Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-05-2010, 23:45   #1
 
Kirholm's Avatar
 
[Wiedźmin] Polowanie na potwory

Polowanie na potwory


Lothar de Zeuw, włodarz na temerskiej ziemi, mąż prawy, bogobojny i sprawiedliwy, człowiek honoru oraz męstwa, wojownik przestrzegający zasad rycerskiego kodeksu tudzież etosu. Tak zwać można było, i zwano kilkanaście wiosen temu, tegoż możnowładcę panującego w kilku znaczących grodach i mającego pod sobą kilkudziesięciu sołtysów z wiosek dechami zabitymi.

Atoli teraz, imć de Zeuw, choć na temerskiej ziemi włodarzem pozostał to z męża prawego stał się podłym skurwysynem, o bogach pamiętał tyle co by w zimę wysłać kapłanom kufer złota, a kartami rycerskiego kodeksu mógłby sobie jedynie podetrzeć rzyć. Roztył się nasz panicz, żonę swą Adelę, w wieży zamknął, synów po kraju rozrzucił, by samemu otoczyć się kuglarzami, dziwkami i innymi słowem jednym idiotami.

Jakaż wściekłość panicza Lothara ogarnęła, gdy pięknego, tfu, obrzydliwego i deszczowego dnia od Jego Królewskiej Mości, wysłannik gościńcem przybył. Dzierżył list opatrzony pieczęcią monarchy i, jak na złość, z uprawnień swych postanowił skorzystać i to pełną gębą. Nim pismo panu de Zeuw doręczył, sutą spożył wieczerzę, wina się nachlał, dziewkę wydupczył i przespał godzin kilka.

Wieczorem, po zażyciu gorącej kąpieli, list raczył włodarzowi doręczyć i, ku swemu szczęściu, pełnym galopem bramy majątku opuścił. Zawrzało tej nocy w obrębie murów otaczających posesję rycerza, niejeden pies skamlał skopany bezlitośnie, niejedna dziewka w papę dostała, wreszcie niejeden żołnierz zganiony został niemiłosiernie. Ano, Jego Królewska Mość wzywała bowiem swego wiernego wasala do wypełnienia przyrzeczeń i opuszczenia murów grodu, w celu ścigania opętanych przestępców i czorta wysłanników, wiedźminami się zwących. Nikt nie zasnął tej nocy. Jedni płakali, jedni chowali się po kątach, jedni dostawali po czerepie, a jeszcze jedni masowali obolałe cielska.

***

- Frank – syknął przez ramię de Zeuw opierając się na łęku siodła. Stanął w strzemionach, wysoko wyciągnął głowę. Końskie kopyta zastukały rytmicznym kłusem i po chwili obok rozpasanego wielmoży znalazł się wychudzony, wysoki człowiek, o siwiutkich, nieco wyskubanych włosach, twarzy posiekanej delikatnymi zmarszczkami i mądrych oczach. Bardzo mądrych oczach. Dostojnym ruchem poprawił materiałową kamizelkę i naciągnął długie rękawice.

- Tak panie? – oficjalny ton męża przyprawić mógł o kraśne policzki nawet doradców samego króla.
- Zajazd. Najbliższy zajazd – Lothar osuszył bukłak z gorzałką i cisnął nim w krzaki. Beknął przeciągle. Kilka ptaków spłoszone dzikim dźwiękiem wystrzeliło w powietrze.
- Paniczu, przeto myśmy dopiero co w grodzie biesiadowali, nie godzi się to.
- Nie godzi się – rycerz beknął raz jeszcze, kary rumak wierzgnął dziko – podróżować na pusty żołąd. Słyszysz jak w brzuchu mi burczy?
- Słyszę – skłamał spoglądając na pokaźny kałdun swego pana – Atoli, winniśmy, w imię sprawiedliwości, owych wiedźminów dorwać i na pal nabić bądź w królewskie ręce oddać. Tak nam dopomóż Bóg!
- Frank – włodarz spojrzał na swego doradcę spod krzaczastych brwi – Mieliśmy owych wiedźminów szukać, nie dorwać – parsknął śmiechem dumny ze swej przebiegłości i poczucia humoru. Ściągnął cugle rwącego się do galopu wierzchowca i rzekł – To jak będzie z tą oberżą?
- Niedaleko – odrzekł zrezygnowany Frank – Toż to Twoja karczma, panie.

***

Karczma pod „Pełną gębą” usytuowana była przy samym gościńcu. Niemal przez cały okrągły rok nie cierpiała na brak klienteli, gdyż dysponowała wspaniałą, ciepłą, przestronną izbą tudzież znakomitym jadłem i napojem. Teraz, wczesnym latem, chłopi wracając z targów często zatrzymywali się na krótki popas w oberży lub nawet na nocleg. Jednakże, największe zarobki gospoda zbijała na kupcach, bojących się o swoje dupska i towary, gdyż ostatnimi czasy niebezpieczne stały się leśne trakty. W miastach rozpuszczano wieści o okrutnych bandach elfów i krasnoludów napadających na kupieckie karawany i nie oszczędzających nikogo. Mówiono też, o hanzach rozbójników , nie ustępujących podłością nieludziom.

Tego wieczora oberża jak zwykle wypełniona była po brzegi. Kwitła rozpusta, hazard i ociekająca tłuszczem wieczerza. Z budynku dochodziła muzyka, śpiewy chłopów i krzyki pijaczynów. Gospodarz wyjrzał przez okno. Ku jego zdziwieniu traktem podążała właśnie licząca ponad setkę ludu procesja pod sztandarem pana de Zeuw. Natychmiast wysłał na podwórze stajennych i podbiegł do furty.

Zaklął z cicha widząc ubranego w modny strój spaślaka i stępujących za nim członków jego świty. Zastrzyk mamony zapowiadał się przedni, aczkolwiek ciężko miało być przeżyć tę noc.
- Witajcie, witajcie, mości panowie – na twarz karczmarza wstąpił sztuczny uśmiech, w geście przywitania rozłożył ręce – Czego Wam trzeba? Służę pomocą!
- Jadła, napoju i noclegu – odrzekł Lothar wyjeżdżając na przód kolumny.

Gospodarz zgiął się w pół i gestem ręki zaprosił gości do oberży. Usunął się w cień rzucany przez wystające wysoko ponad płot drzewa. Przez bramę przewinęła się cała ferajna podążająca za rycerzem. Były jego sługi, kurtyzany, kucharze, medycy, przedziwna cyrkowa trupa złożona między innymi z przeróżnie przez los skrzywdzonych kurdupli, a przede wszystkim pokaźna zgraja najemników, bandziorów i rzezimieszków, którzy chyżo odpowiedzieli na wezwanie włodarza do pościgu za wiedźminami. Wiadomo co społeczny margines skusiło, ciężkie mieszki ze złotem, które możnowładca oferował.

***

Mimo, iż karczma dwoma pokaźnymi piętrami dysponowała to gospodarz zmuszony był, chłopów którzy najwięcej sobie chlapnęli i grosza więcej wydać już nie mogli, z kopniakiem w dupę na odchodne, poza ogrodzenie wyrzucić. Lothar rozsiadł się wygodnie przy długim stole, a klaśnięciem dłońmi wezwał do siebie parobka. Już po chwili karczemne dziewki przynosiły antałki z alkoholem, a sama żona oberżysty targała co chwila półmiski z przekąskami i kosze z chlebem.
Całą niemal izbę wypełnili ludzie włodarza, acz kilku poprzednich biesiadników się ostało. Między innymi, zgarbiony kapłan o siwiuteńkich włosach, nic sobie nie robiący z nadchodzącej biesiady. Skromnie spożywał zupkę, wycierając resztki pajdą chleba.

Jak na nieszczęście, obok starca rozsiadła się banda najemników, którzy chyżo poczęli prawić o swoich dokonaniach na przeróżnych polach bitwy.
W pewnym momencie, ktoś zaklaskał i po chwili wszyscy niemal ucichli. Dało się nawet słyszeć trzaskające drwa w kominku. Wstał Frank Labringer, osobisty doradca pana de Zeuw. Wzniósł kielich z winem, odkaszlnął i począł gadać swym oficjalnym głosem:

- Panowie i panie, zebraliśmy się dziś tu, by pobiesiadować przed jakże ciężką i niebezpieczną wyprawą, jaką niewątpliwie będzie ściganie groźnych przestępców, którzy pod przykrywką ubijania potworów, mamonę z ludzi wyciągają! Swe ostrza przeciwko prawu wyciągnęli! A kto z prawem wojuje, ten…
Frank nie dokończył, gdyż wstający rycerz odepchnął go na bok, wzniósł puchar, beknął przeciągle i wrzasnął:
- Kto się nie bawi, ten z Nilfgaardu!

Biesiadnicy eksplodowali radością. Karczmarz przyniósł jadło, dziewki przyturlały kolejne beczki ze złocistym, pienistym trunkiem, a aktorska trupa podróżująca z rycerzem rozpoczęła tańce i wygibasy w rytm muzyki serwowanej przez filigranowego mężczyznę w skórzanej czapce, brzdękającego na lutni.

Niebawem trupa przyodziała zabawne stroje, przygotowane na potrzeby przedstawienia. Wszystkie głowy biesiadników natychmiast zwróciły się ku niskiemu garbusowi wskakującemu w przebranie będące futrem białego wilka.
- Drodzy goście – na przód wyszła pryszczata kobitka w stroju chłopki – Dziś przygotowaliśmy dla was przedstawienie polowania na potwora, mianowicie wilka. Białego wilka.

Na środek izby wparowali w akompaniamencie poważnej muzyki trzej pasterze dzierżący dzidy i widły. Biały wilk zawył. Zawył dość komicznie.
Biesiadnicy wybuchli śmiechem, niektórzy aż pokładli się na stołach. Rycerz wyciągnął z sakiewki złocisza i cisnął go na środek sceny. Wilk łapczywie doskoczył do monety i schował ją do kieszeni. Wtenczas wysoki kusznik odepchnął pasterzynę na bok i począł udawać żabę również zbierając salwy śmiechu. Chyżo więc z ławy zeskoczył stary kapłan i biegając na czworaka po izbie ujadał niczym kundel proszący pana o kawałek kiełbasy. Najemnicy jak jeden mąż parsknęli śmiechem i rzucili kaznodziei kilka srebrników.

Lothar de Zeuw oskubał kość zarżniętego niedawno prosiaka i cisnął ją biegającemu między stolikami kundlowi. Złapał oburącz za kufel i osuszył jego zawartość jednym potężnym haustem. Wężyki trunku pociekły mu po brodzie, a resztki mięsa pozostały na obfitych wąsach. Wytarł twarz nadgarstkiem i pierdnął głośno.

- Ja żem słyszał, że ci wiedźmini to się magią parają – wyrzekł niezwykle mądrze opychający się chlebem i gulaszem Totek, mężczyzna na co dzień parający się organizowaniem loterii na targowisku, człek o reputacji idioty i krętacza zarazem.

- Nie magią, a czarowaniem, to chyba różnica – dodał podchmielony już nieco wojownik o niezwykle bladej cerze.
- Jełop. Jasnym jest, że to jedno i to samo – do dysputy włączył się kolejny mędrzec, tym razem niedoszły kupiec, szukający szczęścia w nagonce na nieludzi.
- Magią parać się mogą i tak im nogi z dupy powyrywam – trzy grosze cisnął między dyskutujących mężów herszt bandy najemników. Był człekiem potężnie zbudowanym, o wspaniale zarysowanych mięśniach, groźnie wyglądającej twarzy posiekanej zarówno drobnymi jak i całkiem głębokimi bliznami. Boki czaszki miał wygolone, jeno na czubku wystawała kępka kruczoczarnych włosów.

- Akurat – parsknął śmiechem kapłan oblizując palce – To chyba wiedźmina nie widziałeś! Taki, to jak chlaśnie mieczem, to ho ho!
Drugi najemnik, nieco niższy i szerszy również postanowił zabrać głos, oparł się więc łokciami na blacie stołu i wykrzyknął w stronę starca:
- Idź dziadzie, czyją stronę trzymasz?!
- Nie dziadzie, a klecho!
– poprawił tłusty kupiec wsuwający paluchami soczyste mięsiwo.
- A mordę zawrzyj, kurwa mać! – krzyknął najgłośniej jak umiał sługa Wiecznego Ognia.
- A bo co?
- A gówno!


Herszt bandy wstał tak niespodziewanie, że znajdujący się pod nim pieniek poturlał się aż na koniec izby, zaś jeszcze przed chwilą wysiadujący go mężczyzna jak trzepnął wielebnego w gębę to aż zahuczało. Starzec zwalił się z ławy, wywalając talerz gulaszu na spodnie żarłocznego kupca.

- A to sukinkot, księdza tłucze! – ryknął nie należący do żadnej frakcji wojownik rozbijając kufel piwa na podgolonej głowie herszta, ten zwalił się na stół, ku radości psiaków, zrzucając na podłogę półmisek z pieczoną kaczką.

Pobratymcy najemnika rzucili się do walki, chyżo dopadli obrońcę kaznodziei i poczęli z kilku stron obkładać go piąchami. Frank Labringer odskoczył od stołu i wpadł pomiędzy tańczące kobiety i kręcących się wkoło pijanych grubasów. Nerwowym wzrokiem szukał pana de Zeuw, lecz ten już, obdarowawszy córę oberżysty złotym pierścieniem, chędożył ją na miękkim sianie w stodole.

A w samej izbie grała muzyka. I bijatyka sięgnęła zenitu. Najemnicy cisnęli tłustym kupcem w stolik innych handlarzy grających w karty. Drewniane nogi gruchnęły pod ciężarem olbrzymiego cielska, a kilkadziesiąt złociszy rozsypało się po całej izbie.

Gospodarz spróbował trzepnąć wałkiem po czerepie aktorzynę dobierającego się do piersi jego żony, ten jednak zgrabnie się uchylił i drewno gruchnęło w łysy czerep kapłana Wiecznego Ognia mającego podobne zamiary co jurny młodzik. Najemnicy poczęli bić się między sobą, gdyż inni biesiadnicy albo rzygali na podwórzu, albo zwijali się z bólu.
- Moja sakiewka! – ryknął najemnik o aparycji szczura macając swój pasek – Jurek, skurwielu!
Szczurek ruszył w pogoń za odzianym w czerń mężczyzną pędząc po stole i zwalając przy tym resztki naczyń i jadła.

Zabawa trwała w najlepsze. Jedni tłukli się po gębach, jedni spożywali lub robili zapasy, jedni zbierali rozrzucone pieniądze, a jeszcze inni, tak jak Lothar de Zeuw chędożyli ochocze córy karczmarza. Nawet żona była chętna, ale się nie załapała.

***

Leal „Assana” wylegiwała się wygodnie, chyba można tak określić nocleg w karczemnym pokoiku po kilkunastu nocach spędzonych pod gołym niebem, mimo iż pora nie była jeszcze późna. Słońce dopiero co chowało się za horyzontem, zmęczeni po robocie chłopi zwalali się do oberży. Półelfka znała dobrze właściciela gospody, nie pierwszy raz zatrzymywała się tu na popas i odpoczynek. Był człowiekiem wrażliwym i tolerancyjnym, wiedziała że jej nie sprzeda.

Pokój nie należał do największych w jakich Assana miała szczęście odpoczywać. Łóżko, nieco za twarde, było siedliskiem korników, podarte zasłony dawno nie widziały wody, a drewniana podłoga skrzypiała niemiłosiernie.

Oklejona woskiem świeczka powoli wypalała swój żywot, gdy Leal usłyszała stukot kopyt, śmiechy i krzyki. Odsunęła nieco zasłony i ujrzała pochód ponad setki ludzi, konnych oraz na wozach. Przewodził im tłusty, wąsaty rycerz ubrany w koszulkę kolczą. Już po chwili gospodarz zaprosił ich do środka, a stajenni zabrali się za wierzchowce. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze odgłosy wieczerzy, zabawa zapowiadała się przednia. Nie dla Leal, karczmarz mógł obronić ją przed pijanymi chłopami, lecz nie przed podchmielonymi zbrojnymi. Raz jeszcze, dyskretnie wyjrzała przez okno, na dole rosły jeno karłowate drzewka i krzaczki, można było skakać.

***

Wieś Grotniki do niedawna żyła sobie spokojnie, w rytmie pracy i odpoczynku. Miejscowa oberża stale uczęszczana była przez chłopów którzy, jak każdy zresztą, osuszyć wieczorem kufelek lubili. Ostatnimi jednakże czasy, niebezpiecznie się późnymi nocami zrobiło. Gdy mrok zasnuwał wiochę, a chałupy otulały się płaszczami czerni, ktoś buszował i na nocnych Marków polował.

Ofiar naliczono skrzętnie już pięć. Mianowicie, gdy chłopi oberżę nocą opuszczali, licho jakie ich napadało, biło niesamowicie kijem jakim, gwoździami zwieńczonym. Świadkowie dopatrzyli się bestii jakiej z owym dziwakiem podróżującej. Chłopa o imieniu Janko, co to z żoną swą mizdrzył się w stodole, monstrum owe po twarzy pogryzło, szpecąc gaszka niemiłosiernie. Lubą zaś jego, napastnik zgwałcił bezczelnie. Najdziwniejsze jest jeno to, że ofiary o niczym nie pamiętają. Wczoraj właśnie, Janka pogryzionego w stodole znaleziono, a oblubienicę jego w sianie nagą całą, jak ją pan Bóg stworzył. Skąd wiadomo, że do gwałtu doszło? Oto gnojkowi jednemu, zachciało się parę w stodole podglądać, widział olbrzymiego psiura tudzież męża w kapeluszu czarnym i takim właśnie płaszczu, co to się do panienki dobrał, ot co.

Vilgen z Rinde, o całej historii dowiedział się przejeżdżając traktem przez wieś. Kiedy wojownika w rynsztunku sołtys zobaczył, chyżo z chałupy wyskoczył i o pomoc począł błagać.
- Paniczu, ratuj nas! – krzyczał składając ręce jak do modlitwy – Ino licho jakie po wsi grasuje, widać żeś jest wojownik i to nie byle jaki, poratuj w potrzebie! A zapłacimy i to sporo! Trzydzieści złociszy, ot co! To jak będzie?

W Grotnikach zapewne słyszano o nagonce na wiedźminów i innych nieludzi. Jednakże, nie dotknięty mutacją Vilgen niczym nie przypominał takowego, no może prócz medalionem, aliści wieśniacy o jego symbolice wiedzieli tyle, co ślimak o polowaniu. Na tablicy, znajdującej się tuż przed wejściem do skromnej oberży, noszącej optymistyczną nazwę „ Pod złamanym grotem”, widniał list gończy za wszelkimi wiedźminami, atoli jak widać chłopi niezbyt się tym przejęli, gdyż smarkacz jakiś cisnął właśnie w ów list zepsutym jabłkiem.

Wiedzieć również trzeba, że Grotniki były tak zwaną wsią służebną. Zwolniona z niektórych świadczeń wobec króla, zobowiązana była groty wspaniałej jakości dostarczać. Co tydzień więc królewski oddział wojów do wsi przyjeżdżał, towary od mieszkańców odebrać. Vilgen na pewno wziął to pod uwagę.

***

Z robotą drwale uwinęli się nad wyraz szybko. Cele zrealizowali w pełni, ba, naciągnęli nieco normę. Dobrze, będzie mniej pracy następnego dnia, szczególnie iż dzisiejszy wieczór zapowiadał się dość ciekawie. Zbysław, chłop w kwiecie wieku, człowiek silny, hardy i uczciwy, przez bogów nagrodzony został. Żona jego Sonka, piękna i mądra jak na wiejskie realia kobieta, dziecię mu urodziła, chłopczyka, który według miejscowej guślarki na silnego mężczyznę miał wyrosnąć. O dziwnych mocach sędziwej kobiety wiedziano niewiele, ale nikt się specjalnie nie interesował. W zamian za usługi, prosiła o jadło i napój, a żeby jasne było, przednio znała się na swym fachu. Pewnym jest, iż metody przez nią stosowane, wyśmiałby każdy medyk uniwersytecką wiedzę posiadający, aczkolwiek drwale wiedzieli doskonale, że jak nękały czyraki czy bóle wewnętrzne, to stara wiedźma chyżo remedium znajdzie.

Tak więc, kilkunastu chłopa, zarzuciwszy siekiery na ramiona, gaworząc radośnie udało się w stronę wioski. Jasnym było, iż Zbysław, z roboty zwolniony został, gdyż przecież radować się trzeba, że dzieciak zdrowy, a i ktoś musiał przygotowania do uczty wieczornej nadzorować.
- Miło, miło – rzekł mrużąc oczy Świętopełk, słońce jeszcze grzało, bowiem dziś robotę skończono wcześniej – Poszczęściło się Zbysławowi, oj poszczęściło się. Żona niebrzydka, cycata, gówniarza już mu zrodziła…
- Zawrzyj lepiej gębę – wtrącił się wąsaty drwal – Zazdrościsz, aż ci się ślepia iskrzą.
- No że cycata jest, to nie zaprzeczę – dodał Bolek, najmłodszy z drwali.
- Panowie, może opowiedzcie to waszym kobitkom? Rade będą zapewne.
Wszyscy parsknęli śmiechem. Gromkim i niezwykle męskim.

Gdy zaszło słońce, wszyscy mieszkańcy zostali zaproszeni na wieczerzę. Zbysław sypnął nieco groszem, swoje dołożył sołtys i udało się sporo jadła tudzież napoju zorganizować. Dzieci zebrały się przed wejściem i poczęły obrzucać gości płatkami kwiatów. Dookoła biegały wiejskie psy, wesoło ujadając, merdając ogonkami i ganiając się nawzajem.

Wnętrze przystrojono swojsko i przyjemnie, wcześniej napalono w kominku, aby goście mogli radować się ciepłem i wygodą. Na belkach podtrzymujących strop wisiały serpentyny kwiatów, czosnku, grzybów i kiełbasy. Stoły ustawiono wkoło, aby każdy każdego mógł doskonale widzieć. Wewnątrz koła wytworzonego przez ławy znajdowało się miejsce, gdzie zakochana para mogła potańczyć razem z innymi biesiadnikami. Oberżysta już przytargał z piwnicy beczki z alkoholem, w powietrzu unosił się miły zapach pieczystego w aromatycznych ziołach, zebranych przez guślarkę Mojmirę. Na stołach już czekały półmiski z serem, kiełbasami i grzybami oraz kosze z pieczywem. Do dyspozycji było również mleko oraz tanie, rozwodnione wino.

Nie trzeba było długo czekać, aż gospoda niemal cała się zapełni. Wieśniacy uwielbiali wszelkiego rodzaju uczty, a w szczególności te mocno zakrapiane alkoholem. Ku zadowoleniu chłopów, zorganizowano kilka butelek mocnego, żołnierskiego bimbru, dlatego zabawa zanosiła się być przednia. Na początek wzniesiono toast za parę oraz ich latorośl, potem zabrano się do pałaszowania jadła oraz osuszania antałków z piwem.

***

Chałupa dziadka znajdowała się na samym środku bagien. Obrzydliwych, cuchnących i niebezpiecznych. Bardzo niebezpiecznych, szczególnie ostatnimi czasy. Nagonka na nieludzi wielu z nich zapędziła właśnie w te tereny, gdzie znaleźli kryjówki i schronienie. Szybko jednak w oczy zajrzał głód, więc bandy poczęły parać się zbójnictwem. Napaści na biedne osady stały się codziennością.
Sytuacji dopełniły ohydne bestie, których namnożyło się jak mrówek. O zmroku, jedynie szaleniec mógł wybrać się na podróż bagnami. Wielu bajało o topielcach, utopcach, bloedzuigerach, wszelkiego rodzaju ogromnych wijach oraz, choć ciężko w to było uwierzyć, wąpierzach. Wiadomo, iż wiele z tych opowieści jedynie bujdami nędznymi się okazywało, acz tkwiło w tych wymysłach zapewne ziarenko prawdy.

Ostatnio pojawiło się monstrum, bestia, która szybko zdobyła renomę najstraszniejszego stwora w dziejach Temerii, samego czorta wysłannika. O lichu owym, prawiono niesamowite historie, każda straszniejsza od poprzedniej. Sam magik miejscowy ruszył naprzeciw stworowi, acz pozostał po nim jeno kostur.

Ku szczęściu, a zarazem nieszczęściu mieszkańców na bagna przybyli wiedźmini.

Marius oraz Calene, tuż po odbiciu swego towarzysza wraz z resztą łowców czym prędzej opuścili Wyzimę. Rozdzieliwszy się zaraz za pierścieniem murów, ów duet wybrał podróż na bagna. Blisko stąd było do stolicy Temerii, aczkolwiek póki co wydawały się być dobrym i bezpiecznym schronieniem. Sakiewki świeciły pustkami, a do ich uszu dotarły wieści o pladze potworów dotykającej mieszkańców bagien. Z doświadczenia wiedzieli, że ludzie w obliczu śmierci stawali się niezwykle hojni.

Samo zlecenie otrzymali od poczciwego dziadka mieszkającego w samym centrum bagien, mieszkańcy szanowali go niezmiernie, a i nie wzbudził niepokoju w sercach wiedźminów. Ponadto oferował sporą sumę pieniędzy oraz cenne zioła i eliksiry. Po wizycie w jego domu, Marius i Calene nie mieli wątpliwości, że starzec jest obeznany w swym fachu.

Do bestii zakradli się w nocy. W rękach dzierżyli pochodnie oraz obnażone srebrne miecze. Nie musieli długo czekać, widać potwór zgłodniał, ostatnio bowiem niewielu odważnych się znalazło, co by przemierzać matecznik bagiennego lasu zechcieli. Monstrum wydawało się być niezwykle podobne do zeugla, istoty zamieszkującej wszelkiego rodzaju śmietniska. Miał potężny, pokryty łuskami i kolcami korpus, fosforyzujące blado ślepia, olbrzymią paszczę wypełnioną ostrymi niczym sztylety zębiskami oraz kilkanaście zakończonych obłym, wrzecionowatym, najeżonym kolcami zgrubieniem macek grubości pniaka średniej wielkości drzewa. Gdy otworzył gębę w wiedźminów uderzyła fala gnijącego smrodu, zdolna położyć na kolana nawet częstego bywalca miejskiej latryny.

Potwór ochoczo i szybko machał mackami łamiąc przy tym drzewa, najbliżej położone olbrzymiego bajora, z którego bestia wylazła. Marius ściągnął na siebie uwagę stwora zwinnie uskakując kolejnym atakom. W szczególności unikał kolców wieńczących macki, słyszał bowiem o roznoszonym przez nie tężcu. Calene zaszła stwora od boku i używając znaku Aard, zachwiała nim tak mocno, że Marius miał czas na wyprowadzenie wspaniałego cięcia. Atak rozpłatał mackę, a na twarz wojownika prysła ciemna, kleista ciecz.

Rozjuszona bestia poruszyła ciężki korpus, wzbijając w powietrze ohydny smród z uniesionymi mackami i buchającym krwią kikutem. Calene z niewiarygodną prędkością obiegła bajoro stając kilkanaście kroków za dzikim stworzeniem. Tymczasem Marius poczekał, aż stwór znajdzie się wystarczająco blisko. Miecz uniósł wysoko, nad głowę. Zeuglopodobna bestia, jak na sygnał, smagnęła ze wszystkich stron mackami wydając przy tym przedziwny kwik. Marius spróbował zachować równowagę, acz miękkie i kleiste podłoże, nie pozwoliło na skomplikowane manewry. Jedna z macek trzasnęła go z potężną siłą w pierś, a wystający kolec wpił się w ramię. Cios cisnął wiedźminem o pień drzewa, a potwór znów uniósł, macki tym razem wycelował w Mariusa sterczącymi kolcami.

Nie zdążył.

Calene wykorzystała najwłaściwszy moment i zwinnie wskoczyła na czubek łba bestii. Chyżo wsunęła ostrze miecza najpierw w korpus, a potem w oko stwora. Ten dziko zamachał mackami, a w powietrze wystrzeliła czarna maź. Korpus, niczym wleczona beczka, sunął jeszcze w bajorze, więc wiedźminka zaatakowała raz jeszcze swój miecz wpychając do paszczy monstrum. Ostrze wbiło się głęboko w podniebienie, dla pewności, kobieta przekręciła broń. Macki bezładnie gruchnęły o taflę bajora, z pluskiem wyrzucając w powietrze zlepione fragmenty błota i gałęzi. Bestia zaś przestała kwiczeć.

Marius podniósł się z ziemi, po ramieniu wiły się wężyki szkarłatnej posoki.




***

- Wyjdziesz z tego – oznajmił siedzący w fotelu swej chałupy dziadek. Pachniało tu przeróżnego gatunku ziołami i eliksirami, po izbie walały się przedziwne ingrediencje, maści i flakoniki wypełnione cuchnącymi płynami – Leki, które Ci podałem, powinny zadziałać natychmiast. Nie tężca się obawialiśmy, a potężnych kłów tej marnej istoty. Jesteśmy Wam dozgonnie wdzięczni.

Dziadek wstał z fotela, podszedł do paleniska, nad którym wesoło kołysał się kociołek z gorącą zupą. Starzec pomieszał zawartość drewnianą łychą, dosypał szczyptę cennej soli.

- Wybaczcie, ale nie ugoszczę was żadnym treściwym jadłem, ot taka chudziutka zupinka. Ale na rozgrzanie w sam raz.
Mężczyzna wyciągnął z szafki dwie cynowe miski i nalał doń strawy.

- Tak… - rozpoczął smarcząc dziwacznie – oferuję nocleg u siebie. Mam dwa łoża, ja mogę przespać się na świeżym powietrzu. Wy musicie odpocząć, nie żebym was wyganiał, drodzy goście, acz wiecie czym grozi przetrzymywanie nieludzi… wiedzcie, że mnie to obchodzi tyle co zeszłoroczna zima, aczkolwiek mieszkańcy… obawiają się was, a właściwie stryczka. Jutro opuśćcie bagna. Zrozumcie.

Miał nadzieję, że zrozumieją.

***

Elian „Struna”, pochodzący z Kaedwen akrobata, jechał gościńcem trzymając w jednej ręce cugle swego wierzchowca. Koń stąpał powoli, miarowo wykonując kolejne kroki. Do Wyzimy mu się nie spieszyło, bowiem wiedział doskonale ile potrwa spisywanie najemników przyłączających się do obławy. Ano, takiemu co to w rejestrze podpis, lub zważając na to, iż niewielu biegłych było w sztuce pisana, krzyżyk postawił więcej mamony płacono, niźli takiemu co to łeb elfa bądź krasnoluda na tacy przyniósł, a w Wyzimie pierwszy raz nogę postawił.

Choć nie była to jego pierwsza wizyta w Temerii, nigdy przedtem nie zawitał do jej stolicy. Trzymał się więc głównego traktu, ani myśląc o wszelkich skrótach czy leśnych dróżkach. Słyszał wiele o elfickich komandach na kupców i samotnych podróżników napadających. Wiewiórki, tak ich potocznie nazywano. Nie brali jeńców, nie przebierali w środkach. Ciała zmasakrowane ponoć pozostawiali na pastwę losu i dzikich zwierząt gęsto zamieszkujących pobliskie lasy.

Nic tedy go do wąskich, meandrujących ścieżek nie ciągnęło. Chłopi gadali, że gościńce to już teraz też niebezpieczne się stały, aczkolwiek z dwojga złego… Cóż, póki co na swej, rzec można, długiej drodze ze świątyni Melitele w Ellander, położonej na południowy wschód od Wyzimy, nikogo nie spotkał. Ani krwiożerczej bestyi, ani elfiego komanda, ani nawet, a ponoć tych wiele się ostatnio pojawiło, zbójeckiej hanzy. Stępował spokojnie wsłuchując się w las. W jego czarującą muzykę, szum drzew, śpiew ptaków, stukot dzięcioła o pniak drzewa, wreszcie parskanie jego wierzchowca. Czas leciał powoli, słońce przyjemnie grzało, cisza, kojąca cisza…

Ciszę, którą przerwał terkot kół wozu i przekleństwa siedzącego na nim chłopa machającego wkoło nahajką. Mąż, średniego wieku, pociągnął mocno gorzałką i szarpnął mocno za wodze, by nie wjechać w zad rumaka Eliana.
- O przepraszam! – krzyknął czerwony na gębie wieśniak – Ale moglibyśta uważać jak jedzieta!
- Jadę środkiem gościńca – odparł spokojnie Struna zjeżdżając nieco na bok – Pytanie mam.
- Czego? – wieśniak zmrużył nieco oczy, mocno pociągnął z butelki.
- Ile do Wyzimy?
- Rano będzieta. Ale nie radzę nocą dupy ruszać z karczmy.

- Czemu? – Elian udał idiotę, tak zwolnił konia, by zrównać się z wieśniakiem.
- Co wyśta, pojebani jacy? Elfy grasują! Hultaje w rzyć dać mogą, aż piszczy!
- Rozumiem.
- Jak mata groszy kilka, to ruszta się i noc w oberży spędźta. „Pełna Gęba” niedaleko. Dobre piwo sprzedają tam, przynajmniej nie szczają do kufli.


Elian skinął głową, spojrzał na kołyszącą się u pasa sakiewkę, w której brzęczało wesoło tyle monet, że na nocleg i drobną strawę spokojnie by starczyło. Nie lubił rozstawać się z mamoną, aczkolwiek perspektywa ciepłego łoża tudzież równie ciepłego posiłku była zbyt kusząca. Dotknął boków konia piętami, ściągnął wodze i pomknął przed siebie chyżym galopem wzbijając w powietrze tumany kurzu.
- Bywaj – mruknął woźnica i osuszył butelkę gorzały.

***

Rynek Wyzimy był dzisiejszego wieczoru wyjątkowo zatłoczony. Dziesiątki po zęby uzbrojonych najemników, tudzież zwykłych chłopków przybyło zapisać się do sławetnego już rejestru, przeróżne profity zapewniającego. Jak zwykle przy podobnych imprezach szumno było i gwarno. Najbardziej zmyślni kupcy pozostawili swe kramy otwarte, ruch był przedni, szczególnie tam gdzie wszelkie jadło sprzedawano. Największy popyt był na produkty, które można było zjeść w kolejce, miejsce bowiem w takowej niezwykle cenne było. Wśród dzikiego motłochu grasowali jak zawsze drobni złodzieje polujący na wszelkiego rodzaju sakiewki i kosztowności. Niejeden nieuważny człek stracił tego wieczora swe oszczędności.

Zakazane gęby oprychów budziły wstręt i strach u większości strażników miejskich, dlatego będący na służbie wojacy szerokim łukiem omijali wyzimski rynek. Zostali jeno ci, którzy miejscowych oficjeli chronić mieli.

Równoległe z kolejką do stołu, przy którym urzędował pracownik administracji miejskiej, ustawił się szereg żebraków ze złożonymi rękoma błagających o miedziaki na chleb, a raczej na gorzałę. Ci, o szczególnie paskudnych gębach, miast monet po łbie zarobili, bowiem większość najemników niezwykle znużona i rozsierdzona była nieustannym czekaniem.

Do awantury w końcu dojść musiało.

- Ej ty, pryszczaty – rozpoczął rosły najemnik odpychając mniejszego, łysego wojaka, który cichcem wepchnął się do kolejki – wypierdalaj, pókim grzeczny.
Łysy wykonał unik i spiorunował męża wzrokiem. Wreszcie odezwał się zachrypłym głosem:
- Co? Ja żem tu od początku był.
- Łżesz, psi synu.
- Co ty możesz o tym wiedzieć, zakuta pało?
- Mordę zamknij, mówię i wynocha!

W kolejce zapanował chaos, był to idealny moment, aby podejść kilka miejsc do przodu wykorzystując nieuwagę i podniecenie stojących w kolejce mężczyzn.
- Stałem tu i stać będę. Com powiedział, powiedziałem…
- W mordę dzisiaj oberwałem – dokończył za przeciwnika rosły najemnik z całej siły uderzając łysego w nos. Ten zwalił się na tyłek, wojownik wykorzystał okazję i kopnął oponenta pod bok. Następnie złapał gagatka za koszulę i cisnął nim o stragan z rybami, za którym stał grubas oblizujący palce. Oczywiście, kram rozwalił się, a łysy zaklął jeno zdejmując z głowy solonego śledzia.

Una Fenelaine spoglądała na aferę z okna domu jednego z najbogatszych kupców w Wyzimie, Ludwika von Krappa. Mąż ów, piękną elficką kobietę poznał w jednej z owych ekskluzywnych miejskich karczem, w których przesiadywała cała niemal śmietanka stolicy. Urzekła go historia i niemoc skrzywdzonej artystki, postanowił więc uruchomić swe wpływy i poszukać pomocy.
Jako iż do miejskiej śmietanki należał, spod prawa niemal wyjętym był człowiekiem. Nikt więc obiekcji mieć nie mógł, o ile ktokolwiek o tajemnicy skrzętnie skrywanej wiedział, że szanowany kupiec udzielił elfce schronienia w swym domu.

Mimo iż, artystka piękną kobietą była, kupiec prywatnych planów co do niej nie miał. Kochał swą żonę, wychował dzieci i teraz przedkładał miłość do pieniędzy nad kobiecym ciałem. Niedługo więc Una przebywała w rezydencji pana von Krappa. Mężczyzna uruchomił koneksje i już po kilku dniach przyniósł elfce znakomite wieści. Otóż, ponoć we wsi, Grotniki noszącej nazwę, stara wiedźma chałupę postawiła i zdolnościami niebywałymi dysponuje.

Una nie zwlekała długo, kupiec przyodział ją we wspaniały płaszcz, kaptur którego doskonale zakrywał delikatne rysy twarzy, zaopatrzył w pokaźne ilości mamony i wywiózł poza mury Wyzimy. Ostrzegł, by nie wracała, bo ponoć zaiskrzyć ma niedługo w mieście, a sprawa nieludzi poddana została pod poważną gawędę rady i opracowano już plan ostatecznego jej rozwiązania.

Elfka póki co nie zamierzała wracać. Otrzymawszy na odchodne rączego rumaka, podziękowała za wszystko i oślepiona nadzieją pognała ku Grotnikom.
 

Ostatnio edytowane przez Kirholm : 08-05-2010 o 13:50.
Kirholm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:29.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172