Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku > Archiwum sesji RPG z działu Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-10-2018, 20:19   #1
 
Kesseg's Avatar
 
[V:tM Sabbat] Miasto Grzechów - Brilchan, Ehran i Jaśmin

Rok 2004, Vice City (Floryda) - Miasto Grzechów

Dzienny koszmar budzi Jakuba Świdnickiego w ciemnym pokoju o oknie zasłoniętym grubymi storami. W powietrzu zapach kurzu i gorącej herbaty. Nie wiatru i krwi.
Wampir leżał jeszcze przez chwilę starannie rozdzielając rzeczywistość i sen. I wreszcie poczuł się na siłach dźwignąć na nogi.
Tremere wyczarował z kieszeni spodni paczkę chusteczek i starannie otarł krwawe łzy z policzków. Jak zwykle po przebudzeniu odczuwał chandrę. Wiedział jednak, że to nie potrwa długo. Rzeczywistość wzywała, jego przyjaciele ze sfory - czuł to - byli blisko.
Nareszcie przybyli.

Przyleciał do tego miasta jako pierwszy, żeby przygotować bezpieczną kryjówkę. Jego Sfora wiedziała, że miejsce do którego zmierzają jest niezwykle niebezpieczne. Nie tylko z powodu lokalnego Księcia z klanu Brujah, który trzymał miasto w żelaznym uścisku przestępczej organizacji, której przewodził, ale też ze względu na stan lokalnego Sabbatu, składającego się głównie z skłóconych ze sobą sfor Lojalistów, którzy - po śmierci poprzedniego Biskupa z rąk Priscusa Christofa Romualda - bardziej przypominali bandę Anarchów niż wojsko Miecza Kaina. Nowego Biskupa czekało nie lada wyzwanie, jeśli chciał wypełnić zadanie powierzone mu przez Priscusa Sachę Vykosa i przejąć kontrolę nad Miastem Grzechów.
 
__________________
Voracity - eng cover (Overlord 3 season OP)
Kesseg jest offline  
Stary 02-11-2018, 13:20   #2
 
Jaśmin's Avatar
 
Jakub Świdnicki, zwany przez niektórych Jakubem ze Świdnicy, stał przed wysokim stojącym lustrem ( późne empire) i praktykował obcą większości mężczyzn sztukę wiązania krawatu. Musiał się dobrze prezentować, nie z jakiejś konkretnej okazji, a z wewnętrznej potrzeby.
A że oczekiwane przybycie dwójki jego przyjaciół za sfory było okazją to inna sprawa. Tremere znalazł wreszcie satysfakcjonujący go węzeł i raz jeszcze przejrzał się w zwierciadle.
Wysoki szczupły mężczyzna o nienagannej prezencji wyjrzał na niego z tafli lustra. Ciemne włosy, jak zwykle związane z tyłu rzemykiem, zadbany zarost i blada cera charakterystyczna dla wampira. Ciemny jedwabny krawat na nienagannej białej jedwabnej koszuli, na to ciemna kamizelka ( zapiąć guziki!), na to nienaganny garnitur ( strzepnąć pyłek z ramienia!), na to elegancki wełniany płaszcz. Biorąc pod uwagę pogodę był to strój niezbyt wygodny, za to elegancki. A Jakub stawiał wyżej prezencję niż wygodę.
Było to dość dziwne biorąc pod uwagę, że Świdnicki wychodząc z trzypokojowego apartamentu nie zapomniał zabrać ze sobą laski ze srebrną główką. Rzucało się w oczy że mężczyzna kuleje na lewą nogę.
Wychodząc z mieszkania Jakub raz jeszcze wydobył z kieszeni kamizelki zegarek na dewizce, sprawdził godzinę, po czym starannie zamknął drzwi na klucz. Zmierzając w kierunku windy uprzejmie pozdrowił sąsiadkę palącą papierosa na korytarzu. Kobieta odpowiedziała uśmiechem.
Kilka chwil później Jakub siedział już w taksówce i mknął w kierunku lotniska.

*****

Lotnisko w City nie zmieniło się zbytnio od czasu gdy Jakub był tam ostatni raz. Ta sama atmosfera zabiegania, huk startujących i lądujących maszyn, gwar rozmów w kilkunastu językach.
Samolot którego Jakub oczekiwał, boeing z Waszyngtonu, właśnie podchodził do lądowania.
Niespełna kwadrans później Świdnicki, uważnie obserwując terminal, spostrzegł wreszcie tych na których czekał. Obaj mężczyźni uporali się już z odprawą i skierowali w kierunku wyjścia z lotniska.
Nie zdołali tam dotrzeć.
Jakub nieśpiesznie zszedł po schodach zastępując przyjaciołom drogę.
- Moi drodzy! Jak miło was widzieć! Mam nadzieję, że niebo nad Ameryką nie spłatało wam żadnego psikusa. To wszystko co macie ze sobą? Rozumiem że reszta... sprzętu... dotrze nie za długo. Ale ze mnie maruda! Chodźcie, chodźcie! Zaraz zawołam taksówkę i udamy się do apartamentu. Mówiłem wam już że wynająłem apartament? Trzypokojowy! A miasto sprawia wrażenie gotowego, że tak powiem, na przyjęcie nowej wiary - wampir roześmiał się chrapliwie - Chodźcie, chodźcie! I Opowiadajcie co tam u was słychać!
 
Jaśmin jest offline  
Stary 18-11-2018, 23:40   #3
 
Ehran's Avatar
 
Malachi szykował się już od wielu dni. Pierwsze wojenne przygotowania zostały zakończone. Jego przyjaciel był już na miejscu. Dziś przyjdzie czas na niego.
Mężczyzna siedział w salonie swego penthouseu. Dookoła niego płonął święty krąg. Ogień huczał i trzaskał złowrogo.
Siedział tak już godzinę, ze skrzyżowanymi nogami, jedynie w lekko przetartych dżinsach. Boso i o nagim torsie.
Mokra od potu, blada skóra lśniła w rzucanym przez płomienie migotliwym świetle.
Oczy zamknięte w skupieniu. Medytował. Sięgał umysłem w zakazane rejony. Wreszcie go odnalazł. Jego umysł dotknął odległej, beznamiętnej świadomości śpiącego boga śmierci.
Przez okno wpadł blask wschodzącego księżyca.
Malachi zaciągnął łapczywie haust powietrza. Jego plecy wygięły się w łuk, gdy wraz z tlenem wpływającym do jego martwych płuc, jego ciało wypełniła boska moc. Na chwilę oczy rozżarzyły się niczym węgle w piecu. Bezgłośny grzmot spłyną na niego, przez niego i przetoczył się przez salon. Płomienie szarpnęły się niczym w silnym wietrze i zgasły. Szklana półka trzasnęła i rozpadła się na tysiąc drobinek. pękła marmurowa posadzka, pokrywając się pajęczyną szczelin rozchodzących się od kręgu na zewnątrz.

***

Winda zjechała na parking, do którego wejście chronione było za pomocą systemu skanującego siatkówkę oka. Malachi wykonał żądane czynności i ruszył w kierunku swego sportowego samochodu, srebrnego błyszczącego astona martina. Nacisnął na kluczyk i auto otworzyło się automatycznie. Malachi poczuł przyjemny zapach skórzanej tapicerki. Rzucił bagaż na miejsce dla pasażera i wyjechał z podziemnego garażu w stronę lotniska.
Wiedział, że minie dużo czasu nim powróci tutaj.
System dźwiękowy wypełnił wnętrze samochodu smutną muzyką klasyczną, zdającą się sięgać w głąb duszy, wprawiając wampira w melancholijny nastrój.
Noc była ciemna i zimna. Smukły aston martin jechał w cieniu smętnych wieżowców, po mokrej od siąpiącego deszczu, usłanej odpadkami ulicy. Niczym srebrny upiór prześlizgiwał się wśród betonowych trupów, wśród szkła i stali tego miasta.
Malachi zerkał w twarze idących chodnikami ludzi – zmęczone i nijakie. Zrezygnowane lub wystraszone.
Skręcił powoli w zalaną neonowym, zmieniającym się w jaskrawym kalejdoskopie, światłem uliczkę. Od razu zauważył stojące tu kurwy. Ludzkie wraki. Małolaty na głodzie. Pustymi oczyma szukające następnego klienta, byle by zaspokoić swój głód, byle by uciec od tego koszmaru w farmakologiczny sen.
Jechał wolno. Bardzo wolno. Szukał. Nie znalazł tego czego potrzebował. Dziewczęta podchodziły do krawężnika nawołując lub prezentując swe wdzięki. Przynajmniej te, którym jeszcze na czymś zależało, lub te, które bały się razów od swych alfonsów. Inne zostawały stojąc niczym żywe trupy pod lampami, obejmując się ramionami w nadziei iż się nieco ogrzeją, iż odpędzą chłód powietrza i... co może ważniejsze, ogrzeją drążącą je od środka lodowatą pustkę.
~ Też tak stałaś, prawda, droga siostro? Też wdzięczyłaś się kupcząc swymi wdziękami do przechodzących frajerów? ~
Malachi poczuł, jak coś wewnątrz niego drgnęło, skuliło się i wycofało głębiej. Usta mężczyzny prawie niezauważalnie wygięły się w cień szyderczego uśmiechu.
Malachi nie zatrzymał się. Zostawił dziwki za sobą, przyśpieszył, nie odwrócił się. One już nie żyją. Żywe trupy, puste skorupy. Nikt im nie pomoże... Nie tego szukał. Potrzebował czegoś żywego, z tą iskrą.... czasem znajdował tutaj takie dziewczęta. Lecz nie dziś.
Malachi skręcił kolejny raz. W ciemną boczną uliczkę. Zaparkował samochód. Wyszedł w noc i nabrał mroźnego powietrza w płuca. Ruszył przed siebie.
Na chwilę zatrzymał się w wejściu do zaułka. Na krawędzi mdłego światła rzucanego przez lampy z głównej ulicy. Przed nim rozciągał się mrok. Zimny i gęsty.
Wyczuwał ich. Inne drapieżniki. Byli tam. Polowali.
Mężczyzna przechylił głowę, jego czarne włosy wpadły mu na twarz. Czekał. Był gotów. Lecz nikt nie rzucił mu wyzwania. Drapieżniki wycofały się. Ruszył więc pewnym krokiem do przodu. Jego buty rozbryzgały oleiste kałuże, wzbijając setki czarnych kropli. Z góry siąpił nadal delikatny deszcz. Stróżki wody spływały po jego płaszczu.
Bezkształtne cienie czmychały przed nim, bezdomni wciskali się w kąty, by ich nie zauważył.
Zatrzymał się dopiero przed starym budynkiem misyjnej szkółki. Czerwona cegła była popękana i pokryta licznymi graffiti. Cóż za brak szacunku. Jedynie wyżej nad ulicą, tam gdzie szumowiny nie sięgnęły swymi brudnymi łapskami mazgając obsceniczne teksty na starożytnym murze, dopiero tam widać było prawdziwy smutny majestat budynku.
Malachi wiedział, że znajduje się tutaj wieczorna szkółka dla biednych, kościół dawał im szansę. Mogli skończyć maturę, mogli wyrwać się z tej dzielnicy. Niewielu się to udawało.
Z srebrnej papierośnicy wyciągnął cygaretkę. Pachniała jak cygara jakie palił jeszcze na Kubie. Pogładził ciemny liść tytoniu. Włożył do ust. Przez chwilę delektował się smakiem filtra z delikatnego drewna brzozowego. Nie nienawidził tych nowoczesnych, z kartonowym lub plastikowym filtrem. To było świętokradztwo. Zabłysnął ogień. Malachi wciągnął gęsty dym, zmuszając odwykłe od pracy płuca do wysiłku.
Malachi obserwował jak nastolatkowie opuszczają budynek. Wypatrzył swą ofiarę. Była idealna. Taka pełna życia i nadziei. Nada się. Pomyślał.
Szedł za filigranową dziewczyną z białymi słuchawkami w uszach.
Miała krótkie, wściekle czerwone włosy i twarz anioła. Słodką. Niewinną. Uroczą.
Wyglądała na bardzo zamyśloną. Nieobecną.
Szła nieśpiesznie. On za nią.
Ciężkie wojskowe buty, powycierane dżinsy i rozciągnięty, czarny T-shirt z charakterystycznym zdjęciem bobasa płynącego za jednodolarówką. Nirvana. Malachi uśmiecha się. Prawie potrafi odgadnąć co płynie z tych białych słuchawek.
On ubrałby ją inaczej. Musiał jednak przyznać, że outfit punkówy do niej pasował. Choć z pewnością wyglądałaby bosko w zwiewnej letniej sukience oraz wysokich szpilkach na nogach. Miała odpowiednią figurę i wręcz dziecięco niewinną twarz.
Do tego bardzo jasną, wręcz efemeryczną, idealnie gładką cerę. Użyła jedynie delikatnego makijażu, nie jak jej rówieśniczki w tej okolicy. Przede wszystkim jednak zwrócił uwagę na jej zmysłowe, malinowe usta. Pełne. Soczyste. Namiętne. Wprost stworzone do pieszczot.
Szedł za nią, wdychając jej zapach. Świeży i lekki niczym letnia bryza.
Wydawało się, że ona w ogóle nie dostrzega jego obecności, całkowicie obojętna na świat zewnętrzny. Zapewne zatopiona w muzyce. Zmysłowo przymknięte powieki, jedynie minimalnie skupiające się na ciągnącym się przed nią chodniku.
Mógłby tak iść za nią przez wieki. Lecz... nie było czasu. Do odlotu tylko kilka godzin...
- Proszę pani - jego głos zadaje gwałt tej chwili, przerywając ją ostatecznie.
Dziewczyna zatrzymuje się i obraca lekko wystraszona ku niemu.
- Tak? - jej głos był aksamitny i słodki niczym karmel. Trochę dziecinny. Zmysłowy. Ich wzrok się krzyżuje. On widzi tą iskrę, ten wewnętrzny blask życia w jej źrenicach. Ona bezdenną otchłań w jego ciemnych oczach.
Malachi sięgnął po skórzany portfel. Coś wyciągnął i podał dziewczynie. Lecz to nie dla niej. To dla spoglądających w ich stronę jej koleżanek. W ich umyśle ma się wyklarować odpowiedni przekaz. Mają widzieć to, co on chce by widziały. Teatrzyk cieni.
- Zapraszam do mnie. - mówi Malachi lekko chropowatym ciężkim głosem.
Przez chwilę dziewczyna walczy, jej serce miota się niczym gołąb w klatce.
- Chodź ze mną - jego głos jest rozkazujący, ona nie potrafi się mu oprzeć.

***

Dziewczyna drżała na całym ciele. Otaczał ich mrok.
Do jej uszu dobiegał delikatny szelest pieszczonych przez wiatr liści. Odległy szum strumienia. Pohukiwanie jakiegoś nocnego ptaka. Czuła zapach mokrej ziemi, rozkładających się liści. Silną woń szarego mchu pachnącego mokrą korą. Lecz przede wszystkim zapach drogiej wody kolońskiej zmieszanej z aromatycznym zapachem tytoniu mężczyzny stojącego tak blisko. Widziała niewiele.
Jedynie księżyc ledwo przedzierający się przez chmury i smog malował na czarnej gładkiej tafli stawu białe ogniki. Wiedziała, że coś jest nie tak. Lecz nie miała siły odmówić... te hipnotyczne czarne oczy wydawały się ją wciągać. Wbrew sobie podążyła za nieznajomym.
A teraz stali po pas w stawie. Lodowata woda wysysała z niej całe ciepło. Chciała uciekać. Była przerażona. Jednak jej nogi wydawały się wmurowane w dno. Wystarczył jeden rozkaz mężczyzny by zamarła w bezruchu. Czekała jak potulny baranek aż nieznajomy skończy... cokolwiek robił. Jedynie nieme łzy spływały po jej policzkach rozmazując tusz, malując czarne ścieżki na jej białym licu.
Modliła się, lecz nikt jej nie słyszał.
Malachi chwycił jej rękę. Jego palce były zimne. Umieścił jej nadgarstek nad miedzianą misą. Dziewczyna widziała jak blask księżyca odbija się w szkarłatnej krwi na dnie naczynia. To była jego krew. Prawie nie poczuła nacięcia. Delikatny ból przez chwilę przeszył jej nadgarstek. Stróżka krwi wpłynęła do misy. Zmieszała się z jego krwią. Potem mężczyzna zabrał naczynie i krew poczęła spływać do wody.
- Raduj się dziecko - rzekł, jakby chciał ją pocieszyć.
- Oddaję cię w ramiona Marzanny: starej, słowiańskiej bogini zimy, śmierci i niszczycielskiej mocy natury. Ale także urodzaju i życia. W tych czasach jest słaba... potrzebuje twej życiowej energii. Zobaczysz, będzie wam dobrze razem. Nie lękaj się. -
Delikatnie położył ręce na jej szczupłych ramionach. Dziewczyna zaszlochała. Zmusił ją, by uklękła. Woda sięgała jej teraz aż pod brodę.
- Proszę... nie.. - wyjąkała, zachłystując się łzami.
Malachi położył pieszczotliwie dłoń na jej głowie. Dziewczyna jakby się dopiero ocknęła zaczęła się szarpać i szamotać. Rozbrzmiał chlupot wody i piskliwy krzyk.
Mężczyzna wcisnął głowę dziewczyny pod wodę.
Czuł dotyk jej włosów pod dłonią, ciepło jej ciała, bezgłośną walkę, gdy resztką zdrowych zmysłów próbowała zaczerpnąć tchu, by zachować życie jeszcze przez chwilę. Choć wiedziała, że to daremne. Czuł jej drobne palce zaciskające się na jego nogach, drapiące rozpaczliwie szukając zaczepienia, możliwości podciągnięcia się w górę, ku upragnionemu powietrzu.
Wiedział, że jego dusza jeszcze długo będzie odczuwać echo jej słabych konwulsji, które zaczęły się w chwili, gdy się poddała i wypełniła płuca wodą, raz, a potem drugi, jak noworodek poddający próbie dary nieznanego świata. Przyglądał się jak jej ruchy wpierw się zagęszczają, stają chaotyczne, a potem stają się ospałe, niemrawe. Powoli uniósł dłoń Przyglądał się jak czerwone włosy unoszą się tuż pod taflą wody niczym jakiś podmorski kwiat.
W tym samym momencie gdy jej serce stanęło poczuł prastarą świadomość muskającą jego umysł.
- Bądź pozdrowiona Marzanno. Przyjmij proszę te dary w imię naszego przymierza.

***

Lotnisko. Tu w Waszyngtonie mieli przewagę. Jednak tam... tam był teren wroga. Świdnicki miał zabezpieczyć przyjazd, lecz... Malachi zawsze był ostrożny.
Miał wykupiony bilet, lecz nie zamierzał z niego skorzystać. Siedział w samochodzie na parkingu w pobliżu lotniska. Zaparkował tak, że kamery go nie ujmowały. Jutro ktoś odbierze samochód i odwiezie z powrotem.
Malachi skupił się i rozpoczął rytuał. Cienie dokoła niego zadrżały, koncentrując się jakby na jego sylwetce. Skóra stała się przezroczysta, by po chwili jego cała sylwetka była nie więcej niż złudzeniem optycznym, zakrzywieniem w lustrze, efemeryczną zjawą.
W chwilę później przez drzwi w samochodzie wyciekła gęsta, szkarłatna ciecz. Wlała się pod pojazd, a potem posunęła pod ścianę, po murze w górę i na zewnątrz przez okno. Dalej do rynny i w dół do ulicy. Dalej kanałem deszczowym aż na lotnisko. By odnaleźć na płycie odpowiedni samolot.
Stróżka krwi wspięła się po kole maje stycznego Boeing 747 do góry, do wewnątrz. I dalej do luku bagażowego. Tam Malachi odczekał aż maszyna wystartuje. A potem ruszył dalej, poprzez koryta dla kabli wyżej. By przedostać się do wentylacji i spłynąć wreszcie do jednej z ubikacji na górnym pokładzie, koło pokładowego baru.
Tutaj Malachi spotkał się z Mackiem. Zamówił drinka i usiedli z boku, tak by mieć na widoku cały bar.
Malachi wyciągnął plik papierów i zaczął je przeglądać. Wycinki z gazet. Zdjęcia. Wydruki bilingów, kont. Policyjne akta. Nakreślone opisy informatorów. Znał te akta. Jednak chciał je jeszcze raz przejrzeć nim dolecą.
- Na mnie czas. Spotkamy się na ziemi - rzekł jakiś kwadrans przed lądowaniem. Wrócił do łazienki. Nie zamknął jej od środka, by nie zostawić głupich śladów. Przeistoczył się znów w krew. Lubił tą formę. Wspiął się do góry do wentylacji, by w kilka chwil później przepłynąć przez bebechy powietrznego okrętu i ukazać się na powrót w luku bagażowym. Pozbierał swoje rzeczy, które uprzednio tutaj zostawił.
Nim samolot dotknął płyty lotniska, Malachi odłączył się od kadłuba i spadł na ziemię. Krew popłynęła dalej, do kanału deszczowego i ruszyła pośpiesznie na lotnisko.
Malachi wyłonił się z lotniskowej łazienki. Usiadł przy jednym z barów, z którego rozciągał się dobry widok na halę przylotów.
Obserwował Iskrę. A konkretniej szukał czy ktoś go śledził.
Rozszerzył swe zmysły. Szukał nadnaturalnych istot i broni. Dzięki kontaktowi z bóstwem jego moc działała dalej.
Dopiero potem zadzwonił do Iskry.
- Widzę cię.
Nie rozłączył się. W uchu miał słuchawkę douszną, mikrofon na kabelku maskowanym włosami i ciągnącym się dalej pod ubraniem.
- Czyż nie jestem strażnikiem swego brata?
 
Ehran jest offline  
Stary 19-11-2018, 00:11   #4
 
Brilchan's Avatar
 
Podczas lotu

Mac siedział w fotelu ciesząc się wygodą samolotu słuchał muzyki z odtwarzacza płyt CD czytając przy tym angielskie tłumaczenie księgi Nod.
Braki w wykształceniu i kulturze osobistej nadrabiał gorącą wiarę nawróconego który dostał drugą szansę na nieżycie. Teraz był kapłanem nowo odnaleziona rola dała mu nową siłę oraz cel! Kochał swoją nową Sforę tęsknił za dawnymi towarzyszami jednak musiał przyznać, że obecni Bracia byli zupełnie czymś innym pokazali mu zupełnie nowy świat oraz pomogli mu wydostać się ze szponów Bestii, w której niemal się zatracił.

- Dobra Noc Czarny Cieniu - Grzecznie przywitał niesamowitą istotę, która przekształciła jego ciało. Dawno już pogodził się z tym, że nie zrozumie dziwacznej istoty, która przewyższała go pod każdym względem. Nie potrafił pojąć jak byt starszy od niego tak dobrze rozumie współczesną technologie a do tego specjalizuje się w magii i nie zachowuje jednego kształtu, zachowania ani płci.

Dawno pogodził się z tym, że to za dużo jak na jego prostacki umysł nauczył się czerpać dumę z tego, że ten byt postanowił docenić jego umiejętności oraz dzielić z Mackiem krew i wysiłek w imię Kaina a na pohybel Matuzalemom!

W porównaniu ze wszystkim innym co widział w wykonaniu Biskupa znikanie i pojawianie się w samolocie nie powodowało w piosenkarzu zdziwienia. Podczas lotu siedzieli w przyjaznym milczeniu pogrążeniu w lekturze Mackowi przypomniał się cytat z Pulp Fiction:

"Po tym można poznać kogoś wyjątkowego. Kiedy można zamknąć ryj i wspólnie sobie pomilczeć."

Obaj byli wyjątkowi.

Powitanie Iskry

Polak zobaczył pięknie wyglądającego uśmiechniętego czarnoskórego mężczyznę w czarnym garniturze skrojonym na modłę zoot suit. Był obwieszony złotą i srebrną biżuterią niczym choinka: Sygnety, zapinki, łańcuchy, bransolety nawet grillz diamentowa nakładka na zęby ostatnio ponownie zdobywające popularność wśród raperów.

Jednym słowem prowokował przechodzenie przez bramki było koszmarem, ale uwielbiał błyszczeć!

Spróbował uścisnąć Tremere "na misia" w końcu był ze wschodu Europy - Witaj Bracie! Czas minął mi na czytaniu naszych tekstów, żeby nawrócić to uroczo zepsute miasto! Złotko ty moje nie mogę się doczekać, żeby dla nich zaśpiewać i słuchać muzyki, którą dla mnie zagrają! - Uśmiechnął się dziko.
 
Brilchan jest offline  
Stary 13-01-2019, 15:52   #5
 
Kesseg's Avatar
 
Trójka wampirów rozmawiając wesoło opuściła bezpiecznie lotnisko. Malachi miał wprawdzie wrażenie bycia obserwowanym, ale gdy podążył za swoim przeczuciem, trafił tylko na czarnego kota o złotych oczach, który prychnął na niego i czmychnął.
Sabatnicy wsiedli do taksówki z firmy VCC (Vice City Cabs), ponieważ dominujące w mieście Taksówki Kaufmanna należały do Księcia, jak się to Jakubowi Świdnickiemu udało już ustalić. Po krótkiej przejażdżce skończyli w przygotowanym wcześniej apartamencie. Szybko się rozpakowali i zasiedli wspólnie przy stole, aby wymienić informacje.

Czarny Cień wiedział, że czeka go ciężka praca. Poprzedni Biskup Vice City znany jako "Max Red" był Lojalistą tak skrajnym, że mało co odróżniało go od Anarchów. Priscus Romuald, należący zresztą do Ultrakonserwatystów (przeciwna strona politycznego spektrum), podczas swojej wizyty w mieście uznał, że przywództwo Max Reda nie jest korzystne dla krucjaty, więc wyzwał go na ceremonialny pojedynek, a gdy tamten odmówił, zwyczajnie Biskupa wybebeszył. Następnie wyjechał, zostawiając miejscowy Sabbat samemu sobie, aby w sposób naturalny wyłonił się z niego nowy, silny przywódca. Niestety wyglądało na to, że Priscus Romuald przeliczył się, bo lokalne Sfory zamiast się zjednoczyć, zaczęły rzucać się sobie nawzajem do gardeł.

Jakub Świdnicki potwierdził. Udało mu się ustalić, że w mieście aktualnie działały cztery Sfory:
- Czerwone Oczy (Red Eyes) - głównie w Downtown i Małym Haiti
- Rekiny Surfingu (Surfer Sharks) - głównie na Prawn Island i Washington Beach
- Neonowe Anioły (Neon Angels) - głównie w Ocean Beach
- Nietoperze z Piekła Rodem (Bats Out of Hell) - głównie w Małej Havanie
chociaż wyłapał też plotki o piątej, izolującej się grupie pod nazwą Złote Tygrysy (Golden Tigers).
Malachi podzielił się z towarzyszami informacją, że wkrótce miała się pojawić jeszcze jedna Sfora - Księżycowe Wilki, którym przewodził jeden z nielicznych niedobitków klanu Ravnos.

Jeśli zaś chodzi o siły Camarilli, to Książę trzymał miasto w żelaznym uścisku swojej przestępczej organizacji. Co za tym idzie klan Brujah niekwestionowanie dominował. Sporą siłą dysponowały również klany Toreador i Malkavian. Ventrue byli stosunkowo słabi, nieskoordynowani, ale blisko współpracowali z Księciem. Klan Tremere został zaproszony do miasta niedawno w związku z potencjalnym zagrożeniem okultystycznym ze strony kultu Voodoo szerzącego się w Małym Haiti. Nosferatu i Gangrele dzieliły Primogena, a znajdowały się na samym dole społecznej drabiny.

Nagle rozmowę przerwało pukanie do drzwi...
 
__________________
Voracity - eng cover (Overlord 3 season OP)
Kesseg jest offline  
Stary 13-01-2019, 16:51   #6
 
Brilchan's Avatar
 
- Jak dla mnie moi Złociutcy mamy trzy punkty zaczepienia - Zaczął wymądrzać się Mac po wysłuchaniu zebranych informacji:

- Po pierwsze przejąć kontrolę nad którąś z wyleniałych miejscowych Sfor każdy z nas powinien dać sobie radę a miejscowe fujary, niedomyte cipy i wszystko pomiędzy należałoby zorganizować w porządne Wojsko Caina. Skoro sami nie są wstanie tego zrobić trzeba im pomóc - Uśmiechnął się wilczo na myśl o pojedynkach oraz kontroli nad innymi.

- Druga sprawa, sprawdzenie, co się dzieje w tym małym Haiti. Skoro sprowadzili Czarusia sprawa MUSI być poważna. Nie podobają mi się też te Złote Tygrysy brzmi jak jakieś wschodnie gówna.

- Trzecia rzecz to podkopanie Cammi w mieście warto by było zaprzyjaźnić się z Brzydalami i Bestiami nie jeden Księciunio padł nie doceniając wagi tych klanów, ale widać obecny robi ten sam błąd - Skończył wyliczać odginając przy tym długie palce w białych rękawiczkach.

- To oczywiście, tylko propozycje prostego murzyna ostateczną decyzje podejmuje Cierń - Dodał asekuracyjnie.

Gdy rozległo się pukanie Torreador podszedł do i spojrzał przez wizjer w drzwiach wiedząc że w razie czego zdąży odskoczyć od drzwi czekał na polecenie szefa.
 

Ostatnio edytowane przez Brilchan : 26-01-2019 o 19:31. Powód: Edycja po konsutacji z MG
Brilchan jest offline  
Stary 15-01-2019, 19:19   #7
 
Ehran's Avatar
 
Malachi miał złe przeczucie. Czarny kot o złotych oczach wcale nie poprawił jego nastroju. Kto chował się za tymi połyskującymi oczyma? Może nikt. A może...
Cóż. Malachi zapamiętał sobie kota jak mógł najdokładniej. Gdyby go spotkał ponownie... lub gdyby przyciągał nadmierną uwagę nocnych zwierząt... wtedy będzie miał pewność.

***

Malachi skinął lekko głową.
- Masz rację Mac. - rzekł spokojnie. - Lecz - Biskup uniósł do góry jeden smukły palec -proszę, przenigdy więcej nie nazywaj się tylko "prostym murzynem". Jesteś mym bratem, mym stróżem, mym mieczem. Mym powiernikiem. W naszych żyłach płynie wspólna krew. Jesteś synem Caina. Naszym Ducti. Jesteś Mac the bullet, i nim minie rok, twe imię będzie wzbudzało zgrozę i przerażenie wśród wampirów tego miasta! Jesteś Bratem apokalipsy! - Czarny cierń zamilkł na chwilę. jakby musiał się uspokoić. Po chwili przemówił znów. Tym razem prawie szeptem. - Nigdy o tym nie zapominaj bracie.

- Zgadzam się z twoimi propozycjami. Tylko, nie nad "którąś" sforą drogi Mac. Nad wszystkimi. Tutejsi mieli szansę, by wyznaczyć nowego biskupa i się ogarnąć. Zawiedli. Teraz jestem tu ja. Koniec z dziecinadą. Zrobimy tu porządek. Szybko i bezlitośnie. Albo uznają nasze zwierzchnictwo i nawrócą się na właściwą drogę, albo zginą.
Dla biskupa kwestia sfor wyglądała właśnie tak prosto. Będzie, jak powinno być. Co oczywiście nie znaczyło, że spodziewał się, że realizacja konsolidacji będzie równie prosta. Wiedział jak "rozbrykane" potrafią bywać sfory, które oddaliły się zbytnio od swego powołania, lub które zapomniały o swych zwierzchnikach. Nie zamierzał ich też chwytać na zbyt krótki łańcuch. Smycz musi być tak długa, by pies się nie szamotał, lecz równocześnie należy nią czasem szarpnąć, by zwierze wiedziało, kto jest jej panem.
Malachi przemilczał Złote Tygrysy. Mówiąc o wszystkich, dokładnie to miał na myśli. Nie mniej, nie więcej. Jeśli Tygrysy okażą się czymś innym... cóż, wtedy się zobaczy dalej.

- Małe Haiti. - Malachi zamyślił się. - Wszystko, co jest problemem dla Camarili jest nam na rękę. Trzeba to zbadać, i zobaczyć, nie "czy", lecz "jak" możemy to wykorzystać dla naszych celów. Musimy się też jak najszybciej pozbyć magów wroga. Tremere mogą być odsłonięci, teraz, gdy skupiają się na małym Haiti. Mogą nie zauważyć ciosu nadchodzącego z boku.

- Popieram zaprzyjaźnianie się z Nosferatu i Gangrelami. Choć stawiał bym bardziej na tych pierwszych... Ci drudzy bywają... małostkowi i nierozsądni. - Biskup westchnął teatralnie z udawanym rozczarowaniem. - A nie wiem, czy nasz kochany książę dość mocno ich gnębi, by bestie powstały i zorganizowały jakąś rewoltę. No, ale popracujemy nad tym. Z pewnością da się coś w tej kwestii zrobić. - Czarny cierń zabębnił palcami po stole. W głowie miał kilka planów. Ale wiedział jeszcze zbyt mało.
- Dodał bym jednak do twojej listy Ventrue. To stary i ambitny klan. Jestem przekonany, że kryje w swym łonie jednostki, zazdrośnie łypiące na klan księcia i ich wpływy i władzę. Zaszeptał bym w takie ucho. Oj zaszeptał bym. - Malachi uśmiechnął się nieprzyzwoicie.

Pukanie zabrzmiało dziwnie złowrogo. Malachi zmrużył oczy i obrzucił drzwi niezadowolonym spojrzeniem.
Przez głowę przemknęło mu, że muszą popracować nad bezpieczeństwem. W Waszyngtonie nie do pomyślenia było, że ktoś wejdzie do budynku bez jego wiedzy. Nie mówiąc już o pukaniu do jego drzwi. Będą potrzebować sług i sprzętu. Kolejna rzecz, którą będzie trzeba się zająć.
Malachi wyprostował się na krześle. Położył dłonie płasko na blacie stołu.
Jego oczy otworzyły się na świat duchów. Na chwilę stał się jednym z otoczeniem, jednym z duchami, które były w wszystkim. Jego wzrok sięgnął dalej. Dużo dalej. Nie był ograniczony przeszkodami. Nic nie mogło się przed nim schować. Ni Ściany, ni cienie, ni kryjąca magia, nic nie stanowiło skutecznej ochrony.
Widział, choć może bardziej czuł... wszelką broń, wszelkie wampiry i ghule. A także duchy i zaklęte przedmioty.
Dostrzegł postać smukłej pięknej niewiasty o sinych wargach i jakby unoszących się na wodzie mokrych włosach. Marzanna, jego przywołany duch obrońca. Wcześniej ją czuł, teraz ją widział.s
 
Ehran jest offline  
Stary 16-01-2019, 01:02   #8
 
Kesseg's Avatar
 
Mac the Bullet przez wizjer w drzwiach ujrzał kobietę noszącą obcisłe spodnie, skórzaną kurtkę i rękawiczki, zaś na głowie motocyklowy kask z wypustkami przywodzącymi na myśl kocie uszy. Cały ubiór utrzymany był w kolorze czarnym. Przybyła zdawała się być nieuzbrojona.
[test Percepcja+Empatia ST10: 1 sukces]
Jej aura wskazywała jasno, że była wampirem.

Malachi dzięki swojej umiejętności również wyczuł naturę niespodziewanego gościa. Spostrzegł też coś jeszcze - magiczny amulet, wyglądający jak zamknięta w kole ośmioramienna gwiazda płonąca błękitnym ogniem. Nie wykrył natomiast żadnej broni.
 
__________________
Voracity - eng cover (Overlord 3 season OP)
Kesseg jest offline  
Stary 16-01-2019, 14:52   #9
 
Ehran's Avatar
 
Malachi pochylił się w stronę iskry i szeptem przekazał co dostrzegł. Włącznie z opisem magicznego amuletu.

Nie sądził, by wampirzyca przyszła tu, by z nimi walczyć. Gdyby tak było, dała by sobie spokój z grzecznym pukaniem do drzwi. nie przyszła by też raczej sama. Magiczny amulet sugerował pewną moc. Może i była potężna, lecz jeśli nawet by tak rzeczywiście było, czy by ryzykowała walki w pojedynkę z trzema nieznanymi wampirami? A ten kask? Właśnie... ten kask jakoś nie pasował do tego obrazka. Chce skryć swą twarz? Udało się też jej ich znaleźć... co samo w sobie było bardzo niepokojące.
Była z Camarili, czy z Sabatu? Może jakaś niezależna frakcja?

Położył palec na ustach. Przypominając towarzyszą, by nie zdradzili się zbyt szybko kim są. Jeśli to przedstawiciel Camarili, to być może jeszcze nie wiedzą, z kim mają do czynienia. Może to zwykły posłaniec, który ma przypomnieć, iż w dobrym guście jest się zameldować i przedstawić po dotarciu do nowego miasta. Choć był by to niezmiernie nietypowy posłaniec.

Cóż, nie znajdą odpowiedzi na te wszystkie pytania poprzez zamknięte drzwi.

Malachi odczekał chwilę. Tyle by dać Iskrze czas na przygotowanie.
Potem skinął Mackowi by ten otworzył drzwi.
 
Ehran jest offline  
Stary 17-01-2019, 10:27   #10
 
Brilchan's Avatar
 
Mac kiwnął głową, następnie otworzył drzwi i gestem zaprosił kobietę do środka. Noszenie hełmu motocyklowego wydało mu się sprytnym sposobem na uniknięcie kontroli przez kontakt wzrokowy.
 
Brilchan jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:35.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168