal z zasępioną miną, jakby właśnie toczyła jakąś wewnętrzną walkę. Oczywiście gdy tylko ktoś zagaił rozmowę, znów wrzucała na twarz maskę radosnej, energicznej poszukiwaczki przygód. Nie zamierzała dzielić się z dopiero co poznanymi ludźmi swoimi problemami. Bo i kogo - oprócz niej samej - one interesowały? Nawet Jamash, który obiecał jej pomóc, zapewne miał jakieś swoje własne powody, o których jej nie wspomniał. I nie miała mu tego za złe, w końcu nie byli przyjaciółmi, a tylko znajomymi z dawnych lat.

Przechadzając się po pokładzie, swoim wyglądem zwracała uwagę. Wysoka, smukła, zawsze z uniesioną głową i pewnym spojrzeniem zielonych oczu robiła odpowiednie wrażenie. Wiatr rozwiewał jej długie do łopatek kasztanowe włosy, w które wplecione miała różnokolorowe rzemyki. Nosiła się po marynarsku, stawiając na prostotę, ale i przede wszystkim wygodę - wysokie buty pod kolano, luźne spodnie nie krępujące ruchu, biała koszula i zielony kubrak, a gdy pogoda była kapryśna, dorzucała do tego skórzany płaszcz. Uwagę na pewno zwracał szeroki pas, przy którym znajdowało się uzbrojenie półelfki - wysokiej jakości rapier, piracki kordelas oraz pistolet skałkowy, z którego dawno temu nauczył strzelać ją ojciec. Właściwie, to nauczył ją wszystkiego, co wie teraz, choć nie był to dla niej czas beztroski i radości. Ale najwyraźniej tak miało być.

Gdy dopłynęli w końcu na miejsce i Manea ujrzała tych wszystkich bawiących się na ulicach ludzi, nie zrobiło to na niej wrażenia. Nie przypłynęła tu bawić się, tylko znaleźć ludzi odpowiedzialnych za śmierć swego ojca. Choć szanse były na to małe, to wciąż miała nadzieję, że w końcu trafi na kogoś z załogi Carrigana, albo na niego samego. Zakładając wypchany plecak, rozglądała się czujnie po uczestnikach festiwalu, jednak większość z nich nosiło maski, co było Manei trochę nie na rękę. Wyglądało na to, że będzie musiała poczekać na wieczór, aż wszyscy będą chlać do upadłego w gospodach. Rozmyślając o tym, niemal nie zauważyła, gdy zjawił się przed nimi wysoki, czarnoskóry facet. Wyznawał Caidena Caileana, a Manea wiedziała, że tacy ludzie są zwykle bezproblemowi i otwarci względem innych.

- Miło nam cię poznać, Anyabwile. Jestem Manea, a to moi towarzysze: Jamash, Aza, Darvan i Maxim - przedstawiła kompanów i przyjęła maskę od mężczyzny, jednak nie zakładała jej póki co. - Myślę, że warto skorzystać z twojego zaproszenia, "Baryłka Caileana" to naprawdę dobre miejsce, żeby się zatrzymać. Poza tym, skoro razem tu przypłynęliśmy, to powinniśmy też razem się trzymać podczas festiwalu. Co sądzicie? - Uśmiechnęła się do halflińskiej dziewczyny i dwóch mężczyzn. Jamasha namawiać nie musiała. - Powiedz mi tylko, Anyabwile... Może widziałeś w ostatnim czasie cumujący tu w porcie okręt o nazwie "Pocałunek Krakena"? Może obiło ci się o uszy nazwisko Carrigan?

Liczyła na zdobycie jakichś informacji, które mogłyby przybliżyć ją do celu. Jeśli pozostali się zgodzili, ruszyła z nimi do tawerny, rozglądając się czujnie wokół. A nuż zobaczy jakąś znajomą mordę ze statku ojca?

Kerm 09-07-2019 17:31

Ponoć jedni chłopcy chcą być rycerzami, inni żołnierzami, jeszcze inni złodziejami czy poszukiwaczami przygód.
Darvan jakoś takich pragnień nie odczuwał - przez ładnych parę lat dzieciństwa marzył jedynie o wyrwaniu się spod 'czułej' opieki dziadka, wuja i kuzyna. Dalej jego pragnienia nie sięgały. W późniejszych latach zdarzało mu się snuć plany na przyszłość, nie było w nich jednak miejsca na bycie piratem. Wprost przeciwnie - po paru rozmowach z paroma doświadczonymi osobami uznał, że lepiej trzymać się od morskich rozbójników z daleka.
I oto nagle, na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli, miał się znaleźć w samym środku pirackiej zabawy, wśród osobników, którzy żyli z rabowania cudzych statków.
Różnie, jak widać, los kieruje krokami ludzi. I nieludzi.

Towarzystwo, z jakim zetknął się na pokładzie brygu o wiele znaczącej nazwie, było zróżnicowane pod względem płci, ras i profesji. Tudzież charakteru.
Na pierwszy rzut oka - dało się z nimi dogadać.


Podczas rejsu "Grzesznikiem"

Tabasa, dzięki :)

- Czy, wzorem piratów z morskich opowieści, pijasz tylko rum - Darvan gestem zaprosił Maneę do stołu, przy którym siedział - czy też nie gardzisz innymi trunkami?
- A kto ci powiedział, że jestem piratem z morskich opowieści?
- Półelfka zaśmiała się, przysiadając. - Jestem zwykłą żeglarką, która lubi życie na morzu. Rum może być, choć najbardziej lubię wino. Mocne, czerwone.
- Czerwone, powiadasz?
- Darvan skinął głową. - Coś by się jeszcze znalazło.
Sięgnął po bukłak i potrząsnął. Coś zachlupotało.
- Nie wiem, czy jest dosyć mocne. - Postawił przed Maneą szklanicę i napełnił w trzech czwartych winem. To samo ze swoją.
- Nie musi być mocne, ważne, żeby było smaczne. Nie lubię takich, które wykrzywiają mi pyszczek - uśmiechnęła się. - Jak widzisz, nie jestem też typową żeglarką. - Puściła mu oczko i upiła wina ze szklanki. - To jest dobre.
- I bardzo dobrze, że nie jesteś typową żeglarką Typowi żeglarze są... monotonni... Mają w głowach niewiele poza rumem i żaglami
- zażartował. - A jak już pić coś innego, niż wodę, to niech to będzie dobre, a nie jakieś szczyny.
- Zgadzam się i z jednym i z drugim. Co do typowych żeglarzy… cóż, pewnie dlatego wciąż jestem sama, nikt nie zdołał skraść mojego serca. Póki co
- uśmiechnęła się do niego zalotnie. - Zamierzasz zostać dłużej w Lilywhite? Czy tylko płyniesz na festiwal, by doświadczyć nowych wrażeń?
- Powiadają, że żona to kotwica dla marynarza... tudzież podróżnika
- odpowiedział z uśmiechem. - Na mnie też jeszcze nikt nie zastawił sideł, chociaż z czasem, zapewne, się ustatkuję. A co do festiwalu, to w znacznej mierze masz rację. Nowe kraje, nowe obyczaje, nowa wiedza. Będzie co opowiadać wnukom. Kiedyś. - Znowu się uśmiechnął. - Może czegoś się nowego nauczę, może kupię parę magicznych drobiazgów czy zaklęć. Ale długo tu nie zabawię. Ja też raczej jestem przelotnym ptakiem.
- Żona kotwicą dla marynarza… no chyba, że żona też marynarz.
- Spojrzała na niego, wciąż się uśmiechając. - Kto wie, może nasze losy zwiążą się na dłużej, Darvanie, lubię ludzi z twoim podejściem do życia, bo sama też nie lubię długo siedzieć w jednym miejscu.
- Przyznam, że dość trudno znaleźć taki ideał
. - Mag ponownie się uśmiechnął. - Twoje zdrowie. I za udaną współpracę.
- Och, jestem pewna, że taka właśnie będzie.
- Wzniosła toast wraz z Darvanem, uśmiechając się do niego zadziornie.

* * *


Barwny, rozbawiony tłum, kręcący się po porcie tłum, nie wzbudzał zbyt wielkiego zaufania Darvana. On sam co prawda również nie wyglądał na grzecznego chłopca (tacy zazwyczaj nie mieli blizn na twarzy), ale on sam siebie znał (i wiedział, że nie jest piratem) - w przeciwieństwie do tamtych.
Prawdę mówiąc ostrzeżenie kapitana Nugasa było zbędne...

- Dziękuję - powiedział, przyjmując od Anyabwile'a.

Poczekał chwilę, aż Manea skończy rozmawiać z mężczyzną, który ich zaczepiał, dopiero potem odpowiedział na jej propozycję.

- Masz rację. - Skinął głową. - Trzymajmy się razem.

Zabawa we własnym gronie nie oznaczała kiepskiej zabawy, a w razie czego można było kogoś dokooptować, prawda? Na dodatek wyglądało na to, że Manea zna to miejsce.

- Chodźmy więc do tej "Baryłki" - dodał.

Sindarin 10-07-2019 08:30

Z Jamashem był jeden podstawowy problem – był znacznie bardziej …żywy, niż powinien być. Według wszelkich plotek, undine zginął ponad dekadę temu, kiedy jego statek, „Czerwony Blask” został zmieciony z powierzchni morza przez armadę wojenną Cheliaxu, na którą miał pecha się natknąć. Na pytania o to sam zainteresowany burkliwie odpowiadał, że przesiedział ten czas w ciupie. Zwiać udało mu się dopiero przy okazji zamieszek, w czasie których jakaś szurnięta alchemiczka wysadziła połowę wybudowanej na klifie fortecy. Teraz zaś wracał na Motaku, by jak sam stwierdzał “zacząć kolejne życie”.

Wynajęty przez Nugasa bosman nie stawił się rano na pokładzie (Besmara czasami uśmiecha się do swoich wyznawców), dlatego stary kapitan z radością powitał undine, z miejsca prosząc go o zajęcie wolnego miejsca w załodze. Kiedyś żeglarz wyśmiałby taką propozycję (o ile miałby dobry humor), ale teraz wiedział, że będzie musiał zacząć wszystko od początku. Dlatego przyłożył się do swojej tymczasowej roli, trzymając dyscyplinę twardą ręką i nie szczędząc zarówno ostrego języka, jak i bata. Nie było w tym jednak okrucieństwa, a raczej sumiennie wykonywany obowiązek - dobry bosman musiał mieć respekt na pokładzie. Wieczorami zaś, po zejściu pod pokład, zmieniał się zupełnie, traktując każdego z załogi na równi, pijąc i dzieląc się starymi opowieściami. Nietrudno było dostrzec, jak ogromną radość sprawia mu żegluga. Żeglarze także raczej od niego nie stronili - kapłani Besmary mieli opinię nieprzewidywalnych, ale posiadanie jednego z nich na pokładzie było zwykle dobrą wróżbą dla statku.

Planarne pochodzenie Jamasha było widoczne na pierwszy rzut oka – mierzący sobie prawie sześć i pół stopy mężczyzna miał skórę o barwie morza oraz dobrze widoczne skrzela za uszami, ledwie osłonięte przez czarne włosy związane z tyłu. Mimo wzrostu, nie wyglądał na potężnego, za to zdecydowanie pasowało do niego określenie „żylasty”, jego mięśnie przypominały napięte liny cumownicze, a ruchy były szybkie i płynne, jakby żaden nie był przypadkowy. Nosił się na typową dla Kajdanów modłę - luźne ubrania, rozchełstana koszula, na piersi dwa skrzyżowane bandoliery pełne noży, żadnych butów. Jedno ramię miał opasane bardzo starą chustą, zaś na drugim pysznił się spory tatuaż przedstawiający piracką banderę - symbol Besmary, bogini piratów.

***

Gdy zmuszeni byli czekać na przybicie do portu w Lilywhite, undine kręcił się niecierpliwie po pokładzie, złorzecząc pod nosem. Aż go nosiło, żeby wyskoczyć za burtę i popłynąć wpław, ale wiedział, że jako bosman musi zostać do samego końca, dopóki kapitan nie zwolni go ze służby. Kiedy zeszli na ląd, wziął głęboki oddech, napawając się zapachami festiwalu i zastanawiając, co Czarna Pani przygotowała dla niego tym razem?
Spotkanie wyznawcy Caidena Caileana był z pewnością dobry omenem - wszak on i jego bogini przyjaźnili się ze sobą. Jamash uścisnął dłoń Anyabawile i przyjął od niego maskę, chociaż nie założył jej, zawiązując jedynie na szyi. Wrócił do świata żywych i nie miał zamiaru tego ukrywać. Syknął cicho, gdy Manea wprost zapytała nowopoznanego mężczyznę o Carrigana - ona chciała go znaleźć, czy ostrzec całe Lilywhite, że go szuka?!
- “Baryłka”, bez dwóch zdań - i tak chciał właśnie tam się udać. To w końcu w tej tawernie wszystko się dla niego zaczęło. I teraz miało się zacząć ponownie. - Jonah przejął już interes po ojcu? - zapytał ciemnoskórego mężczyznę.

Ranghar 10-07-2019 22:24

Aza podróżowała lekko, bez torb, pakunków i butów na nogach. Owinięta była w za dużą brązową szatę z kapturem wiecznie zarzuconym na głowę. Szatę zdobił złocony pasek obszyty wokół jej krawędzi. Przy gwałtownych powiewach wiatru zawsze łapała kaptur i naciągała go mocniej na głowę, czasem dało się zauważyć bladą cerę i brązowe oczy, czasem czarny bardzo stylowy skórzany pancerz i doczepione do niego gwiaździste noże oraz lekką kuszę.

Gdy Manea podeszła z nią porozmawiać niziołka odruchowo była gotowa zejść jej z drogi, jak większości wyższych od siebie postaci. Gdy ma się zaledwie 70 cm wzrostu mało kto zwraca na ciebie uwagę, a ci co zwrócą spodziewają się bezbronnej ofiary i łatwego zysku. Aza nie miała zamiaru nigdy więcej poczuć się tak przeraźliwie bezradna jak w przeszłości.
Elfka okazała się sympatyczna i żywiołowa czym rozładowała spiętą Azę, która początkowo próbowała zbyć kobietę prostymi odpowiedziami, ale w miarę toczących się rozmów zaczęła sklejać dłuższe odpowiedzi w milszym tonie.

Niziołka zabijała czas zwijając i naprawiając liny oraz żagle, łapała się też za szorowanie pokładu, a ukradkiem rozmawiała ze szczurami i ptactwem rozsypując im okruchy.

Schodząc na ląd nie wiedziała, który obrać kierunek i bez większego namysłu ruszyła za pozostałymi pasażerami. Co rusz rozbawieni mężczyźni i kobiety nadeptywali na jej szaty lub potrącali ją kolanami. Dziewczyna nie miała im tego za złe, spoglądała wysoko na ich porcelanowe twarze, które się uśmiechały, wesoło rozmawiały i śpiewały. Aza w cieniu swojego kaptura także się uśmiechnęła, prawie już zapomniała jak się to robi. Czuła się dziwnie, po części nieswojo, a w drugiej części dziwnie na miejscu.

Gdy pojawił się mężczyzna i rozdawał twarze za darmo Aza podekscytowana darmowym prezentem szybko złapała go w ręce i kciukami zaczęła gładzić twarde zmarszczki na policzkach z dziecięcym zachwytem.
Po chwili szybko nasunęła twarz uszczelniając brzegi kapturem i zachichotała. Była teraz mieszkańcem Lilywhite, była taka sama jak wszyscy wokół.
Z podekscytowania wyrwały ją dopiero słowa Maney, która nie tylko pamiętała jej imię, ale ją najwidoczniej zauważyła. Słysząc jej pytanie wtrąciła również swoje.
- O albo wiesz gdzie jest załoga "Szczęśliwego Łotra" ? Szukam krewnego, który jest całkiem słynny.

Aza ruszyła z resztą podróżników do tawerny rozglądając się za kuzynami ze swojej rasy w celu zdobycia plotek o krewniaku.

Seachmall 11-07-2019 00:11

Podróż do Lilywhite

Maxim sprawiał na początku wrażenie skrytego bądź nieśmiałego. Kilka pierwszych godzin spędził w swojej kajucie, wychodząc dopiero na posiłek, kiedy pozostali mogli mu się dokładnie przyjrzeć.

Młody, możliwie kilkunastoletni rudy chłopak o niebieskich oczach. Zadbany, dobrze odżywiony, chociaż o patykowatych rękach.

Jego odzienie było zadbane, skórzana kurta pokrywająca prostą skórzaną zbroję, ciemne materiałowe spodnie, kapelusz z jakimiś goglami wokół główki. U jego pasa wisiał krótki miecz, bez szczególnych zdobień, uwagę przykuwał pistolet, który miał przewieszony pasem przez tors.
Otóz pistolet ten wyglądał.....




Żałośnie.

Jak zabawka dziecięca imitująca prawdziwą broń. Jednak chłopak pilnował i ostrożnie obchodził się ze swoim śmiesznym pistoletem..

Sam Maxim wyglądał na zagubionego i zastraszonego przez bardziej postawnych członków załogi. Dopiero kiedy stanął na pokładzie i zebrał się na odwagę, aby spojrzeć na wielkość i wolność morza, cały ten strach i nieśmiałość ustąpiły niemalże dziecięcej fascynacji i radości.

Od drugiego dnia Maxim był niemalże chłopcem okrętowym na grzeszniku, przynajmniej jeżeli chodzi o jego chęć brania udziału we wszystkim. Zaznajamiając się z rolami i zadaniami na statku. Chociaż chętnie chłonął wiedzę, nie był zbyt skory wyjawić dużo o sobie.

Dzień kiedy dotarli do Lilywhit nie zmniejszył optymizmu i ciekawości młodzieńca.



Lilywhite


Maxim chłonął to nowe miejsce, pozostałym się wydawało, że młodzieniec po raz pierwszy jest w miejscu innym niż wieś, w której się wychował. Kilka razy o mało nie zgubił się zapatrując się w przedmioty na straganach. Chociaż zważając na wielki plecak jaki chłopak ze sobą nosił, reszta grupy szybko by go znalazła.

Kiedy spotkali Anyabawile chłopak ponownie wydawał się zamknąć w sobie, duży kontrast w porównaniu z dotychczasowym kłębkiem energii, który musieliby chyba przywiązać do siebie, aby nie skończył po drugiej stronie miasta.

Wpatrywał się przez chwilę w otrzymaną maskę, kilka razy przykładając ją do twarzy na spróbowanie. Ostatecznie jednak wsadził ją na swój kapelusz przytwierdzając ją tam goglami.

Na propozycję odpowiedzi na pytania dotyczące festiwalu od razu wróciły mu kolory na twarzy.
- Przepraszam, jeżeli mogę.. na temat festiwalu. Jaka jest jego historia? Kto go zaczął, czemu? Jakie są tradycje nie licząc masek? – grupie od razu pojawiły się przed oczami sceny z „Grzesznika”, mogli się spodziewać, że zanim dojdą do Baryłki będą wiedzieli więcej o Festiwalu Rumu, niż o własnych życiach.

Mroku 11-07-2019 12:15

Mwangiańczyk spojrzał na Maneę, unosząc wysoko brwi.
- Nie, droga panienko, nie widziałem tu nikogo z bandy Carrigana. A nawet, gdyby chciał przybyć na Festiwal Rumu, mamy odpowiednie środki, by go od tego odwieść. W miejscu, nad którym patron trzyma Cayden Cailean, nie ma miejsca dla ludzi, którzy z przyjemnością zakłócą zabawę innym i jeszcze będą się z tego cieszyć.
Po chwili przeniósł zdziwiony wzrok na Jamasha.
- Jonah? Jonah Anvif? Dawno cię tu musiało nie być, przyjacielu, skoro nie wiesz, że staremu Angusowi się zmarło pięć lat temu, a Jonah szefował przez rok "Baryłce", póki nie stracił głowy i serca dla jakiejś złotowłosej półelfki, z którą wypłynął w siną dal i tyle go żeśmy widzieli. Wcześniej zdążył sprzedać interes Duwelli Stoneshield, kapłance Caydena i ona teraz rządzi w tawernie. - Wyjaśnił Anyabwile.

Na pytanie Maxima, Mwangiańczykowi zaświeciły się oczy. Chyba liczył na pytania o festiwal.
- Jak pewnie już wiecie, Festiwal Rumu to coroczna impreza religijna ku czci naszego pana, Caydena Caileana. Upamiętnia ucieczkę sargawiańskich niewolników, która miała miejsce w roku 4686 w porcie Crown's End. Ucieczka objęła trzy statki pełne niewolników z doków Sargawy oraz Wzgórz Bandu, którzy mieli zostać sprzedani na targach niewolników Krwawej Zatoki. Podczas rejsu, załogi wszystkich trzech statków bardzo szybko upiły się rumem, chociaż nie wypili go więcej, niż zwykle. Kilku wyznawców Caydena, którzy znajdowali się wśród niewolników doszło do wniosku, że to sam Szczęśliwy Pijak musiał interweniować, dając im szansę uwolnienia się z paskudnej sytuacji. Byli tego już całkiem pewni, gdy pojawiło się pięć niewielkich mew, wysłanych przez jego herolda - Thais. W rezultacie podążyli za ptakami, które doprowadziły ich na niewielką wyspę, do zacumowanego tam statku, którym niewolnicy odpłynęli w stronę Kajdan. Od tamtej pory historia ta wędrowała z ust do ust, a po kilku latach zorganizowano pierwszy Festiwal Rumu, upamiętniający tamte wydarzenia i pomoc Caydena Caileana niewolnikom. Mimo, że nasza impreza jest najbardziej popularna na Kajdanach, to otrzymujemy sygnały, że dociera już do innych zakątków Wewnątrzmorza, co nas bardzo cieszy. W tym czasie wszyscy przybyli bawią się na wyspie, zakładając maski a zwieńczeniem festiwalu jest parada, która jest jednocześnie inscenizacją ucieczki niewolników. Musicie ją zobaczyć dziś wieczorem, niesamowite wrażenia gwarantowane. - Zakończył swój wywód Anyabwile.

Zerknął z uśmiechem na Azę.
- Coś mi się obiło o uszy, ale głowy nie dam. Powinnaś popytać w "Srebrnej Kotwicy", to druga po "Baryłce" karczma w naszym miasteczku. Tam często zatrzymują się żegalrze innych ras, również takich dość... specyficznych. Ale to myślę potem, teraz chodźmy do "Baryłki", twój krewny, jeśli tu jest, z pewnością nigdzie ci nie ucieknie, bo to zabawy czas! - Zaśmiał się.

Ruszyliście wraz z Anyabwile zatłoczoną uliczką i po kilku minutach doszliście do miejsca, które lokalni nazywali Placem Założycieli, jak wyjaśnił wasz przewodnik. Cztery mosty linowe (jeden w takim stanie, że ryzkiem byłoby przez niego przejść) biegły stąd w różnych kierunkach, łącząc ze sobą pomniejsze wysepki rozsiane na całej szerokości miasta. Plac służył jako lokalny rynek, obecnie jednak pękał w szwach od bawiących się uczestników festiwalu. Pośrodku natomiast dostrzegliście wysoką na niemal piętnaście stóp drewnianą statutę szczerzącego się mężczyzny uzbrojonego w rapier i podnoszącego spory kubek.
- To jest właśnie symbol i opiekun naszego miasta, Cayden Cailean w całej okazałości. - Anyabwile wskazał dłonią na posąg. - Drugi, podobny, ale wyższy, stoi w zatoczce na północ stąd.

Pokonaliście jeden z mostów, by znaleźć się na kolejnej, tym razem mniejszej wysepce o ubitej ziemi. Tutaj, oprócz zwykłych budynków mieszkalnych, pierwszym, co rzucało się w oczy był duży, piętrowy budynek z umieszczonymi na podwójnych drzwiach symbolami kubków ze spienionym piwem.
- Jesteśmy na miejscu, to właśnie "Baryłka Caileana" - powiedział wasz przewodnik. - Jest to zarówno tawerna, jak i świątynia poświęcona naszemu panu. Nie czekają was tu żadne przykre incydenty, tylko zabawa i dobrzy ludzie, którzy chcą miło spędzić czas. Chodźcie.


Weszliście do środka, a w wasze nozdrza od razu wbił się intensywny zapach alkoholu zmieszany z wonią smażonych ryb. Niemal cała główna sala oblegana była przez marynarzy i poszukiwaczy przygód przeróżnych ras, choć oczywiście dominowali ludzie. Służki w pocie czoła donosiły jadło i napitek, a w kącie sali, na niewielkim podeście grupka bardów grała przyjemną, wesołą muzykę do której tańczyło kilka osób. Anyabwile zaprowadził was do stolika pod ścianą, który właśnie się zwolnił, po czym lawirując między stolikami dotarł do szynku, gdzie rozmówił się z korpulentną, rudowłosą krasnoludką. Niedługo potem wrócił do was, niosąc tackę z pięcioma kuflami spienionego piwa.
- Macie szczęście, Duwella, właścicielka "Baryłki" powiedziała mi, że ma jeszcze trzy dwuosobowe pokoje na piętrze, gdzie możecie się zatrzymać - niedawno wyrzuciła gości, którzy awanturowali się w nocy z ochroniarzami. A to piwo dla was... - Przesunął po blacie tackę w waszę stronę, byście odebrali kufle. - Jak zapewne Jamash wie, pierwsza kolejka jest tutaj zawsze darmowa. Ja muszę was teraz zostawić, żeby iść witać innych gości, jednak gdybyście czegoś potrzebowali, możecie znaleźć mnie w porcie. Mam nadzieję, że będziecie świetnie się bawić i zapamiętacie festiwal na długo. Niech Cayden Cailean będzie z wami. - Uśmiechnął się serdecznie, po czym ruszył do wyjścia z tawerny.

Trafiliście akurat na porę obiadową, więc zamówiliście sobie coś do jedzenia i picia, a Duwella od razu skasowała was za pokoje, srebrnik od głowy za noc wraz ze śniadaniem z rana. Rozmawialiście, posilając się naprawdę smacznymi daniami, a jako, że znajdowaliście się w miasteczku portowym, dominowały ryby, dania mięsne z owocami morza, zupy z kraba i kałamarnicy oraz inne podobne przysmaki. Atmosfera w głównej sali była bardzo wesoła i choć zewsząd dochodziły was rozbawione głosy biesiadników, nie przeszkadzało wam to zbytnio w prowadzeniu konwersacji. Kwadrans po sutym obiedzie, właścicielka nakazała ochroniarzom lokalu połączyć ze sobą dwa nieużywane, stojące pod ścianą stoły i weszła na nie, zwracająć się do swych gości.

- Najedzeni? Świetnie, bo nadeszła pora na kolejną część Wyzwania Szczęśliwego Pijaka! - krzyknęła, sprawiając, że wszyscy ucichli, patrząc w jej stronę. - Wszyscy są zaproszeni do tej wspaniałej zabawy, a jednocześnie nikogo do niej nie zmuszam! Krótko o zasadach, które pewnie większość z was, ochlapusy i tak zna! - Zaśmiała się, a odpowiedział jej rechot większości gości. - Podczas Wyzwania, grupa od trzech do sześciu osób zbiera się wokół stołów, na których teraz stoję, a ja rozkładam tacę z dwa razy większą ilością napojów wyskokowych, niż mamy uczestników. I delikwenci piją, a kto wytrzyma najdłużej, zostaje zwycięzcą. Haczyk jest jednak taki, że w każdym kubku jest inny alkohol. - Wyszczerzyła się, biorąc się pod boki, a goście zawiwatowali. - Będzie piwo, wino, cydr, czysta gorzała a nawet absynt! I nigdy nie wiecie, na co traficie, bo to ja rozkładam przed wami kubki z napitkiem. Czysta loteria! Dotarcie do czwartej rundy to już będzie wielki wyczyn, wierzcie mi. A byli i tacy, co padali po pierwszej, bo pić, to trza umić, nie? - Zaśmiała się wesoło, a sala odpowiedziała jej gromkim "Aye!". - Rekordzistą i jednocześnie mistrzem Wyzwania jest Durvash Złotozęby, który kilka lat temu padł dopiero po dwunastej rundzie! Kto wie, może dziś mamy tu kogoś, kto przebije jego wyczyn? To kto chętny spróbować, panie i panowie? Oprócz chwały tego, kto posiada najmocniejszą głowę, czeka was nagroda, po której nie bedziecie nawet żałować, że rzygacie dalej, niż widzicie. Zgłaszać się!

Niemal od razu od stolika wstał potężny półork wyglądający na przybysza z Północy, za nim żylasty, wytatuowany pirat w żółtej bandanie oraz czarnoskóra kobieta o hardym spojrzeniu.
- Trzech chętnych już mamy, potrzebujemy kolejnych trzech, żeby zabawa była ciekawsza. Kto się odważy?! - Duwella powiodła wzrokiem po zebranych w sali. - Nie wstydzić się, zgłaszać!


Tabasa 11-07-2019 15:27

Nie podobało jej się to, co usłyszała od wyznawcy Caileana, ale i tak zamierzała sprawdzić to na własną rękę. Bo przecież Anyabwile nie mógł być wszędzie i wiedzieć wszystkiego na temat tego, kto przypływa na festiwal, prawda? Choć z drugiej strony, Carrigan był tak znaną postacią, że i tak by się to rozniosło. No i mogło być też tak, jak mówił jej Jamash, że zabójca jej ojca mógł spotkać tutaj swoich innych wrogów, dlatego wolał nie ryzykować. Cóż, i tak zamierzała powęszyć, skoro się tutaj znalazła.

Lilywhite nie zmieniło się właściwie w ogóle, odkąd była tu ostatnim razem, no, może tylko ten jeden biedny most linowy zdążył trochę ucierpieć przez te kilka lat. Bawiący się na ulicach ludzie bez masek obrzucali ją szerokimi uśmiechami, które odwzajemniała, choć wewnątrz wcale wielkiego szczęścia nie czuła. Przypłynęła tu w konkretnym celu, który już na starcie został odarty z szans na zrealizowanie. Tak, czy siak, miała zamiar popytać tubylców, może ktoś coś widział, ktoś coś wie. Może nawet zapłaci złotem za informacje. Wiele go nie miała, ale monety zawsze rozwiązywały języki, zwłaszcza na Kajdanach.

Posąg Caileana wyglądał również tak jak zawsze, pomijając fakt, że miał teraz na drewnianych ramionach i głowie kilka mewich kleksów wypuszczonych spod ogona. Półelfka w ostatniej chwili ugryzła się w język, by o tym nie wspomnieć, w końcu mogła urazić uczucia Anyabwile, a on był przecież dla nich miły i uczynny. W "Baryłce" zajęła miejsce i ulżyło jej, gdy okazało się, że będą mieć gdzie przenocować. Przy takim natłoku gości nie było to wcale takie pewne. Obiad, który sobie zamówiła był cudny w smaku, a przy jego okazji porozmawiała z towarzyszami, dowiadując się paru ciekawych rzeczy i również będąc dla nich otwartą, wesołą i miłą. Czyli była klasyczną sobą w takich sytuacjach.

Konkurs picia jak zwykle wywołał wielkie poruszenie, a obecna właścicielka karczmy miała w sobie jakąś charyzmę i żyłkę wodzireja, gdyż wiedziała, jak zmotywować do zabawy ten tłumek mężczyzn i kobiet. Manea złapała się na tym, że mimo wszystko uśmiecha się, gdy Duwella prowokowała potencjalnych zawodników.
- Cóż, ja się nie zgłaszam, ale może któryś z was chce się napić za darmo i być może pobić rekord "Baryłki"? - zapytała z uśmiechem na twarzy, patrząc na męską część towarzystwa. - Darvan? Maxim? A może ty, Jamashu? Będziemy wam z Azą kibicować z całych sił - wyszczerzyła się w uroczym uśmiechu, upijając nieco piwa z kufla. Była bardzo ciekawa, czy któryś z kompanów spróbuje się z alkoholem.

Kerm 11-07-2019 16:32

"Nie czekają was tu żadne przykre incydenty, tylko zabawa i dobrzy ludzie, którzy chcą miło spędzić czas."
Te słowa Anyabwile'a przez dłuższą chwilę dźwięczały w uszach Darvana. I chociaż tego nie powiedział na głos, to zakinacz za grosz nawet nie wierzył w te słowa. Tam, gdzie alkohol lał się strumieniami, zawsze prędzej czy później nadchodził moment, w którym w głowach miłośników trunków pojęcie "zabawa" nabierała całkiem innego znaczenia, każde rzucone słowo mogło stać się zarzewiem konfliktu zaś dobrzy ludzie (i nieludzie) zaczynali się prać po pyskach czy z byle powodu sięgali po oręż.
Brak wiary nie oznaczał jednak, że Darvan miałby zamiar zaszyć się w swym pokoju i ograniczyć się do wypicia czegoś tam, tudzież wsłuchiwania się w odgłosy zabawy.
Przyjął maskę, lecz jej założenie odłożył na później, chwilowo ograniczając się do wysłuchania tego, co Anyabwile miał do powiedzenia na temat historii Festiwalu.

Jak się okazało, "Baryłka" zaoferowała im nie tyko dobre jadło, ale i możliwość spędzenia tu nocy, dzięki czemu nie musieli nocować pod chmurką... lub na pokładzie "Grzesznika". Tawerna zaoferowała również możliwość udziału w najsłynniejszym (w okolicy) konkursie picia.
Tym jednak Darvan nie był zainteresowany.
- Żartujesz chyba. - Spojrzał z uśmiechem na Maneę. - Pijany mag, władający ogniem, to proszenie się o kłopoty. Pamiętam jak dziś co się stało, gdy mój mistrz balował w większej kompanii. Przez miesiąc nie mieliśmy dachu nad głową.
- Och, chciałam cię tylko sprowokować, zaklinaczu, wyglądasz mi trochę na takiego, co nie za wielu uciech w życiu doświadczył. - Manea uśmiechała się do niego szeroko znad swojego talerza. - Ale rzeczywiście, spalenie poświęconej Caidenowi Caileanowi karczmy mogłoby sprowadzić na ciebie jakieś kłopoty. Nie tylko tutaj, ale i tam - pokazała palcem wskazującym na dach i puściła mu oczko. Zdecydowanie lubiła flirtować i nawet, gdy miała z tyłu głowy inne sprawy, to jakoś nie mogła się powstrzymać.
Darvan uśmiechnął się w odpowiedzi.
Nie znali się jeszcze na tyle, by zwierzać się z różnych mniej czy bardziej pełnych uciechy przygód.
- Bogom nie warto się narażać - przyznał. Nie do końca poważnym tonem.

Ranghar 13-07-2019 19:41

Aza ucieszyła się ze zdobytych informacji. Miała trop od którego mogła zacząć poszukiwania. Przy okazji też nie zaszkodzi spojrzeć co się dzieje w "Baryłce" skoro reszta podróżników tam się wybiera, w grupie zawsze bezpieczniej.

Niziołka dumnie paradowała z maską na twarzy, była częścią tłumu, a wszystkich łączyła wspólna twarz. Nikt nie był wytykany za swój wygląd, wszyscy byli szczęśliwi, Aza była szczęśliwa.

Gdy weszli do tawerny zajęła miejsce siedzące przy elfiej towarzyszce. Trochę spochmurniała, bo większość osób tutaj nie miała na sobie maski. Gdy został ogłoszony konkurs picia przytaknęła Darvanowi.
- Tak, albo przyzywa się po pijaku delfina w beczce piwa. Beczka śmiechu, ale szkoda piwa. Ahahahaha! - Aza zaszczebiotała wesoło przypominając sobie głupiutkie wspomnienie i uderzyła ręką kilka razy o blat.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 00:48.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169