Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-05-2015, 19:15   #1
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
[Labyrinth Lord] Góra Dwimmer

domniemana historia Góry Dwimmer
Żyjemy w czasach, gdy słońce wygląda jak miedziak na niebie, gdy tchnienie zielonego oceanu nie ma już swej świeżości, gdy umarli są martwi, a nienarodzonych jeszcze nie ma. Jesteśmy jak nagie dzieci wobec nieprzebranej mądrości tajemnej przeszłości.

Wizję przesłaniały szare mgły, wielkie kłęby oparów, stale falujące i zmienne niczym duch wielkiej rzeki. Wśród owych mgieł pochwyciliście prędko przelatujące wizje pełne grozy i kuriozów. Przemieszczały się tam bestie i ludzie oraz kształty ani ludzkie, ani zwierzęce. Były to czasy Dawnych, pierwszej cywilizacji Tellurii, która podobno znała tajemnice życia i śmierci, gwiazdy na niebie i ziemie pod morzami. Pierwszej Rasie zawdzięczamy wiele cudów - stworzenie wielkich miast, krasnoludów czy kanon używanych dziś zaklęć. Najosobliwszym artefaktem, jaki po sobie zostawili, jest góra Dwimmer, w której podziemnych korytarzach Starożytni prowadzili eksperymenty magiczne związane z życiem, czasem i przestrzenią.

Jednak cywilizacje przemijają i przepadają w zapomnienie, gdyż takie jest ich przeznaczenie. Brukając stare, święte miejsca, rasa Eld - rasa Czerwonych Elfów Areonu, której czarnoksiężnicy potrafili zawezwać demony dziksze od wszelkich innych - podbiła znany nam świat. Były to czasy bitwy i rzezi, a także przerażającej miłości. Była tam śmierć, gdyż Życie i Śmierć idą ręka w rękę.

Dalszy los Dawnych pozostał do dziś tajemnicą. Nic poza niejasnymi legendami nie dotarło do nas przez wieki.

Choć nie dostrzegałem ich wyraźnie, płynęły ku mnie ich uczucia. Szli wszyscy w jednym kierunku i była to ucieczka. Owładnęło mną przemożne uczucie - nie, nie klęski. To nie nieznany nieprzyjaciel zmuszał ich do odwrotu, lecz raczej przeciwności losu. Zdawali się tęsknić do tego, co pozostawiali, tęsknotą tych, których odrywa się od głębokich korzeni. Nie wszyscy byli jednakowi, różnili się od siebie. Niektórzy, mijając mnie, przekazywali mi swój żal albo poczucie straty tak wyraźnie, jakby wykrzykiwali je słowami, które byłem zdolny zrozumieć. Inni natomiast mieli mniejsze zdolności porozumiewania się z taką siłą, chociaż ich uczucia były równie głębokie. Ten dziwny pochód zjaw już się oddalał, za nim wlokła się jeszcze garstka maruderów. Może to byli ci, którym najtrudniej było odejść? Czy słyszałem przez deszcz, czy nie - odgłosy płaczu? Jeżeli nie płakali żywymi łzami, to rozpaczali w myślach, a ich smutek kłębił się wokół mnie i nie mogłem już dłużej na to patrzeć, zakryłem oczy dłońmi i poczułem na własnych policzkach łzy jak ich własne.

Królestwo Eld było krajem na wpół obłąkańczej nauki oraz nieśmiertelnych aspiracji do podbojów. Rok po roku Czerwone Elfy z okrucieństwem i niezwykłą sprawnością rozpościerały swój cień coraz szerzej i szerzej, niewoląc Mężów. Za każdego niewolnika, który uciekał z ich szponów, siedmiu gniło w lochach, zdychając dzień po dniu. Niebo było upiorne od latających smoków, a wysokie drzewa wznosiły się nad śmierdzącymi bagnami, gdzie nurzały się i zawodziły gadzie potwory.

Sześćset lat czekano na ród, który zjednoczył wszystkich pod jednym sztandarem i jednym dowództwem - i to miało zgubić rasę Eld. Barbarzyńskie plemię Thulian, które dla zaskarbienia sobie łaski bogów wyrzekło się praktykowania magii, zmusiło Czerwone Elfy do odwrotu na Areon, oczyszczając w ten sposób planetę ze straszliwej grozy. Włócznie napiły się krwi, zaspokojono pragnienie mieczy, a grzmot trąb narastał jak ogromna fala nadciągającej radości, niczym przybój wieczornego przypływu bijący z łagodnym hukiem o srebrzyste plaże, zwiastując wspaniałą przyszłość.

Powstało Imperium, które w nadchodzących latach zawdzięczało swój rozwój jednej religii i jednemu Kościołowi, rozbudowanemu aparatowi państwowemu, ścisłemu nadzorowi nad czarodziejami i czystości rasowej. Nawet telluriańskie elfy, które odegrały istotną rolę podczas powstań przeciw Eld, zostały wygnane w odległe zakątki znanego świata.

Kiedym był wojownikiem, na chwałę bili mi w kotły,
Lud pod kopyta mego konia sypał pył szczerozłoty;
Lecz teraz jestem królem i oto jest przyczyna
Ciosu sztyletem w plecy i zatrutego wina.


- "Droga Królów", R. E. Howard

Pograniczne prowincje dniami i nocami walczyły z Imperium o swą niezależność, czarodzieje o wolność badań, a inne rasy o równe prawa. Podupadający, zdegenerowany kraj, żyjący głównie mrzonką o minionej świetności, lecz będący wciąż krajem potężnym, stał się znienawidzonym krwawym tyranem.

I wtedy pojawił się Turms Termax. Mąż bez rodu, obdarzony talentem magicznym, jakiego świat jeszcze nie widział. Przekonany o tym, że magia to droga będąca w stanie wywyższyć śmiertelnika do stanu boskości, stał się inspirującym symbolem dla pokoleń rebeliantów. Pojmany i zaprowadzony przez inkwizytorów na górę Dwimmer, został uznany za heretyka i ścięty, jednak nie zginął, a stał się bogiem, tak jak to przepowiadał.

Wielki Kościół, żeby zachować swój autorytet, musiał przejść reformy, wskutek których stał się instytucją znaną jako Wielka Trójca - patronem alchemii, astronomii i magii, trzech sztuk tajemnych, których arcymistrzem był Turms Termax. Kapłani Wielkiej Trójcy najpierw byli obiektem drwin, później doradzali Imperium, aż w końcu stanęli na jego czele, gdy Nekrolita Termaxian założył Żelazną Koronę Thulian, a wiara w Męża Który Stał Się Bogiem, niemal zepchnęła starszych bogów w zapomnienie.

Niemal, gdyż kapłani Typhona i Tyche, nie godząc się na nowy ład, wciąż mobilizowali ludność do walki z Termaxianami. Mężowie zanieśli miecz i pożogę daleko w głąb Imperium, które, przyparte do muru, uciekło się do obudzenia Mocy z zapomnianych areońskich grimuarów. Czarnoksiężnicy zdegenerowali się, a na mulistych plażach całego świata znów rozbrzmiało zawodzenie potworów, fantazji rodem z szaleństwa i strachu. Jedyną szansą dla Mężów było zdobycie góry Dwimmer, a wraz z nią całego magicznego arsenału Termaxian.

Niespodziewanie stała się rzecz, której nawet mędrcy prastarzy jak tutejsze wzgórza nie byli w stanie przepowiedzieć. Światło Dwimmer zgasło. Cała góra wypełniła się straszliwą ciszą, a starożytne wrota zamknęły się raz na zawsze, pozbawiając Imperium środków do obrony.

Upadek Termaxian stał się faktem, a w jego miejsce powstała siatka miast-państw i księstw. Najpotężniejszą instytucją stała się świątynia Typhona. Kapłani tego boga stali się strażnikami góry Dwimmer, obierając sobie za siedzibę leżące blisko miasto Muntburg.

Wiek góry, jej niewiarygodna starożytność była przytłaczająca. Powietrze wokół było niczym szept z przeszłości, nasycony piżmem, wonią rzeczy zapomnianych, tchnący sekretami, które były wiekowe już wówczas, kiedy świat był młody. Było tak, jak gdyby zamknięte wrota, za którymi skrywają się wszystkie tajemnice tego świata, śmiały się bezgłośnie z nieprzeniknioną drwiną. Młodzi jesteście - mówiła góra Dwimmer - ale ja jestem stara. Jestem niezwyciężona, niezniszczalna, a wy przeminiecie, a więksi przyjdą po was. Więksi byli przed wami.

Niecałe dwa miesiące temu mieszkańcy Muntburgu zaczęli słyszeć dźwięki, których niepodobna opisać. Światło księżyca odbijało się dziwnymi poblaskami, a jego promienie rozświetlały tajemnicze sylwetki wchodzące i schodzące z góry Dwimmer.

Wrota Góry Tajemnic znów stanęły otworem.
Ścieżka Mavorsa: pierwsza wyprawa
Od wieków obrzędem przejścia dla młodych muntburczyków była próba otworzenia Czerwonych Drzwi. Jak można się tego domyślić, żadnemu z nich się ten wyczyn nie udał. Po dwóch wiekach wrota otworzyły się same, co miało miejsce zaledwie dwa miesiące temu. Stało się to zupełnie tak, jakby drzwi same wiedziały, kiedy to zrobić; jakby były czującą istotą lub częścią jakiejś większej bezwzględnej inteligencji. Wykonane z dziwnego czerwonego pierwiastka - zwanego od planety, z której pochodził Areonitem - drzwi były tylko wejściem do większych jaskiń leżące w głębi góry Dwimmer, tak jak słowa i czyny męża wskazują tylko na ciemne groty mrocznych myśli i zamiarów, leżące za nimi i pod nimi.

Po przekroczeniu progu Czerwonych Drzwi, starożytne, wyślizgane schody opadały, prowadząc w stygijsko mroczne światy. Oddychanie smrodliwym wyziewem, jaki zwykle bucha z otwartego lochu, nie należało do rzeczy najprzyjemniejszych. Oświetlona blaskiem pochodni i latarni komnata wykonana była z thuliańskiego betonu - fundamentu dróg i budowli Imperium; materiału wytwarzanego z wulkanicznych pyłów wyspy Thule, przy którym dzisiaj używane surowce wydają się być zaledwie marną, łamliwą gliną.

W sali stało sześć marmurowych posągów. Pięć z nich przedstawiało mężczyzn uchwyconych w różnych pozach i ubranych w starożytne thuliańskie szaty o odmiennym kroju. Statuy łączyła jednak dokładnie ta sama twarz brodatego mężczyzny o świdrującym spojrzeniu, napawającym lękiem w przejmujących ciszą podziemiach. Ostatnią z figur była kobieta - taka piękność, która może przywieźć męża do szaleństwa, ubrana w najzwyklejszy strój i spoglądająca na oćmioną komnatę surowym, kamiennym spojrzeniem, zgoła nie pasującym do jej delikatnych rysów.

Pięć dębowych, wzmocnionych żelazem drzwi prowadziło zapewne do innych komnat.

Rozbiegane oczka zielonoskórego alchemika błyskawicznie przeskakiwały po każdym elemencie pomieszczenia, spiczaste uszy uniosły się tak, by żaden podejrzany dźwięk nie uszedł ich uwadze, a długi i haczykowaty nos zaczął łapczywie pochłaniać zapach pradawnych ruin. Najwyraźniej goblinowi wcale nie przeszkadzał smród. Jeżeli to w ogóle można by nazwać smrodem. W końcu podczas swej długiej kariery alchemika, Skankex miał wielokrotnie okazje wąchać składniki, czy ich mieszanki, które z pewnością złamałyby nawet najtwardsze nozdrza.

Postawił delikatne kroki w stronę pierwszego lepszego posągu, bacząc uważnie gdzie stawia stopy. W końcu nikt nie wiedział, co dla żądnych złota podróżników przyszykowali Pradawni. Przyjrzał się dokładnie statui, zaś palce prawej ręki wsadził pod czerwoną chustę obszytą białym materiałem w taki sposób by imitowała zęby. Ciche szczękanie świadczyło o tym, że goblin zaczął obgryzać długie i brudne paznokcie, chcąc powstrzymać swe łapska od rzucenia się na pomniki. Sam nie wiedział, czego tak się obawiał, ale instynkt podpowiadał mu, że lepiej byłoby pozostawić te dzieła antycznej sztuki w spokoju… i najlepiej zejść z zasięgu martwego wzroku.

Przyglądając się męskim posągom, goblin nie mógł zbyt wiele powiedzieć - ich pochodzenie i sens mógł wyjaśnić tylko wykształcony mąż. Skankex jednak błyskotliwym stworzeniem był i mimo braków we wiedzy wydedukował, że głowy pomników musiały zostać podmienione - pytanie tylko, kto to zrobił i dlaczego? Jego umysł ciemniał, kiedy usiłował to pojąć, więc skupił się na tym, co umiał robić najlepiej - na szukaniu skarbów.

Nagła chęć dalszej eksploracji sprawiła, że wyprostował się i sięgnął do plecaka, z którego wyciągnął niewielki flakonik. Przyjrzał się mu uważnie, starając sobie przypomnieć czy aby na pewno wziął właściwy. Następnie zaś odkorkował go i niemalże włożył sobie szyjkę niemalże do nosa. Zaciągnął się głośno, jeszcze raz upewniając się czy jest to ta, której w tej chwili potrzebował. Zbyt wiele razy w czasie swej praktyki zdarzyło mu się omylić, co doprowadzało go nieraz na skraj śmierci, by teraz się na to nadziać.

Upewniwszy się w końcu, skierował butelkę pod chustę, a następnie jednym haustem, przechylając głowę do tyłu, opróżnił ją w całości. Niedbale wrzucił pustą buteleczkę z powrotem do plecaka, zaś jego nozdrza w widoczny sposób zaczęły się rozszerzać, wydając tym samym dość nieprzyjemny dźwięk wciąganego powietrza.

Alchemik po wypiciu mikstury nie potrafił opanować drżenia. Jego oczy były z rubinów, które płonęły czerwonym blaskiem, chciwie jak węgle z najgłębszych otchłani piekła. Wskazał łapskiem odbarwionym od kontaktu z najróżniejszymi odczynnikami na północ - właśnie tam było złoto, które pachniało tak trująco słodko, jak nigdy dotąd.

Draug był wojownikiem z dziada pradziada. Wyspecjalizowął się w walce potężnym mieczem dwuręcznym, ale z kuszą też radził sobie nie najgorzej. O Górze Dwimmer usłyszał już jakiś czas temu, ale dotychczas sądził, że to tylko legenda lub ludzkie gadanie. Teraz natomiast stał na jej progu o krok przed wejściem. Dawno nie był tak podniecony przed eksploracją danego miejsca. Przecież to było niemal nierzeczywiste.

Otrząsnął się ze zbędnych emocji i śmiało przekroczył próg. Wszedł do środka ładnych kilkanaście kroków stąpając ostrożnie, ale za to dokładnie i uważnie rozglądając się dookoła. Pierwsze co się najmocniej rzucało w oczy były to wielkie posągi w ilości bodajże sześciu. Na jednej ścianie stało i cztery, a na przeciwnej pozostałe dwa. Zatrzymał się mniej więcej po środku pomiędzy tymi dwoma. Nie dobywał jeszcze broni, gdyż był na tyle wytrawnym wojownikiem, że potrafił ją dobywać niemalże błyskawicznie. Czekał na reakcję reszty drużyny.

Clymm na otaczającą go salę reagował z umiarkowanym entuzjazmem. Osobiście bardziej preferował szerokie przestrzenie, ale wśród pól czy lasów złoto nie rosło, więc wybór był prosty. Jeśli, oczywiście, wierzyło się w plotki, które opowiadały wiele różnych ciekawych rzeczy o Górze.

Podziemi się nie obawiał. Jego doświadczenie ograniczało się co prawda do lochów pod rodzinnym zameczkiem, tudzież przylegającej do nich jaskini, ale uznał, że na początek to wystarczy. Zrobił kilka kroków do przodu, by by móc dokładniej przyjrzeć się posągom, które stały najbliżej schodów.

Nawet nie będąc blisko związanymi z Wielkim Kościołem, Clymm i Draug w sylwetkach pięciu posągów rozpoznał thuliańskie bóstwa. Cainta, boga medycyny, poezji i muzyki, patrona szpitali i teatrów. Donna, ponurego boga śmierci, którego najgorliwsi kapłani są nieustraszonymi łowcami wampirów i nektromantów. Mavorsa, boga wojny, odwiecznego rywala bogini Asany, przekładającej strategię i intelektualne debaty nad fizyczną siłę. Tenena, boga rzemieślników, wynalazców i podróżników, któremu nie wznoszono świątyń, a jego duchowni całe życie wędrują, poszukując nowych idei. Oraz największego z nich wszystkich - Typhona, boga sprawiedliwości, dyscypliny i handlu, trzech sfer, które są uznawane za fundament cywilizacji mężów.

Śmiałkowie poznali też twarze statuetek. Bluźnierczo osadzone na ramionach figur głowy były podobiznami Turmsa Termaxa. Stojący naprzeciw posągu mężowie zdawali się niezdolni do oderwania oczu od pełnego szalonego triumfu wzroku najpotężniejszego z czarodziejów, który stał się bogiem, obalił Imperium i zdeformował Wielki Kościół, czyniąc z niego Wielką Trójcę.

Tajemnicą pozostawał posąg kobiety - widocznie tylko święty mąż, obeznany w teologii, mógł znać jego sekret.

- Ktoś się przyłożył - mruknął z wyraźną niechęcią Clymm. - Ale tej panny nie kojarzę. - Które drzwi wybierzemy na początek? - spytał po chwili. Nie sądził, by czekanie, aż któryś z bogów ich oświeci, ma sens.

- To Sarana, kochanka Turmsa Termaxa, o której słuch zaginął wtedy, gdy czarnoksiężnik stał się... Bogiem. - objaśnił Marduk, wypowiadając imiona legendarnych kochanków z wyraźną wzgardą. Weteran do bogów Wielkiego Kościoła odnosił się z ponurą niechęcią, a do Turmsa z niewiarygodną wręcz nienawiścią. Ten mąż był członkiem zakonu odwiecznych wrogów Termaxian, paladynów z odległego Królestwa Króla-Kapłana - towarzyszący mu awanturnicy słyszeli jedynie legendy o przedstawicielach tej tajemniczej organizacji, do tej pory uznając, że jest ona, tak jak druidzi, niczym więcej niż mitem z jednego z tych starożytnych, okutych żelazem tomów, które opowiadały o świecie w swym zagadkowym, symbolicznym języku. Co innego czytać o paladynach i słuchać o nich opowiadań, a - teraz wszyscy to rozumieli - czym innym było widzieć jednego z nich, jak działa, zawsze na rzecz absolutnego Ładu. A może Marduk był szarlatanem, zwykłym oszustem budującym swój autorytet na niezmiernie malowniczych opowieściach? Jego nadprzyrodzone zdolności, nabyte umiejętności i zgromadzona wiedza zaprzeczała podobnym pogłoskom.

- A sądzisz przyjacielu, że wybór które drzwi ma jakiekolwiek większe znaczenie poza przypadkiem co za nimi spotkamy? Moim zdaniem to czysty fart, ale rzeczywiście możemy wspólnie podjąć tą decyzję - Draug zwrócił się do Clymma.

- Zawsze możemy wykorzystać Skankexa jako drogowskaz - Clymm skinął głową w stronę goblina. - Ale nie wiem, czy tak akurat należy interpretować jego pozę.

- Głupi, głupi, głupiii ludzie – zaskowyczał cicho goblin natarczywie wskazując na drzwi, zza których to wyczuwał skarby. – Tam jest złoto. Dużo, dużo, dużooo złota.

- O i rozwiązanie się znalazło, czyli idziemy przez tamte drzwi - dodał Draug z uśmiechem na twarzy.

Słowa nie dawały nic. Jeśli się chciało mieć złoto, trzeba było zacząć działać. Jako że Skankex nie potrafił się zdecydować, za którymi drzwiami jest więcej złota, Clymm wybrał te po lewej i podszedł do nich. Ostrożnie, bowiem Góra cieszyła się złą sławą, a drzwi mogły być zabezpieczone w różne nieprzyjemne sposoby.

- Skankex, poświeć tu, proszę - dodał.

Po ciemku można robić różne rzeczy, ale łażenie po podziemiach do tych rzeczy nie należało.

Clymm i Skankex upewnili się, że po drugiej stronie panowała śmiertelna cisza i nieprzebity mrok - przejście musiało być bezpieczne. Naciskając delikatnie klamkę mąż upewnił się, że drzwi były otwarte.

Jakie skarby mogą się kryć za otwartymi drzwiami, pomyślał ciut zniechęcony. Jednak, wierząc w przeczucie Skankexa, pchnął drzwi, a goblin rozświetlił latarnią ciemne pomieszczenie, które niegdyś musiało stanowić pokój strażników, o czym świadczyły pokryte pajęczynami puste stojaki na miecze i połamane krzesła. Co ciekawe, pośród rupieci leżała rozbita butelka gorzałki, o jaką łatwo w muntburskiej karczmie "Pod Zielonym Smokiem". Sądząc po świeżości plamy, miłośnik trunku musiał tu niedawno przechodzić, może nawet kilka godzin temu.

Skankex otworzył kolejne drzwi, rozświetlając początek mrocznego korytarza prowadzącego gdzieś na północ.

El’jash zapuścił się w te okolice szukając potęgi i władzy. Oczywiście owa chęć nie pojawił się znikąd. Od urodzenia żył w cieniu swojego brata, czegokolwiek by nie dokonał, tamten dokonał tego już dawno i jak mówili dwa razy lepiej. Szedł uważnie w środku szyku, by w razie czego wspomóc łukiem swych towarzyszy zanim sięgnie po miecz.

- Nie traćcie ducha, podejrzane by było jeśli złoto znajdowało by się tuż za drzwiami - powiedział elf.

Ślady wskazywały na to, że niezbyt dawno temu ktoś tędy wędrował. A to, według Clymma, bynajmniej nie napawało optymizmem. Łatwiej było iść, jeśli ktoś pootwierał drzwi, ale równie dobrze ów ktoś mógł się zaopiekować złotem, na które Clymm miał również chrapkę.

- Ludzia przodem - syknął zielonoskóry wykrywacz skarbów, spoglądając swymi błyszczącymi oczkami w ciemną otchłań korytarza. – Skankex wskazywać drogę, ludzie iść przodem. Skankex umrzeć, wy nie wiedzieć gdzie złoto.

Lęk przed nieznanym narastał z każdą chwilą, lecz awanturnicy brnęli coraz głębiej, gotowi śmiało zmierzyć się z wiekowymi okropnościami i nieodkrytymi tajemnicami. Minęli zamkniętą komnatę i doszli do rozwidlenia korytarza. Pod naporem światła latarni nietknięta najniklejszym nawet promykiem światła ciemność ustąpiła, odkrywając kolistą komnatę, na której ścianach wisiało pięć wykonanych z szarego metalu demonicznych masek. Szósta leżała obok wiekowego trupa - trupa, z którego już dawno temu robaki obżarły całe ciało, pozostawiając szkielet odziany w kolczugę, buty i resztki ubrań. Goblin pisnął dziwacznie, wycofując się do towarzyszy.

- Skankex mieć złe przeczucia - alchemik syknął ze straszliwym podejrzeniem.

Zwłoki nieszczęśnika zaintrygowały poszukiwaczy przygód - według pogłosek wrota Góry otworzyły się niespełna dwa miesiące temu, a trup musiał rozkładać się zdecydowanie dłużej. Kim był za życia? Jak dostał się do środka Dwimmer?

- Ściągnął maskę i coś go zabiło? - wysunął hipotezę Clymm. Raczej nie bardzo mu się uśmiechało weryfikować tę hipotezę. - Włócznia czy strzała raczej nie... A może jakiś gaz czy magiczne promienie?

- Może by tak strzelić do maski - rzekł elf - może to uruchomi pułapkę? El'jash przycelował i zwolnił cięciwę. Grot strzały przebił stalowe czoło maski, wbijając się w pustą przestrzeń między ścianą a przedmiotem. Maska drgnęła na podtrzymujących ją zawiasach, a z jej ust, wyszczerzonych w nienawistnym grymasie, uleciał niewielki obłoczek zielonego gazu.

Przyjrzywszy się maskom bliżej elf zauważył, że wystarczy zablokować ukrytą dźwignię wyzwalającą dawkę śmiertelnego gazu, by móc bezpiecznie zdjąć je z uchwytów. Przy każdym z tajemniczych artefaktów wyczuwał delikatny zapach magii, choć bez pomocy doświadczonego czarodzieja czy - co gorsza - metody prób i błędów, jako zaledwie neofita nie był w stanie dokładnie określić rodzaju umagicznienia. Dotknąwszy maski, przez jedno bicie serca oczyma wyobraźni widział siebie w masce i w pełnym rynsztunku bojowym thuliańskiego legionisty - z włócznią i prostokątną tarczą - a przed sobą wyjący straszliwie świński pysk orka.

- W tym jest magia. Nie wiem dokładnie jaka, ale jest. - powiedział El’jash. - Da się je bezpiecznie zdjąć.

- Po co zdejmować? Przynajmniej w tej chwili? Masz zamiar założyć taką maseczkę? - spytał Clymm. - Nie wiem, czy to ma jakiś sens? Będziesz lepiej opancerzony? Będziesz widzieć w ciemności? Patrząc na maskę, Clymm stwierdził, że z całą pewnością nie pełniła funkcji ozdobnej - widział na niej ślady cięć, wgniecenia, jak i obtarcia od codziennego użytkowania. Artefakty były wykute w sposób identyczny i na ludzki rozmiar - widocznie nie były jedynymi i bóg wie, ile podobnych stworzono w zamierzchłych czasach.

Podniósł leżącą na ziemi maskę, uniósł do góry i spróbował spojrzeć przez te otwory w masce. Nie wiedział, czego oczekiwać, ale i tak nic się nie stało.

- Całkiem nieźle pasuje - powiedział po chwili, przyczepiwszy maskę do hełmu i spojrzawszy na kompanów. - Wszystko dobrze widać - jeśli w tym była jakaś magia, to Clymm jej jednak nie zauważył.

Kilka kroków dalej poszukiwaczy skarbów czekało kolejne rozwidlenie korytarza, po jednej stronie kończące się zamkniętą na klucz komnatą, za którą musiał znajdować się upragniony skarb Skankexa. Goblin po zapachu sądził, że prawa odnoga tunelu również musiała prowadzić do złotego łupu, choć nieporównywalnie - może nawet dziesięciokrotnie - mniejszego, gdyż słodki aromat cennego kruszczu był ledwo wyczuwalny.

- Ziarnko do ziarnka, jak powiadają - mruknął Clymm. - Ale to małe ziarnko jest daleko, więc najpierw sprawdźmy to, co jest pod nosem. Podszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Bez powodzenia.

- No to trzeba na siłę - powiedział. - Albo sposobem. - Spojrzał na Skankexa. Jednak goblin pocił się i pocił, a nic nie wskórał. Pozostało mu przeklinanie swej nieudolności.

- Zbadajmy najpierw resztę korytarzy, do zamkniętych drzwi zawsze możemy wrócić - zaproponował El’jash. - Skarb nam nigdzie nie umknie.

- No to chodźmy - powiedział Clymm, popierając słowa czynem. Lepiej mieć trochę złota, niż nic. Nie mówiąc już o tym, że mogli rozwalić te drzwi wracając.

Marduka od samego wejścia uwierał pośpiech reszty kompanii w poruszaniu się po lochach Góry. Sam od kiedy wszedł w czeluści Dwimmer nie potrafił pozbyć się tej niesamowitej mieszaniny zdziwienia, ciekawości i poznania, gdy odkrywały się przed nim rzeczy i sprawy, o których dotychczas słyszał tylko od starych mistrzów, których wiedza opierała się na księgach tak starych, że nieostrożny oddech lub promień słońca niszczyły ich karty.

Jednak gdy on zadawał sobie pytania o przyczyny, cele i środki wszystkiego co napotykali z osobna, tamci nierozważnie parli naprzód, gdzie on miarowo postukując obitym stalą kosturem odmierzał kroki, reszta liczyła w myśli wymarzone skarby.

Chciwość towarzyszy w przewrotny sposób służyła jego celom, bowiem im bardziej gnali do przodu, tym głębiej zapuszczali się w loch i tym pewniej musieli napotkać najgorsze jego niebezpieczeństwa. Tak było napisane - w najgłębszych otchłaniach czaiły się najstraszniejsze demony - a zbadanie groźby jaką kryły w sobie głębie Góry było w tej chwili najważniejsze.

Tym sposobem Marduk, od kiedy rzeczowym tonem odpowiedział na pytanie Clemma, nie odezwał się ani razu. Postukując delikatnie kijem i przyświecając sobie świecą, gromadził w głowie pytania, na które należało znaleźć odpowiedź.

Przede wszystkim, zwrócił jego uwagę motyw piątki, który powtarzał się dotychczas w podziemiach. Bogowie, posągi, drzwi, maski - być może wszystko to było nawiązaniem do tych pierwszych - tym bardziej jednak uderzała obecność szóstego posągu. Czy można było oczekiwać w takim razie szóstego wyjścia? Czy też cały wysiłek popełniony w komnacie wejściowej był tylko aroganckim, prostackim zaprzeczeniem?

W tym samym czasie gdy pozostali zainteresowali się maskami, sam przyjrzał się bliżej ludzkim szczątkom w tej samej komnacie - kim był ten człowiek i jak zginął? Jego czujnemu oku nie umknęła też pusta butelka, znacząca obecność jakiegoś współczesnego śmiałka. Czy tamten przybył tu sam? Czy żył jeszcze…?

- Tak, chodźmy - Marduk poparł Clemma, jednocześnie sięgając po krótszą, poręczniejszą pałkę i ruszył wraz z nim w stronę, gdzie można było znaleźć złoto. Był pewien, że znajdą nie tylko skarby, poruszał się więc uważnie i niezbyt szybko, wciąż licząc kroki.

Skankexowi aż żal było odwracać się plecami do drzwi, za którymi czekało upragnione złoto. Goblina zżerała ciekawość. Monety? Klejnoty szlachetne? Łup po zrabowanej świątyni? Wręcz drżał z niecierpliwości, a czuł już, że jego magiczny zmysł powoli zanika i nie zdąży wywęszyć kolejnej okazji poza tą, którą w tej chwili porzucał, i tą po drugiej stronie korytarza.

Śmiałkowie oświetlili odnogę tunelu płynnie przechodzącą w niewielkie pomieszczenie, które, choć nieumeblowane, mogło w przeszłości pełnić funkcję pokoju, którego ściany były obwieszone licznymi trofeami. Blask latarni, mimo że nie rozjaśnił całej izby, wskazał dwa duże głazy, pod którymi znajdowały się kałuże zakrzepłej krwi.

Dopiero gdy zobaczyli błyszczące na tych skałach kolczugi i topory, awanturnicy zdali sobie sprawę, że kamienie jeszcze do niedawna były umięśnionymi ciałami krasnoludów, prężnymi i twardymi jak żelazne druty. Twarze nieszczęśników nie zdradzały spokoju, tylko dręczące wątpliwości. Musieli wyzionąć ducha z okropnym okrzykiem.

Sami bohaterowie nie wiedzieli, jak długo stali nieruchomo niczym posągi, sycąc oczy widokiem dziwaczną przemianą, jaka czekała każdego z krasnoludów po śmierci.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)
Clutterbane jest offline  
Stary 17-05-2015, 18:43   #2
Konto usunięte
 
Clutterbane's Avatar
 
Skankexowi aż żal było odwracać się plecami do drzwi, za którymi czekało upragnione złoto. Goblina zżerała ciekawość. Monety? Klejnoty szlachetne? Łup po zrabowanej świątyni? Wręcz drżał z niecierpliwości, a czuł już, że jego magiczny zmysł powoli zanika i nie zdąży wywęszyć kolejnej okazji poza tą, którą w tej chwili porzucał, i tą po drugiej stronie korytarza.

Śmiałkowie oświetlili odnogę tunelu płynnie przechodzącą w niewielki nieumeblowane pomieszczenie, którego ściany musiały być niegdyś obwieszone licznymi trofeami. Blask latarni, mimo że nie rozjaśnił całej izby, wskazał dwa duże głazy, pod którymi znajdowały się kałuże zakrzepłej krwi.

Dopiero gdy awanturnicy zobaczyli błyszczące na tych skałach kolczugi i topory, zdali sobie sprawę, że kamienie jeszcze do niedawna były umięśnionymi ciałami krasnoludów, prężnymi i twardymi jak żelazne druty. Twarze nieszczęśników nie zdradzały spokoju, tylko dręczące wątpliwości. Musieli wyzionąć ducha z okropnym okrzykiem.

Sami bohaterowie nie wiedzieli, jak długo stali nieruchomo niczym posągi, sycąc oczy widokiem dziwaczną przemianą, jaka czekała każdego z krasnoludów po śmierci.

- No to już wiadomo, dokąd nie warto iść - powiedział Clymm. - Nie bardzo wierzę w to, by istniały tutaj tylko dwie pułapki. Pewnie kolejne czekają na ochotników, chcących się zginąć nieprzyjemną śmiercią.

Spojrzał na podłogę, ale nie znalazł żadnych śladów, które by sugerowały, że krasnoludy przyszły tym korytarzem. Może weszły z tamtej strony?

- A w ogóle to złoto jest tam, prawda? - spytał Skankexa, wskazując przy okazji drzwi znajdujące się na końcu korytarza.

- Skankex czuć złoto na wprost… ale złota mniej niż za nami… - zaskrzeczał goblin podirytowanym tonem. Porażka przy starciu z zamkniętymi drzwiami wprowadziła go w stan frustracji. Z niezwykłym żalem oddalał się od skarbu, którego obecność wywoływała u niego tak niebiańskie uczucie. Miał nadzieje, że Ludziki zajmą się drzwiami, kiedy będą wracać z powrotem.

Widok skamieniałych krasnali jeszcze bardziej pogorszył jego nastrój, jednak ciekawość zwyciężyła. W końcu wolał wiedzieć, czy nie czai się tam jakaś bestia, która w każdej chwili mogła zajść ich od tyłu. Przywarł łapczywie do ściany, starając się zachować jak najciszej, po czym ruszył powoli korytarzem. Zatrzymał się wraz z końcem ściany, a następnie, przezornie przysłaniając jedno oko dłonią i mrużąc drugie, zaczął z wolna wychylać głowę zza rogu. Był gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki.

Drżąc na myśl o szponach i kłach wyskakujących z cienia, dzielny goblin ruszył na zwiad. Skankex musiał przyznać, że uczucie ciekawości i targające wnętrznościami obrzydzenie dzieliła zaledwie cienka granica. Całe szczęście jedyną bestią, jaką do tej pory śmiałkowie napotkali, była ta wyrzeźbiona na monstrualnej masce Clymma.

- Kolejny korytarz prowadzący nie wiadomo gdzie - poinformował towarzyszy alchemik. - Lepiej otwórzmy te drzwi.

Płomień rzucił koszmarną poświatę na czarny, kamienny ołtarz - masywny, ponury, bez rzeźb ani ornamentów, przywodzący na myśl ukryte świątynie z opowieści, w których gęsty dym unosił się bezustannie, a uprowadzeni ludzie byli składani w ofierze przed wielkim demonem, którego straszliwa głowa kołysała się po kres czasów w nawiedzonych cieniach.

- Pssst! Tam! Za tą ciemną bryłą! Skankex czuje skarb!

O sześć marmurowych kolumn kaplicy oparte były rzeźby thuliańskich legionistów w pełnym rynsztunku. Zaraz... To nie były zwykłe pomniki! Ciężkie włócznie przytrzymywały kościste dłonie. Całe szkielety były szarej barwy i odbijały światło latarni niczym stal.

Śmiałkowie oblizali spierzchnięte wargi, pełni obawy, że wariują. Oczodoły czaszek zdawały się rozpalać, najpierw na różowo, potem przez bladą czerwień aż do szkarłatu, a gdy rozbłysły niczym ogień piekielny, legioniści zeszli z podestów i sformowali szyk, kierując żądne krwi groty w stronę bohaterów. Wszystko to trwało nie dłużej niż kilka bić serca - zanim herosi zdążyli cokolwiek zrobić, szkielety skoczyły ku nim jak uwolnione sprężyny. Draug i Marduk, wojownicy, którzy wiedzieli, jak używać stali, zatrzymali legionistów w drzwiach, parując i blokując niosące śmierć pchnięcia z zimnym wyrachowaniem, podczas gdy El'jash, Skankex i Clymm stali dosłownie za ich plecami, napinając i zwalniając cięciwy w nerwowym pośpiechu.

Legioniści walczyli w straszliwy sposób - nie czynili żadnych wysiłków, by unikać pchnięć, cięć i strzał, stali wyprostowani i w zwartym szyku, pragnąc jedynie zabijać. Straszliwe czerwone ślepia przepalały śmiertelników wzrokiem. Okropny, cuchnący odór starości nasycił powietrze. Długie cięcia, pchnięcia i groty strzał były mało skuteczne, gdyż nie był to wróg, z którego tryskała krew i wnętrzności. Bohaterów ogarnęła szarpiąca nerwy upiorność. Dysząc w gniewie i przerażeniu grupka poszarpanych, splamionych krwią postaci gromadziła u swych stóp rozsypane szkielety. Skankex trajkotał i wrzeszczał przeraźliwie, gdy fontanna jego krwi trysnęła na posadzkę. Draug miał kilka głębokich ran, ale żadna z nich nie była śmiertelna. Krwawiący Clymm kiwał się jak pijany.

W końcu śpiew stali umilkł. Skołowani bohaterowie otrząsnęli się z napierającego oszołomienia. Goblin chwycił za flakonik, który według niego był uzdrowicielską miksturą. Napił się, po czym poczęstował rannych towarzyszy. Mimo że odświeżyło to ich fizycznie, nie byli pewni, czy są dalej gotowi rzucić wyzwanie mocom nieznanych umarłych i mocom żywych.

Z pomocą Clymma i El'Jasha Skankex odsunął ołtarz, za którym była dziura prowadząca do ukrytego skarbca. Śliniący się ze szczęścia goblin przeczesał pomieszczenie, znajdując setki srebrnych monet, klejnoty takie jak obsydian, cyrkon, onyks czy turmalin, marmurową głowę kobiety, którą Mężowie zidentyfikowali jako wizerunk bogini Tyche i tajemniczą, pokrytą starożytnymi thuliańskimi runami broszkę w kształcie skarabeusza, wykonaną z księżycowego srebra, używanego przez alchemików do tworzenia magicznych przedmiotów mających za zadanie chronić ich właściciela.

Broszkę do plecaka wrzucił Clymm. Niespodziewanie, gdy drużyna wracała korytarzem, Mąż zacharczał i zachwiał się, łapiąc się za gardło. Poszukiwacze przygód rzucili się ku niemu z pomocą, lecz było za późno. Z każdym drgającym oddechem z jego ust toczyła się krwawa piana. Nagle nieszczęśnikiem wstrząsnął mocny dreszcz i upadł ciężko twarzą w dół. Po chwili z jego szyi wypełzł żywy skarabeusz i znieruchomiał. Łomot serc niemal ich udusił. Bladzi jak morska piana przed sztormem, nie dowierzali w śmierć towarzysza i czarne sztuczki, których byli świadkami. Ich niewiarygodność graniczyła z groteską.

Powietrze wypełniło się posępną trwogą.

- Bogowie... Walczymy przeciw czemuś więcej niż miecze. - powiedział dotąd milczący Uwe, zajęty do tej pory otwieraniem drzwi, z którymi Skankex nie potrafił sobie poradzić. Mąż wykonał pobożny gest, co u rzezimieszka było rzadkością. - Pochowamy go?

- Tak. Przynajmniej tyle możemy dla niego zrobić. Dzielnie walczył. Czy ktoś wie, czy miał jakąś rodzinę…? - spytał paladyn, podnosząc się z kolan, skoro tylko się przekonał, że w żaden sposób nie zdoła już pomóc Clymmowi, a jedynie zaopiekować się jego doczesnymi szczątkami. Przeczuwał, że odpowie mu co najwyżej głucha cisza, więc pozwolił jej zabrzmieć, by tym wyraźniej usłyszane zostały kolejne jego słowa:

- Śmierć kresem cierpień. To było napisane na broszy. Musimy być bardziej uważni, nie działać bez zastanowienia. Efekty pośpiechu… - wskazał na ciało przeżarte przez skarabeusza, po czym celnym uderzeniem pałki posłał broszę w krótki ślizg po kamiennej posadzce, tak by mogli bezpiecznie wynieśc zwłoki.

- Na razie chyba najrozsądniej będzie zostawić tamto paskudztwo tutaj. Prawdopodobnie nigdzie sobie nie pójdzie, a już na pewno niezbyt daleko - powiedział Marduk ponuro, przemilczawszy możliwość zniszczenia przedmiotu, która z jednej strony zostałaby zapewne oprotestowana, a z drugiej wydawało mu sie wątpliwym, by skarabeusz rozpadł się od byle uderzenia.

- Skoro zaś komnata ze skarbem została otwarta, warto by do niej choć zerknąć, nim zdecydujemy się wycofać z podziemi. - mówiąc to, obwiązywał liną zdobyczną głowę posągu, tak by mógł ją wygodnie nieść i z łatwością położyć w razie potrzeby - Najwyraźniej nie my jedni zdecydowaliśmy się zbadać ten loch, nieroztropnie byłoby cofnąć się teraz i zastać później komnatę pustą, a skarb rozkradziony. -

- Jeśli w komnacie będzie strażnik, zawsze możemy uciec - dodał, podchodząc do drauga iprzykładając dłoń do rany na boku wojownika, by po chwili odjąć ją wraz z bólem i skrzepami krwi, pozostawiając zdrowe ciało - Ale też nie sądzę, żebysmy mieli być bardziej gotowi, na to co nas tam spotka.

Dał reszcie chwilę na zastanowienie, zdmuchnął świecę, przywdział tarczę - był gotów. Podszedł do drzwi i przygotował się by naprzeć na wzmacniane żelazem skrzydło. Przybycie nowego śmiałka uznał tylko za dobry omen.

- Witaj, nieznajomy. Jeśli przyszedłeś tu próbować szczęścia, to jest właśnie to, co zamierzamy teraz uczynić. masz dośc odwagi, by do nas dołączyć? - w tej chwili ta drobina męstwa i zaufania była wszystkim, czego był skłonny wymagać od przybysza, jak na początek.

- Wynn Grael - przedstawił się mężczyzna, trzymający w dłoniach miecze... opuszczone ostrzami w dół. - Widzieliśmy się wczoraj w karczmie - powiedział. - Ale - obrzucił bacznym spojrzeniem stojących - chyba było was więcej.

- Tak było. Góra jednak szybko zabija nieostrożnych. W istocie, jest to prawdopodobnie ostatnia komnata, jaką zamierzamy sprawdzić w tej pierwszej wyprawie, a i to tylko dlatego, że magiczny nos goblina wskazywał w niej wielkie skarby, które mogłyby wspomóc późniejsze nasze wysiłki… Trzeba nam będzie wrócić, pochować tragicznie zmarłego Clymma i wiele rzeczy przemyśleć. -

- Dobry nos jest wart góry złota - powiedział Wynn,

- Być może w tym przypadku cenniejsze okażą się szybkie nogi. Póki jednak drzwi pozostają zamknięte, nijak się o tym przekonać. Pchnijmy więc… -

Za progiem drzwi były zgromadzone pokryte pajęczynami i kurzem łupy wojenne z thuliańskich podbojów. Zdobione srebrnymi inkrustacjami i macicą perłową sprzęty były pozrzucane na bezładne stosy. Posadzka niemal całkowicie przysłonięta była szerokimi, złotymi monetami ze starożytnych mennic. W blasku latarni ożywały Ciężkie, drogocenne łańcuchy, które nie wisiały na szyi żadnego śmiertelnika od wieków. Dawne stroje gęsto przetykane klejnotami oślepiały swym lśnieniem oczy. Błyszczący niebieską poświatą miecz leżał w kącie.

A pod ścianą stał inkrustowany złotem sekretarzyk. Na postawionym przy nim krześle o wysokim oparciu siedział w bezruchu mężczyzna o długich, mlecznobiałych włosach, utrzymanych w nieładzie. Odwrócony był plecami do drzwi. Nie zareagował nawet najmniejszym drgnięciem, gdy awanturnicy zakłócili jego spokój. Sądząc po sztywności ciała nie spał ani nie był nieprzytomny. Najwyraźniej czekał na ruch śmiałków.

- Eeeee… - zaskrzeczał zaskoczony Goblin, wychylając głowę zza pleców stojących na czele ludzi. – Skankex przeprasza, że przeszkadza. To twoje skarby?

- Cicho... - syknął na niego Wynn, mając nadzieję, że te słowa nie dotarły do siedzącego za biurkiem jegomościa.

- Witaj, szlachetny panie - powiedział. - Poszukujemy kogoś, kto zechciałby nas oprowadzić po wspaniałościach Góry. Albo chociaż opowiedział nam coś o Górze Dwimmer. Czy zechciałbyś nam służyć pomocą w tej materii?

Żadnej reakcji. Zapanowała cisza tak dziwaczna i głęboka, że aż zagrażająca zdrowym zmysłom. Nagle na twarzach bohaterów odmalowało się niedowierzanie. Głowa tajemniczego nieznajomego obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, ukazując zwyrodniałe, trupie oblicze, niewiarygodnie szaleńcze i frenetycznie odpychające.

- Tak... Oczywiście, że tak... - Rysy wykrzywił ohydny grymas triumfu. - Po śmierci wasze dusze zwiedzą ze mną bezkresne, niezgłębione pozaziemskie światy!

Cham i prostak, pomyślał Wynn, mocniej ściskając miecze. Tymczasem Uwe ukradkowo wycofał się za towarzyszy, a następnie w ciemniejszy kąt. Liczył na okrążenie przeciwnika i uderzenie go od tyłu.

***

- Gdyby nie Skankex, zgnilibyście w lochach! - wytykał towarzyszom podekscytowany goblin. Alchemik, po wypiciu mikstury niewidzialności, zakradł się do skarbca, chwycił magiczny miecz i w samotnej walce pokonał nim upiora. Niestet nie obyło się bez ofiar - dzielny Draug poległ, gdy zjawa wyssała z niego życie. Przerażony Marduk zrezygnował z dalszych wypraw.

Pozostali - Wynn Grael, Uwe Welmer, El'Jash i Skankex, schodzili z Góry Dwimmer z workami i plecakami pełnymi złota.

 
__________________
[B]Prowadzę:[/B]
- [D&D 5E] Waterdeep: Dungeon of the Mad Mage (kampania przez Roll20)
[B]Gram:[/B]
- [Stars Without Number] WARHAMMER 29K (kampania przez Roll20)
Clutterbane jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:06.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168