Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-09-2017, 20:06   #1
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
[Horror, 18+] Klucz do koszmaru

"Dom to miejsce, gdzie dusza rozbiera się do naga. Dom to miejsce, gdzie można zdjąć maskę i dać się domowi pogłaskać po policzku. Dom kołysze do snu. Dom nie ocenia, nie rozlicza, dom kocha bezwarunkowo i bezinteresownie. Jeśli jest prawdziwym domem."
- Agnieszka Kacprzyk, Klinika kukieł.



19 września 2016,
1030 Claret Way, Greenville,
Karolina Północna, Stany Zjednoczone.



Po dwóch miesiącach intensywnych poszukiwań, w końcu trafili na dom marzeń. Położony na przedmieściach Greenville, skąd mieli niecałe dwie mile do najbliższego supermarketu i zaledwie milę do osiedla domków jednorodzinnych, zrobił na nich piorunujące wrażenie. Nie tyle metrażem i wyglądem, co ceną. Siedemset tysięcy dolarów to była okazja, obok której ciężko było przejść obojętnie. Podejrzliwy i nieco wycofany Jasper węszył tutaj jakiś przekręt, podczas gdy Sophia od początku nastawiona była pozytywnie i z werwą. Prawda stojąca za okazyjną ceną była zresztą dość przykra - właścicielka domu, pani Bennett, po stracie męża i dwójki dzieci w wypadku, nie chciała mieszkać sama w tak dużej posiadłości, dlatego starała się pozbyć jej szybko, spuszczając nawet nieźle z ceny.

Z tego, co Cavendishowie się dowiedzieli, właścicielka z mężem byli lekarzami z prywatną praktyką w tym miejscu, I trudno było się dziwić, gdyż dom wybudowany w stylu tradycyjnym prezentował się doskonale. Posiadał sześć sypialni, biblioteczkę, pracownię, trzy łazienki, przestronny salon, kuchnię z jadalnią, do tego kilka pomieszczeń gospodarczych, piwnicę podzieloną na winiarnię i część użytkową, strych oraz garaż. Do tego dochodziły trzy niewielkie balkoniki, ogród i kawałek ziemi za domem, którą w większości porastał las. Chociaż nie zdążyli jeszcze podjąć decyzji, Sophia już wybrała sobie miejsce na studio, w którym miała tworzyć kolejne piękne rzeźby. Jasper wiedział więc, że jeśli żona się zdecydowała, trudno będzie ją przekonać, by poszukali czegoś innego. Bo i czy był sens, mając pod ręką taką okazję?

Załatwili więc wszystkie formalności z bankiem, a poczytny pisarz i felietonista oraz utalentowana rzeźbiarka nie mieli problemu z wniesieniem wkładu własnego i zaciągnięciem dwudziestoletniego kredytu pod hipotekę. Po opłaceniu całej procedury i podpisaniu wszystkich dokumentów, stali się właścicielami przytulnego domu przy Claret Way, a za pieniądze, które im jeszcze zostały, urządzili jego wnętrze. Prym wiodła w tym energiczna Sophia, ale Jasper również starał się uczestniczyć w wybieraniu mebli, tapet i kolorów dla ścian. Ostatecznie po niespełna czterech tygodniach przeróżnych prac i transporcie rzeczy z ich starego mieszkania, mogli się wreszcie wprowadzić "na swoje". Podczas całego zamieszania nie mieli jeszcze dostatecznie dobrej okazji do sprawdzenia strychu i piwnicy, ale wiedzieli, że odtąd będą mieć na to masę czasu. Zwłaszcza, że w tak dużym domu zawsze było coś do zrobienia.


Dochodziła piąta po południu. Wrześniowe słońce było już dość nisko, wpadając nieśmiało do salonu przez przestronne okna. Gdy siedzieli tak na wygodnej sofie, popijając wino i wpatrując się w tańczące w kominku płomienie, pierwsze, co w nich uderzyło, gdy zgiełk robót i szwendających się po domu ludzi do pomocy ucichł, to niesamowita cisza. Mieszkając wcześniej niemal w centrum Greenville, zewsząd atakowały ich przeróżne dźwięki, nie mówiąc o tym, że pijana młodzież szwendająca się po ulicach nie pozwalała im pospać w weekendy. Tutaj mieli absolutną ciszę, co w pewien sposób było nawet niepokojące, jednak takie otoczenie było idealne dla artystów, którymi Jasper i Sophia niewątpliwie byli. W końcu mieli swój własny, najważniejszy kąt na świecie i dzisiejsza noc będzie pierwszą, którą tu prześpią.


 

Ostatnio edytowane przez Tabasa : 04-09-2017 o 11:04.
Tabasa jest offline  
Stary 07-09-2017, 12:20   #2
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11249 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
ft. Elf, dzięki :).

Jasper jak zawsze musiał kręcić nosem, oglądając dom przy Claret Way. W dzisiejszych czasach nie należało być zbyt ufnym, jeśli chodziło o agentów nieruchomości, zwłaszcza, gdy chcieli sprzedać ci wielki dom z kawałkiem ziemi za jedyne siedemset tysięcy dolarów. To było jak promocja w Safewayu, dlatego pisarzowi niezbyt się to podobało. Agent twierdził jednak, że właścicielka po tragicznych przejściach chciała jak najszybciej pozbyć się wielkiego domu i w sumie Jasper jej się nie dziwił - gdyby stracił w wypadku Sophię, jego życie nie miałoby już żadnego sensu, a tym bardziej nie byłoby powodu, by zostawać w posiadłości, która cały czas przypominałaby osoby, których nigdy już nie zobaczysz. Żona śmiała się tylko, gdy po dwa razy przeglądał dokumentację techniczną domu, starając się znaleźć jakieś uchybienia, niedoróbki, bądź wady. Nic takiego jednak nie znalazł. Dom był zadbany i odpowiednio prowadzony, do tego w atrakcyjnej cenie. W końcu padło sakramentalne: "Bierzemy".

Po odhaczeniu formalności i odebraniu kluczy mogli się wprowadzać. Cavendhish skrzyknął do pomocy trójkę swoich przyjaciół, Sophia swoich, a ci z kolei swoich i przy Claret Way zaroiło się od ludzi wnoszących pudła, meble i inne rzeczy. W starym lokum wiele nie mieli, ale wzięli na tyle większy kredyt, by móc umeblować odpowiednio nowy dom - przecież nie wprowadzasz się do wielkiej posiadłości, by oglądać puste pokoje i blade ściany, czyż nie? Jasper pomagał jak mógł, czy to z wnoszeniem mebli, czy dobieraniem paneli do odpowiednich pokojów, ale w gruncie rzeczy jakoś go to niespecjalnie interesowało. To Sophia z nich dwojga miała bardziej artystyczny gust, jeśli chodziło o wystrój wnętrz i mężczyzna właściwie polegał na jej zdaniu i osądzie. Jedyne miejsce, do którego sam wybrał meble, był niewielki pokoik na parterze z tyłu domu, w którym urządził sobie pracownię idealną do pisania.


Bo Jasper był pisarzem i felietonistą pisującym do kilku mniejszych i większych gazet. Choć bardziej czuł się pisarzem, poświęcając swojej pasji większą część czasu pracy. Tworzenie przeróżnych historii fascynowało go już od dzieciaka, potem naturalną koleją rzeczy były studia dziennikarskie. W międzyczasie publikował swoje opowiadania w przeróżnych magazynach branżowych, aż doszedł do punktu, w którym postanowił napisać pierwszą książkę. "Zapach Krwi", kryminał, który udało mu się wydać w niewielkim wydawnictwie z Waszyngtonu nie okazał się wielkim sukcesem, ale przyniósł jakieś tam pierwsze pieniądze. Cavendish nie zamierzał rezygnować i zabrał się za kolejną powieść, która tym razem miała być trylogią. Pierwsze dwa tomy o komisarzu Marcusie Winterze okazały się hitem sprzedażowym w Stanach Zjednoczonych, a niebawem miały zostać wydane w UK, Francji, Hiszpanii, Polsce i Norwegii. Wszystko szło więc w dobrym kierunku. Pisarz był właśnie w trakcie prac nad trzecią, ostatnią częścią historii i szło mu naprawdę nieźle, przez co był prawie pewien, że odda pełną powieść w pierwszym terminie. Nawet pomimo zamieszania związanego z kupnem domu.

Uważał zresztą, że i tak uwinęli się ze wszystkim w miarę szybko, głównie dzięki pomocy przyjaciół. Dom był fenomenalny, jednak zostało jeszcze trochę roboty - do piwnicy postara się zajrzeć nazajutrz, bo przelotnie widział tam masę gratów, które zostawiła po sobie była właścicielka. Na strychu też nie było zbyt czysto. Powinien chyba zdobyć do niej numer telefonu i zapytać, czy będzie coś z tego zabierać, czy trzeba to po prostu wyrzucić. Teraz jednak nie zamierzał się tym przejmować, bo właśnie spędzali z Sophią przyjemne popołudnie. W ciszy i spokoju, co było miłą odmianą po ostatnich tygodniach kompletnego harmidru.


Mając Sophię przy sobie, odpowiedni klimat, na który składały się wino i kominek, zaczął rozmyślać i marzyć o przeróżnych rzeczach. W końcu, po kilku dłuższych chwilach, gdy po prostu wpatrywali się w siebie, uśmiechnął się do żony i powiedział:
- Nie mogłem lepiej trafić. Ty, ten dom... marzyłem o takim życiu, kiedy wszystko będzie poukładane i takie jak trzeba. Kiedy będę wewnętrznie spokojny. Teraz brakuje nam już tylko gromadki dzieciaków biegających po korytarzach. - Uśmiechnął się, delikatnie sugerując, że byłby gotowy na powiększenie rodziny.
Sophia również uśmiechnęła się do Jaspera, jednak nic nie odpowiedziała, przynajmniej nie od razu. Zamiast tego przechyliła kieliszek z winem i dopiła ostatni łyk, lekko się przy tym krzywiąc. Zaczęła zastanawiać się nad tym czy ona też była gotowa na powiększenie rodziny. Nie żeby wcześniej o tym nie myślała, ale zazwyczaj kończyło się na “jeszcze za wcześnie, może za kilka lat”. Czyżby ten czas już minął? Czy to był odpowiedni moment? A może fakt, że wciąż miała wątpliwości świadczył o tym, że wcale nie była jeszcze gotowa? Czy dwadzieścia sześć lat to odpowiedni moment na dzieci? Może jeszcze mogą chwilę zaczekać i nacieszyć się sobą i spokojem, jaki udało im się uzyskać?
- Może najpierw spróbujemy czegoś mniej absorbującego, jak rybki w akwarium - zaproponowała pół żartem, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że cała odpowiedzialność za opiekowanie się choćby rybkami spadłaby właśnie na nią.
- Rybki? - Postawił oczy. - Przecież ja się na tym zupełnie nie znam i pewnie cały czas bym zapominał o ich dokarmianiu, zmienianiu wody i tak dalej. Nie żebym znał się na dzieciach, ale to jednak inny rodzaj odpowiedzialności. No ale jeśli uważasz, że jeszcze tego nie chcesz, albo nie czujesz się na siłach, to rozumiem, w końcu to powinna być nasza wspólna decyzja. - Uśmiechnął się dopijając wino w swoim kieliszku. Chwycił za butelkę, kierując ją w stronę kieliszka małżonki. - Dolać?

Sophia zastanowiła się nad słowami Jaspera, jednocześnie podstawiając kieliszek pod butelkę na znak, że z chęcią przyjmie dolewkę wina. Miał rację, razem powinni podjąć tę decyzję. Był to zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności niż rybki. Można by rzec, że była to bardziej odpowiedzialna odpowiedzialność, a Sophia nie czuła w ogóle, by była na to gotowa. Owszem, taką nowiną ucieszyłaby zapewne swoich rodziców i przyjaciół (może za wyjątkiem Lany), ale nie chciała jeszcze poświęcać swojego życia komuś innemu niż sobie i Jasperowi.
- Po prostu chciałabym nacieszyć się tylko nami, póki mamy ku temu okazję - powiedziała, po czym oparła się o Jaspera, podwinęła nogi i wpatrzyła się w ogień w kominku. - Dzieci wywrócą całe nasze życie do góry nogami. Chyba nie jestem jeszcze gotowa, by tak całkowicie dorosnąć i zostać mamą.
Mężczyzna uśmiechnął się i polał żonie wina.
- Jasne, rozumiem cię i nie naciskam. W sumie może rzeczywiście za szybko z tym wyskoczyłem. Oboje mamy swoje zobowiązania, poza tym skoro wreszcie mamy dom, trzeba się nacieszyć tą wolnością, z dala od miasta. - Pocałował ją w czoło i poklepał po dłoni. - Z drugiej strony, chyba chciałbym zobaczyć minę Lany, gdybyś przekazała jej "wesołą nowinę". - Zarechotał.
- Jesteś okropny! - Sophia mimo wszystko zaśmiała się, bo sama wyobraziła sobie minę swojej przyjaciółki i jej reakcję. Nie mogła jednak puścić płazem tej uwagi i postanowiła podrażnić się z Jasperem. - Wiesz, gdyby to była dziewczynka, chciałabym, by miała na imię Lana. Wyobraź sobie: Lana, której matką chrzestną jest Lana! Zabawne i urocze jednocześnie! A pomyśl, jak często by tutaj wpadała!

Sophia wyszczerzyła zęby do Jaspera, po czym upiła kilka łyków ze swojego kieliszka. Czuła powoli jak alkohol uderza jej do głowy, więc nastrój miała wyśmienity. Towarzystwo też niczego sobie, a otoczenie wręcz idealne. Nie mogła lepiej trafić w życiu.
- Tak, Lana osiągnęłaby apogeum szczęścia. - Jasper zaśmiał się. - Ale wiesz, że tak naprawdę byś się tylko nad nią bardziej "znęcała". - Zaznaczył palcami w powietrzu cudzysłów. - Gdybyśmy nadali córce imię Lana i Lana zostałaby jej chrzestną, za każdym razem, gdyby przyjeżdżała i widziała nasze dziecko noszące jej imię, pewnie nie mogłaby sobie darować, że masz je z kimś takim jak ja. - Puścił jej oczko i zaśmiał się. Wino rozlewało się po ciele przyjemnym ciepłem. - Mówiłem ci wielokrotnie, że nie przejmuję się tym, co o mnie mówi, ale ponabijać z niej brutalnie można by było. Jednak nie kosztem naszego dziecka. Lana to zdecydowanie nie jest imię, na które bym się zgodził. - Pokręcił głową.
Sophia wzruszyła jedynie ramionami. Nie planowała wcale nadawać swojej córce na imię Lana, w ogóle nie planowała jeszcze mieć dziecka. Poczuła za to, że nadszedł czas na zmianę tematu. A skoro już rozmawiali o jej przyjaciółce…
- Nie uważasz, że powinniśmy urządzić imprezę? No, może nie od razu typową imprezę, jaką urządzają nastolatkowie podczas kiedy ich rodzice gdzieś wyjeżdżają… Ale parapetówka dla przyjaciół wydaje mi się doskonałym pomysłem!
Usiadła i dopiła do końca swoje wino. Spojrzała z błogim uśmiechem na Jaspera i czknęła.
- Oj, chyba przydałoby mi się trochę świeżego powietrza - dodała bardziej do siebie.
- Jasne, coś kameralnego możemy przygotować. Byłoby trochę niekulturalnie nie zaprosić ich po tym, jak nam ze wszystkim pomagali. - Jasper uśmiechnął się do żony i upił łyk wina. - Co do zaczerpnięcia świeżego powietrza, co ty na to, żeby przejść się do lasku za domem? Przynajmniej zobaczymy, jak to tam wygląda, może trafimy też na jakiegoś dzikiego zwierza. - Mężczyzna zaśmiał się i szturchnął Sophię w bok.

Kobieta tylko pokiwała głową, więc zerwali się z kanapy i ruszyli do drzwi. Cavendish uwielbiał spacery po lesie; zawsze, gdy był sam, rozmyślał nad nowymi pomysłami do swoich książek i rzeczami z przeszłości. Ale nie na zasadzie, że czegoś żałował - o nie. Po prostu chciał chyba jeszcze utrzymać w pamięci te piękne chwile z dzieciństwa z rodziną, zanim wszystko się zepsuło. Ciekawe, czy rodzice byliby z niego dumni? Czasami się nad tym zastanawiał, wiedząc jednocześnie, że po tym, co się wydarzyło, pojednanie nie nadejdzie. Nie rzucą się sobie w ramiona, przepraszając za wszystkie słowa i gesty, to nie było w stylu jego rodziców. Nie myślał jednak o tym wiele, ponieważ dziś czuł się szczęśliwy oraz spokojny jak nigdy i nie zamierzał psuć sobie nastroju błahymi sprawami.
 
__________________
[i]Don't take life too seriously, nobody gets out alive anyway.[/i]
Kenshi jest offline  
Stary 09-09-2017, 20:51   #3
Elficki Imperator
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 12330 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
Jak zaplanowali, tak też zrobili. Zebrali się z wygodnej kanapy, gasząc uprzednio ogień w kominku, po czym ruszyli razem do holu.
Sophia, jak to ona, przez cały ten czas trzymała w dłoni swój kieliszek i dopiero kiedy miała sięgać po buty zorientowała się, że coś jej przeszkadza. Zaśmiała więc się sama do siebie i, jak to miała w zwyczaju, odstawiła przedmiot tam, gdzie stanowczo nie było jego miejsce. Kieliszek więc został tuż obok komody, na podłodze.
- Później wyniosę - oznajmiła, choć Jasper mógł się domyślić, że to się nigdy nie stanie.
Sophia narzuciła na siebie jesienny płaszcz w kolorze ecru z dużymi, czarnymi guzikami, a stopy wsunęła w wygodne tenisówki. Była to chyba jedyna para butów, którą Sophia miała zawsze przygotowaną i której nie musiała kompletować godzinnym poszukiwaniem. Gdyby nie wychodzili na spacer do lasku za ich domem, przygotowania pewnie potrwałyby dużo dłużej, bo Sophia zginęłaby we własnej garderobie. Jednak na taką okazję nie musiała się specjalnie stroić, więc gotowa była niemalże od razu.
Wino przyjemnie ich rozgrzało, więc na otwartej przestrzeni, prawie-jesiennym popołudniem nie powinno być im tak najgorzej. Jasper pokręcił tylko głową i westchnął teatralnie, gdy Sophia odstawiła kieliszek na podłogę, zapewniając, że potem go zaniesie do kuchni. Ain't gonna happen, Jasper doskonale to wiedział, ale chociaż uwielbiał porządek, to potrafił przymknąc oko na pewne sytuacje, zwłaszcza, że sam nie był perfekcyjny i na pewno wiele rzeczy Sophii w nim przeszkadzało. Nie zamierzał się jednak teraz nad tym zastanawiać. Na ręcznie robiony sweter zarzucił jesienną kurtkę, włożył pierwsze z brzegu sneakersy i byli gotowi do wyjścia. Tylnym wejściem opuścili dom, wychodząc na nieco zaniedbany ogród. Powietrze było rześkie, a wiatr niezbyt dokuczliwy.
- Czuć już jesień w powietrzu - powiedział, splatając z Sophią dłonie. - To kiedy chcesz, abyśmy zaprosili przyjaciół? Dzisiaj mamy… - Zastanowił się przez chwilę. Dni zwykle zlewały mu się w jeden. - Poniedziałek. Może piątek będzie najodpowiedniejszy? - Spojrzał na nią i oboje ruszyli w stronę pierwszych drzew zapraszających do lasu.
- Piątek brzmi bajecznie - odparła Sophia, rozglądając się po ogrodzie.
Nikt o niego nie dbał już od dłuższego czasu. Tak naprawdę nie dziwiło to Sophii, w końcu kobieta chciała jak najszybciej pozbyć się domu, więc pewnie nie w głowie jej było zajmowanie się ogrodem - biorąc pod uwagę okoliczności. Niemniej w głowie Sophii już rodziły się pomysły jak pięknie urządzić to miejsce. Widziała ręcznie wykańczaną fontannę, multum roślinności, drewnianą ławkę i przepiękną werandę.
- Jasper, nawet nie wiesz jak się cieszę, że w końcu udało nam się znaleźć idealny dom - przyznała, czknęła, po czym puściła jego dłoń i odbiegła na kilka kroków i zrobiła piruet, śmiejąc się melodyjnie. - Aż nie chce mi się wierzyć w nasze szczęście!
- To jest aż nieprawdopodobne - rzucił wesoło Jasper, patrząc na szczęśliwą małżonkę. - Taki dom w takiej cenie... to jak uśmiech od losu. Szkoda mi tylko tej kobiety, która straciła całą rodzinę i musiała się go pozbyć. Z drugiej strony, nie mogliśmy lepiej trafić. - Podbiegł do Sophii, chwycił ją w pasie i odchylił do tyłu, składając na jej ustach delikatny pocałunek. Moment później po prostu puścił, a zaskoczona kobieta wpadła w stertę zgrabionych liści.
- Auuuu! - Sophia krzyknęła, kiedy upadła, prawie cała zakopana w liściach. - Jasper… Chyba zrobiłam sobie coś z kręgosłupem. Nie mogę się ruszyć - wycedziła.
Oczywiście było to okropne kłamstwo i popis gry aktorskiej, bo nie zamierzała pozostać dłużna swojemu mężowi i również chciała go wpakować w stertę liści.
- Jezu, przepraszam, kochanie, wszystko w… - Nie dokończył, pochylając się nad nią, gdy pociągnęła go w dół. Wpadł w liście tuż obok Sophii, słysząc jej perlisty śmiech. - Ha-ha-ha, bardzo śmieszne. - Jasper rzucił w jej stronę kilka liści, które nawet do niej nie doleciały, co jeszcze bardziej rozbawiło kobietę. - Nawet przyroda jest przeciwko mnie. - Zaśmiał się. - Chodźmy dalej, obiecuję już cię nigdzie nie wrzucać.
Wstał i podał jej rękę.

Kiedy minęli pierwsze drzewa i znaleźli się już w niewielkim lesie rozciągającym się za ich domem, Sophia przystanęła i rozejrzała się dookoła. Mdłe promienie słoneczne jeszcze ostatkiem sił przebijały się przez drzewa nadając miejscu naprawdę magicznej atmosfery.
- Wiesz, co mi to przypomina? - zapytała nagle konspiracyjnym tonem. - Ten horror, który ostatnio razem oglądaliśmy. “Sezon na śmierć”, o grupie nastolatków, którzy zostali wymordowani przez dzikusów mieszkających w podobnym lesie.
Chwilę patrzyła poważnym wzrokiem na Jaspera, po czym parsknęła śmiechem.
Jasper zastanowił się chwilę. Średnio przepadał za slasherami, ale ten był całkiem niezły.
- Ten film był oparty na faktach - powiedział. - Tyle tylko, że w rzeczywistości przeżyło kilkoro nastolatków, a w filmie reżyser ubił wszystkich oprócz jakiejś chudej kujonki. - Jasper wzruszył ramionami. - Druga rzecz, że nasza posiadłość jest ogrodzona i zapewniam cię, kochanie, że nie czają się na nas w tych lasach żadni kanibale, a jedyne co tu pewnie kiedykolwiek zobaczymy, to wiewiórki i zające. - Puścił jej oczko.
Sophia spojrzała na niego i uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Jesteś pewien? - spytała tajemniczo, przyglądając mu się badawczo. - Są rzeczy, których o mnie nie wiesz, ale teraz, kiedy jesteśmy sami w tym lesie, nadszedł czas…
Po tych słowach Sophia rzuciła się na Jaspera, obejmując go wokół szyi i śmiejąc się wesoło ugryzła go delikatnie w szyję.
Cavendish odsunął się nagle od niej, chwytając dłonią za miejsce "ugryzienia" i zaczął teatralnie harczeć i łapać powietrze ustami.
- Dlaczego... mi to... zrobiłaś... kochałem... cię… - rzucił z udawanym bólem w głosie, po czym słaniając się na nogach podszedł do niej i momentalnie jednym, szybkim ruchem objął w pasie i uniósł nieco. - I nadal cię kocham, ty mój wampirku. - Pocałował ją namiętnie, a Sophia wcale nie oponowała, a odwzajemniła pocałunek, mrucząc cicho. - Mam nadzieję, że byłaś szczepiona przeciwko wściekliźnie, takie ugryzienie może być dla mnie groźne. - Pokazał jej język.
- Nie wystawiaj języka bo ci krowa nasika - odparła żartem Sophia, po czym ruszyła powoli dalej.
- Swoją drogą, to trochę dziwna jest ta historia tej poprzedniej właścicielki, nie uważasz? Myślisz, że ten wypadek miał miejsce w domu? Ciekawe co tak naprawdę się wydarzyło. Hej, to może być dobry materiał na twoją kolejną powieść!
- Też mnie to w sumie zastanawiało - powiedział, rozglądając się po okolicy. - Nie zdążyliśmy się wypytać agenta, jak zginęli Bennett'owie, ale przecież można pogrzebać w internecie na ten temat. Na pewno jakieś lokalne portale o tym pisały. Nie wydaje mi się, żeby było w tym coś niezwykłego, ale od tego mam wyobraźnię, żeby to niezwykłym zrobić, gdyby historia była tego warta. - Uśmiechnął się. - Jutro można to sprawdzić, bo na dziś wieczór już mamy plany. - Poruszał miarowo brwiami i klepnął delikatnie w jędrny tyłek.

Po długim spacerze po okolicznym lesie, oboje wrócili w jeszcze lepszych humorach niż wcześniej.
- Teraz, mój drogi, pójdę się odświeżyć, a ty grzecznie na mnie poczekasz - oznajmiła Sophia, kiedy oboje pozbyli się kurtek i butów.
Podeszła do swojego męża i złożyła na jego ustach krótki, ale namiętny pocałunek. Lubiła, kiedy jego zarost drażnił jej delikatną skórę. Uśmiechnęła się i ruszyła po schodach na piętro ich nowego domu.
Weszła najpierw do sypialni, z której później przeszła do garderoby. Było to całkiem spore pomieszczenie, które spokojnie można było przeznaczyć na jeszcze jeden pokój - gdyby takiego potrzebowali.
Sophia zapaliła światło i po chwili ukazało jej się pomieszczenie pełne wbudowanych wieszaków, pułek, szafeczek i szafek, a także spory regał, na którym powinny być poustawiane buty - i rzeczywiście tak było, choć żaden z nich nie miał obok siebie swojej pary.
Sophia otworzyła jedną z szaf i zaczęła w niej czegoś gorączkowo poszukiwać. Po kilkunastu minutach udało jej się znaleźć to, czego potrzebowała i szybkim krokiem wyszła z garderoby, potem opuściła sypialnię i weszła do pomieszczenia po drugiej stronie korytarza.
Zamknęła za sobą drzwi łazienki i po chwili można było usłyszeć cichy szum wody lejącej się z prysznica.
Po wszystkim spojrzała w lustro. Patrzyła na młodą, piękną blondynkę w kusej bieliźnie i pełnym makijażu. Rozpuściła włosy, które spłynęły delikatnymi falami na jej ramiona. Spryskała się cytrusowymi perfumami, poprawiła biust i posyłając swojemu odbiciu buziaka, ruszyła ku wyjściu.

Gdy Sophia wyszła z łazienki i pojawiła się w sypialni, Jasper oniemiał. W seksownej, kusej bieliźnie prezentowała się kusząco i pociągająco. Choć nie miała zbyt dużych piersi, nakręcała go jak żadna inna kobieta. Jej długie nogi sprawiały, że nie mógł oderwać od nich oczu, choć i tak co chwilę przeskakiwał wzrokiem to tu, to tam. Byli ze sobą już tyle czasu, jednak wciąż jej pragnął tak, jak na początku znajomości. W łóżku kobieta była lwicą, która lubiła oddać się aktualnej potrzebie chwili, przez co ich seks nigdy nie był nudny. Mokre włosy opadające na ramiona i dłoń, którą przejechała powoli od piersi aż do krocza, sprawiły, że Cavendish przełknął ślinę.
- Wyglądasz wspaniale, kochanie - rzucił krótko, wciąż ją podziwiając. - Skoczę szybko do łazienki i do ciebie wracam.
Jasper zerwał się z łóżka, pozbywając po kolei ubrań. Po ultra krótkim prysznicu, zupełnie nagi, wpadł do sypialni i od razu rzucił się na Sophię, całując ją namiętnie i ściągając z niej bieliznę.
Sophia mruczała cicho, oddając się fantastycznym pocałunkom jej męża. Jego zarost drażnił jej delikatną skórę, co jeszcze bardziej ją podniecało. Uwielbiała Jaspera - zarówno na co dzień, jak i w łóżku. Był wszystkim tym, czego potrzebowała. Opiekuńczym i romantycznym mężem i namiętnym, dzikim kochankiem.
Wplotła palce w jego włosy i cicho jęknęła z rozkoszy, kiedy jego zęby lekko zacisnęły się na jej prawym sutku. Odchyliła głowę do tyłu, przymykając powieki i przycisnęła głowę Jaspera do swojej piersi, jednocześnie dając mu znać, by nie przestawał. Jej druga pierś była pieszczona przez jego dłoń. Ściskał raz mocno, raz lekko, szczypał sutek, lekko masował. Sophia czuła jak rośnie w niej podniecenie. Z każdą chwilą tych pieszczot chciała jeszcze bardziej poczuć go w sobie, ale z drugiej strony nie chciała tak szybko przechodzić do meritum.
Chwyciła go delikatnie za podbródek i podciągnęła na wysokość swojej twarzy, po czym wpiła się w jego usta. Ich języki rozpoczęły namiętne tango, któremu wtórowały stłumione jęki przyjemności obojga kochanków.
Sophia wodziła dłońmi po plecach Jaspera. Chwytała go czasami za pośladki, w które wbijała lekko paznokcie. Kiedy ich usta w końcu odkleiły się od siebie, popchnęła go na łóżko.
Jasper nie oponował, położył się na plecach i oddał się pieszczotom swojej żony. Ta całowała go po szyi, czasami gryząc, powoli schodząc niżej. Zatoczyła kilka kręgów językiem wokół jego sutków, dłonią powoli sunąc niżej po jego brzuchu. Przygryzła prawy sutek i jednocześnie zaczęła masować dłonią jego sztywnego penisa. Rozkoszowała się jego jękami. Wiedziała, że jest mu dobrze.
Jasper przyciągnął Sophię do siebie i znowu pocałował, obejmując ją rękoma. Ostrożnie zamienił się z nią pozycjami tak, by on mógł być na górze i nie przestając całować, powoli wsunął dłoń między jej nogi. Kiedy uznał, że była wystarczająco wilgotna, zsunął się niżej i zaczął pieścić Sophię językiem. Kobieta jęczała z rozkoszy, zaciskając dłonie na pościeli. Potem, nie chcąc dłużej czekać, Jasper wsunął się w nią. Najpierw ich ruchy były delikatne, powolne, lecz z każdą chwilą stawały się szybsze i dziksze. Nie przestawali się całować.
Tej nocy, która była ich pierwszą w tym domu, Sophia miała niejeden orgazm. W końcu zasnęli, nadzy, wtuleni w siebie, zakochani.
 
Pan Elf jest offline  
Stary 12-09-2017, 11:15   #4
 
Tabasa's Avatar
 
Reputacja: 9922 Tabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputacjęTabasa ma wspaniałą reputację
Noc w nowym domu minęła im bardzo spokojnie, a gdy do sypialni wdarły się pierwsze promienie wrześniowego słońca, poczuli, że żyją. Wiedząc, iż dziś czeka ich nieco pracy, dość szybko zeszli na dół, przygotowali sobie śniadanie, podczas którego Jasperowi towarzyszył wielki kubek kawy, której Sophia nie cierpiała i żartując, zjedli w jadalni wspólny posiłek. Utalili, że Sophia zajmie się ogarnięciem strychu, natomiast Jasper sprawdzi, jak sprawy mają się w piwnicy. Oprócz tego, kobieta chciała przejść się później po okolicy, żeby wypytać sąsiadów o Bennett'ów. Zanim jednak ruszyli do pracy, przejrzeli w internecie wiadomości na temat poprzednich właścicieli.

Okazywało się, że Meredith i Richard Bennettowie byli lubianymi w Greenville lekarzami - on dermatologiem, ona pediatrą. Oprócz pracy w lokalnym szpitalu, w domu prowadzili prywatną praktykę, którą chwaliło sobie wielu pacjentów. Niestety, w zeszłym roku miały miejsce dwa wypadki, podczas których najpierw zginął ich piętnastoletni syn Jake, rozbijając się samochodem na drzewie, a kilka miesięcy później siedemnastoletnia córka Jessica, którą poraził prąd. Pan Bennett, prawdopodobnie nie mogąc pogodzić się z utratą ukochanych dzieci, powiesił się w hallu na kablu od mikrofalówki. Resztę historii już znali i po sprawdzeniu jeszcze kilku artykułów na ten temat, zabrali się do pracy.


Na strych wchodziło się po wąskich, drewnianych schodach umiejscowionych na piętrze, w zachodniej części domu. Gdy tylko Sophia otworzyła w drzwi, uderzył w nią zapach wilgoci i chłodnego powietrza. Strych był całkiem spory i może nawet dałoby się go przerobić na kolejny pokój, gdyby nie fakt, że na całej jego przestrzeni zalegały przeróżne pudła, przykryte białym materiałem szpargały i stare meble. Niektóre z pudeł wciąż były podpisane - w jednym z nich były zabawki Jake'a, w drugim stare lalki Jessici, dzieciaków Bennett'ów. Przerzucając klamoty, Sophia spłoszyła kilka niewielkich pająków, które czmychnęły gdzieś w mrok strychu, z dala od zasięgu jej wzroku. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu, za każdym razem większe, gdy kobieta przestawiała rzeczy, próbując je jakoś uporządkować i przygotować do wyniesienia. Tym jednak będzie musiał zająć się już Jasper i jakiś z jego kumpli, bo niektóre pudła były zdecydowanie zbyt ciężkie. Sprzątając, Sophia trafiła na dość ciekawe znalezisko...


Plansza Ouija ze wskaźnikiem. Nieco przykurzona, ale w naprawdę dobrym stanie. Sophia wiedziała, do czego służyła, a ta tutaj musiała należeć pewnie do któregoś z dzieciaków poprzednich właścicieli. Gdy blondynka oglądała ją dokładniej, nagle drzwi na strych zamknęły się gwałtownie z głośnym hukiem, aż Sophia podskoczyła w miejscu. Pewnie przeciąg je zamknął, tak sobie to tłumaczyła, zabierając się za porządkowanie kolejnych rzeczy. Po niespełna kwadransie, doszedł ją z dołu stłumiony odgłos dzwonka do drzwi.


Piwnica, którą zajął się Jasper, rozciągała się niemal na całej długości domu. Tutaj znajdował się boiler do grzania wody oraz instalacja elektryczna. Miejsce zostało posprzątane, ale i tak tu i ówdzie walały się jakieś zaklejone taśmą kartony, stare koce, meble i różne inne klamoty. Panował tu nieprzyjemny chłód i mrok, pomimo tego, że oświetlenie stanowiło kilka jarzeniówek na suficie. Jasper trafił również na spory kształt przykryty brezentem, a gdy go ściągnął, jego oczom ukazał się pokryty kurzem fotel dermatologiczny. Kolejna pamiątka po Bennettach.


Gdy mężczyzna wpatrywał się w fotel, jarzeniówki nagle zaskrzeczały ponuro i zaczęły migać nieregularnie. Jasper, który w kwestii elektryki wiedział tyle, co kot napłakał, podszedł do wyłącznika i nacisnął przycisk, a następnie wcisnął go z powrotem. Tym razem świetlówki nawet się nie włączyły. Spróbował ponownie kilka razy, aż w pewnym momencie usłyszał gdzieś nieopodal, dochodzący z mroku piwnicy płacz... niemowlaka. Tak, nie przesłyszał się. W momencie, gdy krótkie kwilenie ustało, światło znów działało jak wcześniej.

Zastanawiając się, co się właściwie stało i czy mimo wszystko nie miał jakichś omamów słuchowych, doszedł go z parteru wesoły dźwięk dzwonka do drzwi.

 

Ostatnio edytowane przez Tabasa : 12-09-2017 o 11:19.
Tabasa jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:26.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166