Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 11-08-2015, 23:10   #6
Clutterbane
 
Clutterbane's Avatar
 
27 Pflugzeit 2515 KI, wczesny poranek

jaskinia we wzgórzach Verfolgunghügel, nazwanych tak przez Thurina

Niezależnie od tego, jakie sieci konspiracji snuły się nad Wallerfangen, jakie pułapki i zdrady szykowano, ten sztylet - długie na piętnaście cali ostrze o zwężającym się, ostrym jak diament czubku, którym zakończono żywot księcia Günthera Zahna, był prawdziwy.

Kraj szarpały wojny, a lud był uciskany i gnębiony podatkami, które opłacały zebrane w czasie kilku szalonych godzin armie najemników oblegających zamki tuzina lub więcej wielmożów. Ciała poległych w krwawych bojach zasłały równinę pogrążonego w anarchii księstwa jak jaskrawo ubarwione liście po jesiennej burzy. Tylko nielicznym dane było fetowanie zwycięstw na ruinach, które miały stać się w przyszłości fundamentami dla kolejnych nietrwałych państewek.

Pościg trwał: przez wrzosowiska, murawę, krzewy dzikiej róży i potok, przez ciemne pustkowia i trujące moczary. Ścigani potrzebowali silnych ramion i uskrzydlonych nóg wtedy, gdy pot sączył się ze wszystkich porów, kolana drżały i uginały się pod nimi, a mroczne kształty zbliżały się we wrogich zamiarach.

Awanturnicy zgubili drogę w krainie wichrów i nagich skał, krainie jałowej, przerażającej i niebezpiecznej zwanej Skradzionymi Ziemiami. Podobno nikt tam nie jeździł i nikt stamtąd nie przybywał; była to nieznana kraina. A skoro nie było tam ruchu, szlak był niepotrzebny - jeśli jakikolwiek istniał, nie dało się go odróżnić od niewydeptanego poszycia.

Ironią losu było, że jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu za eksplorowanie tych terenów niedoszli odkrywcy mogli oczekiwać hojnego wynagrodzenia. Jednak we wszechświecie nie było prawdziwej równowagi. Wszystko się zmieniało, podlegało cyklom, przepływom i odpływom, wszystko było napiętnowane zmiennością, więc i honoraria awanturników podlegały takim samym prawom i zależały od tego, czy książę - chlebodawca dalej odnosi sukcesy w przelewaniu cudzej krwi, czy też w końcu przelano jego własną.

Poruszając się cicho i mając nadzieję, że nie obudzą niczego groźnego, śmiałkowie zebrali całą odwagę, jaka im pozostała i wkroczyli między leśne drzewa, które tworzyły wysoką ścianę zbudowaną z tajemnic. Zmęczenie i rozpacz sprawiały, że maszerowali wolno przez leśne ostępy, gdzie słychać było tylko pokrzykiwania ptaków, aż natrafili na jaskinię, która miała stać się kresem drogi ich prześladowców.

Zasadzka zdawała się być krwawą pułapką bez wyjścia. Miecze i topory wznosiły się i opadały, siekając, tnąc, dźgając, kłując bez miłosierdzia i litości, aż zapadła ciężka cisza, jakby powietrze nabrało ciężaru.

W jaskini unosił się nieprzyjemny smród łoju, który dla obu czarodziejów - Felixa i Morlanala - był równoznaczny z odorem Chaosu, potężnego, brutalnego czarnoksięstwa, któremu nie mogły sprostać ich subtelne czary.

Felix patrzył na poplamione kremową mazią truchło wzrokiem, w którym kłębiły się nieopisane emocje. Woskowe Figury były najdoskonalszym wytworem czarnoksięskich kadzi, z jakim awanturnicy mieli do czynienia. Czy nie miały żadnych słabych punktów? Czy nie bolały ich mięśnie, czy nie słabł im oddech? Czarodziej na próżno doszukiwał się w nich choć błysku inteligencji - miały oczy puste jak spojrzenie jaszczurki; były tylko marionetkami w rękach Czarnoksiężnika, co było na swój sposób pocieszające: nawet jeśli znał on wszystkie odkryte dotąd czary, sztuczki, zaklęcia i talizmany, nie był bogiem, nie powoływał rzeczy do istnienia, tylko używał Czarnej Magii, która wibrowała i wykręcała przestrzeń.

Umysł Czarnoksiężnika - ucieleśnienia zła, zła przedestylowanego przez czas; zła, którego śmiałkowie nie znaleźli nawet w koszmarach sennych, a które było jedynym, co spotkali w Księstwach Granicznych - pracował z intensywnością niedostępną dla zwykłego mózgu, usiłując udaremnić wszystkie plany trzech awanturników, którzy zawsze wymykali się wszelkim podstępom, pokusom i pułapkom: wędrownego czarodzieja i kadeta Felixa von Welfa, fechtmistrza Rorangrima Uthassona i obdarzonego niezliczonymi talentami Thurina Thurinssona. Wiele miesięcy minęło od wydarzeń, które miały miejsce w Steigerwaldzie, a oni dalej nosili w pamięci oblicze Czarnoksiężnika i imiona tych, których bezpowrotnie stracili.

Mimo że kwestia wyrównania rachunków z Czarnoksiężnikiem stwarzała wiele problemów o wyjątkowej trudności, byli jeszcze na tym świecie tacy, którzy nie bali się opowiedzieć po stronie walczących w słusznej sprawie. Takimi personami byli elfi mag Morlanal, Czarny Strażnik Zygfryd de Leve, weteran Reiner Völk i zwiadowca Volker Heidelberg.

Podróżnicy obudzili się jeszcze w mroku, obolali z zimna i ciasnoty. Noc powoli dobiegała końca. Przez las przebijało się błękitne światło. Wyszli z jaskini, rzucając ostrożne spojrzenia. Nic, co znalazłoby się w zasięgu wzroku nie było surowe ani prymitywne - grunt, drzewa, wszystko to było dopracowane, gładkie, wiekowe, złagodzone. Światło słoneczne, choć słabe, było bogate i nadawało wszystkiemu, co znajdowało się w tej krainie, skałom, drzewom, spokojnej trawie i kwiatom, klimat tęsknoty i wspomnienia o czymś bardzo dawnym.

Ze wszystkich stron obrośnięte mchem pnie uginały się, podpierając wysokie wachlarze liści. Gdzieniegdzie przez listowie przedzierały się promienie słońca, które rzucały karminowe plamy na darń. W cieniu z podłoża wyrastały kwiaty na długich łodygach i delikatne grzyby. W tych burzliwych czasach przyroda była łagodna i spokojna.

Pamiętni niebezpieczeństw, awanturnicy nie mogli jednak uważać się za zaznajomionych z wąwozami, zadrzewionymi dolinami, zagłębieniami, strumieniami, rwącymi rzekami, łąkami, gęstwinami, chaszczami i skalistymi wykrotami Księstw Granicznych. Stary Świat był rozległy, a jego horyzont rozciągał się we wszystkich kierunkach ku tajemnicy.

 
__________________
Prowadzę:
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 12-08-2015 o 08:37.
Clutterbane jest offline