Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > Zakątek LI-teracki > Artykuły, opowiadania, felietony > Opowiadania
Zarejestruj się Użytkownicy


komentarz
 
Narzędzia artykułu Wygląd
<!-- google_ad_section_start -->Gdy spadały bomby (Metro 2033)<!-- google_ad_section_end -->
Gdy spadały bomby (Metro 2033)
Autor artykułu: Pipboy79
08-04-2016
Gdy spadały bomby (Metro 2033)

Wstęp



Siemka


- Poniższe literki wyklikały mi się jak robiłem bio do kolejnej sesji. Co prawda nie dostałem się ale jak już tak i tak tyle tego naklikałem pomyślałem, że wrzucę by sie po doc na pusto nie kurzyło.

- Uniwersum Metra nie znam Więc po prawdzie popisałem raczej moje wyobrażenie jakby taki dzień zagłady, gdy spadają mógł wyglądać. A tak konkretnie w Moskwie. A czy tak jest to opisane w książkach czy grach to nie mam pojęcia więc mam nadzieję, że jeśli są jakieś rażące nieścisłości w tej materii będzie mi to jakos wybaczone jako laikowi w tym systemie

- No i właściwie miało być bio do KP więc stąd taki wspominkowo - biograficzny charakter. No i chyba tyle w ramach wyjaśnienia czy wstępu.




Gdy spadały bomby



Gdzie się urodziłem? Tutaj. Tylko parę pięter wyjżej he, he, heh… Eee... Co? Nie! Nie kurwa, nie w kanałach wentylacji nad nami! Ehh… Wy młodzi nie jarzycie pewnych spraw… Parę pięter dosłownie wyżej czyli na Powierzchni. W Moskwie, w mieście, na górze. Kiedyś tam było inaczej. Dało się żyć choć my oczywiście wówczas uważaliśmy inaczej.

Urodziłem się w Izmajłowie ponad czterdzieści lat temu. Jeśli mamy faktycznie 31’ to dokładnie 42 lata temu. Tak, jeszcze w poprzednim milenium w innym świecie. Nie kurwa nie jestem kosmitą! Tak się kiedyś mówiło, że jak coś jest całkiem inne to jest z innego świata. Albo ktoś. Kumasz w ogóle co to było urodzić się w Izmajłowie? No właśnie nic nie jarzycie z tamtąd…

Izmajłowo to był kiedyś kwiat Moskwy. Tak słyszałem od starych i od swoich i od innych co tam jeszcze mieszkali. Przyjeżdżali ludzie z całego świata by szkolić się jak budować nasz Sojuz w swoich krajach. A mieszkali najczęściej właśnie u nas, na Izmajłowie. Ale to było naprawdę kiedyś, jak jeszcze mieliśmy ZSRR. Jak ja się urodziłem to jeszcze był ale tym zdrajcom z Bloku zachciało się zasmakować zachodniego świata i potem wszystko się posypało. A było tak pięknie…

Ale jak ja już dorastałem to już nie. Wszystko się sypało wszędzie to i u nas też. Uniwerki popadły albo prawie padły, wysprzedawały po taniości akademiki a ludzie wciąż przyjeżdżali i się zrobił syf. Takie białasy jak my byliśmy tam mniejszością. Prawie same makaki, ping pongi, bin Ladeny, czarnuchy i tego tam typu kolorowy motłoch. Chujowo było tam być białasem. Musieliśmy się trzymać razem w bandzie. A jak się trzymaliśmy i dorwaliśmy któregoś z nich co fikał to umieliśmy pokazać mu jego miejsce. Oni też jak dorwali któregoś z nas samego to się źle kończyło. Co dzień kogoś zawożono do szpitala bo za glany albo bejzbole albo noże posyłały go tam albo do kostnicy. Ale walczyliśmy kurwa i nie ustępowaliśmy im pola! Walczyliśmy o nasz kraj, miasto i dzielnie bo były nasze a nie ich!

A w międzyczasie wszystko się sypało. No wszystko. Nie było już ZSRR tylko jakaś bezsensowna Wspólnota której nikt nie chciał ani nikt w niej być nie chciał. Potem dopiero zrobili Rosję. A świat na to patrzył i śmiał się z nas. Ci z Zachodu i ich sługusy co nas zdradzili. Najpierw doprowadzili nas do upadku a potem śmiali się z nas, z naszej biedy i naszego nieszczęścia. Jak tu takim powiedz nie przypierdolić co? Należało im się chujkom! Tylko śmiać się nie mogli za głośno bo mieliśmy nasze atomówki. Atomówek wtedy każdy się bał więc mimo naszej biedy bali się nas. A jak jest strach to i uważają co do nich mówisz. Bardzo uważają.

Nie było wtedy dobrze. Ludzie potracili roboty a u nas na dzielni jak na jedną klatkę ktoś pracował w rodzinie to byli farciarzami. Wszystko się sypało. Sprzedawali szkoły, zakłady, koleje, fabryki no wszystko. To był czas zawieruchy wczoraj pracowałeś a dziś przychodzisz do roboty a tam zamknięte albo jeszcze jakieś szkopy, Holendrzy czy Francuzi coś przejmują. I się cieszyłeś, że wezmą cię do roboty by odstawiać jakąś niewolniczą fuchę. Jedyne na dzielni co miałeś pewnego to swoją bandę. I mafię. Każdy znał jakiegoś mafioza. Ja też prawie tam trafiłem. Prawie. Dla takiego wyrostka jak ja poza mafią jedyną okazją by nie żyć na kolanach to było zostać biznesmenem albo pójść w kamasze. Faceci w gajerach i biznesach zawsze mnie nudzili wolałem zakosić im brykę czy ją z zawiści chociaż podpalić czy porysować. Bo tak oni mieli wszystko a my nic. Banda złodziejskich szachrai… Więc zostawała armia bo psem być też nie chciałem.

Czemu Specnaz? Bo się go wszyscy bali. Nawet w tych nowych czasach. Na Zachodzie też go się bali. Poza tym u nas na dzielni był w mafii jeden ze Specnazu i też go się wszyscy bali. Mówili, że jak Beria po kogoś idzie to już po nim. Poza tym Biesłan. Taka szkoła tam była. Chodziłem wtedy do zawodówki jak to się zdarzyło. Byłem wściekły, że te brudasy tak wzięły naszych do niewoli. I byłem wściekły na debili co mówili, że nasi komandosi są chujowi. Chuja się znają! To byli prawdziwi patrioci! Weszli i zabili wszystkich terrorystów! Te zdradliwe szmaty w burkach też, tak jak trzeba strzał w łeb i do piachu! Za Stalina na pewno dostaliby medal i nikt by na nich złego słowa nie powiedział! A wiesz co najbardziej mnie wtedy uniosło? Tam był moment, że jeden z komandosów rzucił się na granat by osłonić dzieci przed wybuchem. I udało mu się. Nikt nie zginął prócz niego. I tego kurwa już nie pamiętają cwele jedne! A wiesz co? To był chłopak od nas. Z naszego Izmajłowa. Ilya. Wtedy miałem jakieś 15 lat i chodziłem do mechanika ale się zdecydowałem ostatecznie, że nie wstąpię do żadnej mafii tylko zostanę Specnazowcem. I zostałem.

Najpierw od razu po mechaniku poszłem w kamasze do zasadniczej służby wojskowej. Byłem dobry. Całą końcówkę zawodówy się przygotowywałem. Zapisałem się na judo i boks, chodziłem na siłkę i basen brałem udział w maratonach i biegach przełajowych. Tylko kurwa tych języków nie mogłem wyszlifować. No czarna magia i nie wchodziły mi. Coś z filmów z tego niemca czy anglika ale tak do gadki to ciężko. Ale poza tym wreszcie dorwałem się do broni i okazało się, że też jestem zajebisty. Lubiłem te wojo. A ono lubiło mnie. Byłem dobry we wszystkim, najczęściej miałem najlepsze wyniki w plutonie nie rzadko w kompani a jak wystrzelałem złoto na zawodach to mnie wymieniono jako pochwałę w dziennym rozkazie dywizji. A przecież była to gwardyjska 106 spadachroniarska z Tuły odznaczona w Wojnie Ojczyźnianej Czerwonym Sztandarem Kutuzowa. Poprosiłem porucznika to mi skserował i wysłałem to do domu.

Odsłużyłem dwa lata. A potem zdałem egzaminy co wcale nie było takie oczywiste po spadochroniarzach bo wielu odpadło, spadochroniarzy też. To już był 2009 rok jak się tam dostałem. Wreszcie zostałem Specnazowcem tak jak chciałem od czasu Biesłana. Ale nie było łatwo o nie. Mordęga każdego dnia od przedświtania do zmroku. Często spaliśmy tylko po 4 godziny na dobę a jak tyle śpisz to jesteś półprzytomny non stop i łatwo popełniasz błędy i szukasz okazji by zmrużyć oczy choć na parę minut. Ale dawaliśmy radę. Jak nie to ktoś nie nadawał się do Specnzazu. Zawsze to słyszeliśmy. Ktoś odpadał bo nawalał tempo w biegu, nie mógł złożyć na czas spadochronu, non stop dostawał wpierdol ze zwarcia czy nie mógł zaliczyć strzelania. Nie nadawał się do Specnazu. Jak ktoś od sierżanta dostał kopa w brzuch i mu śledziona pękła to tez nie nadawał się do Specnazu. Albo jak po 40 km biegu na przełaj z 40 kg na sobie trzeba było skakać z mostu na lód i spod niego nie wypływał i trzeba było go wyciągać. Też się nie nadawał do Specnazu.

To nie było wojsko tylko katownia. Katowali nas od świtu do nocy. Każdy słaby element odpadał. Tak naprawdę teraz myślę, że gdyby trwało to odpowiednio długo trwało wszyscy by odpadli, nawet ja. I nie byłoby już Specnazu, Specnaz pożarłby sam siebie. Ale dostawy świeżego mięsa do przemielenia podczas każdego poboru pozwalały utrzymać bestię przy życiu. Skutą łańcuchami regulaminów, ubraną w panterkowy mundur, złamaną, zmiażdżoną, rozbitą i pozbieraną na nowy kształt a mimo to wciąż żywą bestię. Żywego, potężnego drapieżnika wciąż pod batami nadzorców, łakniącą krwi i trenowaną do rozszarpywania i pożerania wrogów a wciąż trzymaną w klatce i pod batem. Tak. Tacy byliśmy. Ci co przeżyli to czy zginęli wtedy, na wojnie, czy już potem tu, w Metrze wciąż tacy byli. Jeśli żyją to nadal są. Tak jak i ja. Dlatego jak wybuchła wojna ucieszyliśmy się. Byliśmy jak napięta sprężyna sprężynowca wciąż trzeszcząca i ściskana do oporu którą wreszcie ktoś uwolnił na wolność i ostrze mogło nareszcie robić coś do czego zostało stworzone. Nikt by nie przetrwał takiego napięcia jakim nas poddano. My też nie. Wojna, jakakolwiek, była dla nas jedynym ratunkiem by to przetrwać.


---



I wojna wybuchła. Nareszcie. Ale jak ze spuszczaniem się na laskę. Napięcie rośnie a potem strzał i koniec. Tu też tak było. Nawarstwiało się i wyglądało na kolejny kryzys a nagle ktoś ponaciskał parę guzików i koniec świata. Tak dosłownie. Ale u nas w 16-tej Brygadzie szybko nas postawiono w stan gotowości i wysłano z Tambowa do na lotnisko w Szeremietewie. Tam mieliśmy czekać w samolocie na sygnał. I czekaliśmy. Wiesz jak łatwo pierdolca można dostać będąc zamknięty przez całą dobę z setką innych chłopaków z pełnym ekwipunku gdzie w każdej sekundzie może paś rozkaz do akcji? Wentylatory nie nadążały z filtrowaniem dymu z fajek i kibel się przepełnił. Słuchaliśmy radia. A tam z godziny na godziny na godzinę wyglądało gorzej i gorzej. Pytaliśmy się czemu nas wreszcie nie poślą do akcji? Od razu zrobilibyśmy porządek. Byliśmy gotowi ruszyć gdziekolwiek by nam kazali i walczyć z każdym! Nie baliśmy się nikogo! SEALS? Rangers? SAS? GSG 9? Dawaj! Dawaj na bagnet i pod lufę! No daawaajj! Tacy kurwa byliśmy… Nadal jesteśmy. Nie możesz przestać być Specnazowcem. To zostaje w tobie do ostatniego dechu.

A potem przyszedł rozkaz, że ruszamy. No to ruszyliśmy. Było już źle. Teraz myślę, że już wówczas zaczęła się wojna. Ta rakietowa. Ale wiesz jak rakieta z Moskwy do Pekinu albo przez Atlantyk leci z 15 minut to co zdążysz zrobić w tym czasie? Złapać garść rzeczy, wybiec z domu i odpalić samochód? I niewiele więcej. Ale jak dostaliśmy rozkaz to poszliśmy.

Mieliśmy zabrać VIP’a. I odeskortować go do Metra. Tam miało być bezpiecznie, całe Metro w końcu od początku było przeznaczone do roli wielkiego schronu a ważniaki mieli jeszcze swoją własną linię i schrony. Ale ten VIP utknął gdzieś w korku. Wiesz, wszyscy próbowali się ratować więc korek był gorszy niż na święta. Wszystko się sypało. Znowu. Tym razem ostatecznie. Ludzie byli przekonani, że to koniec. Ostateczny koniec. Więc pękały im wszystkie bariery i chcieli się ratować za wszelką cenę. Mundur, regulaminy czy rozkazy znaczyły co raz mniej. I z każdą minutą ten autorytet topniał. Co raz więcej znaczyła broń, nóż, wrzask i pięść. No i to był właśnie nasz żywioł. Lata szkoliliśmy się na taką okazję. Byliśmy gotowi po tak długim czasie. Ruszyliśmy w miasto wykonać nasze zadanie.

Podzieliliśmy się na dwie grupy. Część poleciała na śmigłowcem ale nie dla każdego starczyło miejsca więc reszta zapakowała się na transportery i ciężarówki i ruszyła po ziemi. Tych nigdy potem nie spotkałem. Nie na powierzchni. Ale doszły mnie słuchy, że jacyś ze specgrup dotarli do Metra na czas ale w innych sektorach niż my. Nie zdziwiłbym się jakby to byli chłopaki z naszej “Szesnastki”. Kto miałby tam dotrzeć jak nie oni? Ale nie wiem czy ktoś dotrwał do dzisiaj. Wątpie.

Ja poleciałem z grupą śmigłowcową. Nie żeby coś specjalnie dla mnie, nie. Po prostu porucznik przydzielił naszą grupę do lotu i tyle. I polecieliśmy. Nie byle jakim śmigłowcem ale naszym “Krokodiłem” czyli Hind’em jak mówią na Zachodzie. Polecieliśmy z pełnym uzbrojeniem. Lecieliśmy nas miastem. W Brygadzie było nas z różnych części kraju ale ja akurat byłem z Moskwy. Widziałem jak moje miasto ogarnia chaos zanim jeszcze spadły jakiekolwiek bomby. Lecieliśmy i widziałem jak ludzie stają sie sobie wilkami i szczurami byle tylko ujść z życiem. By wydostać się z miasta skazanego na śmierć co było właściwie bez sensu wydostać się poza obszar zmasowanego bombardowania nuklearnego ale próbowali, mieli nadzieję. Jedni jechali spakowani inni dopiero wsiadali i odpalali samochody. Przy każdym wejściu do Metra kłębiły się tłumy. Ludzie tratowali się by się tam dostać licząc, że każdy zdoła znaleźć swoje miejsce w tym azylu.

Inni korzystali z okazji i szabrowali sklepy. Część brała chyba jakieś ubrania czy żarcie ale inni kradli telewizory czy komórki albo rozbijali się i siali burdel nówkami meroli czy chryslerów. Początkowo strzelaliśmy do tych rabusiów. Ale kapitan nam zabronił i kazał oszczędzać ammo. Posłuchaliśmy bo rozkaz ale mieliśmy ochotę zejść tam z nieba i rozwalić tych pierdolców. I strzelano do nas. Jak lecieliśmy nad ludźmi to część tu czy tam strzelała do nas. Pewnie myśleli, że uciekamy i zostawiamy ich albo co to ich cholera brała z rozpaczy. Też się nie dziwię. Ale szturmowego MiLa ciężko ruszyć nawet z wkm-u więc nawet jak któryś miał kałacha chuja tak naprawdę nam mógł zrobić. Ale oni chuja się znali wiec strzelali. Tym odpowiadaliśmy ogniem choć trochę. Niech nie myślą, że na Specnaz można podnieść rękę bezkarnie. Ale lecieliśmy dalej. Już wiedzieliśmy jak tylko opuściliśmy lotnisko, że grupa lądowa ma zerowe szanse na przedarcie się na czas przez takie miasto. Ale wtedy jeszcze mieliśmy łączność z nimi.

Potem dolecieliśmy już prawie nad cel. Kolumna limuzyn jakichś ważniaków otoczona na zjeździe przez mrowie tak samo utkniętych pojazdów zwykłych ludzi. Już z daleka widzieliśmy, że mają kłopoty. Ludzie chyba chcieli ich zlinczować, zemścić się za własną zagładę czy może zdobyć przepustkę do schronienia nie wiem w sumie co. Wyglądało, że zrobiło się poważnie i ochroniarze w gajerach już machali bronią i strzelali w powietrze chyba. Nie wiem, słyszeliśmy strzały a trupy leżały już wtedy wszędzie czy tu czy tam ale już wówczas to po całym mieście ich już było całkiem niemało. I z każdą chwilą ich przybywało. Podobnie jak wraki samochodów. Wówczas jeszcze wszystko świeże, jeszcze dymiły, paliły się czy wybuchały a nie zimne, zapleśniałe i pordzewiały wraki jakie są teraz. Tak, kiedyś nawet wraki żyły, swoim intensywnym, płomiennym życiem. I wtedy sami dostaliśmy się pod ogień.

Zawył z kabiny alarm zbliżeniowy. Więc wiedzieliśmy, że ktoś posłał ku nam rakietę. Bo strzały by było jak nie widać to słychać i nie darłby się alarm. Pilot poszedł w skręt i jakbyśmy nie byli przypięci to byśmy pospadali na jedną burtę a tak to nami szarpnęło a potem naszymi żołądkami. Wiesz to bardzo głupie i dziwne uczucie jak ci tak żołądek się o bamber od środka obija. Przeciążenia i te sprawy. W każdym razie udało mu się schować w ostatniej chwili za wieżowcem ale rakieta i tak wybuchła. Blisko bo szarpnęło nawet “Krokodiłem” ale nie oberwaliśmy bezpośrednio. Wiedzieliśmy, że to musiało być jakieś RPG. Z kabiny dalej wyły alarmy i się świeciło wszystko na czerwono wiec nie wyglądało to dobrze. Silnik też jakoś inaczej wył i wpadliśmy w jakieś terkotanie. Trzęsło całą maszyną. Znaczy jak lecisz śmigłowcem to i tak trzęsie no ale tym razem trzęsło bardziej. Więc wiedzieliśmy, że jest nie tak. Bardzo nie tak. Z nami też. Poszatkowało nam kabinę od tyłu i poczułem, ze coś mnie ochlapuje. Jak przetarłem i otworzyłem oczy okazało się, że wszystko jest w krwistej mgiełce. Jakby ktoś zdetonował balon z czerwoną farbą w środku. Ale to była szyja Olega, naszego snajpera. Dostał w samą szyję, wyrwało mu prawię połowę szyi. Nic nie mogliśmy zrobić, umarł nim dotknęliśmy ziemi. Pamiętam jak wciąż tak z niego leciało jak z kranu z czerwoną wodą i jak to spływało po nim na podłogę i tak pływało po niej falami w rytm tego co działo się ze śmigłowcem. Ale reszcie się udało. Borys oberwał w oko i mu wypłynęło wiec się darł a Misza dostał po ramieniu ale niezbyt poważnie. I tak lecieliśmy dalej z cichutkim wylewającym się Olegiem, wrzeszczącym Borysem i klnącym Miszą. A potem był nasz ruch.

Zrobiliśmy nawrót tą trzęsącą się maszyną co się trzęsła już tak jakby miała w każdej chwili spaść na ziemię albo rozpaść się w powietrzu. Operator broni odpalił salwę w skurwysynów co do nas strzelali. Byli na jakimś dachu odpaliliśmy salwę rakiet i nie cały dach zniknął pod wybuchami. Taka salwa rakiet to tam gdzie trafiła to robiła rzeźnię. Jak jesteś tam gdzie trafia to jednego wybuchu masz szansę uniknąć czy się schować ale jak wybucha na raz wszystko wokół ciebie to chuja się schowasz. Tam wtedy pewnie też zrobiła. Powinniśmy przelecieć, wrócić i poprawić jakby były ślady życia ale wszystko się spieprzyło.

Misza zaczął się drzeć jakby go ze skóry obdzierano, że widzi rakiety. Najpierw myśleliśmy, że kolejne cwele z RPG to by nam mogło narobić koło pióra tak rozklekotaną maszyną. Drugie trafienie nawet nie bezpośrednie mogło już nas wykończyć. Kapitan się darł na niego by złożył porządny meldunek jak na żołnierza Specnazu przystało a nie darł się jak dziwka podczas rżnięcia. No i on wtedy nagle całkiem spokojnie wywrzeszczał “Panie kapitanę leci na nas rakieta balistyczna z prawej burty!” i pokazał nam na okno. Siedział naprzeciwko mnie więc musiałem się odwrócić a jak jesteś w pancerzu i przypięty to wcale nie takie łatwe. I wtedy ją zobaczyłem. Spadające światło z nieba. Jak gwiazda. I mówię ci, że wtedy dosłownie wszystko na moment jakby zamarło. Przez ułamek sekundy sparaliżował mnie taki strach, że nie czułem nic prócz niego a nie widziałem nic prócz tego spadającego światła. Byłem świecie przekonany, że zaraz umrę. Bo co możesz czuć jak leci na ciebie atom? A potem gdzieś dalej zauważyłem inną smugę z nieba. I kolejną. Wiedziałem, że wzięli się za nas. Że to koniec i nas wykończą. Ale wówczas szarpnęło maszyną, silnik zaczął z jękiem rzęzić i zaczęliśmy tracić wysokość. Właściwie to spadać.

Pamiętam jak pilot się darł w swoje radio, że spadamy. Zastanawiałem się po jaka cholerę? Przecież nikt nam już nie mógł pomóc. Ani nam ani nikomu wokół. Zaraz wszystko miało się wytopić do cna to kto by miał głowę organizować dla nas jakąś pomoc? Widzieliśmy filmy i znaliśmy instrukcje wiec wiedzieliśmy co atom potrafi. Błysk który wypala oczy na zawsze czyli z reguły na niezbyt długo. Kula ognia o temperaturze Słońca. Potem fala uderzeniowa zmiatająca wszystko i wszystkich potęgą swojej prędkości i ciśnienia miażdżąc wszystko co żywe i nie żywe. No potem ta fala ognia spopielająca wszystko nawet coś co normalnie uchodziło za ponoć niepalne czy ogniotrwałe. A potem jeszcze fala powrotna dla wyrównania ciśnienia od powstałej próżni dobijająca coś co by się jeszcze ostało. Więc tymi radami i remami nicującymi wszystko wokół już mało kto by musiał się przejmować. Na pewno nie my w naszym śmigłowcu. Nie łudziłem się, że przetrwamy. Nasz kapitan też się darł w swoje radio. Do tej naszej kolumny na ziemi by się schowali bo nadchodzi ciężki bombardowanie. Pamiętam to. Nie powiedział im o atomie tylko o bombardowaniu. Choć nie było to dziwne. Jak słyszysz, że bombardowanie to myślisz, że jakoś to będzie. Bombardowanie da się jakoś przeżyć. Po atomie to wiadomo, że nic już nie będzie. Ale nasz kapitan był dobry chłop. Jakby nie zmienił rozkazu tamci pewnie mogliby zwlekać czy wahać się bo wiadomo, rozkaz był dotrzeć do celu. Potem go za to rozstrzelali. Bo złamał swoje rozkazy. Wiesz, na początku jeszcze te stare ważniaki próbowały brać wszystko za mordy po staremu. Sąd polowy, kula w łeb i do piachu. Jeszcze nikt wtedy nie wiedział, że posypało się wszystko. Dosłownie wszystko. Ich stołki też. Tylko Metro zostało choć też jak widzisz wszystko się sypie.

Ale wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Wtedy spadaliśmy na ziemię w uszkodzonym śmigłowcu ścigani przez chińskie albo jankeskie nuki. Nie robiło nam to wtedy różnice czyja nuka ma nas odparować. Spadaliśmy. Ale byliśmy elitą, byliśmy najlepszymi żołnierzami świata i najlepszymi pilotami świata! Świat się walił, konał i szykował do przemiany w atomowe krematorium a my mimo to robiliśmy swoje. Nasz pilot wtedy nas uratował.

Zmienił tor roku wzdłuż ulic i nakierował się wzdłuż ulicy. Widzieliśmy te tłumy przy wejściu do metra. To co się tam działo przechodzi ludzkie pojęcie. Ludzie wpadli w masakratyczny amok, zarzynali się nawzajem by dostać się pod ziemię bo też widzieli to co my. I nie wiem czy jest taki syf jak połączenie umysłów w jedność czy inne brednie ale powiem wam, że jak zobaczyliśmy zejście do Metra wszyscy wiedzieliśmy, ze to jest to. To była nasza jedyna szansa. Szansa na życie. Tak jak chwilę wcześniej pogodziłem się z tym, że zaraz zginę tak teraz nagle zapragnąłem żyć. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej i potem. Nigdy nie miałem takiej koncentracji umiłowania życia i woli walki o nie jak wówczas. A byliśmy Specnazem i umieliśmy o nie walczyć. Byliśmy bestiami i drapieżnikami w mudurach i nie zamierzaliśmy tanio sprzedać naszego życia nawet atomowi. Otwarliśmy ogień.

Nasz śmigłowiec spadał i nie było szans, że gdzieś sensownie zdoła odlecieć. Pewnie nawet 25-ka by nie dała radę uciec. Wówczas operator uzbrojenia otworzył ogień z całego pokładowego uzbrojenia. Nie widziałem co się dzieje na ziemi ale poczułem jak Krokodił się trzęsie od wybuchów i terkotu działek. Wszystko posłaliśmy na te spanikowane, ludzkie stado blokujące nam przepustkę do życia. 23 milimetrowe działka, rakiety przeciwpiechotne, przeciwpancerne nie oszczędzaliśmy na niczym. Nie było już po co. Wówczas silnik zdechł ostatecznie i ostatni kawałek nasza maszyna zaczęła co raz bardziej spadać jak kamień. Ale byliśmy już dość nisko, gdzieś tuż nad poziomem ulicznych lamp. Potem czekaliśmy na uderzenie ale jak uderzyliśmy i tak nagle. Szarpnęło nami i sunęliśmy po drodze zderzając się z utkniętymi samochodami. Nie wiem czy w nich ktoś jeszcze był czy nie. Zgniataliśmy je, naszą maszynę, metal z pojazdów i latadełka rwał się, darł, gniótł, sypał iskrami i szorował po asfalcie. Przesunęło nas najpierw na burtę, że zaczęliśmy sunąc bokiem jak wielki spychacz potem coś się fikło i poturlaliśmy się dachując i ogarnęła mnie ciemność.

Chyba mnie na moment zamroczyło bo obudziłem się prawie do góry nogami wciąż przypięty pasami. Z chłopaków na przeciwnej stronie co oberwali gdy zaczęliśmy szuflować burtą żył tylko Misza. Znaczy jęczał. Wszędzie był dym i widziałem ogień. Czułem zapach benzyny. Zaraz mogło wszystko wybuchnąć. Wypiąłem się i spadłem na drugą burtę będącą wówczas na ziemi. Miszy nie mogliśmy zostawić ani zabrać. Miał kręgosłup na wierzchu. Zastrzeliłem go. Z wraku wyszło nas pięciu wraz z kapitanem. Na zewnątrz okazało się, że wrak to dosłownie wrak. Całą kabinę miał zgniecioną bo przyjęła na siebie główny impet uderzenia więc z naszego pilota i operatora broni została krwawa miazga. Wrak był już trawiony przez ogień ale wylądowaliśmy niedaleko od wejścia do Metra. Z kilkadziesiąt metrów krócej niż bieg na setkę. Po dwóch latach w Specnazie byliśmy w swoich życiowych formach. Mogliśmy występować na olimpiadach i na pewno byśmy wstydu Rosji nie przynieśli. Runęliśmy do wejścia bez wahania. Za nami z wraku doszedł nas wrzask palonego żywcem człowieka. Ktoś z naszych widocznie jeszcze jednak ktoś żył ale wył tak opętańczo, że nie mogliśmy rozpoznać kto to. Nie mogliśmy też wrócić. Nie chcieliśmy. Kątem oka widziałem te światła z nieba. Zdawało mi się, ze już są tuż nad wieżowcami. Biegłem ile sił w nogach przez pobojowisko. Właściwie przez rzeźnię. Cała okolica zejścia na podziemny dworzec przypominała zadymione złomowisko które ktoś przerobił na miejsce do uboju ludzi. Znaczy się ktoś… My… To uczynił nasz ogień ze śmigłowca. Wszystko dymiło, czasem widać było ogień w jakimś wraku, wszędzie walały się bezkształtne ludzkie części. Tam noga, głowa, ręka jakiś korpus, brodziliśmy w tym, ślizgaliśmy czasem upadaliśmy w tą szlamowatą, flakowatą breję ale zaraz wstawaliśmy i biegliśmy dalej. Było pusto i łatwo póki nie dobrnęliśmy na dół schodów. Wówczas się odwróciłem. Wtedy to do mnie nie docierało ale teraz tak patrzę i widzę, że wówczas ostatni raz widziałem niebo. Dwadzieścia lat temu. I szczerze mówiąc nie pamiętam za dużo. Tylko te spadające światła końca swiata tak kurewsko za blisko!

Było za późno i za blisko. Jakbyśmy mieli z minute chociaż więcej byłoby inaczej. Ale nie mieliśmy. Na peronie pod ziemią zaczął sie syf. Bo tam już nie dotarło nasze przygotowanie ogniowe i pojawiali się już ranni. Najpierw ci umierający co załatwiło ich ciśnienie wybuchu czy odłamki. Potem ci co jak jakieś zombiaki starali sie odczołgać w stronę wejścia do schronu zostawiając za sobą krwawy ślad, ciagnąc jelita czy pogruchotane bezwładne kończyny. Pamiętam laskę w miniówie. Takie ładne nogi miała nawet jak je tak bezwładnie ciągnęła. Jakaś droga kurew musiała być z niej na pewno nie byłoby mnie stać wtedy na nią. A pamiętam, że akurat potknąłem się i prawie upadłem i na moment spojrzałem w jej twarz. Nawet w takim stanie to była jedna z najśliczniejszych dziewczyn jakie kiedykolwiek widziałem. Teraz już takich lasek nie ma. Widziałem te rozmazane łzami, brudem, krwią i syfem oczy zwierzęcia które wie, że śmierć jest już nieodwołalna ale pęd życia wciąż jeszcze popycha je choć o centymetr i jeden oddech dalej. Mnie też popychał więc zostawiłem ją i pobiegłem dalej. Wszyscy biegliśmy.

Ale potem zaczęło być gorzej. Ranni byli już lżej, szli czasem biegli, wrzeszczeli do nas, płakali, błagali a przy samym wejściu panował już taki ścisk, że tłum był jak w najpopularniejszej dyskotece o północy. Nie było szans się przecisnąć. A tamci wewnątrz już zamykali drzwi. Wówczas poczuliśmy tąpnięcie jakby sam Bóg wściekle zestąpił wreszcie na Ziemię. Nie wierzę w Boga wiec wiedziałem, co to właśnie wybuchło. Światła zamigotały, tynk się posypał, czasem gruz, nawet czasem spadł i przywalił kogoś a przez tłum przeszedł zgodny spazm. Przez chwilę wyglądało, że samą masą wedrą się przez tą wąziutką cipkę tych drzwi. Nie wahaliśmy się ani moment dłużej. Mieliśmy sekundy nim fala dotarłaby do środka i zalałaby ogniem i promieniowaniem wszystko co było na zewnątrz drzwi.

Mieliśmy granatniki, granaty i broń maszynową. Użyliśmy tego. Otworzyliśmy zmasowany ogień tym biednym, spanikowanym bezmózgom w plecy. Wiesz jaką siłę ognia ma nawet pół drużyny Specnazu? Zabójczą. Nie to co teraz jak każdy nabój musisz liczyć. Posłaliśmy cały ołów jaki mieliśmy a na tak skumulowanej przestrzeni bez żadnych osłon, w tak liczny tłum kosiliśmy ich jak zboże. Kałach wywala mag w pełnym ogniu w jakieś 3 sekundy. Rzucenie granatów też zajmuje coś koło tego. W parę sekund otworzyliśmy więc sobie drogę do drzwi. Ale Igor dostał właśnie odłamkiem w nogę. Wrzasnął i zachwiał się ale w sumie nic mu nie było. Znaczy normalnie by mu pewnie nic od tego nie było. Bo potem tamci ze środka rzucili granat do nas. Nie było sensu się cofać czy chować. Runęliśmy naprzód. Igor przez tą nogę właśnie nie zdążył i granat go sięgnął. Biegliśmy wśród jęczących i wrzeszczących z bólu i strachu ludzi ale nie zwracaliśmy na nich uwagi. Byli jak jakaś jedna wielka, polipowa ludzka masa z dziesiątkami głów, wrzeszczących o zmiłowanie czy z bólu ust, wytrzeszczonych z przerażenia albo mętniejące w agonii oczach, dłoniach skurczonych przedśmiertnymi drgawkami czy próbującymi nas złapać chuj wie po co bo przecież nie mogliśmy nikogo zabrać. Dla nas wtedy to nie byli już ludzie tylko teren do przebycia. A mielismy ostatnie metry. Ale tamci w środku mieli ostatnie metry i centymetry do zamknięcia drzwi.

Wpadliśmy gdy już była szczelina wąska jak na dwójkę ludzi. Nie zdążyliśmy w biegu zmienić magów a tamci nam blokowali wejście. Wbiliśmy się w nich. Jacyś mundurowi, nie pamiętam jacy ale to nie było wtedy ważne. Ważne było, że stali nam na drodze i próbowali nas zatrzymać. Nas było czterech a reszta to byli “oni”. Walczyliśmy więc. Kolbami karabinów, nożami, pięściami, butami i oczywiście saperkami. Krew nas obryzgiwała z rozbitych nosów, połamanych zębów, odciętych saperkami palców, rozszarpanych bagnetami jelit, wyłupionych kciukami oczu, wyszarpanych nozdrzy a gdy skończyliśmy drzwi już były zamknięte. A potem poczuliśmy jak coś w nie uderza. Dosłownie widziałem już nadciągajace światło i słyszałem milknący wrzask spanikowanego Igora który dotarł do drzwi i wcisnął się w zamykające się drzwi ale spóźnił się i po naszej stronie została tylko jego obcięta ręka. Potem znowu wszytko dupło i sypło i przewaliło nas na ziemię. A potem był koniec. I tak się skończył dla mnie świat jaki znałem a zaczęło się Metro.

---


Zaraz potem ruszyliśmy przed siebie. Chcieli nas rozbroić bo przyszli do nas z bronią i wiedzieli co zostało przy bramie po naszym wejściu. Ale kapitan powiedział, że my jesteśmy Specnaz i jak ktoś chce naszą broń to niech przyjdzie i sam nas rozbroi. I kurwa nikt nie przyszedł. Ale potem przyszło znużenie i otępienie. Nikt nie wiedział co dalej robić. My też nie. Wtedy właśnie załatwili nam kapitana. Byliśmy w jakimś amoku i myśleliśmy, że jakoś to jeszcze będzie. Jakbym wiedział wtedy, że będzie jak teraz nie dalibyśmy go. Naszej czwórki nikt by nie ruszył i obronilibyśmy się przed każdym. Ale wtedy szarże i rozkazy jeszcze działały. Więc jak przyszedł rozkaz to byliśmy posłuszni. Serce się krajało i dusza pękała ale posłuchaliśmy rozkazu.

Potem wszystko znów się sypało. Docierało do nas i wszystkich w Metrze, że jesteśmy sami. Że wszystko się skończyło. Że nie ma już nic i nikogo poza tym co mamy w tych salach i korytarzach. Że nikt nie przyjdzie i nas nie uratuje, nie będzie żadnej pomocy humanitarnej ani nic z tych rzeczy. No nic. I gdy do ludzi to dotarło to z czasem zrobiło się tak jak jest teraz. Starymi mrzonkami nie było sensu żyć, trzeba było się dostosować albo zginąć. Ja chciałem żyć a i po Specnazie umiałem się dostosowywać do wszystkiego.

Radziłem sobie też całkiem nieźle. Cała nasza trójka z naszej załogi. Ja, Andriej i Griegorij. Wszyscy byliśmy świetnie wyszkoleni i był popyt na nasze usługi. Jak wszyscy wiedzieli, że jesteśmy ze Specnazu i jakie mieliśmy wejście nikt z nami nie pogrywał i każdy chciał mieć po swojej stronie. Ale z czasem każdy z nas wybrał inną drogę. Andriej tęsknił za powierzchnią i był z natury ciekawski więc obrał rolę stalkera. Griegorij lubił wojaczkę więc postanowił odtworzyć Specnaz i szkolił nowych. Najpierw jakby trzeba było wyjść na powierzchnię a potem jak się okazało, że na górze i za ścianami nie jest tak całkiem pusto i choć bezludno no to tym bardziej. Ja początkowo mu pomagałem ale bolączką był sprzęt i ammo. Zająłem się więc zapleczem sprzętowym a z czasem można by rzec, że przeszedłem na własną działalność i wymieniam broń, ammo i sprzęt do nich albo naprawiam to czy owo. Okazało się, to żyłą złota a właściwie ołowiu bo z każdym rokiem naród debilnieje i niedługo obsługa kałacha będzie dla tych nowych zbyt trudna. A przynajmniej naprawa.


Koniec
Autor artykułu
Pipboy79's Avatar
Majster Cziter
Zarejestrowany: Jan 2014
Miasto: Ostróda - Oxford
Posty: 5 161
Reputacja: 12840
Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację

Oceny użytkowników
 
Brak ocen. Dodaj komentarz aby ocenić.
 

Narzędzia artykułu

komentarz



Zasady Pisania Postów
You may Nie post new articles
You may Nie post comments
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site
artykuły rpg

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164