Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-04-2015, 23:11   #1
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Księstwa Graniczne: Ziemie Skradzione

2 Jahrdrung 2515 KI, Festag, wieczór

pracownia czarodzieja Dehma, Riesenburg

Felix przechadzał się po zagraconym gabinecie, obitym tkaninami w wyblakłych barwach brązu, czerni i błękitu, z globusami i astrolabami z klepanego żelaza, mosiądzu i srebra, o meblach z ciemnego, politurowanego drewna i dywanie w całej gamie kolorów jesiennego listowia. Na wszystkich ścianach, na każdej półce i w każdym rogu stały zegary, wszystkie precyzyjnie zsynchronizowane, wydzwaniające każdy kwadrans, połowę i pełną godzinę, a wiele z nich wygrywało kuranty. Chronometry wykonane były z metalu, drewna albo też innych, nie do końca rozpoznawalnych substancji, artystycznie rzeźbione, czasami aż tak bogato, iż niezmiernie trudno było odczytać wskazywaną przez nie godzinę. Czarodziej z Riesenburga miał wiele pasji, ale zegary kochał najbardziej.

Czterdzieści pięć minut po piątej czarodziej usłyszał skrzypienie drzwi, stukot butów i szelest ciężkiej peleryny. Skórzany kaptur ocieniał twarz przybysza, lecz nie zakrywał bujnych, rudych wąsów ich właściciela - Dehma we własnej osobie. Strudzony podróżnik odrzucił przepaskę na oko, laskę i odzienie podobne do tych, jakie noszą wagabundzi bez grosza przy duszy i zaskoczony powitał Felixa słowami:

- Magnus Pieter von Grenzstad, młody oficer o obiecującej przyszłości - z wiekowego gardła wydobył się dźwięczny, miękki i kulturalny głos, jednak jakkolwiek rudobrody siliłby się na uprzejmość, coś w jego postawie wskazywało na straszną tajemnicę. - Nie wiem, czemu zawdzięczam tę przyjemność, ale dobrze, że jesteś. Musimy porozmawiać.

- Polityce – przerwał śmiałek - mistrz zawdzięcza moją obecność - awanturnik odpowiedział ze smutkiem i lekko ukłonił się z szacunku. - Jak i to, że nazwiska nie mogę używać i podróżuję jako Felix von Welf. Też z mistrzem miałem nadzieję porozmawiać. Tylko pewnie mistrz głodny po podróży. W kuchni mamy zupę. Na jutro miała być, ale można dzisiaj zjeść. Nie ma co młodzieży kłopotać, sam rozpalę - machnął ręką i zapominając o dawnych wydarzeniach udał się do kuchni, by wstawić garnek z zupą nad ogień. Usiadł przy kuchennym stole.

- Trochę zajmie. Nie słyszałem o czarach grzejących posiłki. Niech mistrz mówi, moja sprawa nie jest pilna.

- Dziękuję - czarodziej usiadł. Zebrał myśli, westchnął i zaczął opowieść. - Przez całe swoje życie byłem zmuszony wiązać się z różnymi siłami, które w mojej ocenie mogły wnieść jakikolwiek wkład do osiągnięcia przyświecającego mi celu. Musiałem związać swą przyszłość z Danielem Rappem i później z Gunterem Zahnem, aby móc kontynuować badania nad przeszłością, w szczególności nad Khemri, smokami i Dawnymi Slannami. Rozumiesz pewnie, że władców nie interesują tajemnice starożytności, na których nie mogą się wzbogacić. A z drugiej strony musiałem uważać, żeby dusze moich patronów nie zapłonęły chciwością - czarodziej był człowiekiem o delikatnym charakterze, który nigdy nie mógł pogodzić zainteresowań kulturoznawczych i historycznych z wąskim szkoleniem na imperialnego czarodzieja bitewnego.

- Tej zimy uszedłem z księstwa w przebraniu. Kierowałem się na południe, pod pozorem chęci odbycia podróży na sam koniec Drogi. W Nonnweiler wynająłem nawet znajomego mi przewodnika, który miałby zmylić ewentualnych szpiegów. Moim prawdziwym celem był jednak grobowiec Menepthaha, khemryjskiego wysokiego kapłana zapomnianego bóstwa śmierci, Apastatauka. Odkryłem, gdzie się znajduje grób, jednak sam nie byłem w stanie się do niego zbliżyć. Góra, w której miejsce spoczynku zostało wydrążone, było legowiskiem koszmarnego potwora z zapomnianych wieków - zrobił pauzę. - Wywerny. Co więcej, istota ta wydaje się w jakiś sposób powiązana z miejscem spoczynku kapłana. Tak, jakby była jego strażnikiem. Oznacza to, że zło tam spoczywające nie jest martwe. I myślę, że nie powinniśmy go budzić.

- Jednak – zwilżył usta i kontynuował - przechytrzono mnie. Podejrzewam, że przynajmniej kilka osób podążających mym śladem dowiedziało się o istnieniu grobowca. Tylko dwie z nich udało mi się powstrzymać. Zawiodłem, ale dobrze wiesz, że zawsze stroniłem od używania magii do celów ofensywnych. Z wiekiem nieużywane formuły zaklęć, których imperialni mistrzowie uczyli mnie w wiadomym celu, zaczęły zanikać. Stałem się nieostrożnym głupcem! A Zahn z pewnością będzie chciał wykorzystać wiedzę o grobowcu. Nasz księciunio szturmowałby nawet bramy do innych światów, gdyby je tylko odnalazł…

- Pytaniem jest, czy wywerna pilnuje spokoju zmarłego czy pilnuje, by nie wyszedł ze swojego grobowca? – zapytał Felix. - Tak czy inaczej Zahn chyba nie ma sił, by z takim wrogiem walczyć. Nie teraz, gdy liże rany po wojnie. Niedługo mam być jego gościem i rozmawiać o wyprawie w nieznane. Mogę się zorientować, czy może coś wie i planuje w związku z grobowcem oraz, jeżeli mistrza to uspokoi, mogę odciągnąć jego uwagę w innym kierunku. O ile jego uwagę da się łatwo odciągnąć.

- Zahn może przebudzić Menepthaha, wcale sobie nie zdając z tego sprawy. A wtedy wszyscy odczujemy brak żołnierzy... O, widzę, że książę już zdążył się z tobą zapoznać – powiedział Jorg z ironią. - Od kiedy to pracujesz dla księcia? Co dla ciebie planuje?

- Co chce książę? Kto to może wiedzieć? Chce wyprawić jakąś ekspedycję. Wcześniej tylko się ze mną spotkał. Ogólnie mówił, że ceni ludzi uczonych, potrzebuje ich w swojej służbie i tym podobne. Wymieniliśmy uprzejmości i zostawił mnie w spokoju. Powiedziałem, że zimę zamierzam tu spędzić, a na wiosnę ruszyć dalej, na co dowiedziałem się, że wiosną może mieć dla mnie zajęcie. Jeszcze od księcia przez posłańca dostawałem zlecenia. Natury badawczej na różne tematy, związane i nie związane z magią. Opracowania. Gdzieś powinienem mieć notatki na ten temat. Nic szczególnie ważnego jak pamiętam.

- A wiesz może, ile takich wypraw jest planowanych? Może gdyby wysłał cię na południe, mógłbyś zapobiec próbie otwarcia grobowca. Chociaż Gunter pewnie tego nie zrobi, ze względu na naszą znajomość. Będę musiał poszukać innego rozwiązania.

- Nie wiem, ale może uda mi się dowiedzieć. Co do południa, też wątpię, ale na południu, jak dobrze rozumiem, chce zostać jeden z moich towarzyszy, Wolfgang Eisenhauer. Może mieć baczenie na to, czy coś się dzieje. Tym bardziej, że będzie miał mistrz okazję, by udać się do Nonnweiler, bo to druga kwestia. W czasie podróży znalazłem mistrzowi ucznia, chłopca imieniem Burkhard. Wielki talent, mistrzowi chcę go przekazać, bo wiem, że mistrz ma szersze zainteresowania niż magia wojenna. Przez zimę uczyłem go podstaw. O edukację Kaspara też zadbałem.

- Dziękuję Magnusie. Jeśli prawdą jest to, co mówisz, nie omieszkam wtajemniczyć go w arkana magii.

Młody czarodziej wziął głęboki wdech.

- Mam dwie ważne sprawy do omówienia, które też są powodem mojej obecności. Nieumarły kapłan starego Khemri może być ryzykiem, ale leży w swoim grobie setki lat i jak go zostawimy, to będzie leżeć jak bogowie dadzą drugie tyle. Za to w okolicy czai się najgorsze zło, skaza Chaosu.

Felix opowiedział historię tego, co się stało karawanie, co widział przy dworku nad jeziorem, podzielił się swoim zdaniem na temat celu karawany, zapewnienia ofiar. Na koniec wspomniał, że ludzie którzy powinni być martwi, byli widziani cali i zdrowi.

- Z rzeczy mniej pesymistycznych – kontynuował - to w okolicy żyje biały smok, potencjalnie skory do rozmowy. Omnirok, jeżeli dobrze pamiętam. Złapany hobgoblin opowiadał, że jego wódz w grocie pod zrujnowanym miastem próbuje przekonać smoka, by ten pomógł mu zdobyć księstwa. Jednak na nasze szczęście, wątpię by smok się zgodził, sądząc po „sukcesach” tego plemienia.

- To pierwszy powód mojej wizyty: poznać zdanie na ten temat innego czarodzieja – podsumował awanturnik. - Zorganizować jakieś działanie przeciwko, ale wątpię czy Zahn ma środki i chęć by walczyć z czarnoksiężnikiem. Mimo wszystko chętnie poznam mistrza opinię na ten temat.

- Omnirok, Rhaegos, Geheultfang... - wymienił z zadumą starzec. - Wielkie smoki, które istniały już wtedy, kiedy człowiek stanowił zaledwie mrzonkę bogów, a świat roił się od obcych, koszmarnych postaci, przemykających przez cuchnące złem zakątki tego świata. - Nie jestem wyrocznią Magnusie, ale opowieści i legendy, które zebrałem, wskazują, że żadne z tych majestatycznych stworzeń nie jest w stanie opuścić już swego legowiska, a co dopiero wspomagać śmiertelników w ich marnych dążeniach. Czas smoków chyli się ku końcowi, ich piękno i chwała musi rozwiać się jak dym nad letnim morzem... - mędrzec przerwał w zadumie. - Geheultfang został wieku temu pokonany przez gremium czarodziejów. Pustkowia, które powstały jako pokłosie tej legendarnej bitwy, stanowią podobno miejsce jego pochówku. I miejsce pielgrzymek jego wyznawców. Powiada się, że z kolei Rhaegos potrafił podróżować w czasie. Położenie jego legowiska, katakumb mających ponad trzy tysiące lat, pozostaje tajemnicą. Artefakty, które przeniósł do naszych czasów z przyszłości czy też, inaczej rzecz ujmując, świata równoległego, miały pomóc jego wyznawcom w uwięzieniu i pokonaniu Omniroka, śmiertelnego wroga Rhaegosa, który był w pełni sił, gdy Rhaegos już umierał. Jednak według starych legend, kultystów Rhaegosa opanowała pycha. Mieli użyć magicznych urządzeń do zapewnienia sobie stanu bliskiego nieśmiertelności i możliwości podróżowania w czasie tak jak to robił niegdyś sam smok. Nie daję wiary tym opowieściom, ale z chęcią poproszę cię o zaznaczenie miejsca spoczynku białego smoka na mojej mapie. Możliwość zbadania tych ruin zaowocowałaby ogromnym postępem dla dalszych obserwacji.

- Zjawy… -Felix powiedział do siebie. - To pasuje do legendy. Możliwe, że spotkałem tych kultystów. W nocy po naszej walce z hobgoblinami odwiedziły nas zjawy. Twierdziły, że nie są duchami, tylko osiągnęły formę bezcielesnej nieśmiertelności. Prosiły nas o pomoc w odzyskaniu jakiegoś artefaktu, ponoć zabranego przez zielonoskórych i zaniesionego do leża Omniroka. Tej samej nocy musieliśmy uciec. Więcej nie mogę powiedzieć, ale pasuje to do przedstawionej legendy.

- A więc to prawda! - Dehm zerwał się z krzesła i zaczął nerwowo chodzić po kuchni. - Legendy nie kłamały. Moja praca nie poszła na marne. Chociaż część wiedzy, którą uratowałem od zapomnienia, może okazać się przydatną - uśmiechnął się zwycięsko. - Co za przewrotność losu, że artefakty, które miały być wykorzystane przeciw Omnirokowi wpadły w jego ręce za sprawą tak bezmyślnego gatunku jak zielonoskórzy. Tylko pytanie, co dalej? Nie potrafię wyobrazić sobie toku myślenia tak starożytnego stworzenia, ale jeśli Omnirok ani zielonoskórzy nie wiedzą, jak używać tych przedmiotów, sytuacja wygląda na patową, dopóki nie pojawi się ktoś z zewnątrz.

- Mogę tylko zapewnić, że nie jest to coś, o czym zamierzam księcia informować. Jeżeli sytuacja naprawdę jest patowa, lepiej ją taką zostawić.

- Mogę się tam wybrać, jeśli pozwolisz. Chyba że uważasz to za zbyt niebezpieczne.

- Odradzałbym szczerze mówiąc. Hobgoblinów jest sporo, koło pięćdziesięciu oraz żyje tam kilka ogrów. By dostać się do miasta trzeba podróżować w okolicy siedziby czarnoksiężnika. Może dałoby radę posłużyć się księciem. Wyprawić się z żołdakami, by wyciąć plemię, nie mówiąc nic o zawartości tuneli. Tunele też są ponoć zamieszkane przez różne bestie.

- Dobrze. Jednak jeśli możesz, zaznacz szczegóły na mojej mapie i spisz proszę notatkę na temat miejsc, które znalazłeś w Steigerwaldzie.

- Nie powinno to stanowić problemu. W końcu po co zdobywać wiedzę jeżeli nikt miałby z niej nie skorzystać?

- Tak… Zmieniając temat, nie wiedziałem o istnieniu żadnego czarnoksiężnika, a przynajmniej czarnoksiężnika, którego straszliwa ambicja pchnęłaby do mobilizowania sił przeciw tutejszej ludności. Bardzo mnie ta sprawa zastanawia. Sądzisz, że to mogą być doppelgangery? Najważniejsze, że ty Magnusie jesteś cały i zdrowy. Choć nadal nie rozumiem, dlaczego zrezygnowałeś z dostatniego życia w Imperium…

- Jest to strasznie irytujące, ale wiem tylko, że była w użyciu magia iluzji. Wiem, że moje zmysły zostały w pewien sposób oszukane, tylko nie wiem jak konkretnie. Tylko jaki może być cel za wprowadzeniem do świata ludzi zwykłych strażników karawany? Kupiec Eugen może być przydatny ale zwykłych ludzi jest tylu, że nie ma po co ryzykować.

- Z drugiej strony, kupiec Eugen to tylko jedna para oczu. Rozumiesz, do czego zmierzam?

- Tylko po co może chcieć nas szpiegować? Nie szuka nas, bo karawana wróciła, zanim my wróciliśmy. Z tego zakładam, że nie wie, a przynajmniej wcześniej wysłane sługi nie wiedzą o nas. Dlatego nie ma się czego obawiać. Czyżby mógł chcieć zaatakować całe księstwo? Miał po swojej stronie, według relacji, koło stu mutantów. Nawet jeżeli podporządkowałby sobie bandę zwierzoludzi, to dalej za mało by próbować najechać całe księstwo. Jochen Leonhardt mówił, że widział jednego z „martwych” w mieście. Prosiłbym, by w ramach możliwości skontaktował się mistrz z nim i pod moją nieobecność miał baczenie czy nieprzyjaciel czegoś nie knuje.

- Zrobię, co w mojej mocy. Chociaż twój przyjaciel powinien na siebie uważać, jeśli zwrócił na siebie uwagę tego doppelgangera, "martwego" czy jak to wynaturzenie nazwiemy...

- Przemawiają przez ciebie oficerskie nawyki, przyjacielu - rudobrody czarodziej uśmiechnął się. - Armia Chaosu byłaby tu problemem drugorzędnym. Najgorszym przeciwnikiem jest wewnętrzny wróg. Jak na ironię losu znamy siedzibę czarnoksiężnika, a nie jesteśmy w stanie nic zrobić…

-Więc musimy walczyć na jego warunkach. Czekać, obserwować, a gdy nadarzy się okazja wykorzystać ją – podsumował von Welf.

- A co do mojego wygnania - Felix ciężko westchnął. - Jak mówiłem, polityka. Nie wiem ile i czy jakiekolwiek wieści z Imperium tu docierają. Nasz umiłowany książę elektor chwalebnie zginął, bezpotomnie. Pojawił się spór o sukcesję. Ojciec jako osoba mocno wpływowa zabiegał, by to jego kandydat zasiadł na tronie. Tak samo mocno zabiegali o to jego wrogowie. Atakując, uderz w najsłabsze ogniwo. My, czarodzieje jesteśmy tym najsłabszym ogniwem, ciągle narażonym na skazę Chaosu. Gdyby syn jednego z najpotężniejszych rodów Imperium okazał się czarnoksiężnikiem, byłby to ogromny cios dla rodu, rzuciłby podejrzenie i zniszczył reputacje. Ja, ja byłem młody i głupszy niż teraz. Skończyłem akademię i nie przejmując się sprawami dalekiego Averlandu poszedłem świętować. Obudziłem się z lufą muszkietu przy głowie na miejscu jakiegoś rytuału, z martwą kobietą obok, pewnie prostytutką. Tylko urodzenie uratowało mnie od tortur. Jeden z moich przyjaciół przyznał się, dowody były, a różne sądy walczył,y by móc się zająć moją sprawą. W końcu nie na co dzień można sądzić syna marszałka Averlandu i jaki to prestiż dla instytucji. Ostatecznie ojciec zorganizował dla mnie ratunek i zrzucił winę na wrogów. Oficjalnie zostałem spalony w czasie samosądu, choć wiem, że część ludzi na pewno w to nie wierzy. Mimo mej niewinności wynik procesu był niepewny, musiałem zniknąć. Dlatego jestem, w najbiedniejszej części starego świata, kto mnie tu będzie szukać?

- Widzę, że przywykłeś do brania się za bary z losem - powiedział, filozoficznie zasępiony. - Wiedz, że masz we mnie przyjaciela i możesz na mnie polegać.

- Nie mogę tylko powiedzieć by z mojego wyboru. Za ofertę pomocy dziękuję i już mi mistrz pomógł nawet bez swojej wiedzy, samym schronieniem i dostępem do biblioteki. - Z zupełnie innych kwestii mam sprawę dotyczącą jednego z moich kompanów. Krasnolud z którym podróżuję zwierzył mi się ze swojej przypadłości. Regeneruje rany w sposób niemalże magiczny, jednak przy tym jego skóra stała się szarawa oraz nie czuje ani zapachu ani smaku. Stało się to po tym, jak wypił „eliksir życia”. Próbowałem znaleźć odpowiedź, czy taki eliksir faktycznie istnieje, czy to szczęśliwy efekt jakiegoś środka powodującego mutację i czy można jakoś cofnąć efekty, ale bezskutecznie. Może mistrz słyszał o podobnym przypadku lub wie o jakimś tropie?

- Krasnolud? Mam nadzieję, że znosi swe desperackie położenie ze stoicyzmem. Jego rasa rzadko wybacza takim jak on. Może mikstura ta zawierała spaczeń? Cofnięcie takiego subtelnego Piętna może być nadzwyczaj trudne albo nawet niemożliwe. Gdyby mutacja brała się z jakiegoś organu, gruczołu, można by próbować go wyciąć, chociaż to też wiązałoby się z dużym ryzykiem dla pacjenta. Nie zaufałbym alchemikowi. Ich dziedzina jest wystarczająco ryzykowna sama w sobie. Chyba pozostaje liczyć na łaskę bogów…

- Chwileczkę - czarodziej przerzucał sterty notatek i opróżniał szuflady w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu. Po chwili podszedł do Feliksa, trzymając w rękach małe zawiniątko.

- Proszę. Przyda ci się w dalszych podróżach - w płótnie zawinięta była nieregularna bryła wielkości pięści, wykonana z matowoszarego, ciężkawego metalu. - Metal z Odłogów często ma właściwości magiczne, choć w większości przypadków objawia się to wysadzeniem w powietrze kuźni pechowego kowala - uśmiechnął się. - Niektóre kawałki są silnie naładowane energią magiczną. Mogą nam służyć jako naczynie zbierające i przechowujące siłę potrzebną do splatania zaklęć - Dehm wręczył przedmiot von Welfowi, po czym wrócił do jedzenia zupy.



9 Jahrdrung 2515 KI, Angestag, wieczór

pałac księcia Wallerfangen, Riesenburg

Dawne Kirchheimbolanden rozciągało się przed Riesenburgiem jak szeroki koc, błyszczący blaskiem jezior i światłem żółtych, szerokich pól. Miniaturowy pałac księcia, tak jak całe miasto, był stary i solidny, z pozoru od trzystu lat nie dotknięty wojnami toczącymi się w dolinie, nad którą wznosił się jak sępie gniazdo na nagim wzgórzu.

Jednak gdyby spojrzeć na Riesenburg jak na swego rodzaju sztuczną piramidę, której mniejsza część wystawała na światło dzienne, a większa była zakopana w górze, siedziba władcy nie była najwyżej położonym punktem w mieście. Była nim stojąca na środku symetrycznego ogrodu Wielka Kuźnia - zabezpieczona śmiertelnymi runicznymi pułapkami hala krasnoludzka skrywająca rzadki artefakt - Kowadło Zagłady, które było nieużywane od dekad, a może i stuleci.

Rezydencja panującego zwieńczona była złotą iglicą. Na samym szczycie wieży znajdował się ogromny zegar o czterech tarczach, zrobiony z brązu, onyksu, złota, srebra i platyny, a kiedy naturalnej wielkości figury nagich dziewcząt dźwigających młoty uderzały w dzwony zegara, głos ten niósł się echem po całym mieście.

Kiedy młoty uderzyły, podążający za strażnikami goście księcia przekroczyli strzeżone przez wartowników wielkie drzwi z brązu, sięgające sześć metrów powyżej głowy Małego Wulfa i zaryglowane ciężkim, złotym skoblem, który wytrzymałby atak słonia.

Masywne ściany z zewnątrz były co prawda szorstkie i nagie, ale wnętrze krasnoludzkiej siedziby zostało urządzone z ponurym przepychem. Po przekroczeniu progu trudno było sobie wyobrazić, że śmiałkowie nadal znajdowali się w marniejącym od krwawych rewolt księstwie. Bohaterowie mogli jedynie patrzeć na to wszystko, co ich otaczało, ponieważ nigdy przedtem nie widzieli tylu rzeczy, a każda z nich przyciągała wzrok i domagała się bliższej uwagi.

Cały kasztel rozbrzmiewał naturalną muzyką górskiego wiatru, niczym gigantyczne organy, których głos niósł się daleko. Starożytne komnaty były duże i urządzone z przepychem. Na ścianach wykładanych boazerią ze słoniowej kości lub arabeskami z litego złota wisiały kosztowne gobeliny, na posadzce leżały grube dywany, a wysoki sufit zdobiły kunsztowne, posrebrzane ornamenty. Pochodnie unosiły się i opadały, a ich blask odbijał się czerwono na polerowanych marmurach i płaskorzeźbach, których krawędzie sprawiały wrażenie zużytych, a inskrypcje – niemal zamazanych, ale twarze wciąż były wyraźne i rozpoznawalne – twarze krasnoludów, nieodgadnione, pełne spokojnego, nieludzkiego piękna.

Książę Günter Zahn zwykle zasiadał na pokrytym gronostajami masywnym tronie ze zdobionymi podłokietnikami i wysokim oparciem, które niegdyś na pewno podtrzymywało złoty baldachim, jednak tego dnia, tak jak inni biesiadujący, zasiadał w wielkim krześle z ciemnego drewna, zdobionym inkrustacjami z brązu.

Günter Zahn… Człowiek, którego najmocniejszą cechę stanowiło całkowite panowanie nad sobą. Jego słowa i czyny zawsze charakteryzował zimny spokój. Siedział prosto niczym włócznia, nieugięty, wyprostowany, jak statua ze stali. Był to mężczyzna o beznamiętnym, nieruchomym obliczu, o orlich rysach i o oczach jak szaruga zimnych mórz.

Co o nim wiedzieli? Tylko tyle, że jego imię stanowiło teraz przekleństwo pośród gór i dolin. Wiele księstw rozpadało się w proch i zostawało zapomnianych, ale nie Wallerfangen. Książę dopadł i zabił Daniela Rappa, tyrana, którym ludzie umęczeni byli już na śmierć. Dzięki zręcznemu spiskowaniu z wpływowymi osobami pozostającymi poza łaską ówczesnego dworu, rządzący wśliznął się na wyżyny swych marzeń - zdobył klejnot, jakim był Riesenburg i jego zapomniane, owiane legendami kopalnie. Powiadano, że był zwykłym bandytą, którego usta w zatrważająco krótkim czasie przyswoiły mowę pełną ogłądy, lecz oczy nadal błyszczały niczym szare stalowe sztylety rzezimieszka.

Jedynie Felix i Morlanal mieli z nim wcześniej bezpośrednią styczność, gdyż uzurpator wiedział, jak deficytowym towarem na pograniczu są uczeni. Dlatego też każdego napotkanego starał się przekonać do swojej osoby, czy to miłym słówkiem, czy patronatem, czy wreszcie szantażem. Nie pytanie, kimże jest i co to za człowiek jako pierwsze pojawiało się w umyśle Zahna, lecz to, czy może go wykorzystać i jak.

Dla imperialnego czarodzieja kontakt z Zahnem był przepustką do zarobku i bezpieczeństwa, możliwością zapoznania się z elitą intelektualną Wallerfangen, jaką stanowiło kilku uczonych, ale także nieprzyjemnymi pytaniami związanymi z nieobecnością Jörga Dehma, którego to zastępował. Felix zdążył wywnioskować, że instrumentalne podejście księcia do uczonych nie było do końca na rękę również elfiemu czarodziejowi, którego obecność tego dnia tylko potwierdzała fakt, że woli wyjechać z Riesenburga i pod pozorem służby dla panującego realizować także własne, mniej lub bardziej naukowe cele.

- Dobrze, że nie ma tu żadnych kobiet - burknął pod nosem korpulentny doradca Isidore Pascal, wyrywając księcia z labiryntów dyplomacji, po których wędrował. Dla sędziwego i mądrego w dyplomacji Bretończyka płeć piękna była tylko utajonym źródłem intryg oraz niebezpieczeństw.

Książę mierzył wzrokiem służących wnoszących parujące pasztety, dzbany grzanego wina, befsztyki z tutejszych bawołów, naczynia pełne suszonych owoców, serów i chleba.

- Witajcie. Jestem Günter Zahn, książę Wallerfangen. Zebrałem was w celu omówienia szczegółów wyprawy, którą zamierzam zorganizować. Feliksie, wspominałeś, że znasz, a nawet podróżowałeś z niektórymi z tutaj zebranych, dzięki czemu zawdzięczamy ich obecność. Czy raczysz ich nam przedstawić? Z tą samą prośbą zwracam się do ciebie, Morlanalu, gdyż byłeś odpowiedzialny za zwerbowanie kilkorga osób.

Po srogiej zimie awanturnicy byli gotowi powitać jakiekolwiek działanie z zagorzałą radością. Niektórzy tęsknili, żeby skoczyć i szczęknąć mieczami; do uciesznej wolności walki. Nie mogli lepiej trafić.

- Wasza miłość - Felix ukłonił się nisko. Nie tak nisko jak zwyczajny człowiek, lecz na miarę swoich możliwości. Poddany przed swoim księciem kłaniał się tak, jakby chciał głowę przełożyć między nogami i w dupę ją sobie wsadzić. On nie potrafił tak zrobić wiedząc, że jego przodkowie nie wybaczyliby mu tego. To wobec nich się tak kłaniano, a nie oni sami.

- To dla nas zaszczyt być waszej miłości gośćmi - kontynuował i zamierzał od razu przejść do konkretów. Jeżeli dobrze rozumiał jakim człowiekiem jest książę Zahn, to dworskość, szacunek i komplement był wskazany, ale bez durnej gadaniny. - Z chęcią przedstawię zebranych.

- Roran syn Utha. Wojownik wytrzymały, silny, zdeterminowany i ekspert w walce toporem. Jeden z niewielu, którzy walczyli z ogrem w zwarciu i żyją, by o tym opowiedzieć. W ostatnim czasie tylko jednego człowieka spotkałem, którego nazwałbym lepszym. Może wasza miłość słyszała o Wolfgangu Eisenhauerze. Ludzie waszej miłości po powrocie z Nonweiler mówili, że sam w zwarciu demona pokonał, czym zyskał sławę lokalnego bohatera. Niestety, z tego, co wiem, postanowił zostać i dbać o południową flankę księstwa. Jeżeli poprosi waszą miłość o wsparcie w tym działaniu, to mówię, że to nie tylko zdolny wojownik, ale także dobry dowódca i wierzę, że z wsparciem waszej miłości zdoła obronić południowy zachód przed tym, co kryje się w lasach.

- Thurin syn Thurina - wskazał kolejnego brodacza. - Kowal, kowal run i osoba wykształcona. Dał się także poznać jako wprawiony wojownik, pokonując w pojedynkę wielkiego jastrzębia z lasu Steigerwald. Choć większą wartość w naszej wyprawie, mam nadzieję, będą miały jego umiejętności rzemieślnicze.

- Wulf - wskazał człowieka, który nie miał wyróżniającego go imienia. - Choć ten człowiek nie może się pochwalić chwałą walki z wielkim przeciwnikiem, to z innego powodu go rekomenduję. Z zawodu mulnik, osoba znająca się na zwierzętach. Niezależnie, gdzie mamy się udać, tabor jest potrzebny nawet tak małej grupie jak nasza. Dlatego zatrudnienie go uważam za wskazane. Im bardziej trudny teren, tym większa jego wartość, bo gdy wozy nie przejadą, transport trzeba na barkach większej ilości zwierząt organizować. Logistyka może okazać się rzeczą kluczową.

- Ostatnią osobą jest nie mogący wyruszyć z nami Jochen Leonhardt. Kupiec, z którym dzieliłem trudy podróży i walki. Choć nie ruszy on z nami, to ufam, że może okazać się nieocenioną pomocą przy planowaniu zakupów zapasów i jeżeli znajdziemy w czasie wyprawy coś możliwego do wykorzystania w handlu, może nam pomóc w znalezieniu odpowiednich kontrahentów.

- Wybrałem te osoby ze względu na to, że je znam i im ufam oraz każdy z zebranych wyróżnia się z masy prostych najemników. Dodatkowo, zależnie od celów naszej wyprawy i chęci waszej miłości do zainwestowania w nią, mam nadzieję nająć nie wyróżniających się niczym ludzi jako wsparcie. Nie śmiałbym zajmować waszej wysokości podrzędnymi osobami, jakich pełno w karczmach księstwa.

- Thubedorf Mordinsson - powiedział tęgi krasnolud, który napierając ciałem na ciężkie drewniane wrota, wkroczył jako jeden z ostatnich do komnaty tronowej Güntera Zahna. W sposobie w jakim się przedstawił, wprawne ucho mogło wychwycić nutkę dumy, która niezmiennie cechuje tę mężną rasę.

- Wojownik z królestwa Karak Izor, do twych usług, panie… - powiedział podchodząc bliżej, choć w przeciwieństwie do obytego w dworskich manierach Felixa, krasnolud nie uraczył księcia ukłonem. Nie był to oczywiście umyślny afront, gdyż w słowach Thubedorfa wyraźnie słyszalny był szacunek z jakim potraktowałby również i swojego władcę, ale w sposobie w jakim mówił dało się wychwycić pewną sztywność - trochę jak skażony rutyną dyplomata, po raz kolejny czytający nudny protokół. Po części dlatego, że awanturnik jak na przedstawiciela swej rasy (i klasy społecznej) przystało, był dość niezdarny w sprawach interpersonalnych - żeby nie powiedzieć; prostacki. Z drugiej strony, widok ongiś krasnoludzkiej warowni w rękach beztroskich ludzi napawał go pewnym niesmakiem. Wcale nie chodziło o nadkruszone zębem czasu posągi dawnych władców tego miejsca, ani o nadmierne przywiązanie do ozdób i ornamentów Güntera Zahna - co zresztą kłóciło się z krasnoludzkim zamiłowaniem do prostoty. Zatroskany losem swej rasy, długobrody wojownik po prostu wiedział, że w przyszłości to samo może czekać Karak Izor, jeśli starszyzna władająca miastem nie zacznie uczyć się na błędach swych przodków.

- Reiner Völk - przedstawił się człek o dwie niemal głowy wyższy od swego przedmówcy. - Wojownik - dodał, zgoła niepotrzebnie, bo kim innym mógłby być, skoro w blachy był odziany. Chyba że rycerzem jakimś, ale na takiego nie wyglądał. Ukłonił się, chociaż nie tak czołobitnie jak pierwszy mówiący. - Chociaż czyny me nie są godne opiewania w balladach - mówił dalej - to znam i trudy podróży, i trudy walki.

- Zaprosiłem mości Reinera jak i krasnoluda Mordinssona do wzmocnienia naszej wyprawy. Jedziemy w nieznane więc przyda się zapewnienie ochrony naszej grupie na odpowiednim poziomie. Panowie, zdają się to gwarantować - podsumował dwóch uczestników wyprawy elf.

- Jestem Thurin, mościpanie. - Thurin zgiął się w wielce nienachalnym ukłonie. - Tak, jak rzekł pan Wulf, jestem rzemieślnikiem, a z konieczności takoż i wojownikiem. Wielce szanowny pan Isidore zna mnie, czas temu pewien rozmówiłem się z nim na temat pewnej sprawy. Otóż, książę, jestem ja, po pierwsze i przede wszystkim, kowalem run. Kowadło Zagłady, artefakt mej rasy, unikalny w swym nielicznym gronie, znajduję się w Riesenburgu, tutaj, w centrum samym ogrodów. Na ową chwilę nie jest nagląca, ani nawet paląca wielce sprawa, lecz, za krztynkę czasu, chciałbym zbadać ochronne runy i spróbować uwolnić Kowadło spode ich jurysdykcji. Oczywiście, za zgodą książęcą, czyli waszą, panie.

Tego dnia Thurin ubrał się w nową, kunsztownie, acz prosto wykonaną łuskową zbroję. Nachodzące na siebie, krągłe łuski były szczelne niby opancerzenie smoczego grzbietu. Pod tym uświadczyć można było elementy kolcze, również z mocnej stali, takie jak naszyjnik i mocną, wyściółkę z garbowanej skóry i pikowanej, czerwonej tkaniny; wszystko to przepasane szerokim pasem, u którego umocowany był zamknięty hełm. Na rękach strój w ryzach utrzymywały wypolerowane karwasze. Thurin wtłoczył się w buty z mocnej skóry, praktyczne i przydatne tak na błotnistych traktach Wallefargen, jak i wśród zabrudzonych uliczkach Dolnego Miasta. Prawdę powiedziawszy, to Thurin spędzał więcej czasu pomiędzy rzemieślnikami w Środkowym Mieście, a okazjonalnie na kamiennych miejskich murach i mocnych, drewnianych hurdycjach. Urzhad nie zaszczycił władyki swą obecnością i pozostał w rękach gwardzistów, którzy to odebrali kompanom broń.

Ach, tak! Thurin kątem oka wypatrzył ich nowych towarzyszy, zastanawiając się, kimże są. Thubedorf patrzał na twardego i zdecydowanego, gnom zaś miłą był odmianą - dla oka przynajmniej - wśród hord tyczkowatych, bezwłosych ludzi, którzy to tak licznie tłoczyli się w dawnym krasnoludzkim mieście. Elf i dwóch ludzi tak pozytywnych uczuć w sercu Thurina nie wywoływali, lecz khazad daleki był od uprzedzeń i pozostawił sobie ocenienie ich na później.

- Volker Heidelberg, do usług – w pomieszczeniu rozbrzmiał tubalny głos, który wydobył się z ust zwalistego mężczyzny. Długie, potargane, brunatne włosy na głowie i brodzie okalały jego twarz. Te wraz z surowymi rysami twarzy oraz mocno zarumienionym i nienaturalnie dużym nosem, nadawały mu niemalże krasnoludzkiego wyrazu. Kiedy jednak niezgrabnie podniósł się z krzesła, wszelkie porównania do ów starożytnej rasy mogły wydać się wręcz niestosowne. Niemalże wszyscy zebrani musieli unieść głowy, by móc w dalszym ciągu spoglądać na jego lico. Mężczyzna mierzył sobie prawie dwa metry wysokości, a oplatająca go ciasno skórzana zbroja, nosząca na sobie liczne ślady brudu i ekskrementów, wyraźnie podkreślała jego niewiarygodnie umięśnione ciało.

- Traper – rzekł zwięźle, biorąc przykład z najemnika. – Ze mną nie zgubicie się w leśnych ostępach i górskich szczytach – dodał po krótkiej chwili, lecz jego głos mimo donośnego, niskiego tonu, brzmiał niepewnie i z dużym zapasem rezerwy. Dobry obserwator mógłby zauważyć, że ciągnące się wzdłuż jego ciała ręce, a zwłaszcza dłonie, drżały delikatnie. Po krótkiej, pełnej niezręczności chwili, kiedy Volker w końcu uświadomił sobie, że nie ma nic więcej do powiedzenia, odchrząknął i opadł ciężko na krzesło. Opuścił głowę na dół, chcąc uniknąć oceniających go w tym momencie spojrzeń pozostałych gości. Wyraz jego twarzy stężał nagle w godnym pożałowania grymasie, kiedy wzrokiem natrafił na stojący przed nim kielich z winem. Od początku przyjęcia traper starał się ignorować, a nawet nie spoglądać w jego stronę, ale teraz mogło wydawać się, że toczy ze sobą zacięty, wewnętrzny bój… Który najwyraźniej przegrał, co można było wywnioskować z rezygnacji jawiącej się na jego twarzy i faktu, że jego wielka ręka chwyciła kielich, który zaraz opróżniony został w kilku haustach niemalże w całości. Kiedy naczynie z powrotem wylądowało na stole, Volker w dalszym ciągu nie podnosił głowy. Dawka słabego alkoholu najwyraźniej nieco poprawiła jego stan, gdyż spięta sylwetka olbrzyma nieco się rozluźniła, a wyraz twarzy nabrał spokoju. Jednak traper wciąż nie chciał widzieć spoglądającego na niego swym beznamiętnym wzrokiem księcia.

Rumpel siedział na swoim miejscu z miną nachmurzoną jak burza gradowa. Ten gnom nie był uosobieniem urody, ba wręcz był brzydki jak siostra samej Śmierci, Zaraza. Oczka małe głęboko osadzone w czaszce, przywodziły na myśl wieprzka. Nos jak kartofel, szczeciniasta broda i powybijane zęby dopełniały wizerunku. Jak ten szkaradny kurdupel zrwrócił uwagę elfa, tego nie wiedzą najwięksi mędrcy, możliwe że był on jedyną istotą w okolicy, która znała się cokolwiek na kartografii. Bo mimo szkardnego wyglądu, przypominającego debila, Rumpel miał bystry umysł i potrafił nieźle kombinować. Teraz na przykład oceniał księcia, chyba zresztą trafnie jako złodzieja, wyzyskiwacza i łotra spod ciemnej gwiazdy, który nachapał się na krzywdzie innych. Gdyby nie to, że okolica dokąd udawał się Rumpel, była zbyt niebezpieczna dla samotnego wędrowca, to w ogóle nie przyjąłby propozycji tego nadętego pseudoksięcia. Osobiście wolał działać sam, bo tylko sobie mógł ufać w stu procentach, a zaufanie w zawodzie poszukiwacza złota było bardzo ważne.

- Sprowadziłem też dodatkowego kartografa, Rumpela Borutovitza. Wygląda nie pozornie jednak ma bystry umysł i wiedzę na odpowiednim poziomie, co osobiście sprawdziłem - to, że Rumpel zna się na wydobyciu kruszców dyskretnie przemilczał. Książę nie musiał wiedzieć za dużo. - Mości Książę, to już chyba wszyscy nie licząc mniej wykwalifikowanych najemników - zakończył etap przedstawiania zgromadzonych. Wszyscy czekali na dalsze słowa księcia.

- Wiecie, gdzie się znajdujemy, prawda? - zaczął książę, samemu sięgając po dzban i napełniając puchar. Wiele lat musiało przejść po nieboskłonie, odkąd wymachiwał mieczem, jednak władcy daleko było do bezużytecznego, starego rozpustnika, nie nadającego się do niczego poza żłopaniem wina i obcałowywaniem dziewek. - Nie chodzi mi o tą siedzibę, Riesenburg, czy nawet mój kraj. Jesteśmy w Księstwach Granicznych - oczy rozbłysły przenikliwym, zimnym migotaniem. - Każdy z tych głupców o miękkich podbrzuszach, czy to imperialny elektor czy bretoński książę, powiedziałby, że ten ponury kraj nie jest warty ich teorii o ekspansji terytorialnej. Teorii, bo wojska już dawno nie mają, tylko bandy przeklętych idiotów, jedna za drugą - roześmiał się nieprzyjemnie drwiąco. - Północ nie interesuje się pograniczem, ponieważ podobno nie ma tu niczego poza pustkowiami i zielonoskórymi. A znacie te przysłowie: "I tam, gdzie nie ma nic do wygrania, wojny szybko ustają?" A jak dzisiaj wyglądają Księstwa Graniczne? To ciągła wojna! - uderzył pięścią w stół jakby bił w bęben na wojnę. - A dlatego, że tutaj każdy może stać się kimś. Wiem to, bo sam byłem taki jak wy. Jednak sukces można osiągnąć tylko w jeden sposób: stawiając na szalę swoje życie i zdrowe zmysły. Jeśli jesteście na to gotowi, możemy rozmawiać. Jeśli nie, to mam nadzieję, że chociaż kolacja będzie smaczna.

- W moich rodzinnych stronach mówiono, że urodziłem się z toporem w rękach. - rzekł Thurin. - Powiadali też, że będąc jeszcze w kołysce schwyciłem demona skradającego się do mej matki i skręciłem mu kark miękkimi, różowymi jeszcze łapkami. Moja matka zmarła, wydając mnie na świat, a to bujdy, wytworzone w umysłach podpitych powroźników, ale wiem, jak zadbać o siebie, towarzyszy i interesy osób, wobec których jestem lojalny. Jestem wygnańcem, tak jak wielu ludzi na Pograniczu. I dlatego nie zawiodę. Nikogo.

Krasnolud skłonił przed księciem wysokie, pobrużdżone czoło i pozwolił by opadły na nie kosmyki włosów mocnych i grubych jak sierść żubra.

- W zamian za me wysiłki chciał będę - krasnolud kontynuował. - tego, na co liczyć może każdy, kto uczciwie wykonuje swe zadania, wolnym jest człekiem i dochowuje lojalności. Chciał będę należnego szacunku, pieniężnego wynagrodzenia i dachu nad głową. Potrafię o siebie zadbać, jeśli iść ma o to.

- Moi towarzysze przedstawili się. - Thurin zlustrował salę uważnym spojrzeniem granitowoszarych oczu. - I ja to uczyniłem. Myślę, że w interesie ich, a także i moim oraz twoim, panie, będzie dowiedzieć się, jakie zadanie nam przydzielisz i czego konkretnie od nas oczekiwał będziesz… oraz co dostaniemy w zamian za czyny zgodne z twymi rozkazami.

- Do rzeczy! - burknął zaniecierpliwony krasnolud, krzyżując swe masywne ramiona na piersi. W przeciwieństwie do swego przedmówcy nie miał zamiaru gościć tu dłużej niż było to potrzebne, lecz obietnica dworskiej kolacji była nader kusząca i niezależnie od swej decyzji, Thubedorf miał zamiar skorzystać z zaproszenia i dobrze się najeść.

- Thurin mądrze gada. Jeśli mamy komuś rozwalić łeb, to ino wskaż cel i płać szczodrze swym złotem, a problem ów przestanie istnieć - krasnolud wykrzywił mordę w rozbrajającym uśmiechu, tym samym ukazując liczne braki w uzębieniu. Po niewątpliwie odważnych i mało wyszukanych słowach awanturnika, w sali zapadła dość niewygodna cisza. Spostrzegłszy chłodne oblicza swych towarzyszy, Thubedorf podrapał się po łysiejącej głowie, po czym sprostował odrobinę mniej wyzywającym tonem - No po to żeś sprowadził tu nas, najmitów, czyż nie? Dla bitki, panien i stosów złota…?

- Zadań mam więcej niż doświadczonych ludzi gotowych się ich podjąć - książę zmarszczył brwi. - Z uwagi na specyfikę pracy, którą wam za chwilę przedstawię, chciałbym najpierw potwierdzić zasłyszane pogłoski. Podobno niektórzy z was, w tym znany mi Felix, spędzili tygodnie w dziczy, w pradawnej puszczy zwanej przez miejscowych Steigerwaldem. Czy to prawda? Jeśli tak, chciałbym usłyszeć więcej.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 03-06-2015 o 08:18.
Clutterbane jest offline  
Stary 10-05-2015, 19:11   #2
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
Ciche westchnienie ulgi, praktycznie całkiem zagłuszone przez gadaninę zebranych, wydobyło się z ust Volkera. Widocznie ucieszył go fakt, że nikt nie rzucił jakiegoś wzgardliwego komentarza pod jego adresem, ani nie chciał go o nic więcej wypytywać. Nabierając nieco pewności podniósł głowę i zaczął niezbyt nachalnie przyglądać się zebranym. Najwyraźniej traper był jedynym, który nie zna nikogo w tym pomieszczeniu. Jego brat, który chwilę wcześniej uniżenie krzątał się wokół księcia z tacami żarła, musiał niestety wyjść, pozbawiając Volkera jedynego wsparcia. Przed wyjściem mógł jeszcze dostrzec znaczące spojrzenie Georga, skierowane w stronę kielicha znajdującego się przed nim. „Gdyby to od niego zależało, ten kielich w ogóle by się tu nie znalazł” – pomyślał ze znużeniem.

Na ostatnią wypowiedź księcia, traper zdumiony spojrzał na uczonego. Nazwa Steigerwald była znana w nawet najbardziej odludnej wiosce na pograniczu. „Skoro oni potrafili przetrwać tygodnie w tak mitycznym, pełnym niebezpieczeństw miejscu, to czy będę im w ogóle potrzebny?”. Na tą myśl, traper ponownie uniósł kielich do ust. Zmarszczył brwi, kiedy zorientował się, że naczynie było puste. „Który to już kielich? Trzeci, czwarty?” – zastanawiał się. „Ach, nieważne… jeden więcej nie zaszkodzi”.

“Nieźle się obłowił na tej wojnie, księciuno chędożony” - mówił do siebie i to w myślach Rumpel - “ I jeszcze te durne krasnoludy. Dać im topory do rąk, pokazać kogo sklepać i z uśmiechem na ustach pobiegną w paszczę śmierci. Kierwa co za towarzystwo, ale może to i dobrze. Narwańce pójdą się napierdzielać, a mądry gnom spije całą śmietankę. ”

Wulf siedział cicho, ale pilnie uszu nadstawiał. Zima w mieście wiele go nauczyła o ludziach, zmieniła jego sposób pojmowania świata. Do tej pory znał głównie szlaki i rustykalne okolice. Tam wiadomo było, czego się spodziewać. W mieście, w gąszczu różnorakich interesów, baczyć trzeba było, by głowy nie stracić. Ciągła wojna…

- Prawda to wasza miłość - potwierdził Felix, nalewając sobie wina, póki jeszcze jest. - Ja i panowie Jochen, Thurin i Roran z obecnych. Jeszcze pan Wolfgang był z nami w tym lesie. Z góry powiem, że część opowieści może wydawać się mało wiarygodna, ale jest prawdziwa. Właściwie to każdy z nas mógłby opowiedzieć trochę inną historię.

- Choć początek był taki sam. Podróżowaliśmy z karawaną niewolników pierwotnie do Riesienburga. Wtedy kupiec zarządzający karawaną dowiedział się o rewolucji w twierdzy i brakiem popytu na niewolników. Z tego powodu postanowił udać się dalej na wschód przez puszczę do małych księstw Gorączki Złota. W tej puszczy dwa czy trzy dni - pytająco spojrzał na kompanów - po wejściu do niej skończyło się nasze szczęście, a i historię się różnią.

- Dość nagle pojawiła się gęsta mgła, moje zwierzątko, tresowana małpka, spłoszyła się i uciekła. Udałem się na poszukiwanie i zgubiłem na pewien czas drogę w gęstej mgle. Bogom za to dziękuję, bo może bym nie żył. Karawana została napadnięta i wyrżnięta. Widziałem tylko zmasakrowane ciała ludzi z karawany i żadnego z napastników. Nie wiem, jak przebiegał atak. Może ktoś z pozostałych go widział. Z tego co mi powiedziano, byli to mutanci dowodzeni przez czarnoksiężnika.

- Samemu w lesie postanowiłem poszukać, czy ktoś przeżył i błąkałem się po okolicy, aż wędrowny arabski kupiec wskazał mi, gdzie są pozostali ocalali - wskazał na siedzących przy stole. - Obozowali w ruinach pradawnego miasta. Tam też grupa w składzie Rorana, Jochena i martwych już Ivana i Mathiasa uratowała przywódczynię lokalnego plemienia elfów z rąk ogrów. Uważając, że miejscowi mogą być cennym sojusznikiem, zgodziliśmy się jej pomóc odbić pobratymców z rąk hobgoblinów. Następnego dnia zabiliśmy w dwóch potyczkach dwadzieścia kilka stworów. Z przesłuchania jeńca wynikało, że zostało ich około pięćdziesięciu, a ich wódz ponoć zbiera armię, by podbić księstwa. Mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że nasza skromna grupa rozważała następnego dnia skryty atak na jego siedzibę w zrujnowanym klasztorze. Tutaj zaczynają się dziać rzeczy dziwne, w które bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył.

- Nocą ukazały nam się duchy ludzi podających się za dawnych mieszkańców miasta. Duchy ostrzegły nas przed dwoma zagrożeniami. Hobgobliny znalazły naszą kryjówkę. Na naszych warunkach mogliśmy jeszcze wygrać, a na ich nie. Co więcej, czarnoksiężnik Chaosu wyprawił się ze swojej siedziby by nas dopaść. Rozwiązanie było jedno: uciekać. Mieliśmy podstawy podejrzewać, że czarnoksiężnik chciał dopaść chłopca, którego znaleźliśmy wcześniej, dlatego postanowiliśmy się rozdzielić. Ja z chłopcem, Jochenem i elfickim przewodnikiem mieliśmy ruszyć konno, pozostali ludzie pieszo, a krasnoludy osobno, bo choć wolniejsze, to wytrzymalsze i bez odpoczynku w podobnym czasie pokonają ten sam dystans co ludzie.

- Pierwszym dziwem, który się napotkaliśmy, były upiory, co kazały nam odejść z ich ziemi. Nie wiem, dlaczego to była ich ziemia, ale rozsądnym było nie badać tego. Potem droga wiodła nas przez bagna, gdzie widzieliśmy, jak nieumarli ucztują na ciele giganta. Ponieważ nie ma z nami nikogo z drugiej grupy to oni na tych bagnach starli się z umarłymi, a wcześniej napotkali wielki posąg, co leczył rannych i zadawał te same rany zdrowym. Jeszcze w okolicy bagien stoi zapomniany i działający portal nie wiadomo dokąd prowadzący. Portale mogą prowadzić wszędzie, a najpewniejszy sposób by się przekonać gdzie, to do niego wejść, choć nie ma pewności, czy po drugiej stronie jest portal powrotny lub czy nawet prowadzi w bezpieczne miejsce. Też nie wiadomo, jak na portal wpłynął upływ czasu, dlatego mimo że pamiętam jego lokalizację, to nie miałbym szaleńczej odwagi, by do niego wejść.

- Po tej nocy wyjechaliśmy z lasu i zaczekaliśmy, aż reszta nas dogoni. Na otwartym terenie nie baliśmy się pościgu. Następnym naszym przystankiem było Nonnweiler, gdzie pomogliśmy organizować obronę w obliczu bandy zwierzoludzi, a zimowaliśmy już tutaj, w Riesenburgu.

Kończąc opowieść Felix napił się, by ukoić lekko wyschłe od mówienia gardło.

- Czy jesteście pewni, co było jawą, a co snem? - wtrącił z przekąsem Isidore, lecz zanim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć, książę z zasępionym czołem uniósł dłoń i powiedział:

- Bylibyście w stanie wrócić tam i odnaleźć miejsca, o których wspomniał w swej relacji Felix?

- Ruiny miasta z pewnością - potwierdził swoje słowa Felix. - Resztę miejsc... Z dokładnością do jakichś dwóch mil. Pytanie tylko, po co? Łupów w mieście nie ma, sprawdziliśmy. Portal był na terenie podmokłym, więc do zimy lepiej go unikać. Miejscowi mówią o zarazie roznoszonej przez owady. Dość w okolicy widziałem, by wierzyć takim plotkom. Wyciąć hobgobliny czy szukać czarnoksiężnika? To zależy, ilu zbrojnych może książę z nami wysłać. Odwaga i pewność siebie to zaleta tak długo, jak się nie wybierze na misję samobójczą.

- Więcej by powiedzieć - wtrącił swoje trzy miedziaki Thurin. - nierozsądnym jest nieostrożne rozprawianie się plugawym Chaosem. To, o czym opowiedział pan Welf jest prawdą samą, a ostrzeżenia jego są podyktowane naszymi doświadczeniami z tego przeklętego przez bogów i ludzi lasu. Jeśli wasza miłość chce wkroczyć tam z ludźmi i osadnikami, żołnierzami i parobkami, to zalecam dalekoidącą ostrożność. Jeśli zaś chce wysłać tam nas… nikt nie nada się lepiej. Co wpłynie na naszą cenę. Jednak nawet rzucająca złote na słońcu refleksy moneta, grosz godziwy, nic nie ukoi nieprzyjemnych uczuć, jakie wynosi każdy, kto podróżuje przez tę puszczę. Pochowaliśmy tam niejednego towarzysza. - zakończył krasnolud. Naciągnął nieco prawdę. Hakri i Moritz utracili życie już na jakiś czas po opuszczeniu lasu, ale nie było to jeszcze Wallefargen… a Thurin nie miał chęci ni zapału wracać do Lasu Sztygarów.

- Ruiny miasta... - osobliwe myśli księcia rozbrzmiały szeptem w rozległych, przyćmionych głębiach jego umysłu jak ciemne nietoperze latające po wielkiej jaskini. Zahn przesunął językiem po dolnej wardze, jakby decydując się, czy wygłosić swą mowę, czy nie. - Czas kroczy naprzód - powiedział spokojnie. - Koło się obraca, a narody powstają i upadają. Świat się zmienia, a czasy powracają do dziczy, by wznosić się znów przez długie epoki...

- Do rzeczy - władca zmarszczył brew. - Jesteście doświadczonymi mężami. Takich właśnie potrzebuję. Potrzebuję do jednego z dwóch zadań. Na temat wyprawy mogliście już zasłyszeć kilka informacji. Wallerfangen zawdzięcza swój sukces izolacji. Otaczają nas zewsząd pradawne puszcze, trzęsawiska połyskujące po sam horyzont i górskie szczyty. Wiele razy próbowano osiedlić się na tych obszarach, lecz nigdy z większym powodzeniem. Mogę przypuszczać, że jest to największy obszar nie pozostający pod kontrolą żadnego władcy. Chciałbym dać moim ludziom miejsce, w którym kwitnęłyby nowe osady, nowe miasta, wreszcie nowe księstwa. Jednak żeby zrealizować mój plan, potrzebuję ludzi, którzy przemierzą tereny, które byłyby nie do przejścia dla armii. Którzy będą wiedzieć, kiedy posłużyć się mieczem, kiedy intrygą, a kiedy moim autorytetem. Kierunek eksploracji pozostaje do ustalenia, choć nie ukrywam, że najchętniej wysłałbym was na północny wschód, żebyście wpierw zaprowadzili porządek we wioskach bagienników, którzy nie respektują naszych praw i wspierają bandytów grabiących moje osady.

- Jeśli jednak chcielibyście pozostać w Riesenburgu i przydać się do czegoś na miejscu, pozostaje nierozwiązana przez założycieli tego miasta kwestia kopalni. Widzieliście bogactwa mojego pałacu. Wszystkie pochodzą właśnie z tej jednej żyły, która została zamknięta i porzucona przez krasnoludy z niewyjaśnionego nigdy powodu.

- Krasnoludy to mądry i prastary lud, jeśli zamkneli jakąś żyłę musieli mieć ku temu słuszny powód. Stąd moja osoba mości książe pisze się na eksplorację nowych terenów - powiedział elf, któremu łażenie po kopalni, zapewne będącej śmiertelną pułapką, zwyczajnie się nie uśmiechało. - Chciałbym poznać warunki tego właśnie zadania. Ilu ludzi możemy sobie dobrać i jakie warunki obowiązują tu zebranych? Zapotrzebowanie w ekwipunek wozy i zapasy możemy złożyć wedle potrzeb? Na ile możemy mówić w twoim imieniu książe? Mam na myśli choćby przyłączanie wsi do księstwa. Wysokość podatków, cła, mamy jakąś dodatkową marchewkę?

- Cła! - parsknął z niedowierzaniem Isidore. - Drogi Morlanalu, niepisaną zasadą pogranicza jest nieograniczona swoboda poruszania się. Mógłbyś z towarem przebyć drogę od Czarnej Zatoki po Złe Ziemie i podejrzewam, że nie napotkałbyś ani jednej rogatki, ani jednej śluzy wodnej. To wbrew naturze mieszkańców dolin. A podatek powinien być w okolicach jednej czwartej wartości ziemi.

- Otrzymacie glejt, który będzie poświadczać, że nie jesteście bandą rozbójników, tylko wysłaną przeze mnie ekspedycją - oświadczył książę. - Wiele osób pomyśli dwa razy, zanim podniesie na was rękę. Choć z drugiej strony znajdzie się też wielu takich, którzy na dźwięk mojego imienia sięgną po broń. Musicie być i lwami i lisami jednocześnie.

- O zaopatrzenie wyprawy nie musicie się teraz martwić. Szczegóły omówicie z naszymi kwatermistrzami - oznajmił Bretończyk.

- Podejrzewam, że przebranie kupców czy pielgrzymów pozwoliłoby wam dotrzeć w miejsca, w których lśniąca zbroja i ostrze wzbudziłyby podejrzliwości - powiedział po chwili książę. - Z pewnością wasz spryt będzie poddawany nieustannym próbom.

- Prawdę powiedziawszy - odrzekł Thurin. - to na pielgrzymów nie wyglądamy raczej, albowiem zbyt różnorodni jesteśmy, jeśli idzie o rasy. Za kupców jednak podać się możemy, za kupca, jego doradców, karawany strażników… z tym, jak myślę miejąc na uwadze naszą przeszłość, problemów nie winniśmy mieć nijakich. Myślę, że moi kompani, starzy i nowi, zgodzą się ze mną w tej kwestii. Dobrze prawię, panowie?

- Słuszność przyznaję w tej sprawie - rzekł Morlanal.

- Lub za ściganych przez Wallerfangen uciekinierów, jeśli zamierzacie wybrać się zgodnie z moim życzeniem na północny wschód. Jeśli wszystko poszłoby po naszej myśli, bylibyście w stanie wtopić się między bagienników i bandytów, poznać ich kryjówki i zamiary, a przede wszystkim, czy organizują się w większą grupę. Chodzą słuchy o niejakim Lordzie Rogaczu, który miałby być królem tutejszych łotrów i rzezimieszków. Jednak nawet nie wiemy, czy rzeczywiście istnieje, czy jest tylko symbolem niezależności dla tych z bagien. Moglibyśmy potraktować to zadanie jako próbę przed dalszymi wyprawami - - powiedział wyzywająco książę, jakby chciał zachęcić do podjęcia rękawicy.

- Zgadzam się ja na taką propozycję. - rzekł spokojnie runiarz. - Ale decyzja i w tej kwestii należy do ogółu, a więc kompanów moich. Towarzysze drodzy, co wy powiecie na takie zadanie?

Felix kiwając głową bezgłośnie zgodził na to zadanie.

- Czy dla tego lorda Rogacza jest możliwa łaska, jeżeli on i jego ludzie przysięgną księciu wierność? Czy plotki mówią na jego temat jakieś konkretne informacje? Ilu ma ludzi, czy zabija swoje ofiary czy tylko pozbawia majątku?

- Wolałbym, żebyście wpierw rozbili bandytów. Bagiennicy bez swych romantycznych rozbójników będą skomleć o litość, a wtedy wynegocjujecie z nimi warunki dołączenia do Wallerfangen - zaczął książę. - Samych banitów na pewno jest trzydziestu albo i więcej, ale bezpośrednia walka nie jest rozwiązaniem. Powiada się, że mają po swojej stronie czarodzieja renegata, a także byłego aptekarza z Riesenburga i... Hobgoblina. Isidore, przynieś proszę kopię listu gończego.
Na wieść o żyle złota w oczach Rumpla zabłysły ogniki.

- Ja bym tam był za ruszeniem do kopalni - powiedział głośno gnom - Cóż z tego że porzucona, krasnoludy nie raz tak robiły, gdy zielonoskórzy siedzieli im na karku i ważniejsza była obrona twierdz niż sztolni, co nie? - Rumpel spojrzał na khazadów szukając potwierdzenia swych słów - A za to złoto panie, to bagiennicy sami będą prosić byś wziął ich pod swe skrzydła.
Isidore przesunął jeden z parujących półmisków i położył na środku stołu kopię listu gończego.

POSZUKIWANI ŻYWI LUB MARTWI

za kradzieże, rozbójnictwo, napady, porwania, gwałty i morderstwa

Lord Rogacz 100 złotych koron

oraz jego banda:

Gebhardt Baust 75 złotych koron

czarodziej Wolmar zwany Okrutnym 50 złotych koron

Adhelm zwany Tchórzliwym 40 złotych koron

Hugo zwany Siepaczem 30 złotych koron

Theobald zwany Nożownikiem 30 złotych koron

Friedhelm zwany Rozpruwaczem 30 złotych koron

hobgoblin Jaxemeka zwany Dusicielem 30 złotych koron

Anja zwana Panterą 20 złotych koron

Stefanie zwana Córeńką 20 złotych koron

aptekarz Alfons Emmelmann zwany Trucicielem 20 złotych koron

5 złotych koron za głowę każdego innego bandyty

dwa razy tyle zostanie wypłacone za pojmanie żywcem

10 złotych koron za odnalezienie i uwolnienie każdej pojmanej przez bandytów osoby


- Nic konkretnego - von Welf zlustrował spojrzeniem list. Odchrząknął i zaczął czytać na głos.

- Jeżeli mamy ich złapać lub zabić, możliwe że będziemy musieli do nich dołączyć. Przydałby się nam glejt zwalniający nas od odpowiedzialności za to, co zrobimy w ich szeregach. List zostawilibyśmy u urzędnika księcia Adhelma Homanna, a kolejne egzemplarze na wypadek zaginięcia pierwszego mógłby zostać u pana Jochena i w książęcej kancelarii. O ile my tutaj zebrani wiemy o tym, że pracujemy dla księcia, to nie wszyscy urzędnicy księstwa o tym wiedzą, co więcej nie powinni – dodał Felix.

- Zadbam o to Herr Felixie - odpowiedział Isidore Pascal.

- Panie Volker - Felix zwrócił się do pijaka - może zna się pan na tamtych bagnach?

Roran stawił się na spotkanie z księciem odziany w nowo zakupioną zbroję i hełm. Spojrzał na nią okiem wojownika, który niejedno przeżył i wiedział że był to dobry zakup. Sterczenie na miejskich murach długimi zimowymi wieczorami jednak się opłaciło.

Syn Utha od tygodni wypatrywał końca zimy i spotkania z księciem które miało zapoczątkować nową podróz. Nie był przyzwyczajony do takich postojów w awanturniczym życiu. Górskiemu Strażnikowi pora dnia i roku nie robiła żadnej róznicy. Musiał być gotów do działania, czy to dzień, czy noc, czy lato, czy zima. Gdy przez zimę ostał się w tym mieście, wróciły wspomnienia i wielka chęć nie tyle do powrotu na szlak, co do Górskiej Straży i do starych zwyczajów. Niestety przez swój kolor skóry nie był tam mile widziany. Wiedział o tym i przeklinał dzień w którym wypił ”miksturę życia”. Co prawda uratowała mu życie i pozwoliła pomścić towarzyszy broni, ale chyba nigdy nie zazna spokoju, nim nie wróci w rejony, które nazywał domem. Jedyne, co go oddalało od tej myśli i pozwalało zapomnieć to dalsze wyprawy i przygody. Właśnie miał nadzieję na jedną z nich. Zew niebezpieczeństwa wzywał go jak nigdy przedtem. Miał serdecznie dość tego miasta, mimo że nic złego mu nie uczyniło.

Nie miał zamiaru się z tym ujawniać, więc siedział cicho przez całą rozmowę z księciem, kiwając głową, gdy padało jego imię i potwierdzając wersję Felixa. Poza tym nie wiedział, jak się zachować w obecności kogoś, kto mógł wysłać na skazanie, więc tym bardziej wolał się nie odzywać.

Myślami nie raz, nie dwa wracał do ponurego lasu, w którym stracili trzech towarzyszy, a on życiowego przyjaciela. Wyprawa była pechowa - z całej dziesiątki wrócili tylko w czterech. Myśli te prześladowały go przez całą zimę - dlatego chciał jak najszybciej uciec z tego miasta. Ruszyć na szlak.

Gdy usłyszał o kopalni oczy mu się zaświeciły i był gotów rzucić wszystko i wrócić do starej roboty. Niestety nie widział zainteresowania u nowych jak i starych towarzyszy. Mimo to zamierzał się wypowiedzieć w tej sprawie:

- Ja bym to ruszył do kopalni. Pewniej tam złoto znajdziemy niż gdzieś tułając się po świecie – zagadnął, starając się uderzyć w chciwość najemników i w ten sposób może jakoś ich przekonać.

- Ale i w świat też z wami pójdę. Już mam dośc tego miasta, ruszyłbym się stąd. Na smoka też mogę iść – zaśmiał się na koniec.

Roran póki co nie oceniał nowych sprzymierzeńców, dając każdemu szansę wykazania się w walce i użyteczności dla drużyny.

Piękne słowa, wyszukane potrawy, wygodne krzesła… Wulf siedział i słuchał, i czuł się jak w klatce. Śniegi topniały, szlak wzywał, Czuł to od dzieciństwa, każdego roku. Byłoby strasznie, gdyby kiedyś nie mógł na niego wyruszyć.

Rozmowa nabierała tempa wraz z ilością wina spożytego przez Volkera. Pełniusieńki jeszcze kilka minut temu dzban stracił już przynajmniej dwie trzecie swojej zawartości, a nie wydawało się, by traper zamierzał przerwać jego opróżnianie. Z każdym kolejnym kielichem i coraz to przyjemniejszym ciepłem ogarniającym jego ciało, Volker widocznie zaczął się rozluźniać i nabierać pewności. Już tak bardzo nie obawiał się księcia, ale wciąż wolał nie kierować spojrzenia w jego stronę.

Kiedy Bretończyk przyniósł list gończy, który został następnie przeczytany przez uczonego, Volker zamarł z wyrazem niewyobrażalnego zdziwienia na twarzy i kielichem wypełnionym szkarłatnym płynem w ręku. Z jego lekko rozwartych ust zaczął wydobywać się już odór alkoholu, połączonego z innym, niezidentyfikowanym aromatem, który z pewnością zdążył zaatakować siedzącego tuż obok gnoma.
„Niemożliwe…” – jedno słowo zadudniło w głowie trapera. Nie był do końca pewien, czy na pewno usłyszał z ust maga znajome imię, czy to tylko jego podsycona alkoholem wyobraźnia mu je podsunęła. W każdym bądź razie wolał się teraz tego nie dopytywać, nie chcąc demaskować znajomej mu osoby. Co zapewne dosyć słabo mu wyszło, biorąc pod uwagę fakt, że już od kilkudziesięciu sekund wpatruje się ze zdumieniem w leżący na stole list, a w dodatku nie odpowiedział jeszcze na pytanie maga. Świadom, że zapewne wszyscy zebraniu już zwrócili na to uwagę (a zwłaszcza poddany atakom prawie że trującego oparu z jego ust gnom), Volker wlał w siebie resztę zawartości kielicha. Trwało to kolejną chwilę ze względu na to, że kielich był prawie pełen. Kiedy zaś skończył, dynamicznie, z głuchym trzaskiem odłożył puste naczynie na stół. Odchrząknął.

- Pardon – powiedział, przytaczając tym samym dziwne słowo, które kilka tygodni temu przypadkiem zasłyszał od jakiegoś napotkanego w karczmie jegomościa z krzaczastym wąsem, któremu to nie podobały się głośnie wywody i narzekania trapera kierowane w stronę karczmarza. Dżentelmen (bo tak określił go wtedy podchmielony traper) okazał się niezwykle uprzejmy, co zaskoczyło przywykłego do nieokrzesanego i zwykłego uciszać go za pomocą pięści towarzystwa, będącego nieodzownym elementem tego typu spelun. Jegomość upomniał go wypowiadając się w dosyć zawiły sposób, co zwróciło uwagę Volkera do tego stopnia, że nawet zapomniał mu dać w ryj, mówiąc przy tym, by pilnował własnego nosa. Był wtedy pijany do tego stopnia, że całą resztę wieczora (który nieubłagalnie zbliżał się do końca, wraz z kolejną porcją mocnego piwa) dokładnie analizował sens wypowiedzi jegomościa. Następnego ranka nie wiele z tego pamiętał, jednak z jakiegoś niewiadomego powodu słowo „pardon” zostało w jego głowie i choć nie wiedział, co tak naprawdę znaczy, to skojarzył je z jakąś formą grzeczności i uprzejmości, którą teraz mógł zabłysnąć.

- Tak się składa… – kontynuował, zwracając się do uczonego z lekką niezrozumiałą (nawet mu) nutą irytacji i wyższości, co zapewne miało jakiś związek z tymi kilkoma kielichami wina, które wlewał w siebie przez większość trwania uczty – …że pochodzę z tamtych regionów i wiem co nieco. Bez łódek ciężko tamtędy podróżować. Da się oczywiście, ale trzeba się będzie nieco ubrudzić. Sam nigdy nie zapuszczałem się na tyle daleko, by dotrzeć na drugi koniec bagien, ale z pewnością mogę powiedzieć, że są rozległe. Najlepiej jakbyśmy w pierwszej kolejności udali się do Herr Homanna – prowadzi tam nawet wcale nie tak bardzo uciążliwy szlak. Im dalej, tym coraz trudniej… - Na chwilę umilkł, by mógł sobie spokojnie nalać wina do kielicha. – Kolejnym zagrożeniem, po bandytach i nietolerancyjnych osadnikach, jest zwierzyna – motyle-padlinożercy, które czasem robią się agresywne, pijawki, które potrafią bez ostrzeżenia spaść na nieświadomego podróżnika, albo pszczele pająki. Kiedyś… – przerwał, jakby nagle obezwładnił go kolejny przypływ emocji. Sposępniał i wziął łyk wina. - … żyła tam bestia. Potworna, olbrzymia przypominająca skrzydlatą jaszczurkę z kurzymi odnóżami bestia, która swym wzrokiem potrafiła zamienić w kamień. Ale już jej nie ma… - powiedział bez przekonania, po czym od razu zmienił temat. – Podobno gdzieś tam grasują duchy orków, z jakiegoś dawno temu wybitego plemienia. Tak przynajmniej powiadają miejscowi w podeszłym wieku. Pamiętam jeszcze, że kiedy byłem mały, to do wioski przyjechała grupa podróżnych, z łopatami, kilofami i innymi tego typu sprzętami. Mówili, że ponoć gdzieś tam jest prawdziwa żyła złota! Oczywiście, łajzy nie miały zamiaru dzielić się z nami jej położeniem. Nawet nie powiedzieli, czy to w istocie jest na tym bagnie, czy gdzieś na ziemiach za nim. Nigdy więcej nas nie odwiedzili, nie dziwię się w sumie, tak więc nie wiem, czy coś tam znaleźli, czy się po drodze potopili…

- Jeżeli więc postanowimy się tam udać, to musicie się przygotować na żmudną, pełną błota, zarośli i wody podróż – podsumował, biorąc kolejny, znaczny łyk wina.

Kaprawe oczka Rumpla zabłysły dzisiaj drugi raz. Gorączka złota powoli ogarniała jego małe ciało. Z trudem powstrzymywał drżenie rąk, gdy pomyślał o tym, że tam na tym bagnie jest złoto. Oczywiście znalezienie tego miejsca i wydobycie kruszcu nastręczało wiele trudności, ale była jedna zaleta, nie było na bagnach nadzorców, urzędników, podatków i chędożonej władzy księcia. Być może banda złoczyńców zdawała sobie z tego sprawę i walczyła jedynie o utrzymanie niezależności. Z drugiej strony co mogło być wartościowego na tym bagnie, że książę chciał zająć ten teren? Dla Rumpla odpowiedź była jedna: złoto.

- Miejscowy człowiek, doskonale - oznajmił zebranym Felix. - Więc panie Volker, zna pan kogoś z listy albo ich krewnych? W której wiosce mogą się zaopatrywać? Jest przeciwko nam minimum jedenastu zbrojnych. Przynajmniej tylu jest na tyle znanych, by nadać im imiona. Jak z listu rozumiem mają też jeńców. Całkiem niemała grupa, która musi jeść, mieć schronienie w sąsiedztwie szlaków komunikacyjnych. Ktoś z miejscowych musi mieć z nimi powiązania. Pan jest „jednym z nich”. Nie powinien pan mieć problemów ze zdobyciem informacji - przerwał, mając nadzieję na potwierdzenie. - Nie jedziemy tam walczyć, tylko pokonać wroga i „ustanowić porządek”. Wystarczy przekonać do nas ludzi i zarazem odciąć Rogacza od wsparcia miejscowych. Byłbym rad, gdyby pan Volker spróbowałby przekazać nam, co mogłoby przekonać jego krajan do sprzymierzenia się z nami. - Łowczego było trzeba wykorzystać jak najbardziej się dało nim padnie z pijaństwa.

- No i równie ważne, jak duża jest ta łódka? Czy da się przez te bagna przejechać konno? Powiem absolutnie szczerze, nie lubię wody w butach. Zimno, nieprzyjemnie a i buty się niszczą – zakończył swą wypowiedź Felix.

- Nie żebym się znał - Thurin otarł wąsy z wina. - bo się nie znam. I nie żebym pytany był, bo mnie o nic nie pytano, ale koniem przez bagna to się kiepsko raczej jeździ, Felixie drogi. Na łódce, jeśli nie jest rzeczną łodzią, się wszyscy raczej nie zmieścimy, ale może książe by nas uposażył w dodatkową jedną, albo dwie łódki może…? - zwrócił się pytająco do księcia.

Władca przytaknął.

- Herszt bandy ma wsparcie miejscowych. Najpewniej jest jednym z nich. Według tego, co tu zasłyszałem, liczebność grupy jest znaczna. Jeśli mamy tam zaprowadzić władzę księcia bez przesadnego rozlewu krwi trzeba ustalić, co ma przyciągnąć miejscowych do nas? Co ich przeciągnie na stronę księstwa? Rzecz to być musi, która sprawi, że będą woleć być częścią Wallerfangen, a nie niezależnym tworem. Zysk z tego muszą mieć znaczny, by zmienić swój status. Przydałyby się też działania i argumenty, które poróżnią miejscowych z owym bandytą. Plan trzeba ustalić nim tam wyruszymy. Bez silnych argumentów zostanie nam jedynie argument siły. Takie rozwiązanie sprawy jest skrajną ostatecznością - Morlanal napełnił sobie kielich wina i zaczął je powoli sączyć w zadumie.

Volker ponownie upił z kielicha, a następnie spojrzał na niego zmieszany. “Chyba powinienem już skończyć... “ - myślał. Nie spuszczając wzroku z naczynia, zaczął odpowiadać na pytanie Felixa.

- Znalezienie krewniaków tych zbirów będzie raczej proste. Pewno w każdej napotkanej bagiennej wiosce znajdzie się kilku… Co do ich zaopatrzenia, to nie zdziwiłbym się gdyby każda z wiosek miałaby w tym jakiś udział. W końcu dlaczego mieliby żałować dóbr dla swoich wybawców… - Znów przerwał na chwilę, by mógł upić kolejny łyk szkarłatnego napoju. Czuł już przyjemne mrowienie w ciele, szum w uszach, a język powoli zaczynał odmawiać mu posłuszeństwa. Zdecydowanie musiał zwolnić. - Swoją drogą, ci którzy dołączyli do tej bandy, to pewno najwięksi i najgłośniejsi przeciwnicy władzy. Bez obrońców, mieszkańcy bagien pewnie nie byliby już tak pewni i buntowniczy.

- Do twierdzy Herr Homanna i dwóch leżących blisko granicy bagna wiosek pewnie udałoby nam się dotrzeć konno. A czy dalej również? Nie mam pojęcia. Aż tak daleko się nigdy nie zapuszczałem. Ale na pewno nie będzie to proste. Moja łódka pomieścić może najwyżej sześć osób, tak więc tylko z nią jedną, z pewnością się nie obejdziemy…

- Musicie też wiedzieć, że bandyci Lorda Rogacza mają swych ludzi w Wallerfangen. Jeśli ruszycie do wioski Oberlangen, a następnie traktem prowadzącym donikąd, po przebyciu około pięciu imperialnych mil dotrzecie do zajazdu zwanego "Gościnną Gospodą". W miejscu tym zbierają się obwiesie wszelkiej maści: drobni łotrzykowie, przebiegli porywacze, złodzieje o zręcznych palcach i chełpliwi awanturnicy wyjęci spod prawa. Ta zapomniana speluna to nie tylko niewinne schronienie dla kryminalistów, jakich jest z pewnością pełno w ciemnych zakamarkach naszego księstwa, ale, co najważniejsze, także punkt rekrutacyjny banitów - Isidore przemówił z pełnym napięcia spokojem. Wyglądał, jakby lada chwila miał splunąć ze wstrętem.

Reiner spojrzał po swoich kompanach zastanawiając się, który z nich nadawałby się na kandydata na banitę. A nuż któryś by zechciał się wkręcić w tamto towarzystwo, a potem przekazać odpowiednie informacje.

Felix zastanowił się chwilę nad tym, czego się dowiedział.

- Na chwilę obecną zdaje się mamy trzy opcję do wyboru. Możemy zaciągnąć się do bandytów i pozabijać ich we śnie, znaleźć ich krewnych i przyjaciół, by złożyć im propozycję nie do odrzucenia, to jest zostania gośćmi pana Homanna, lub możemy ich wytropić i zaatakować. Przy ostatnim działaniu potrzebna będzie pełna współpraca wspomnianego urzędnika i jego ludzi. Jaki wariant jest najbardziej optymalny, nie jesteśmy w stanie rozstrzygnąć tutaj, a dopiero oceniając sytuację na miejscu. Czy może ktoś z zebranych ma inne spojrzenie na ten temat?

- Jeśli chodzi o Herr Homanna - zaczął Isidore - wysłaliśmy mu kilkunastu ludzi jako wsparcie. Ponoć bandyci go szantażowali i to niejeden raz. Jeśli zamierzacie to rozegrać przysłowiowym sztyletem i trucizną, byłoby chyba niewskazanym się tam pojawiać.

Volker poczerwieniał na twarzy i spojrzał oskarżycielsko na maga.

- Tak, ja mam… Nie wiem za kogo ty się masz, ale ja już prędzej otwarcie rozłupałbym Ci łepetynę o blat tego stołu, niż paprał się cholerną robotą skrytobójcy i podrzynał gardła śpiącym ludziom, albo wplątywał w to niewinnych, tylko dla osiągnięcia celu. Myślałem, że człowiek twojego pokroju jest ponad takimi gównianymi zagrywkami – pełen gniewu i alkoholu traper zwracał się głośno do maga, nie przejmując się resztą zebranych. – Nie mówię, że nie zasługują na karę, ale twoje pomysły wykraczają ponad to, co jestem w stanie zrobić. Moglibyśmy dołączyć do nich, zablokować dostęp do broni i uzbroić w nią pojmanych przez nich ludzi, albo wywieść w zasadzkę, gdzie otoczy ich jakaś liczna grupa zbrojnych. W obu przypadkach bandyci powinni się poddać bez walki. To nie musi skończyć się masową rzezią… - Po tych słowach, spuścił głowę. Przez chwilę wpatrywał się w kielich, lecz nie sięgnął poń. Dodał tylko, tym razem nie gniewnym a bezradnym głosem - Musimy chociaż spróbować znaleźć inne wyjście…

Czoło Thurina stopniowo, wraz z kolejnymi słowami wypływającymi z ust trapera, stawało się coraz bardziej chmurne. Krzaczaste brwi złączyły się nad jego oczami, obserwując mężczyznę. “Coś ukrywa.”, pomyślał. “Ale w stanie nie jestem odgadnąć, co. Czyżby przystawał z owymi bandytami, spod prawa wyjętymi? A może jego rodzina popiera ich? Albo może to efekt kiepskiej jakości przepalanki i książęcego wina?”. Niezależnie od przyczyny, krasnolud uznał, że lepiej dla podpitego męża będzie, jeśli zamilknie, nim książe uczyni coś, czego traper będzie wielce żałować po kres sam dni swoich.

- Zamilknij synku. - zapalczywy na polu walk, gdy jednak szło o rozmowę Thurin był spokojny, niby skała, ułożona na miedzy. - Nie uwalniaj swych emocji nadaremno, a swe racje przedstaw spokojnymi słowy. Słowo jest jak ten miecz, co to go nie należy wyciągać, jeśli użyć go nie zamierzasz. Nie widzę powodu, by mieszać w to postronnych, jeśli mogę podzielić się z jego książęcą mością mymi spostrzeżeniami - skłonił głowę ku moznowładcy. - Ale daleki jestem od twierdzenia, że te bandyckie nasienie nie winno otrzymać należytej kary, jaką jest ostra stal i stryk na szyi. Jeśli trzeba będzie, powinniśmy ubić ich choćby we śnie, choć mój honor wojownika mierzi taka ewentualność, o tak. Zwabienie ich w pułapkę to dobry pomysł, ale to od księcia pana zależy, czy użyczy nam swych wojów.

Spojrzał pytająco na Guntera Zahna.

- To byłby akurat najmniejszy problem - odpowiedział książę, ze stoickim spokojem obserwując rozwój dyskusji.

- Rozumiem twoje oburzenie. Nie wyraziłem się zbyt precyzyjnie, przepraszam za to. - spokojnie odpowiedział Felix. Może powinien to skończyć? Nie, przewodnik był zbyt cenny by go stracić lub bardziej do siebie zrazić. - Nie chcę krzywdy postronnych. Nie uważam, by gościna u naszego wspólnego przyjaciela, sucha izba i pewny posiłek do czasu gdy ich mężowie czy ojcowie złożą broń, była okrutna. Sami będziemy do tego tęsknić nim zakończymy zadanie. Na zamku, gdzie się wychowałem, było wielu zakładników. Przyszły lord poznawał swoich przyszłych wasali, a oni swojego przyszłego władce i innych szlachetnych ziemi. Krzywda może im się tylko stać, jeżeli bandyci stwierdzą, że blefujemy, a wtedy wolałbym znaleźć jeszcze inne rozwiązanie.

- Nie wiem, o co tu tyle gadania - odezwał się gnom. mocno pociągając nosem. - Za pozwoleniem waszej miłości, ale ta rozmowa wygląda jak dzielenie skóry na niedźwiedziu, który jeszcze w górach w gawrze smacznie śpi. Plany wszelkie tego typu zawsze biorą w łeb, gdy dochodzi do zderzenia z rzeczywistością. Pierw to trza się rozeznać w sytuacji, a żeby dobrze się rozeznać, to trza mieć powód żeby wkroczyć na bagna. Nad tym trza radzić, a nie sposoby uśmiercania bandytów obmyślać. Nasz pan jeden ze sposobów już przedstawił, czyli za banitów możemy się podawać. Kwestia tedy taka, jak to zrobić, by bandyci o tym usłyszeli i w to uwierzyli?

- Jeśli wykazalibyście się odwagą i umiejętnościami, przyjęliby was w swoje szeregi. Tego jestem pewien. Słabych czynią swoimi niewolnikami albo sprzedają. - A jeśli chcecie poświęcić moich poddanych dla - książę chrząknął - budowy własnego wizerunku to... - zapadła cisza. - Niech tak będzie - w kąciku ust pojawił się szelmowski uśmieszek.

- Rumpel ma rację. Wiemy za mało. A może - Mały Wulf spojrzał na Felixa - będziemy ludźmi szlachcica, który chce założyć własną faktorię i chce dogadać się z bandytami co do “podatków” i wynegocjować jakiś czas wolnizny? Skoro Rogacz nie niszczy wiosek, tylko ściąga z nich haracz, to zaoferujmy mu możliwość zarobku na wykorzystywaniu nas. Czas poświęcony na układy możemy wykorzystać do zebrania informacji. A potem zdecydujemy, czy utrzymujemy przykrywkę, czy nie.

- Powinniśmy wcielić się w ich szeregi. Ale nie żeby poderżnąć im w nocy gardła. Prędzej nabiliby nas na pal, spalili, obdarli ze skóry czy coś, nim zdążylibyśmy… zdążylibyście załatwić wszystkich – powiedział Volker. Nie skomentował wcześniejszych słów krasnala, a posłał mu jedynie pełne wrogości spojrzenie. Jednak najwyraźniej jego wywody spełniły swoje zadanie, gdyż tym razem traper odezwał się z nieco mniejszą wrogością, a tym samym wrócił do sączenia otępiającego go coraz bardziej wina. - A nuż odkryjemy jakąś ich słabą stronę, problemy, coś co pozwoli nam się ich w łatwy sposób pozbyć. Chyba moglibyśmy spędzić tam trochę więcej czasu i zdobyć nawet ich zaufanie...


- Ja również jestem za przyjrzeniem się bandytom. Są jacyś chętni do wstąpienia w ich szeregi? Naturalnym jest, że sytuacja modyfikuje wszystkie plany. Życie jest przewrotne, a czas i miejsce w jakim jesteśmy, czyni je jeszcze bardziej podatnym na zmiany. Jakieś ustalenia jednak mieć musimy. Chociażby spójną wersję kim jesteśmy i co tam robimy? Rumpel ma rację. Musi to być coś sensownego, skoro wymagało dwóch czarodziejów. Do fortu książe na czas naszej operacji przydałoby się wysłać dodatkowych ludzi.

- Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym trochę zarobić - odezwał się Thubedorf po raz pierwszy od dłuższego czasu. W przeciwieństwie do reszty drużyny krasnolud nie miał zamiaru biegać jak jakiś długouchy elf po cuchnących mokradłach i udawać bandytów, tym bardziej, że nie był do końca przekonany, że taki plan wypali.

- A skoro księciunio mówi, że całe bogactwo tego miejsca zostało sfinansowane przez jedną tylko kopalnię, to wolałbym w pierwszej kolejności ruszyć swe zacne cztery litery właśnie tam i rozejrzeć się trochę za złotem i innymi świecidełkami - powiedział krasnolud, po czym chwycił za leżącą na stole pałkę kurczaka i zaczął ją ze smakiem obgryzać.

- Co wam po tych bandytach? Jak chcecie zdobyć zaufanie i nie stać się ofiarą ludzi, którzy potrafią zabić dla kilku pieprzonych złociszy? - pytał Thubedorf z ustami pełnymi żarcia, obscenicznie wymachując przy tym pałką kurczaka jak jakimś berłem. - Nie lepiej zejść i zbadać podziemia, które mogą skrywać w sobie wiele tajemnic i bogactwa, o których nawet wam się nie śniło? Krasnoludy nie na darmo drążą tunele i jestem przekonany, że z tej ekspedycji nie wrócimy z pustymi rękoma.

- Mi również bardziej by odpowiadała kopalnia - powiedział Reiner. - Przynajmniej nie jest tam mokro. A złoto ma bardzo ciekawy kolor i ciężar. Skor, na dodatek, mamy kogoś, kto zna się na kopalniach, to dodatkowy argument za skierowaniem się w tamtą właśnie stronę.

- Myślę, że ten spór możemy rozstrzygnąć głosowaniem. Kto jest za zajęciem się bandytami niech uniesie prawą rękę, kto za wyprawą do kopalni, lewą -po chwili elf przeliczył tak oddane głosy. – Panowie, wynikiem pięciu do czterech wygrał kierunek bagna. Jeśli kogoś on nie interesuje, będzie musiał poszukać innego zajęcia na własną rękę.

- Jestem za tymi mokradłami. - Thurin uniósł prawą rękę. - Kopalnie mają to do siebie, że nie uciekają, są twarde i stałe niczym my, khazadzi… choć te zaprojektowane przez Barokokarra mogą mieć nieco inne podejście do sprawy. - dokończył ciszej.

- A więc wznieśmy toast – książę wstał i uniósł puchar. – Niech krew tych zbójeckich psów zaleje wszystkich dookoła.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 27-05-2015 o 14:55.
Clutterbane jest offline  
Stary 24-05-2015, 17:32   #3
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
25 Nachexen 2515 KI, Angestag, słońce w zenicie

Ulice Riesenburga, Dolne Miasto

Nadeszła wiosna, wiosna deszczem pachnąca, mżawką i odżywającą na nowo roślinnością, wydostającą się stopniowo spod grubej warstwy śniegów. Wraz z tym przybyły mniej miłe widoki i zapachy, odór ludzkiego potu i błota, które otuliło brunatnym płaszczem ulice Riesenburga i owego miasta okolice. Gdyby wyjść za forteczne mury miasta, ujrzeć można by brudnobrązowy horyzont, nakrapiany wyblakłą jeszcze zielenią, czy zabrudzonym, burymi kolorami płaszczów wędrowców. Ku miastu na nowo poczęli napływać kupcy z dalekich stron, a ci, którzy uciekli przed chłodem w objęcia miejskich murów, teraz opuszczali swe legowiska pośród miejskich ulic. Zrobiło się jakby więcej miejsca. A przecież tydzień minął od pierwszego dnia wiosny, nie mniej, nie więcej. Było Powiedźmie i świat budziło się na nowo do życia.

Thurin parł uliczkami Dolnego Miasta, ciasnymi i ozdobionymi wszelkim śmieciem. Były też czystsze ulice, nie tu jednak. Na wiosnę wielu najemnych robotników znajdzie pracę na polach Wallefargen, tu jednak prym wieść będą śmieciarze, gwałtowni w swych poszukiwaniach użytecznych przedmiotów. Krasnolud jednak niósł pod pachą cenny pakunek i ani myślał odrywać się nadmiernie od powierzonego mu zadania. Na ulice wylęgli przechodnie, rzemieślnicy i kuglarze, a obwoźni handlarze wszelkiej maści i skrzeczące przekupki przekrzykiwali się przez tłum. Thurin zakupił od obwoźnego sprzedawcy jabłko i przygryzł je z namaszczeniem. Szczęście skończyła się dla niego służba w milicji, ale wolnego czasu mu nie przybyło. Otarł z potu pobrużdżone czoło i ruszył dalej w drogę, przepychając się przez gęsty jak kolczuga tłum.

Kwadrans później dotarł do sękatych drzwi piętrowego budynku. Dla zasady można by obdarzyć budowlę mianem kamienicy, choć była raczej niska. Krasnoludy nie zwykły budować wysokich domów. Zasuszona staruszka uchyliła powoli drzwi.

- Słucham?

- Ja do pana... - wsadził gwałtownie do kieszeni pękatą dłoń i wyciągnął z niej, po wcale nie krótkiej walce, pogniecioną karteluszkę. - Rudolfa Schneidera. Jest aby?

- Jest. Piętro, pierwsze drzwi po prawej stronie. Wejść można.

- Dziękuję pani. Miłego dnia.

- Gówno prawda, panie krasnoludzie. - babuleńka przepuściła tęgiego brodacza w drzwiach. - Gówno prawda.

Thurin wspiął się po stromych schodach, nerwowo podtrzymując się poręczy. Zdawało się, że wspina się na górski szczyt, że idzie nad przepaścią po zniszczonej kładce. Z trudem dopadł ostatniego schodka, przeklinając swoje krótkie nogi. Zbliżył się do wspomnianych przez starowinkę drzwi i zapukał trzy razy.

- Czego? - zza uchylonego rąbka drzwi wyłonił się barczysty mężczyzna, nieogolony i jasnowłosy, o ogorzałej cerze.

- Mam zamówienie. - Thurin wyjął spod pachy pakunek. Odwinął tkaninę, odsłaniając bastardowy miecz w pochwie z czarnej skóry i dobrej stali. Broń błyszczała nowością.

- Miało być jutro, do cholery!

- Ale jest dzisiaj. Szybciej się uwinęliśmy, a więc dostarczyłem wcześniej. - zacisnął zęby. Leciał przez pół Riesenburga, żeby dostarczyć to ostrze, a ten zalatujący kozim łajnem parobek, jakiś podrzędny najemnik, miast obdarzyć go dobrym słowem i błyszczącą monetą, robi mu jakieś wyrzuty. Powstrzymał wściekłość.

Drzwi uchyliły się bardziej i Thurin zauważył, że mężczyznę od nagości oddziela tylko owinięty wokół bioder koc z samodziału. Kilka kroków za nim stała płowowłosa dziewczyna, z podobnym kawałkiem samodziału owiniętym wkoło piersi. Zorientowała się, że krasnolud ją zobaczył i czmychnęła na tyły pokoju.

- Coś cię ciekawi, brodaczu? - odbiorca był poirytowany nie mniej od samego Thurinssona.

- Tak. - odparł z niebezpieczną nutką w głosie Thurin. - Czy odbierzesz ten chędożony miecz, czy mam wrócić z nim do Gildii i czekać, aż dolecisz na drugi koniec miasta?

Człowiek zachmurzył się, ale Thurin nie przejął się i tym. Dawno już przestał liczyć na premię w srebrze, czy nawet miedzi.

- Ile płacę? - mężczyzna odgarnął długopalcą dłonią włosy z czoła. Drugą ręką utrzymywał koc.

- Hm… była zaliczka, to jest trzy korony. - krasnolud podrapał się po zarośniętym podbródku. ile to miało być. Dwanaście za miecz, czyli dziewięć? - Dziesięć koron, bądź też innych złotych monet.

- Dziesięć. Dobrze. - wojownik wycofał się do pokoju i po chwili powrócił z sakiewką w dłoni. - Bierz i spierdalaj pókim dobry. - zakończył, trzaskając drzwiami.

Krasnolud uśmiechnął się chytrze. Orżnięcie takiego przygłupa na koronę nie było szczytem sprytu, ale cieszyło i tak. Thurin rozejrzał się po korytarzu. Był dość szeroki, raczej krótki, po obu stronach było po dwoje drzwi. Krasnoludzkie pochodzenie budynku zatarło się tu, wewnątrz, zakryte bezwzględnymi w swej głupocie rękami lokatorów i masą klamotów, zabierających resztki wolnej przestrzeni. Z jednego z pokoi dochodziły odgłosy kłótni, podniesione głosy. Thurin ruszył w męczącą drogę na parter.

Staruszki nigdzie nie było, krasnolud wyszedł więc bez słowa na ulicę. Załatwił, co miał załatwić. Nim wróci do Gildii, musiał będzie odpocząć, tak więc po chwili zamysłu skierował się do oberży “Wywałaszony kogucik”, zajmującej przysadzisty budynek na południowym skraju miasta, a więc blisko z miejsca, w którym przebywał akurat Thurin. Karczma była ulubionym miejscem spotkań strażników i milicjantów, którzy pilnowali w danym momencie południowych dzielnic. Mieli tam dobre wino, słodkie jak leśne borówki i mocne jak ramię siłacza z wędrownego jarmarku, mógł się tam uraczyć również nalewką, krzepką jak uderzenie pioruna. Raźnym krokiem począł pokonywać kolejne ulice.


W oberży było tłoczno. Choć mężów w mundurach było jak na ten przybytek niewielu, zważyć jednak należy na godzinę. W środku dnia rzadkim widokiem były tu tłumy strażników. Kilku gości zasiadało przy ciężkich od kufli stołach i wykutym wprost w kamieniu blacie, rozplanowanym na planie kwadratu, otwartego z jednej strony. Tam też usiadł Thurin, wpatrując się sufit. Belki były jasne i nowe, właściwie nie okopcone jeszcze. Jakiś czas przed przybyciem kompanii do Riesenburga, w oberży wybuchł pożar, rozniecony przez jakiegoś szurniętego niziołka.

- Co podać, Thurinie? - karczmarz Ferragus był Bretonem o ciemnej karnacji i zaczerwienionym od swych własnych trunków nosem. Mówiło się, że niczego nie podawał, jeśli wcześniej nie przeprowadził dokładnej “kontroli jakościowej”. Choć to nos był centralnym punktem jego twarzy, kontrapunktowały mu gęste, posiwiałe wąsy.

- Grzane wino. - krasnolud wygodniej usadził się na taborecie. - Chłodnawo wciąż, a przed wieczorem mam jeszcze trochę roboty.

- Dawno tu cię nie było. Strasznie was przenoszą, psia jucha. Rzuca wami po całym mieście.

- Prawda. Choć dla mnie służba w milicji się, bogom dziękować, zakończyła.

- Szczęściarz z ciebie. Za jakiś czas powinni wpaść Gebhardt i Rolf-Franz. Poczekasz na nich? - wspomnieni mężczyźni należeli do milicji i byli krasnoludowi towarzyszami. Gebhardt Zimmermann był chudym jak patyk chłopakiem, który nie skończył jeszcze siedemnastu wiosen, zaś Rolf-Franz Juweiler zwalistym mężem w średnim wieku, o brwiach przywodzących na myśl krzaki głogu.

- Jeśli bogowie pozwolą, przybędą, nim Stefan kupi myśliwskie ogary i zacznie mnie szukać. Dziś piję na jego koszt.

- To zdrowie! Moim skromnym zdaniem, to Schuster na ciebie taki zawzięty, bo w szachy zawsze wygrywasz z nim. Może jakbyś mu się raz, czy dwa podłożył…

- Ha! Niedoczekanie jego. Mniej by strugał figury szachowe, więcej w kuźni pracował… a tak to ja wszystko robię. Ten bękarci miecz, co go dostarczyłem, też ja kułem, do cholery.

- A kto ten miecz zamówił?

- Rudolf Schneider. - Thurin położył na blacie wymięta kartkę. - Wysoki, jasnowłosy, ogorzały. Chyba jakiś najemnik.

- To wolny jeździec. - karczmarz się zachmurzył, literując bezgłośnie imię z kartki. - Na żołdzie u księcia, jak kilku innych. Gwałtowny i agresywny typ. Ostatnio rzucił się, tu, u mnie, na jakiegoś czeladnika. Rolf-Franz go wyrzucił, razem z Maartensem, tym rudawym z Jałowej Krainy. Znasz?

- Nie. Ale kojarzę imię. To ten kuzyn Rijgena?

- Ten sam. Ale ten Rudolf… - Ferragus pokręcił głową w ponurym wyrazie. - Jeszcze się wygrażał, mi i chłopakom...

- To tylko najemnik.

- A oni są tylko z obywatelskiej milicji. Co mogą zrobić komuś, kto cieszy się łaską księcia, hm?

- Różne rzeczy można o księciu powiedzieć, ale na pewno nie dozwoliłby swoim ludziom robić problemy mieszczanom z Riesenburga. On robi wszystko, by zaskarbić sobie sympatię nowych poddanych. Wyrachowany typ, ale też inteligentny. - chrząknął. - Ten Schneider to dureń. Tępy jak buzdygan. Za jego monetę piję i tobie też radzę się napić, uspokoisz się. Nie protestuj, nic nie stracisz, ja płacę.

- Aj, żeby ci płacili za trunek w twojej własnej oberży… dziwne rzeczy się dzieją. No, ale masz rację, nazbyt się zamartwiam. Interes dobrze idzie, przez zimę pokoje były co do jednego wynajęte, złoto w skarbczyku. Rozbuduję interes, zatrudnię jakiegoś wykidajłę na pełny etat. Nie byłbyś zainteresowany?

- Nie. - odparł natychmiast. - Mam towarzyszy i obowiązki wobec nich, gotów do drogi jestem. - wyjaśnił.

- Słyszałem o twoich towarzyszach. Siny krasnolud, dziwnie o nim mówią. I o tym czarowniku też, za bardzo z księciem przystaje.

- Porządni. Obaj. Nie przecz moim słowom, to ja ich znam. I nie pozwól, by plotki tobą rzadziły.

- Jestem oberem. Taka praca, plotki przelatują przez uszy jak spłoszone myszki. Jest jeszcze ten wielki, jak mogę wrócić do tematu twych towarzyszy.

- Też dobry człowiek.

- Dziwek pilnuje.

- Dziwka też człowiek. A czy dobry, to się sprawdzi jeszcze. Jak wreszcie trochę czasu znajdę.

- Wątpię. - karczmarz podjął się wycierania glinianego kufla. - Ale może, może… ale, ty też coś ostatnio w pałacu bywałeś.

- Chcesz zdobyć materiał na plotki? - Thurin uniósł do góry brew.

- Chcę potwierdzić plotki. - Ferragus nachylił się nad kamiennym blatem.

- A więc teraz stałem się obiektem plotek? Słodko. - uśmiechnął się rubasznie. - Ale nie gadałem z księciem, nie udzieliłby mi audiencji. Rozmówiłem się z Isidorem Pascalem, twym rodakiem. Chciałem zbadać Kowadło Zagłady. Możesz się śmiać, ale ja jestem kowalem run.

- Słyszałem. Nic w tym zdrożnego. - wyprostował się. - A ostatni, który chciał zbadać Kowadło, spoczywa w pokoju. Jego grób jest stąd do Calbe.

- Słyszałem. To chyba nowy rekord. Hm… nie chcę go pobijać. Tym razem znów się uśmiejesz, ale ja mam żonę. I dzieci nawet.

- Znów nie widzę w tym nic zdrożnego. Co u nich?

- Ostatni raz widziałem ich jakieś dziesięć lat temu. - chrząknął.

-Aha. To poczekasz na chłopaków?

- Tak.

Upił z kubka łyk gorącego trunku. Uśmiechnął się czując jak rozgrzewa mu przełyk i całe ciało. Piec chędożył Schustera. Valaya mu świadkiem, że nim nastanie wieczorowa pora, nie wróci do roboty. Musiał odpocząć. Gdy przekroczył progi Gildii, stygijskie ciemności przykryły czarnym płaszczem gwarne ulice Riesenburga. Służba w milicji, drący się na niego “mistrz”... tęsknił za akcją. “Ale już niedługo”, obiecał sobie. “Czekają na mnie krew i chwała. Choćbym miał ich szukać na jakimś zapomnianym przez bogów bagnie.”



9 Jahrdrung 2515 KI, Angestag, wczesne popołudnie

Karczma "Kulawy Jednorożec"

Muzyka

Główna sala karczmy była zadymiona i tłoczna, a donośne głosy biesiadujących wzbijały się aż po okopcone klepisko, po poczerniałe belki sufitu. W tym hałasie pojedyncze słowa, jeśli rozmówcy nie zasiadali tuż obok siebie, tworzyły niezrozumiałą, bełkotliwą kakofonię, kującą wymęczone uszy dwóch krasnoludów, zasiadających przy ustawionym pod ścianą stole. Budynek był w krasnoludzkim stylu i dojrzeć można był charakterystyczny sznyt, odpowiedni dla architektury brodatego ludu. Wrażenie przebywania w prawdziwie krasnoludzkim osiedlu było jednak zmącone przez rozliczne przedmioty stworzone przez ludzi - krzesła, naczynia, wszelakie drobiazgi. Tylko stoły, masywne kamienne kloce, pozostały takie, jak za czasów, gdy Riesenburg był znany pod nazwą Karak Gulm.

Teraz jednak krasnoludy powróciły. I nie idzie tu tylko o Thurina i Thubedorfa, akuratnie pijących ale i zajadających się dobrym mięsiwem, o nie. Bowiem do Riesenburga przybyli członkowie dawnych klanów twierdzy, przewodzeni przez tego, którego zwano “Bretończykiem” (bowiem z Bretonni pochodził), Enlaga Kruddsona. Przez większość czasu, jaki spędził w Riesenburgu, przez zimę, Thurin większość czasu spędzał na pracy i różnej maści nauce, nie spotkał więc Enlaga we własnej, brodatej osobie. Rozmawiał jednak z wieloma innymi krasnoludami. Wielu nosiło czuby i runiarz czuł wręcz ich wstyd, namacalny wręcz, zagęszczający wkoło powietrze. Lecz nie wszyscy byli Pogromcami, o nie. Thurin spotkał górników, rzemieślników, wojowników innych niźli zhańbieni. Kuzynów klanów z Karak Gulm, tych, którzy twierdzy nie porzucili, bo nigdy w niej wcześniej nie byli. Znalazło się też kilku towarzyszy samego Kruddsona. Czy będą chcieli odzyskać Riesenburg z rąk ludzi, przejąć władzę? Czy wąskie, misternie rozplanowane ulice dawnego Karaku spłyną krwią? Tego już syn Thurina nie wiedział.

- Prosperująca osada. - machnął obgryzioną kością kurczęcia. - Szczególnie jak na Księstwa Graniczne. Ech… prawie jak w domu. Jak w Barak Varr, wrotach morza, porcie Południa, et cetera. A mimo to, jednak nie to samo. Za mało naszych. Ludzkie porządki, sam rozumiesz. Nie czuć tu tradycji. Przynajmniej w tej knajpie. Enlag to chyba tradycję w wiadrach wozi, ech, z Bretonni, a jak coś powie, to jakby Strażnik tradycji ględził. Tak mówią przynajmniej. Miałeś może okazję go spotkać, Thubedorfie?

- Zaiste, imponująca osada, choć nie tak imponująca jak za dawnych lat - kasztanowobrody krasnolud opierał się o blat masywnego stołu. W prawej dłoni trzymał cynkowy kufel pełen pieniącego się piwa, a zaciśniętą lewą dłonią podpierał swój podbródek. Sprawiał wrażenie zamyślonego.

- Ech? Enlag? Nie, nie znam go, a kimże on jest? - Odparł Thubedorf, dopiero gdy jego otumaniony znaczną ilością spożytego alkoholu umysł przetrawił resztę słów Thurina, a trwało to trochę…

- Enlag Kruddson. - skrzydełko kurczaka w dłoni Thurina niebezpiecznie zadrżało. Wziął gryza i kontynuował. - Krasnolud z Bretonni, stąd go “Bretończykiem” zwą. Z dala od kultury krasnoludów z Krasnoludzkich Królestw wychowany, ale jak się dorwał do opisów tradycji, to tak się tym zafascynował, że niemal fanatyk teraz. To on przyprowadził tu tych krasnoludów, większość z nich pochodzi z klanów, które porzuciły Karak Gulm. Stąd tylu zhańbionych, to jest pogromców. W wyszynkach, piwiarniach, przy studniach i straganach, mówi się, że nasi kuzyni chcą, być może, odzyskać miasto. Pewnym jest, że zamiarują ponownie uruchomić kopalnię. Ryzykowne raczej, bowiem to, co znaleźli w kopalniach, a mam na myśli Grozę, skłoniło klany do odejścia. Moim skromnym zdaniem, to nie kwestia tych sztolni, a architekta miasta i kopalni, Barokokarra. Wiesz, o kim mówię?

Im dalej od swego portu, tym więcej Thurin gadał. Iście, pomyśleć tylko, co będzie dalej. Może krasomówcą zostanie? Kupcem korzennym? Dziwne rzeczy się dzieją oj, dziwne. Zważył na to, jaki jego towarzysz był zamyślony i zastanowił się, czy nie wypadałoby zapytać, czemuż to jest taki zafrapowany.

Krasnolud spojrzał półprzytomnym wzrokiem na swego rozmówcę, po czym zmarszczył brwi. Thurin gadał dużo, nawet jak na krasnoluda, który wypił o jeden kufelek za dużo, a od natłoku informacji Thubedorfa powoli zaczęła boleć głowa. Natomiast jedno ze słów, jak żadne inne, wdarło się do umysłu zwalistego wojownika elektryzując go zastrzykiem energii.

- Kopalnie? - Zapytał niemalże wchodząc w zdanie Thurinowi, ignorując przy tym resztę jego słów i ostatnie pytanie.

- Ino wisz ile zysku z takich przedsięwzińć? Stare krasnoludzkie sztolnie nie były drążone bez powodu, a skoro zostały nagle porzucone to z pewnością kryją w sobie niezliczone bogactwa… i sporo niebezpieczeńśtw, ma się rozumić - uśmiechnął się chciwie, odsłaniając przy tym szereg brakujących zębów.

- Jak nasi kopalnie zamykają - Thurin zaoponował. - to nie bez powodu. Mówię ci, to, co Barokokarr stworzył, to nie jest nazbyt zdrowe i bezpieczne.

- A cóż mnie obchodzi jakiś Barokokarr? - Krasnolud machnął dłonią jakby odganiał od siebie zbyt natrętną muchę.

- Bogactwa się liczą, a niebezpieczeństwa jakie spotkamy na naszej drodze są tylko ceną, którą każdy musi uiścić, aby dostać w swe łapska to na czym naprawdę mu zależy. Swoją drogą to też najlepsze zabezpieczenie przed innymi poszukiwaczami skarbów...

- Też tak twierdziłem i teraz mam tę bliznę, o, zobacz. - pokazał towarzyszowi bliznę przechodzącą przez usta. - Mam złe przeczucia względem tych sztolni, mówię ci...

Thubedorf uśmiechnął się dziko w odpowiedzi na słowa Thurina.

- To masz się czym pochwalić innym awanturnikom przy karczemnym piwku. Spójrz lepiej na mnie, blizna na bliźnie i to żadne oszpecenie, a najbardziej autentyczny medal za odwagę! Dowód mojego sukcesu i oddaniu sprawie - powiedział krasnolud, po czym jednym łykiem osuszył kufel piwa.

- Nie o tym mówię. - Thurin zaperzył się. - Dumny jestem z moich blizn, bo blizna świadczy o wytrwałości wojownika. Ale te kopalnie… to, co tam jest, sprawiło, że masowo opuszczono twierdzę. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym, by nasi pobratymcy masowo opuścili domy z powodu jakiegoś tam niebezpieczeństwa. Tak… wracając do Enlaga, a konkretnie do jego towarzyszy, którzy opuścili Karak Gulm, do ich krewnych… wypadałoby się ich zapytać. Może oni naświetliliby tę sprawę.

- A jednak Riesen… tfu! - Thubedorf splunął z odrazą, po czym natychmiast poprawił się - Karak Gulm dalej stoi zamieszkanie i ma się dobrze. Skoro ciemności wylazły z kopalni to pewnie już dawno poszły sobie w siną dal, a całe te opowieści, którymi mnie teraz raczysz są tylko bajkami dla zbyt ciekawskich dzieci, aby nie zapuszczały się same w labirynt klaustrofobicznych korytarzy.

- Gówno prawda, za przeproszeniem. - odburknął Thurinsson. - To, co jest w tych sztolniach nie zniknęło, Zaczopowali korytarze, a miasto zostało zamieszkane, ale schodzenie na dół wciąż nie jest dobrym pomysłem. W każdym razie, “Bretończyk” ze swymi poplecznikami myśli jak ty i chce je otworzyć na nowo. Możesz masz rację, ale gdybym miał zejść w te korytarze, wpierw musiałbym się schlać i przespać z tą decyzją. - zakończył już spokojniejszym tonem.

- ...i po to tu właśnie jesteśmy - skwitował Thubedorf, wznosząc kolejny zamówiony przez niego kufel piwa.



11 Jahrdrung 2515 KI, Wallentag, wieczór

laboratorium czarodzieja Dehma

- Felixie, masz chwilkę? Musimy porozmawiać o Burkhardzie - twarz mistrza Dehma wykrzywił grymas, jakiego opisać nie sposób. Rzucił struchlałe spojrzenie w stronę izby, w której spali czeladnicy, aby upewnić się, że niczego nie będą słyszeć. - Jak ci dobrze wiadomo, mój przyjacielu, dołożyłem wszelkich starań, aby młodzieniec, którego do mnie przyprowadziłeś, był w stanie zapanować nad swym magicznym talentem i wykorzystać go w jak najlepszy sposób, zarówno dla własnego dobra jak i dla korzyści ludzkości.

- Jednak... Myliłeś się, Felixie. Burkhard... - czarodziej wziął głęboki oddech. - Burkhard nie ma talentu. Nigdy go nie miał i nie będzie mieć. Owszem, oboje wyczuwamy od niego magię, on sam może również ją podskórnie odczuwać, ale... - Dehm był zbyt wstrząśnięty, zbyt wielką przejęty bojaźnią, by kusić się na jakiekolwiek teorie - on jest jak ułomne naczynie z krwi, kości i skóry, które, niezdolne do splatania magii, samo może być wykorzystane jak katalizator, jeśli tylko osoba mająca takie zamiary znałaby odpowiednie słowo-klucz.

- Posunąłbym się, choć czynię to z wielką niechęcią, do wysnucia wniosku, że Burkhard się nie urodził, lecz został stworzony, a jego stwórca, poszukując rzeczy dla mnie nienazywalnych, przez uchyloną furtkę do tego świata wpuścił nie do końca to, czego pożądał... - mędrzec z trudem opanowywał głos. - Jednak to tylko moje przypuszczenie - uspokoiwszy się zapytał: - Felixie, czy dane ci było poznać ojca Burkharda? Czy myślisz, że ktoś mógł skorzystać na podrzuceniu Burkharda do Riesenburga albo, konkretniej, do mojego laboratorium?

Felix z pewnym oporem podniósł spojrzenie znad lektury, było już późno. Czy to był czas na rozmowy? Jego małpka z pewnością myślała, że nie i spała w okolicy swojego pana. Jednak Dehm nie kłopotałby go, gdyby nie miał powodu. Toteż musiał wytężyć umysł.

Chwilę później mający głęboki szacunek do wiedzy i jej pomników w postaci ksiąg czarodziej pozwolił upaść tomowi na ziemię.

- Niemożliwe... - wyszeptał von Welf nim starszy mag skończył. Niemożliwe by się pomylił, to było jasne, każdy to widział. - Ja, Laurelandil, Karla. Trzech obeznanych w sztuce ten sam wniosek, wszyscy się myliliśmy? - spojrzał pytająco na towarzysza i widział odpowiedź wypisaną w jego oczach.

Oparł głowę na dłoniach i westchnął myśląc.

- Magia pulsuje w Burkhardzie tak silnie, jak bije serce Norsmena, to fakt. Jednak nikt z was nie poświęcił zbyt wiele czasu na próbę kształcenia go, więc mieliście prawa tego nie zauważyć. Jak śmierć depcze po piętach, nikt nie miałby czasu na takie dochodzenie - zauważył Dehm.

- Nie, nie poznałem ojca, poznałem matkę - odpowiedział Felix. - Założyłem, że zginął, czy to z powodu choroby czy niebezpieczeństw lasu. Kto mógłby coś od niego chcieć? Znaleźliśmy go pod kuratelą elfickiej czarodziejki, która chciała mu znaleźć nauczyciela, wątpię by miała wobec niego jakieś zamiary. Jest też Czarnoksiężnik. Nie pamiętam, czy ostatnio wspomniałem o tym dlaczego musieliśmy uciec.

- Nie zrozumiałeś mnie, mój przyjacielu - starzec przełknął ślinę. - Chciałbym się dowiedzieć, czy w ogóle istnieje taka osoba, jak ojciec Burkharda - powiedział skamieniały ze zgrozy czarodziej. - Jednak żeby to udowodnić, musielibyśmy znaleźć jego grób. Tylko to jest w stanie potwierdzić nasze obawy.

Felix milczał. Zbierał wspomnienia, lecz nie miał zbyt wiele do powiedzenia.

- Zjawy dostrzegły, że Czarnoksiężnik podąża w naszą stronę, ściga nas. Uznaliśmy momentalnie, że chodzi mu o chłopca, łatwego do wykrycia. Młody utalentowany człowiek to doskonały łup, czy to jako uczeń czy ofiara.

- Tylko raczej jego obecność tutaj jest przeciwko naszym wrogom. Tak długo, jak jest pod naszą opieką za bezpiecznym murem tak długo oni nie mogą mu ani dzięki niemu zrobić.

- Czy mogą? W jaki sposób jest katalizatorem, naczyniem? Jak mój chowaniec? - Felix wskazał na śpiące zwierzę. - Czy ma wyzwolić moc na polecenie? Jeżeli ostatnie jest możliwe...

Zadrżał.

- Ufamy murom, lecz gdy mury padną, padnie morale, zacznie się panika i rzeź. Z zewnątrz są potężne, ale od wewnątrz nikt ich nie pilnuje, a zwłaszcza przed małym chłopcem. Jeżeli byłby naczyniem na zaklęcie... Potężne zaklęcie - dodał, pamiętając o mocy, jaka była wyczuwalna od Burkharda. - Wyzwolony w odpowiednim momencie czar mógłby nas złamać.

- Czy Czarnoksiężnik mógł być na tyle sprytny i przewidujący, że postawił was w stan zagrożenia tylko po to, byście dotarli z Burkhardem z powrotem do cywilizacji? Czy byłaby możliwość, że Laurelandil działała na jego szkodę, zabierając młodzieńca w nie tą stronę, co trzeba?

- Czy jest, czy nie, to nieważne. Jak jestem w stanie coś takiego wymyślić, to trzeba zakładać, że przeciwnik jest co najmniej równie sprytny, co my. Nie wiemy, czy służy sobie czy jakiemuś demonowi, dla którego czas nie gra roli. Zakładasz możliwość, że Burkhard został stworzony. Może w jednym konkretnym celu. Tylko co z nim zrobić? Nie zrobimy mu krzywdy. Wiele można zrobić dla wyższego dobra, ale na coś takiego nie jestem gotowy. Pozostaje obserwacja. Jaki to może być cel i czy na pewno jest w pełni człowiekiem? Dla niego to w końcu będzie straszne rozczarowanie, czuć magię, wiedzieć, że ma się potencjał i nie móc nic zrobić.

- Młodzieniec ma zaklętą, mieszaną krew, to prawda, ale jest z pewnością synem swego ojca. Dlatego ciekawi mnie, kim on był... - Dehm poskubał brodę. - Nie wiem, kto patrzy oczyma Burkharda, ale zdaje mi się, że jest jeszcze uśpiony lub jeno na wpół obudzony. Nie zrozum mnie źle, Felixie. Chciałbym dla niego jak najlepiej. Chciałbym, żeby dorósł i się usamodzielnił. Wtedy mógłby sam wyruszyć w drogę, odkryć własną istotę i to, czym mógłby być. Obawiam się, że przebywając tutaj wchodzi w świat, gdzie Chaos i śmierć będzie węszyć u jego pięt. Wiecznie będzie kroczył drogą, ku której nie ma przewodnika. Tylko co zrobić? Wywieźć go? Gdzie? Jak daleko?

- I czy w ogóle? Skoro Czarnoksiężnik chciał go dopaść, to, wypuszczając go, możemy działać po jego myśli. Najbezpieczniejsze i może najlepsze miejsce to Altdorf. Czarodzieje Kolegium Światła potrafią korzystać z mocy innych. Skoro on sam nie potrafi wykorzystać swoich talentów, to może ktoś inny dla dobra imperium i ludzkości.

Felix spojrzał na swojego chowańca i przebudził go mentalnym rozkazem, by pobiegł na górę i obserwował pokój uczniów. Nigdy nie można mieć dość pewności gdy w grze mogą być istoty spoza świata.

- Demony mają problem by utrzymać się w tym świecie bez nosiciela. Ktoś mógł spętać istotę spoza materialnego świata i umieścić ją w dziecku. Teoretycznie eter mogą zamieszkiwać istoty nam przyjazne jednak brak relacji o takowych. Wtedy czulibyśmy moc tej istoty a on sam nie miałby możliwości kontrolowania magii. Jeżeli byłby jest nośnikiem demona to w sercu imperium mógłby wywołać największe zniszczenia. Może jakiś egzorcyzm?

- Pytanie, czy chcemy mieć do czynienia z duchownymi? Tam, gdzie kapłani, tam fanatycy, łowcy czarownic, histeryzujący motłoch i płonące stosy…

Po chwili namysłu oświadczył:

- Mogę go zabrać do Altdorfu. Choć nie będzie to krótka i bezpieczna podróż, jest to wykonalne.

Czarodzieje usłyszeli nerwowe pukanie do drzwi.

- Panie von Welf, panie Dehm, proszę mi otworzyć! - zza drzwi dochodził drżący głos. - Jestem Herpin, służący z “Przyłbicy i Kwiata” - Mędrzec uchylił dębowe wrota. Rudy młodzieniec był zdyszany, jakby biegł przez pół miasta. - Elmar prosi pana Felixa o wizytę w naszej oberży. Stało się coś straszliwego... Pan Jochen... On zniknął! Porwano go!

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 03-06-2015 o 08:19.
Clutterbane jest offline  
Stary 02-06-2015, 17:12   #4
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
11 Jahrdrung 2515 KI, Wallentag, chłodny poranek

dziedziniec “Gościnnej Gospody”

Handrup, Neulehe, Oberlangen... Podróżnicy mijali pojedyncze gospodarstwa i uśpione wioski, które nie były zbieraniną nędznych bud, lecz osadami o przytulnie wyglądających domach i ogrodach, mimo że tu i ówdzie widać było jeszcze ślady niedawnych zatargów między Wallerfangen i nieistniejącym już Kirchheimbolanden. Z obu stron traktu między Handrup i Neulehe połyskiwały trzęsawiska, a przejeżdżając przez Oberlangen jeźdźcy zauważyli sterczącą na wzgórzu zrujnowaną wieżę, której historii nie mieli czasu zgłębiać.

Po prawie dwóch godzinach galopu byli u celu. Żaden szyld nie wisiał nad drzwiami; żaden tłusty odyniec czy krowa nie zachęcała do wstąpienia w progi zajazdu, ogrzania się i spędzenia tu nocy w towarzystwie nagiej panienki, oferującej na klęczkach wino. Wśród mieszkańców ostała się jedynie stara nazwa przybytku, nadana dawno temu przez zapomnianego oberżystę - "Gościnna Gospoda". Gdyby ów założyciel miał tego dnia wstać z grobu i zobaczyć dzieło swego życia, po tylu latach i po tylu peturbacjach, nazwałby je z pewnością "Psim Frędzlem". Nie w tym rzecz, że ten obskurny kąt o złej sławie był rozlatującą się ruiną, bo było to dalekie od prawdy. Owszem, kamienie kruszących się ścian były wypolerowane przez wiatry, ale odnosiło się wrażenie, że w zetknięciu z niszczycielską działalnością czasu zajazd stojący na skraju bagien na swój sposób nabierał sił, zamiast słabnąć, zupełnie tak jak rzezimieszek z każdą blizną staje się coraz twardszy, ostrożniejszy i przebieglejszy.

Nie było to miejsce, w którym przy kuflu piwa, kielichu wina lub czarce miodu podróżnicy zapominali o trudach pracy i pośpiechu dnia. To tu żądni krwi bandyci z całego Wallerfangen hulali do białego rana. W tym miejscu musiało być więcej zuchwałych łotrów niż gdziekolwiek indziej w obu dolinach księstwa. Renegaci mogli szaleć i hałasować do woli, bo uczciwi ludzie unikali tych terenów, a straż, na polecenie księcia, nie wtrącała się do zbójeckich zabaw.

Wokół zajazdu w donicach kwitły kwiaty. Awanturnicy ściągnęli lejce i pomyśleli, że osoby o nieprzyjaznym usposobieniu rzadko uprawiają rośliny ozdobne. Śmiałkowie zaczęli się rozglądać za jakimś obwiesiem, nic jednak nie zdradzało ludzkiej obecności, poza olbrzymem, który owe kwiatki podlewał. Mięśniak uniósł łysą głowę i zmarszczył się groźnie, kiedy usłyszał tętent kopyt. Błysnęła szabla o szerokiej klindze i zaległa głęboka cisza - nie potrzeba było żadnych słów, stal sama zadała pytanie.

- To nie będzie potrzebne - powiedział elf, wskazując palcem na miecz olbrzyma. - Azylu szukamy, ponoć to dobre miejsce by zacząć, jak się podpadnie prawu mości księcia. - powiedział Morlanal, choć był gotowy zareagować, gdyby olbrzym miał inne zdanie.

Gigant stał bez odpowiedzi. Ruchem klingi wskazał, że chce usłyszeć więcej. W drugim ręku pojawił się dzwonek - taki, jaki zawiesza się krowom na szyi.

Roran zatrzymał wierzchowca, zlustrował spojrzeniem mężczyznę, po czym zszedł na ziemię.

- Chłopie dajże spokój… Przez ostatnie dni uciekamy przed księciuniem i jego psami. Chociaż tutaj nie dokładaj nam kłopotów. Odpoczniemy, napijemy się i opowiemy, co my za jedni. Jak nas nie będziecie chcieli, to jutro nas już tutaj nie ma.

Roran starał się mówić głosem ciepłym, jakby był pogodzony z losem bandyty. Sprawiał wrażenie, że wszystko mu jedno. Miał nadzieję, że przez to olbrzym uzna ich za mniej groźnych niż rzeczywiście wyglądali, objuczeni całym zbrojnym ekwipunkiem.

Jeśli jednak miałoby dojść do wymiany ciosów, to krasnolud tym też się nie przejmował. Wiedział, że nowe topory pojawią się w jego rękach szybciej, niż człowiek zdąży zadzwonić.

Groźna i posępna postać stała niezmiennie nieruchomo, z jedną ręką złożoną na gałce rękojeści szabli opartej czubkiem o bruk. Szerokie ostrze wyznaczało granicę, jakby ścianę, w zetknięciu z którą pryskał czar gładkich słówek i sofizmatów. Nie dało się wywnioskować, czy zasępienie bandziora było wynikiem przyjaznego, ciekawskiego stosunku do podobnych sobie śmiałków czy też wręcz przeciwnie. Jedno było pewne: żądał dalszych wyjaśnień.

Elf z pogodnym wyrazem twarzy popatrzył na olbrzyma. Zwrócił się do Volkera:

- Panie Volker, to pan zasugerował, że znajdziemy tu bezpieczną przystań do czasu, aż pomyślimy, co dalej. Znajomych pan masz, okolicę znasz. Były takie zapewnienia, więc teraz jest odpowiednia chwila, by przemówić.

Volker spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na mężczyznę, a następnie niepewnie na elfa i resztę dziwnej zgrai. Nie uważał, że wyruszenie na przeszpiegi drużyną składającą się z samych nieludzi, poza nim samym oczywiście, było dobrym pomysłem. Ale nie uważał również, że spicie się przed samą wyprawą było dobrym pomysłem. A teraz wyraźnie odczuwał skutki obu decyzji.

Ciemnie kręgi wokół jego oczu, stanowiły wyraźny znak, że mało spał tej nocy. „Kurwa, ja to zawsze muszę wyjść z jakimś głupim pomysłem” – przeklął w myślach, przypominając sobie, że to on proponował, by wyruszyli jeszcze przed świtem. Czuł, jakby ktoś wżynał mu się w głowę tępym nożem, a cierpki smak śliny powodował, że niejednokrotnie zbierało mu się na wymioty. Czego oczywiście nie był w stanie powstrzymać, a nawet wspomagając się ideą „klina klinem”, osiągnął jedynie kolejną dawkę mdłości i konwulsji.

Ponownie przeniósł wzrok na mężczyznę, usilnie starając się, mimo bólu głowy, wymyśleć, jak powinien się zachować. Osiłek z pewnością miał prawo być w stosunku do nich nieufny. W końcu to oni, uzbrojeni w ciężki oręż i spore wyposażenie, najechali jego „dom” mówiąc otwarcie, że nie są z tych, którzy przestrzegają prawa. W dodatku ich było czterech, natomiast on stał naprzeciw sam. Nawet gdyby za pomocą swojego dzwoneczka wezwał wsparcie, to nie zdążyłby obronić się przed ich szarżą. „Stanie na straży tego miejsca to musi być strasznie niewdzięczna robota” – pomyślał, mozolnie przecierając czoło.

Traper w końcu otworzył usta… tylko po to, by zamiast słów, uleciało z nich obrzydliwe beknięcie i fala nieprzyjemnego odoru, rozwianego zaraz poranną bryzą.

- Pardon – wymówił od razu, starając się powstrzymać mdłości. – Po pierwsze… - sięgnął za plecy po swój topór, zaś drugą rękę wystawił uspokajająco w przód. – Tylko bez nerwów… - Kiedy wyciągną potężną i zupełnie nową broń, odrzucił ją na ziemię na sporą odległość. To samo zrobił z łukiem i nożem. Następnie zaś wymownie spojrzał na towarzyszy, mając nadzieje, że zaufają mu i postąpią tak samo. „Może powinienem wpierw sam sobie zaufać…”.

Mięśniak nadal milczał, co już zaczynało irytować, jednak na jego obliczu, płótnie niestworzonym do wyrażania rozległej palety emocji, malowała się aprobata dla czynu Volkera. Widocznie oczekiwał, że reszta paczki też tak postąpi.

- Jeżeli dalej mi nie ufasz, to możesz wezwać tym dzwoneczkiem swoich towarzyszy i zabrać broń – powiedział. W jego głosie nie było lęku i zmartwienia, jaki ogarnął go podczas rozmowy z księciem. Zbyt bardzo bolała go głowa, by mógł odczuwać cokolwiek. Jednak wciąż nieskładnie formował zdania. – W mieście zasłyszałem, że to tu udają się wszyscy banici. Jeżeli się mylę, to tylko powiedz, a odjedziemy w swoją stronę, nie sprawiając nikomu kłopotów. A jeżeli to prawda, to zapewne znasz mego brata, Theobalda Heidelberga… - ponownie beknął, tym razem cudem powstrzymując resztki porannego posiłku - …a jeżeli listy gończe nie kłamią, to teraz mówicie na niego „Nożownik”. Jeżeli pozwolicie mi się z nim zobaczyć i porozmawiać, to on z pewnością zaświadczy za mnie i mych towarzyszy.

Morlanal spojrzał na Rorana pytająco. Sam miał swoją magię i w razie czego mógł się bronić nawet bez broni. Krasnoluda oddającego broń obcej osobie i pozostającego bezbronnym ciężko mu było sobie wyobrazić. Przecież to byli cholerni banici, bezwględni i zapatrzeni na swój zysk. Jak awanturnicy mieli zdobyć ich szacunek, dając się rozbroić jak dzieci i łkając o pomoc? Volker właśnie przyznał, że jeden z nich jest jego bratem. Niezależnie od tego, czy miał na myśli rodzinę czy towarzysza broni, może być z nim bardziej związany niż ze świeżo poznaną bandą nieludzi… Że pracuje dla księcia, równie dobrze może być agentem banitów.

- Nie zamierzamy sprawiać kłopotów – elf powiedział ciepłym głosem. - Chcemy zjeść, napić się i odpocząć. Pomyśleć, co dalej. Nie zamierzamy jednak oddawać broni. Jeśli nasze złoto jest w karczmie mile widziane, to z chęcią wejdziemy. Jeśli natomiast potrzeba już teraz, by ktoś za nas świadczył, pan Volker porozmawia z bratem, my natomiast poczekamy.

- A gówno! - powiedział głośno Rumpel nie omieszkając mieć jednak ręki tuż przy nadziaku. - Nie widzicie, że to tępa pała i choćbyśmy nie wiem, co gadali, to połowy tego nie zrozumie. No co tak wytrzeszczasz gały? - zwrócił się bezpośrednio do olbrzyma. - Rusz dupę po swego szefa, karczmarza, czy bóg wie, kogo tam słuchasz!

Roran spojrzał na jednego, a potem na drugiego człowieka, który został jego nowym towarzyszem i z wyraźną miną typu: „chyba cię pojebało jak myślisz, że oddam im swoją broń” znowu spojrzał na wikidajło i rzekł:

- No ja broni oddawać nie zamierzam. Pewnie mnie zrozumiesz. Ty raczej też się nie rozstajesz ze swoją. Te cacka kosztowały trochę złota, więc pozwól, że zostaną na swoim miejscu. I tak nim je wyciągnę, to zabijesz mnie ze trzy razy, bo szybciej niż ja, to już moja babka chleb z pieca wyciągała....

Facet nie musiał wiedzieć, że co jak co, ale w wyciąganiu broni Roran nie spotkał kogoś kto by go przewyższał szybkością... Poza tym babka z pieca wyciąga chleb jednym szybkim ruchem, więc to też była poniekąd prawda.

Słowa Volkera o jego bracie trochę zaniepokoiły Rorana. Skoro był w takiej dobrej komitywie z bandytami, to równie dobrze mógł ich szybko sprzedać. Tym bardziej krasnolud postanowił nie pozbywać się swojej broni...

W ogóle to co Roran tutaj robił? Z jakimś obcym człowiekiem, jednym wygadanym elfem i gnomem. No iscie wymarzona kompania. Ponadto nie wiedział komu ufać, a kto jest w stanie mu wbić nóż w plecy. Nie żeby go to martwiło, bo by się szybko zregenerował, ale nie lubił chodzić z czymś wbitym w plecy...

Potrzebowali ochrony do zwiadu, a syn Utha w Górskiej Straży skradał się i tropił na porządku dziennym, więc to dla niego nie było pierwszyzną, ale wolałby być z Felixem i Thurinem. Przynajmniej byłoby się z kim napić. Z tymi to się boi, czy przypadkiem po jednym łyku nie padną...

W postawie oprycha coś się zmieniło. Może docenił awanturników wtedy, gdy zauważył, że postawili na swoim? Rzezimieszek pokazał ruchem szabli, żeby zajechali na dziedziniec zajazdu.

Tak też uczynił elf, zjechał za wskazaniem draba. Był to wszak jakiś postęp w dyskusji. Morlanal był obdarzony nadludzką spotrzegawczością i rozglądał się czujnie. Wszak człowiekiem na całe szczęście nie był. Pojęcia nie miał, jak rasa złożona w takiej mierze z oferm wszelakiego typu mogła przetrwać i zdominowac Stary Świat. To pewnie dlatego, że mnożą się jak króliki. Wszak szczury w miastach też są plagą... W każdej chwili czarodziej był gotowy zrobić użytek ze swej magii. Postawa Rorana i Rumpla odpowiadała mu o niebo bardziej niż Volkera. Nie dość, że traper był ciągle pijany to jeszcze ewidentnie dziwny. Postanowił bacznie go obserwować. Na barku elfa wylądował tymczasem orzeł, którego czarodziej poczęstował kawałkiem mięsa z juków.

Volker westchnął i zeskoczył z konia. Kiedy stanął na ziemi, zamarł w bezruchu na kilka chwil, jakby się nad czymś zastanawiał. Jednak w jego wypadku mogło to oznaczać, że po prostu usilnie stara się powstrzymać pawia. Ale i tym razem mu się to udało. Beknął tylko i zaczął zbierać z ziemi swe bronie.

Nie zabłysnął tym razem. To się zdarza. „A mi wyjątkowo często” – pomyślał podirytowany. „Chodźmy już na te cholerne bagna.”

Nie wskoczył ponownie na konia. Wolał nie narażać żołądka na kolejne wstrząsy. Zamiast tego chwycił konia za uzdę i zaczął kierować się za resztą nieludzi. Nie był do końca pewien, kiedy sięgnął po flaszkę przy pasie. Jak już znalazła się w jego ręku, to nie mógł nie skorzystać. Zdjął korek zębami i wziął porządnego łyka. „Klina klinem”.

Rumpel pogonił “durnego” kuca i także zajechał na dziedziniec. Tyłek bolał go już od tej całej jazdy, szczególnie że sprawnym jeźdźcem nie był. Z wierzchowca jednak nie schodził, w razie gdyby konieczna była szybka ewakuacja.

Olbrzym zatknął szablę za pas i wymownym ruchem ręki kazał podróżnikom czekać. Zaczął dzwonić najgłośniej jak potrafił. Uśpiony zajazd rozbudził się najróżniejszymi odgłosami, zupełnie jakby szczurze kłębowisko zaczęło wić się z niesłychaną siłą. Rzezimieszek musiał być niemową, któremu dzwonek służył za narzędzie komunikacji z resztą bandy wtedy, gdy wypadała jego kolej na warcie. Morlanal za nieszczelnie zamkniętymi okiennicami zauważył szybko przesuwające się sylwetki, których tupot przypominał mdlący, plugawy, śliski chrobot wygłodniałych gryzoni.

Rumpel znów popędził kuca, chciał się ustawić tak by nie stać na linii strzału, zwłaszcza gdyby ktoś chciał strzelać z okien. Wóz z sianem, może niezbyt doskonale, ale zapewniał pewną ochronę, zbój jednak ruchem ręki pokazał gnomowi, żeby stał tam, gdzie stoi.

Morlanał również zmienił pozycję, by między nim a potencjalnymi napastnikami znajdował się Roran i Volker. Nie było to jednak tchórzostwo. Nie zamierzał porzucać towarzyszy. Jednak był czarodziejem. Najwięcej zdziała zza osłony zbrojnych. Orzeł tymczasem odleciał z jego ramienia, odwołany gestem ręki.

Volker zmarszczył brwi, spoglądając na ożywający w jednej chwili budynek. Zastanawiał się, czy zobaczy za chwilę swego brata, wyłaniającego się zza drzwi zajazdu. Choć żywił taką nadzieje, nie sądził, że tak się stanie. Skoro jego imię widniało na liście gończym, a za jego głowę płacono aż dwadzieścia złotych koron, to najprawdopodobniej stanowi jakiś ważniejszy element bandyckiej zgrai. Byłoby to na pewno sprzyjające dla ich misji. Mimo to traper spochmurniał na tę myśl.

Spoglądając niepewnie na towarzyszy, zaczął zastanawiać się, czy zejście z konia było aby na pewno dobrą decyzją. Miał nadzieje, że sygnał wydany przez niemowę, nie oznaczał przybycia nieproszonych gości, których trzeba było się pozbyć.

Wszystkie okiennice otworzyły się z hukiem w tym samym momencie. W śmiałków wycelowano każdy rodzaj broni, która mogła razić przeciwnika na dystans - łuki, kusze, proce, nieco broni palnej, toporki, włócznie. Mężczyźni o zakazanych twarzach, zmierzwionych czarnych włosach, oczach węża i o twardym spojrzeniu czekali na najmniejszy pretekst do zadania śmierci.

"Gdzie jest Theobald?", pomyślał Volker, taksując rozbójników.

- Rzućcie broń na bruk, zejdźcie z koni i zostańcie na miejscu! Ręce do góry! - rozkazał wysoki, nosowy, ale na swój sposób szorstki głos.

- Cichy, zwiąż ich! - olbrzym na dźwięk swego pseudonimu wyszczerzył się z radosną złośliwością.

Morlanal spojrzał wymownie na Rorana. Znał dumę krasnoludów, choć liczył że nie są samobójcami. Uniósł ręce ku górze, konia przestawiajac delikatnie bardziej bokiem do karczmy. Zeskoczył z konia odgradzając się na moment od bandytów z karczmy. Wciąż jednak widział go olbrzym. Miał szczery zamiar się poddać, jednak gdyby Roran zrobił coś głupiego, miał zapewnioną niemal całkowitą osłonę. W międzyczasie powiedział:

- Panie Volker, do cholery, może czas zawołać lub powołać się na brata. Mamy przyjemność z kimś, kto mówi i wydaje właśnie nieprzychylne nam rozkazy!

Volker wstrzymał oddech. Naraz mdłości jakby zniknęły, ale zastąpił je spotęgowany strach. „Sam nie wiem, które jest gorsze”. Miał nadzieje, że jest to standardowa procedura rekrutacji nowych zbirów. W jednej chwili znienawidził swego brata, który wpakował go w tę kabałę. Dlaczego w ogóle podjął się tego zlecenia? Nie mógł zostać w karczmie i tam spędzić resztę swego nędznego życia? Nie byłoby ono może najlepsze, ale na pewno dłuższe!

Znów zlustrował swych towarzyszy. Pragnął przekazać im wzrokiem krótkie: „a nie mówiłem?”, jednak lęk stężał na jego twarzy w taki sposób, że równie dobrze można by z niej odczytać wiadomość: „chyba się zesrałem”. Sięgnął ostrożnie i powoli po broń, nie chcąc wykonać żadnego gwałtownego ruchu, i rzucił ją na ziemie, tak jak poprzednio. „A więc to w ten sposób ma się zniszczyć moja nowiuteńka broń?” – zadrwił, starając się w jakikolwiek sposób odciągnąć myśli od skierowanych w jego stronę grotów.

- Tylko spokojnie! Nie chcemy kłopotów! Po prostu nie mieliśmy gdzie się podziać, a słyszeliśmy, że rekrutujecie tu ludzi do swojej grupy! – wypowiedział prędko, nawet nie starając się ukryć przerażenia. – Mój brat jest jednym z was! Theobald Heidelberg, czy jak wy go tam… Eee… Nożownik! Tak! Pozwólcie mi z nim porozmawiać i wyjaśnić wszystko.

- Jakby tu był, to już mierzyłby do ciebie z kuszy, głupcze - wysoki głos przemówił po raz kolejny. - No już, bez żadnych numerów - niewidoczny herszt poganiał bohaterów i Cichego. - Odprowadźcie ich do celi.

Rumpel rzucił broń i zlazł z kucyka mrucząc coś pod nosem. Był zły na siebie, że dał się wpakować w takie szambo.

Cała sytuacja nie podobała się Roranowi. Byli w pułapce. Duży zbój nie wiadomo na co czekał. Mógł od razu dzwonić jak kretyn i wezwać resztę. Szkoda było ich języka...

Krasnoludowi trudno było się poddać. Widział kątem oka, że ten elf, co był czarodziejem, odsunął się. Brodacz wiedział, że nie oznacza to, iż chce on uciec, ale że robi sobie miejsce na wypadek walki. Roran widział, jak reszta się poddaje. Tak naprawdę czekali tylko na niego, a on nie miał zamiaru im iść na rękę i tego przyspieszać... Zwłaszcza że nie wiedział, co zrobić.

Mieli czarodzieja po swojej stronie. Szkoda, że to nie był Felix, pomyślał Roran. Ten to by banitów od razu spalił albo wyczuł już wcześniej, że to pułapka. A tak to weszli w nią jak ślepi w gówno.

Jakby był z nimi jeszcze Thurin albo Mały Wulf, to można by się bić albo zarządzić jakiś zbrojny odwrót, a teraz miał jednego tchórza, co rzucił bronią o glebę, nim tamci o to prosili. Poza tym Volker pić nie umiał i łapserdak chodził ciągle narąbany...

Ten drugi to w ogóle chyba nieprzydatny był. Ani to czarodziej ani to wojownik. Na tropiciela też nie wyglądał, więc nie wiem, po co go wzięli. Już lepiej byłoby jakiegoś psa wziąć.

Gdyby był z nimi Bhazer...

Od kolejnego odpłynięcia we wspomnienia Rorana odciągnął rozkaz wydany przez „herszta”. Krasnolud nie lubił, jak się mu rozkazywało i jeszcze rok, dwa lata temu rzuciłby się na olbrzymiego rzezimieszka z toporami, starałby się zasłonić jego ciałem przed strzałami i, gwiżdżąc na Bhazera, to on wydawałby rozkazy, jednocześnie przeklinając wszystkich wokół i ich matki, a zwłaszczą tę szmatę od Volkera.

Tamtego dnia jednak, gdy stracił już wszystko, na czym mu zależało, poczynając od jego miejsca w Górskiej Straży, a kończąc na stracie towarzyszy z Bhazerem na czele, wiedział, że nawet jego piekielna regeneracja nie rozwiąże każdego problemu i nie wyciągnie go z każdego gówna. Nie cenił zbytnio swego życia, ale musiał coś zrobić ze swoją skórą, inaczej czułby, że wszystko, co stracił, poszło na marne...

Krasnolud odwrócił się do elfa z krzywym uśmiechem i pokręcił głową. Następnie odłożył broń na wierzchowca i się od niego odsunął.

- Nikt nie powie, że Roran Uthasson rzucił broń na ziemię – powiedział jakby do siebie.

Dał się spokojnie związać, a gdy znalazł się blisko Volkera, szepnął mu:

- Wpakowałeś nas w niezłe bagno... Lepiej nas z tego szybko wyciągnij, bo to, że jesteś uwięziony przez bandytów, będzie twym najmniejszym zmartwieniem.

Roran był wściekły na nowych towarzyszy i nie miał zamiaru tego faktu ukrywać. Elf zachował się w miarę przyzwoicie, ale był elfem, więc i tak jeszcze musiał się namęczyć, by “być na plusie” w prywatnej hierarchii brodacza.

Na razie nowe znajomości dobrze się nie zaczęły... Nie martwiło to jakoś bardzo krasnoluda, ale powinno jego nowych towarzyszy, bo zły Roran to wredny Roran, a czasami nawet nieświadomie przeistaczał się w „niedającego się z nim wytrzymać” Rorana.

“Cichy”, nadal wyszczerzony w złośliwym grymasie, związał ich marynarskimi węzłami. Z zajazdu wybiegło kilku twardych łotrów z szyderczymi uśmieszkami wymalowanymi na surowych obliczach. Przeszukali śmiałków, zabierając im wszelką ukrytą broń i poprowadzili więźniów przez niewielką sień i schodami do piwnicy do małego, wilgotnego i spowitego mrokiem pomieszczenia. Ciężkie, wzmocnione stalą drzwi z dębiny zatrzasnęły się.

Po chwili jednak otworzyły się znowu.

- Wrzućcie tam jeszcze tego głupca! Skończyłem z nim na dziś.

Na posadzce ciemnego lochu wylądował siwy, ubrany w łachmany starzec. Podniósł się i usiadł pod ścianą. W świetle dochodzącym z niewielkiego, zakratowanego okienka, bohaterowie ujrzeli, że pocięta zmarszczkami twarz starszego mężczyzny spływała krwią. Dziad ciężko dyszał - musiał dziś wiele przejść.

Olbrzym przekręcił klucz w drzwiach i zgasił światło w piwnicy, po czym udał się z resztą bandytów na górę.

- No to co Volker? Jakieś pomysły? Czarodzieju - Roran ciągle nie pamiętał, jak ten elf się nazywa. Krasnolud w zapamiętywaniu imion innych ras nie był zły, był tragiczny. “Chyba coś na M, może Mora albo Mona?”, zastanawiał się Roran. W końcu poszedł na łatwiznę:

- Te elf, coś tu wyczarujesz, czy ciężko będzie? Oczywiście z rozwiązanymi rękoma, bo nie wiem, czy jest sens, bym się męczył i rozwiązywał te węzły.

Roran się rozglądał, ale tak naprawdę to starał się poluzować węzeł na ręce, w której wcześniej napiął mięśnie. Dzięki tej sztuczce miał nadzieję, że jeden węzeł będzie luźniejszy.

- Muszę mieć wolne ręce - elf sam szukał czegoś ostrego, o co mógłby zacząć szorować swe więzy. - Mógłbym spróbować zauroczyć magią drani, tylko nie wiadomo, czy wyjdzie za pierwszym razem i w ilu po nas przyjdą. Jeśli mamy tu zabawić dłużej to skończymy jak ten biedak - wskazał głową starca. - Może znajomość Volkera coś da - choć mina elfa świadczyła, że prędzej uwierzy w latające świnie Chaosu. - Ostatnia opcja to pokazać się z dobrej strony i wyciągnąć pazur. Uwolnić się, rozbroić strażników i dorwać szefa. Uznają nas wtedy za godnych szacunku, ewentualnie za śmiertelnych wrogów i zabiją po drodze. Nie uważam jednak, żebyśmy mieli coś do stracenia.

- Dlaczego cię tutaj trzymają? - Morlanal zwrócił się do staruszka.

Staruszek nie odezwał się ani słowem, nawet nie drgnął, tylko dalej patrzył w podłogę nieobecnym wzrokiem. Pomieszana z krwią ślina kapała mu z ust. Sprawiał wrażenie zupełnie odciętego od rzeczywistości. Biedak...

Morlanal współczuł staruszkowi. Chciał mu pomóc, wiedział jednak, że nie mógł. Musiał oszczędzać magię, by ich wszystkich stąd wyciągnąć. Zbliżył się do drzwi, szukając w nich jakiejś szpary. Pierwszym atutem przy nadarzającej się okazji do ucieczki byłoby dostrzeżenie, ilu strażników po nich idzie, więc szukał miejsca, które by mu to umożliwiło. Może dziurka od klucza?

- To może średni początek znajomości, ale szkoda tracić czas na uprzejmości. Roranie, jeśli mamy stąd wyjść żywi lub chociaż umrzeć próbując… Mam nadzieję, że masz mocne zęby -wystawił swoje związane ręce w stronę krasnoluda.

Volker rzucił nerwowe spojrzenie po celi. Strach w nim zelżał w chwili, gdy zeszli z pola rażenia strzał, a mdłości osłabły na tyle, by nie stanowiły głównego powodu do zmartwień trapera. Co oczywiście nie oznaczało, że się uspokoił. W dalszym ciągu wisieli na ostrzu noża, jednak jeszcze mieli szansę wyjść z tego cało.

Traper zmierzył podirytowanym spojrzeniem krasnala, który ewidentnie szukał kogoś, na kim mógłby się wyżyć. „Impulsywny dureń. Chyba musiał kiedyś wymienić mózg, na te swoje topory” – stwierdził w myślach.

- Nikt nie namawiał cię, byś tu z nami przyszedł. Nikogo z was – Volker rzucił sucho, przyglądając się zebranym. A następnie zwrócił się do elfa, który najwyraźniej zaczął tracić rozum. Zignorował jego czyny i powiedział: – Chyba nie myślisz, że naprawdę mielibyśmy jakąkolwiek szansę, by załatwić uzbrojoną po zęby bandę gołymi rękoma. I jeszcze w ten sposób chcesz zyskać ich szacunek? Do kurwy nędzy, nie wiem co ty o nich myślisz, ale zapewne wielu z nich to zażyli towarzysze, walczący przeciwko wspólnemu wrogowi. Mordując kogoś towarzyszy, nigdy nie zdobędziesz nikogo szacunku… - odwrócił się.

- A czy ty nie masz tego zakichanego ptaka na zewnątrz? Nie możesz go wezwać, by przez kraty swoimi szponami rozerwał ci te węzły? – traper rzucił zrezygnowany, siadając w kącie celi. Spojrzał na staruszka, krzywiąc się. – Może uda mi się z nimi dogadać. Miejmy nadzieje, że to co słyszeliśmy o tym miejscu to jednak prawda i chcą nas na razie tylko zastraszyć, by mogli dowiedzieć się, czy nie jesteśmy przypadkiem od tego pierdolonego księcia. W końcu nie dali nam jeszcze szansy by się nawet wytłumaczyć… - Volker nie tracił czujności wypowiadając się na głos. Wciąż istniała szansa, że ktoś ukradkiem ich podsłuchuje.

- Zamknij się durny baranie - powiedział Rumpel do Volkera i wymownie spojrzał na staruszka. - Nie dość, że przez chciwość tego długouchego idioty mamy na głowie ludzi księcia, to jeszcze wpakowaliśmy się w gówno przez twoje durne pomysły. “Mam brata, mam brata, on nam pomoże” - przedrzeźniał gnom. - I co, gdzie jest teraz twój braciszek?

Podczas swego opierdalackiego wywodu, Rumpel mrugnął do Volkera, by się połapał w tym wszystkim, oczywiście tak, by staruszek tego nie widział.

- Elfie, tylko w ostateczności - powiedział Roran. Tak naprawdę to pomysł nie wydawał mu się głupi. W końcu zęby i tak mu się zregenerują, nie? Roran dokładnie przyjrzał się grubości liny i próbował oszacować, czy jej przegryzienie jest wykonalne.

- A gdzie mieliśmy iść? Mówiłeś, że masz plan, to teraz nie pierdol głupot i przyjmij to jak mężczyzna. O cholera, mogłem dalej być tym pieprzonym ochroniarzem. Co mnie podkusilo... - zapytał jakby sam siebie Roran, jednocześnie dając znać reszcie, że jest gotów grać z nimi w tą grę.

Rumpel! No to jest proste imię, a nie jakieś ludzkie wynalazki. Od razu widać, że mają coś wspólnego z krasnoludami, pomyślał Roran.

- Jesteś obecnie moim ochroniarzem. Szkoda, że książę dowiedział się o wydobyciu złota z nieznanej mu żyły, ale co poradzisz - elf również podjął grę. Precyzując jednocześnie za co wpadli. Żeby potem nie wpadli w głupi sposób, jeden powie, że srebro, inny złoto... - jeśli nie trafiliśmy na półgłówków, to uznają nas za użytecznych. Problem polega na tym, czy wcześniej nie przepuszczą nas przez pewne zabiegi - wymownie spojrzał na staruszka. - Nie musimy ich zabijać czy ranić - powiedział już do wszystkich. - W końcu szukamy tu tylko azylu. Naprawdę chcemy zdać się na ich łaskę i liczyć, że prawidłowo nas ocenią jako przydatnych? Nie zwykłem czekać biernie… Nadal mogą nas zwyczajnie zarżnąć. Zaryzykujecie? - patrzył już na Rorana, próbując się uwolnić.

- Rumpel, chociaż spróbuj się uwolnić - zachęcił gnoma.

- Cholera by was wzięła! Myślicie, że jak gnom, to zaraz się wysmytla - pomruczał Rumpel i spróbował się uwolnić. Między jękami, kwękami i przekleństwami zapytał nieznajomego współwięźnia: - A ciebie czemu tu trzymają dziadku?

Staruszek nie zareagował. Zupełnie tak, jakby nie zrozumiał, albo nawet i nie usłyszał pytania - bo gdyby przecież słyszał, a nie rozumiał, zdradziłby zainteresowanie chociażby nagłą sztywnością ciała. Ramol siedział tak i siedział, pogrążając się w swym osobliwym obłędzie.



12 Jahrdrung 2515 KI, Aubentag

loch “Gościnnej Gospody”


- Trzeba było z nimi walczyć. Przynajmniej umarłbym z bronią w ręku, a nie z głodu w piwnicy... – powiedział Roran. Krasnolud przemieścił się tak, by rękoma dotknąć liny, którą związany jest elf i starał się rozwiązać jego węzeł.

- Gadaj coś, bo się kapną, że za cicho jesteśmy - szepnął krasnolud do czarodzieja.

- Powtórzę to, co wczoraj. Gryź, bo i tak nie mamy nic lepszego do roboty - wyszeptał do krasnoluda. - Ciekawe, czy wyżyje - powiedział już na głos, wpatrując się w staruszka. - Mógłbym go uzdrowić, gdybym miał wolne ręce. Leczenie ran magią nie jest aż takie trudne. Kwestia, czego się czarodziej uczył, leczenia czy zadawania ran – pomarudził, wciąż na głos.

- Nie zdążyłbyś zrobić nawet kroku, a już naszpikowaliby cię strzałami. A nas razem z tobą. Równie gówniana śmierć… - Volker rzucił do krasnala, czując suchość w ustach. Ten przymusowy odwyk wcale mu się nie podobał, a spore zapasy, które kupił na drogę, zostały już z pewnością spożyte przez tę bandę zbirów. Miał nadzieje, że przynajmniej jednego z nich będzie dręczył okrutny ból głowy.

Gwałtownymi ruchami rąk zaczął próbować się uwolnić. W końcu co miał do stracenia…

- Gdyby chcieli nas zabić, to zrobiliby to wczoraj na tym placu - powiedział. - Albo chcą nas zmiękczyć, albo czekają na rozkazy z góry. Może posłali po mojego brata...

- Usraliby się, panie Volker. Ludzie i ich spostrzeżenia - pokiwał głową z dezaprobatą. - Miejmy nadzieję, że pana brat nas wyciągnie. Bo wdepnęliśmy w to poniekąd przez pana.

- Ha! Czyli cela w lochu u księcia i szubienica bardziej by ci odpowiadała? - traper odparł, przyglądając się elfowi z ukosa. - Powiedziałem wam tylko to, co zasłyszałem na mieście i dałem propozycję. Mogliście zostać. Mogliście uciekać w inną stronę, albo chować się po wsiach, licząc na to, że ludzie księcia was nie wytropią, albo jakiś pieprzony dziad z wioski nie zechce dorobić sobie, wydając was władzy. Albo mogliście iść gdziekolwiek byście chcieli. Wokoło dzicz jest rozległa. Na pewno tam byście sobie razem poradzili… Ale wszyscy banici udają się tutaj i zaciagają się u nich. Mojego brata także skazano za to, że sprzeciwiał się władzy i namawiał ludzi do buntu. Nie wiedziałem, co się z nim działo, do czasu aż ujrzałem jego imię na liście gończym… Nigdy nie myślałem, że skończę tak samo… A jest jeszcze gorzej!



13 Jahrdrung 2515 KI, Marktag, wczesny wieczór

“Gościnna Gospoda”

Więźniowie usłyszeli stukot ciężkich butów i skrzypienie schodów. Ktoś się zbliżał. Przez uchylony wizjer zakładników taksowało srogie spojrzenie zbója.

- Tak, to on. Weźcie go do baru.

Volker poznał głos brata.

"Cichy" postawił trapera na nogi, po czym, popychając go, wyprowadził po schodach i powlókł przez sień do sali, z której dolatywał kwaśny odór wina i spoconych ciał, łomot kufli i pięści tłukących o toporne stoły oraz zapierające dech w piersiach strzępy sprośnych piosenek.

Na środku zatłoczonego pomieszczenia stało wolne krzesło. Zgromadzona w spelunce zbójecka gawiedź czekała na przedstawienie, wskazując kuflami na więźnia. Gdyby tylko mógł, zmieszany i dotknięty Volker niewątpiwie umknąłby chyłkiem, lecz nędzne kundle najwidoczniej postanowiły bawić się jego kosztem.

Olbrzym popchnął jeńca na krzesło. Theobald stanął przed swym bratem. Przez krótką, pełną napięcia chwilę mierzył go w milczeniu zamglonym wzrokiem. Złośliwiec mógłby powiedzieć, że pijaństwo u Heidelbergów było rodzinną tradycją. Jednak brat nie pił dla przyjemności. Lękał się, nie wiadomo kogo - czy księcia, przed którym uciekał, czy Lorda Rogacza, dla którego pracował - bardziej niż śmierci. Na trzeźwo nie mógł znieść strachu, pił bez przerwy, niemal nigdy nie trzeźwiejąc.

- Wytłumacz się - rozkazał, nie tracąc czasu na przeklętą gadaninę.

- Bra… - traper urwał. Kiedy po raz pierwszy usłyszał głos brata, niemalże uronił łzę szczęścia. Uczucie głodu i pragnienia nagle osłabło, a nadzieja Volkera powróciła. Ucieszył się nie tylko dlatego, że zostanie ocalony. Możliwość spotkania z Theobaldem po tak długim czasie, również sprawiła, że w pierwszej chwili chciał ująć go w braterskim uścisku. W końcu wciąż był jego małym braciszkiem…

„Jak bardzo się myliłem.” – pomyślał, spoglądając na niego z lękiem w oczach. Teraz stał przed nim obcy człowiek. Nie ten sam, którego zapamiętał podczas ostatniego pożegnania, kiedy to Volker musiał opuścić rodzinne strony. Z jego twarzy zniknął wyraz młodzieńczej pasji życia i nieskrępowanej swobody, a zamiast niego pojawiła się kamienna maska udręczenia i strachu. Jakże podobna do tej, którą na co dzień nosił Volker.

„Diabelska krew” – zadźwięczało mu w głowie. – „Czy tylko jednemu z czwórki Heidelbergów będzie dane ją zwalczyć?”.

- Nie mieliśmy gdzie się podziać… - zaczął, starając się nieudolnie stłumić strach i słabość. – Jakiś czas temu wraz z tymi nieludźmi zaczęliśmy wydobywać złoto. Z tej krasnoludzkiej kopalni, którą ponownie otworzono w Riesenburgu. Ale przez chciwość wpakowaliśmy się w niezłe kłopoty… Żaden z nas nie chciał dzielić się z księciem wydobytym złotem, bo zabierał on zawsze spory procent. Ten elf z gnomem wykombinowali, że najlepiej dać w łapę kilku strażnikom, by przymykali na nas oko – opowiadał, przytaczając historię, którą wspólnie obmyślili przed wyjazdem. – I nawet kilka razy nam się udało. Wynieśliśmy od cholery złota. Sami widzieliście, że nasz sprzęt nie należy do najtańszych. Ale oczywiście musieliśmy się kiedyś potknąć. Z każdą wyprawą strażnicy żądali wyższej zapłaty, aż doszli do tego, że bardziej opłacałoby się oddawać normalną stawkę księciu niż im. Ale ich to nie obchodziło. Zaczęli nas szantażować. Później zaczęliśmy się kłócić. A jeszcze później, kiedy nie doszliśmy do porozumienia, postanowili nas sprzątnąć i zabrać wszystko… Udało nam się obić im mordy i uciec, ale chwile później szukała nas już cała straż… Szybko zabraliśmy co było pod ręką, w nocy znów włożyliśmy do kieszeni strażników bramy większość naszego złota, a za miastem kupiliśmy zapasy na drogę i konie. Później przypomniałem sobie plotkę o tym miejscu. Że tu uciekają wszyscy ścigani przez księcia. Chcieliśmy wam zaoferować swoją pomoc w zamian za schronienie… Po prostu nie mieliśmy innego wyjścia…

Rozległy się szepty. Theobald popatrzył pytającym wzrokiem na karła plątającego się między nogami zbójów. Niziołek odpowiedział spojrzeniem, które wyrażało pozwolenie... Tylko na co? I czemu tak postawny rozbójnik jak brat Volkera przyjmował rozkazy od jakiegoś konusa?

Heidelberg uśmiechnął się, jego oczy zabłysły złowieszczo.

- Jak chcesz być jednym z nas, musisz być tak bezlitosny jak my - wręcz wykrzyczał, rozglądając się po zgromadzonych okrutnikach. - Przyprowadźcie starca!

Dwóch drabów wyszło z baru i wkrótce zjawili się z dziadem, z którym traper spędził ostatnie dwa dni w lochu. Łachmaniarz był tak nieświadomy otoczenia i zanurzony w swym obłędzie, jak wczoraj i przedwczoraj. Starca rzucono na kolana, prosto przed Volkera. Theobald rozwiązał swemu bratu ręce i wręczył jeden ze swych noży, starych narzędzi użytych niezliczoną ilość razy do zadawania śmierci, po czym wycofał się do pozostałych rzezimieszków. Cała sala pogrążyła się w ponurym oczekiwaniu.

Volker spojrzał na otępiałe ciało, które zapewne kiedyś można nazwać człowiekiem. Teraz było jedynie obłąkaną masą, nieświadomą niczego. Pustą. Mogłoby się wydawać, że byłoby znakiem litości, gdyby traper po prostu rozpłatał go na kawałki. Jednak wcale nie chciał tego robić. Nie chciał zabijać i przelewać krwi niewinnych.

Ręce mu drżały. Nie wiedział już czy z powodu głodu i odwodnienia, czy z nerwów. „Zabij albo zostań zabitym” – odwieczne prawo krążyło w jego głowie. Wiedział, że musiał to zrobić. Zaczął przypominać sobie wydarzenia poprzednich dni. Ciasny loch. Głód. Towarzystwo osób, które co raz wypominały mu jego wady. Obrażali go. Uważali za głupca. Zapadł w pamięci jeszcze dalej. Widok szydzących i rzucających w niego kamieniami małolatów, kiedy to w zimny poranek nie mógł podnieść się z rynsztoku. Wspomnienia wściekłości, która doprowadziła do sytuacji, kiedy pierwszy i ostatni raz kogoś zabił. I wspomnienia bestii. Największego wroga, którego kiedykolwiek miał spotkać. Rozpaczliwy i niedokończony wrzask rozpaczy Sylvii.

Ręce zacisnęły się mocniej na nożu. W starcu ujrzał ów bestie. Leżała przed nim bezradna, mógł zemścić się. Zemścić się za wszelkie krzywdy, które mu wyrządziła. Za to, że przez nią znalazł się właśnie w tym miejscu. Oraz za pozostawiony przez nią pomnik, zmorę prześladującą Volkera w snach. Zmorę, którą starał się odpędzić, zatracając się w alkoholu.

Niespodziewanie spojrzenie oderwanego od rzeczywistości szaleńca zbystrzało, był niczym wychudzona ludzka bestia o jastrzębim obliczu. W porę chwycił rękę Volkera i wykręcił ją tak, by broń wysunęła się z dłoni napastnika. Bicie serca później starzec, ku uciesze gawiedzi, siedział triumfalnie na powalonym traperze. Dziad wstał i odszedł, nie podając ręki śmiałkowi. Stanął przy Theobaldzie. Ten powiedział:

- Ty i twoi towarzysze będziecie musieli się dużo nauczyć.

Volker zamrugał kilkukrotnie starając się zrozumieć, co dokładnie się przed chwilą wydarzyło. Jeszcze kilka sekund wcześniej, stał rozwścieczony nad – jak się wydawało – obłąkanym i bezsilnym starcem. Teraz zaś leżał rozłożony na ziemi. Zbyt słaby i zdumiony, by cokolwiek zrobić. Cała wściekłość w nim nagle uleciała, a nowa myśl złośliwie wbiła się w jego głowę. „Naprawdę chciałem zabić niewinnego człowieka?”.

- Lepiej dajcie coś do żarcia zamiast prawić kazania, Theobaldzie - powiedział pseudostaruch żartobliwym głosem. - O medal za zasługi dla obronności kraju już nie proszę, wystarczająco dużo takich błyskotek dostałem od Imperatora.

W końcu podniósł się z ziemi, wpatrując się w niedoszłą ofiarę. Najwyraźniej chciał coś powiedzieć starcowi, jednak wtedy dotarły do niego słowa brata. Ponownie zamrugał.

- Chcesz przez to powiedzieć, że możemy do was dołączyć? – zapytał Volker.

Theobald popatrzył na "szpiega", a ten oświadczył:

- Są czyści.

- Dołączycie, jeśli wykażecie się odwagą - odpowiedział brat Volkera.

- Zrobimy wszystko, co każecie – odpowiedział oszołomiony wydarzeniami traper. - Ale przed tym trochę jadła i coś mocniejszego do picia by się przydało, chyba rozumiecie…

"Nożownik" skinął głową i rozkazał, aby przyprowadzono i uwolniono pozostałych awanturników. Kawały mięsa i kielichy wina po dniach spędzonych w lochu były zaproszeniem do brutalnego świata, gdzie więzy krwi znaczyły niewiele; zwycięski herszt i własne korzyści - to wszystko. Nie zapowiadało się na radosną, beztroską biesiadę - panowało dziwne wzburzenie połączone z niezdrowym zainteresowaniem, a zbójeckie piosenki i trzaski kufli piwa zagłuszały szepty, których nie mógł zrozumieć nikt poza szepczącymi.


 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 03-06-2015 o 08:20.
Clutterbane jest offline  
Stary 08-06-2015, 20:28   #5
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
12 Jahrdrung, Aubentag 2515 KI, poranek

laboratorium czarodzieja Dehma

- Nie wiem, co o tym myśleć - brak snu był zauważalny na obliczu Thurina. Przetarł knykciami spuchniete, zaczerwienione jak rubiny oczy. - Wyciągasz mnie Felixie z łoża, a potem informujesz mnie, z właściwą tobie rozbrajającą szczerością, iż ktoś porwał naszego przyjaciela Jochena. Na Valayę! Kto mógłby porwać kulawego karczmarza? By chociaż atrakcyjny był, ale nie, wygląda jak pyrgnięty nadziakiem żubr. Hm… Z rana trudno jest wyciągać daleko idące istotne wnioski, ale… Widział męża z eugenowej karawany, w teorii martwego. I ów nieboszczyk go rozpoznał. Czy bierzecie pod uwagę możliwość, iż to pachołki tej zdradzieckiej szumowiny porwały Leonhardta? - krasnolud zakończył pytaniem i przeraźliwie ziewnął, aż misternie wykonane zegary zatrzęsły się na swoich miejscach.

Felix wyglądał jak ktoś, kto nie przespał całej nocy, co było prawdą. Mógł pożyczyć siły witalne od chowańca, co zrobił, ale dalej było widać po nim zmęczenie, choć go nie czuł. Posłuchał Thurina i przyniósł dwie książki.

- Albo to, albo konkurencja, albo bandyci dla okupu, albo wspólnik postanowił zostać jedynym właścicielem. Przez noc sprawdzałem, w jaki sposób mógł być związany z tym Czarnoksiężnik.

Otworzył pierwszą z ksiąg - spis monstrów - na stronie poświęconej doppelgangerom.

- Niestety niewiele znalazłem. Ludzie nie wstają z martwych, a członków karawany widzieliśmy martwych. Dlatego wraz z mistrzem Dehmem podejrzewamy doppelgangera lub nawet kilku. Nie wiemy dokładnie, czym są te stworzenia i jak powstają, poza ich pewnym związkiem z Chaosem. Potrafią przyjąć kształt dowolnego humanoida oraz imitować jego zachowanie. Coś, co widział Jochen, mogło być jednym z nich. Rozpoznało go i mogło chcieć wyeliminować. Sporne jest czego potrzebują, by przyjąć formę innej osoby. Jedni mówią, że wystarczy samo spojrzenie, inni mówią o krwi ofiary za to...

Otworzył drugą książkę w założonym miejscu.

- Tutaj znalazłem ciekawą informację – odchrząknął Felix. - “Na wykutych w kamieniu, wąskich półkach stały tysiące maleńkich figurek, przeważnie szarego koloru. Te posążki, niewiele większe od ludzkiej dłoni, przedstawiały ludzi i były tak znakomicie odrobione, że mogłem rózróżnić charakterystyczne cechy każdej z postaci. Patrząc na nieruchome, nieme posążki, czułem dziwny niepokój spowodowany ich łudzącym podobieństwem do żywych ludzi. Dotknąłem jednego, ale nie zdołałem stwierdzić, z jakiego materiału został wykonany. W dotyku figurka zdawała się być zrobiona z wysuszonej kości.”

- Mam przeczucie, że może to odnosić się do naszej bestii. Wynikałoby, że doppelganger może potrzebować figurki z podobizną ofiary, możliwe, że z jego kości. To by wyjaśniało, czemu udają martwych, mają dostęp do ich ciał.

- Obawiam się, że pan Jochen może być martwy. Bestia ponoć ma w zwyczaju pożerać swoje ofiary.

- Cóż, mam nadzieję, że tak się nie stało. - odchrząknął Thurin. - O ile pamięć mnie nie myli, te Bedaki, bo tak my, brodaci, je zwiemy, po zmianie w inną osobę przejmują też jej wspomnienia, są w stanie idealnie odwzorować pożartego… jeśli tak, to musimy się mieć na baczności, bo może oszukać i nas.

- To tyle, jeżeli chodzi o wiedzę o nadprzyrodzonym. By znaleźć coś więcej, musiałbym odwiedzić pana Bergmanna. To zajęłoby czas, a musimy się spieszyć. Nie możemy odkładać wyruszenia w drogę, inaczej wszystko się może rozpaść, a ci, co wyruszyli przed nami, będą w niebezpieczeństwie. Jochen miał udać się na spotkanie, pewnie jego wspólnik coś wie.

- Cóż, w ostateczności możemy opóźnić wyjazd o jeden dzień, choć wątpię, by mogło to coś zmienić. - Thurinsson zahaczył cholewą buta o długi kij, wywracając go i rąbiąc huku co niemiara. Zaklął. - Myślisz Felixie, że taki Doppelganger mógłby chcieć przejąć tożsamość księcia Guntera? Valayu, broń przed złymi mocami, może jedna z tych istot przejęła tożsamość jakiejś ważnej persony! Zatrważająca perspektywa, muszę powiedzieć...

- Spróbuję zasięgnąć języka wśród członków gildii mieczników i płatnerzy - zdecydował Thurin. - Popytam też znajomych z milicji i karczmarza Ferragusa z “Wywałaszonego Kogucika”. Być może coś widzieli, o czymś słyszeli.

- Posłaniec przyszedł do mnie, pan Elmar chcę się z mną spotkać - Felix dołączył się do planu. - Więc pójdę do niego i spróbuje się dowiedzieć, z kim miał się spotkać Jochen i gdzie oraz sprawdzę to miejsce. Tymczasem Reiner sprawdzi mieszkanie Jochena. Mały Wulf nie chce się mieszać w śledztwo. A sprawami magii zajmę się, jeżeli trop na nie nas zaprowadzi. Nie ma co marnować czasu bez pewności.

12 Jahrdrung, Aubentag, 2515 KI

Hans rozdaje karty

- Broda, słuchaj - rozpoczął mentorskim tonem płatnerz Schuster, nie przerywając strugania drewnianej figury gońca. Pionek był o tyle specyficzny, że był w kształcie... Krasnoluda. Thurin aluzję zrozumiał, przecież znał głupkowate poczucie humoru rzemieślnika nie od dziś. Powstrzymał się jednak od odegrania się, przynajmniej do czasu. Tamtego dnia potrzebował po prostu wiedzy.

- Mówisz porwanie... - mężczyzna pochmurniał. - W Riesenburgu jest pewien szuler, Hans Heribert Krimm. Mówię ci, prawdziwy geniusz kart! Szanuję go jak mało kogo za umiejętności. Wstyd się przyznać, ale nigdy z nim nie wygrałem - wcale to nie zdziwiło Thurina, który regularnie odgrywał starego kowala w szachy. - Według pogłosek, kanciarz trafił do więzienia za pochowanie kogoś żywcem. O co dokładnie poszło, tego ci nie powiem... Nie chcę się w to nawet mieszać. Jak i do tego, dlaczego go wypuszczono po tak krótkim czasie. To zresztą nieważne. Mówię ci o Hansie dlatego, że gromadzi on imperialne mile notatek o każdej osobie, która go zainteresuje lub którą pozna. Dorwij go w którejś ze spelunek. Tylko uważaj, Hans albo już wie o tobie wszystko i będzie żądał jakiejś przysługi, albo przynajmniej zedrze z ciebie dziesiątki karli za informacje. Jednak mówię ci, naprawdę warto.

- Skoro tak twierdzisz, to pewnie się nie mylisz. - podjął krasnolud. Kątem oka zerknął na figurę. Pominąwszy specyficzne poczucie humoru podstarzałego miecznika, miał talent do kształtowania drewna. Szkoda, że miast tego nie kształtował metalu. - Biorę dziś wychodne. Należy mi się, bowiem ciężko pracowałem, et cetera. Mówisz Krimm? Miano obiło mi się o uszy. Gdybyś mnie szukał, idę do karczmy Ferragusa. Wiesz, gdzie to jest.

Jak Thurin powiedział, tak zrobił. Przed wejściem do oberży krasnolud był świadkiem, jak kilku drabów karczmarza wyprowadza na zewnątrz szamoczących się niziołków. Jak to Bretończyk mówił, "tych nie obsługujemy" od czasu pożaru. Co nie znaczy, że wcześniej byli mile widziani. Oberżysta do mniejszej rasy podchodził z mieszaniną sympatii, obrzydzenia i stachu przed innością, z czym wcale się nie krył.

Sam Ferragus stał za ladą i zajmował się swą robotą. Thurinsson, nie mając czasu na pogaduszki, zlokalizował swój cel w rogu kwadratowej sali. Tasujący talię kart szczupły ponury mężczyzna spoglądał wyzywająco na uwiązanych do swych kufli mieszczuchów, z ustami wykrzywionymi w okropnej imitacji śmiechu.

To nie będzie łatwe rozdanie, pomyślał brodacz. Zakręcił w kierunku Ferragusa, stawiając kroki tak ostrożne, jakby skradał się pomiędzy wilczymi dołami. Nachylił się do karczmarza.

- Daj proszę dwa kufle, dla mnie i Krimma. - mruknął. - Do jego stolika. Zapłacę przy okazji, dobrze?

Krasnolud zaczął przedzierać się przez zbity tłum bywalców, niczym krasnoludzki pancernik, rozbijający wokół siebie łupiny zielonoskórych, zmuszający morskie zwierzęta do pośpiesznego odpłynięcia na bok. Powoli, ostentacyjnie przysiadł się do stolika.

- Krążą plotki - zaczął bez powitania. - że wiesz dużo. Nie będę owijał w bawełnę, zakrywał słowa woalem. Jestem tu po informacje, a zacznę od pytania - czy wiesz, kim jest Jochen Leonhardt?

- Agent księcia raczej nie przyszedłby na partyjkę - odpowiedział Hans, nie odrywając oczu od talii kart. Po chwili odłożył ją na bok i powiedział:

- Mogę wiedzieć. Na dowód tego powiem, że to Nulneńczyk, który przejął nie ten interes, co trzeba. "Przyłbica i Kwiat", zgadza się? Informacje będą kosztować. Trzydzieści karli.

- Nie większy ze mnie agent od tego tam parobka, co leci z jęzorem na wierzchu. - oznajmił Thurn. - Trzydzieści karli to dużo. Jeśli mam je wsypać do twej dłoni, muszę wiedzieć, że mnie nie okpisz. Podzielisz się ze mną swymi przemyśleniami, swą wiedzą… a ja wtedy podzielę się złotem. Może i pierdzę po polewce z grochu, ale słowa dotrzymuję.

- Bliscy wam oberżyści mieli kilka wizyt niepożądanych gości z półświatka, o których Elmar chyba nie raczył wam wspomnieć z obawy o swój interes. Więcej nie powiem... A jeśli złoto jest dla ciebie zbyt cenne krasnoludzie, możesz mi wyświadczyć w zamian drobną przysługę. Dźgnąć pod żebra pewnego biednego staruszka, którego śmiercią nie przejmie się nikt - powiedział bez mrugnięcia Hans.

- Prócz mnie. - odparł zasępiony krasnolud. - Nie zwykłem uciekać się do płacenia rozlanymi kroplami posoki. Za to, czym się podzieliłeś, a także za to, czym podzielić się możesz, zapłacę ja ci złotem. Nieoberżniętymi monetami. Nie mam ich jednak ze sobą, bo naiwny nie jestem. Zapłatę odebrać możesz u czarodzieja, miano jego Von Welf. Czy taki układ cię usatysfakcjonuje?

- Najpierw monety.

- A jak dowiedziesz, że nie wziąłeś złota po to, by mnie okłamać? Za prawdę zapłacę szczerym złotem… ale najpierw muszę upewnić się, że mnie nie zwiodłeś.

- Widzę, że nie mamy o czym gadać - szuler dopił piwo i wziął do ręki talię kart. Przestał zwracać uwagę na krasnoluda.

Thurin zaklął w myślach. “Co za pies przebrzydły!”. Przez chwilę kusiło go, by strzelić szulera w pysk, ale powstrzymał rękę i wstał od stolika. Gdyby ten cholerny Felix dał mu złoto… ale nie, potem. No to kurwa jest potem. I jakoś nie widzę tego cholernego przypływu wiedzy. Miał już odejść, ale odwrócił się i rzucił przez ramię.

- A jeśli zapłacę połowę teraz, a drugą część potem?

- Słuchaj, nie musisz mi płacić w ogóle. Nóż przy sobie przecież masz - Hans uśmiechnął się pod nosem.

- Ten staruch, kim on jest? - zasępiony Długobrody stuknął knykciami o blat stołu.

- Nikim ważnym. Żebrakiem, który zalazł mi kiedyś za skórę, jeszcze zanim wylądowałem w pace. W dodatku niezrzeszonym żebrakiem. Mogę nawet cię podprowadzić, bo wiem, którymi uliczkami się porusza.

- Kim był, zanim zaczął wysuwać dłoń po błyszczącą monetę?

Hans wzruszył ramionami.

- Wszystkiego nie wiem. Bretończyk. Sądząc po jeszcze okazałej tuszy, bogaty Bretończyk.

- Zobaczę go, jak świnię na targu. - oznajmił zrezygnowany Thurin. - Ale i pogawędzę z nim. Być może uczynię to, o co mnie poprosiłeś. Wpierw jednak musisz mnie do niego doprowadzić.

- "Być może" nie zachęca mnie nawet do wstania od stołu. Pogram kilka dni tu i tam, uzbieram monety, i wtedy nie będziesz mi potrzebny.

- Ach, oblewasz wrzątkiem me serce. Zapłacę ci trzydzieści karli, niech to szlag trafi. Chyba, że złoto utraciło już dla ciebie znaczenie…

- Nareszcie jakaś decyzja - szuler podsumował negocjacje.

- Odczekaj kilka chwil.

Thurin powrócił przez zatłoczoną izbę, prosto w ramiona zabieganego Ferragusa. Nie omieszkał zauważyć, że po drugiej stronie sali zasiadało kilku znajomych z milicji, uznał jednak, że póki co nic z tym fantem nie uczyni. Stuknął knykciem o ladę.

- Przyjacielu, jest taka sprawa. - Breton był zabiegany, a cozło miał pokryte warstewką potu. - Potrzebuję pożyczki, nagłej. Nagły będzie też termin jej spłaty. Trzydzieści złociszy. Po znajomości.

- Już cię ograł? - wystrzelił Ferragus, unikając kontaktu wzrokowego z szulerem. - A nie, widzę, że to nie takie łatwe...

Oberżysta obsłużył jeszcze Riesenburczyka czy nawet dwóch i wrócił z płócienną sakiewką.

- Tylko pospiesz się ze spłatą, to niemała sumka.

- Pospieszę się. Gdybym z jakiegoś powodu nie mógł spłacić, dla przykładu ktoś rozwaliłby mi łeb buzdyganem, wtedy skieruj się do Felixa von Welfa. To ten czarodziej, wiesz który.

Thurin zawrócił z powrotem w kierunku szulera. Miał już po dziurki tego Krimma i wszystkiego, co z nim związane. Rzucił na stolik wypchaną sakiewkę.

- Oby kruszec, z którego wybito te monety, rozwiązał ci język.

- Słuchaj - szuler zaczął. - W Górnym Mieście stoi otoczona murem willa, patrolowana przez odzianych w kolczugi najemników. Okazała posiadłość należy do rodziny Serrachiani, której głową jest stary, zmęczony wojnami, intrygami, a nawet w pewnej mierze ideałami łotr. W zamian za herb księcia na tileańskich zbrojach, Luca - bo tak ma na imię - cieszy się pewnymi przywilejami. Można powiedzieć, że Zahn przymyka oko na jego machlojki. Naszemu władcy to chyba nawet na rękę, że ktoś wyręcza go w trzymaniu Riesenburczyków za pysk, podczas gdy on może skupić się na "polityce zagranicznej" - zakasłał teatralnie. - Rozumiesz. Twoi znajomi podpadli chyba nie tym ludziom, co trzeba.

- Rozumiem. Ale czy Jochen rozumiał ruszając ku Dolnemu Miastu?

Kanciarz rozłożył ręce.

- Moją domeną jest wyłącznie dostrzeganie zależności ogólnych.

- A moją - kręcenie się w kółko. Choć może nie do końca. Dziękuję za podzielenie się ze mną wiedzą. - zakończył i wstał.

- Słuchaj - szuler zatrzymał krasnoluda - a nie załatwiłbyś mi jakiejś ciepłej posadki u księciunia? Słówko Pascalowi i moglibyśmy zapomnieć o tych karlach - poklepał leżącą na stole sakwę. - Uznalibyśmy to za początek współpracy.

- Tak stawiasz sprawę? Cóż, porozmawiam z Bretonem. Powiedz mi tylko, jaką posadę być chciał zająć pośród nowej klasy rządzącej?

- Isidore i ja zajmujemy się tym samym - informacjami. Na pewno przyda mu się ktoś na mieście... Oddaję monety i czekam na dalsze informacje, a w międzyczasie jeszcze poszperam.

- Więc oczekuj mnie.

Thurin wycofał się ku Ferragusowi i rzucił mu płócienny worek, wypełniony złotem. Uśmiechnął się głupio i rozbrajająco.

- Mówiłem ci, że szybko spłacam długi.

12 Jahrdrung, Aubentag, 2515 KI

"Przyłbica i Kwiat"

Awanturnik Jochen Leonhardt i jeden z "tutejszych" - Elmar Vortmeyer - przejęli "Przyłbicę i Kwiat" niedługo po tym, jak książę Wallerfangen uwięził i skazał poprzednią właścicielkę - Barbarę Petermann. Postawiono jej zarzut rzekomej "działalności przestępczej", jednak każdy mieszkaniec Riesenburga wiedział, że przedsiębiorcza kobieta nagrabiła sobie próbą zorganizowania wyprawy do zamkniętej od lat kopalni. Sprawa Barbary Petermann była dla całego miasteczka sygnałem, że nowy władca nie życzy sobie, aby ktokolwiek mieszał się do jego interesów. Dlatego też z tym większym zaciekawieniem tutejsi obserwowali rozwój wypadków związany z napływem krasnoludów, których Gunter Zahn nie będzie mógł tak po prostu zamknąć albo wygonić z Riesenburga.

Czym oberża wyróżniała się na tle innych? Gospoda była strzelistym, wielopiętrowym budynkiem zorganizowanym wertykalnie wokół spiralnych schodów przebiegających przez środek każdego piętra. Oprócz specyficznej struktury wyróżniał ją jedyny w swym rodzaju przysmak szefa kuchni - rzadko spotykane ślimaki, które - jeśli akurat nie znajdowały się na talerzu klienta - to swobodnie pełzały po ścianach przybytku. Zarówno pochodzenie, jak i hodowla oraz sposób przyrządzania mięczaków były tajemnicami, dzięki którym "Przyłbica i Kwiat" cieszyły się powodzeniem wśród nielicznego grona smakoszy i osób szukających nowych doznań kulinarnych.

Podczas rozmowy z Felixem Elmar wydawał się gburowaty i nieuprzejmy, jednak nie można było powiedzieć, że nie przejmował się zniknięciem Jochena. Traktował "Przyłbicę i Kwiat" jako cały swój dorobek życiowy i ostatnim, czego chciał, była utrata karczmy. Sam wspólnik mógł go mniej interesować niż odpowiedź na pytanie, czy jego też może spotkać podobny los, czy narobił sobie nowych wrogów, czy powróciły demony przeszłości... Mimo wieku był ciekawy świata. Przy nadarzającej się okazji oberżysta chciał dowiedzieć się jak najwięcej od Felixa o Imperium i o przygodach, jakie przeżył czarodziej, nie żałując rozmówcy wina.

O samym Jochenie Elmar nie powiedział zbyt wiele. Od czasu, kiedy Nulneńczyk zobaczył znajomego strażnika z karawany, z każdym dniem zachowywał się coraz bardziej podejrzliwie, ostrożnie i nieufnie. Zniknął wtedy, gdy poszedł na spotkanie z kimś w Zamglonym Zaułku w Niższym Mieście. Z kim - tego nie wiedział.

12 Jahrdrung, Aubentag, 2515 KI

mieszkanie Jochena Leonhardta

Reiner wybrał się do Średniego Miasta, gdzie mijał wysokie, niewiarygodnie stare kamienice, o kalenicowych dachach, miotających się szaleńczo to w przód, to w tył, to na boki. Zmierzał w stronę kilku stojących naprzeciw siebie budynków, które, chyląc się jednakowo ku przodowi, spinały ulicę dachami na podobieństwo łukowego sklepienia; rzecz jasna skutecznie odcinając ulicę od światła.

Jochen mieszkał w trzeciej kamienicy, zdecydowanie najwyższej na całej alei. Był to chwiejący się budynek, w którym stróżował paralityk. Kręte, skrzypiące i rozchwierutane schody prowadziły do drzwi zamkniętych na duży drewniany rygiel i z zatkaną dziurką od klucza - dowodem paranoi właściciela. Najemnik poradził sobie z drzwiami najciszej jak tylko potrafił, choć i tak wydawało mu się, że zbudził całą kamienicę. Nikt jednak nie interweniował.

Pokój był był bardzo duży, a z racji niezwykłej wręcz skromności wyposażenia wydawał się jeszcze większy. Umeblowanie ograniczało się do łóżka, odrapanej szafy, stojaka z miednicą, małego stolika i trzech staroświeckich krzeseł. Nie widać było oznak zaniedbania i opuszczenia - zupełnie jakby właściciel przed chwilą wyszedł i miał zaraz wrócić.

Altdorfczyk po szybkich oględzinach zasiadł na najwygodniejszym krześle, starając się zebrać myśli. Odsunął szafę i zauważył, że tynk ściany w tym miejscu był jakby świeższy. Zabrał się do zdrapywania.

Po chwili Reiner trzymał w rękach obity w skórę tom, którego nowa okładka kontrastowała ze starymi stronicami spisanymi w języku klasycznym. W samym środku książki wsadzono kilkanaście luźnych kartek zapisanych w reikspielu, jednak wojownik nie miał czasu zagłębiać się w lekturę - usłyszał kroki.

W progu drzwi stanął odziany w kolczugę, łysy, blady mężczyzna o twarzy przypominającej maskę wyrzeźbioną ze spiżu. Dłoń mężczyzny była zaciśnięta na rękojeści miecza, a świdrujące oczy i zasznurowane wargi wyrażały tylko jedno uczucie - żądzę zabijania.

- Gość w dom... - powiedział Reiner. Najemnik przesunął się odrobinę, by między nim a bladym łysolem znalazło się parę krzeseł. Korzystając z tego, że intruz był daleko, położył księgę na szafę.

- Czym mogę służyć? - spytał, sięgając po tarczę.

Domyślał się co prawda, czego tamten sobie życzy, ale domysły to jedno, a fakty - to drugie. Odpowiedzią na pytanie Reinera był zgrzyt miecza wyjmowanego z pochwy. Nieznajomy i najemnik zaczęli się okrążać, czekając na moment do ataku.

Kamienicę wypełnił śpiew mieczy. Przy pierwszej możliwej okazji Reiner zaatakował, chcąc naszpikować nieznajomego paroma calami stali. Najemnik skoczył naprzód, przyczajony niczym lampart i błyszczącym łukiem opuścił miecz, który przeciwnik sparował z zimnym wyrachowaniem, nie zważając na kondycję miecza. Walczyli metodycznie, w ciszy, z jakąś dziwną obojętnością, niezliczoną ilość razy zbijając ciosy i szukając słabego punktu w obronie wroga. Przy jednej z prób kontrataku Reiner tak nieudolnie zamachnął się w porywie gniewu, że wypuścił z dłoni broń, która upadła kilka metrów za nim.

Altdorfczyk cofnął się natychmiast, starając się, by między nim a napastnikiem znalazło się krzesło. Albo stolik. Miał nadzieję, że odpowiednie kopnięcie pośle mebel pod nogi tamtego i nieco go spowolni. Krzesło przewróciło oprycha, dając czas potrzebny Reinerowi na sięgnięcie po miecz. Jednak rzezimieszek nie dawał tak łatwo za wygraną - po chwili znów stał na nogach, a jego oczy błyszczały morderczo.

Po odrobinie pecha, była szansa i na łut szczęścia. Miecz bandziora skakał ku Reinerowi i zgrzytał po napierśniku najemnika. Rozwścieczony śmiałek pchnął pod górę, wbijając miecz w bok łotra, lecz ten wyglądał jakby miał zaledwie niejasną świadomość, że cokolwiek go usiłuje zranić.

Altdorfczyk wyprowadził kolejny cios. W ramieniu zabójcy otworzyła się długa, silnie krwawiąca rana. Nie! To nie była krew! Z ręki wypływała substancja przypominająca rozgrzany wosk! Żołnierzem wstrząsnęły mdłości. Przypuszczenia Felixa były prawdziwe!

Ze zdumienia Reinera wyrwało dopiero palące draśnięcie na dłoni, jakie czubkiem miecza zadał potwór udający człowieka. Kolejne uderzenie, w naramiennik, wyprowadziło go z równowagi. Nie zamierzał się jednak poddawać - ruszył do ataku z oszałamiającą szybkością, niemal łamiąc potężnym uderzeniem miecz trepa. Ostrze najemnika świstało złowieszczo wkoło siepacza, ale śmierć zawsze mijała go o włos. Przeciwnik solidnie krwawił białą substancją z ran na ramionach, boku i nogach, lecz jakaś bluźniercza siła tchnięta w tę kukłę czyniła z niego nieugiętego wojownika.

Awanturnik czuł zbliżające się zwycięstwo - czy słusznie? Wyskoczył, przejmując inicjatywę, lecz marionetka Ciemnych Sił tylko na to czekała. Rozrywający cios Reinera nigdy nie naszedł. Odpychnięty kopniakiem wojownik wybił szybę w oknie i zanim zdążył się pozbierać i przygotować do kontrataku, ostrze - które było zdolne rozłupać hełm i głowę na dwoje - spadło na niego płazem, pozbawiając przytomności.

Altdorfczyk wypadł przez okno prosto do pełnego gnoju wozu.

12 Jahrdrung, Aubentag, 2515 KI

inne zdarzenia

Uwe Bergmann zginął w pożarze nocą. Z domu i kolekcji rzadkich tomów pozostały zgliszcza.

13 Jahrdrung, Marktag, 2515 KI, wieczór

”Gościnna Gospoda”

Na widok towarzyszy traper zdołał uśmiechnąć się triumfalnie, łapczywie dobierając się do strawy i kielicha z winem. Z grubsza opowiedział, co wydarzyło się odkąd zaciągnięto go na górę. Kiedy zaś przeszedł do kwestii próby, na którą wystawili go bandyci, szczęście zniknęło z jego twarzy, a kolejnym łykiem wina opróżnił kielich niemalże do połowy.

Volker zmierzył ciężkim spojrzeniem krasnoluda i elfa.

- Mam nadzieję, że następnym razem będziecie pokładać we mnie więcej wiary – wyszeptał ponuro. – Pewnie już zastanawiają się nad zadaniem dla nas. Myślę, że dwa dni spędzone w celi będą niczym w porównaniu z tą misją…

- Dziękuję - powiedział szczerze elf. Czego nie myślał o traperze, to wyratował ich. Choć mógł też więcej powiedzieć o tej gospodzie i bandzie wcześniej, zamiast wprowadzać ich w pułapkę. - Wiedz też, że nie żywimy do nich urazy - powiedział do Volkera ciut głośniej. Lekko kopnął Rorana pod stołem, mówiąc te słowa... Byli bowiem przy stole, gdzie wspólnie się pożywiali po dwóch dniach głodówki. Każdy z nich potrzebował jedzenia. Gestem przywołał też “staruszka” z szacunkiem wznosząc kufel pochylając lekko głowę w niemym ukłonie i wskazując miejsce obok siebie. Był pod wrażeniem jego aktorstwa oraz wytrzymałości. Chciał z nim wychylić kufel piwa i dowiedzieć się więcej na temat ich nowego położenia oraz samego “szpiega”. Sam staruszek nie zamierzał się spoufalać ani pozostawać długo w barze. Jego broda dotknęła ucha Theobalda. Wyszedł chwilę po tym, jak wymienił jeszcze kilka zdań z niziołkiem, który za ladą pełnił rolę zbójeckiego karczmarza.

- Volker, mógłbyś zaprosić brata do naszego stołu? - Morlanal zasugerował traperowi.

Roran wyjście z „celi” przyjął jako coś, co i tak musiało nadejść, gdyż nie wierzył, że będą ich tam długo trzymać i brać głodem. Zastanawiał się tylko, czy wyjście skończy się egzekucją, czy może jakąś dłuższą konwersacją. Tym bardziej z ciekawością wysłuchał, co miał do powiedzenia traper. Z jednej strony cieszył się, że wyszli i coś zaczęło się dziać, a z drugiej dalej nie podobało mu się to, że przez niego wpadli do tej dziury, no i że krasnolud dalej nie widział swoich toporów.

Własnie! Roran podejrzewał, że jego topory szybko się rozeszły wśród bandytów, więc bacznie się rozglądał, by móc je szybko zlokalizować.

Z zamyślenia wyrwało go lekkie kopnięcie, które dostał od elfa. Krasnoludowi nie spodobało się takie zachowanie, chociaż wiedział, dlaczego to czarodziej zrobił, ale Roran nie lubił, gdy jakiś mądrala mu mówił, co ma robić. Nie zastanawiając się długo, pod stołem oddał mocniejszego kopniaka elfowi.

- Mów za siebie, zawsze mów za siebie – burknął Roran.

Cieszył się, że może zjeśc i się napić. Głód mu doskwierał. Docenił także, ze Volker miał na tyle jaj, że zaatakował bezbronnego staruszka, naprawdę to doceniał, ale nie miał zamiaru tego ogłaszać. Dobrze, że ich wyciągnął, jednak nie zrobił przecież nic nadzwyczajnego, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że sam ich tam wpakował.

Gdy Roran usłyszał pomysł, by wołać kogokolwiek do ich stolika, to aż cicho syknął i rzucił:

- Dajcie spokój, będą coś dla nas mieli to przyjdą sami. Od samego poczatku się nie narzucajcie...

Volker uniósł kielich w stronę Theobalda i skinieniem głowy wskazał na wolne miejsce przy stole. Prawdę mówiąc wolałby porozmawiać z nim na osobności - w końcu nie widział się z nim od kilku lat - ale równie dobrze rozmowę o starych czasach, mogli przeprowadzić kiedy indziej. Teraz gdy w końcu zaspokoili swój głód, potrzebowali informacji, co dalej mają robić.

- Wyruszycie jutro - powiedział Theobald jeszcze zanim usiadł na krześle. - Nie wracajcie dopóki nie znajdziecie średniego wzrostu mężczyzny o całkowicie purpurowym oku - banita przeszedł od razu do rzeczy. - To złodziej z dolin Wallerfangen, który skradł coś wyjątkowo cennego, należącego do mieszkańców Smoldkammer, jednej z wiosek bagienników znajdujących się pod naszą opieką. Nie mamy pojęcia, gdzie mógł się udać. Podejrzewam, że działał na czyjeś zlecenie, dlatego może próbować wrócić do księstwa, a w najgorszym wypadku już to zrobił. Może obrał drogę naokoło, choć wtedy mało prawdopodobnym jest to, że przeżył, działając w pojedynkę... Dostaniecie mapę bagien, wraz z rozkładem wiosek i naszych mniejszych kryjówek. Z Lordem Rogaczem dopiero zobaczycie się po wykonaniu tego zadania. Wszystko jasne? A, i jeszcze jedno - Theobald wyraźnie spochmurniał. - Macie absolutny zakaz kontaktowania się z mieszkańcami Smoldkammer. Możecie za to zasięgać języka w pozostałych wioskach, choć byłbym ostrożny. Po tej kradzieży mamy z nimi bardzo napięte stosunki.

Volker pokiwał głową. Zadanie z jednej strony wydawało się proste, w końcu jeden złodziej nie powinien sprawić im kłopotów. Jednak to wytropienie go mogło stanowić nie lada wyzwanie. Nie posiadali żadnych konkretnych informacji poza wyglądem mężczyzny, a bogatej rasowo grupie na pewno nie będzie łatwo wydobyć czegokolwiek od podejrzliwych i nieprzychylnych chłopów. Obawiał się, że znów coś może nie pójść po ich myśli.

- A co ukradł? – zapytał szczerze zaciekawiony traper.

- To nie jest ważne. Chcemy tylko jego głowy - odpowiedział brat Volkera.

- Jeśli mamy go dorwać i zabić, to przydałoby się odzyskać nasz ekwipunek, jest na to szansa? - zapytał Roran.

- Tak. Wasza broń i ekwipunek została przy koniach - odpowiedział Nożownik.

Rumpel siedział kiwał głową i słuchał, a potem gdy brat Volkera wyjaśnił wszystko, zapytał:

- Zwą mnie Rumpel i przyznam szczerze że lubię żółty kruszec, jeśli wiesz co mam na myśli. Podobno na bagna zapuściła się kiedyś grupa poszukiwaczy złota, nie wiesz czasem co się z nimi stało?

- Pewnie Lord Rogacz osobiście poderżnął im gardła - wielki brzuch Theobalda zatrząsł się od tłumionego śmiechu. - Jeśli mówisz o kopalniach złota, wiem jedynie, że tunele siedziby naszego herszta sięgają naprawdę głęboko. Chociaż... Gdybyś się rozejrzał po mniej bagnistych terenach, mógłbyś znaleźć jakąś zapomnianą żyłę. Kto wie, może w jednej z nich ukrywa się poszukiwany przez nas złodziejaszek? Byłaby to idealna kryjówka.

- A co do tych waszych kryjówek… - Volker zaczął. - To dostaniemy coś na znak, że jesteśmy od was? Albo może macie jakiś sygnał rozpoznawczy? Nie żeby mi żarło nie smakowało, ale szczerze wolałbym nie powtarzać tego wszystkiego, co przeszliśmy tu.

- Mamy hasło, które zmieniamy raz na miesiąc. Obecne to: "Na okrwawione kości świętego Oswalda, kto chce wiedzieć?". Jak powiecie to zdanie, nic złego nie powinno się stać.

- „Na okrwawione kości świętego Oswalda, kto chce wiedzieć?” – traper powtórzył za bratem, a następnie wlał w siebie resztę wina. – Dobrze. A może masz dla nas jeszcze jakieś rady? Gdzie najlepiej się udać, z kim gadać, czego unikać?

- Jedną z naszych dwóch mniejszych kryjówek zaznaczyłem wam ogniskiem tutaj, a drugą, nasz fort, tutaj, niedaleko stąd na północny wschód. Do obu wejdziecie, jeśli użyjecie poznanego hasła. Jeśli natkniecie się na inne kryjówki, to po użyciu hasła zostaniecie zawróceni. Lepsze to niż śmierć - uśmiechnął się Nożownik. - Jak zyskacie w naszych oczach, to podzielę się z wami drugim hasłem, przeznaczonym dla tych bardziej wtajemniczonych.

- Dwie mile imperialne stąd na wschód jest chata jakiegoś obłąkanego pustelnika, z którym nie utrzymujemy kontaktu. To chyba zielarz, bo często łazi po bagnach i zbiera różne rośliny. Nieszkodliwy typ - objaśnił Heidelberg, biorąc łyk piwa.

- Czerwonymi liniami zaznaczyłem wam teren, który jest pod obserwacją albo bandytów, albo mieszkańców wiosek. Nie ma sensu tracić czas na przeszukiwanie go, chyba że złodziej wszedł w komitywę z bagiennikami, co jest mało prawdopodobne. Powiedziałem wam wcześniej, że rabuś mógł wrócić do Wallerfangen, jednak podejrzewam, iż nie zabrał jeszcze wszystkiego, czego chciał i będzie planował powrócić do Smoldkammer - wyjaśniał dalej bandyta, mrużąc zamglone oczy w skupieniu.

- Powinniście dokładnie przeszukać każdy suchy skrawek lądu, tylko tam mógł się ukryć. Na bagnach nie przeżyłby zbyt długo w pojedynkę. Podobno wyglądał na mieszczucha prosto z Riesenburga, a co tacy mogą wiedzieć o sztuce przetrwania? - rzucił retoryczne pytanie Theobald, spoglądając na Volkera.

- Wiecie, niebezpieczeństwo czai się wszędzie. Kręciły się tu i niespotykane nigdzie indziej dzikie zwierzęta, i gobliny, i trolle, i... Fimiry. Od lat zarówno bagiennicy, jak i mieszkańcy doliny, polują na legendarnego wielkiego dzika zwanego przez nich Wyrwiflakiem. Kto wie, może przy okazji wam się poszczęści? - błysnął zębami banita.

- Pokaż na mapie obszary, na których powinniśmy go szukać twoim zdaniem. Takie najbardziej prawdopodobne - elf wskazał na mapę.

- Może te wzgórza na północny wschód od Sonnefeld? Może ten zagajnik na wschód od naszego fortu? A może nicponia kryje pustelnik, tuż pod naszym nosem? Wróżką przecież nie jestem - roześmiał się Theobald.

Volker przez dłuższą chwile przyglądał się wyciągniętej przez brata mapie.

- Mógł mieć łódkę… - wybąkał pod nosem, marszcząc brwi. Volker prawie całe swoje życie spędził na tropieniu zwierząt, nie ludzi. Z tego powodu odnalezienie logicznie myślącego mężczyzny wydawało się mu o wiele trudniejsze. – Prawdę mówiąc jestem tego prawie pewien. Ten gość musiał zaplanować sobie jakąś drogę ucieczki, a ta wydaje się najłatwiejsza. Mógłby nawet przejść przez Lautertal – wskazał palcem na wioskę znajdującą się na południe od Smoldkammer - nim ktokolwiek dowiedział się o kradzieży. Jeżeli tak, to jego łódka powinna być ukryta na brzegu jeziora. Jeżeli planuje kolejny skok, to pewnie będzie jej jeszcze potrzebować.

Traper oblizał wargi nie spuszczając spojrzenia z mapy. Prawdę mówiąc był zadowolony z przydzielonego im zadania. W końcu mógł się przydać, w końcu mógł wrócić na wielkie mokradła i zająć się tym, czym niegdyś. Może rzeczywiście jego brat Georg miał racje, mówiąc, że dzięki tej pracy wywiadowczej od księcia ponownie stanie na nogi. Oby tylko pożył wystarczająco długo, by mógł mu za to podziękować.

- W pierwszej kolejności powinniśmy zbadać te tereny – Volker przeciągnął palcem po „suchym” paśmie terenu, znajdującym się niedaleko gospody, w której obecnie się znajdowali. Zatrzymał się zaś na punkcie, oznaczającym chatę pustelnika. – Mógł przyszykować sobie tu zawczasu jakąś kryjówkę gdzie zostawił sprzęt na drogę powrotną, zaś jest to też okazja by sprawdzić tego pustelnika. Może uda nam się go namówić, by przyjął nas pod swój dach na noc.

- Z rana zaś ruszylibyśmy do Itzgrund – przejechał palcem na wschód. – Tam może znajdzie się dla nas jakieś schronienie na noc, a przy okazji rozpytamy się mieszkańców o tego jegomościa. Jak z tej gadki nie wyniknie nic ciekawego, to ruszymy dalej do Untersiemau – ponownie przeciągnął palcem na wschód. – A przy okazji zbadamy te wzgórza i las. Są zewsząd otoczone przez wioski, dlatego zwierząt i drapieżników tam pewnie mniej, dlatego mógł wybrać to miejsce na kryjówkę. A jak dotrzemy do wioski, to znów rozpytamy się o niego. Na następny dzień ruszymy na północ i tam zbadamy teren. Spory kawał suchej ziemi pełnej jarów i parowów wydaje się dobrym miejscem na kryjówkę. Później zaś możemy sprawdzić Lautertal i tam dowiedzieć się więcej. Ale szczerze mam nadzieje, że do tego czasu natrafimy na jego trop.

- Jakieś inne propozycje? – zapytał, podnosząc głowę znad mapy.

- Brzmi rozsądnie - odpowiedział elf.

- Tylko uważajcie na siebie - Theobald zdobył się na pierwszy ludzki odruch w trakcie tej rozmowy. - Bagna to nie miejsce dla bohaterów. Gdybyśmy nie szanowali każdego z naszych i wdawali się w walki bez wyraźnej przewagi, nasze kości już dawno spoczywały na dnie trzęsawisk.

- Mówisz że ten złodziej ma purpurowe oko - ciągnął jeszcze Rumpel - średniego wzrostu, mieszczuch i tylko tyle? Włosy jakie ma czarne, blond? Jest łysy, gruby, chudy? Gacie, kubrak w jakim kolorze? Niesie coś ze sobą, może ma konia łódź lub inne charakterystyczne wsio?

- W Havixbeck mieszka rodzina chłopa, który miał bliski kontakt ze złodziejem. Jak się popytacie, to na pewno dowiecie się czegoś więcej - Theobald był wyraźnie zakłopotany. Może po prostu nie lubił, gdy czegoś nie wiedział, a może coś ukrywał?

Roran, który stał na zewnątrz z Morlanalem, wszedł na chwilę do gospody, gdzie zobaczył resztę pogrążoną w rozmyślaniach nad mapą. Krasnolud podszedł i rzucił okiem. Nie miał zamiaru zabierać się za planowanie podróży, bo się na tym nie znał, ale chciał zapamiętać mapę w razie gdyby musiał sam sobie radzić albo ten traper wart trzy miedziaki by się zgubił.

Na pytanie Volkera wzruszył ramionami i rzucił:

- Może być, sprawdzimy twój plan.

Kiedy wszystkie szczegóły zostały już omówione, a wymyślony przez Volkera plan zaakceptowany, traper wyszedł z karczmy, by kilka chwil później wrócić z nienapoczętą jeszcze butelką gorzały w dłoniach. Nie skierował się jednak do swych nieludzkich towarzyszy. Po kilku dniach przebywania z nimi w lochach, jak nigdy zapragnął spędzić trochę czasu z ludźmi. Westchnął na myśl długiej wyprawie w towarzystwie trojga osób, którzy ewidentnie za nim nie przepadali.

Volker kątem oka za barem zauważył całą skrzynkę ręcznie zdobionych butelek napełnionych zielonym likierem. Nie otwarto żadnej z nich - obwiesie raczyli się wyłącznie tanią gorzałką, winem i piwem.

- Nawet nie wiecie jak bardzo mi tego przez te dni brakowało – poruszał delikatnie ręka. Zawartość butelki zachlupotała delikatnie. – Tego i gadki z kimś, kto sięga mi przynajmniej do ramion albo nie ma szpiczastych uszu. Spragnieni?

- Chodź - skinął ręką Nożownik. - Przedstawię ci kilku z nas.

- Cichego już zdążyliście poznać. Jest niemową. Pewnie myślisz, że wyrwano mu język za zbrodnie, ale on po prostu urodził się bez zdolności wydawania jakichkolwiek dźwięków - Volker spojrzał na olbrzyma. Sprawiał wrażenie straszliwego wojownika o nerwach i mięśniach z ognia i stali.

- To Śliski, nasz kontakt w Riesenburgu - Theobald wskazał na korpulentnego bandziora, który na pierwszy rzut oka przypominał psotliwego elfa z bajek, choć pod tym pozorem musiał kryć się wilk, który wywącha nieomylnie każdy fałsz w gmatwaninie tkanej słowem sieci.

- A to Karzeł, szef "Gościnnej Gospody" - brat trapera kiwnął na łysego pokurcza z czarnymi jak węgiel wąsami ułożonymi na kształt podkowy. Nie jest niziołkiem, tylko karłem, pamiętaj.

- Chcesz zagrać w Nóż i Węża? - zapytał się Theobald z wyzywającym uśmieszkiem.

- Volker jestem – przedstawił się zbieraninie krótko. A następnie spojrzał na brata zaciekawiony. – A cóż to za gra?

- Przywiązujemy cię do krzesła i wsadzamy nóż do gęby, którym masz zabić jadowitego węża na stole przed tobą - na widok zdziwionej miny Volkera wybuchł korsarski śmiech. - Jestem w tym dobry.

- To może innym razem – traper uśmiechnął się niepewnie. Wziął porządny haust z butelki, a następnie podsunął ją bratu. – A tak swoją drogą, to kim był ten staruch, który mnie tak wyrolował? Przez trzy dni nawet palcem nie kiwnął, a teraz bez problemu rozłożył mnie na łopatki.

Theobald wyszczerzył się złośliwie.

- Podobno był cesarskim plenipotentem - tajnym wysłannikiem Karla Franza, oddelegowywanym do rozbijania spisków i intryg. Teraz jest pełnomocnikiem Lorda Rogacza. Co go zmusiło do życia na pograniczu, tego nie wiem... A może dalej donosi Imperatorowi? Na nas? - roześmiał się Nożownik.

- Pracowaliście dla tej oberżystki z Riesenburga, którą książę kazał powiesić? - zapytał się Śliski. - Podobno to ona wpadła na pomysł organizowania wypraw do zamkniętych kopalni.

- Nie – odparł krótko Volker. – Woleliśmy się ograniczyć do jak najmniejszej liczby współpracowników, a i tak było o kilkoro chędożonych strażników za dużo.

Następnie traper zwrócił się ponownie do brata.

- A tak właściwie… Lord Rogacz ma jakiś plan, jak poradzić sobie z księciem? – zapytał nieco zmieszany. – No bo wiecie… Bez problemu, w kilkanaście dni podbił całe księstwo. A jak wyśle tu tych swoich najemników, to możemy mieć kłopoty.

- Poza bandą dziwaków, która nas karmi w zamian za ochronę, nie ma tu nic, co mogłoby zainteresować księcia. Przecież ten list gończy jest śmiechu warty. Jaki łowca nagród podejmie się walki z nami na naszym terenie? Potrzebowaliby sprawnego oddziału, a to i tak za mało. Podejrzewam, że książę woli od czasu do czasu rzucić nam jakiegoś biedaka na pożarcie niż tracić na nas złoto i żołnierzy - odezwał się Karzeł.

- Bandą dziwaków? Z tymi bagiennikami jest coś nie tak? – szczerze zainteresował się Volker.

- Nie tak? Cztery kończyny mają, szczają i srają - powiedział liliput ku uciesze zbójów. Ich zwyczaje ludziom z dolin mogą wydawać się... Niecodzienne.

 
Clutterbane jest offline  
Stary 11-08-2015, 23:10   #6
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 3963 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
27 Pflugzeit 2515 KI, wczesny poranek

jaskinia we wzgórzach Verfolgunghügel, nazwanych tak przez Thurina

Niezależnie od tego, jakie sieci konspiracji snuły się nad Wallerfangen, jakie pułapki i zdrady szykowano, ten sztylet - długie na piętnaście cali ostrze o zwężającym się, ostrym jak diament czubku, którym zakończono żywot księcia Günthera Zahna, był prawdziwy.

Kraj szarpały wojny, a lud był uciskany i gnębiony podatkami, które opłacały zebrane w czasie kilku szalonych godzin armie najemników oblegających zamki tuzina lub więcej wielmożów. Ciała poległych w krwawych bojach zasłały równinę pogrążonego w anarchii księstwa jak jaskrawo ubarwione liście po jesiennej burzy. Tylko nielicznym dane było fetowanie zwycięstw na ruinach, które miały stać się w przyszłości fundamentami dla kolejnych nietrwałych państewek.

Pościg trwał: przez wrzosowiska, murawę, krzewy dzikiej róży i potok, przez ciemne pustkowia i trujące moczary. Ścigani potrzebowali silnych ramion i uskrzydlonych nóg wtedy, gdy pot sączył się ze wszystkich porów, kolana drżały i uginały się pod nimi, a mroczne kształty zbliżały się we wrogich zamiarach.

Awanturnicy zgubili drogę w krainie wichrów i nagich skał, krainie jałowej, przerażającej i niebezpiecznej zwanej Skradzionymi Ziemiami. Podobno nikt tam nie jeździł i nikt stamtąd nie przybywał; była to nieznana kraina. A skoro nie było tam ruchu, szlak był niepotrzebny - jeśli jakikolwiek istniał, nie dało się go odróżnić od niewydeptanego poszycia.

Ironią losu było, że jeszcze miesiąc, dwa miesiące temu za eksplorowanie tych terenów niedoszli odkrywcy mogli oczekiwać hojnego wynagrodzenia. Jednak we wszechświecie nie było prawdziwej równowagi. Wszystko się zmieniało, podlegało cyklom, przepływom i odpływom, wszystko było napiętnowane zmiennością, więc i honoraria awanturników podlegały takim samym prawom i zależały od tego, czy książę - chlebodawca dalej odnosi sukcesy w przelewaniu cudzej krwi, czy też w końcu przelano jego własną.

Poruszając się cicho i mając nadzieję, że nie obudzą niczego groźnego, śmiałkowie zebrali całą odwagę, jaka im pozostała i wkroczyli między leśne drzewa, które tworzyły wysoką ścianę zbudowaną z tajemnic. Zmęczenie i rozpacz sprawiały, że maszerowali wolno przez leśne ostępy, gdzie słychać było tylko pokrzykiwania ptaków, aż natrafili na jaskinię, która miała stać się kresem drogi ich prześladowców.

Zasadzka zdawała się być krwawą pułapką bez wyjścia. Miecze i topory wznosiły się i opadały, siekając, tnąc, dźgając, kłując bez miłosierdzia i litości, aż zapadła ciężka cisza, jakby powietrze nabrało ciężaru.

W jaskini unosił się nieprzyjemny smród łoju, który dla obu czarodziejów - Felixa i Morlanala - był równoznaczny z odorem Chaosu, potężnego, brutalnego czarnoksięstwa, któremu nie mogły sprostać ich subtelne czary.

Felix patrzył na poplamione kremową mazią truchło wzrokiem, w którym kłębiły się nieopisane emocje. Woskowe Figury były najdoskonalszym wytworem czarnoksięskich kadzi, z jakim awanturnicy mieli do czynienia. Czy nie miały żadnych słabych punktów? Czy nie bolały ich mięśnie, czy nie słabł im oddech? Czarodziej na próżno doszukiwał się w nich choć błysku inteligencji - miały oczy puste jak spojrzenie jaszczurki; były tylko marionetkami w rękach Czarnoksiężnika, co było na swój sposób pocieszające: nawet jeśli znał on wszystkie odkryte dotąd czary, sztuczki, zaklęcia i talizmany, nie był bogiem, nie powoływał rzeczy do istnienia, tylko używał Czarnej Magii, która wibrowała i wykręcała przestrzeń.

Umysł Czarnoksiężnika - ucieleśnienia zła, zła przedestylowanego przez czas; zła, którego śmiałkowie nie znaleźli nawet w koszmarach sennych, a które było jedynym, co spotkali w Księstwach Granicznych - pracował z intensywnością niedostępną dla zwykłego mózgu, usiłując udaremnić wszystkie plany trzech awanturników, którzy zawsze wymykali się wszelkim podstępom, pokusom i pułapkom: wędrownego czarodzieja i kadeta Felixa von Welfa, fechtmistrza Rorangrima Uthassona i obdarzonego niezliczonymi talentami Thurina Thurinssona. Wiele miesięcy minęło od wydarzeń, które miały miejsce w Steigerwaldzie, a oni dalej nosili w pamięci oblicze Czarnoksiężnika i imiona tych, których bezpowrotnie stracili.

Mimo że kwestia wyrównania rachunków z Czarnoksiężnikiem stwarzała wiele problemów o wyjątkowej trudności, byli jeszcze na tym świecie tacy, którzy nie bali się opowiedzieć po stronie walczących w słusznej sprawie. Takimi personami byli elfi mag Morlanal, Czarny Strażnik Zygfryd de Leve, weteran Reiner Völk i zwiadowca Volker Heidelberg.

Podróżnicy obudzili się jeszcze w mroku, obolali z zimna i ciasnoty. Noc powoli dobiegała końca. Przez las przebijało się błękitne światło. Wyszli z jaskini, rzucając ostrożne spojrzenia. Nic, co znalazłoby się w zasięgu wzroku nie było surowe ani prymitywne - grunt, drzewa, wszystko to było dopracowane, gładkie, wiekowe, złagodzone. Światło słoneczne, choć słabe, było bogate i nadawało wszystkiemu, co znajdowało się w tej krainie, skałom, drzewom, spokojnej trawie i kwiatom, klimat tęsknoty i wspomnienia o czymś bardzo dawnym.

Ze wszystkich stron obrośnięte mchem pnie uginały się, podpierając wysokie wachlarze liści. Gdzieniegdzie przez listowie przedzierały się promienie słońca, które rzucały karminowe plamy na darń. W cieniu z podłoża wyrastały kwiaty na długich łodygach i delikatne grzyby. W tych burzliwych czasach przyroda była łagodna i spokojna.

Pamiętni niebezpieczeństw, awanturnicy nie mogli jednak uważać się za zaznajomionych z wąwozami, zadrzewionymi dolinami, zagłębieniami, strumieniami, rwącymi rzekami, łąkami, gęstwinami, chaszczami i skalistymi wykrotami Księstw Granicznych. Stary Świat był rozległy, a jego horyzont rozciągał się we wszystkich kierunkach ku tajemnicy.

 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 12-08-2015 o 08:37.
Clutterbane jest offline  
Stary 12-08-2015, 21:50   #7
 
Komtur's Avatar
 
Reputacja: 10657 Komtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputacjęKomtur ma wspaniałą reputację
Zygfryd rycerz Czarnej Straży na pokucie, właśnie skończył przygotowywać konie do dalszej podróży. Brakowało mu giermka który mógłby się zająć tymi wszystkimi przyziemnymi sprawami. Spojrzał do góry oceniając nie fachowym okiem jaka będzie dzisiaj pogoda i pomimo całkiem ładnego poranka skrzywił się, ładne ranki w tej krainie nie wróżyły nic dobrego.

Ruszył swoje żylaste, odziane w zbroję ciało i podszedł do towarzyszy podróży.

- Waszeć dłu..., ekhm Morlanal - rzekł do elfa z trudem opanowując się by nie powiedzieć "długouchy" - waszeć masz lunetę. A ekhm elfy ponoć po drzewach nieźle łażą, tedy wespnij się waszeć na drzewo i zlustruj okolicę coby się z tej dziczy wydostać.
 
Komtur jest offline  
Stary 12-08-2015, 23:38   #8
 
Hazard's Avatar
 
Reputacja: 5900 Hazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputacjęHazard ma wspaniałą reputację

Pierwsze promienie słońca padły na zdobioną gęstwiną brązowych i brudnych włosów twarz wysokiego zwiadowcy. Jednak przeciskające się między buszem liści i pni symbole nadziei nie były tym razem w stanie rozweselić Volkera. Spoglądając w stronę – jak mu się wydawało – domu, były mieszkaniec Kirchheimbolanden, nazwanego w późniejszym czasie Wallefangen, z żalem uświadomił sobie, że już nigdy do niego nie wróci. Wspomnienia rodzinnej wioski, będącej przez lata symbolem jego upadku i wściekłości, nagle stały się dla niego bolesne z całkiem innego powodu. Choć uciekli stamtąd zaledwie wczoraj, nostalgia już zacisnęła wokół jego serca szpony rozpaczy.

„Dlaczego ja?” – pytanie niczym mocny trunek rozniosło się po jego ciele i zagłuszyło otoczenie. Pytanie, choć z początku mogło się wydawać głupie, po dokładniejszym przeanalizowaniu sytuacji stawało się niezwykle trafne.

Zwiadowca nie miał zbyt wiele wspólnego z pozostałymi towarzyszami jego niedoli, a tym bardziej z jakimś czarnoksiężnikiem i jego plugawymi marionetkami. On miał tylko wypełnić swoje zadanie i pożegnać się z grupką, w skład której wchodziły przedziwne persony. Teraz, prawie dwa miesiące później, wciąż w ich towarzystwie został zmuszony przez wynaturzone bestie do ucieczki ze swych rodzinnych stron.

Z drugiej jednak strony, Volker sam nie mógł ustalić czy w istocie wypadki potoczyły się aż tak źle. W końcu jego były dom, stał się placem boju, dla chciwych i łaknących władcy dziwaków, którzy dobro ludu mieli gdzieś w okolicach dolnej partii ciała. Bezprawie rozpanoszyło się niczym szarańcza, niszcząc to, co tak bardzo kiedyś kochał. Kochał. Przez ostatnie lata nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, pochłonięty żalem, przeszłością i nadmiarem alkoholu.

Tak więc, czy gdyby nie dopadły go dawne porachunki dwójki krasnoludów oraz czarodzieja Felixa, to byłby w stanie stamtąd odejść i zostawić przeszłość za sobą? Odpowiedzi nigdy nie dane mu było usłyszeć…

Z głębi jaskini za nim dało się słyszeć głośny jęk, a zaraz później wyłonił się jego czworonożny przyjaciel.


[MEDIA][/MEDIA]


Pies o sierści ciemniejszej niż bezksiężycowa noc, a oczach których barwa mogła konkurować z kolorem czystego nieba.

Cień. Takie właśnie imię otrzymał, kiedy Volker ujrzał go przed misją na bagnach. I choć nie mógł go wtedy zabrać ze sobą, w czasie następnych burzliwych tygodni połączyła ich mocna więź podobna do prawdziwej przyjaźni. Żaden z nich nigdy nie krytykował drugiego za popełnione błędy ani nie oceniał zachowania. Tylko tyle im było potrzebne.

Kiedy pozostali wygramolili się z ciasnej jaskini, a Zygfryd zabrał głos, Volker przytaknął.

- Mam przy sobie zestaw wspinaczkowy i linę. Z dołu możemy Cię dodatkowo asekurować. Sam mógłbym spróbować, ale lepiej jak sam zobaczysz wszystko na własne oczy i przeniesiesz na swoją mapę – powiedział przeczesując ręką pełne zaschniętego błota włosy. – Jednak później skierowałbym się w stronę jeziora, o tam – wskazał na zachód, - możemy spokojnie iść jego brzegiem przez jakiś czas. Lepiej nie iść ciągle w jednym kierunku, bo ten wasz przeklęty czarnoksiężnik może mieć w zanadrzu więcej tych swoich marionetek… Odejdźmy kawałek na wschód. I tak chyba wszystkim nam jest obojętne gdzie pójdziemy, skoro i tak nie wiemy gdzie jesteśmy. Nie ma co na razie planować dłuższych tras, bo i tak w każdej chwili możemy zobaczyć jakiś zakątek cywilizacji.

Po tych słowach, Volker podszedł do konia. Udając, że robi coś przy siodle, potajemnie sięgnął po nienaruszoną butelkę w jukach, z której pociągnął solidnego łyka. Skrzywił się, a po chwili dalszej improwizacji przy siodle, wrócił do reszty towarzystwa.

Nie czuł się winny, w końcu był tylko człowiekiem.
 

Ostatnio edytowane przez Hazard : 13-08-2015 o 10:58.
Hazard jest offline  
Stary 13-08-2015, 11:42   #9
Ośmiorniczka
 
Fyrskar's Avatar
 
Reputacja: 8097 Fyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputacjęFyrskar ma wspaniałą reputację

Godziny zmieniły się w dni, dni w tygodnie. Zamordowany Günter Zahn zdążył przejść do historii, a jego miejsce zajęli kolejni żądni władzy padlinożercy. Tak więc, życie w Księstwach granicznych toczyło się zwykłym dla siebie tempem. Wraz ze śmiercią władcy, w całym Wallefangen, jak było długie i szerokie, zjawili się szaleńcy i religijni fanatycy, zapowiadając, że nadchodzi koniec świata. Tak się oczywiście nie stało, bogowie i ziemia po równo w dupie mieli granice cywilizacji, to jest dawne Kirchheimbolanden z przyległościami. Krótko sprawę ująwszy, świat nie zginął i nie spłonął. Przynajmniej nie cały. Ale i tak było wesoło.

Verfolgunghügel, a więc “wzgórza pościgu”. Za kilkanaście lat, gdy zasuszeni, porwani skądś przez watażków, kartografowie, będą znaczyć tą okolicę na mapie tym mianem, nikt pamiętał nie będzie, że to on, Thurin syn Thurina, nadał tym gęsto porośniętym lasem wyżynom tę nazwę. Koleje losu plotły się w zadziwiające wzory. Jeszcze wcale niedawno ich życie było całkiem wręcz inne, teraz zaś powrócili na szlak, ruszyli w nieprzebytą, pełną mroku dzicz. Tak jak wcześniej… awanturnik obrócił się w siodle i opierając się o łęk przyjrzał się swoim kompanom. Tyle przygód przeżyli z Felixem i Roranem, tylu przeciwnościom wydali nierówną walkę. I tylu przyjaciół utacili. Thurin ze smutkiem skonstantował, że nie usłyszą nigdy już śmiechu Ivana i dumnego głosu Mathiasa, nie ustosunkują się do mądrej rady Moritza lub Jochena. Nie opróżni już bukłaka wraz z Hakrim i nie porozmawia z Erillanem. I nigdy już pewnie nie spotkają Wolfganga, dzielnego i szlachetnego landsknechta. Gdzieś po drodze zgubili też butnego Thubedorfa, zaradnego i krzepkiego Wulfa, chciwego i upartego Rumpela.

W zamian zyskali nowych kompanów, trapera Volkera, najemnika Reinera, maga Morlanala. A także Zygfryda, Czarnego Gwardzistę. Nawet teraz Thurin pewnym nie był, co o nich myśleć. Czy zastąpią im tych, któży ich opuścili? Zapewne nie, bo tych runiarz będzie miał w sercu aż po swój ostatni haust powietrza. Ale szanował ich, bo byli gotowi porzucić wiele i ruszyć u ich boku w mroki Skradzionych Ziem.

Wracając jednak do świata i jego domniemanego końca. Nie było go w dniu śmierci Zahna, ani nawet tydzień, dwa później. Rzeczy biegły, jeśli można to tak ująć, swym przyrodzonym porządkiem. Trwały wojny, mnożyły zarazy, szerzył się głód. Bliźni zabijał i okradał bliźniego, pożądał jego żony i generalnie był mu wilkiem. Fundowano nieludziom co rusz pogrom, a guślarzom gorejący stos. Szkielety w uciesznych podskokach pląsały po cmentarzyszkach, wyczyniały swe ucieszne Danse Macabre. Demony zaś w sposób widomy wkraczały, z kopytami, rogami i całym zestawem, w sprawy powszednie i krążyły między ludźmi, rycząc niby lwy z dalekiego Południa, szukając, kogo by tu pożreć.

A grupka awanturników zapuszczała się coraz głębiej w niebrzebytą dzicz Skradzionych Ziem.

- Zârâz, kucu uparty! - burknął na wierzchowca, opierając się brzuchem na łęku. - Mógłbyś łaskawie nie znaczyć przebywanej przez nas drogi?

W odpowiedzi, kuc wyrzucił spod ogona jabłko nawozu. Thurin westchnął i oklapł w siodle, wziąwszy wcześniej łyk z bukłaka. Cóż za wredne zwierzę, że ziemia je nosi.

- Gdy już obejrzysz z dala okolicę - rzucił do Morlanala. - Skierujmy się, jak mówi Volker, w kierunku jeziora. Można będzie nałowić trochę ryb na popas. - klepnął płaską dłonią juki, gdzie kryły się haczyki z żyłkami. Przygotował się na wyprawę na banitów, która nigdy się nie odbyła. - I zostawmy te… figury w spokoju. To twór Chaosu, nic nam po nim. - burknął.
 

Ostatnio edytowane przez Fyrskar : 24-08-2015 o 20:24.
Fyrskar jest offline  
Stary 13-08-2015, 12:57   #10
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 27721 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Żarł, żarł... i zdechł.
Takimi słowami Reiner mógł określić swą "karierę" w służbie księcia Zahna. Tak się niby wszystko dobrze zaczęło, a potem książę dał się zabić i wspaniałe plany szlag trafił.
I chodziło tu nie tyle o plany księcia (które to plany Reinera bezpośrednio nie dotyczyły), co o profity, jakie miały spłynąć na Reinera i jego kompanów. Mawiano co prawda, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ, ale mądry człowiek potrafił docenić swoich podwładnych, zaś mądry podwładny potrafił wykorzystać sprzyjające momenty, by zadbać o swe interesy, nie szkodząc równocześnie interesom pracodawcy.
Gdy po śmierci księcia rozszalało się piekło, lepiej było wziąć nogi za pas i uciekać, by ocalić własną głowę, niż próbować ocalić coś z tego, co próbował stworzyć Günther Zahn. Niech mu ziemia lekką będzie.

* * *

- Dobre ryby nie są złe - powiedział, gdy Thurin wspomniał o jeziorze.
Sam co prawda dawno się łowieniem nie zajmował, ba, nie miał nawet wędki czy choćby haczyków, ale to aż taki problem nie był. Skoro byli tacy, co potrafili włócznią na ryby polować, albo z łuku szyć.... i trafiać na dodatek.

- A co do tych figur... Nie można by ich jakoś unicestwić, żeby po raz drugi już nie powstały? - spytał.
Miał nieprzyjemność zetknąć się z taką jedną wcześniej. Teraz było ich kilka. Po co im kolejne nieprzyjemne spotkanie. Co za dużo to nie zdrowo.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 13-08-2015 o 13:00.
Kerm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166