Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-12-2021, 19:42   #1
 
Ayoze's Avatar
 
[Korona Rozkładu] Duchy Harrowstone [18+]




Tego ponurego wieczora, karczma "Chichot Demona" w Ravengro pękała w szwach, głównie za sprawą paskudnej pogody panującej na zewnątrz. Lało i wiało od kilku godzin i nic nie zapowiadało, by sytuacja przez noc miała się poprawić. Tym przyjemniej było lokalnym posiedzieć w cieple i przy kuflu piwa bądź kieliszku czegoś mocniejszego. Zwłaszcza, że było też o czym gadać - niedawno w tym spokojnym miasteczku miał miejsce zgon profesora Petrosa Lorrimora, który - zanim przeszedł na emeryturę - wykładał na Uniwersytecie Lepidstadt. Miejscowy znachor, Costin Șerban, opowiadał zgromadzonym przy stoliku słuchaczom szczegóły zgonu "profesorka", jak nazywano Lorrimora w miasteczku. Cyrulik miał długi język i nie dbał o tak zwaną "tajemnicę lekarską", nową zasadę medyków z wielkich miast. Ravengro było małe i nie miało przed sobą tajemnic. Przynajmniej teoretycznie.
- Spadł mu na łeb spory kamień, tak, że aż mózg uszami wypływał - mówił, aż mu się oczy świeciły. - Miał pękniętą czaszkę, że można było dwa palce wsadzić do środka. Z gęby też mało co zostało. Strasznie to wyglądało, dobrze, że Kendra go takiego nie widziała.

Jeden ze słuchaczy, wysoki, barczysty mężczyzna upił piwa z kufla.
- Mógł się nie kręcić przy starym więzieniu. Przecie tam straszy i to wszyscy wiedzą od dawna. Sam na siebie śmierć sprowadził.
- Te miastowe naukowce tak mają. Chociaż by im napisać jak krowie na rowie, żeby się nie pchali tam, gdzie nie pocza, to i tak polezą. - Dodał inny, tyczkowaty brodacz.
- No i się doigrał - mruknął kolejny, osiłek o twarzy mordercy. - Jeszcze tylko tę jego córunię jakoś stąd wyprowadzić i będzie nam się żyło spokojnie, jak dawniej. Uczonych nam tu nie trzeba. I to takich, co mogą tylko na nas większe kłopoty sprowadzić.
- Dokładnie, Conrad ma rację. - Poparł go kolejny i stuknął się kuflem. - A tak w ogóle, to po co on tam lazł? Znaczy ten profesorek?
- Bo głupi był. Czasami lepi na dupie siedzieć, jak my tu, o! W cieple, przy piwku, a nie wiatru w polu szukać... Do starego więzienia nie zbliża się nikt, kto życie chce zachować. Ale tym profesorkom nie przetumaczysz, one wiedzom lepiej - odparł brodacz. - Jebać to, niech mu ziemia letkom bedzie, napijmy się.




Tymczasem na obrzeżach Ravengro, w starym, dużym domu młoda, czarnowłosa kobieta wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w okno, za którym szalała ulewa. Jej serce pożerał smutek i żal po stracie ukochanego ojca. Wciąż nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że już nigdy go nie zobaczy i nie mogła się z tym pogodzić. Chociaż ojciec był obieżyświatem i często nie było go w domu, to więź, jaka ich łączyła była mocna i zbudowana na solidnych fundamentach. Wiedziała, co musi zrobić. Ojciec pozostawił ją nie tylko w żałobie, ale i z wyraźnymi instrukcjami, co uczynić, gdyby przedwcześnie odszedł z tego świata. Jakby przeczuwał, że coś może mu się stać. Wskazał jej konkretne osoby, które miała powiadomić. Osoby, które zawarł w swojej ostatniej woli.

Kendra nie wierzyła w przypadkowość śmierci ojca. W nieszczęśliwy wypadek. Petros był w młodości poszukiwaczem przygód i choć wiele razy zostawał ranny, zawsze wychodził z opresji obronną ręką. Poświęcił życie na badanie przeróżnych zjawisk paranormalnych i nadnaturalnych istot. Nie docierało do niej, że przypadkowo spadł na niego wielki kamień, zabijając go na miejscu, gdy przechadzał się po ruinach Harrowstone. Stare więzienie zostało zbudowane wiele lat temu niedaleko ich posiadłości w Ravengro i było najprawdopodobniej katalizatorem jego zainteresowania ruinami. Aż doprowadziło do tragedii.

Przetarła chusteczką mokre oczy i pociągnęła nosem. Oderwała wzrok od mokrej szyby i powoli zaczęła przeszukiwać biurko ojca, przy którym siedziała. Musiała odnaleźć adresy osób, z którymi miała skontaktować się po śmierci Petrosa. Życie ojca zawsze było zaplanowane i nawet teraz, gdy leżał w ciemnej, zimnej trumnie, odnosiła wrażenie, że ci, którzy mieli przyjechać na jego pogrzeb, nie zostali zaproszeni do Ravengro przypadkowo.

 
Ayoze jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-12-2021, 17:17   #2
 
Ayoze's Avatar
 



7 dzień Pharast, 4719 AR
Ravengro, hrabstwo Canterwall,
Nieśmiertelne Księstwo Ustalav, Golarion


Śmierć Petrosa Lorrimora, o której poinformowała listownie jego córka, Kendra, była dla was ogromnym zaskoczeniem. Co prawda mężczyzna był już nieco po sześćdziesiątce, ale wciąż dobrze się trzymał i swoim wigorem mógłby zawstydzić niejednego młokosa. Emerytowany profesor Uniwersytetu Lepidstadt był w przeszłości poszukiwaczem przygód badającym nadnaturalne i paranormalne wydarzenia a wachlarz jego zainteresowań był bardzo szeroki: od okultyzmu, przez religioznawstwo, czy alchemię. Można by długo wymieniać, ale ci, którzy go znali doskonale wiedzieli, że miał otwarty umysł i nie zamykał się na nowe możliwości. I chociaż Kendra w wysłanych listach nie podała przyczyny śmierci Petrosa, to domyślaliście się, że z pewnością nie zmarł przykuty do łóżka chorobą.

Równie zaskakujący był fakt, że profesor umieścił każde z was w swoim testamencie i ostatniej woli. Oczywiście, znaliście go od dawna, mogliście nawet nazwać przyjacielem, o co w miejscu takim jak Ustalav było niezwykle trudno, jednak mimo wszystko należało uważać, że w przypadku testamentu Petros sięgnie po ludzi, z którymi łączyła go dużo dłuższa zażyłość i przyjaźń. Dlatego też z szacunku dla profesora ale i zaintrygowani sytuacją postanowiliście pojawić się na pogrzebie przyjaciela. Ponieważ znając naturę Petrosa, nie wierzyliście, że odszedł z tego świata bo takie było jego przeznaczenie. Zresztą, profesor nie wierzył w coś takiego, jak przeznaczenie; zawsze uważał, że to człowiek kieruje swoim losem i to jego wybory decydują o dalszej drodze życia.


Choć do posiadłości Lorrimora dotarliście w różnych odstępach czasu, tego dnia Ravengro witało was ponurym przedpołudniem, zimnym deszczem oraz kąsającym wiatrem; pogodą typową dla miesiąca Pharast. Niby zima już odeszła, ale w chłodnym powietrzu wciąż dawało się odczuć jej ostatni dotyk. Pękate, sino-szare chmury wisiały nisko, jakby za chwilę miały runąć na miasteczko i okolicę, całkowicie je topiąc. Drewniane i murowane chaty stały blisko siebie, gdy pokonywaliście kolejne opustoszałe uliczki, niczym zjawy zmierzające do domu profesora, by odprowadzić go w ostatnią drogę. Co jakiś czas widzieliście, jak w niektórych domach poruszają się zasłonki, ale oprócz tego nikogo nie zauważyliście - najlepiej było obserwować nieznajomych z bezpiecznej odległości. Drzwi domostw upstrzone były pękami czosnku i różnymi dziwnymi gałązkami, mającymi odstraszać stworzenia nocy, co było dość oczywiste, biorąc pod uwagę, gdzie leżało Ravengro. Otoczone gęstym lasem z jednej strony, z dostępem rzecznym z drugiej z pewnością nie widywało zbyt wielu podróżnych. Przy wjeździe do miasteczka nie zachęcała również wiadomość wypalona na sporym kawałku drewna: "PÓŁORKI I CZAROWNICY BĘDĄ PALENI". Gdzieś na wzgórzu nieopodal miasteczka, schowana teraz za kurtyną deszczu, stała posępna, skryta w ciemnościach budowla.

Pomimo opustoszałych uliczek odnosiliście wrażenie, że wasze pojawienie się w miasteczku nie uszło uwadze mieszkańców. Kendra do każdego wysłanego listu dołączyła mapkę z zaznaczonym domostwem, więc z odnalezieniem posiadłości nie było większych problemów. Pierwsza na miejsce dotarła Shelessara, za nią Serafina. Kwadrans później Heskel, potem Argen i w końcu Incrivel. Dom Lorrimorów prezentował się naprawdę okazale a jednocześnie tajemniczo i posępnie. Wyróżniał się znacznie na tle innych budynków w miasteczku. Każdemu z was drzwi otwierała niska, na oko sześćdziesięcioletnia kobiecina.
- Witam w tym przykrym dniu! Nazywam się Alina, jestem gosposią i posługaczką w domu Lorrimorów - Przedstawiła się, siląc na uśmiech. Ton jej głosu był płaski, zdecydowanie nie wyrażał zadowolenia ani tym bardziej żałoby. - Zapraszam, zapraszam za mną. Pani domu zejdzie, gdy tylko pojawią się wszyscy zaproszeni na pogrzeb pana profesora.


Alina poprowadziła każde z was korytarzem do obszernego, ładnie urządzonego salonu, gdzie na dwóch złączonych stołach leżała zabita gwoździami prosta, sosnowa trumna z ciałem Petrosa, na której umieszczono spory wieniec z kwiatów. Słodkawo mdły odór zgnilizny mieszał się z zapachem roślin, co było dość osobliwym połączeniem, ale znanym większości z was. Serafina, Shelessara i Heskel wiedzieli, że Kendra jeszcze długo po pochówku ojca nie pozbędzie się z salonu tego zapachu. Dla kontrastu, na okrągłym stoliczku nieopodal trumny umieszczono tacę z serem, wędliną, pieczywem oraz dwoma butelkami wina i pięcioma kieliszkami.
- Proszę się częstować, panna Kendra odpoczywa w swojej sypialni, ale niedługo zejdzie na dół. Jakby czego było trzeba, to wołać, będę w kuchni - powiedziała Alina. Służka zdawała się wam zdystansowana i chłodna w obyciu. Nic niezwykłego w Ustalavie.

Nie minęło nawet pięć minut od momentu pojawienia się w domu Incrivela, gdy usłyszeliście odgłos skrzypiących desek towarzyszący schodzeniu po schodach. Chwilę później do salonu weszła przystojna, średniego wzrostu młoda kobieta mogąca mieć nie więcej, niż dwadzieścia pięć lat. Miała na sobie czarną, długą do kostek suknię, idealnie współgrającą z długimi włosami opadającymi luźno na ramiona i plecy. Jej oczy były zaczerwienione i podpuchnięte od płaczu. Widać było, że mocno przeżywała odejście Petrosa.


- Bardzo się cieszę, że jednak przybyliście w komplecie. - Zaczęła łagodnym, kobiecym głosem. Prawą dłonią, w której trzymała błękitną chustkę przetarła oczy i nos. - Nazywam się Kendra, to ja zaprosiłam was na pogrzeb mojego ojca. Jak minęła wam podróż? Mam nadzieję, że obyło się bez niespodzianek na szlaku? Niedługo powinni pojawić się nowicjusze od ojca Perianu z naszej świątyni Pharasmy. Oni zaniosą trumnę ojca na cmentarz i rozpocznie się ceremonia. Częstujcie się winem i jedzeniem, jeśli macie ochotę. Poprosiłam Alinę, żeby przygotowała dla was, co mamy najlepszego.
Kendra usiadła w jednym z wolnych foteli i znów otarła oczy chusteczką. Mimowolnie spojrzała na trumnę z ciałem Petrosa i zaczęła cicho płakać.
- Przepraszam, przepraszam... - załkała łamiącym się głosem.

 
Ayoze jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-12-2021, 12:17   #3
 
Umbree's Avatar
 
List od Kendry Lorrimor posłaniec przyniósł do głównej siedziby kościoła Pharasmy w Caliphasie, gdy Serafina odpoczywała po ostatnim zadaniu nadanym z ramienia kultu. Dwa tygodnie temu wraz z kilkoma innymi Akuszerkami Śmierci została wysłana do wioski Anactoria, by zbadać sprawę powstających z martwych zmarłych. Jak zwykle w takich przypadkach, po krótkim śledztwie okazało się, że w okolicy urzędował nekromanta, z którym ona i jej towarzyszki musiały sobie poradzić. Misja zakończyła się pełnym sukcesem i z dobrymi wiadomościami mogły powrócić do stolicy.

Informacja o śmierci Petrosa poruszyła pewną nieznaną jej do tej pory strunę w duszy, gdyż było to dla niej niemałe zaskoczenie, jednak nie odczuła jakiegoś przesadnego smutku. Głównie za sprawą tego, że wiedziała, iż trwanie profesora w wieczności dopiero się zaczyna a Pharasma na swym Sądzie wynagrodzi go za życie, jakie prowadził na ziemskim padole. Znała Petrosa od wielu lat, wiele się od niego nauczyła i biorąc pod uwagę, jakim był dziarskim mężczyzną, Serafinę zastanowiła ta nagła śmierć. Ustalav nie był bezpiecznym miejscem do życia, ale Lorrimor wielokrotnie udowadniał, że potrafi sobie poradzić z zagrożeniami. Kendra niestety nie napisała, co było przyczyną śmierci, ale tego dowie się na miejscu. Bo oczywiście zamierzała wyruszyć do Ravengro na jego pogrzeb.

Z uzyskaniem dyspensy od arcykapłanki Zafiry nie miała najmniejszego problemu, zatem spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, osiodłała swego wierzchowca Augustusa i zabrała się w podróż do hrabstwa Canterwall z jedną z karawan kupieckich zmierzających do Lozeri. Bitewni kapłani Pani Grobów byli wyszkoleni w walce wręcz i wiedzieli, jak o siebie zadbać, jednak nawet oni nie podróżowali gościńcami Ustalavu w pojedynkę.


Trzydniowa podróż minęła spokojnie i w pewnym momencie Serafina odłączyła się od karawany kupieckiej, ruszając do Ravengro na własną rękę. Z rozstaju dróg prowadzących dalej do Tamriveny daleko nie miała, toteż i nic nieprzyjemnego nie spotkało jej po drodze. A miasteczko, w którym mieszkał Petros nie zrobiło na niej większego wrażenia, gdyż takie mieściny odwiedzała w swoim życiu setki razy. Zabobonni, wycofani ludzie obserwujący podróżnych z wnętrz swoich domów byli czymś zupełnie naturalnym i normalnym. Kryjąc dłonią dołączoną do listu mapkę przed rzęsistym deszczem, kapłanka próbowała zorientować się w rozkładzie uliczek i wybrać najodpowiedniejszą drogę do domu profesora. Złapała się na tym, że mimo iż zwiedzili wspólnie trochę kraju, walczyli z nieumarłymi i innymi stworami, to Petros nigdy nie zaprosił jej do domu. Kto wie, być może próbował w ten sposób oddzielić pracę od obowiązków wobec córki.

W końcu Serafina dotarła pod duży, piętrowy dom posiadłości, zostawiając Augustusa przed werandą. Koń był na tyle dobrze wyszkolony, że nawet nie musiała go przywiązywać, gdyż bez wyraźnej komendy swojej pani nigdzie się nie ruszał. Gdy służąca w domu Lorrimorów otworzyła jej drzwi, Serafina dostrzegła w jej spojrzeniu niepokój zmieszany z szacunkiem i ciekawością. Ten sam, który widywała w swoim życiu wielokrotnie a który nie robił już na niej wrażenia. Kapłanka Pani Grobów nie była bowiem zwykłym człowiekiem i rzucało się to w oczy przy pierwszej okazji. Zrzuciła mokry kaptur czarnego płaszcza na ramiona, odkrywając długie, bardzo jasne włosy emanujące dziwną, ciepłą poświatą rozpraszającą przedpołudniową szarówkę. Na smukłej, ładnej twarzy z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi znajdowały się nienaturalnie błękitne oczy, z których nie dało się wyczytać żadnych emocji. Usta były pełne, nosek nieco zadarty, a cera wręcz papierowo blada, co przydawało jej niezdrowy i niepokojący wygląd. Wyraz twarzy przypominał połączenie czegoś w rodzaju znużenia i nadmiernej powagi, przez co ktoś mógł uznać ją za przesadnie chłodną i zdystansowaną.


Była całkiem wysoką, zgrabną, choć szczupłą kobietą. W jej odzieniu dominowała czerń wyraźnie kontrastująca z jej bladą cerą i jasnymi włosami - miała na sobie barwiony pancerz skryty pod zimowym płaszczem, czarne, skórzane spodnie i solidne buty na płaskiej podeszwie. Nie odbiegała w tym wypadku od stylu, w jakim nosili się inni Pharasmini w Ustalavie, zwłaszcza ci z bojowego ramienia kultu. Na szyi znajdował się wisior z symbolem Pani Grobów i ta sama Spirala Światła znaczyła też jej tarczę, którą wraz z wypchanym po brzegi plecakiem i kuszą miała przewieszoną przez ramię. Przy pasie wisiał długi miecz i sztylet. Po wymianie uprzejmości z Aliną weszła do domu i zdjęła przemoczony płaszcz, oddając go służce.
- Proszę położyć to gdzieś przy ogniu, żeby się wysuszyło - powiedziała spokojnym tonem.

W salonie, do którego została zaprowadzona, siedziała już jakaś kobieta, zapewne również zaproszona na pogrzeb profesora. Kapłanka skinęła jej głową i przedstawiła się krótko.
- Serafina Dragunov, kapłanka Pani Grobów z Caliphasu.
Następnie podeszła do jasnej trumny ustawionej na stołach, położyła obie dłonie na jej wieku i cicho zmówiła modlitwę do Pharasmy, polecając duszę Petrosa jej względom. Zapach śmierci unoszący się w salonie był jej tak znany i naturalny, że praktycznie nie zwróciła na niego uwagi. Zajęła jeden z foteli nieopodal trumny, co jakiś tylko czas zerkając w stronę kobiety, która przedstawiła się jako Shelessara. Zaoferowanym przez Alinę poczęstunkiem nie była zainteresowana, gdyż śniadanie, które zjadła kilka godzin wcześniej wciąż było wystarczające.

Niebawem dołączyli do nich trzej mężczyźni, z którymi Serafina również wymieniła uprzejmości, nie angażując się jednak zbytnio w żadne rozmowy. W końcu zeszła do nich również Kendra, która całą sobą zdradzała, że śmierć ojca dotknęła ją do cna. Odejście bliskiej osoby ze świata materialnego zawsze było, jest i będzie ogromnym ciosem dla tych, których pozostawiał w trwaniu, jednak dla zmarłego śmierć była jedynie dokończeniem życia biologicznego, lecz nie przerwaniem życia osobowego, które miało trwać wiecznie, osądzone sprawiedliwie przez Pharasmę.
- Myślę, że nie minę się z prawdą, jeśli powiem za nas wszystkich, że nie mogliśmy nie przybyć na pogrzeb twego ojca, Kendro - powiedziała ciepłym głosem. - Dla mnie Petros znaczył bardzo wiele, dużo się od niego nauczyłam i nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie odprowadziła jego ziemskiej powłoki w ostatnią drogę.

Gdy Kendra wybuchła płaczem, Serafina podeszła do niej i położyła dłoń na jej ramieniu.
- Być może w żaden sposób nie ukoi to twego cierpienia, ale wiedz, że śmierć jest tylko zniszczeniem w człowieku jego ciała. Nie jest zniszczeniem duszy. Los duszy zależy od tego, co działo się w życiu a Petros był wspaniałym i dobrym człowiekiem. Dlatego uwierz mi, Pharasma sprawiedliwie osądzi jego duszę i sprawi, że w jej Królestwie będzie żył w wiecznym szczęściu.
 
Umbree jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-12-2021, 15:25   #4
 
Mi Raaz's Avatar
 
Caliphas. Posiadłość Lethean.

Heskel wpatrywał się w miasto, które z rozległych ogrodów posiadłości wyglądało jakby leżało u jego stóp. Czekał na zapłatę po skończonej pracy. Była chłodna noc i spora część miasta zaczynała pokrywć się mgłą.

Wyczuł ją za sobą. Nie usłyszał jej przybycia. Nie dojrzał kątem oka. Wyczuł. Zdawało się, że kobieta jest jeszcze groźniejsza niż o niej słyszał.

- Panie Eredin - Heskale wzdrygnął się słysząc swoje nazwisko. Nadal nie mógł się do niego przyzwyczaić, ale przyszło mu żyć w czasach, w których bez nazwiska nic się nie znaczyło.

- Pani Caliphvaso - odwrócił się do niej twarzą i pokłonił. Drugiej, a wedle niektórych wręcz pierwszej osobie w mieście. Nie było wątpliwości, że hrabina miała nie tylko ogromne wpływy, ale też ogromne ambicje.

- Pani systemy zabezpieczeń są bez zarzutu. Zarówno alarm jak i zabezpieczenia magiczne. Jedyne uwagi jakie mam dotyczą straży. Są dość otępiali. Czwórka strażników przy bramie nie odnotowała przekroczenia murów w zasięgu ich głosu. Dwóch strażników na parterze posiadłości również. Na balkonie drugiego piętra jeden ze strażników zdawał się mnie usłyszeć, ale nie zareagował. Ogólnie obsada posiadłości zdaje się otępiała.

Kobieta stała bardzo blisko Heskela. Położyła mu bezceremonialnie palec na ustach. Była piękna, a czerwona suknia podkreślała jej kobiece kształty.

- Ich najważniejszym celem nie jest chronić posiadłości.

Jej pełne usta poruszały się powoli nie pozwalając od siebie oderwać wzroku.

- Zajmował się pan usprawnieniem ochrony księcia Aduarda - powiedziała niskim głosem, który mógł powodować przyjemne dreszcze na ciele. Heskel jednak milczał, bo nie było to pytanie. Co więcej czuł do czego prowadzi ta rozmowa.

- Chciałabym o tym porozmawiać - zakończyła zabierając dłoń z jego twarzy.

- Pani wybaczy, ale w moim zawodzie zachowanie tajemnicy jest priorytetem. Może być hrabina pewna, że nikt nie dowie się o niczym co tutaj widziałem ani, co robiłem w Lethean. Tymczasem proszę o umówioną zapłatę i już wychodzę.

Do dłoni Heskela powędrował wypchany trzos z monetami. W tym czasie przez moment trzymała obie jego dłonie, a on czuł, że powinien jak najszybciej opuścić to miejsce.
Hrabina natomiast zbliżyła się jeszcze bardziej i wyszeptała mu do ucha:

- Zawsze dostaję to czego chcę. Do zobaczenia.

Jeden ze strażników odprowadził go do bramy. Gdy Heskel zniknął im z oczu, to przybiegł do niego wielki szczur, który bez zwalniania wbiegł po spodniach mężczyzny i szybko znalazł się na jego ramieniu.


Caliphas. Dzielnica rzemieślnicza.

Gdy Heskel dotarł do siebie pod drzwiami niewielkiego domu w dzielnicy rzemieślniczej siedział młody chłopak. Nie pierwszy raz przynosił wiadomości do Heskela. Tym razem było podobnie. Z przyzwyczajenia dał młodemu trzy miedziaki. Wszedł do domu i zaczął czytać wiadomość.

“On miał córkę? Chyba miał. Coś wspominał o porcelanowej lalce. Ile ona ma lat? Pięć? Mam nadzieję, że nie chce teraz w ostatniej woli dać mi pod opiekę bachora.”

- Ord, przynieś mi wino.

Szczur zbiegł z ramienia i ruszył do spiżarni, Heskel zaś pogrążył się w rozmyślaniach. Gdyby nie profesor to byłby teraz pod targowiskiem szukając gdzie można ukraść coś do jedzenia. Tymczasem wracał od hrabiny Carmilli Caliphvaso z sakiewką wypchaną monetami. Choćby z tego powodu Heskel czuł potrzebę przybycia na pogrzeb. W myślach zaś opracowywał jak wymigać się od niechcianego spadku.


Ravengro

Do miasta chciał przybyć karetą. Od jakiegoś czasu po drogach Ustalav podróżowali przewoźnicy, którzy oferowali przewóz za pieniądze. Gdy do karety wcisnęło się sześć osób podróż wychodziła relatywnie tanio. Na tyle tanio, że nie wydał nawet złotej monety za prawie całą odległość. Problem pojawił się w drodze do samego Ravengro. Woźnica zaproponował, że może nadłożyć kawałek drogi za stosowną opłatą. Opłata za ostatnie kilka mil miała być podobna, do dotychczasowego kosztu podróży. W Heskelu wygrała jego chytrość i zdecydował się ostatnie kilometry pokonać piechotą. Zabrał więc swój plecak i ruszył.

Po pierwszej godzinie marszu było mu zimno.

Po drugiej był też głodny.

Po trzeciej godzinie marszu przeklinał profesora za to, że ten umarł i za to, że mieszkał na końcu świata, z dala od cywilizacji. Przeklinał swojego szczura. Przeklinał zdobiony płaszcz za to, że jest jednocześnie ciężki i nie dający ciepła.

Gdy dotarł na skraj miasta miał ochotę paść na kolana i rozpłakać się ze szczęścia. Ale nie wypadało. Wyprostował się. Zerknął w niebo. Na śnieg nieco zbyt późno, a deszcz wkurzyłby go jeszcze bardziej. Poprawił włosy, płaszcz i ruszył zgodnie z mapą, którą dołączono do listu. I wtedy szturchanie pyszczka szczura zwróciło Heskelowi uwagę na tabliczkę przy wjeździe.

- No. Widzisz - mężczyzna cmoknął ustami - dobrze, że nie jesteś półorkiem Ord. Mielibyśmy przegwizdane.

W końcu po pewnym czasie dotarł też do rezydencji. Nie był to miejski przepych do jakiego przywykł, ale na lokalne warunki robił wrażenie.

- Nieźle się tu urządził nasz profesor, co? Wiesz co robić Ord. Ruszaj.

Szczur ruszył biegiem w stronę posiadłości, szukając wejść jakie tylko szczury potrafiłyby odnaleźć. Tymczasem sam Heskel skierował się do drzwi.


Dom Lorrimorów.

W rezydencji pojawił się wysoki, młody, czarnowłosy mężczyzna ubrany w kunsztownie wykonany skórzany płaszcz. Zapinki na nim były posrebrzane. Zdjął go i odwiesił, a następnie poprawił mankiety eleganckiej koszuli wystające spod równie eleganckiego surduta. Pod surdutem zamiast kamizelki znajdował się ozdobny skórzany napierśnik z motywem kwiatowym. Tym samym, który wyhaftowano na surducie złocisto-czerwoną nicią. Z kieszeni na lewej piersi wystawała elegancka czerwona poszetka. Spod napierśnika wystawały srebrne spinki koszuli. Obraz dopełniały materiałowe spodnie i wysokie buty z klamrami na bokach. Przy psie wisiał jedynie sztylet z rękojeścią z masy perłowej. Bardziej ozdoba niż faktyczna broń. Twarz Heskela cechowały mocne rysy. Był też bardzo dokładnie ogolony, mimo dalekiej podróży.

Śmierć go fascynowała, ale w chwili gdy zobaczył trumnę zamarł. Było w tym coś ostatecznego. Coś, przypominającego o kruchości istoty ludzkiej w obliczu wszechświata. Nie potrafił zebrać myśli. Podszedł w milczeniu do trumny i położył na niej dłoń. Pochylił głowę, jakby chciał coś wyszeptać do leżącego wewnątrz ciała.

“Przyjacielu, jest w tym jakaś symbolika, że zaczęliśmy wyprawą do grobowca, a kończymy spotkaniem w trumnie. Średnio wyszedłeś na tej zamianie miejsc zdaje się.”

Po chwili nalał sobie wina. Jadąc tu nie spodziewał się, że samo zdarzenie tak na niego wpłynie.
Teraz nawet nie mógł docenić smaku trunku.

W pewnym momencie przyszła do nich młoda kobieta, która przedstawiła się jako córka profesora. Brwi Heskela powędrowały w górę. Zdecydowanie nie tego się spodziewał. Doszedł do wniosku, że jego postrzeganie czasu jest zdecydowanie mocno zachwiane. Z drugiej strony, był starszy od profesora i powinno mu to dać do myślenia.

Gdy dziewczyna zaczęła płakać podszedł do niej. Delikatnie położył dłoń na jej ramieniu.
- Gdziekolwiek teraz jest, nie chciałby żebyś się zalewała łzami.

Odczekał chwilę, bo sm nie wierzył, że w jakikolwiek sposób ją to uspokoi. Było coś fascynującego w relacjach dzieci z rodzicami. Coś, czego Heskel nie rozumiał.

W końcu jednak udało się zadać kilka pytań i usłyszeć odpowiedzi. Zwłaszcza jedną, która zdawała się zastanawiać wszystkich. Jak doszło do śmierci profesora.

- Ojciec miał wypadek. Badał ruiny więzienia Harrowstone - to ta ponura budowla na wzniesieniu za miastem, którą być może mieliście okazję zobaczyć, gdy znaleźliście się w Ravengro. Miejsce jest stare, podobno nawiedzone, dlatego ojciec chciał sprawdzić, ile w tym prawdy. Ale myślę, że było coś jeszcze, bo zanim tam poszedł, stał się dziwnie zamyślony, jakby coś go martwiło. Nie chciał mi zdradzić, co zaprząta mu myśli; zresztą, zawsze trzymał mnie z dala od swojej pracy. Podobno runęła na niego jedna z niestabilnych ścian, zabijając na miejscu. To, w całej tej tragedii, jest wręcz niewyobrażalnie śmieszne. - Kendra przetarła mokre oczy chusteczką. - Przez tyle lat włóczył się po całym świecie, badał miejsca o wiele niebezpieczniejsze, mierzył się z ludźmi i potworami z najgorszych koszmarów, a zginął przygnieciony zwykłą ścianą. - Westchnęła ciężko. - Nie wierzę w to, biorąc pod uwagę, jak zachowywał się przed wypadkiem. Szeryf Caeller twierdzi jednak, że to było nieszczęśliwe zrządzenie losu.

Heskel stał cały czas przy fotelu Kendry gotów służyć chusteczką, czy nawet ramieniem. Wiedział już, że będzie musiał pomówić z szeryfem. I co ważniejsze przejść się do wspomnianego więzienia.

 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.
Mi Raaz jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-12-2021, 18:52   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Jasnowłosy mężczyzna, z niedowierzaniem i smutkiem wypisanymi na twarzy, odłożył na stół pismo, z którego treścią zapoznał się przed chwilą. Nie mógł i nie chciał uwierzyć w to, że profesor Lorrimor nie żyje.
Raz jeszcze spojrzał na umieszczoną w treści listu datę i odrobinę się skrzywił. Nie zostało mu zbyt wiele czasu. Będzie musiał przełożyć kilka spotkań, odłożyć na później parę spraw, załatwić transport. I to szybki transport niemal na drugi koniec kraju
Kłopot, ale nie mógł zawieść profesora. I Kendry.
Na szczęście ojciec miał paru znajomych, a przyjaciele byli wyrozumiali.
Barsi mniej, ale cóż... Jeśli się obrazi "na śmierć", to też da się to przeżyć. W końcu świat pełen jest pięknych kobiet.

* * *


- Dobrze, że nie półelfów - mruknął do siebie, gdy przeczytał informację o paleniu przedstawicieli niektórych ras i profesji.
Sam miał w żyłach sporo krwi elfów... i parę zdarzeń z tym związanych, nie zawsze przyjemnych. Dobre pochodzenie i dobra broń nie zawsze chroniły przed niektórymi rzeczami... tudzież poglądami na elfy i podobne do nich istoty. A jeśli do tego dodać odrobinę magii (z posiadaniem której nie zamierzał się - przynajmniej w tym miasteczku - zdradzać). Przyjemnie było oczarować jakąś pannę miłym uśmiechem i drobną sztuczką, ale w niektórych miejscach lepiej było zapomnieć o tym, że się w ogóle o magii słyszało.
Na przykład w Ravengro.

* * *


Dom profesora stał co prawda na uboczu, niedaleko od tablicy, stanowiącej ostrzeżenie dla półorków i magów, ale i tak Argen był pewien, że o jego przybyciu w parę minut będzie wiedzieć całe miasteczko.
Pożegnał przyjaciela ojca, który podwiózł go, spłacając jakąś starą przysługę, a potem wszedł do domu Lorrimorów, gdzie przywitała go Alina, gospodyni. Argen jakoś nie pamiętał jej z czasów swej ostatniej (i jedynej zarazem) bytności w domu profesora.
- Witam, pani Alino - odparł na powitanie. Odwiesił płaszcz na wieszak, po czym dał się zaprowadzić do salonu, w którym znajdowała się trumna.

- Argen Torisi - przedstawił się obecnym tu osobom, po czy podszedł do trumny, by pożegnać przyjaciela.

* * *


Kendra zmieniła się bardzo od czasu, gdy się poznali. Był pewien, że nie rozpoznałby jej na ulicy, a ona z pewnością też go nie pamiętała. Z pewnością lepiej znała jego rodziców.
- Jestem Argen - powiedział, podchodząc do młodej kobiety. - Wyrazy szczerego współczucia. Ode mnie i od rodziców.

Z pewnym zaskoczeniem wysłuchał tego, co Kendra miała do powiedzenia na temat śmierci jej ojca. I jakoś nie bardzo chciał wierzyć w to, że jakiś kamień miał nieszczęście spaść w tak nieodpowiednim momencie. Wolał jednak nic nie mówić na ten temat. Przynajmniej w tym momencie.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 08-12-2021 o 18:54.
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-12-2021, 18:20   #6
Młot na erpegowców
 
Alex Tyler's Avatar
 

W skąpanym w półmroku pomieszczeniu rozległy się odgłosy wioli. Łagodne, ciemne i ciche, o niskim wolumenie dźwięku. Stanowiące perfekcyjne odwzorowanej wyszukanej notacji. Odpowiadała za nie siedząca na krześle kobieta, która obejmując kolanami muzyczny instrument, smyczkowała, wspominając detale niedawno rozwiązanej sprawy. Śledztwo zlecił jej zachowujący się jak histeryczny neurotyk mężczyzna o imieniu Stefan Batescu, przekazując tajemniczy manuskrypt zawierający relacje wydarzeń, których był świadkiem, oraz rzekomo potwierdzające je dokumenty i skopiowane przezeń listy. Sprawa dotyczyła wielce osobliwych zaginięć w okolicy otoczonej starym lasem wiekowej posiadłości w tamtym czasie zamieszkiwanej przez podejrzanie zachowującego się Ambroziego Dewesa, jego kuzyna. Choć materiały wskazywały, że incydenty tego typu mogły dziać się tam już prawie 200 lat wcześniej, mniej więcej w czasach kiedy przodek jego i gospodarza się tam osiedlił. Wszystkie zniknięcia łączył fakt, że zachodziły się tajemniczych okolicznościach i dochodziło do nich wyłącznie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od feralnego domostwa. W tym samym obszarze zdarzało się miesiące później znajdować zdeformowane lub postarzone nieproporcjonalnie do upływu czasu zwłoki niektórych zaginionych. Co istotne, przodkami obu wspomnianych mężczyzn byli czarodzieje tacy jak Riciard czy Alons Bilitos, których lękała się cała okolica. Stąd wina za dawne zdarzenia zdawała się spoczywać na nich. Jednak na przekór temu z przedstawionych przez Batescu dowodów wynikało, że tego pierwszego nawiedzili pewnego razu inkwizytorzy Iomedae i nie stwierdzili niczego podejrzanego. Temu drugiemu również nie dowiedziono nigdy winy, zaś ponad pół wieku po śmierci ojca, opuścił posiadłość razem ze swym synem Labanem i udał się do Taldoru, przy okazji pozostawiając przyszłym lokatorom garstkę dość dziwnych instrukcji. Te właśnie z niejasnych przyczyn kilkadziesiąt lat później złamał należący do dalszej rodziny Dewes. Sam Batescu odwiedzając pewnego razu kuzyna, zauważył w jego zachowaniu wyraźne zmiany. Zwłaszcza w osobowości. Powodowany troską o zdrowie psychiczne krewniaka postanowił zostać na dłużej, by móc baczniej mu się przyjrzeć. A wraz z narastaniem podejrzeń zaczął go nawet śledzić. Odkrył w międzyczasie, ku swej trwodze, osobliwe okno na poddaszu, o szczególnej porze miesiąca zamieniające się w rodzaj międzywymiarowej bramy czy raczej wizjera. Przerażony tym upiornym znaleziskiem nie zapytał o nie gospodarza. Tymczasem Dewes okazał się nawiązać przyjaźń z dziwnym przedstawicielem jaszczurzego ludu, szamanem o imieniu Q’uamais i razem z nim odwiedzać w nocy pobliski stary kamienny krąg ustawiony u podnóża zrujnowanej wieży.


Stefan lękał się podążać za nimi o takiej porze, jakby domyślając się ich zamiarów, ale dobrze widział z domu dobiegające stamtąd osobliwe błyski oraz wyraźnie słyszał, jak wszelakie leśne stworzenie podniosło wtedy niewyobrażalny jazgot, przechodząc wkrótce w piekielne unisono. Kilka dni po tych wydarzeniach Dewes chyba zaczął coś przeczuwać, bo kazał Batescu opuścić dom, tenże jednak do tej pory zdołał wywiedzieć się dzięki rodzinnej bibliotece o historii rodziny oraz wydarzeniach ongiś i niedawno nawiedzających okolicę. Wsparty właśnie tą wiedzą i własnymi obserwacjami udał się do kobiety po pomoc. Nie doczekał jednak wyjaśnienia sprawy, bowiem wkrótce zaginął, zdążywszy przed faktem wysłać do niej dramatyczny list, wskazujący, że goni go jakiś świetlisty i amorficzny stwór z innych sfer. Mimo utraty zleceniodawcy, kobieta podjęła się dokończenia sprawy. I tak pracowała z umiłowania do sztuki, a nie dla pieniędzy. Dlatego poświęcała uwagę wyłącznie dochodzeniom, które dotyczyły czegoś niezwykłego czy też wręcz fantastycznego. W wyniku analizy manuskryptu Batescu, następującego po nim śledztwa i dzięki konsultacjom z profesorem Petrosem Lorrimorem udało jej się odkryć, że Dewes został opętany przez swojego przodka, maga Riciarda Bilitosa, przebywającego poza sferą materialną. A dokładniej, to kliffota zwanego w księgach tajemnych jako „Mistrz”, którego ten ostatni swego czasu przyzwał z najgłębszych Otchłani, po czym utracił na jego rzecz swą wolę i ciało. To opętany Riciard odpowiadał za tajemnicze zaginięcia sprzed prawie dwóch wieków i powite wtedy przez liczne chłopki mutanty. Wydawał on niewinnych ludzi na żer swemu panu – Lordowi Kliffot o imieniu „Czekający u Progu” i przesycał poprzez swe czarnoksięskie praktyki okolicę energiami zepsucia. Nie zosotał ujęty bowiem upiekło mu się z inkwizytorami, a to dlatego, że przy wsparciu patrona potężną magią wymazał im pamięć o tym co zobaczyli i co im uczynił. Z kolei jego potomek, Alons, studiował nauki tajemne przez dziesięciolecia, by móc zdjąć z rodu mroczną klątwę sprowadzoną przez ojca i nie dać się opętać owemu bytowi, znanemu jako „Mistrz”. Lecz co najważniejsze, starał się także uchronić świat od otwarcia kolejnej pełnoprawnej do wyrwy do Otchłani. Czegoś, co z czasem mogłoby przybrać kształt i rozmiary Rany Świata z Mendevu… Fortunnie dla całego Golarionu, ostatecznie udało mu się to. Zapieczętował przejście do Otchłani, znajdujące się w zrujnowanej wieży, poprzez utworzenie u jej podnóża zaklętego magicznie ochronnego kamiennego kręgu. Następnie, zgodnie z relacją pochodzącą z dziennika jego syna Labana, udał się do Taldoru, porzucając rodzinne strony i jedynie przekazując na piśmie tajemnicze instrukcje, czego nie wolno robić przyszłym lokatorom. Daleki krewny, Ambrozi Dewes, który przyjął posiadłość dziesięciolecia później, jednak wiedziony ignorancją i ciekawością zignorował je. Wpierw odsłonił osobliwe okno na poddaszu, trafiając akurat na pełnię księżyca i niewyobrażalnie potworne przedstawienie, wtedy to jego ciało począł przejmować Bilitos/„Mistrz”. Wkrótce opanowując nieszczęśnika w pełni i wskrzeszając swego starego kompana w czarnoksięskich praktykach, Q’uamastizssa (który dla ukrycia tego faktu przybrał miano Q’uamais). Mniej więcej w tym czasie odwiedził go Stefan Batescu. Para czarnoksiężników bazując na niewiedzy tegoż, jego rękoma usunęła magiczne pieczęcie z kamiennego kręgu, a następnie zaczęła ponownie otwierać przejście dla „Czekającego u Progu”, czego dalszy ciąg jest już znany. Kobieta uzbrojona w wydedukowaną i zdobytą wiedzę udała się do mrocznego lasu, gdzie mieściła się przeklęta posiadłość. Podczas pełni zakradła się do zrujnowanej wieży i powaliła z zaskoczenia obu czarnoksiężników odprawiających akurat kolejny plugawy rytuał. Potem na podstawie informacji z manuskryptu Batescu odnowiła magiczny krąg, odkrywając przy okazji u podnóża wieży dziesiątki szkieletów należących ofiar Lorda Kliffot. Kolejnym jej krokiem było pochowanie nieszczęsnego Dewesa (Q’uamastizss rozpadł się po śmierci w pył), po czym zbicie zaklętej szyby z poddasza. Na sam koniec spaliła posiadłość wraz z biblioteką, by nikt nie mógł pójść w ślady kultystów. Po wszystkim zaś obiecała sobie nie podzielić się nigdy z nikim nigdy tym, co udało jej się odkryć, a zwłaszcza zobaczyć, kiedy przez moment nad zrujnowaną wieżą otworzyła się brama…

Po skończeniu grania utworu odłożyła instrument i sięgnęła po kieliszek elfiego absyntu, leżącego na pobliskim stoliku, zaraz obok dogasającej opiumowej fajki. Ledwie zdążyła upić nieco zielonkawego napitku, a ktoś zapukał do drzwi jej komnaty. Ze zmęczoną twarzą, nieco zamroczonym spojrzeniem oraz rozchełstaną koszulą nie posiadała adekwatnej prezencji do przyjmowania gości, ale postanowiła rozewrzeć odrzwia i sprawdzić kto postanowił ją odwiedzić. Okazało się, że był to goniec z listem. Po odbitej w laku pieczęci rozpoznała ród Lorrimorów. Pożegnała posłańca, zamknęła drzwi i otworzyła wiadomość. List zawierał mapę osady, gdzie mieszkał Lorrimor i wiadomość spisaną wprawną ręką. Kyoninka przeczytała ją dokładnie, i mimo odurzenia, doskonale zapamiętała jej treść. Tekst wzbudził w niej nie tylko cień żałoby, ale i sporą dozę podejrzliwości. Bo choć nie podawał przyczyny zgonu, to Lorrimor raczył wspomnieć we wcześniejszej korespondencji, że jeśli kiedykolwiek skona z dala od domu, badając nadnaturalne rzeczy, to z pewnością nie będzie to dziełem przypadku. Przestrzegając zarazem, że nawet jeśli sprawa dla każdego innego obserwatora wyglądałaby na czyste zrządzenie losu, to ona nie powinna dać się zwieść tym pozorom. Na szczęście adresatka nie należała do osób łatwowiernych i zadowalających się wątpliwymi odpowiedziami, dlatego jeszcze tego samego dnia spakowała się, by następnego ranka wyruszyć do Ravengro.


Z powozu wysiadła smukła i urodziwa elfka o spiętych w koński ogon włosach koloru jasny blond, nieco ziemistej cerze oraz delikatnie podkrążonych, czujnych i zimnych szaro-niebieskich oczach. Nosiła na sobie wytworny, acz wysłużony długi hebanowy płaszcz ze zdobnym motywem, złotymi wykończeniami i dodatkowym skórzanym okryciem ramion, elegancką brunatną kamizelkę, białą koszulę, dopasowane do reszty stroju ciemne spodnie i wysokie buty. Z szyi opadał jej biały krawat spięty złotą broszą z zielonym agatem, a od ramion ciągnęła się długa peleryna. Dłonie osłaniały skórzane rękawiczki, zaś na głowę nałożony miała trikorn z fantazyjnym piórkiem. Po boku zwisała jej torebka na ramię, a pod płaszczem przepasywał bandolier wypełniony osobliwymi przyrządami, buteleczkami z płynami i dwoma nożami do rzucania. Przy pasie wisiały jej szpada, lewak i ręczna kusza.

Jeszcze zanim umilkł tętent oddalających się końskich kopyt, kobieta skończyła badać wzrokiem niegościnne otoczenie. Następnie ruszyła po rozmiękłej drodze w kierunku pobliskiego Ravengro. Miasteczko stanowiło dlań wręcz charakterystyczną ustalavską scenerię. Posępną, odpychającą i pełną marazmu. Chłodna, dżdżysta pogoda i bezlitosne smagnięcia wiatru jakby celowo starały się wprawić wędrowczynię w nędzny nastrój, czemu wtórowały popielato-czarne chmury chciwie zakrywające symbolizujące nadzieję słońce i jednocześnie rzucające złowrogi cień na ustawione w ciasnym szyku surowe, drewniane chaty zaściełające opustoszałe uliczki. Śledcza wychwyciła pozawieszane tu i ówdzie zabobonne zabezpieczenia przed stworzeniami mroku, niezbyt skuteczne, ale dające wyraźne świadectwo mentalności mieszkańców. Już przy samym wjeździe wrył jej się w pamięć ponury napis wypalony na sporym kawałku drewna. Aczkolwiek nie wzbudził w niej szczególnego zdziwienia. Przebywała od paru miesięcy w Ustalavie i znała nastroje panujące w tym kraju.

Podczas marszu przez Ravengro niejednokrotnie uchwyciła blask oczu nieśmiało spozierających spomiędzy uchylonych, przydymionych okiennic. Równie ciekawskich, co raptownie uciekających od spotkania z jej spojrzeniem. Kiedy w końcu dotarła do okazałej posiadłości Lorrimorów, poświęciła chwilę nadgryzionej zębem czasu, acz kunsztownej ciemnej fasadzie budynku. Jej misternym wykuszom i ryzalitom, precyzyjnie wykonanej elewacyjnej sztukaterii, smolistym żeliwnym zdobieniom i wzorzystej dachówce w kształcie rybiej łuski. Nie umknęła jej również drobiazgowa stolarka, z jaką wykonano werandę z gankiem.

Chwilę po obejrzeniu konstrukcji, zbliżyła się do drzwi i użyła kołatki.
— Dzień dobry pani Alino, byłam umówiona. Jestem Shelessara Merilineth z Kyonin. Prywatna detektyw — przedstawiła się kobiecie, która uchyliła jej drzwi i wpuściła ją do środka.
Śledcza od razu odnotowała niespójny ze słowami ton głosu służącej. Czyżby w głębi podzielała ona uprzedzenia wobec rodu przejawiane swoich ziomków? Pozostawiając tę sprawę na później, elfka zdecydowanym krokiem ruszyła za kobieciną, korytarzem docierając do obszernego, ładnie urządzonego salonu. Na miejscu od razu wyczuła znajomy zapach, który miał pozostać w pomieszczeniu jeszcze przez wiele dni, po czym przyjrzała się trumnie. Sosnowa i prosta stanowiła niezbyt wystawny wybór. Co musiało wynikać woli zmarłego, bowiem zdecydowanie rodzinę stać było na wiele lepszą. Blondynka skinęła głową służce i skorzystała z kieliszka, by napić się wina. „Pięć kieliszków, zatem spodziewają się jeszcze kilku gości” skonstatowała, patrząc na tacę. Jadła nie tknęła, i nie chodziło wcale o fakt, że w powietrzu unosiła się mało apetyczna woń. Do niej akurat była przyzwyczajona. Po prostu nie była zbyt głodna. Oceniając po zawartości półmisków, strawa była solidna i przedniej jakości. Ewidentnie Kendra chciała uhonorować przyjaciół jej drogiego ojca.

Usadowiwszy się na kanapie Merilineth poczekała na resztę spodziewanych gości i samą gospodynię. Z tej pierwszej grupy najpierw zjawiła się opancerzona i dobrze uzbrojona aasimarka z wisiorem przedstawiającym symbol bogini Pharasmy. „Homo celestialis, rzadki to widok" skomentowała w myślach, sondując wzrokiem przybyszkę. Po przywitaniu się zagadnęła ją.
— Jak tam poszła przedwczorajsza celebracja Dnia Kości?
Kwadrans później poczęli zjawiać się kolejni goście, sami mężowie. Postarała się wydedukować, kim są, czym się trudnili i skąd przybyli, ale nie zagadywała ich, jak to uczyniła drogą wyjątku wobec Serafiny. O wiele bardziej wolała obserwować, niż mówić.

Niecałe pięć minut po ostatnim gościu w salonie zjawiła się sama Kendra. Shelessara wnikliwie oceniła jej stan psychiczny, sposób wypowiedzi oraz inne detale. Nie zauważyła jednak nic podejrzanego. Sama odezwała się dopiero po kapłance Pharasmy.
— Podróż upłynęła spokojnie, dziękuję — odparła na pytania gospodyni. — Jeśli pozwolisz, to przejdę od razu do konkretów. W końcu każde z nas przybyło tu we wiadomym celu. Przede wszystkim więc proszę cię, szanowna Kendro Lorrimor, byś zechciała przyjąć me najszczersze kondolencje z powodu utraty ukochanej osoby.
Zdjęła na chwilę kapelusz i zerknęła wymownie w stronę sosnowej trumny.
— Twój ojciec był wspaniałym człowiekiem, nietuzinkowym poszukiwaczem przygód, a przede wszystkim wybitnym uczonym obdarzonym niezwykle przenikliwym umysłem i drogim mi druhem. Jego śmierć to wielka strata nie tylko dla nas, ale i dla całego Golarionu… Lecz jak możesz się domyślać, swą ostatnią wolą nie wezwał nas tutaj, a szczególnie mnie, jedynie ze względu tę smutną uroczystość i łączącą nas ongiś zażyłość. Wszak był człowiekiem zapobiegliwym i nader roztropnym. Niewątpliwie spodziewał się, co może go spotkać. Dlatego istotne jest, byś podzieliła się ze mną wszystkim, co wiesz. Ale to później. Na razie wystarczy, jeśli powiesz nam, co się w zasadzie wydarzyło. Jak właściwie doszło do tej tragedii?
Po wnikliwym wysłuchaniu i przetworzeniu w głowie relacji córki profesora elfka zwróciła się doń ponownie.
— Czy mogłabyś uczynić mi drobną przysługę, dając znać po ceremonii, jeśli na pogrzebie zjawi się ktoś, kogo nie znasz bądź ktoś, kto nie bardzo miał ku temu powód?
 
Alex Tyler jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-12-2021, 04:22   #7
Kowal-Rebeliant
 
shewa92's Avatar
 

Bolało. Nawet bardziej niż mógłby przypuszczać. Po raz dziesiąty czytał list, jakby wierząc, że jego treść ulegnie zmianie. Profesor nie żył. Profesor już nigdy z nim nie porozmawia, nigdy nie zażartuje, nigdy nie wyprowadzi z błędu. Ledwie kilka dni temu postanowił, że jak tylko tutaj skończy, to zrobi sobie małą przerwę bo spotkać się ze swoim dobroczyńcą i podzielić się poczynionymi postępami, ale najwyraźniej się spóźnił. Profesora już nie było. Pozostał tylko przykry obowiązek, ostatnia rzecz, którą mógł zrobić dla człowieka, którego nazywał swoim przyjacielem. Przeczytał list jeszcze raz. Treść pozostała bez zmian. Trzeba było szykować się do drogi.

***

Revengro przywitało go podłą pogodą, niemal tak podłą jak jego nastrój. Deszcz bił po oczach, wiatr usiłował zerwać płaszcz z ramion, a błoto lepiło się do butów. Incrivel przeklinał pod nosem zarówno pogodę, jak i przyczynę jego wizyty w tym ponurym miasteczku. Już przy wejściu wiedział, czego się może spodziewać. Wypalony napis mówił conieco na temat panujących w mieście nastrojów, a domostwa poobwieszane wszystkim, co mogło potencjalnie odstraszać wszelkiej maści straszydła, tylko utwierdziły mężczyznę w przekonaniu, że nie jest to miejsce, gdzie chciałby zostać na dłużej. Bardziej niż maszkar, których najwyrażniej bała się lokalna społeczność, obawiał się "życzliwości" tejże. Na szczęście do posiadłości profesora nie było daleko i chociaż ona również wydawała się dosyć posępna to z ulgą przekroczył w końcu próg, zadowolony z faktu, że w końcu znalazł się pod dachem. Z życzliwym uśmiechem przywitał się z gosposią, po czym skierował się do salonu, gdzie czekali już pozostali żałobnicy.

Żałował, że nie pogoda nie była odrobinę lepsza bo być może jego wygląd nie zostawiałby tyle do życzenia. Krótko przystrzyżone, ciemnobrążowe włosy były teraz zarówno posklejane od deszczu, jak i potargane wiatrem. Niewielkei strużki wody spływały mu zarówno między zielonymi oczami, jak i po bokach głowy, kończąc na wydatnej szczęce. Ciemne proste, ale porządne ubrania były przemoczone, buty zabłocone, a jedyne co wydawało się być nietknięte pogodą to umocowany u pasa prosty buzdygan. W tym momencie ciężko było ocenić posturę, ale był raczej dobrze zbudowany.

-Witajcie. Nazywam się Incrivel Mikal i chociaż okoliczności nie są najlepsze to miło mi poznać bliskich profesora. - przywitał obecnych, po czym zbliżył się do trumny by móć pożegnać się z Lorrimorem.


***

Przybył ostatni i zapewne znał profesora najkrócej z obecnych. Wszystkie pytania, które sam by zadał, zostały już zadane, a nawet może więcej niż wydawałoby się to konieczne. Odezwał się dopiero, kiedy Pani detektyw skończyła mówić.

- Pani. Zdaje się, że lekko nadużywamy gościnności, doprowadzając naszą gospodynię do łez, ale zapewne rozumiesz, że dla wszystkich obecnych śmierć twego ojca była nie tylko wielkim ciosem, ale i też olbrzymim zaskoczeniem. Liczę, że wybaczysz nam tę niedelikatność. - lekko pochylił głowę, w geście wyrażającym zarówno skruchę, jak i współczucie - Jeśli jest cokolwiek, co możemy dal Ciebie zrobić... - nie dokończył. Dalsze słowa były już zbędne.
 
shewa92 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:39.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172