Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - ogólnie > Kufer skarbów > Porzucone projekty > Opowiadania-archiwum
Zarejestruj się Użytkownicy

Opowiadania-archiwum Wasza twórczość


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 21-02-2006, 16:34   #1
 
WojtekCzAr's Avatar
 
Reputacja: 28 WojtekCzAr ma wyłączoną reputację
Opowieść WojtkaCzAr

Stanął przed szyldem karczmy. Cóż za przybytek – pomyślał i z determinacją wszedł do środka. Zobaczył to, czego się spodziewał: drewniana podłoga, w różnych miejscach przysypywana piaskiem – tam właśnie goście nie mogli się powstrzymać przed pokazaniem tego, co mają w żołądku. W nozdrza uderzyła go cuchnąca chmura mieszanki dymu tytoniu z przypalonym tłuszczem z kuchni. Zupełnie jak u Nicholasa w pracowni – powiedział do siebie.
Wszystkie miejsca w karczmie były zajęte; wszystkie siedzące, stojące… i leżące. Wszystkie oprócz jednej ławy mieszczącej się zaraz przy kuchni. Nie zdziwił się, że jest ona prawie pusta – odór z kuchni był tam najsilniejszy, poza tym, kto chciałby siedzieć w jednej ławie z jakimś żebrakiem, pijakiem i co tam jeszcze przyjdzie ludziom do głowy by go określić. No właśnie, kto?
Wiedział, że to właśnie tego człowieka szuka, ale nie spodziewał się, że jest on aż w tak złym stanie.
- No, cóż…- powiedział i ruszył odważnym krokiem przez hołotę miejscowego plebsu, poprawiając przy tym rękojeść swojego miecza, tak na wszelki wypadek – oczywiście chciał pokazać, że jest uzbrojony.
- Witaj Nott! – przekrzyknął gwar karczmy. Kupka zaschniętych liści i trawy zmieszana z czerwonym, brudnym płótnem materiału zszywanego złotymi nićmi poruszyła się. To, co, z początku wziął za zaschniętą białą trawę okazało się włosami żebraka. Ale nie wygląd tak go znienacka „uderzył”. Stanął jak wryty, gdy spostrzegł, że żebrak ma parę zielonych, smoczych skrzydeł i tego samego koloru długi ogon. Teraz zrozumiał kolejny powód, dla którego nikt nie chciał z nim siedzieć.
Jedno przynajmniej musiał przyznać. Jego brat nie wyglądał teraz jak żebrak, lecz jak dziwadło.
Tak brat… właśnie. Właściwie to nie czuł w sobie chęci ani przymusu w udzielaniu mu pomocy, ale potrzebował pieniędzy i szukał natchnienia do nowej ballady. A jak wiadomo i jedno i drugie można spotkać w zupełnie przypadkowych miejscach.
Była też i inna przyczyna jego zachowania. Rodzinę Nott’ów można było spotkać we wszystkich zakątkach świata, od śnieżnych gór, przez gorące pustynie, aż do wybrzeży kontynentu i jeszcze dalej na statkach i wyspach na morzu. Wszystkiemu winien był, Gerd Nott, nazwali go praojcem, był ich prawdziwym ojcem. Właściwie to tylko jego osoba łączyła ich wszystkich w rodzinę, dość specyficzną rodzinę. Gerd był podróżnikiem, magiem, kapłanem… parał się jeszcze wieloma innymi profesjami, na których wymienienie nie starczyłoby i pół dnia. Niemniej jednak przede wszystkim był (a być może jeszcze jest) bożyszczem kobiet, wprost uwielbiały go wszystkie bez wyjątku; elfy, niziołki, nawet kobiety, orków – choć te ostatnie propagują okrutny gwałt na mężczyźnie. Nie dziwota, więc, że do każdego miejsca gdzie zaglądał pozostawiał swojego potomka…Mert jak i Nicholas byli jednymi z nich. Ich matka była szlachcianką, urodziła bliźniaków, zresztą zaraz po porodzie rodzina się od nich odcięła. Obaj jednak podążyli własnymi ścieżkami Mert zajął się śpiewaniem w miejscowych karczmach – został bardem, a Nicholas całymi dniami przesiadywał w bibliotekach – stał się magiem.
- Yyyyhmmm… (hip!)… eeee, tego, tam…cze(hip!)…cześć Mert, kopa lat…(hip!).
- Wyglądasz świetnie… naprawdę. – próbował jakoś zacząć rozmowę.
- Eeeee… (hip!)… taaa jasne… wiesz, co ci powiem?… nie bow się smokami…(hip!).
Przeszkodziła im kelnerka:
- Przepraszam podać coś?- zapytała.
- Tiara… kolejny kubek tych waszych szczyn… - burknął pod nosem Nicholas
- Nie! – wtrącił Mert – proszę tylko o kubek gorącej wody.
Dziewczyna stała jeszcze przez chwilę patrząc to na Merta, to na Nicholasa niepewna, co ma zrobić.
- Dobrze – podjęła decyzję i weszła z powrotem do kuchni.
- Ejj…(hip!) zabierasz mi ostatnią uciechę, jaka mi została…(hip!)
- Daj spokój! Weź się wreszcie w garść. Ogarnij się trochę… - zaczął grzebać w swoim plecaku - …masz – rzucił mu grzebień i lusterko.
- Daj mi spokój… - Mert spojrzał mu w oczy – zresztą, co mi szkodzi…(hip!)
Wtenczas weszła kelnerka z kubkiem i dzbanem gorącej wody…
- Proszę! – położyła zawartość tacy na stole. Mert starał się zignorować jej dość wymowne spojrzenie.
- Dziękuję. – powiedział, a dziewczyna się oddaliła. Zaczął znowu grzebać w swoim plecaku, w tym czasie Nicholas próbował niezgrabnymi ruchami pijaka wyplątać z włosów kilka liści i szyszkę.
Wreszcie znalazł to, czego szukał i ze swojej torby wyjął małą paczuszkę, odwiązał ją i wsypał do kubka gorącej wody jej zawartość.
- Masz – powiedział do Nicholasa – wypij to! – podstawił mu parujący kubek pod nos.
- Co to? – spytał podejrzliwie mag – nie chcesz…(hip!) pszypadkiem mnie otruć…(hip!).
- Daj spokój! To tylko zioła z klasztoru pewnych mnichów, którzy wszystkie swoje rośliny hodują na odchodach ogrów. – wyjaśnił, ale było widać, że jego brat go nie słucha.
- A z resztą i tak będzie lepsze od tutejszych, jak to nazwałeś… szczyn. Pij! – dodał
- Taa… szczyn ogrów…(hip!) – przechylił kubek i wypił wrzącą mieszankę do dna.
- Daj spokój poparzysz się! – krzyknął, po tym jak jego brat już opróżnił do dna gorącą wodę z ziołami
- Ufierz mi… (hip!) czasami chciałbym się…(hip!) popaaszyć…masz może więcej (hip!) tego świństwa?- powiedział i nagle zemdlał…
- Czyżbym wsypał za dużo? Hmm… - powiedział do siebie – Kelner! Proszę o rachunek i pokój z wanną na noc! To będzie dwuosobowy! Tylko bez żartów, z dwoma oddzielnymi łóżkami!

***
Następnego dnia po porządnym szorowaniu, myciu, czesaniu, szyciu, leczeniu, śnie, nakarmieniu i wypiciu kilku beczek wody Nicholas Nott był jak nowo narodzony. Choć jego szata nadal przypominała worek na ziemniaki z pooszywany złotymi nićmi, to i tak widać było z jego postawy i twarzy pewne dostojeństwo i odwagę charakterystyczne dla ambitnych magów. Całość psuły tylko dziwnie sterczące skrzydła oraz ogon.
- No a teraz, skoro mamy sporo czasu wyjaśnisz mi skąd to masz – powiedział wskazując na skrzydła brata. – i dlaczego wczoraj się nie poparzyłeś, kiedy podałem ci wrzącą miksturę.
- Eee… no wiesz to nie jest takie proste…to długa historia…- próbował się wykręcić.
- Jestem mistrzem w słuchaniu opowieści, uwierz mi. – skwitował go.
- No cóż… chyba nie mam wyboru. – powiedział mag siadając przy stole – Na początek wyjaśnijmy sobie jedno, ja wcale nie jestem dumny z tego… no wiesz… Mam przez to same problemy… doprowadziło mnie to do skraju człowieczeństwa…zresztą sam widziałeś wczoraj…- przerwał czekając na to czy ma kontynuować.
- No dalej, zaczyna się ciekawie! – powiedział Mert
- A więc dobrze… od czego tu zacząć. Ominę nieistotne szczegóły, wierzę, że jako bard sam je sobie dopiszesz…
- Nicholas, do rzeczy! – wykrzyknął zniecierpliwiony.
- Dobrze, już dobrze. Kiedy przechodziłem właśnie przez jakąś opuszczoną osadę, moją uwagę zwrócił pewien dom, który jako jedyny ocalał, chyba po dawnym pożarze. Chciałem się rozejrzeć, więc wszedłem do niego. Nie uwierzysz ale zaraz jak tylko przekroczyłem próg ów chałupy jej drzwi od razu się za mną zatrzasnęły i wtedy rzuciła się na mnie ta skrzynia wraz z kołem od wozu…
Skrzynia kłapała głośnio ogromnym wiekiem okutym w żelazo. Zbliżała się coraz szybciej. Nicholas nie czekając posłał w jej kierunku kilka magicznych pocisków, nie pomogło, szybko, więc dokończył zaklęcie unieruchomienia – udało się. Nie napawał się długo swoim zwycięstwem, zza korytarza nadlatywało już ogromne koło od wozu, strasznie furkocząc szprychami. Postanowił od razu rzucić Płonącą Strzałę i spalić agresywną część wozu. Tym razem udało się za pierwszym razem. Nie zastanawiając się dłużej próbował otworzyć drzwi. Mimo usilnych starań jego wysiłki spełzły na niczym.
Jedyne, co mógł zrobić w tym momencie to iść w głąb dziwnego mieszkania. Wcześniej jednak rzucił na siebie zaklęcie niewidzialności. To musiał sobie przyznać – był przygotowany na każdą okazję. Tak na wszelki wypadek podpalił magicznym płomieniem również swój kostur.
Po przechodzeniu przez liczne pokoje, przedsionki, korytarze i kuchnie doszedł do wniosku, że może tak błądzić w nieskończoność i gdy już postanowił przenieść się do swojego kieszonkowego wymiaru usłyszał odgłosy walki. Ile sił w nogach pobiegł w tamtym kierunku. Nie mylił się – para mnichów próbował pokonać latającą skrzynię taką samą jaka zaatakowała jego wcześniej. Najciszej jak potrafił podszedł do agresywnego mebla i ostrożnie przyłożył do niego swój kostur. Skrzynia zapaliła się od razu jasnym, żywym płomieniem. W wielkiej agonii próbowała atakować na oślep, wzbijając się to pod sufit, to z trzaskiem upadając na podłogę. Tam też dokończyła swój dziwny, magiczny żywot.
- Witam! – powiedział Nicholas rozpraszając zaklęcie niewidzialności. – Czy nie wiecie przypadkiem jak można wyjść z tego przeklętego, a raczej zaklętego domu?
Obaj mnisi popatrzyli zdziwieni na siebie, poczym pokręcili przecząco głowami.
- Nie, my również tu utkwiliśmy…

- To prawda pomogłem im wyjść z tej przeklętej chaty, ale oni również mieli w tym sporu udział. Później podczas jednego z odpoczynków wspomnieli coś o tym, że idą na spotkanie z inną grupą poszukiwaczy przygód, którzy wybierają się by zabić smoka. Myślałem, wtedy, że może to być coś interesującego więc przyłączyłem się do nich.
Kilka dni później, gdy przedzieraliśmy się przez bagna, strasznie ranni od tamtejszych ogromnych krabów trafiliśmy na kolejną ich grupę. Mówię ci, są one strasznie twarde. Moje zaklęcia były już na wykończeniu, a mnisi nie czuli się zupełnie dobrze. Dwa chyba zabiliśmy, ale z trzecim nie poszło tak łatwo. Wtedy jeden z moich drogich towarzyszy krzyknął: „Użyj magii idioto”. Wiedziałem, że było to do mnie, szczerze mówiąc nie miałem już czego rzucać. Oprócz kilku sztuczek został mi tylko Stożek Zimna. Układ run w tym zaklęciu sprawia, że koniunkcja gwiazd i… ale nie będę cię zanudzał szczegółami. Dość powiedzieć, że skutki tego zaklęcia były opłakane. Owszem zabiłem kraba ale przy okazji obu moich towarzyszy. Jeden z nich nawet gdy odchodził z tego świata krzyknął: „Kur**”.
Od tamtego momentu już nie używam tego zaklęcia. Wyrwałem tę stronę z mojej księgi zaklęć.
Po jakimś czasie błąkania się po bagnach trafiłem wreszcie na tę drugą grupę poszukiwaczy. Opisałem co się mi przytrafiło, zdając się na ich łaskę. Byli szczerze mówiąc trochę wściekli. Ale po burzliwej dyskusji postanowili, że pójdę z nimi zamiast mnichów, którzy mieli być tylko wabikami, krasnoludy zwą takich ludzi „mięsem armatnim”. Chyba nie muszę Ci tłumaczyć co to jest armata?
- Nie, nie musisz. – rozległo się pukanie do drzwi. Mert wyjął miecz z pochwy.
- Spokojnie to obiad, który zamówiłem. – powiedział mag – idź go odebrać. Ja mam wrażenie, że miejscowi się mnie boją. Ciekawe dlaczego… - powiedział i jakby od niechcenia potrząsnął skrzydłami.
- Dobra… w czasie gdy będziemy jeść nie przerywaj opowiadać… coraz bardziej mnie to interesuje. – powiedział odbierając tacę z pieczonym kurczakiem w warzywach, choć na kurczaka mu to nie wyglądało, bardziej przypominało szczura. No nic – pomyślał podchodząc do stołu.
- Słucham dalej. – zachęcał maga.
- Skończyłem, na tym, że miałem służyć jako „mięso armatnie”… Moja nowa grupa składała się z kapłana, wojownika i jeszcze jednej osoby o mrocznej przeszłości. Nie wiem kim była, nie wnikałem w to. Kilka dni znowu maszerowaliśmy po bagnach rozprawiając się z krabami i ba… żywiąc się nimi. Mają dość smaczne mięso. Tak czy owak w końcu dobrnęliśmy do jaskini smoka. Po ustaleniu bardzo przemyślanej taktyki weszliśmy do środka. Mi przypadła rola wabika – miałem po prostu wbiec do jaskini jako pierwszy, a potem kierować poczwarę w kierunku ekipy. Tak też zrobiłem. Miałem do wyboru zginięcie z łap ogromnej jaszczury albo śmierć z miecza kapłana w imię jakiegoś tam boga…

Jaskinia była ogromna. Jej ściany pokryte jakimiś nieokreślonymi mchami i porostami świeciły zielonkawą poświatą. Na tle tej poświaty wyróżniał się ogromny czarny kształt. Nicholas wiedział, że ma odwrócić uwagę smoka. A nic tak bardzo nie drażni jak nagłe jasne światło w ciemnej jaskini i to podczas drzemki. Czar światła jest jednym z najprostszych, zaliczany jest nawet do kuglarskich sztuczek. Przystąpił do akcji. Jego plan udał się. Poczwara ożyła, wściekle rycząc i bijąc łapami na wszystkie strony. Gdy ujrzała Nicholasa od razu za nim pognała. Nicholas jako przezorny czarodziej oprócz czaru Odporność na Żywioły rzucił jeszcze na siebie Przyspieszenie. To prawdopodobnie uratowało mu życie. Biegł przez dobrą milę zanim wydostał się z jaskini. Na zewnątrz czekali już jego kompani. Gdy tylko poczwara wychyliła ogromny łeb przez wejście do swojego legowiska, spadł na nią grad ogromnych głazów. Nicholas zauważył, że to wojownik, spowodował lawinę głazów.
- Uciekaj dalej! – krzyknął kapłan zaczynając wzywać moc swojego boga.
Nicholasowi nie trzeba było powtarzać dwa razy. Pobiegł dalej. W końcu upewniwszy się, że nic go już nie goni postanowił wrócić. Na miejscu było już po wszystkim. Ekipa kończyła właśnie zlewanie krwi poczwary do fiolek i zdzieranie łusek.
- Ooo… jest i nasza Tiktika Szybkołapa! – krzyknął wojownik gdy zobaczył maga.
- Taaa, dawno nie widziałem, żeby ktoś tak szybko uciekał… - powiedziała mroczna postać.
- O… witaj! Postanowiłeś więc wrócić. To dobrze bo właśnie mieliśmy wejść do legowiska smoka i porozdzielać łupy – oznajmił kapłan – nie martw się tobie też coś się skapnie…

- No i faktycznie. Nie mogę narzekać. Dostałem trochę złota, miej drogocenne przedmioty, i tak dalej. Ale najbardziej co przykuło moją uwagę był fakt, że smok a raczej smoczyca zostawiła jaja w legowisku. Nie wiem dla czego ale moi kampanii tego nie zauważyli. Postanowiłem to wykorzystać i kiedy oni już wychodzili ja powiedziałem, że chcę jeszcze trochę zostać i przestudiować zwoje i księgi jakie zgromadziła w swych zbiorach jaszczura. Oczywiście nie protestowali, dla nich pergamin jest wart, co najwyżej podcierania tyłka… Odczekałem godzinę. Czytając księgi rachunkowe i inne zapiski kupców. Aż w końcu wziąłem się za jaja. Było ich trzy, ale tylko jedno było w całości. Pozostałe porozbijali moi zachłanni kompani wynosząc łupy. Ostrożnie się do niego zbliżyłem, czuć było z niego bijące ciepło. Nie zastanawiając się dłużej użyłem zaklęcia Przeniesienia i teleportowałem je do mojego małego wymiaru. Później dogoniłem towarzyszy, jakoś tam usprawiedliwiając moją nieobecność i w najbliższym mieście pożegnałem ich.
- No… skończyło się raczej dobrze dla ciebie, nie rozumiem tylko dlaczego mówisz, że jest inaczej. – zdziwił się Mert.
- Zaraz do tego dojdę. Faktycznie do tego momentu było raczej dobrze. Nie licząc incydenty z dwójką mnichów. Ale cała gehenna zaczęła się dopiero w moim laboratorium. Kiedyś w jakiejś elfickiej bibliotece znalazłem przepis na miksturę siły, ale takiej, która swój efekt utrzymuje do końca życia tego kto ją wypił. Niestety zwój nie był w całości. Był nadpalony na obrzeżach. Myślałem, że spalił się tylko fragment opisujący składniki. Nie wiedziałem jak bardzo się myliłem.
- Ooo… czyżbym dostrzegł niedbałość w twoim fachu? – spytał sarkastycznie Mert.
- Oj… przestań. Każdemu może się zdarzyć w chwili uniesienia. – zripostował Nicholas – Przygotowania do zrobienia mikstury zajęły mi miesiąc. Niektóre składniki bardzo trudno dostać w tej części świata. Drugi miesiąc spędziłem śpiąc na podłodze w moim laboratorium po wypiciu tego świństwa. Gdy się obudziłem poczułem zwierzęcy głód. Zjadałem wszystko co można było zjeść w moim wymiarze. Chciałem wypróbować efekt mikstury. Podszedłem do ogromnego kotła z wrzącą wodą. Podniesienie go nie sprawiło mi większej trudności. Wtedy też zauważyłem, że jestem również częściowo odporny na ogień. Śmiałem się z mojej potęgi tak długo, aż nie spojrzałem w lustro. To co zobaczyłem przeraziło mnie. Wyrosła mi para okropnych zielonych skrzydeł i długi ogon.
- No to teraz wiem skąd to masz… ale nadal nie rozumiem dlaczego tak rozpaczasz?!
- Dlaczego!? Pytasz: Dlaczego?! A jak myślisz jak może się czuć człowiek, któremu z dnia na dzień wyrastają okropnie wyglądające skrzydła i jakiś badyl nad dupą? Całe godziny poświęcam na ubieranie moich strojów. Próbowałeś kiedyś włożyć ręce do rękawa ze skrzydłami na plecach?! – Nicholas zaczął krzyczeć – Musiałem wszystkie moje togi oddać do krawca żeby zrobił mi mankiety na plecach. Rozumiesz MANKIETY NA PLECACH. Już nie wspomnę, że nie mogę więcej spać na plecach i opierać się o oparcie na krześle. A najgorsze jest to, że obojętnie kto mnie widzi zaczyna krzyczeć: „Aaaaa smok! Smok!” po paru miesiącach spędzonych w buszu mam już tego wszystkiego dosyć. Dopiero w tym mieście nie zwracają na mnie większej uwagi, poza tym że nikt nie chce ze mną rozmawiać. Nawet nie wiesz ilu ludzi, elfów, niziołków a nawet ogrów nadepnęło mi już na ogon! – Nicholas zaczął płakać.
- O…już dobrze, uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy sposób aby pozbyć się tych skrzydeł i badyla nad du…- Mert z ledwością powstrzymał śmiech.
- Tak, ale od czego zacząć. Moje zaklęcia nie działają, choć się bardzo starałem. – dalej rozpaczał.
- Hmm… masz może jeszcze ten zwój…z przepisem na miksturę? – zapytał bard
- Tak, ale po co ci on… Jasne, dlaczego sam na to nie wpadłem – mag zerwał się na równe nogi i z pośpiechem zaczął się pakować.
- Spokojnie, jeden dzień nie zrobi ci większej różnicy… - próbował uspokoić go Mert
- Przestań tyle gadać, idziemy – nie słuchał go Nicholas.
- Dobra, zanim wyjdziemy wypij jeszcze ten kubek herbaty.
Nicholas bez zastanowienia wziął trunek i jednym łykiem opróżnił naczynie. Poczym zaczął jeszcze szybciej się pakować. Nagle po prostu znowu zemdlał…
- Jeden dzień naprawdę cię nie zbawi… a mnie się przyda na przemyślenie niektórych spraw. Dałeś mi niezłą opowieść na napisanie ballady. I pomyśleć, że miałem cię za nudziarza… - powiedział Mert kładąc Nicholasa na łóżku...
 
WojtekCzAr jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166