Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Warhammer Wkrocz w mroczne realia zabobonnego średniowiecza. Wybierz się na morderczą krucjatę na Pustkowia Chaosu, spłoń na stosie lub utoń w blasku imperialnego bóstwa Sigmara. Poznaj dumne elfy i waleczne krasnoludy. Zamieszkaj w Starym Świecie, a umrzesz... młodo.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-01-2021, 13:43   #1
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
[Warhammer 2] - Skarby Lustrii

Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, wieża Ambrosio, gabinet Ambrosio
Warunki: jasno, szum liści, ciepło na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr


Friedrich “Sonneblume” Zimmer


Wchodził właśnie po krętych schodach by dotrzeć do gabinetu szefa tej placówki. Schody nie rozpieszczały swoich użytkowników. Akurat dwie osoby mogły się swobodnie minąć czy iść obok siebie ale nie więcej. Usłyszał otwarcie i zamknięcie drzwi z góry. Ktoś wyszedł. I zaraz pojawił się jako idąca z góry i z przeciwka postać. Postać obdarzyła go przelotnym spojrzeniem i minęła go idąc w dół za swoimi sprawami. Zazwyczaj tak to wyglądało. Odkąd pojawiła się z miesiąc temu w tej wieży. Morna na młodego ucznia tutejszego mistrza jadeitu nie zwracała większej uwagi. Chociaż ona sama dość wyróżniała się w tłumie. Była blada. Co przy tym klimacie nawet w porze deszczowej było nie lada sztuką. Nie miał pojęcia czy to sprawka jakiegoś pudru, kosmetyku czy czego innego. A może to to wpływ shyish? Podobno było to było jedno jedno z piętn jakim objawiał się fioletowy wiatr śmierci, rozpadu i przemijania. No ale ona była już pełnoprawnym magistrem to nawet jak pozycją i autorytetem nie dorównywała Ambrosiusowi i zwracała się do niego z szacunkiem to już jego uczniem raczej głowy sobie nie zawracała. No a teraz poza gabinetem szefa to właściwie niewiele było innych pomieszczeń na tym piętrze. On sam dostał wezwanie do jego gabinetu to pewnie szef miał jakąś sprawę do niego.





- O już jesteś chłopcze. Dobrze w samą porę. Spocznij. - mistrz przywitał go z przyjemnym uśmiechem wskazując na jeden z wygodnych foteli dla gości po drugiej stronie biurka. Nawet laik by poznał, że gospodarz lubi rośliny. Żywa, mocna, soczysta zieleń jaką charakteryzowały się tutejsze rośliny ładnie kontrastowała z barwnymi kwiatami. I było jej tyle, że miało się wrażenie jakby się siedziało wewnątrz jaskini uplecionej z tych roślin. A te poruszały się i falowały delikatnie chociaż nie było czuć żadnego wiatru. Albo błyszczały jak posypane brokatem chociaż światło wpadające przez okna i z lampy wydawało się, że nie powinno dawać aż takiego efektu.

- Rozważyłem twoją prośbę w sprawie dołączenia do tej wyprawy w głąb dżungli. Uznałem, że przyda się tak obrotnemu młodzieńcowi nieco praktycznego doświadczenia. A taka okazja może się prędko nie powtórzyć. Więc skoro i tak masz ochotę na tą wyprawę to proszę bardzo. Droga wolna. - siwowłosy, brodaty mężczyzna rozłożył ręce na znak, że nie widzi przeszkód spełnieniu tej prośby z jaką młodzieniec do niego przyszedł dzień czy dwa dni temu. Wtedy pokiwał mądrze głową, pyknął ze swojej fajeczki i powiedział, że się zastanowi. Widocznie tak było i podjął decyzję a do tego przychylną.

- A skoro już i tak byś przeżywał swoją wielką przygodę z dżunglą i jej tajemnicami to szkoda abyś czegoś nie zrobił dla nas prawda? - uśmiechnął się dobrodusznie i wsadził w zęby swoją fajkę aby mieć wolne miejsce. Sam sięgnął po jakiś brulion, przeleciał go jeszcze wzrokiem po czym podał uczniowi.

- To jest parę rzeczy na jakie lepiej byś zwrócił uwagę podczas podróży. Naprawdę wielce by nas ucieszyło gdybyś zdołał przywieźć z wyprawy coś wymiernego. Poza swoimi doświadczeniami i zdobytą wiedzą oczywiście. - mówił gdy blondwłosy uczeń miał okazję zapoznać się z tym co było na kartkach. Wyglądało trochę jak zielnik. Tylko zamiast zasuszonych roślin były ich rysunki. Większość nie rozpoznawał. Chociaż w tej dzikiej i obcej krainie miał z tym tak często. O ile w swojej rodzimej, lesistej krainie w Ostermarku nie było łatwo go czymś zagiąć to tutaj odkrył, że wszystkiego musi się uczyć od nowa. Flora i fauna tego nowego świata były kompletnie inne niż to co znał do tej pory. Zupełnie jakby robione wedle innego projektu. Niemniej ostatnie kilka deszczowych miesięcy nauk u mistrza Ambrosio sprawiły, że zdołał zapoznać się chociaż z tymi najpospolitszymi okazami jakie rosły w mieście albo bliskiej okolicy. Mistrz często powtarzał, że tam, w głębi trzewi dżungli to nie wiadomo co się tak naprawdę kryje. Bo tutaj to stoją zaledwie na progu otwartych drzwi. A przecież był tutaj już chyba ze 20 lat czy podobnie. Blondyn nie poznał żadnego magistra co byłby tu dłużej od Ambrosio a nawet na mieście nie tak łatwo było poznać kogoś z takim stażem. Zwłaszcza uczonego. A nawet on zdawał się mieć podziw i ciekawość dla tego co było za tymi otwartymi drzwiami w jakich właśnie stali. I w tym zielniku widocznie był właśnie skrawek wiedzy co może być tam, w głębi dżungli. Zdążył przejrzeć tylko pobieżnie ten brulion ale większość okazów była dla niego całkiem nowa.

- A z tego co słyszałem to ta ekspedycja ma na celu dotarcie do jakiejś piramidy. Pewnie chodzi o jedno z miast jaszczuroludzi. Zdumiewająca rasa o zdumiewających możliwościach. Niestety tak bardzo obca dla nas. Mówi się, że elfy są obce i wyniosłe. To chyba ktoś nigdy nie spotkał tych jaszczurów. W każdym razie reszta pewnie będzie koncentrować się na złocie i kosztownościach. Tobie oczywiście nie zabraniam. Ale nas najbardziej by ucieszyły artefakty. Przedmioty wykonane ręką tych jaszczurów. O umagicznionych nawet nie śmiem marzyć nie mniej takie artefakty są dla nas bardzo cenne. Bardzo byśmy byli radzi gdyby udało ci się przywieźć coś takiego. - mistrz często mówił w liczbie mnogiej. Zwłaszcza gdy uważał, że mówi w imieniu ich rodzimego kolegium albo o braci uczonych w magii ogólnie. Teraz pewnie też tak było i Friedrich bez trudu wyczuł, że bardzo by zyskał w oczach mistrza gdyby wrócił z takimi łupami.

- No? I jak? Podekscytowany? Masz jakieś pytania młodzieńcze? - mistrz dał chwilę zapoznać się uczniowi z tym brulionem, przemyśleć sprawę no i teraz oddawał mu pałeczkę dając znać, że jest okazja na dialog między uczniem a jego mentorem.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, zamtuz “Czerwona świeca”, korytarz
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Carsten Esein


Szedł korytarzem gdy wracał od wewnętrznych kwater “świeczuszek” jak to się tak familijnie mówiło o pracownicach tego lokalu co miał świecę w nazwie. Właśnie wpuścił tego młodego. Mouse. Albo Maus jak go zwykle nazywały dziewczyny. No rzeczywiście chłopak nawet wyrośnięty jak na swój wiek ale trudno go było nazwać mięśniakiem czy twardzielem. I jakoś tak się chyba wszyscy przyzwyczaili tutaj do niego, że przymykali oko nawet jak właził na zaplecze gdzie właściwie klienci nie mieli wstępu. Z drugiej strony nie był klientem. Ale pracownikiem też nie. Znów miał dla kogoś zamówić którąś z dziewczyn.

Wracał właśnie na swoje stanowisko gdy na od schodów najpierw zobaczył cień sylwetki a gdy ta wyszła na korytarz zorientował się, że to szefowa. Ta też go dojrzała, uśmiechnęła się i przywołała go z gracją gestu i słowa jakie były jej firmowym znakiem.





- A tu jesteś Carstenie. Właśnie miałam po ciebie posłać. - Eliana poczekała aż do niej dojdzie. Słyszał kiedyś, że uchodziła za jedną z najpiękniejszych kobiet w mieście. Do tego miała ten swój tajemniczy magnetyzm jaki sprawiał, że intrygowała otoczenie w naturalny sposób. Posługując się ulicznym językiem to właściwie była burdelmamą i szefową burdelu. A jednak chociaż nie tylko ulica tak uważała to jednak nikt tak ani o niej, ani o tym miejscu a tym bardziej do niej tak nie mówił. A i sama Eliana zachowywała się jak prawdziwa dama. Z tego co pamiętał z dawnego kraju to gdyby ją zobaczył gdzieś w sali balowej u boku któregoś rycerza zapewne nigdy nie przyszłoby mu na myśl czym się zajmuje. Słownictwo i maniery miała jak jakaś oczytana i wykształcona dama z dobrego rodu. Co tylko jeszcze bardziej wzmagało aurę tajemniczości wokół jej osoby. Bo przecież szlachcianki nie prowadziły burdeli prawda?

- Słyszałeś może coś o tej Amazonce co to ją mają na targu wystawiać na sprzedaż? - zaczęła rozmowę zerkając nieco na niego. Był od niej wyższy i masywniejszy więc musiała nieco zadrzeć do góry swoją ciemnowłosą głowę by na niego spojrzeć uważnymi, ciemnymi oczami. To też było dla niej charakterystyczne. Że znała chyba każdego pracownika lokalu z imienia i do każdego zwracała się po imieniu. A i tak było wiadomo kto tutaj rządzi.

- Przyznam, że jestem zainteresowana taką inwestycją. Prawdziwa Amazonka! I to właśnie u nas. Ktoś tak wyjątkowy na pewno by podziałał motywująco na wielu ciekawskich by odwiedzić nasze skromne progi. - uśmiechnęła się z uznaniem dla swojego pomysłu. Bo chociaż mieli tutaj mnóstwo różnych dziewczyn chyba na każdy możliwy gust i charakter no to Amazonki jeszcze rzeczywiście nie mieli. I chociaż Esein był nadal dość nowy w mieście to jakoś nie słyszał by gdzieś na mieście ktoś miał jakąś Amazonkę. Albo by w ogóle taka pojawiła się gdzieś w mieście. Niby gdzieś tam były w tej dżungli ale bardziej jako koloryt lokalnych opowieści a nie ktoś kogo można zobaczyć czy spotkać na własne oczy. Teraz zresztą też tak było. Dlatego taka sensacyjna wydawała się ta wieść o tej Amazonce co miała być wystawiona na aukcji.

- Ale przyznam też, że mam pewne wątpliwości. - uśmiech zszedł z jej twarzy zastąpiony przez zastanowienie. Przerwała bo tymi samymi schodami co ona weszła przed chwilą teraz weszła Koko. Z niej też była egzotyczna piękność. Chodziły plotki, że była córką jakiegoś króla z Czarnego Lądu za oceanem czy jakąś szlachcianką. Albo czarownicą. Właściwie to nie wiadomo kim była a biorąc, że jedynym źródłem tych informacji była sama Koko to było to dość trudne do zweryfikowania. Teraz jednak czarnoskóra świeczuszka była ubrana zaskakująco skromnie, jak zwykła mieszczka.

- O, Koko, dobrze, że jesteś. A jak było? - szefowa obrzuciła pracownicę szybkim spojrzeniem i jej widok jakby jej coś przypomniał. Podwładna uśmiechnęła się bielą idealnego uśmiechu i sięgnęła do kieszeni na pasku sukni.

- Przyjemnie i satysfakcjonująco. - odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna i wyjęła niewielką brzęczącą sakiewkę podając ją szefowej. Ta pokiwała głową, zważyła na szybko w dłoni ciężar po czym zwróciła się do nich obojga.

- Dobrze mi to słyszeć Koko. A teraz pozwól tutaj na chwilę co? Proszę stań sobie tutaj obok okna. - szefowa poprosiła a pracownica trochę zdziwiona ale wykonała polecenie. Zaś madame Eliana stanęła obok swojego ochroniarza ta by oboje mogli na nią patrzeć z kilku kroków.

- I tego właśnie się obawiam Carstenie. Spójrz na naszą Koko. Gdyby ją ubrać i pomalować jak trzeba byłaby prawdziwa dzikuska z dżungli. Prawdziwa Amazonka. Taki mam właśnie plan swoją drogą. Jednak to co mnie martwi to to, że nie tylko ja mogłam wpaść na taki plan. A nie chciałabym kupować kota w worku. Mogę kupić Amazonkę ale prawdziwą Amazonkę. A nie jakąś pomalowaną i ucharakteryzowaną dziewczynę. Ah, Koko, dziękuję za pomoc, byłaś niezawodna jak zwykle. Idź teraz odpocznij sobie. - szefowa wskazała na ich egzotyczną ślicznotkę zupełnie jakby widziała ją w czymś innym niż ta dość zwyczajna suknia w jakiej była. I zaczęła tłumaczyć ochroniarzowi dlaczego ma takie a nie inne wątpliwości. Dopiero po chwili zorientowała się, że Koko wciąż stoi przy tym oknie więc zwolniła ją na wychodne. Ta skinęła głową w podziękowaniu i nie chcąc im przerywać poszła dalej korytarzem do tych kwater jaką zajmowała z innymi dziewczynami. A szefowa przeszła do sedna.

- I dlatego Carstenie mam do ciebie prośbę. Do tego targu jest jeszcze trochę czasu. Chciałabym abyś się rozejrzał za tą Amazonką. Powęsz trochę. Wystarczy mi wiedzieć czy to prawdziwa Amazonka czy jakiś szwindel. - wyłuszczyła czego od niego oczekuje. Z początku bowiem zaczynał jako zwykły strażnik. Taki od pilnowania posesji by nikt nie przeszkadzał dziewczynom ani klientom. Część chłopaków z jakimi pracował dalej miała tą fuchę. To była robota dla wykidajło czy nocnego stróża. Ale jak się sprawdził to niejako awansował i dostał przydział już wewnątrz właściwego lokalu. Tu jak był kontakt z klientami, często dobrze urodzonymi i majętnymi to wypadało o jakiś poziom kultury i zachowania nawet jeśli trzeba było kogoś takiego wyprowadzić za drzwi. Ale to nie było aż tak częste. Lokal cieszył się pewną estymą i renomą na mieście zwłaszcza w towarzystwie. Takie miejsce gdzie ludziom na pewnym poziomie wypada czasem bywać. Zwłaszcza mężczyznom. Albo zamówić sobie do siebie taką świeczuszkę na wieczór czy noc. Więc groźba zamknięcia drzwi przed takim klientem była całkiem skuteczna. Zwykle wystarczała by wymusić odpowiednie zachowanie nawet w takim lokalu i z taką klientelą jaką uchodziła zwykle za niesforną i nie do opanowania. Sama madame Eliana też potrafiła bez podnoszenia głosu i wulgaryzmów sprowadzić większość przypadków do odpowiedniego poziomu. No a jeśli nawet to nie pomagało albo nie było okazji to właśnie wówczas do akcji wkraczał ktoś taki jak Carsten. I szefowa musiała nabrać do niego zaufania przez te ostatnie deszczowe miesiące na tyle by właśnie jemu zlecić to zadanie.

- A tu masz jeszcze coś na pokrycie kosztów i fatygę. - powiedziała podając mu sakiewkę z monetami sądząc po odgłosie. Chociaż inną niż ta jaką oddała jej Koko.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, świątynia Sigmara, gabinet przeora
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Gerchart Uber





- A niech to… - siwowłosy i krótkoostrzyżony mężczyzna z obrzydzeniem spojrzał na przechyloną butelkę. Potrząsnął w nadziei, że coś to zmieni ale niewiele pomogło. Z szyjki butelki nie chciała oderwać się ta ostatnia kropla. A tak to wiało pustką. Stary kapłan odłożył pustą butelkę i spojrzał na dno kubka to co zdołał tam przelać. Z tego co widział gość niewiele tego było. Tak akurat na skromny łyk.

- W ogóle o mnie nie dbają te gamonie. No w ogóle! Jak oni mnie traktują!? No zobacz. No sam zobacz! - ze złością zwrócił się do łysego gościa jaki siedział po drugiej stronie biurka. I z wyraźną skargą w głosie i spojrzeniu pokazał mu tą tak okrutnie pustą butelkę.

- Zgniuśnieli. Całkiem zgniuśnieli. Gnuśność i sromota! To całe te nowe pokolenie! Przecież jestem waszym przełożonym! To niedopuszczalne tak traktować własnego przełożonego! A ja tu dla was jak własny ojciec żyły sobie wypruwam! - no tak, przeor Leorin był najwyższą i ostateczną władzą w ich świątyni. I w całym mieście. A kto wie? Może i na całym kontynencie. O ile bowiem Gerchart zdołał się zorientować to we względnym pobliżu była ta osada barbarzyńców z Norsci, Skeggi na wybrzeżu tylko trochę dalej na północ. I kolejna tym razem bliższa o dzień czy dwa drogi w głąb dżungli. Ale też norsmeńska. No i Swamp Town. Ale z tego co słyszał o tym miejscu to Port ponoć przy niej wyglądał jak wielka metropolia. Więc to całkiem możliwe było, że dla sigmarytów przeor Leorin był władzą najwyższą po tej stronie oceanu. No i właśnie był zły bo wypijał ostatni łyk wina tego poranka. W to południe.

- Zachary! Zachary nicponiu dlaczego nie dbasz o gości!? Gdzie jest wino dla gościa na poczęstunek!? Ile razy mówiłem, że nie godzi się przyjmować gości i rozmawiać o sprawach bożych o suchym gardle!? - przeor był mocno rozeźlony na ten nietakt. Chociaż Gerchart mógł iść o zakład, że większość z tej butelki jego przełożony wypił osobiście. Może dlatego wyglądał na nieco wczorajszego tego deszczowego południa. Usłyszał dobiegające z korytarza kroki i jakieś przepraszające słowa młodego akolity o talencie pilnego skryby. Musiał przybiec z pełną butelką bo przeor gdy tylko ją uzyskał zaraz zapomniał o całej sprawie i nagle znów wrócił mu dobry humor.

- A w ogóle to po co przyszedłeś? - przełożony zapytał wracając na swoje miejsce za nieco nieuporządkowanym biurku. Z lubością odkorkował butelkę i zaczął rozglądać się za drugim kubkiem. Co go nieco zajęło ale zaraz znalazł i poczęstował gościa. Upili pierwszy łyk i do szarej twarzy przeora zaczęły wracać kolory a rozdrażnienie zdawało się już tylko wspomnieniem. Pamięć też mu się jakoś poprawiła.

- A tak. Sam cię wezwałem. - uniósł palec do góry i upił kolejny łyk. Rzeczywiście tak było. Chwilę wpatrywał się we wnętrze kubka jakby zbierał myśli po czym chyba mu się udało bo przeszedł wreszcie do rzeczy.

- No sam widzisz co się dzieje Gerhardzie. - powiedział rozkładając ręce na te nieco zaniedbane biurko, dość oszczędnie urządzoną komnatę i chyba całą tą sytuację.

- Gnuśność i marazm. Widziałeś kogo nam teraz przysyłają? I nie zanosi się na poprawę. Przysłali mi odpowiedź. Nie będzie lepiej. - dopił ze swojego kubka stanowczym gestem i rozlał z butelki kolejną porcję dla siebie i swojego gościa. Gerchart też był podwładnym ale w ich niewielkiej kapłańskiej społeczności wyróżniał się wiekiem i doświadczeniem. Więc nawet jeśli nie służył na tej egzotycznej placówce najdłużej to w naturalny sposób stał się prawą ręką przeora. Ten nie miał dla niego dobrych wieści. Gdy była wojna tych kilku najwartościowszych braci posłali z posługą do ojczyzny by dołożyć swoją skromną cegiełkę do wojny z odwiecznym wrogiem. Wojna się w końcu skończyła. Ale z wojny żaden z tych braci nie wrócił. Jak już to same młodziki jak ten Zachariasz za ścianą. Albo jacyś młodzi co poczuli powołanie z tutejszych. Dopiero Gerchart okazał się kimś na miarę swoich poprzedników.

- Prosiłem o wsparcie dla uniżonego sługi na tym wygnaniu. Odmówili. Kraj w ruinie, trzeba to wszystko odbudować to zajęcie na lata. Nie mogą obiecać żadnych nowych ludzi. Ani pieniędzy. Właściwie to nawet zasugerowali, że jestem bezczelny i to my powinniśmy ich wspomóc. Czym?! Sam wiesz jak tu jest! To trudny teren. Zbieranina z całego świata. Na każdym rogu inna świątynia. Nie tak jak u nas w starym kraju. Tutaj jesteśmy tylko jednymi z wielu. - Leorin zmarkotniał ponownie. Tym razem nie z powodu pustej butelki. Ale i Uber wiedział, że tak właśnie jest. Dla duchownego tutejsza sytuacja była trudna do wyobrażenia póki się tutaj nie znalazł. Tutaj nawet rodacy z Imperium stanowili tylko jakąś tam część społeczności. O ile jeszcze Myrmidia, Morr, Shallya nawet Taal i Rya nie wspominając o Mannanie były dość uniwersalne dla całego Starego Świata to Sigmar był czczony głównie w Imperium. Poza granicami też zwykle przez obywateli Imperium. Tak było i tutaj. Więc naturalna pula wiernych nie była zbyt duża. Zdecydowanie mniejsza niż w imperialnym mieście podobnej wielkości. A bez wiernych nie było wsparcia, datków a i o tych co by czuli powołanie do stanu kapłańskiego było niewielu.

- Jesteśmy zdani na siebie Gerhardzie. - zasępił się przełożony obracając w sękatej dłoni swój zwykły, gliniany kubek. Nawet o tym winie wewnątrz zapomniał.

- Dlatego musimy poradzić sobie swoimi siłami. I pomyślałem o tobie. - powiedział unosząc palec najpierw do góry a potem wskazując nim na łysego rozmówcę. Mówił jakby miał jakiś pomysł który dawał nadzieję, na odmianę losu.

- Słyszałeś może o tej ekspedycji do dżungli? Ta co ją organizuje bogobojna wicehrabina. Szkoda, że ona nie jest bogobojna w naszej wierze. Ale to nic! Potrzebujemy złota. Klejnotów. Przypraw. I co tam w ogóle będzie w tych ruinach. Wiem jak to brzmi. Ale nie ruszymy z miejsca bez środków finansowych. Trzeba naprawić dach a najlepiej położyć nowy. I nowy dzwon. Co to za świątynia bez dzwonu? I wiele innych wydatków. Z tych wiernych co mamy trudno liczyć na przełom. A na ojczyznę nie mamy co liczyć. Więc zostaje nam wyprawa po skarby. Właściwie tobie. Bo ja już jestem za stary i słaby by się porywać na takie wycieczki. Ale ty. Ty jesteś młodszy i widzę, że aż cię rozrywa energia do działania. To działaj! W imię Sigmara działaj! - stary przeor zaczął mówić całkiem szybko jak na niego. A i plan wydawał się brzmieć sensownie. Gdyby udało się przywieźć z dżungli coś cennego mogłoby to dać większego rozmachu ich działaniom. Przecież nie chcieli tego złota dla siebie! A i świątynia i wierni mieli swoje potrzeby. Takie jakie przerastały możliwości garstki kapłanów i niezbyt wielu wiernych.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, zamtuz “Czerwona świeca”, garderoba świeczuszek
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Thomas Mouse


Właściwie to chyba wielu mężczyzn z chęcią znalazłoby się w tym miejscu. I oglądało takie widoki. Garderoba dziewczynek z “Czerwonej świecy”. Świat kobiet do jakiego mężczyźni zdawali się nie mieć wstępu. I to pełna tych dziewczynek. Trochę wczesna pora jak na standard lokali tego typu ale i pewnie dlatego większość dziewczyn właśnie była na tym etapie pośrednim między porządkowaniem się po ostatniej nocy a przygotowywaniem się do kolejnej.

- I jak Tommy? Na którą z nas masz dzisiaj ochotę? - zagaiła do niego Aldi, szczupła brunetka co właśnie rozczesywała sobie włosy. Siedziała przed lustrem ale zerknęła na niego filuternie. Wydawało się, że wszystkie tutejsze dziewczynki mają do niego słabość. Trochę jakby był jakąś ich maskotką. Taką by się trochę podroczyć, pośmiać, poflirtować i spróbować sprawić by się zarumienił. Aldi musiała wiedzieć, że przecież nie zamawia ich dla siebie tylko dla kogoś. A jest tylko posłańcem. Tym razem dla Evo. Tileańczyk znów miał ochotę na nieco przyziemnej rozrywki z jakąś młodą i utalentowaną dziewczyną a te ze “Świecy” nadawały się do tego wyśmienicie.

- A powiedz Tommy całowałeś się już z kobietą? - Gisele z blond włosami co miała go właśnie minąć zatrzymała się i nachyliła się do niego. Tak jakby chciała mu się lepiej przyjrzeć. A on mógł się lepiej przyjrzeć jej twarzy. I dekoltowi też. Zwłaszcza, że była tylko w halce.

- Możemy ci pokazać jak to się robi. Tak cię wyszkolimy, że każda jaką będziesz całował będą jej mięknąć kolanka i w ogóle. Możemy ci pokazać wszystko. - obiecywała Gisele pewnie podobnym tonem jakim kusiła swoimi wdziękami klientów. I była dosłownie na wyciągnięcie ręki a reszta koleżanek ciekawie na nich zerkała rozbawiona tym widowiskiem.





- Co za banda wyuzdanych ladacznic! Nawet biednemu chłopakowi nie przepuszczą! Dajcie mu spokój! - drzwi otworzyły się i do środka weszła rudowłosa owinięta ręcznikiem. Włosy też miała jeszcze mokre jakby dopiero co wyszła z bali. I pewnie tak było. Mówiła pół żartem a pół serio chyba nieco poczuwając się do trzymania strony dawnego współpasażera. Jakby nie patrzeć to zaczynali w tym mieście razem. Oboje tak samo młodzi i bez grosza przy duszy stojący na zalanych słonecznym blaskiem nabrzeżu na drugim krańcu oceanu. Nie znali tu nikogo i nikt ich nie znał. Ona miała zostać krawcową bo miała zręczne palce. Te zręczne palce rzeczywiście jej się przydały chociaż niekoniecznie do szycia.

- Nie zgrywaj świętoszki Ewe. Co? Chcesz go dla siebie? - Aldi zrewanżowała jej się nieco kpiącym uśmiechem, tonem i spojrzeniem.

- Jak chcesz to ty mu pokaż co i jak. Jak byś wolał Tomy? Z Ewe czy ze mną? A może nas obie? - Giselle nie straciła rezonu a nawet wykorzystała przybycie rudowłosej koleżanki by kontynuować swoją zabawę. Ale znów jej przerwały otwierane drzwi. Tym razem weszła do środka Koko. I jak na tak wczesną porę była całkiem kompletnie ubrana. A nieco mokry dół spódnicy świadczył, że musiała wrócić z zewnątrz bo padało.

- Słyszałyście tą nowinę? - zaczęła zerkając na swoje koleżanki z miejsca przykuwając ich uwagę. Bo mówiła jakby to było coś ważnego. Te zaintrygowane takim wstępem dały znać, że nie wiedzą o co jej chodzi i by mówiła dalej. Więc mówiła.

- Szefowa chce kupić tą Amazonkę co ją mają sprzedawać na targu. Chyba posłała Carstena by zbadał sprawę. - sprzedała swoją rewelację z ostatniej chwili. O tej Amazonce co ją mieli sprzedawać w Marktag nie dało się nie słyszeć. Wszyscy chyba słyszeli. Mouse też. Ale, że szefowa “Świecy” myśli o takim zakupie to była nowość.

- Mam nadzieję, że nie. Ja słyszałam, że to kompletne dzikuski. Składają krwawe ofiary swoim bogom. A jak nas pozarzyna we śnie? - Aldi z miejsca wyraziła dezaprobatę do takiego pomysłu. Ale te plemiona dzikich kobiet nie wzbudzały w mieście zaufania. Ciekawość i fascynację owszem, zwłaszcza mężczyzn jednak jakoś mało o nich było pozytywów.

- To idź do szefowej i wyjaśnij jej, że jak się zapaliła na ten pomysł to głupio robi. - Koko wskazała kciukiem do drzwi prowadzących na korytarz przez jakie właśnie weszła. No i to jakoś ucięło dyskusję na ten temat.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków,
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Bernard de Truville





Czasami to się można było zastanawiać czy ona zdaję sobie sprawę jak bardzo podobna jest do swojej matki. Ich matki. A jak jeszcze zaczynała uderzać w te swoje wyniosłe tony to już w ogóle mówiła do niego jakby była jego matką. A nie siostrą. I to młodszą. Do tego wciąż panną na wydaniu. Więc z braku ojca w tym dalekim kraju no niejako naturalnym było, że brat i to starszy, przejmował rolę opiekuna. A przynajmniej po tym dzisiejszym poranku można było mieć takie wrażenie. Bo zaatakowała go właśnie przy śniadaniu.

- Wczoraj rozmawiałam z naszą uroczą kuzynką. Wiesz co ona mi powiedziała? - zagaiła dość niewinnie przy tym śniadaniu. A “urocza kuzynka” to było jej zwyczajowe określenie na Leticię. Czasem się tak spoufalała, że nazywała ją zdrobniale “Leta”. Chociaż nie przypominał sobie aby to robiła przy niej. A “Leta” chociaż pochodziła raczej z estalijskiej niż bretońskiej części rodu i byli ze sobą kuzynami z piątej wody po kisielu to okazała się im zaskakująco przyjazna odkąd zjawili się u niej niedługo po przypłynięciu do tego miasta. Przynajmniej tak jak to wypadało w relacjach między sąsiedzkich i rodzinnych ludziom na takim poziomie jak ona i oni. No i właśnie z tym poziomem to była istotna różnica.

Nie do końca był pewny czy Izabella zdaje sobie z tego sprawę. Tam, po tamtej stronie oceanu, jak wszystko było dobrze i byli u siebie to pewnie Leticia by była u nich gościem i to szacownym a oni panami i gospodarzami. Ale czasy się zmieniły. Fortuna przekręciła się kołem. No i byli tutaj. A tutaj ona była wielką panią. A oni przy niej wyglądali na ubogich krewnych. Trzeba było jednak jej przyznać, że tego nie wykorzystywała i zachowywała się fair. Jakby przyjęła na siebie rolę ich protektora. Zawsze wydawała się cieszyć z ich wizyty i witała ich z uśmiechem. Pytania czy czegoś nie potrzebują jednak wskazywały, że zdaje sobie sprawę z różnicy w ich statusie. Ale jak tradycja nakazywała póki nie prosili jej o pomoc ona im jej nie oferowała. Na razie była im przyjazna i łaskawa. Ale nie musiała taka być. I to się mogło skończyć w każdej chwili. A tymczasem Izabella czasem zachowywała się jakby były siostrami i koleżankami. A przecież oni nie mogli się zreważnować Leticii zaproszeniem do własnej rezydencji bo takiej nie mieli. I to była ta różnica w poziomie.

- Powiedziała mi, że ta baronessa z Estalli, ta co niedawno przypłynęła, zgłosiła chęć wyruszenia na tą jej wycieczkę po skarby. Naturalnie jej powiedziałam, że też pojedziemy. Przecież Bretończycy nie są gorsi od jakichś Estaliczyków prawda bracie? - słyszał o tej baronessie z Estalii jaka przypłynęła ze dwa czy trzy tygodnie temu. To wiedział o kim siostra mówi. No ale mówiła jakby naprawdę miała zamiar wziąć udział w tej wyprawie. Tylko jeszcze nie wiedział czy to tylko taki ekscentryczny pomysł jaki wypada mieć młodej szlachciance na dany dzień czy ona tak na poważnie. Właściwie to odkąd skrzyżował szpadę z de Riverą to nie bywał już u de Corony tak często jak Isabelle. To i zwykle od niej się dowiadywał co tam u wicehrabiny słychać. Zwłaszcza, że sam przecież właśnie też miał chrapkę na tą ekspedycję. Kto wie jakby z tymi łupami wyszło? Może też by starczyło na jakąś rezydencję albo chociaż kamienicę? Tylko, że szefem wyprawy miał być właśnie Carlos de Rivera. Bernard musiałby służyć pod jego komendą. A jego właściwie też nie widział od tamej sprzeczki. Siostra za to jakby czytała mu w myślach.

- A wiesz kto będzie kierownikiem tej wyprawy? Carlos! - zaśmiała się wesoło jakby to miało być najlepszą częścią tej wiadomości. - Mówiła, że ma doświadczenie w takich ekspedycjach i w ogóle jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. - ćwierkała radośnie dalej jakby chodziło o zorganizowanie jakiegoś polowania z sokołem niedaleko dworku a nie wyprawę w głąb obcego kontynentu. Chociaż z tego co słyszał o Riverze to rzeczywiście był z niego kapitan i konkwistador pełną gębą. Lub niezły gagatek i cwaniak jak mówili inni. Niestety przez tamtą sprzeczkę nie bardzo miał okazję zweryfikować te plotki na jedną czy drugą stronę.

- Tylko miała wątpliwości czy jej nie naciąga. Namawiał ją aby kupiła tą dzikuskę co ją mają na targu sprzedawać. Jako przewodniczkę no i kogoś od tej dżungli. Albo jak mu przekaże fundusze to on ją kupi w jej imieniu. Ale Leta powiedziała, że musi to przemyśleć. Podobno to nie taka tania sprawa a przygotowanie wyprawy już ją sporo kosztowały. I nie ma do końca przekonania czy ta dzika jest po coś potrzebna. Mówił przecież, że ma jakiegoś przewodnika. - przy tym kawałku Isabelle zmarszczyła nosek gdy relacjonowała bratu te rozterki ich odległej kuzynki. Sama nie zamierzała widocznie ruszać w odmęty parnej i błotnistej dżungli więc zdała się na de Riverę jaki służył jej od jakiegoś czasu i spisywał się widocznie nieźle.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków; dom elfów; sala główna
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Ekthelion Aesdranil


- Popytałem na mieście. Tą ekspedycję organizuje de Lima ale raczej tylko jako sponsor. Rzeczywistym szefem w terenie ma być Carlos de Rivera. To z nim trzeba gadać. - Finreir powiedział sięgając po łyk wina do zwilżenia gardła. Zdążył już zawiesić swój płaszcz ale buty nadal zostawiały mokre ślady na podłodze. W końcu na zewnątrz od rana padało. Właściwie to nawet była niezła ulewa. Ale sezon deszczowy powinien się lada chwila skończyć. Ostatni miesiąc w roku jaki miał się zacząć za parę dni powinien być już suchszy. To na wypady w głąb dżungli powinno być lepszą pogodą. Teraz były takie miejsca, że lepiej było przepłynąć niż przejść. Wszędzie było pełno błota i wody. A mimo to było ciepło.

- Sprawa wygląda na poważnie. Więc raczej wkrótce powinni ruszyć z miasta. Jak zbiorą wystarczająco wielu chętnych. Zbiórka ma być w południe za dwa dni. W dzień targowy. Marktag jak oni mówią. Ale sam kapitan przebywa w “Przystani żeglarza”. Więc można z nim pogadać. - dodał numer dwa w ich oddziale. Jeśli mieli zrealizować swój plan dołączenia do tej wyprawy to musieli się dogadać z tym ludzkim kapitanem jaki miał stanąć na jej czele. Tylko tutaj już nie było pewne czy przyjmie całą ich grupę czy tylko część. Albo w ogóle? Niektórzy nie lubili lub nie ufali elfom na tyle by z nimi współpracować. Ale to już raczej trzeba było się spotkać z samym kapitanem.

Odwrócili głowy bo drzwi znów się otworzyły i do środka weszła kolejna postać w elfim płaszczu. Też otrzepała go z nadmiaru wody i powiesiła na wieszaku obok też mokrego płaszcza Finreira. Ceyline podeszła do stołu i też zaczęła od zwilżenia gardła winem.





- Poszłam tam gdzie mówił Jurgen. - rudowłosa tropicielka zaczęła relacjonować co wynikło z jej patrolu. Wczoraj rozmawiali z pomocnikiem Holtza i ten mówił o dziwnych śladach jakie odkryli niedaleko miasta. Ale już w dżungli. Zaciekawiona Ceyline poszła to sprawdzić ale nic nie znalazła. Po powrocie uznała jednak, że albo deszcz zrobił swoje albo nie trafiła w opisane miejsce. W końcu “na wpół uschnięte drzewo trafione piorunem” położone przy strumieniu wydawało się dość dokładną lokalizacją. Nawet w dżungli. Tak wczoraj sądziła elfka więc ruszyła wzdłuż strumienia. No ale nie znalazła ani tego drzewa ani śladów, zmokła, uwalała się błotem i liśćmi i nic z tego. Ale ambicja i brak innych alternatyw sprawiły, że dziś pomimo deszczowego poranka spróbowała ponownie.

- I co? - zapytał Finreir widząc, że koleżanka coś zwleka z kontynuacją tej relacji. Szybko spojrzał na Ektheliona by sprawdzić jak on reaguje na to wszystko. Ale rudowłosa wznowiła swoją opowieść.

- I dziś znalazłam to drzewo. Jurgen zapomniał dodać, że ten piorun to chyba walnął już jakiś czas temu w to drzewo. Całkiem zarosło mchem i bluszczem. Tej spalenizny w ogóle prawie nie widać. Dziś też to prawie przegapiłam. - uśmiechnęła się na tą swoją prawie dzisiejszą powtórkę z wczorajszej porażki szukania tego rozłamanego drzewa. Teren jednak znacznie bardziej sprzyjał ukrywaniu niż wykrywaniu. Można było przegapić coś z parunastu kroków. Tak jak wczoraj musiała to zrobić ich tropicielka.

- A te ślady co mówił? Znalazłaś? - zastępca szefa skinął głową na znak, że rozumie w czym tkwiła trudność zapytał o te ślady. Bo właściwie to trafione piorunem drzewo miało być tylko punktem orientacyjnym a nie celem samym w sobie.

- Tak. Rzeczywiście dziwne. Wyglądały jak ludzkie. Znaczy jakiegoś dwunoga. - doprecyzowała szybko zdając sobie sprawę, że zabrzmiało dość dwuznacznie.

- Znalazłaś ślady? Od wczoraj? W takim deszczu? Nie zmyło ich? - Finreir nie ukrywał zdziwienia takimi okolicznościami. Po wczorajszej rozmowie z Jurgenem chyba nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do tych jego ciekawostek o śladach.

- Też się zdziwiłam. Nie mogłam pojąć jakim cudem ich nie zmyło. A potem pogrzebałam tam patykiem i już wiedziałam dlaczego. Były takie głębokie! - tropicielka zaczynała zdradzać ekscytację gdy zbliżała się do sedna swojego odkrycia. A na koniec pokazała coś jakby z pół metra. Jeśli ślady by były aż tak głębokie to właściwie ktoś by musiał być tam zagrzebany prawie po kolana.

- Ktoś szedł przez jakieś bagno? Bardzo miękka ziemia tam była? - elf pokręcił głową ale starał się widocznie znaleźć jakieś wyjaśnienie dla tak nietypowych śladów.

- Miękka. Ale nie aż tak. Ja sama zapadałam się może po kostki. Nawet jak ten ktoś był cięższy ode mnie to aż taka różnica chyba by być nie mogła. Albo to był ktoś bardzo ciężki albo stał tam bardzo długo. Chociaż nie wiem po co by miał stać jak mógłby się położyć czy usiąść. I po co stać w dżungli w środku deszczu? Bez ogniska ani obozu. - pokręciła głową na znak, że nie bardzo może to sobie jakoś wytłumaczyć.

- A co u was? To podłączamy się pod tą wyprawę co ją mają robić? - nie bardzo mogąc znaleźć wyjaśnienie zagaiła o to czym oni mieli się zająć jak rano wychodziła na ulice zalane deszczem i potokami błota.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 02-01-2021 o 09:37. Powód: Post :)
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-01-2021, 09:40   #2
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Tura 01 - 2525.XI.32 wlt; południe

Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, karczma “Róg obfitości”, sala główna
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr


baronessa Iolanda de Azura



Padało. Znowu. Odkąd tu przypłynęli to chyba najbardziej rzucało się w oczy w porównaniu ze starym krajem. Codziennie padało. Przez pół dnia, przez cały, przez ćwierć. Ale padało. Dlatego wszędzie było pełno kałuż i błota. Nie nadążały wysychać gdy z nieba znów coś padało. Mżawka, deszcze, ulewa albo mgła. Mgły też były chyba codziennie. To chyba była jedna z tych różnić między tym a starym krajem w którym panowała słoneczna pogoda. Więc nawet dziwne było, że jak tak często tu pada to jest całkiem ciepło. A nawet zdarzały się upały. Chociaż ci co tu mieszkali dłużej mówili, że sezon na deszcze powinien się wkrótce skończyć.

Przynajmniej na razie nie musiała wychodzić na ten deszcz i błoto. Mogła się schronić w “Rogu obfitości” czy to pod markizą na zewnątrz czy w sali głównej wewnątrz. No i nie musiała siedzieć w samotności. Towarzyszył jej kawaler Ralf von Hiendenmit. Ten czarujący i szarmancki młodzieniec jakiego poznała niedługo po swoim przybyciu do tego miasta okazał się być całkiem dobrze poinformowany w zaskakująco wielu sprawach i znał całkiem sporo osób od tych spraw. A przynajmniej umiał sprawiać takie wrażenie.





- A więc nadal chcesz dołączyć do tej wyprawy wicehrabiny? - podniósł brew jakby liczył się z tym, że przemyślała sprawę i może się rozmyśliła. Jeśli by tak było to pewnie nawet nie byłby taki zdziwiony.

- Więc baronesso chylę czoła przed twoją odwagę które dorównuje jedynie twojej urodzie i szczodrości. - ukłonił się oddając jej szarmancki hołd jak na dobrze wychowanego kawalera wypadało wobec szlachetnie urodzonej damy. Chociaż wzmianka o jej szczodrości zapewne nie była przypadkowa.

- W takim razie jednak będziesz piękna pani musiała się skontaktować z kapitanem de Rivera. To on się zajmuje przygotowaniami do tej wyprawy i zbiera ochotników pod swoje skrzydła. A tak się składa, że go znam i mogę cię z nim poznać. - uśmiechnął się promiennie wskazując na samego siebie. Wydawał się skłonny i zgodny do współpracy. Nic tylko skorzystać z tej oferty współpracy. Zresztą to chyba od niego pierwszy raz usłyszała o tej wyprawie organizowanej przez wicehrabinę. Wtedy jeszcze to była tylko kolejna plotka dnia jaką przyniósł Ralf. Ale teraz gdy okazało się, że estalijska baronessa jest zainteresowana tą wycieczką to jednak on też chyba zaczął podobnie to traktować.

- A co do atrakcji w nadchodzących dniach polecam odwiedzić targowisko. Nie wiem czy słyszałaś ale podobno mają wystawić na sprzedaż Amazonkę. To prawdziwa gratka! Takiej tu jeszcze nie było. Pewnie nie tylko ona będzie na sprzedaż ale ona ma być istną gwiazdą w tym tygodniu. - przy okazji zdradził jej nową plotkę. Co prawda targ, tak samo jak w starym kraju, odbywał się co tydzień w Marktag. Ale to o Amazonce to rzeczywiście była nowość. Chociaż tam i tu coś jednak słyszała w ciągu ostatnich paru dni. Ale niewiele więcej sam fakt, że ta dzikuska ma być wystawiona na sprzedaż.

O samej Coronie też słyszała a nawet dostała zaproszenie na jedno z organizowanych przez nią przyjęć. Wicechrabina okazała się być czarującą, młodą damą jaka byłaby pewnie ozdobą każdego balu. A gdy to był jej bal nie było wątpliwości kto jest jego królową. Ale jakoś takt czy dobre wychowanie sprawiało, że jakoś się nie wywyższała z tego powodu. A nawet okazała się być życzliwa i czarująca właśnie. Zwłaszcza dla rodaków ze starego kraju. Ostatnio na jednym z takich spotkań poznała młodą Isabelle de Trouville która co ciekawe była Bretonką ale z pogranicza estalijskiego. Młoda brunetka była młodszą siostrą swojego brata który też był tutaj w Porcie. I zapewniała, że również jest żywo zaintetesowana wyprawą odkrywczą w trzewia dżunlgi jaką organizowała gospodyni. Chociaż trudno było ocenić czy to tylko taka paplanina na przyjęciu czy to przemyślana i poważna decyzja. W każdym razie tam też gospodyni mówiła, że organizacją tej wyprawy zajmuje się Carlos de Rivera. A teraz Rolf mówił to samo.




Czas: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce: Port Wyrzutków, karczma “Róg obfitości”, pokój Cezara
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wiatr



Cezar Arrarte



Przetarł powieki. Wciąż czuł ten zapach. Tak znajomy i charakterystyczny. Osiadał gdzieś w nozdrzach i gardle nie chcąc się dać po prostu spłukać winem czy zapomnieniem. Teraz już było lepiej. Ale rano gdy w pierwszej chwili się obudził, nim oprzytomniał porządnie znów wydawało mu się, że tam jest. Dym. Ogień. Spalenizna. Zapach spalonego mięsa i włosów. Krzyki bólu i przerażenia. Jęki konających. Wszystko się zgadzało. W pierwszej chwili nie zwrócił uwagę na deszcz. Dopiero jak był przy oknie dotarło do niego, że nie. Że to co innego. Teraz jest inaczej.

Inna ulica. Inne domy. W ogóle inne miasto. Nawet inny świat. Całkiem co innego. Niż wtedy. Owszem czuł zapach dymu i spalenizny. W kuchni tawerny poniżej jakaś kucharka przypaliła mięso. I krzyczała i łkała nad swoją stratą. Taki kawał dobrego mięsa! No i było rano a nie noc. I padało. A nie taki suchy upał jak wtedy. No nie. To tutaj było całkiem co innego. Ale zaskakujące jak te wspomnienia sprzed lat łatwo wyskakiwały przed oczami. No ale to było rano. Teraz już był po śniadaniu i było lepiej. Ten zapach z tawerny naprzeciwko też już był ledwo wyczuwalny.

Wydawało się, że czeka ich wyprawa w trzewia dżungli. Chyba, że baronessa jednak zrezygnuje z tego pomysłu. Ale skoro przepłynęła ocean… Więc bezpieczniej było założyć, że jednak dołączą do ekspedycji sygnowanej nazwiskiem tutejszej wicehrabiny. A to by oznaczało, że trzeba by się przygotować do tej wyprawy. No i było jeszcze to co mówił stary Thorn dzisiaj jak go na chwilę spotkał jak schodził na śniadanie.





- O, złapali tą Amazonkę… Niedobrze, niedobrze… Inne przyjdą po nią. Albo ona ucieknie do nich. Tak czy inaczej jeszcze nie urodził się taki mąż co by przy sobie utrzymał Amazonkę. Pożeni go z nożem przy pierwszej okazji. To nie są łatwe panny o nie… Każdy ci to powie kto je spotkał w dżungli. Aaa… Nie powie… Bo mało kto przeżył takie spotkanie… Tak, tak może ją złapali ale mówię ci brodaczu, że nie utrzymają jej długo przy sobie… No nic, idę na odwiedzić Johansena. Może mi pomoże złapać jakąś rybę. - nie mówił zbyt wyraźnie i wciąż jego norsmeński akcent przebijał się niczym nieokrzesana natura barbarzyńcy. Do tego dziwnie mówił. Podobno stary Norseman miał nie po kolei w głowie. Jak każdy kto by chciał przepłynąć na tej jego dziurawej tratwie przez ocean. Przecież oni z Estalii płynęli jakieś dwa miesiące i to porządną karaką. A nie jakąś tratwą. A ten Johansen to był krab co sobie wydrążył dziurę na rufie tratwy. I stary Thorn gadał z nim jak z jakimś kolegą, załogantem albo chociaż z psem. Nawet mianował go sternikiem skoro mieszkał na rufie. No a potem jak powiedział swoje to poszedł na zewnątrz. W ten deszcz co rano padał. Zresztą nadal padał. Codziennie tu padało. Ponoć taka tutejsza pora roku. Ale miała się już kończyć.
 
__________________
MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-01-2021, 13:08   #3
 
Deszatie's Avatar
 
Wellentag, noc, zamtuz "Czerwona Świeca"

Noc była parna, z ogrodzonej willi dochodziły odgłosy zabawy i święta hedonizmu. Woda w fontannie pluskała radośnie, z akompaniującą jej mżawką, jakby wyczuwając nastrój panujący w jednopiętrowym budynku.

Mężczyzna z czułością przyglądał się portretom zamkniętym w gustownej oprawie. Miniaturowe malowidła twarzy kobiety i chłopca były wypłowiałe, lecz dla niego stanowiły niezmiernie wielką, sentymentalną wartość. Ciche kobiece kroki wytrąciły go z przejmującej zadumy. Dziewczyna z gracją podeszła do krawędzi balkonu, opierając się o stylową balustradę. W dłoni trzymała kielich białego wina, w jej włosach połyskiwała barwna spinka w kształcie motyla, a migdałowe oczy zdradzały zaciekawienie. Przewieszona przez ramię lutnia przydawała jej wdzięku, ale i bez niej Bretonka z silnym tileańskim akcentem mogła uchodzić za niezwykle urodziwą.



Agnes "Motylek" Antille śpiewem i grą na lutni umilała dziś wieczór, gościom zebranym w grzesznym przybytku. Rzadko pokazywała się w tym miejscu, bo zdecydowanie nie było w jej guście. Wiedział o tym, że gardziła tutejszą rozpustą i wyuzdaniem, lecz jeden wieczór występów stanowił prawie miesięczny zarobek artystki. W tej mieścinie nie miała zbyt wiele okazji, by błysnąć talentem. Znał dziewczynę, a ta okazywała mu sympatię. Łączyła ich pewna tajemnica, o której na głos nie wspominali. On - ze względu na zawodową dyskrecję i etykietę, ona - bo nie chciała powracać do przykrych wspomnień związanych z okolicami spalonego teatru.

- Rodzina? - zapytała śpiewnie i delikatnie. - To ją właśnie ukryłeś w dłoniach? - zaśmiała się lekko, lecz w tej samej chwil pojęła, że wykazała się nietaktem, niezdarnie próbowała to naprawić. - Ja... przepraszam, jeśli...

Nie pozwolił jej dokończyć. - Oni byli... - blade policzki stężały, brzydko uwydatniając smoliste trójkątne blizny. - są... stale obecni przy mnie, nie schodzą spod mych powiek, chociaż dzieli nas ocean rozpaczy, szybuje nad nim albatros nadziei.

- Ładne, mówisz jak poeta, nie jesteś tym, za kogo próbujesz uchodzić. Nie pogniewasz się, jeśli wykorzystam twe słowa w balladzie?

- To byłaby smutna ballada, nie dla tego kręgu odbiorców... - wymownie popatrzył na najbliższą alkowę, gdzie cienie za zasłonami prezentowały frywolne pozycje. - ...sztuki... - podsumował kąśliwie, ale Agnes wyczuła zgodę.

Milczeli jeszcze chwilę wsłuchani w szelest wody i spazmatyczne jęki kochanków, dochodzące z uchylonych okien. Dziewczyna wodziła opuszkiem palca po krawędzi kielicha, być może czekała na jakiś ruch z jego strony. Nadaremnie. Mężczyzna roztaczał aurę niedostępności i chłodu. Trudną do sforsowania nawet dla tych, z którymi pozostawał w znajomości.
- Muszę już iść - ukradkiem spojrzała w stronę lokaja, który dyskretnie dał jej umówiony znak. - Spokojnego wieczoru, Carstenie - rzekła z dozą tajonej tkliwości.
- Bywaj, Agnes i proszę uważaj na siebie towarzystwo jest odurzone, nie tylko rozkoszą, więc nie wiadomo, co komu strzeli do łba.
- Dziękuję za troskę 'Rycerzu' - wypowiedziała to z sympatią i Eisen nie poczuł się obrażony delikatną formą docinki, wszak pozornie nic go nie łączyło rycerskim stanem. Prawdy w tym aspekcie nikt nie miał prawa znać.

Chętnie powrócił do swoich obowiązków, ochrona przybytku była zadaniem na którym skupiał swą uwagę praktycznie każdej nocy. Dzisiejsza nawet jak na warunki "Czerwonej Świecy", była wyjątkowo gorąca. Powietrze elitarnego zamtuza przesycone było mgiełką pożądania, zaś oczy i ciała gości rozpalone w miłosnym amoku. Wiedział, że taka aura łatwo może przerodzić się w nadużycia i przywołać kłopoty. Posiadał doświadczenie w tej kwestii, przepracowawszy dwa miesiące w lokalu tajemniczego właściciela. Przeczucie po raz kolejny go nie zawiodło. Młody Gascoin w narkotycznym zwidzie awanturował się na piętrze. Spłoszył kilka dziewcząt, które w panice zbiegły po schodach, niedbale kryjąc wdzięki. Młodzian miał sztylet, którym mógł zranić siebie i innych, a krew była niepożądanym widokiem w przybytku zarządzanym przez Madame Eliane.
Carsten rozbroił go bez większego trudu, prostym chwytem. Powstrzymał ochotę, aby złamać mu nadgarstek, ale zapalczywy młodzik przez tydzień i tak nie sięgnie po nóż, nawet do krojenia owoców. Kiedy jego ciało i umysł już ochłoną, doceni profesjonalną ochronę. Tego nie można było powiedzieć o obstawie czekającej w ogrodzie. Ci zabrawszy półprzytomnego panicza nieudolnie chcieli sprowokować ochroniarza wyzwiskami i zaczepkami. Nie oni pierwsi, ale jak zawsze bez skutku. Eisen był jak żelazo z kuźni krasnoludów - trzeba było w niego niezwykle silnie uderzyć, aby się rozgrzał. Wtedy ten żar potrafił dotkliwie poparzyć agresora. Wieści rozchodziły się szybko i niejeden awanturnik bądź zawadiaka chciał sprawdzić, czy ochroniarz rzeczywiście jest tak dobry, jak mówią w porcie. Kilku zdecydowało się wyzwanie, lecz każdy po czasie pożałował swej śmiałości. Stracili poważanie w swoich bandach, a Carsten ich kosztem tylko zyskiwał renomę. Taki układ był dla niego opłacalny.

Wracał do domu nad ranem, w towarzystwie rześkiej bryzy znad fal oceanu. Skutecznie zmywała z niego pot i odór zamtuza. Minęła kolejna noc, a on nadal znajdował się daleko od celu, który sobie wyznaczył. Zastanawiał się, kto mógłby mu pomóc? Pigmeje i Amazonki to dzikusy, poza tym wrogo nastawieni do przybyszów. Może czarodziej z wieży? Niewiele o nim wiedział, raczej słyszał jakieś plotki tu i ówdzie. Zresztą bardzo wątpliwe, aby mistrz magii poświęcił swój czas ochroniarzowi. Carsten zamyślony patrzył ponad dachy na zraszaną deszczem, zieloną gęstwinę rozkołysanych drzew i krzewów. Gdzieś w sercu dżungli kryło się to, czemu poświęcił ostatnie kilka miesięcy, co przywiodło go do granic Nowego Świata. Przycisnął do serca pięść, kryjącą wisiorek z portretami najbliższych. Stał chwilę jak posąg, blaknące gwiazdy kolejno gasły w zderzeniu z nadchodzącym świtem. Wpatrywał się w miejsce skąd przypłynął ledwie kilka miesięcy temu.
- Johanie, wytrzymaj! - rzekł półgłosem.- Niech Sigmar da ci siłę, otoczy opieką. Przysięgam, że wrócę po ciebie...
Zaniedbana kapliczka była niemym świadkiem jego swoistej modlitwy. Odmawianej zawsze, kiedy tylko odbywał tę drogę.

Na przydomowych schodach zastał lekko drzemiącego rekruta ze świeżo szkolonego narybku. Pacnął go w kark, aż słomiany kapelusz pofrunął kilka metrów opodal. - Świt to najlepsza pora na atak. - skwitował pozornie niedbale. Oszołomiony chłopak wydukał przeprosiny.
- Dostaniesz jeszcze jedną szansę, ale wiedz, że następnym razem wbiję ci nóż między żebra...- zimno wycedził doświadczony ochroniarz.

W kuchni czekało śniadanie przygotowane przez Elke. Ze względu na dostępność w głównej mierze ryb, nawet jej kończyły się kulinarne pomysły. Najemnik spożył skromny posiłek. Zdjął skórznie i ułożył do snu. Obowiązki przejmował teraz Lothar - zaufany towarzysz jeszcze z czasów służby w Waldenhof. Ochroniarz musiał się zregenerować, wszak zaprzyjaźniony ulicznik Cissero przekazał ciekawe i intrygujące wieści. Kapitan de Rivera w imieniu wicehrabiny Limy ma niebawem rekrutować chętnych na wyprawę do dżungli. Carsten nie dawał tego po sobie poznać, ale był szczerze przejęty. Przecież na taką okazję czekał od momentu przybycia do Portu Wyrzutków...

***
Wellentag, południe.

Teraz znowu stał przed obliczem Eliane. Jego blada twarz poza widocznymi oznakami niewyspania, nie zdradzała żadnego grymasu niezadowolenia, mimo że niedawno skończył nocną służbę.

- Jeżeli chodzi o sprawę tego panicza Gascoina, to upraszam o wybaczenie jeśli nadużyłem swoich uprawnień. - zaczął pokornie, zamierzając wytłumaczyć nocne zajście.
- Nie. - uśmiechnęła się tajemniczo. - Nie po to cię zawezwałam...

Po rozmowie Eisen był nieco zakłopotany. Nie spodziewał się takiego polecenia z ust przełożonej zamtuza. Mimo deszczowej pogody i lekkiego zmęczenia natychmiast skierował swe kroki do "Pełnej baryłki". Niestety zgodnie z przypuszczeniami pora obiadowa nie była zbyt fortunna do zbierania informacji. Z zatrzęsienia plotek i domysłów musiał wyłowić potwierdzenie pochodzenia schwytanej dzikuski. Dysponował co prawda pieniędzmi, lecz nie chciał pochopnie pozbywać się nadmiaru gotowizny. Liczył, że może Bretończycy coś wiedzą na temat targu, wszak mnóstwo towarów przewijało się przez ich ręce. Możliwe przecież, że dzikuska przypłynęła transportem z innej osady i nadal mogła być przetrzymywana na jakiejś łajbie. Ten trop wydawał mu się najbardziej prawdopodobny, ryzykownie byłoby trzymać tubylca na stałym lądzie. Tymczasowo zakładał, że ani łowczy, ani przebywające w osadzie elfy nie schwytaliby egzotycznego więźnia. Pomny tego miał jednak oczy i uszy szeroko otwarte. Uszczuplił zawartość sakiewki, aby złapać najmniejszy trop w tej sprawie. Z należytą ostrożnością, której nabrał jeszcze więcej w nowym otoczeniu.
 

Ostatnio edytowane przez Deszatie : 08-01-2021 o 21:30.
Deszatie jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-01-2021, 10:24   #4
 
Obca's Avatar
 
Thomas biegł przez miasto, uciekał przed deszczem ale nic to nie pomogło. Do “Czerwonej Świecy” wszedł mokry. Trochę wyżnął rękawy koszuli, kurtki oraz nogawki z nadmiaru wody by nie zostawiać kałuży. Pewnie ktokolwiek inny by się nie przejmował ale Thomas był, jak na swoją pozycję społeczną, bardzo dobrze wychowany.

- Dobry, panie Eisen- Przywitał się z ochroniarzem przybytku, tym swoim nadal nie zmutowanym głosikiem, spuścił głowę ukrywając twarz pod przy dużym kapeluszem jaki nosił, przykrywając swoje blond włoski i czmychnął na zaplecze. Na początku dzieciak zawsze gęsto się tłumaczył, wielce zakłopotany z sytuacji. Teraz było wiadomo kto to Thomas Mause i że nie przyszedł on kraść, podglądać czy robić problemy, więc zwykłe grzeczne dzień dobry wystarczało.

W garderobie były już dziewczyny więc je Thomas również przywitał grzecznym dzień dobry. Pewnie gdyby jego życie potoczyło się inaczej i byłby nadal obywatelem Imperium. Być może miałby o takich kobietach gorsze zdanie. A teraz szanował je, przynajmniej te które robiły to bo chciały...były też czasem te co wyboru nie miały, tym współczuł. W każdym ruchu każde słowo traktowały te kobiety jak damy a przynajmniej nie jak niektórzy traktują prostytututki.

- Dziękuję panno Adel i panno Gisel, za tę hojną propozycję ale wątpię bym był dobrym uczniem. - Odpowiedział cicho i trochę się jąkając Thomas na propozycje. Oczywiście sama myśl że mógłby zostać pocałowany przez druga kobietę sprawiły, że spąsowiał z zawstydzenia.
Kiedy weszła ciemnoskóra kobieta Thomas odetchnął z ulgą bo to właśnie ją miał zaprosić do spędzenia nocy z Evo. To za to co powiedziała wzbudziło w nim ciekawość i zamiast ugryźć się w język powiedział.

-Dlaczego madame Eliana chciałaby kupować amazonkę? Przecież ona może nie chcieć tu pracować a słysząc o nich historie to może jeszcze narobić tutaj jakiejść tragedi...nie wiem zabić klienta gołymi rękami czy coś?- Thomas powiedział głośno naprawde zaciekawiony. Już drugi raz słyszał o amazonce. I zżerałą go ciekawość jak ona moze wyglądać.
- Pytaj się mnie a ja ciebie. - Koko co przyniosła tą wieść wzruszyła ramionami by dać znać, że ją przerasta to pytanie.

- Jak to dlaczego? - fuknęła na nią Aldi i aż okręciła się prawie bokiem do lustra aby spojrzeć na nich wszystkich swobodniej. - Przecież to Amazonka! Nikt nigdy nie miał żadnej Amazonki! A wszystkie podobno są ładne i zgrabne. Do tego latają prawie nago. Gorący towar pierwsza klasa! Wszyscy by się zjeżdżali by ją oglądać i pewnie nie tylko oglądać. - brunetka wydawała się rozumieć motywy jakimi mogła kierować się szefowa by podjąć taką decyzję w tej sprawie.

- A jak nas pozabija? Albo klientów? - Giselle co wciąż stała obok młodzieńca wskazała właśnie na niego jakby zgadzała się z okazanymi wątpliwościami.

- Nie wiem. Może ma jakieś sposoby? W końcu to szefowa. Ona na wszystko ma jakiś sposób. - brunetka wzruszyła ramionami odpowiadając po chwili zastanowienia.

- Może nie są takie straszne? - Ewa popatrzyła na koleżanki z nadzieją. Te odwzajemniły jej niepewne spojrzenia. W tym mało zbadanym temacie chyba żadna nie poczuwała się do roli ekspeta.
- Panno Koko mam też wiadomości. Pan Hoster chciałby zaprosić panią do “Torto al pomodoro” na wspólny wieczór. - Thomas podał kobiecie mała kopertę. Evo był uważany za dziwaka nawet tutaj, w końcu kto wysyła oficjalne pisemne zaproszenia do prostytutek. Dawał tam też parę monet przedpłaty. Dodatkowo zawsze załączał w nich wers albo zwrotkę jakiegoś wiersza tileańskiego wierszopisaża. Naukowiec zapytany o to stwierdził, że wszystkie kobiety nawet te z zamtuzy lubią być traktowane trochę romantycznie. Thomas nie wiedział co o tym myśleć zwłaszcza, że wiersze używane przez Evo były, zdaniem Thomasa kiepskie. Choć mógł nie być obiektywny biorąc pod uwagę że jego nauczycielka języka w Imperium katowała go tymi biednymi wierszami które nauczycielka uważała za romantyczne i pokazujące piękno języka.

Koko wzięła liścik i po otworzeniu podała Thomasowi kartkę z wierszem….oczywiście że to zrobiła wszystkie to robiły bo męczenie chłopaka w ten sposób sprawiało im jakąś perwersyjną przyjemność.
Blondyn wyprostował się i zaczął recytować:

“Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu,
kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu,
gdy jej oczy zachodzą mgłą, twarz cała blednie
i wargi się wilgotne rozchylą bezwiednie.
Lubię, kiedy ją rozkosz i żądza oniemi,
gdy wpija się w ramiona palcami drżącemi,
gdy krótkim, urywanym oddycha oddechem
i oddaje się cała z mdlejącym uśmiechem.”

Oczywiście, że dla Koko Evo wybrał kawałek erotyka. Thomas ledwo co nie przewrócił oczyma kiedy zorientował się czyj wiersz czyta. A na pewno głos mu zadrżał od czytania takiej szmiry. Jak na uczonego naukowiec miał dosyć prosty gust poetycki. Za to dziewczyny jego potknięcia w recytowaniu wzięły za oznakę zawstydzenia i buchnęły śmiechem. Thomas znowu zapłoną czerwienią, ukłonił się i wyszedł z garderoby potrzebując wyjść na dwór. Jego pożegnanie zniknęło w kanonadzie chichotów. Wychodząc minął właścicielkę i ochroniarza. Skłonił się im grzecznie i wyszedł zza drzwi przybytku.
Na dworze pod gankiem odetchnął głęboko. Kiedy miał taki dzień jak dziś miał wielką ochotę zedrzeć z siebie ubranie. Wykrzyczeć im wszystkim. “Jestem Pirora van Dyke! Jestem młodą kobietą a nie waszym popychadłem! Może i jestem na dnie ale lada dzień wzniosę się ponad was wszystkich!” I parę różnych innych haseł których akurat dotyczył ten dzień. Po paru głębszych oddechach które uspokoiły szalejące w piersi serce Thomasa oraz szum krwi w jego uszach puścił się biegiem za Carstenem Eisenem.

- Panie Eisen! Dziewczyny mówiły, że idzie pan dzisiaj zobaczyć tą Amazonkę. Czy mógłby mnie pan zabrać ze sobą? Bo chciałem zobaczyć jak ona wygląda…- Chłopak najpierw nieśmiało i kłopotliwie zaczął przemawiać próbując dotrzymać kroku ochroniarzowi. W końcu zabrzmieć bardziej butnie, na ile pozwalał mu jego melodyjny głosik, jakby miał już dosyć dzisiejszego dnia i potrzebował męskiego wsparcia. Bo baby potrafią być okrutne. - A wogle to my mężczyźni powinniśmy się trzymać razem.

- Powiadasz? - Eisen spojrzał koso na młodzika, czekając aż ten położy uszy po sobie i onieśmielony spuści wzrok. - To wkrótce cały port będzie o tym plotkował, co? - czarne oczy świdrowały posłańca.
- Naucz się dyskrecji, mały, za dużo czasu spędzasz z babami... - mruknął niechętnie.

Mimo groźnej postury i gniewnego oblicza reketera, dawne wspomnienia ukłuły serce ochroniarza. Cień wspomnień, chwilowa zamglona projekcja przeszłości sprawiła, że wyraz jego twarzy nieco złagodniał.
- Ech, zaraza, chodź może na coś się przydasz...
Dzieciak podbiegł ochoczo do wojownika i resztę dnia pomagał mu w zdobywaniu informacji.


Thomas wykorzystuje swoje umiejętności plotkarskie żeby dowiedzieć się czy Amazonka już jest w mieście i gdzie mogą ją trzymać.



 

Ostatnio edytowane przez Obca : 03-01-2021 o 12:30. Powód: Doklejenie reakcji Carstena Eisena
Obca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-01-2021, 17:04   #5
 
Lord Melkor's Avatar
 
Bertrand zbierając myśli skinął głową siostrze, przetarł twarz elegancką haftowaną serwetką z herbem rodu de Truville, przedstawiającym sokoła lecącego nad warowną wieżycą. Skrzywił się na widok plamki na mankiecie swojej białej koszuli. Musiał uważać, ich zasoby prędzej czy później się skończą jeśli czegoś nie wymyślą. Wypił szklankę wody, po wczorajszym wieczorze w “El Pomodoro” wciąż jeszcze bolała go głowa. A przecież obiecał sobie że się ograniczy, szczególnie gdy zrozumiał po męskiej rozmowie ze starym wiernym sługą rodu Thomasem, że ucieka przed dręczącym go poczuciem winy. Obwiniał się że porzucił ojca i dwóch starszych braci, oskarżonych niesłusznie o zdradę, nawet jeśli zrobił to na wyraźną prośbę ojca, który chciał zabezpieczyć jego i Izabelę, na wypadek gdyby nie udało mu się wybronić od oskarżenia przed sądem królewskim. Nie pomagało podejrzenie, że jednym z powodów dla których diuk Carcassonne wystąpił przeciwko nim, była pamięć o tym jak Bertrand przed paru laty okaleczył jego dziedzica w pojedynku….. Zazdrościł siostrze, która wydawała się to wszystko lepiej znosić od niego. Pomyśleć że być może był już ostatnim pozostałym przy życiu z dziedziców ojca co czyniło go głową rodu, musiał być bardziej rozważny i odpowiedzialny, a nie kierować się emocjami jak czynił dotąd. Szkoda że był szkolony bardziej na wojownika niż dyplomatę czy zarządcę... Czy ta wyprawa mogła odwrócić ich los?

- Wybacz Iz, zamyśliłem się nad sytuacją. Dziękuje że wybadałaś sprawę, myślę że jeśli Leticia faktycznie zorganizuje wyprawę, nasz udział w niej będzie dla nas okazją, choć nie jestem przekonany czy powinienem cię ze sobą zabierać i wystawiać na niebezpieczeństwa dziczy. Na pewno tego chcesz?

- A tę estalijską baronową de Azura kojarzę, pamiętasz że ich posiadłości nie były daleko od naszych? Spotkałem ją przelotnie i też muszę się jeszcze z nią rozmówić, nie wiem co wie o naszych problemach. Porozmawiam też z de Riverą, postaram się być bardziej dyplomatyczny niż ostatnio, chociaż….. - zmrużył oczy patrząc na siostrę badawczo - czy on wciąż się tobą interesuje, jeśli tak to powinnaś trzymać go na dystans, wprawdzie to szlachcic, ale nie wiemy czy byłby dla ciebie właściwą partią, zobaczymy co się okaże po wyprawie. Rozumiesz naszą sytuację, musimy być ostrożni

- Oh Bertrandzie ależ jeśli tylko zechcesz ja mogę wziąć na siebie rozmowę z Carlosem. - młodsza Truville zaoferowała szybko swoją pomoc w tej kwestii. Mówiła tak jakby to była oczywistość i formalność. Jak zawsze gdy chciała jego albo kogoś przekonać do swoich racji.

- I właśnie o tej de Azura mówię. Jak ona może jechać to dlaczego ja nie? - uniosła swoją brew do góry oczekując chyba ewentualnego starcia na tym polu bo przybrała dość zaczepny ton. - Czy kobiety de Truville są jakieś gorsze od de Azura? Czegoś mi brakuje w stosunku do niej? - zapytała gotowa sama walczyć o swoje wartości i miejsce w tym świecie.

Bertrand ze złością wstał od stołu i wziął głęboki oddech:
- Izabelo - odezwał się z irytacją - nie wolno ci się z Carlosem spotykać samotnie, pomyśl jak to wpłynie na twoją reputację?! - ugryzł się w język by nie zapytać czy jego siostra zachowała wciąż swoje dziewictwo, może mógłby dowiedzieć się tego od jej służki….

Popatrzył przez okno na ruchliwą i skąpaną w słońcu ulicę starając się uspokoić, po czym obrócił się do Izabeli, starając się naśladować władczy ton ojca:
- Możemy udać się do Carlosa jeszcze dzisiaj razem by ustalić kwestię udziału w wyprawie, jeśli tak bardzo chcesz pojechać to się jeszcze zastanowię biorąc pod uwagę że baronessa też jedzie, przynajmniej miałbym cię tam na oku. Poza tym dobrze byłoby sprawdzić i może kupić tę Amazonkę, to poprawi naszą pozycję przed wyprawą.

- Oczywiście kochany bracie, oczywiście! Masz całkowitą rację! Jesteś taki kochany! Kocham cię! Jesteś najlepszym bratem na świecie! - Isabella gdy usłyszała zgodę na swoją prośbę nagle jakby przestała słuchać reszty. Zerwała się od stołu, podbiegła do Bertranda i uściskała go mocno całując przy tym w policzek by okazać swoją wdzięczność i siostrzaną miłość. Nagle zrobiła się kochana i wdzięczna i w ogóle ucieleśnieniem kobiecej wdzięczności.

- Oczywiście, że pójdę z tobą do Carlosa. Leta mówiła, że on urzęduje w “Kordelasie” ale też dużo spraw załatwia w “Przystani żeglarza”. - wciąż ściskając brata szczebiotała wesoło starając się być jak najbardziej pomocna.
- I myślisz kupić tą dzikuskę? Naprawdę? A ile ona może kosztować? - sam pomysł kupna Amazonki też ją zaintrygował.

Bertrand westchnął czując się nagle rozbrojony i odwzajemnił uścisk siostry. Powinien potraktować ją surowiej, pewnie ojciec by tak zrobił, ale potrzebował żeby była po jego stronie.
- Dziękuje, cieszę się że jesteś u mojego boku. Jeśli chodzi o tę Amazonkę, sam jestem ciekaw, słyszałem o nich niestworzone historie w które trudno uwierzyć. Jeśli to plemię samych kobiet to skąd się biorą dzieci? Natomiast co do kupna to pewnie byłoby nas stać, ale pytanie czy możemy sobie pozwolić na taki wydatek, trzeba się zastanowić, no ale na pewno chciałbym ją przynajmniej zobaczyć.

Kiedy w końcu uwolnił się z siostrzanego uścisku, ubrał się do drogi, zakładając na koszulę elegancką ciemną kamizelkę zaś na głowę modny, ozdobiony piórami kapelusz. Do pasa przypasał swoją wierną szpadę ze zdobioną rękojeścią.

- Zbierajmy się więc do “Kordelasa”. Emilio, weź jeszcze jednego z naszych ludzi, będziesz nas eskortować - zwrócił się do kończącego śniadanie przy sąsiednim, mniej wystawnym stole, najemnika. https://i.pinimg.com/236x/c6/fc/2c/c...1e75aa2017.jpgEmilio i jego pozbawiony oka brat Guilo byli tilieańskimi najemnikami specjalizającymi się w kuszach, natomiast odkąd Bertrand uratował skórę Guilo podczas jednej z potyczek granicznych pomiędzy Estalią a Bretonią dwa lata temu, obaj wstąpili na jego służbę i wiedział że może na nich liczyć bardziej niż na przeciętnego najmitę.
- Oczywiście szefie, nie obawiaj się, obronimy was przed tym strasznym Riverą - Emilio jak to miał w zwyczaju odpowiedział żartem i wstał by wykonać polecenie.
Świta szlacheckiego rodzeństwa liczyła tuzin zbrojnych i pięciu służących, całkiem sporo biorąc pod uwagę kurczące się środki. Ale przynajmniej mógł dzięki temu robić odpowiednie wrażenie….



************************************************** ******************


Czas: 2525.XI.32 wlt; wczesne popołudnie
Miejsce: Port Wyrzutków,
Warunki: jasno, cicho, gorąco na zewnątrz jasno, deszcz, skwar, łag.wia

- Sprawdź proszę czy Rivera jest w środku, jeśli nie poszukamy go gdzie indziej. - Bertrand poprosił Emilio, gdy wraz z siostrą i dwoma ochroniarzami podeszli pod Kordelasa.

Emilio pokiwał głową i bez wahania wszedł do środka lokalu. - Ale pada. - mruknęła nieco smętnym głosem młodsza z rodu de Truville. Zadarła nieco głowę do górę by spojrzeć spod mokrego kaptura i wystawiła dłoń na ten deszcz jakby chciała doświadczyć tych kropel osobiście. Chyba jednak jej zależało by nie wyjść na marudę bo jakoś powstrzymywała się od jęczenia na tą dzisiejszą pogodę. Po chwili wrócił Emilio, dość szybko uporał się z powierdzonym zadaniem.

- Kapitan de Rivera jest w środku szefie. - zameldował starszemu z rodzeństwa. No i skoro rozpoznał teren i temat to podjął się roli przewodnika. Isabella jak na dobrze wychowaną damę przystało zaczekała w przejściu aby brat mógł ją przepuścić w przejściu oddając jej honor a po chwili podążali pomiędzy stołami za Emilio. Chociaż ledwo wyszli za róg szynkwasu a oboje rozpoznali charakterystyczną sylwetkę człowieka ich kuzynki jaki miał się zająć tą ekspedycją od praktycznej strony. Co nie było takie łatwo bo lokal jako całkiem popularny, pomimo deszczu i obiadowej pory, był dość gwarny i zatłoczony. Jakaś ministrelka przygrywała na lutni dodając przyjemne dla ucha tło temu wszystkiemu. A gdy podeszli bliżej to i de Rivera dojrzał i rozpoznał kto się zbliża.


https://i.pinimg.com/originals/b0/44...ed69b6625b.jpg


- A kogóż widzą moje skromne oczy?! Toż to wspaniałe rodzeństwo de Truville! - Carlos obwieścił swoim kompanom przy stole jeszcze gdy para Bretończyków ze swoją eskortą podchodziła do jego stołu.

- Panie i panowie, poznajcie dzielnego kawalera Bertranda de Truville z jakim swego czasu miałem przyjemność skrzyżować szpadę. Wspaniały szermierz. - powiedział wstając aby się przywitać. Chociaż i tak oddzielał ich jeszcze stół. Siedział z kilkoma kompanami z czego jedna to była kobieta.

- I jego cudowna siostra, panienka Isabella de Truville jaka zaszczyciła mnie łaską tańca u naszej milady. - co by nie mówić o tym kapitanie i jego barwnej reputacji bretońskie rodzeństwo przedstawił z wszelką estymą i szarmancją. Zupełnie jakby byli na jakiejś sali balowej albo innej oficjalnej uroczystości dla błękitnokrwistych. Chociaż z tych kamratów to żaden nie sprawiał takiego wrażenia.

- Oh, Carlos, ty pochlebco! - Isabella roześmiała się wesoło jakby w jej oczach ten wilk morski z rycerskimi manierami zyskał kolejny punkt na plus. Zwłaszcza jak po szarmancku pocałował jej dłoń.

- Spocznijcie sobie, spocznijcie. - wskazał na drugą stronę stołu i siostra Bertranda bez wahania tam usiadła. Pełniący rolę gospodarza zresztą też skoro to powitanie mieli już za sobą. Siedzący przy stole typy ludzkie i nieludzkie sprawiały barwną mieszankę z całego starego świata. Brodaty krasnolud, wytatuowany osiłek, typ o bystrym spojrzeniu i smukła blondynka. Ci jednak milczeli ograniczając się do uśmiechów i spojrzeń zachowując się jak podwładni szefa czy załoga kapitana co nie wtrąca się gdy ten załatwia swoje sprawy.

Bertrand zmrużył oczy z dezaprobatą gdy zobaczył jak ciepło ten szlachcic-awanturnik przywitał się z jego siostrą. W Bretonii na pewno trzymali by go od niej z daleka, tutaj wprawdzie ich sytuacja była trudna ale nie podobała mu się jak postępowała ta relacja. Przypomniał sobie jednak że musi być dyplomatyczny, mieli przecież uczestniczyć w wyprawie a wrogość Rivery nie ułatwi im tego….

Podał więc rękę Riverze bez zbytniego entuzjazmu.

- Witaj Carlosie, dziękuje za miłe słowa, ty również jak się przekonałem jesteś nadzwyczaj biegły w szermierczej sztuce. - stwierdził zgodnie z prawdą po czym pewnie usiadł koło siostry, tak by oddzielać ją od Carlosa.

- Zapomnijmy o tamtej sprawie i porozmawiajmy o przyszłości. Słyszałem że wyprawa organizowana przez moją szacowną krewniaczkę wicehrabinę ma wkrótce wyruszyć a ty zostałeś wyznaczony na jej dowódcę - zaczął rzeczowo, po zjedzonym niedawno sutym śniadaniu nie czuł się głodny więc na razie nic nie zamówił. Emilio i drugiemu z ochroniarzy polecił usiąść przy pobliskim stoliku i obserwować sytuację.

- A tak, tak, to prawda. Moja piękna dobroduszna i wspaniała pani w swojej nieskończonej mądrości postanowiła zorganizować tą wyprawę. A ja, jej pokorny i wierny sługa, zostałem wybrany by spełnić wolę mojej pani. - Carlos odparł z beztroskim uśmiechem i szarmanckim tonem jakim mógłby brylować na każdym balu i przyjęciu. Potwierdził jednak te informacje jakie rano Bertrand usłyszał od swojej siostry.

- A dlaczegóż pytasz kawalerze? Czyżby szlachetni de Truville byli zainteresowani tą małą wycieczką? - zapytał nalewając z butelki wina do swojego kubka. A po kubki dla gości posłał tą blondynkę co siedziała niedaleko. Ta skinęła głową i poszła w stronę szynkwasu.

Bertrand skinał głową, przenosząc spojrzenie pomiędzy Carlosem a jego ludźmi. Próbował ocenić co sobą reprezentują i czy wyglądają na doświadczoną załogę.
- Zaiste, jesteśmy zainteresowani, taka przygoda brzmi obiecująco, choć chciałbym się więcej dowiedzieć. Powiedz mi jeśli możesz, kiedy planujesz wyruszyć i jak wielu ludzi chciałbyś zabrać? Myślę, że biorąc pod uwagę jakież to niebezpieczeństwa podobno kryją się w tej prastarej dżungli - słyszałem o jaszczuroludziach, nieumarłych i tych tajemniczych Amazonkach - przydało by się jak najwięcej ludzi umiejących sobie radzić z bronią…

- Tak, to prawda, przydałoby się przydało… - Carlos pokiwał głową przyznając rozmówcy rację. Przerwał bo wróciła ta blondynka posłana do szynkwasu i wróciła z kubkami dla gości. Postawiła przed nimi a de Rivera niczym dobry gospodarz znów sięgnął po butelkę i nalał trunku do przyniesionych kubków.

- Poczekam do Festag. Zobaczymy kto się z czym zgłosi. Sprawa dopiero się rozkręca więc trzeba trochę poczekać aż żagle złapią pełny wiatr. - Estalijczyk uniósł kubek do góry by wypić za to spotkanie i dla dobrego smaku tego trunku.

- W takim razie wypijmy za bogactwa tego Nowego Świata i powodzenie planowanej wyprawy - Bertrand wzniósł kubek do toastu.
- Jeśli chodzi o chętnych to myślę że trochę ludzie się zgłosi, pytanie czy odpowiednich, dużo w tym mieście desperatów. Jak dużej grupy byś oczekiwał? Ja ze swojej strony mogę zaoferować co najmniej dziesięciu dobrze wyszkolonych ludzi, większość walczyła już u mego boku - bretończyk skinął głową w stronę stolika gdzie siedzieli jego gwardziści.
- Ponadto chętnie bym się dowiedział czegoś więcej o planie tej wyprawy, szczególnie że Izabella też ma chęć w niej uczestniczyć.

- Plan jest taki aby poczekać do Festag i zobaczyć czym będziemy dysponować. Więc jeśli nie żartujecie sobie ze mnie i z mojej pani to macie ten tydzień na przygotowania do wyprawy. - kapitan odpowiedział patrząc po trochu na nich oboje.

- Jeśli macie jakąś świtę to możecie ją zabrać. 10 osób? Właściwie może być. Ale to właśnie zależy od tego ilu się zgłosi. Więc przez ten tydzień to może ulec jeszcze zmianie. Braliście udział w takiej wyprawie? Do dżungli? Albo podobnej? Poza tymi ludźmi na co mogę liczyć z waszej strony? - Estalijczyk popatrzył na bretońskie rodzeństwo odpowiadając na pytanie brata jak i chcąc wiedzieć co oni mogą zaoferować ze swojej strony jako członkowie tej ekspedycji.

- Oczywiście że nie żartujemy sobie z twojej Pani, która jak wiesz jest moją krewniaczką, de Truvilliovie nie rzucają słów na wiatr, przez setki wiernie i z honorem służyliśmy Bretonii - Bertrand żachnął się sugestię Carlosa, po czym odetchnął przypominając sobie że miał zachowywać się dyplomatycznie.

- Przyznam, że nigdy nie uczestniczyłem w tego rodzaju wyprawie, ale przez kilka lat byłem oficerem w bretońskiej armii i brałem udział w boju, więc sztuka wojenna i dowodzenie nie są obce, a jak rozumiem ryzyko napotkania wrogo nastawionych tubylców jest spore, więc potrzebujesz kogoś kto zachowa w tej sytuacji zimną krew. Mogę też zainwestować nieco środków w tę wyprawę jeśli jest to potrzebne.. - spojrzał na Izabelę zastanawiając się czy ma coś do dodania, właściwie jego zdaniem nie miała żadnego doświadczenia którego szukał Rivera, możliwe więc że on sam wyperswaduje jej udział w tej wyprawie?

- Oczywiście, oczywiście, bynajmniej nie ośmieliłbym się podważać honoru tak czcigodnego rodu. - de Rivera pośpieszył z szybkim zapewnieniem jakby też zależało mu na dyplomacji. Pomimo tej całej otoczki zbója i pirata jak chciał to mówił jak prawdziwy szlachcic albo chociaż szkolona w słowie i manierach osoba.
- Doceniam twoją szczerość Bertrandzie. A twoje doświadczenie może się okazać nam bardzo przydatne. Bardzo chętnie przyjmę waszą pomoc. Skoro jesteście zainteresowani wzięciem udziału w tej ekspedycji to moje drzwi stoją dla was otworem. - skłonił się szarmancko tak samo jak na początku rozmowy.
- Na razie cała ekspedycja dopiero się kroi. Dlatego przyznam szczerze niewiele mogę wam teraz zdradzić na jej temat. Ale jestem tutaj prawie codziennie. To moje biuro jeśli mogę tak powiedzieć. W każdym razie myślę, że do Marktag coś już powinno się klarować. Będę wówczas na targu na małych zakupach związanych z tą wyprawą. Właśnie powiedzcie mi moi drodzy jak u was z planami na tą eskapadę? Jak zamierzacie podróżować? Obawiam się, że warunki nie będą zbyt sprzyjające. Nie da się w dżunglę zabrać wozów. Więc niestety większość wyprawy trzeba będzie odbyć na własnych nogach. No chyba, że ktoś zaryzykuje jazdę konno. Ale to już we własnym zakresie i na własne ryzyko. My z naszą panią organizujemy zapasy i muły. Ale nie oszukujmy się, większość rzeczy trzeba będzie nieść na własnym grzbiecie. - kapitan zwrócił się jakby już wstępnie przyjął bretońskie rodzeństwo jako ochotników na tą wyprawę ale jednak chyba miał jakieś wyobrażenie jak ma wyglądać ta wyprawa. I mówił to uprzejmie ale poważnie. Jakby dawał jeszcze czas do namysłu czy zmiany zdania.

Betrand zmarszczył czoło, próbując sobie wyobrazić jak będzie wyglądała ta podróż przez dżunglę.
- Prawdę mówiąc, liczyłem że część drogi uda się pokonać wybrzeżem albo rzeką, rozumiem że dużą cześć trasy to gęsta dżungla, czy będziemy musieli sobie wyrąbywać drogę? Ile mniej więcej przewidujesz że może zająć droga w jedną stronę? Jeśli chodzi o konie, to przemyślę sprawę, ale piesza droga nie jest mi straszna…. - spojrzał na siostrę, stwierdzając że musi jeszcze raz rozważyć czy może ją tam zabrać.

- Zapewne większość drogi trzeba będzie przebyć na własnych nogach. A czas wyprawy trudno oszacować jakoś precyzyjnie ale liczyłbym ją raczej w tygodniach niż dniach. I pewnie trzeba będzie sobie wyrąbywać drogę maczetami ale to raczej ci co będą na czele kolumny. Trzeba będzie ich jednak zmieniać więc możliwe, że to po części spadnie na większość z nas. - pokiwał głową potwierdzając niejako część przypuszczeń Bretończyka. Mówił tak jakby się naprawdę szykowała ekspedycja w głąb dżungli a nie jakaś parodniowa wycieczka na 3 dni w jedną i drugą stronę.

Bertrand w zamyśleniu skinął głową Carlosowi:
- Rozumiem, że ty albo część z twoich ludzi ma doświadczenie w podróżowaniu przez taką dżunglę? I oczywiście jest też kwestia planowanych zysków z tej niebezpiecznej wyprawy i ich podziału jeśli nie za wcześnie jeszcze na ten temat.

- A miewaliśmy już takie wycieczki. - Carlos odparł skromnie ze skromnym uśmiechem. - Natomiast sprawa zysków jest dość prosta. Jedna czwarta wszystkich fantów przypada naszej dobrodziejce. Jedna czwarta dla mnie. A pozostała część dla pozostałych uczestników wyprawy. - przedstawił ten plan podziału zysku bez większych ceregieli. To, że główny sponsor wyprawy oraz jej kierownik mieli największy udział w zysku nie było dziwne. W końcu sponsor po to wykładał kasę przed wyprawą by mu się zwróciła i jeszcze jakiś zarobek by się przydał. A na szefa wyprawy spadał ciężar i odpowiedzialność za całą wyprawę jak na kapitana statku za cały statek. Druga połowa była do podziału pomiędzy pozostałych uczestników wyprawy więc im ich więcej było tym potencjalny zysk był mniejszy.

- Sensowna propozycja, przy takim podziale zysku rozumiem że kwestie takie jak zaopatrzenie w żywność będą po stronie organizatorów wyprawy. Ale jeśli faktycznie odnajdziemy skarby starożytnych to brzmi to obiecująco - Bertrand pomyślał że oczywiście nie mieli gwarancji, że je odnajdą, ale może będą z tego jakieś inne pożytki, jak chociażby sława…. w każdym razie zdawał sobie sprawę jeśli nic się nie zmieni, za kilka miesięcy mogły skończyć się mu środki na utrzymanie na obecnym poziomie, więc potrzebował albo szybkich pieniędzy albo jakiegoś dobrego małżeństwa dla siebie lub siostry.

- To rozumiem, że wstępne porozumienie już mamy, poczekamy jak mówiłeś kto jeszcze się zgłosi i w międzyczasie dogramy pozostałe szczegóły. - skwitował popijając łyka estalijskiego wina.

- Również tak sądzę. Mu organizujemy muły, prowiant, namioty i tego typu ogólne rzeczy. Ale jak chcecie coś zorganizować sobie na własną rękę to oczywiście nie widzę przeszkód. Cieszy mnie, że zdecydowaliście się na wzięcie udziału w naszej ekspedycji jaka ma się odbyć w jakże szczytnym celu. - estalijski kapitan też wydawał się mówić jakby uważał, że doszli do wstępnego porozumienia i wszystko jest na dobrej drodze do dalszej współpracy.

Bertrand skinął głową, został jeszcze chwilę by dopić trunek po czym podziękował Carlosowi.

- Słyszałaś co mówił Carlos, zapowiada się trudna i wyczerpująca wyprawa przez dżunglę, zastanów się czy faktycznie chcesz się w to pakować. - Rzekł do siostry kiedy wracali, która wydawała się również zamyślona.
- Wieczorem mam umówione spotkanie i muszę się przygotować, jeśli masz chęć i czas możecie z Emilio dowiedzieć się czegoś więcej o tej Amazonce, ciekawe czy można ją obejrzeć przed aukcją.

 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 07-01-2021 o 12:44.
Lord Melkor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2021, 09:10   #6
 
Dhratlach's Avatar
 
]
Rozmowa z Magistrem Ambrosio
{{Podziękowania dla MG za scenkę}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce akcji: Wieża Ambrosio, Gabinet Mistrza Ambrosio

Friedrich słuchał ze spokojem i czujnością słów swojego przełożonego. Zawsze się zastanawiał jak Magister Tradycji Życia może być, aż tak stary i zniszczony przez czas… to raczej nie było normalne, prawda?

Nieistotne, był tu, bo miał go wspomóc. Szczegóły znała Kapituła i zapewne sam zainteresowany. inaczej by go tu nie było i nie miał najmniejszego zamiaru się interesować ponad to co trzeba i jest niezbędnie konieczne…. jaaasne… ale tak było lepiej i tak być powinno.

Ukłonił się lekko starszemu rangą, który jawnie obnosił się strojem bardziej jak Magister Płomienia.

- Dziękuję Mistrzu, że przychyliłeś się do mojej prośby. Co jednak z ingrediencjami alchemicznymi z okazów fauny? Czy i one nie są nam korzystne? Jak bardzo byłoby to zalecane, aby i je pozyskać jeśli nadarzyłaby się okazja i na co zwracać uwagę?

- A starczy ci na to kieszeni? - mistrz uniósł brew do góry chyba ubawiony takim pytaniem. - Młodzieńcze czeka cię wyprawa w głąb dżungli. Nie tej tutaj co się zaczyna zaraz za murami co sobie zwiedzałeś do tej pory. Tylko w prawdziwe trzewia dżungli. Każda kieszeń ci się przyda. Ale jak mimo to dasz radę zebrać coś ponad to co ci wypisałem w tym brulionie to próbuj. Niemniej ten brulion to dla ciebie priorytet. Możesz to traktować jako egzamin praktyczny. - coś w głosie mentora mówiło, że nawet siedząc tutaj, w zaciszu własnego gabinetu dostrzega on trudy takiej wyprawy.

“...albo ma środki i sposobność nadzorować przebieg egzaminu…” doszlifował w myślach młodzieniec. “Cóż, nic nie szkodzi by po wyprawie poszukać części tych roślin czy są w Porcie na sprzedaż, by podbić wynik końcowy, nie?” Dodał do siebie w duchu rozbawiony faktem.

- Dziękuję Mistrzu. Zaiste pierwsza to moja wyprawa i wrócić cały rad bym był. Przeta jakich stworów się wystrzegać, gdyż jadowite są i paskudne, a w kryzysie sytuacji zapobiec śmierci, lub członków bezwładności? Jak najlepiej chronić siebie i na co ważyć, by cało wrócić mieć szanse większe?

- Ano widzisz młodzieńcze… I właśnie by zdobyć odpowiedzi na takie pytania wyrusza się właśnie na takie wyprawy… - starzec pokiwał w zadumie głową nad tą filozofią życia. - I to jest właśnie nauka. Nie da się wszystkiego nauczyć w bibliotekach i szkolnych ławach. Nauka to odkrywanie. Badanie tajemnic. Szukanie odpowiedzi. Przez to doskonalimy samych siebie. - pokiwał głową jakby zdradzał tą prawdę po raz nie wiadomo który.

- Poza tym, żebyś spędził tutaj kolejną dekadę na studiowaniu takiej wiedzy to i tak byłoby mnóstwo rzeczy jakich nie ma w księgach. To jest nowy kontynent. Nowy świat. Wciąż stoimy w otwartych drzwiach i nie wiemy co jest dalej. - pokręcił głową na znak, że nawet mędrcy ze Starego Świata mają kłopoty z określeniem czego się można spodziewać w tym nowym świecie.

Friedrich zadumał się. “Wygląda na to, że trzeba sobie przypomnieć całą wiedzę z zakresu zwierząt jadowitych… szeroki łeb węża, duży ogon i kolec jadowy skorpiona, specyficzny odwłok pająka, duży... “

- Oczywiście Mistrzu! - odpowiedział z młodzieńczą, choć kontrolowaną werwą blondyn - Właśnie tego pragnę. Poznać, zrozumieć i spisać, by ci co po nas przyjdą mieli dokładną i precyzyjną wiedzę o tym co tu jest, byśmy zdobyli nową przestrzeń życiową na chwałę Sigmara i dobrych Bogów!

“Sigmara… jaaaasne…”

- Dobrze, cieszy mnie twój entuzjazm. Tak właśnie trzeba. A teraz chyba masz sporo rzeczy do przygotowania przed tą wyprawą. - mistrz pokiwał z uznaniem głową, ale skoro czas na pytania się skończył to nie zatrzymywał dłużej ucznia skoro czekało go tyle pracy przed tą wyprawą.

- Oczywiście, dziękuję Mistrzu. - odpowiedział młodzik, ukłonił się i ruszył ku swoim sprawom. Został odprawiony, ale znał swoje miejsce. Jeszcze przyjdzie czas na pytania, choć tu odpowiedzi raczej nie uzyska… ale skoro nie u Ambrosia… to gdzie?

Wstępne przygotowania akademiczne do wyprawy - cz. 1

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce akcji: Wieża Ambrosio, przydzielony pokój uczniowski

Jeśli jest coś co mógł Sonnenblume spokojnie powiedzieć o Wieży Magóe to to, że uczniowie mieli swoje pokoje. Jego może nie był duży, ale też nie był mały. Zdecydowanie jednak było to lepsze niż dormitorium. Miał swoje miejsce. Parę książek, dupereli i doniczki.

Doniczki które praktycznie wypełniały cały pokój, pólka z jego własnymi książkami i szafa a pod łóżkiem kufer z woreczkami nasion ze starego świata i było ich naprawdę mnogość. Tak, starał się przywieźć jak największą ilość przeróżnych ziół i roślin użytecznych, by sprawdzić ich zdolność wegetacji w tych warunkach. Zatrważające, ale tu wszystko rosło o wiele szybciej i wymagało mniej wody. Dużo mniej. Wilgoć w powietrzu była dość. Na dobre i na złe, okno było rozchylone i zablokowane, a drzwi, wizjer otwarty by ją ograniczyć i dać przeciąg obniżający przy okazji temperaturę otoczenia. O tyle dobrze, że kamienne mury dawały namiastkę chłodu!

Tak czy inaczej, siedział nad swoimi książkami. Każda naukowa, spisana w klasycznym. Medyczną, zielarską i trucicielską. Zestawiał, korelował i odświeżał wiedzę o trujących paskudztwach świata który zostawił za sobą… zwierzęta były zbieżne. Podobnie rośliny. Musiał sobie wszystko przypomnieć i przyuczyć, żeby nie paść ofiarą maszkary zielonej czy ruchomej i jak lepiej ich unikać, a jak już to zastosować odpowiednie metody zaradcze i lecznicze. Obawiał się niestety, że będzie musiał skorzystać ze zbiorów Kolegialnych. To co posiadał było dobre, ale czy wystarczające?

Przerabiał właśnie pająki i węże. Nie liczył na skorpiony, ale cholera wie co tu było. Rośliny też zdawały się wykazywać pewne cechy wspólne… jeśli wszystko dzisiaj pójdzie dobrze w jego planach, to następne czasy miał zamiar się upewnić co do swoich podejrzeń. Tyle planów!

Jedyny szkopuł, to było znalezienie kompetentnej osoby do opieki nad jego zbiorem roślin kiełkujących. Wstępne zbiory, te pierwsze już poczynił i miał tonę notatek o uprawie. Teraz był drugi rzut. Część co jednak się uchowa z różnym skutkiem i druga, co była całkiem nowa. Tak więc spisywał notatki o pielęgnacji i uprawie na podstawie wcześniejszych obserwacji i to na co zwracać uwagę i co notować. Jego dorobek musiał być zaopiekowany… cholera wie ile mu zejdzie w czeluściach dżungli! Dla pewności powbijał tabliczki z numerami i literami, system kodowania który na szybko wypracował z zaleceniami.

Wiadomo, nowa roślinka nie testowana w praktyce uprawy może mieć inne wymagania w nowych warunkach. Dlatego miał po trzy czy cztery mniejsze doniczki specjalnie na gatunek. Każdy zaopiekowany inaczej względem dawkowania wody i opieki. Któreś się przyjmą lepiej, któreś gorzej. Wiadomo, marnotrawstwo części nasion raczej, ale wiedza bezcenna! Zresztą… nasion miał dość na lata bez zapylania i zbiorów własnych pod nasiona.

To była właśnie magia roślin. Chcesz surowiec zielarski? Nie uprawiasz na nasiona. Chcesz nasiona? Surowiec zielarski będzie już przejrzały i słabszy. Wszystko było rzeczą interesująco intrygującą. Ten świat, te możliwości! Niezbadane okazy flory i fauny! Ah, gdyby tak powrócić z tym co Mistrz kazał i z jeszcze większą pulą gatunków niezbadanych, albo chociaż z notatkami występowania, szkicami pobieżnymi i obserwacjami otoczenia!

W poszukiwaniu wsparcia w uprawie pod nieobecność
{{Podziękowania dla MG za scenkę}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; popołudnie po rozmowie z Magistrem Ambrosio
Miejsce akcji: Wieża Ambrosio, pokoje uczniowskie

Ponoć na wszystko jest czas i miejsce. Lustria… Nowy Świat… Wyprawa… wszystko cudowne, ale był jeden szkopuł. Jego donice z roślinnością kiełkującą. Nie mógł ich zostawić samymi sobie. Potrzebował kogoś kto będzie je podlewał pod jego nieobecność….

Tutaj, był mały problem. Społeczność magiczna na kontynencie nie była liczna, a co dopiero tutaj. Była jednak garstka zajętych badania uczonych i uczniów. Uczniowie mieli pierwszeństwo oczywiście, takich łatwiej opłacić… no i nie ukrywajmy, ale pokoje uczniowskie nie miały zamków, więc i tak każdy każdego mógł odwiedzić w każdej chwili.

To, że Ambrosio mu dał wolną rękę z wyprawą był wystarczającym cudem, ale nie miał zamiar porzucić swojego dodatkowego dochodu. Przyszłościowego zresztą. Na szczęście instrukcje dbania o te rośliny nie były trudne, a był to drugi rzut… z nowymi roślinami… jak tu szybko wszystko rośnie!

Otworzył drzwi do pokoju Alberta. Młodzian był ze dwie czy trzy wiosny starszy od niego i wydawał się być bliżej upragnionego tytuły pełnego magistra niż młodszy kolega. Tylko on studiował tajniki niebios. Spojrzał na nie zaproszonego gościa z krytycznym spojrzeniem.

Sonnenblume wszedł do środka całkowicie swobodnie… a raczej zatrzymał się w progu i oparł o framugę. Mimo wszystko, cenił prywatność, choć...

- Daj spokój starszy adepcie Albercie… - powiedział luźno i rozbawiony - ...dobrze wiesz, że przyjdę. Nawet nie próbuj kłamać.

Uśmiechnął się delikatnie i przepraszająco.

- Szczerze, to potrzebuję Twojej pomocy przyjacielu… dwie sprawy. Pomożesz? Ty mi pomożesz, ja Tobie? Daj, zgódź się, dobra okazja do praktyki. Jak coś to siedzę cicho i masz wdzięcznego człowieka. Zgadzasz się?

Powiódł dłonią po wejściu.

- Mogę wejść?

- A o co chodzi? - zapytał dość oschłym a nawet jakby podejrzliwym tonem. Jakby podejrzewał jakiś szwindel od młodszego kolegi.

Młodzieniec przewrócił oczami.

- Daj spokój, widziałeś to w Wietrze, nie? Potrzebuje twojej ekspertyzy na temat przyszłości… widzisz, mam iść w teren i szczerze… mam pietra, bo nikt nie wie co tam jest. Liczyłem cicho, że mi pomożesz, wiesz, zajrzeć za kurtynę. Masz do tego prawdziwy dar! Ja? Ja się znam tylko na roślinkach…

- Oj nie, nie, to poważne sprawy są. Dopiero zaczynamy przerabiać to w praktyce. To musiałby ktoś bardziej doświadczony ode mnie. - Albert pomachał dłonią na znak, że to nie jego liga i kolega przecenia jego skromne możliwości.

- Albercie.. wiesz dobrze, że jakoś trzeba się tego nauczyć, a masz teraz doskonałą okazję. Biorę to na siebie. Wiesz, ot, komponent, nieco więcej skupionej koncentracji i ostrożne splątanie? Robiłeś to nie raz. Strach przed nieznanym? Pokonałeś go trafiając w to miejsce z dala od kontynentu. Co nie?

- Przestań. - Albert skrzywił się nie pozbywając się sceptycznego wyrazu twarzy w stosunku do młodszego kolegi albo jego propozycji. Jednak blondyn wyczuł zawirowania Eteru gdy tamten użył mocy. Drobne ale z bliska to dawało się wyczuć jak postać przed nim ściąga do siebie te niewyczuwalne na skórze wiatry. A na jej twarzy pojawia się wyraz koncentracji. Chwilę potem już było po wszystkim. Albert zamrugał oczami, ściągnął wargi i zastanawiał się chwilę.

- Ktoś kogo spotkasz niedługo okaże się kimś innym niż się spodziewasz. A wasze losy się skrzyżują mocniej niż by się można spodziewać. - odparł starszy kolega tonem jaki pewnie podpatrzył u swojego mistrza. Dostojnym i enigmatycznym. Chociaż na tej młodej twarzy to robiło pewnie podobne wrażenie jak Sonnenblume gdy chciał naśladował swojego mistrza. Jednak ich młoda aparycja sprawiała wrażenie, że daleko im było do tych dostojnych mężów i mistrzów w naturalny sposób kojarzących się z wiedzą tajemną i nie wiadomo jaką mądrością. Ale przecież od czegoś trzeba było zacząć tą naukę.

- A teraz wybacz ale mam wiele bardzo ważnych zajęć. - wymownie wskazał na otwarte księgi jakie leżały na jego stole. Widocznie coś czytał czy uczył się.

- Dzięki stary. - powiedział z promienistym uśmiechem i zerknął w stronę wyjścia to na niego. - Zawsze wiedziałem, że masz prawdziwy talent. Swoją drogą… zaopiekujesz się podlewaniem moich doniczek? Mam u Ciebie niemały dług brachu, może podzielić się zyskiem?

- Jakich doniczek? O czym ty mówisz? - sądząc po minie Alberta nie miał pojęcia o czym ten mówi.

Blondyn pokręcił głową i z lekko spoglądającym dalej w przyszłość, rozmarzonym uśmiechem oznajmił.

- Sprawdzam możliwości uprawy ziół prozdrowotnych i leczniczych z naszego kochanego Kontynentu w skrajnych warunkach klimatycznych. To druga partia. Część jest całkowicie nowa, część już z mniejszym, lub większym sukcesem urosła i doczekała plonów. Wiesz, zboczenie Tradycji Życia, nie? Chodzi o to by mi nie padły, bo dostałem zadanie wyruszyć w głąb dziczy… mogę nie wrócić, ale jakbym, to miło mieć jakieś rośliny na leki i kolejne notatki w sprawie ich uprawy. Wbrew pozorom, to chodliwy towar. Nie żeby to miało jakieś znaczenie, ale będę potrzebował zasoby jak już dojdę do etapu tworzenia rytuałów.

Oczywiście pominął w swoich tłumaczeniach element, że były tam jeszcze rośliny o wysokich, naprawdę wysokich właściwościach toksycznych i narkotycznych… w sumie nie skłamał. Nie powiedział tylko wszystkiego. Już widział ten traktat, księgę o uprawie roślin warunkach i procedurach uprawy fauny Staroświatowej na ziemiach Lustrii! Mistrz! Kolegium! Byliby dumni!

- Tylko uchylone okno i podlewanie by miały lekko wilgotno, ale bezwzględnie bez wody na podstawce. Trochę co parę dni, ale jakbyś zaglądał raz dziennie i robił notatki gdyby coś dziwnego się działo? Wiesz, inny kolor, szybszy, lub wolniejszy wzrost w zestawieniu z resztą, takie pierdoły. Już ponumerowałem i tabliczki są w donicach razem z wytycznymi. Zgadzasz się pomóc? Pomożesz?

Wątpił by nie pomógł. To była pierdoła, pikuś w zestawieniu z wcześniejszą próbą manipulacji Wiatrem Azur. Kwestią tylko było ustalenie ceny za przysługę… nie lubił się zadłużać, ale jeśli trzeba…

- Wyruszasz gdzieś? Dokąd? W jaką dzicz? - Alberta na tyle zdziwiła i zaintrygowała ta wiadomość, że na razie zignorował prośbę o opiekę nad nie swoimi roślinami zaciekawiony właśnie tą wiadomością.

- Dżungla, czeluści zieleni, na wyprawę co to ta błękitnokrwista organizuje. Wiesz, Mistrz chce zioła. Co rozumiem, bo sam z chęcią je poznam. Rozkaz to rozkaz, nie? Poza tym, ponoć piramida będzie to chętnie zobaczę… ale boję się czy wrócę z tej wyprawy. Mało kto chyba wrócił? Kurna stary, chyba tylko to, że nie ma gdzie spierdolić trzyma mnie przed tym. Choć jest to ekscytujące… nie powiem, nawet przyznam. - odpowiedział Magister Druid po szczerości po czym się zaśmiał.

- Zresztą nie musisz grać, choć jesteś naprawdę dobry. Lepiej nie mówić o tym głośno, nie? Kogo ja oszukuje, Port Wyrzutków jest mały...

- Dobra, raz na dzień mogę podlać te twoje zielsko. - odparł Albert po chwili chociaż się ani nie roześmiał ani nawet nie uśmiechnął. Milczał przez parę chwil jakby się nad tym zastanawiał. W końcu jednak zgodził się zająć podlewaniem doniczek gdy kolega wyjedzie.

- Dzięki! - oznajmił z ulgą Friedrich po czym dodał - Zostawię instrukcje jak coś i proszę przeczytaj, by nie przelać. Nie mam aż tylu nasion by je niepotrzebnie marnować.., jakbyś robił notatki byłoby super, ale nie chcę się narzucać… Im więcej wyrośnie tym więcej dla ciebie. Może to i leki, ale jednak zdrowie jest najważniejsze, więc opiekę medyczną masz zapewnioną jak coś. Moja w tym głowa.

Zerknął na korytarz czy nikt się nie kręcił w pobliżu.

- Jak wrócę idziemy na piwo? Naprawdę nie wiem jak Tobie dziękować przyjacielu. Przemyśl, dobrze? Teraz już lecę. Ciao!

Rozmówki z Gerchartem Uber (Pieczar)

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, Kompleks Wieży Ambrosio
Do poczytania w: Post Innego Gracza (Pieczar)

Rozmówki z Horstem Masserem (handlarz)
{{Podziękowania dla MG za scenkę}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; popołudnie
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, Plac Targowy

Było to miejsce, gdzie Sonnenblume zaglądał sporadycznie, przelotnie. Nie interesowało go to, choć widział w tym niemały zysk! Ah! Pomyśleć, że jeszcze niedawno niewolnictwo było w pełni legalne w Imperium! Szkoda tylko, że nie był to pełnoprawny targ jak te w Arabii o których słyszał...

W końcu zlokalizował człowieka który mógł go nakierować. To był dobry trop. Horst Masser. Imperialny handlarz duperelami. Żaden kupiec, ale jeden z tych co sprzedaje wszystko co potrzebne do życia. Od igieł, po koce i materiał, a na garnkach i nożach kończąc. Dość obrotny, starszy człowiek z historią, ale kto jej nie ma? Co prawda, nie znali się, ale to mogło się zmienić. Tym bardziej, że przychodził z jakże nie Jadeitową propozycją biznesową… Magistrowie Ghyran i zainteresowanie dobrami? Złotem? Niesłychane!

- Herr Masser wybaczy. - uśmiechnął się nieznacznie czarodziej - Jednak interesuje się jakże ciekawym okazem który niedługo ma zostać wystawiony na sprzedaż… Amazonką? To prawda? Nareszcie udało się złapać te nieuchwytne stworzenie?

Oczywiście, poszukiwanie właściciela Amazonki na własną rękę miały swój plus, ale był człowiekiem ostrożnym. Wysłał więc swojego człowieka Zahariasha by zlokalizował Thomasa. Młodzik był obrotny, a mogła mu wpaść moneta, czy przysługa, więc…

Tak, chciał zlokalizować Amazonkę i zlokalizować to mało. To co miał do zaoferowania… to dobre podbicie wartości tego chodliwego towaru, czyli czysty zysk dla sprzedającego. Ludzie będą się zabijać. Musiał tylko go znaleźć i się rozmówić. Ten etap był właśnie najtrudniejszy.

Horst przywitał się skinieniem głowy i wysłuchał z czym przychodzi młody blondyn. Już w trakcie mówienia wolno kiwał głową na znak potwierdzenia czy zrozumienia. Chociaż jeszcze nie wiadomo było czego dokładnie.

- To żadna tajemnica. Wszędzie o tym trąbią. Mają ją w Marktag na placu sprzedawać. - powiedział bez przesadnego zaangażowania jakby traktował to jak kolejną plotkę dnia nie wartą by sobie tym zaprzątać głowę.

Młodzian natomiast przeglądał towary. Może koc? Trochę to by było drogie… garnek? Niepotrzebne… fiolki czy słoiczki ceramiczne? O to już lepiej… może dodatkowa sakwa? Lub kłąb sznurka? Tak, wykazywał zainteresowania, by zapaliła się gościowi świeczka nosząca miano “Klient”. Kto by zwracał uwagę na informacje które mogą się posypać, gdy jest możliwość realnego zarobku?

- Oczywiście. Takie informacje szybko się rozchodzą… Ta nić to spod kogo ręki? Mocna? Mogę sprawdzić? Przydałby mi się haczyk na ryby albo i dwa… - mówił obracając w palcach żelazne haczyki i sprawdzając ich wykonanie tak by dokładnie handlarz widział jego ręce i co robi z towarem - w sumie ciekawe… wiadomo kto jest szczęśliwym właścicielem? Albo kto ją złapał? Ktokolwiek to był musiała to być niezła fachura, nie ma co…

- Nić mocna, mocna. A haczyki to tutaj są. - kupiec pokiwał głową by uspokoić klienta co do tej nici. I wskazał na pudełko niedaleko siebie gdzie błyszczała jakaś metalowa drobnica.

- Tu są małe na małe ryby i duże na duże. - doprecyzował wskazując właściwie ze trzy pudełka z tymi haczykami.

- A tą Amazonkę nie mam pojęcia skąd się u nas wzięła. Ale podobno Mark Tramiel coś o niej może wiedzieć. - powiedział nadal bez specjalnej ekscytacji tym tematem. Samo nazwisko obiło się wcześniej Friedrichowi o uszy. Mark był nie tyle kupcem co pośrednikiem i załatwiaczem. Znał wielu ludzi i pośredniczył w ich różnorakich interesach. Zwykle buszował na targu ale gdzie go było można spotkać oprócz dni handlowych to nie miał pojęcia.

Friedrich przyglądał się z fachowym zaciekawieniem niciom i haczykom.

- Te małe i duże to na jakie gramatury? - mniej więcej wiedział, ale chciał sprawdzić człowieka - Nić wytrzyma dużaka? - dopytał jeszcze, w końcu dobrze mieć zapasowy haczyk czy kilka i nić… o napitek się nie martwił, bo mógł od biedy zaryzykować i poczarować, ale jedzenie… no i taka nić, czy garść haczyków to nic nie ważyło
- Jakie obciążenie zniesie? Nie zerwie się przy dorodnym sumie? Czy może radziłbyś coś innego?

- Na suma to za słabe. Na suma to tamtą lepiej wziąć. I któryś z tych haczyków. - Horst pokręcił głową na znak, że na tak duże sztuki to to co miał w ręku klient to zbytnia mizeria. Wskazał na inną linkę oraz na pudełko z większymi haczykami.

- Nigdy nie wiemy co tu da się złapać, prawda? Ile za pudełko małych i dużych, oraz ze dwa szpagaty tych mocniejszych? W sumie, to ten Tramiel to ogarnięta bestia… myślisz, że dałby radę sprowadzić jedwabną szarfę? Jest taka panienka w Przystani Żeglarza. Chiara się zowie… kurde to jest sztuka. Każdego zadowoli… myślę, że nie miałaby nic przeciwko wiązanku… ah, a te fiolki ceramiczne to po ile? Wiesz może gdzie znajdę Marka? Ta mała umie się ruszać… kurła, gdyby była w Czerwonej to by za nią liczyli jak za złoto…

Nie ma to jak nakręcać interes sobie, czyli Georgijowi, czyli napędzać klientów Chiarze, nie? Handlarze z każdym gadają… najlepsza reklama to ci co mają długi język, a przekupy takie mają. Nie zawsze, ale oni mają gadanie we krwi, więc co szkodzi?

- Bo ja wiem z tą szarfą? Musiałbyś jego zapytać. Ale on chyba nie zajmuje się takimi rzeczami. - kupiec skrzywił się i pokręcił głową na znak, że nie sądzi by Tramiel był właściwą osobą do załatwiania takiego produktu.

- A zwykle się kręci na targu w dzień handlowy. To tam go najłatwiej łapać. Za dwa dni sam możesz go tam poszukać. - powiedział sprawdzając co za towar wybrał klient. Przełożył wybrane haczyki do niewielkiego woreczka i zaczął podliczać te zakupy. Wyszło nie tak znowu drogo nawet jak na sakiewkę ucznia magistra.

- Wiesz, że wolałbym od ręki. Znasz może kogoś kto by mnie pokierował? Z chęcią bym zrobił temu drobnemu płomyczkowi wieczorny prezencik… wiesz co mam na myśli. - mówił wręczając monety przekupie. Jakoś nie miał głowy się targować. Liczyła się tylko Amazonka, a haczyki, fiolki i szpagaty zawsze się przydadzą.

- Nie wiem co masz na myśli. - Horst odparł tonem sugerującym, że nie interesują go takie detale. - Słyszałem, że Mark bywa ostatnio często w “Starym Piracie”. - powiedział czekając na swoją zapłatę.

Młodzik wydobył kilka drobnych monet i wręczył je starej wydze mówiąc lekko bezradnie.
- Ciężko będzie tam się dostać… widać Targ... - po czym dodał z nadzieją - Powiedz mi, jakie towary chciałbyś sprzedawać, a chwilowo wyszły? Może mam coś, lub załatwię coś, na czym obydwoje zarobimy?

- Ty? A co ty możesz załatwić? - brwi kupca uniosły się do góry i ta propozycja wyraźnie go zdziwiła. Chyba nie brał pod uwagę, że blond-włosy młodzieniec może być partnerem do interesów skoro dotąd najwyżej czasem kupował u niego jakieś drobiazgi.

Jadeitowy mag wzruszył ramionami z tajemniczym uśmieszkiem.
- A czego potrzeba?

- A co oferujesz? - Horst prychnął rozbawiony i spojrzał ironicznie na klienta po drugiej stronie lady.

- Ja? - zapytał zdziwiony i się roześmiał - Cóż, niedługo znikam z Portu i może wrócę żywy, ale będę miał zioła lecznicze i przyprawy prosto ze Starego Świata. Jakie dokładnie nie jestem pewny. Podobnie co do ilości. Sprawa jest rozwojowa.

- Zioła lecznicze? - handlarz pokiwał głową i chwilę zastanawiał się nad tym tematem. - Tak, zioła lecznicze mogą być. To jak wrócisz i będziesz je miał to przyjdź to pogadamy. - powiedział lekko się uśmiechając.

- Jasne. Dzięki za haczyki. - odpowiedział młodzik po czym skinął głową i ruszył przed siebie. Zahariash powinien odnaleźć Thomasa… jak nie? Pora będzie odwiedzić Starego Pirata… tylko sam tam nie miał zamiaru iść, oj nie… ale miał kogoś, oj miał. Może nawet dzisiaj się rozmówią tędy jutro by tam może był!

Wizyta w “Wesołym Kordelasie”
{{Podziękowania dla MG za scenkę.}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; zmierzch
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, “Wesoły Kordelas”

Młodzik musiał przyznać. Zarządzanie czasem miał specyficzne, bo człowiek z zewnątrz raczej by nie zrozumiał zawiłych subtelności priorytetyzacji zadań. Dlaczego zwlekał z udaniem się do Carlosa przez dobrą część dnia? Ot, pewnie pija wieczorami jak przystało na dobrego łotra… kapitan i nie łotr? Haha! Dobre sobie. Ciemność była sprzymierzeńcem, poza tym, nie ważne jakie lokum pewne ludzie właśnie o tej godzinie lubią się schodzić… razem praktycznie z każdym co po robocie idzie wychylić szklanicę!

Nie było trudno namierzyć człowieka. Był kapitanem, człowiekiem morza, więc gdzie mógł być? Oczywiście w karczmie, choć bardziej tawernie, katerującej ludzi jego pokroju. “Wesoły Kordelas” się zwała. Poprawił swój impregnowany zielono-brązowy płaszcz przedzierając się do przybytku. Jeszcze nie nawykł do tego skwaru słońca i zdawałoby się wiecznego deszczu… skwar jeszcze, słońce było złem.

Dwa sierpy u boku, poza specyficznym ubiorem, jawnie zdradzały kim był. Jeden z brązu, drugi srebrny. Dla wielu jak nie wszystkich były to tylko nic nie znaczące, choć może trochę warte duperele… dla niego? Dla każdego Magistra Druida? Nie dość, że symbol statusu, to jeszcze niezbędne narzędzie pracy zielarskiej. Żelazo, stal, a nawet i inne metale mogą naruszyć subtelną równowagę eteryczną otaczającą i wnętrze rośliny jak się ją ścina złym narzędziem. Dlatego nie dość, że sierp, to jeszcze z kruszcu. Im wyżej, tym droższego. Na przykład taki złoty jako najczystszy metal może ścinać praktycznie wszystko bez szkody, a przynajmniej to o czym wiadomo. Nadal jednak niektóre zielenie reagowały lepiej, a nawet polepszały właściwości w kontakcie z odpowiednim materiałem. To było całkiem proste jakby się nad tym zastanowić…

W końcu dotarł na miejsce i wszedł do środka zdejmując kaptur, by udać nieśpiesznie się do rozdawcy wody z lekkim, pogodnym uśmieszkiem. Dyskretnie rzucał okiem. Jak najdyskretniej się da. Słyszał o de Riverze trochę… mniej więcej wiedział jak wygląda. Teraz trzeba było dobić targu co nie powinno być trudne.

Jak on kochał cień. Tak, chyba się nawet już jako tako zaaklimatyzował do tego klimatu, choć jeszcze musiał trochę tu pożyć. Tylko dlaczego miał przeczucie, że tam, w głębi lądu jest jeszcze gorzej niż przy wielkiej wodzie?

Wieczór był jeszcze młody. Ale na zewnątrz już panowały nocne ciemności. Przynajmniej deszcz przestał padać chociaż nocne niebo wciąż było zachmurzone. Wraz z końcem dnia ochłodziło się na tyle, że płaszcz czy podobne okrycie wydawał się odpowiednim okryciem. A mimo to na niezbyt prostych ani zadbanych ulicach tego miasta panował gwar i ruch. A wszelkie karczmy i tawerny zdawały się kumulować ten gwar i ruch. Podobnie było w “Kordelasie”. Nie był taką mordownią jaką opinię miał “Stary pirat” ale trudno było go nazwać lokalem dla wyższych sfer. Raczej dominowali tu ludzie trudniący się wojaczką oraz z nimi związani.

Wewnątrz było całkiem tłoczno, gwarno i wesoło. Jak w soczewce kumulowały się tu najróżniejsze i najbarwniejsze typy ludzkie i nieludzkie. Chociaż tych drugich było wyraźnie mniej, raczej jak szczypta przyprawy doprawiająca potrawę. Friedrich nie był pewny czy ci którzy zawiesili na nim wzrok jak obok przechodził zorientowali się czym oznaką są oba sierpy czy nie. Ale parę osób splunęło na podłogę. Czy był to wyraz niechęci, pogardy czy na odegnanie złego fatum jakie mieli ściągać ci parający się mocą nie miał pojęcia. W każdym razie dotarł w okolice szynkwasu i jakoś od nikogo po twarzy nie dostał ani nikt go nie zaczepił. Ale też jakoś nie widział żadnej chociaż trochę znajomej twarzy. Widział z dwóch czy trzech mężczyzn co mogli być jakimiś kapitanami czy oficerami ale czy któryś z nich to de Rivera to nie miał pojęcia. W końcu nigdy go nie spotkał wcześniej ani nie widział nawet z daleka.

“Ignoruj, nie prowokuj, nie wdawaj się w niepotrzebne rozmowy, bo nie dasz rady nie zwracać na siebie uwagi.”

Przemknęły mu przez myśl proste lekcje których szybko się nauczył jeszcze w Imperium. Przesądna tłuszcza, ale miało to swoje plusy. Poza pogardą i niechęcią, ośmieszaniu… sporadycznie dochodziło do linczów, bo nigdy nie wiesz jak to z czarownikami. No, chyba, że jakiś nadgorliwy Sigmaryta zdecyduje się podburzać tłum. Ci byli najgorsi…

Zresztą i tak cholernie się narażał, ale tak trzeba było. Ponieważ nie miał przewagi ciała musiał grać na czymś innym. Jajach i potędze przesądnego strachu. Tylko tak mógł zaskarbić sobie jakiś szacunek na wyprawie. Pierwsze wrażenie to pierwsze wrażenie i tyle. Potem? Potem można się uśmiechać. Teraz nie było pory na okazanie okrucha słabości, czy wahania. Nawet jeśli to Nie był “Stary Pirat” to jednak “Wesoły Kordelas” miał swoją renomę. Krok po kroku...

Doszedł do szynkwasu i spojrzał barmana z nikłym, poważnym uśmiechem.
- Widzę, że Kapitan de Vespario jeszcze nie ma? Myślałem, że załoga zawitała do portu… - uniósł brew - Kapitan de Rivera może?

Barman podniósł na niego oblicze, spojrzał na dwa sierpy, potem na twarz ich właściciela i pewnie coś sobie pomyślał. Co to jednak blondyn nie mógł rozgryźć. Uniósł nieco brew do góry słysząc co młodzian powiedział ale wreszcie uniósł rękę i wskazał jeden ze stołów zajmowany przez całkiem barwną i wesołą ferajnę. W centrum znajdował się mężczyzna którym mógł być de Rivera.

Młodzieniec zerknął kątem oka starając się dopasować człowieka którego znał z opowieści lewie do którejś z postaci przy stoliku, ale szybko wrócił spojrzeniem na szynkarza. Po drodze zawiesił oko na palenisko i coś mu zaświtało.

- Powiedz mi dobry człowieku… - powiedział ciszej z zaciekawieniem - Dużo drwa spalacie na przygotowanie posiłków i tak dalej? Co robicie z całym tym bezużytecznym i bezwartościowym popiołem? Wysypujecie na zewnątrz?

To była Lustia. W Wieży opali drwem, no chyba, że aparatura alchemiczna wymagała z rzadka i sporadycznie wyższej temperatury to węglem drzewnym… zresztą i tak prawie stała nieużywana, a węgiel drwi to mało chodliwy towar w tych stronach. Nie to co w Reichu!

Popiół? Miał dla niego zastosowanie… czysto naukowe oczywiście! Naukowe do tego stopnia, że nawet zakrawało na osobne rzemiosło. I to jedno z tych niepojętych przez gromadę szarości ludzkości, bo szczerze? Kto by się przejmował czymś takim jak brudny popiół? W końcu był magiem, a magowie to dziwacy! Prawda jednak taka była, że fakt, wielu było ekscentrycznych… bo wiedzieli więcej. Tylko i aż dlatego… dobra, były też Wiatry Magii, ale lepiej nie iść myślami w tym kierunku…

Twarz oberżysty przybrała podejrzliwy wyraz. Jeszcze raz obrzucił blondyna uważnym spojrzeniem od góry do dołu. No a przynajmniej do tego dołu co widać było wystający ponad szynkwas.

- A co ci do tego? - zapytał wreszcie w płynnym reikspiel nie ukrywając swojego braku zaufania na takie dziwne pytanie.

Blondyn uśmiechnął się pogodnie z tą miną ekscentrycznego badacza zajmującego się jakąś niestworzoną i nieszkodliwą zajawką, ale z tymi przebłyskami ciekawości i życzliwości, oraz chęci pomocy.

- Bo mógłbym zabierać za lekki grosz. Układ prosty jak się wypali i ostygnie to wrzucicie do wora który dostarczę, a za jakiś czas jak będzie w miarę pełny mój znajomy na mieście odbierze i mi przyniesie. Im lepszy popiół tym większy grosz, ale chodzi o to by nie było w nim żelastwa, piachu i kamieni, oraz by pod żadnym pozorem nigdy nie był mokry. To już bezwartościowy szmelc jest wtedy, a nawet szmelc ma większą wartość. Suchy jak wiór ma być. Nie będę gadał o naukowych badaniach które mam w głowie, ale tylko na tym zarobicie. Grosz, ale jak dobrze pójdzie i popiół spełni wymogi to stały. I tak się marnuje ten popiół, prawda? Zapłatę i znajomy przyniesie przy pierwszym worku. Próbkę mogę i z chęcią zabiorę jutro z rana? Tyle co się przez dzień uzbiera? To przy okazji pomoże ustalić i oszacować wydajność i będę mógł sprawdzić jakość, a co za tym idzie wasz zysk. Stoi? Tylko na tym zyskacie, a możemy sobie wzajemnie pomóc. Pomożecie?

- Chcesz kupować mój popiół? Za ile? - karczmarz dalej wydawał się podejrzliwy co do takiej nietypowej propozycji. Ale nieco mniej skoro pojawiła się jakaś opcja zarobku. Jednak widocznie chciał się upewnić o czym mowa.

- Zależy od jakości, od tego jak jest nośny. Drewno tutaj jest inne niż w rodzinnych stronach - odpowiedział po szczerości Magister wzruszając ramionami - Jeśli masz jeszcze jakiś tak ze trzy pełne garście, to mógłbym zabrać i zrobić pierwszy test. Jest już późno, ale jutro z rana miałbym odpowiedź. Rozliczamy się na worki?

- Teraz nie mam. Rano opróżniamy piece. Po ile byś brał taki worek? - karczmarz nadal zdawał się rozważać źródło tego dodatkowego dla siebie dochodu.

- Na ile jesteś w stanie wycenić coś bezwartościowego, co dodatkowo ogranicza robotę, bo cyk do wora i się nie przejmujesz? No i podwórko czyste, a nie syf się nosi do środka i trzeba jeszcze sprzątać wredny, lepki w szczeliny wchodzący popiół. - zapytał lekko podejrzliwie mag.

- Kolego to ty mi mówisz, że chcesz kupić mój popiół. To ja chcę wiedzieć ile proponujesz. - karczmarz pokręcił głową na znak,że nie tak sobie wyobraża negocjacje w sprawie kupna i sprzedaży.

- Jak mówiłem zależy od jakości. - odpowiedział mag i przybrał zamyśloną minę licząc koszta produkcji i ceny rynkowe jakie znał. Mydła, prochu, nawozu, środków do czyszczenia ubrań… kurde, gdyby miał swoje książki pod ręką byłoby łatwiej, ale z takiego worka to trochę by porobił… worki miał. Też te duże i impregnowane solidnie. Co prawda na co innego miały być, ale… z tego co widział, drewno tu było z tych twardych, czyli lepszych i nośniejszych. Mógł na tym popiele zarobić!
- Niech pomyślę…

Mężczyzna po drugiej stronie lady nie zabraniał i nie przeszkadzał młodemu klientowi myśleć. Skrzyżował ramiona na piersi i spokojnie czekał. Chociaż spojrzał też po reszcie gości i sali czy ktoś go nie wzywa albo czegoś nie potrzebuje.

[/i]- Garść drobnych monet za kiepski. Małą sakiewkę za przeciętny. Dwie za dobry. Jeśli będzie suchy powinien być co najmniej przeciętny z tego co widzę po drewnie jakie tu mają, albo towar barterowy. Zainteresowany równowartością w ziołach kuchennych ze Starego Świata? Na początek raczej moneta, prawda? Jak nam będzie dobrze szło dorzucę ekstra. No i będę Twoim najlepszym przyjacielem. Twoja decyzja.[/i]

Gospodarz podrapał się po zarośniętym policzku. Patrzył na młodzieńca jakby szukał gdzie jest haczyk w tej propozycji. W końcu chyba go nie znalazł bo skinął głową na zgodę. - Dobra. Uzbieram ten pierwszy worek i go sobie zabieraj. Myślę. że to w tydzień się uzbiera chyba. Ale nie jestem pewien. Nigdy tego nie liczyłem na worki. Jak mnie spróbujesz wyrolować i coś kręcić to koniec z taką umową. - karczmarz przedstawił jak widzi sprawę. Ale chyba na próbę z tym pierwszym workiem o jakim mówił był gotów zaryzykować.

Młodzieniec się uśmiechnął serdecznie.

- Chcę być uczciwy. Co powiesz na to, że dam zaliczkę? - zapytał i sięgnął do sakiewki po parę monet i położył na stole - Za kiepską jakość. Tylko pamiętać, by broń bogi nigdy nie zaznał wilgoci. Taki jest bezwartościowy nawet dla mnie, a będę wiedział. To jak z tymi ziołami?[/i]

Rozmówca chyba trochę się zdziwił gdy na ladzie wylądowała moneta. Spojrzał badawczo na nią, na blondyna w końcu po nią sięgnął, obejrzał, poprzewracał w palcach obrócił trochę głową i w końcu nią skinął.

- Dobra. To przyjdź po ten worek w Festag. Chyba powinno już coś być do zabrania. - zgodził się chowając monetę do kieszeni.

- A z tymi ziołami to co masz? - zapytał o kolejną poruszoną kwestię.

Friedrich zaśmiał się cicho.

- Bardziej co mogę mieć, ale myślę, że mógłbym zaopatrywać. Uprawa naszych kochanych rodzimych ziół w tych warunkach jest cholernie ciężka, ale to coś na czym się znam. Pytam co najbardziej potrzeba. Jak tylko urośnie dam znać. Obiecuję. Co najczęściej używacie?

- To nic nie masz? - karczmarz skrzywił się rozczarowany. Podrapał się po brodzie zastanawiając się co z tym fantem zrobić. - Tymianek, lub rozmaryn jakbyś miał to przynieś. - powiedział w końcu bez zbytniego entuzjazmu. - A teraz wybacz, ale mam klientów. - powiedział ruszając w stronę kogoś kto właśnie podszedł do szynkwasu i do niech machnął.

- Przyniosę sznurek czosnku i może coś jeszcze z samego rana po znajomości. - powiedział z uśmiechem jak karczmarz miał odchodzić.

Po tych słowach udał się do wskazanego wcześniej przez niego stolika.
 
__________________
"We aren’t no thin red ‘eroes, nor we aren’t no blackguards too,
But single men in barricks, most remarkable like you;
An’ if sometimes our conduck isn’t all your fancy paints,
Why, single men in barricks don’t grow into plaster saints!"

Ostatnio edytowane przez Dhratlach : 08-01-2021 o 21:31. Powód: lit.
Dhratlach jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2021, 09:15   #7
 
Dhratlach's Avatar
 
Rozmowa z Carlosem de Rivera
{{Podziękowania dla MG za scenkę.}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; zmierzch
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, “Wesoły Kordelas”

Spojrzał na człowieka który najprawdopodobniej był liderem grupki stając w niedalekiej, ale nie niebezpiecznie bliskiej odległości i zapytał rzucając okiem na zgromadzonych w świcie przy stoliku.

- Jak bardzo mogę zająć krótką chwilę? Kapitan de Rivera, prawda?

- Tak, a o co chodzi? - brunet z niezbyt zadbaną brodą odpowiedział spoglądając na młodzieńca stojącego niedaleko stołu. Te kilka osób jakie mu towarzyszyło również.

Sonnenblume położył dłoń na sercu i lekko się ukłonił mówiąc formalnie, ale z pogodą ducha.

- Friedrich “Sonnenblume” Zimmer. Kolegia Magii pragną zaoferować swój udział i należytą pomoc w mającej się odbyć ekspedycji. Jak bardzo jest to akceptowalne i mile widziane w oczach pańskich i szlachetnej patronki?

- Kolegia Magii? - kapitan zapytał nie ukrywając swojego zdziwienia. Chociaż jego rozmówcy trudno było zgadnąć co dokładnie go tak zaskoczyło. Spojrzał po swoich kompanach a krasnolud z przepaską na oko wzruszył ramionami, wytatuowany mięśniak lekko rozłożył dłonie a jak blondynka jakoś zareagowała to blondyn tego nie dostrzegł bo siedziała do niego tyłem.

- Ale właściwie to o czym mówisz? Co właściwie oferujesz? - de Rivera wrócił spojrzeniem i słowem do młodzieńca stojącego przy stole.

Blondyn stał dumnie o nienagannej, wyprostowanej posturze, choć bez arogancji i ekscentryczności typowej co dla niektórych. Ah! Jak babcia kazała mu chadzać z kijem i karciła za najmniejsze zgarbienie! Mówił pewnie, niezachwianie. Był fachowcem… a przynajmniej miał taką nadzieję.

- Jako reprezentant Kolegiów i członek Kolegium Życia oferuję ekspertyzę od wszelkiego co z fauny i flory pochodzi. Włączając to znawstwo roślin leczniczych, trujących i pożywnych, oraz zwierza. Choć to nowe gatunki naszym zainteresowaniem jest je poznać dla dobra Starego Świata i Portu Wyrzutków. Z mojej strony oferuję dodatkowo solidną, choć podstawową ekspertyzę medyczną i wsparcie w sferze arkan sztuk tajemnych. Jestem również dobrym, intuicyjnym lingwistą z pewną swobodą komunikującym się w obcych językach, choć na poziomie podstawowym i łamanym.

- Nie interesuje mnie Port i Stary Świat. Interesuje mnie ekspedycja. - kapitan odezwał się całkiem szybko i krótko ledwo blondyn skończył mówić. Postukał palcami po stole przyglądając się uważnie sylwetce rozmówcy.

- W czyim imieniu mówisz? Reprezentujesz kogoś? Kto z tego Kolegium chce iść na tą wyprawę? - zapytał wracając spojrzeniem do twarzy Friedricha.

Młodzik odpuścił formalny ton i spojrzał na kapitana z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy i stanął luźno.

- Ja. Mistrz Ambrosio jest przychylny tej ekspedycji i zgodził się na mój w niej udział. Nie, nie jestem żołnierzem i wojownikiem, ale kimś kto posiada użyteczną wiedzę i bystry umysł wyspecjalizowany w sferach które na pewno spotkamy. - przewrócił oczami - Nie, właściwie to będziemy nimi otoczeni. Plus jestem medykiem, moją specjalnością jest leczenie trucizn, a tych choler od niemała tam. Mam też szansę dogadać się jakoś z tubylcami, więc może nie stracimy głupio ludzi na samo dzień dobry jeśli ich spotkamy.

- Mhm. - kapitan pokiwał głową i trawił w zamyśleniu słowa ochotnika. Znów spojrzał na swoich kamratów jakby sprawdzał ich reakcję. Coś tam poruszyli brwiami czy ramionami ale trudno było to Friedrichowi jakoś zinterpretować. Czy de Rivera to jakoś zidentyfikował to też nie wiedział. W każdym razie znów spojrzał na niego.

- A powiedz mi magu. Umiesz chodzić? - zapytał tak jakby miał co do tego wątpliwości. - Umiesz chodzić cały dzień? Przez błoto i dżunglę? W deszcz, moskity i bagna? Bo szczerze mówiąc wyglądasz mi dość mizernie. A nie chciałbym mieć takiego uzdolnionego i wykształconego człowieka na sumieniu. Tropikalna gorączka uczonych zżera tak samo jak zwykłych marynarzy. Co mi po twoich mądrościach jak będziesz się trząsł w febrze. - de Rivera wyłuszczył na czym polegają jego wątpliwości odnośnie kandydatury młodzieńca.

Sonnenblume uśmiechnął się lekko patrząc na niego nieustępliwie. Nie było mowy o odwrocie. Nie mógł zawieść Mistrza… a przede wszystkim swoich planów.

- Friedrich, lub Sonnenblume. Obawiam się, że jakoś tu doszedłem, więc chodzić umiem. W tropikach trochę jestem to do wilgoci i gorąca przywykłem. Błota też tu pod dostatkiem. Po bagnach za ziołami chodziłem. Na moskity znajdzie się rośliny których soku nie trawią i trzymają się z dala. Chorobę jak się pozna można ostatecznie zwalczyć, a sam zauważyłeś, że bierze wszystkich bez wyjątku. Tam na kontynencie poruszałem się tylko pieszo. Prawda, może nie jestem idealnym kandydatem, ale proszę powiedz mi szczerze Kapitanie… czy można mieć wszystko? Bezwzględnie wszystko?

- Taakk… Zapewne masz rację… - mimo słów twarz i głos de Rivery jakoś nie wyrażały zbyt głębokiego przekonania. Znów popatrzył po swoich kamratach przy stole. Dziewczyna lekko pokręciła głową i spojrzała gdzieś w bok. Wytatuowany popatrzył na kapitana i wzruszył ramionami po czym zainteresował się tym co ma w kuflu jakby coś mu tam wpadło. Khazad tylko prychnął i upił ze swojego naczynia.

- Zaiste Friedrichu cenne są twoje talenty i umiejętności. A hart ducha i wiara niezłomne. Ciało jednak to nasza słabizna a trudno się bez niego obejść. Przeto bardzo byś mi pomógł i jeśli to poważna oferta to chciałbym pismo od mistrza Ambrosio. Takie w którym zezwala na twój udział w wyprawie. Oraz nie będzie rościł żalu i pretensji jeśli będziesz miał ogromnego pecha nie wrócić z tej wyprawy. Jeżeli byś dostarczył to pismo do Festag to by nam bardzo to pomogło. Wolałbym wcześniej ale rozumiem, że mistrz Ambrosio to bardzo zajęty człowiek więc bynajmniej nie ośmielam się go popędzać. - kapitan w końcu dał swoją odpowiedź. Całkiem wyszukaną jakby był wykształconym człowiekiem albo chociaż z odpowiednią porcją manier. Rozmowę zakończył tak jakby ten glejt od mistrza za jego ucznia uważał za kluczowy przy rozważaniu kandydatury tego ucznia.

Młody Magister pokiwał powoli głową.

- Wielce rad me serce słysząc wasze słowa Senior. Jeśli byśmy mieli dżentelmeńską umowę, że dokonacie starań ku temu bym wrócił z tej wyprawy pewnym będę wspomnieć dobre słowo o waszych zasługach dla Kolegiów. Czym sposobnie zaskarbić życzliwość Mistrza Ambrosio będzie i wdzięczność moją wielką i pamięć.

- Ależ naturalnie Friedrichu. Dokładnie tak samo jak ty dokonasz starań abym ja i pozostali członkowie ekspedycji wrócili z tej wyprawy. - kapitan uśmiechnął się jowialnie kiwając głową na znak zgody.

- W istocie, Senior. - odpowiedział szczerze i uprzejmie blondy - Proszę wybaczyć, jednak sprawunki wzywają.

Po tych słowach ukłonił się lekko jak poprzednio i udał się w swoją stronę… pora była się zapowiedzieć Mistrzowi Ambrosio… Głupi. Mógł się tego spodziewać. Ten de Rivera był nietypowym kapitanem. Przez myśl mu przechodziła szkoda, że nie miał okazji przyjrzeć się tej blondynce.

Rozmówki z Georgij Kusznierewicz (właściciel przybytku)
{{Podziękowania dla MG za scenkę}}

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; wieczór
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, “Przystań Żeglarza”

Słońce powoli ciemniało, a on siedział przy kontuarze rozmawiając ze swoim partnerem w odbiorcą herbatek ziołowych i właścicielem przybytku. Georgij… Kislevczyk jakich mało. Mieli cichy układ, a Chiara była z niego nadej szczęśliwa kręcąc się przy stałych i nowych bywalcach… pewnie już dziewuszka liczyła kasę i przyjemności z oskubania kolejnego frajera…

- Georgij… a w rzyć z tą pogodą, blyat. - powiedział znad piwa z bóg wie czego w jego rodzimym języku - Już się przyzwyczaiłem, ale tawarzjisz powie, co nowego w mieście i co z tą wyprawą co się szykuje? Wiesz, kręcę nadzieję z nią… Chciałbyś coś z czeluści zieleni?

Wyciągnął drewnianą, wiśniową fajkę i zaczął ją nabijać suszem prosto z ukochanych rodzinnych stron za którym wielu tęskniło. Rarytas można powiedzieć. Tam opalają się tym co tu, tu? Tym co tam… dobrze trafił.

- No a kto by nie słyszał? Wielka pani zorganizowała wycieczkę do lasu to kto jej zabroni? - Gieorgij rozłożył dłonie na znak, że on i ci bogaci to całkiem inne światy. I to takie jakie raczej się nie schodzą ze sobą. Więc coś co działało tam nie musiało działać tutaj. I na odwrót.

- Podobno ten de Rivera teraz dla niej robi. I on wszystkim kręci. Więc jak myślisz by się załapać to raczej czeka cię rozmowa z nim. - powiedział drapiąc się energicznie po policzku. - Naprawdę chcesz iść? To nie w kij dmuchał taka wycieczka. Mało kto z takich wraca. A ty główkę to masz nie od parady ale na chodzenie po dżungli to ty mi nie wyglądasz na mocnego. Byłeś kiedyś tam głębiej? - karczmarz pokręcił głową przypatrując się niezbyt muskularnej sylwetce młodzieńca z dość krytycznym spojrzeniem. Zapytał jednak z życzliwością jakby wolał by ten przemyślał jeszcze tą decyzję.

Młodzik wzruszył ramionami bezradnie i rozbrajająco się uśmiechnął.
- Wiesz jak my to my, Magistrowie, uczeni, parający się plugawą magią… ciężko byśmy byli wielkie chłopy, ne? - pokręcił przecząco głową - Nie nada, Mistrz chce mnie w terenie. Widać pora bym zrozumiał o co dokładnie chodzi z tym Nowym Światem i go doświadczył.
Spojrzał na niego niepewnie i upił łyk piwa by zwiesić głowę. Po chwili bezradnego wiszenia spojrzał na mężczyznę.
- Nie, nie byłem i za kurwę nie wiem co mnie tam czeka. masz kogoś na myśli kto by mi opowiedział coś więcej? Cokolwiek co by pomogło mi przetrwać?

- No da… prikaz to prikaz… Żal mi cię… Dobry był z ciebie herbatnik… Mogłeś jeszcze tyle pożyć… - Gieorgij zasmucił się. Położył ojcowskim gestem swoją dłoń na wątłym ramieniu i pokiwał głową. Friedrichowi trudno było to zinterpretować. Czy on tak na poważnie czy tylko jakieś kislevskie żarty sobie z niego stroi. Ale wydawał się być poważny. Bardzo poważny. Te rozmyślania przerwało mu dalszy ciąg.

- Widzisz chłopaku to właśnie w tym szkopuł, że aby o czymś wiedzieć i opowiedzieć to trzeba to widzieć i poznać. A mało kto stamtąd wraca. To i mało kto może coś opowiedzieć co tam jest. Ot i cała filozofia. - rozłożył swoje łapy i uśmiechnął się z tym fatalistycznym, kislevskim uśmiechem.

- Myślę, że największe szanse masz u de Rivera. Co prawda nie słyszałem tak dokładnie by zapuszczał się w głąb. Przynajmniej gdzieś u nas. Ale jak organizuje wyprawę to może się zgłosi ktoś kto wrócił z takiej wyprawy. - poradził młodszemu i szczuplejszemu mężczyźnie swoją filozofię.

Blondyn spojrzał na Kislevczyka tym spojrzeniem zwiastującym rychły koniec. Po czym wzruszył ramionami.

- Przynajmniej wiem, że Chiara jest w dobrych rękach… - powiedział z nostalgią - ...może powinienem się z nią porządnie pożegnać, bez tych słów… w sumie to jak się sprawuje?

- Robi swoje a ja robię swoje. Jak masz do niej jakiś romans to idź załatwiaj póki jeszcze możesz. - skinął głową na znak zgody dalej ciągnąc tym tonem jakby żegnał się ze skazańcem.

- Tej… - zaczął jakby go olśniło.

- ...a co jeśli wrócę? - zapytał z cwanym uśmiechem.

- Wrócisz to wrócisz. Wrócisz to będzie jak teraz. Dobrze będzie jak wrócisz. - Kislevita dla odmiany uśmiechnął się jowialnie jakby taka myśl wcześniej w ogóle nie przyszła mu do głowy. Ale widocznie była mu miła sądząc po tym jak się rozpromienił.

- Mam zamiar wrócić i jak bogi dadzą wrócę. - odpowiedział z szczerym uśmiechem blondyn - Porażka nie wchodzi w grę, ale cyka wie co tam jest. Jak wrócę wszystko opowiem.

Rozejrzał się po zgromadzonych.

- Wiesz Georgij. Tak z ciekawości, co robisz z popiołem? Jak Tobie bezużyteczny i na stracenie idzie, to bym z chęcią przytulił i zabrał do siebie. Byleby był całkowicie suchy i nigdy mokry? Prosto jak ostygnie w wór? Jak mokry choć trochę to jest do niczego kompletnie, a worki dostarczę. Pomożesz?

- Popiół? Taki z pieca? No jak co? Wyrzucam. Po co mi stary popiół? - Gieorgij miał minę jakby nagła zmiana tematu zaskoczyła go dość mocno. Ale do samego popiołu chyba nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi. Przynajmniej do tej pory.

- Mi by się przydał… pakowałbyś do wora? Jak wrócę z ekspedycji, to każdy mi się przyda - odpowiedział z lekkim uśmiechem blondyn - Da radę? Jak będzie suchutki i nie zazna wody to super. Worki dostarczę. przechowałbyś do mojego powrotu?

- No zaraz, zaraz, ja tu mam karczmę a nie skład popiołu. Mogę wysypywać popiół do worka i go sobie zabieraj. No ale nie będę składował całej szopy worków. Nie mam miejsca. - Gieorgij pokręcił głową. Może był zgodny na coś w rodzaju niewielkiej przysługi dla kolegi ale nie uśmiechało mu się zapychać przestrzeń magazynową czymś co było mu całkowicie zbędne i normalnie po prostu to wyrzucał.

- Oj tam, tylko na czas mojej nieobecności.. Zresztą, trochę potrwa nim się worek uzbiera nie? Potem będę zabierał na bieżąco. No i odpalę monetkę za przysługę na ten czas… Upchniesz na poddaszu czy coś. Stoi?

- No dobra. Niech będzie. Jak nie wrócisz do końca roku to wszystko wywalę na ulicę. - Kusznierewicz zgodził się chociaż bez przekonania. Jakby z typowo kislevskim fatalizmem nie wróżył temu wszystkiemu pomyślnego końca i już się szykował na straty i przykrości.

Mag uśmiechnął się szeroko.

- Jasna sprawa. - powiedział - Zainteresowany ziołami kuchennymi ze Starego Świata?

- Pewnie. A co masz? - człowiek ze skutych lodem stepów Kislevu skinął głową na znak zgody i zainteresowania.

- Zależy co wyrośnie. Wiesz, ja jestem specem od tego, a uprawa w tych warunkach nie jest łatwa. Co najbardziej potrzeba?

Ah, słodkie słowo “wyrośnie”! Magister Życia nie zdziwiłby się gdyby jego towarzyszowi na źródło stałego dostępu do ziół i przypraw z kontynentu zapłonęły oczy!

- To nic nie masz? Dopiero będziesz sadził? - w głosie oberżysty dał się słyszeć cień zawodu. - No to jak już byś coś miał sadzić to czosnek by się przydał. I ten zwykły i niedźwiedzi. Tutaj za gorąco na to to nie rośnie zbyt dobrze. - Kusznierewicz odpowiedział po chwili zastanowienia. Ale znów z tym fatalizmem w głosie i spojrzeniu jakby nie wróżył sukcesu takiemu przedsięwzięciu.

- Poza tym? Kmin? Koper? Rozmaryn? Tymianek? Majeranek? Mięta? Fakt z czosnkiem jest problematycznie, ale nie takie rzeczy się robiło. Wiesz, partię mam już posadzoną. To nie jest łatwa robota.

- A co niby jest łatwą robotą? Za co byś się nie wziął to jak ma być porządnie zrobione to potrzeba serca i czasu. Łowienie ryb. Szycie gaci. Prowadzenie karczmy. Gospodarka. Na wszystko trzeba zapracować. - Gieorgij wydawał się mieć dość filozoficzne nastawienie do tego tematu więc jakoś nie był zdziwiony tym co mówił młodzieniec. - A te co mówisz, tak, jak już wrócisz i ci to wyrośnie to przyjdź. To pogadamy. - odparł krótko skoro mowa była o mocno przyszłościowym projekcie z założeniem, że pomysłodawca wróci cało z wyprawy jaka w oczach Kislevczyka chyba nie rokowała mu zbyt dobrze.

- Jasne. Wiem coś o łowieniu ryb. Szepnij choć słówko co najbardziej chciałbyś mieć. Jak nie ja, to może załatwię na jutro. Wiesz… “coś” mam. Mało, ale... - powiedział z tajemniczym uśmiechem Friedrich.

Na co dostał odpowiedź. Krótkie proste słowa o tym czego używa się w kuchni kislewskiej… co ciekawe pojawiło się wspomnienie o warzywach. Ku jego radości oczywiście, bo jak tu pić kislewską gorzałę nie przegryzając kiszonym ogórem? Albo jeść pirogi bez kapusty, grzybów? Kmin, czosnek, chrzan… królowała cebula, a to była tylko część tego na czym zależało jego jakże ulubionemu… klientowi!

Rozmówki z Kjell “Blodig” Stogge (Raketer)

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; wieczór
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, “Przystań Żeglarza”

Stolik, a'la kislevicka wóda na czymś i talerz jadła. Magister Jadeitu był zadowolony. Tym bardziej, że niedawno dosiadł się Blodig… to była cholera… ale swoja cholera, choć kto był kogo było pojęciem względnym. Mieli prosty układ. Ten dawał ochronę, tamten palenie i inne cuda. Co z tego, że co niektórzy nieswoja się poczuli i zrobili miejsce? Widać po nim było, że będą problemy. Cud miód.

- Blodig, jak jest po twojemu “Rozjebie ci łeb ty niewychędożona, cherlawa pizdo?” - zapytał z szelmowskim uśmiechem - Lubię waszą gadkę. jest cudownie brutalna. Macie jaja, a nie to co te wysoko urodzone panusie. Zdecydowanie chciałbym częściej w niej nawijać.

Nors się zaśmiał gardło i spojrzał na blondyna z tym spojrzeniem które mówiło tysiąc słów.

- Fitte, Sonnen, Ciebie pojebało? Chcesz by ktoś ci dał w mordę? Sam jesteś jebana pizda. - znów się zaśmiał.

- Dzieciaku, nawet nie myśl skakać norsowi, czy go nie zaczepiać, bo ci tak wpierdoli, że tylko z drakkaru wrzucić morza i rybki nie muszą pracować paszczami. Po kiego ci to wiedzieć?

Uśmiech maga był krzywy i cwaniaczkowaty kiedy mówił mocno łamanym norskim gestykulując przy tym.

- Słuchać. Nauka. Słuchać to mowa. Gadka więcej słuchać, więcej lekcja. Umieć lepiej, coś..

Blodig skrzywił się niemiłosiernie.

- Jak ty to kurwa kaleczysz… aż uszy krwawią...

[i]- Oczywiście. - odpowiedział po staro światowemu Zimmer - Lepszej jednak niż nic. Swoją drogą, ponoć Mark Tarmiel przesiaduje ostatnio w Starym Piracie?

Reketer spojrzał na czarodzieja z podejrzliwością.

- Czemu nim się interesujesz?

Friedrich nie odpowiedział od razu, tylko upił duży łyk pienistego i otarł pianę z ust rękawem, by zaraz potem odetchnąć. Uśmiechnął się cwanie.

- Ponoć orientuje się w sprawie tej amazonki. Mam do niego sprawę w tej sprawie. Jak dobrze pójdzie uda mi się sprawić, że z łatwością pobije zarobek na licytacji. Czysty biznes.

Nors spojrzał na niego z niedowierzaniem i się zaśmiał szyderczo.

- Ty ledwo co zakładasz właściwy but na właściwą nogę! Niby jak chcesz to zrobić, co?

Lisi uśmieszek zawitaj na twarzy Magistra Jadeitu. Powiedzieć czy nie? Zdecydował się na proste: Tak.

- Czy to nie oczywiste? Porozmawiać z amazonką… jestem w tym dobry, co nie? Coś się dowiem, a każda informacja, każdy szczegół, to historyjka którą licytujący łykną jak młode pelikany. To gorący towar, ta amazonka, ale można pobić cenę. Ktokolwiek poprowadzi licytację będzie to ogarnięta bestia, ogarnięta w chuj, a ja mogę dać tej gadatliwej cholerze materiał z którego uszyje coś co każdy będzie chciał nosić. Nic się nie sprzedaje jak dobra historyjka. Szczególnie prawdziwa.

Zbir spojrzał na niego tępo trawiąc jego słowa.

- Ty to jesteś kurwa, pierdolony langusta, ale jak ty się z tą dzikuską…

- ...dogadam, przytulę monetę, odpalę ci działkę. Stoi?

Obywatel Lustrii z sporym stażem patrzył na czarodzieja kalkulująco.

- Stoi. - powiedział po dłuższej chwili i wyciągnął w jego stronę rękę. Sonnenblume chwycił go za przedramię, ten sam gest odwzajemnił Blodig, skinęli sobie głowami i tak chwilę trzymali opuszczone. Kiedy jesteś w towarzystwie norsa, zachowujesz się po norsku, tyle.


Rozmówki z Chiarą Clarenzzo (poplecznik własny)

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; wieczór
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, “Przystań Żeglarza”, Pokój Chiary


Czasy się uspokoiły. dzień zmierzał stanowczo ku końcowi, więc można było odpocząć. Jakie inne miejsce ku temu jak nie w otoczeniu i ramionach cudownej istotki która zresztą należała do jego “świty”? Jak on nie lubił tego słowa… oczywiście, nie ograniczał się tylko do niej, ale trzeba dbać o swoich podopiecznych. Tym bardziej, kiedy znalazł jej miejsce do życia spełniające jej potrzeby za które była mu wielce wdzięczna...


Choć miał już parę głębszych za sobą i uśmiechał się dużo bardziej niż zwykle… wiadomo, moc alkoholu buzowała w żyłach i rozpierała od środka… tak teraz siedział z kielichem wina na łóżku z nią wtuloną w bok. Razem powoli popijali śmiejąc się.

- No malutka… to kto zasługuje do tej pory na miano najlepszego kochanka w Porcie? - zagaił leniwie patrząc jej głęboko w oczy mrucząc przyjemnie - Opowiedz mi jak Tobie dzień minął… coś ciekawego?

- Najlepszy kochanek w Porcie? Poczekaj to bym musiała poważnie się zastanowić...- dziewczyna udawała, że naprawdę zafrapowało ją to zagadnienie. Tak jakby miała zaraz zacząć jakieś studia czy chociaż wykład w tej materii a on miał być tylko słuchaczem.

Przymilała się gładząc jego tors przez koszulę

- Myślę, że ty ogierze… - zamruczała cicho i z kocim uśmieszkiem, a młodzik spojrzał na nią rozbawiony.

- To kto zajmuje drugie miejsce?

[i]- Alonzo z doków. - odpowiedziała bez wahania. - Może nie jest utalentowany, ale zdecydowanie ma odpowiedni sprzęt.

[i]- Coś ciekawego się działo?

[i]- A dzień jak dzień. Padało. Sporo. To i wszędzie błoto i kałuże. A tak w ogóle to nudy straszne… - przybrała pozę jakby nic specjalnego się nie działo. Jakby. Tylko lekko niespokojna mowa ciała zdradzała, że coś było na rzeczy.

Blondyn się zaśmiał. Upił wina i położył kielich na stoliku nocnym. Dłoń powędrowała do jej policzka który pogładził patrząc na nią cwanie, twardawo i mówiąc przyciszonym głosem..

- Bujać to my, ale nie nas kotku. Widzę, że coś jest na rzeczy, bo unikasz tematu… - pogładził ją i lekko, ale stanowczo chwycił ją za włosy i pociągnął do tyłu patrząc głęboko w oczy - ...nie podoba ci się tutaj? Za mało… wrażeń? Nikt nie mówi nic interesującego kiedy leży obok zrelaksowany i swobodny? Nic sama nie dopytujesz, podpuszczasz? Mysza… znam ciebie zbyt dobrze.

Ciche stęknięcie wydobyło się z jej ust i patrząc na niego nadgryzła wargę niepewnie.

- Jest taka jedna sprawa… nie spodoba Ci się… - powiedziała słabo patrząc przy tym na niego błagalnie.

- Zła wiadomość pierwsza, potem reszta. Teraz. - rzucił oschle pochylając się ku niej.

Wysypała w czym była sprawa. Jak zawsze lubiła grać niewinną, nieszkodliwą, bezbronną ofiarę. Zabawne… Sonnenblume nie był pewny, ale zdawało się, że miała pewną przeszłość. Tylko się domyślał, ale… skoro taki miała system obronny? Jeśli ten akt sprawiał jej przyjemność kim on był by jej zaprzeczać? Szczególnie, że była naprawdę dobra w te klocki… Ta drapieżność tkwiła w niej i pragnęła się wyrwać. Zaledwie czasem dochodząc do głosu i przejmując kontrolę. Jeszcze się nauczy… nauczy się… jednak co jeśli to była jej poza dobrana pod niego? Ta nowa myśl zapaliła świeczkę w jego umyśle. Czyżby jej nie doceniał?

Widział w niej potencjał na drapieżną kocicę. Teraz wiedział, podejrzewał, że to kwestia czasu i nakładu pracy, lub po prostu jest lepsza niż myślał. To była zadowalająca myśl. Wracając z uśmiechem spełnienia do Wieży zdawał sobie sprawę z ilości roboty przed nim. ‘Zła wiadomość’ była zła i bił się w myślach która skrajność była prawdziwa. Tylko eksperyment empiryczny wykaże. Ważne, że jego udział w interesie narkotykowym był właściwie cichą tajemnicą. Bycie nową konkurencją na rynku było zawsze wielkim zagrożeniem. No i Ambrosio był przeciwny. Szczęśliwie, jej starania i zabiegi przysparzały się do budowania jego pozytywnej w oczach ogółu marki i reputacji. Usypianie czujności przed podjęciem stanowczych kroków miał nadzieję w bardziej korzystnej przyszłości.

Rozmyślania nad dniem minionym i plany na następny, oraz dalej

Czas akcji: 2525 - późny wieczór
Miejsce akcji: Port Wyrzutków, Dormitoria Wieża Magów, Przydzielony pokój uczniowski

Friedrich miał mieszane uczucia kiedy późną porą zwlókł się do swojego pokoju. Zapalił świeczkę na stoliku i pogrążył się w myślach sięgając po akademickę książkę zielarską którą ze sobą przywiózł. Jedna z niewielu rzeczy które tak naprawdę były jego i tylko jego. Musiał doczytać i przemyśleć nad rewelacjami swojej panienki na użyczeniu u Georgija…

Czy dawka była za słaba czy za mocna? Czy proporcje były dobre? Czy czegoś nie spierdolił? Może to było tylko pierdolenie? Musiał sprawdzić w teorii i sporządzić nową próbkę na ten wieczór. Jeśli test okaże się dobry… Mogło być w końcu, że w przypływie chciwości za bardzo ograniczył pewne składniki, a innych dał za dużo co sprawiło, że eteryczne oddziaływania korespondencji zielonej energii Ghyran zawartej w ziołach były niekorzystnie zaburzone.Kiedy upewnił się w swej wiedzy przystąpił do dzieła. Komponentów miał dość. Problem leżał gdzie indziej...

Nabił fajkę i odpalił ja zaciągając się słodkim smakiem. Wracając krótką myślą do przebiegu dnia czuł błogie rozluźnienie, oraz zarówno tą klarowność jak i otumanienie zarazem. Parę głębszych wdechów dla sprawdzenia działania. Było dobrze. Więcej nie pociągnie na tych składnikach, to było pewne. Szału nie robiło, ale było dobre.

Ambrosio i jego znajomy kapłan byli ciekawie dobraną parą. Niepokoiły go słowa Mistrza… samowystarczalność znaczyła, że mógł palić co chce. Nie mógł tylko wynosić… obawiał się, że to będzie ostatnia partia dla młodej w najbliższym czasie i czasie po wyprawie. Na uzytek własny tylko. Zagryzł zęby w niezadowoleniu. Nawet to było mocnym naginaniem rozkazu. Zdecydowanie zbyt szybko podszedł do tematu. Zdecydowanie! Wszystko rozbijało się o renomę Kolegiów… Na szczęście, można było to obejść… bardzo prosto. Oj bardzo, ale do tego potrzebował renomy człowieka uczciwego, oraz zasobów i odpowiedniej pozycji. No i ogólnie sformułowanego pozwolenia od Magistra Naczelnika… na rzecz medyczną i sprzedawać jako napary, odwary i tinktury, ale takie co można palić? Albo w większej nieco dawce ma się odlot? Nic trudnego! Było tyle szkodliwych i narkotycznych właściwości roślin towarzyszących właśnie tym dobrym i leczniczym! Sprzedawca-zielarz zawsze otwarcie poprzyucza ludzi! Może… hmm… wejść z kimś w komitywę sklepu zielarskiego? Zdecydowanie potrzebował ludzi! Zaufanych ludzi… albo… Ha, może nawet nie wiedzieć o swojej prawdziwej swojej roli! Interes pod przykrywką legalności i do tego w pełni legalny!

Za to przygotowania do rozwoju i lepszej uprawy roślin zapowiadały się nieźle. Z samego rana odebrać popiół, sprawdzić nośność potashu… i już ma się wspomaganie dla biednej spragnionej życiodajnej mocy tego składnika ciężko i w trudzie rosnących roślin… że też o tym zapomniał i dopiero widok popiołu skąpanego w blasku ognia go olśnił. Do tego cała możliwość działań alchemicznych! Jakby odbierał codziennie i codziennie po prochu robił… proces granulacji substancji zaoszczędziłby miejsce magazynowe. Mydło, detergenty, przyszłościowo proch strzelniczy i w pełni profesjonalny Jadeitowy nawóz dla roślin. Tak, to był dobry plan.

To była właśnie ta otwarta kwestia rozwoju Portu Wyrzutków poprzez uprawę roślin leczniczych, ziół kuchennych i warzyw… tu wszystko rozbijało się o czas. Dużo czasu. Miał obawy, że bez odpowiedniego wsparcia finansowego nie uciągnie. Nawet po wyjątkowo udanej i przeżytej wyprawie. Tylko z kim wejść w komitywę? Najbezpieczniejszym strzałem był Ambrosio, lub jakiś lokalny kupiec. Zbyt był prosty. Lokali było dość i każdy byłby chętny dawać znane i kochane przyprawy w zamian gotówkę i ten bezwartościowy popiół..;. Do tego medycy i handlarze też będą łakomi na wszelkie zioła lecznicze, a nawet i toksyczne. Toksyczne? Tak, bo to dawka czyni różnicę między trucizną, a lekiem..

To jednak wszystko były plany na daleką przyszłość, ale przygotowania mógł czynić. To była wszystko kwestia czasu. Czasu, pieniędzy, pozycji. Wstępnie jednak mógł działać. Teraz najważniejszy był Mark Tarmiel i to co mogli dla siebie zrobić w sprawie amazonki… Pierwszy kontakt z całkowicie obcym językiem tego świata go nakręcał. Tak, może i był ‘ślicznym chłopcem’, ale to był jego atut. Niemal wszyscy wokoło to były zakapiory, paniska, albo inne ‘męskie’ elementy. Jego inność powinna dać mu pole manewru niedostępne dla wielu.

Poranny odbiór popiołu, testy potashowe, od ręki nawożenie, potem Mark. Lubił plany proste, ale był gotowy działać ponad miary. Co z tego, że często gęsto ta prostota się komplikowała i rozwijała w trakcie działań? Słodycz minimalizmu zapewniającego mniejszy stres… a żelazo się kuje póki gorące.

Uśmiechnął się leniwie i zmęczenie. To był długi dzień… dzisiaj będzie dobrze i szczęśliwie spał. Tego był pewny. Zdejmując buty i płaszcz położył się do łóżka z niemą w myśli dziękczynną za dzień i błagalną o przyszłość modlitwą do Handricha, oraz Randala. Boga legalnego handlu, oraz boga łotrów w aspekcie boga ‘handlu’.

Rozmówki z Hans Herrlmann (felczer okrętowy)

Czas akcji: Retrospekcja, południe, okolice trzeciego tygodnia żeglugi z Jałowej Krainy do Lustrii
Miejsce akcji: Statek “Krwawa Róża”, Deck


Okręt, morze, bujanie… trzy tygodnie już chyba? Nie liczył. Pierwszy tydzień był paskudny. Oj, bardzo paskudny. Wystarczająco paskudny by nawet felczer się zainteresował… tylko dlaczego był taki miły? Zdecydowanie za miły…

Hans, powiedzmy, że wskazówka jego kompasu wskazywała inny azymut niż większości żyjących w zgodzie z bogami bogobojnymi ludźmi. Sonnenblume? Nie żeby mu to przeszkadzało, ale to tłumaczyło, dlaczego kobitki czuły się tak swobodnie w jego towarzystwie… chyba.


Teraz, stali wsparci o reling bakburty patrząc na rozciągające się bezkresne morze. Nie wiedział czy je kochał czy nienawidził. Było, tak trochę, nudne i puste. Małpka bosman Camarro wzniosła alarm… po raz kolejny. Paranoiczka napędzająca paranoiczkę. Cóż, załoga miała wesoło, a on chyba zaczął się przyzwyczajać..

- Nie wiem co jest z tą małpką, ale czasami myślę, że cierpi z tęsknoty za stałym lądem… nie próbowała nigdy dać nogi? - zapytał jednego z niewielu mężczyzn na pokładzie. Stanowili nieliczną grupę i coś czuł, że chyba wszyscy byli… no, byli, albo się ukrywali. Cholera wie.
- ...albo jada coś co jej szkodzi. - dodał po krótkim namyśle. **

Mężczyzna spojrzał na Magistra i wzruszył ramionami.
- Zdaje się, że po prostu się dobrały. Nigdy nie uciekała, a je to co je. Z tego co wiem nie wybrzydza. - odpowiedział z lekkim uśmiechem - Demoniczne nasienie jak nic, ale może po prostu tak ma?

- Albo po prostu brak jej towarzystwa? W ogóle to on czy ona?

- Bosman pytaj, ja tam nie zaglądałem… wiesz, to małpa, nie interesuję się. Da się nawyknąć… w sumie po co płyniesz do Lustii? Nie pamiętam byś o tym mówił?

- Rozkazy z góry. - powiedział wymijająco Czarodziej - Potrzebują kogoś kompetentnego do pomocy z roślinami.

Felczer uniósł brew, a następnie pokręcił głową.

- Nie brzmisz na przekonanego do tego.

- Kto by był? Zostawiasz wszystko co znasz i ruszasz w nieznane. Mi to rybka, ale będę tęsknił za paroma osobami…

- Ktoś miły sercu? - dopytywał Hans.

- Oj taak… choć może i lepiej, bo sytuacja się nieco uspokoi, a kto wie? Może zobaczę syna za jakieś dziesięć lat czy coś jak przetrwam i pozwolą mi wrócić?

Pozwolą wrócić… kluczowe słowo w ustach Sonnenblume… aż ugryzł się w język. Ta akcja była zdecydowanie zbyt dużym przegięciem nawet jak dla niego. No, ale… nie jego wina że się ludziom popłynęło. Nie jego, że nie sprawdził tych ziół. Nie jego, że… miał mały woreczek nasion w kufrze…

- Przejebane… - zauważył lekarz pokładowy - Tylko nie daj się zabić. To twardy świat jest. Tu na morzu lepiej, ciszej, bezpieczniej niż tam.

- Cóż… zastanawiam się nad tym. Zdecydowanie zbyt dużo poświęcasz uwagi mojemu tyłkowi, a jakoś nie zawieszasz oka na dziewuszkach…

- Ee… emm… ja…

- Spoko, jestem Magistrem Życia. To naturalne. Nie jestem popierdolonym ortodoksem jak ta ignorancka, świętsza-niż-wszyscy-święci tłuszcza. - odpowiedział z uśmiechem rozbawienia Friedrich i poklepał go po ramieniu przyjaźnie - Jak coś nie było tej rozmowy, nie?

Medyk był lekko skołowany, ale uśmiechnął się przyjaźnie po chwili.

- Jakiej rozmowy? - zapytał z głupkowatą miną.

- Nie wiem o czym mówisz. - odparł z niezrozumieniem Zimmer po czym zerknął na kręcące się dziewuszki przy linach wędrując wzrokiem po krągłościach - ...ale możesz mi powiedzieć coś więcej o…

Rozmówki z Lucia Bianchi (kuk okrętowa)

Czas akcji: 2525 - retrospekcja, noc, okolice piątego tygodnia żeglugi z Jałowej Krainy do Lustrii
Miejsce akcji: Statek “Krwawa Róża”, Koja Lucii

Krwawa Róża… trochę zajęło Magistrowi by pojąć skąd wzięła się ta nazwa i nawet do tej pory miał wątpliwości. Czy chodzi o zdawałoby się żelazną dyscyplinę wśród załogi i niemalże celibat, czy o bojowe nastawienie i wyszkolenie? Czy o coś jeszcze innego? Naprawdę nie miał pewności…

Zresztą, teraz to nie miało znaczenia. Siedział przy stoliku rozmawiając z Lucią przy kielichu wina i ziołowej używce. Okrętowa kuk była nader uroczą istotką o pewnych atutach którym nie dałoby się zaprzeczyć… i prawdę mówiąc nie miał zamiaru. Nie wiedział czemu, ale lubił ją. W sumie to lubił całą załogę. Właściwie, to zastanawiał się czy był ktokolwiek na świecie kogo by z założenia nie lubił… nie raczej nie… a nie… fanatyków religijnych.


- Naprawdę nie wiem jak to robisz Lucio, ale przyznam cicho, że rybkę robisz obłędną… Jak się nazywała ta co ją dzisiaj złowiliśmy? Okzza? Okzca? Nie wiedziałem, że takie dziwa prosto z dna wód Mananna mogą tak wyśmienicie smakować. Nigdy bym nie przypuszczał…

Uśmiechał się uroczo spoglądając na nią z ciekawością i podziwem. Lekko przechylona głowa z zamyślonym wyrazem twarzy. Dłoń uniosła fajkę do ust. Zaciągnął się i wypuścił dym który leniwie powędrował pod sklepienie, a następnie wyciągnął dłoń z suszoną, tlącą się zawartością w jej kierunku… nie żeby musiał sięgać daleko.

Kobieta pochyliła się w jego kierunku praktycznie się o niego ocierając by odebrać żarzący dymkiem nośnik radości. Zaciągnęła się i wypuściła dym jak on. Zapach słodkich ziół roznosił się w powietrzu.

[i]- Wiesz to całkiem proste. Sekret dobrego przygotowania Okczy jest odpowiednie filetowanie. Jest taki paskudnie szkodliwy woreczek, grudka w środku co jak ją przebijesz to nie dość, że paskudne to jeszcze trujące, a reszta to przyprawy i odpowiednie smażenie…[i] - powiedziała w zadumie przyglądając się czerwonemu żarowi w koszyczku wiśniowej fajki.

“Trujący woreczek?” To pytanie uciążliwie zagnieździło się w jego umyśle walcząc o dominację z drugą myślą i uczuciem. Bliskości i ciepła przeciwnej płci u swego boku.

- ...kwestia praktyki i tego by nie przesadzić. To się czuje.

- Tak jak to co jest między nami? - zapytał niewinnie i słodko Friedrich pochylając się przymilająco ku niej. Dłoń opuszkami palców znaczyła szlak opuszkami palców w dół jej kręgosłupa.

Kobieta się lekko zaśmiała i skarciła go pięścią w ramię.

- Daj spokój. Wiesz, że nie powinniśmy. To złe dla morale… - broniła się radośnie i przyciszonym głosem.

- No nie wiem… - powiedział cwanym szeptem nachylając się ku jej ustom - ...Twoje zdaje się poprawiło… od początku wojaży…

- Spadaj, wiesz, że nie o tym mówię. Co jeśli…

- Cii… zioła, Hans, nikt się nie dowie... - odpowiedział kładąc przy tym dłoń na jej policzku w którą się lekko wtuliła. Choć chciała coś powiedzieć w przebłysku oporu i wahania nie miała możliwości. Jej usta były zajęte, a ramiona już splecione wokół jego szyi…

Kończąca się, wymierająca żarem fajka dogasała, odstawiona w metalowe puzdereczko stojące na szafce obok. Szum morza i kołysanie fal w bladym świetle Morrslieba padającym przez bulaj były jedynymi ich towarzyszami tej nocy...
 
__________________
"We aren’t no thin red ‘eroes, nor we aren’t no blackguards too,
But single men in barricks, most remarkable like you;
An’ if sometimes our conduck isn’t all your fancy paints,
Why, single men in barricks don’t grow into plaster saints!"

Ostatnio edytowane przez Dhratlach : 08-01-2021 o 21:28. Powód: lit.
Dhratlach jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2021, 16:56   #8
 
Asmodian's Avatar
 
Prolog



Bestia i Łowcy



Dwa tygodnie wcześniej….

Ogromny jaszczur wysunął się z gąszczu. Trójkątna, mieniąca się wszelkimi odcieniami zieleni głowa, ozdobiona imponującym, kostnym grzebieniem obróciła się raz w jedną, raz w drugą stronę. Potem wyprostował długą szyję, a nozdrza rozwarły się, czujnie węsząc.
Wzrostem dorównywał najroślejszym, reiklandzkim ogierom bojowym, a muskulaturą, widoczną nawet pod grubą, łuskowatą skórą pokrywającą zwierzę, znacznie je przewyższał. Jaszczur kłapnął uzbrojoną w długie niczym myśliwskie noże kły, chrapnął donośnie i powol, wkroczył na polanę.
Był czworonożny, ale kroczył niczym wielki ptak, na umięśnionych, zakończonych imponującymi pazurami tylnych nogach. Przednie nogi, znacznie krótsze, jakby karłowate, przypominały szpony krogulca, lub orła, nie przekraczały jednak wielkości ramienia dorosłego człowieka. Jaszczur cmoknął, sapnął przeciągle i ruszył naprzód, ostrożnie stawiając kroki, pochylając trójkątny łeb na długiej szyi. Niewątpliwie drapieżny, najwyraźniej zwęszył swoją ofiarę. Ta zaś, zaryczała donośnie z oddali, niewątpliwie czując już obecność dużego, głodnego drapieżnika.

- Nie nabierze się…. - mruknął spokojnym, acz nieco zrezygnowanym tonem elf, patrzący na zwierzę z oddali. Był ubrany w zieloną, wełnianą tunikę, i brązową opończę, co w gęstym listowiu bardzo dobrze go maskowało. Elf mógł pozwolić sobie na spokojny ton. Siedział na wysokości niemal dwóch pełnych pięter, na wielkim, rozgałęzionym drzewie, z dala od morderczych pazurów głodnego stwora.
- To najdurniejszy pomysł Kilratha, jeśli mam być szczery. Myślałem, że lubi tego osła - jego rozmówca najwyraźniej podzielał zdanie tego pierwszego.
- Taa… - ten pierwszy wyjrzał nieco dalej za liście, próbując określić, gdzie pochowała się reszta ich grupy. Trzech jego towarzyszy zajęło pozycję w koronie okazałego drzewa, którego pień utknął całkiem w zwoju symbiotycznych roślin, giętkich niczym liny. Nie było ich widać, bo ubrani dokładnie tak samo, jak wypatrujący ich kolega stopili się całkowicie z koroną drzewa. Pomysłodawca całej zasadzki i kolejny elf znajdowali się po lewej stronie, całkowicie niewidoczni, przez pień szerokiego drzewa. Szum pobliskiego wodospadu zagłuszał wszelkie odgłosy z tamtej strony i gdyby elf nie wiedział o ich obecności, nie wiedziałby że czają się tam z napiętymi, gotowymi do strzału łukami.
Kolejną trójkę można było zobaczyć nieco dalej, za osłem. Ci nie musieli się całkiem ukrywać, bo znajdowali się w zagłębieniu terenu, kilkanaście kroków od samego osła, osłonięci kilkoma dużymi głazami i sporym gąszczem roślin o ogromnych, sercowatych liściach. Zarówno kierunek wiatru, jak i zapach samego osła doskonale maskował ich przed drapieżnikiem. Jeden z nich, odziany w błyszczącą kolczugę i stożkowy hełm z końską kitą trzymał solidnie wyglądającą żerdź zakończony pętlą ze sznura. Towarzyszący mu elf, z diademem na głowie był dowódcą całej grupy, zaś chuderlawy, podobny do uczonego sztywniak czający się za kamieniem był jego zastępcą.
- Ambrath ugotuje się w swojej kolczudze. To nie ma sensu. Ten jaszczur nigdy się nie ruszy. Nie jada nieznanych zwierzaków. Chyba, że Kilrath sam się przywiąże… - elf nie dokończył zdania, bo wielkie zwierzę ryknęło donośnie i ruszyło naprzód.


[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Nd9D_7f7zCM&list=PLh4Eme5gACZH5wSIorT9qnOl lGuEXeX3c&index=55[/MEDIA]


Ofiara, którą był pospolity, szary osioł, rasy nieokreślonej, choć Estalijski handlarz najpewniej mógłby opowiadać całe peany o jego rodowodzie, mogłaby nawet uciec, gdyby nie gruby powróz, którym była przywiązana do leżącego nieopodal zmurszałego pnia drzewa. W każdym razie desperacko walczyła o każdą chwilę swego życia, próbując zerwać powróz aby w końcu po drugiej nieudanej próbie wywalić się z głośnym dudnieniem na grzbiet. Jękliwe wycie osła przeszło w przedśmiertny kwik, kiedy pazury wielkiego jaszczura spadły na niego, rozrywając brzuch i rozdzierając wnętrzności. Trójkątny łeb zaś pochylił się w stronę gardła nieszczęsnej ofiary. Chrupnął przegryzany kręgosłup a nogi osła zadgrały spazmatycznie, oznajmiając koniec ofiary.

Polowanie jednak, dopiero się zaczynało. Dowódca elfów podniósł do ust niewielki, kościany gwizdek i dmuchnął, uruchamiając pułapkę. Cztery grupy elfich wojowników ruszyły, z wyciągniętą bronią w stronę jaszczura.
Pierwszy ruszył opancerzony, barczysty elf, celując w kark stwora żerdzią. Kilrath, czarnowłosy pomysłodawca pułapki wychynął z krzaków po drugiej stronie, trzymając w ręku lasso. Jego towarzysz przyklęknął z naciągniętym łukiem, gotów posłać strzałę prosto w wystający zza krzaków zad jaszczura. Dwaj gadatliwi, po krótkim spacerze po rozłożystej gałęzi ześlizgnęli się prosto w kępę wysokiej trawy, flankując jaszczura. Wiedzieli, że trzej niewidzialni do tej pory koledzy robi dokładnie to samo z drugiej strony.
Łuskowaty drapieżnik znalazł się w potrzasku, ale walka dopiero się zaczynała.
Opancerzony wojownik prawie dotarł do truchła osła. Żerdź pofrunęła w stronę karku i nawet udało się zarzucić pętlę prosto na kościane wyrostki i grzebień, który ją zdobił. Trzask gałązki, czy może jakiejś skorupy leżącej w miękkiej ściółce w ostatniej chwili zwrócił jednak uwagę ucztującego drapieżnika, lub może wiedziony instynktem podniósł łeb, niemal podnosząc na żerdzi rosłego, opancerzonego wojownika. Ten zdążył krzyknąć, ostrzegawczo, ale czułe, elfie ucho dostrzegłoby nutę przestrachu.
Świsnęło lasso, łapiąc szyję jaszczura. Obaj rozmawiający przed chwilą elfy wiedziały, że czarnowłosy elf długo nie wytrzyma, a ich opancerzony kolega właściwie wisiał przed paszczą wielkiego drapieżcy niczym marchewka na kiju.
Kilrath sapnął z wysiłku, klinując linę lassa o gałąź drzewa, ale było wiadomo, że może jedynie spowolnić wielkiego zwierzaka. Dwójka gadatliwych elfów rzuciła się pędem w stronę jaszczura. Pierwszy, ten, co wątpił w plan czarnowłosego rzucił się zwinnie w stronę grzbietu, łapiąc się wystających z niego, zgrubiałych wyrostków. Stwór warknął i wierzgnął, omal nie wyrzucając wojownika w powietrze.
Jego towarzysz szarżując, uderzył barkiem prosto w długą szyję, wytrącając zwierzęciu równowagę. Zachwiało się i stanęło szeroko, wyrywając z mlaśnięciem pazurzastą łapę z trzewi osła. Opancerzony, uwolniony z impasu poleciał na ziemię, klnąc głośno, ale tymczasem dołączały już kolejne elfy z przeciwstawnej do pary gadułów trójki. Dwóch wskoczyło na drugi bok jaszczura, mocując kolejne, zakończone pętlami liny do grzebienia kostnego, a jeden z trójki flankujących zwinnie przejął puszczoną żerdź, ciągnąc ją w swoją stronę i rozciągając szyję jaszczura, który nie dawał też za wygraną. Kopał potężnymi nogami, próbując oderwać się od swojego posiłku i targał łbem na wszystkie strony. Masywny ogon chlastał na boki, odrzucając jednego z wojowników prosto w krzaki. Opancerzony jednak zdołał już zebrać się na nogi, i opancerzone stalą ramiona szybko zacisnęły się wokół szyki jaszczura, a masa wojownika przygniatała jego łeb do ziemi. Lassa napinały się, trzeszcząc i opuszczając kłapiącą groźnie paszczę coraz niżej. Szamotanina trwała dobre trzy kwadranse, kiedy w końcu zwierzę uległo, związane ciasno niczym szynka w wędzarni.
- No dobra...Kilrath… - dowódca również sapał z wysiłku - Jakieś kolejne, genialne pomysły? - dowódca uśmiechnął się do czarnowłosego
- Wleczemy go - wzruszył ramionami łowca i wskazał dwie długie gałęzie, które najwyraźniej miały stać się czymś w rodzaju włóka.
- Żartujesz, co nie? Powiedz, że żartujesz… - opancerzony pokręcił głową, a dowódca zarechotał donośnie. Kilka elfów również pokręciła głowami, podśmiewując się z łowcy.
Ten jednak tylko pokręcił przecząco głową. Sięgnął pod ogon jaszczura, i powąchał śliską od śluzu rękę
- Ten tu to samica. Miała niedawno młode, dlatego barwi śluzem. Gdzieś tu jest samiec. Możemy tu zostać i na niego poczekać. Albo zrobić włók i sobie pójść - zaproponował łowca wzruszając ramionami.
Śmiechy ucichły niczym ucięte nożem
- Dobra, dawajcie topory. Migiem z tym włókiem! - dowódca rzucił krótką komendę wchodząc na dużą, oblepioną roślinnością skałę z której rozciągał się jako taki widok na polanę.
Jego zastępca stanął obok niego.
- One tam są Ekthelion. Ukryte. - zagadnął dowódcę.
- To stary kraj. Starszy niż Naggarythe. Starszy niż Ulthuan i cała reszta. Może się wydawać, że to jedynie dzicz. Ale ta dzicz była świadkiem wspaniałych rzeczy. Wspanialszych, niż obaj możemy sobie wyobrazić - powiedział Ekthelion wpatrzony w zieloną ścianę lasu
-Ale nie frasuj się przyjacielu, znajdziemy je. O ile coś nas wcześniej nie zeżre - zażartował.
Ale sam jakoś nie miał ochoty na śmiechy. Dżungla, kolorowa i zielona, nie miała poczucia humoru.


Narada


Kiedy wchodzili do jego kwatery na poddaszu, siedział pochylony nad codziennymi raportami. Dni zlewały się tu jeden w drugi, więc Ekthelion uzupełniał bezczelnie poprzednie wpisy i korzystał z chwili spokoju i samotności, jakie zapewniała kwatera na poddaszu. Podwładni wiedzieli, że lubił tu popołudniami przebywać, więc kiedy zaczęli wchodzić, jeden po drugim, i osobiście zdawać relacje z przydzielonych wcześniej zadań, wiedział, że muszą mieć coś ważnego do przekazania. Ważnego na tyle, by potrzebna była dalsza decyzja.
Lub cierpliwość, co zresztą na jedno wychodziło.

Miał wspaniałych podkomendnych, najlepszych, jakimi dotychczas dowodził, a dowodził wieloma. Kampania w Nordlandzie pochłonęła jednak wiele istnień, a na tę wyprawę Ekthelion nie potrzebował wielu. Kilku, najbardziej sprawdzonych było najlepszym rozwiązaniem, na jakie mógł sobie pozwolić, zarówno ich sponsor, jak i skromna sakiewka samego Ektheliona.

“Młodzi, ale każdy przeszedł tyle, co niejeden człowiek przez całe swoje życie” myślał, patrząc przez chwilę na twarze każdego z osobna.
Finreir, najdostojniejszy z całej czwórki podoficerów. Adept kolegium cienia, którego zawiłe losy, jak większości członków oddziału uniemożliwiły studia w Ulthuanie. Wyzuty z przyszłości, wybrał ścieżkę Morai-Haeg, drogę Cienia. Ciemnowłosy, wysoki jak niemal każdy elf w oddziale, o oczach które stanowczo widziały zbyt dużo tajemnic. Kolejną miał rozwikłać, czego Ekthelion mu nie zazdrościł. Przynajmniej nie w takim miejscu.



Ambrath był przeciwieństwiem Finreira. Tam, gdzie liczyła się szybkość umysłu i badanie zjawisk magicznych, tam można było posłać Finreira. Ambrath zaś, był okazem elfa, za którym oglądały się dziewki nawet w tak mało cywilizowanej dziurze jak Port Wyrzutków. Barczysty, muskularny, rudowłosy. Ekthelion rzekłby, typowy góral z pogranicza Naggarythe i Chrace`u. Być może jakaś jego prababka spotykała się z jakimś szlachetką z Tol Gard, lub Lwiej Marchii, w każdym razie rodowód Ambratha nie był najwyraźniej tak czysty, jakby chciał tego sam wojownik. Ekthelion nie rozumiał ludzkiej fascynacji elfami. Osobne rasy, niby podobne, ale jednak różne. A jednak dziewki pąsowiały w obecności Ambratha, a mężczyźni wywieszali niemal języki na elfki z jego oddziału, jak i kilka miejscowych, w tym jedną w zamtuzie, którą sam Ekthelion odkrył stosunkowo niedawno.


“Egzotyka. To chyba najwłaściwsze określenie” pomyślał, skupiając się na kolejnym, egzotycznym dla Portu Wyrzutków wojowniku. W Ulthuanie kobiety władające orężem nie były niczym niezwykłym. Wiele wręcz wybierało ten styl życia, a sam system wojskowy nie nakładał na elfki ani specjalnych wymagań, ani nie dawał specjalnych przywilejów. Ekthelion był przekonany, że nie tylko Diego był pod wrażeniem egzotyki jego podkomendnej.



Ostatni, który wszedł i niewątpliwie najbardziej egzotyczny z całego oddziału. Kilrath zadziwiał na swój sposób nawet swojego dowódcę. Na pewno był najmniej towarzyski z całego oddziału i najmniej czasu spędzał w kamienicy, którą obecnie zajmowali. Jednak to przede wszystkim dzięki niemu udało się schwytać Zimnokrwistego, on też pierwszy znalazł jadalną na tym terenie zwierzynę.


- Warty? - Ekthelion przeszedł do rzeczy, odkładając pióro i rozsiadajac się wygodnie na drewnianym fotelu, zdezelowanym i skrzypiącym jak cała kamienica. Miało się wrażenie, że całe to miasto śpiewa jękliwie, jakby zamierzało się rozpaść przy gwałtowniejszym podmuchu wiatru. Meldunki podkomendnych brzmiały dobrze. Ale na głowie miał cały oddział, nie tylko wybranych podoficerów.
- Po dwóch na dzień, i na noc - zameldował Ambrath, a dowódca kiwnął głową. Wystarczało, przynajmniej na Port Wyrzutków.

Ekthelion siedział przez chwilę, zamyślony, nad wieściami które przynieśli jego podkomendni. Popatrzył na chwilę na Ceyline, jakby nie był zadowolony z jej pośpiechu, ganiąc ją wzrokiem. Fakt, że znalazła ślady i drzewo to jedno, ale wojownik musi zachować zimną krew. Jej przychodziło to z wielkim trudem.
- Włączymy się. Ale po kolei. - powiedział stanowczo, odrywając rękę od brody.
- Ambrath, ty zaniesiesz pismo do kapitana de Rivera. On na pewno doceni twój wojskowy kunszt i posturę, oraz twój górski wdzięk. Tylko żadnych kurew, hazardu i pijaństwa, bo jeszcze coś o nas złego pomyśli. Wątpię, by chciał się pospolitować z żołnierstwiem, ale nigdy nic nie wiadomo. Ludzie i ich upodobania... - Ekthelion uśmiechnał się pod nosem widząc szeroki, szyderczy nieco uśmieszek na twarzy wielkiego i barczystego podoficera.
- Masz tylko umówić spotkanie na jutro, nic więcej - dodał wyjaśniająco do Ambratha, który kiwnął jedynie głową.
-Fnreir pójdzie ze mną. Ceyline, ty zaś odwiedzisz swojego...człowieka. Diego. Wypytasz go dyskretnie o stan aprowizacji ludzi wicehrabiny. Nic wielkiego. Tak jakby kochanka łowczyni zainteresowała się losem swojej chwilowej...słabostki? - zasugerował wiedząc jednak,że dziewczyna powinna sobie poradzić. Zresztą jej mina mówiła wszystko.
- Kilrath, ty też pójdziesz jutro ze mną. Być może kapitan będzie chciał cię wypytać o Zimnokrwistego. Lub Nordland. - Ekthelion kiwnął głową do ostatniego elfa obecnego w pokoju. Ten, w przeciwieństwie do pozostałych nie powiedział ani słowa, jedynie kiwnął głową.
- Cóż, to wszystko, chyba, że macie coś do mnie? - upewnił się i widząc przeczące ruchy głowami pozwolił się im odmeldować a sam wrócił do pisania, zaczynając od nowego akapitu.
Z Dziennika Ektheliona, z rodu Dranil.
XI.362.4.32, “Port Wyrzutków”

Nie mogło być bardziej adekwatnej nazwy dla tej namiastki miasta. Dawna osada piracka, przyczółek cywilizacji. Przynajmniej tak postrzegają ją ludzie, którzy je zamieszkują.
Ciężko określić, co jest prawdą, a co jest iluzją rzeczywistości. Miasto miastem nie jest. Nieledwie warowna osada, według standardów ludu Asura, lub nawet imperialczyków, którzy uważają się za cywilizowanych.
Przyczółkiem cywilizacji również ciężko byłoby ją zwać. Brakuje tu rozrywek właściwych ludom cywilizowanym - teatru, wielkich świątyń, szkół i uniwersytetów. Jedyna nazwa, którą najwłaściwiej byłoby można określić te miejsce jest Tor-Serthai - Miejsce Morskich Łupieżców. Piracka twierdza, którą była, i prawdopodobnie wciąż jest.

Przyroda w tym wypranym z cywilizacji miejscu jest w przewadze, i okazuje to każdego dnia. Dżungla broni się przed miastem, które wyrosło na jej krańcu, niczym czyrak na chorej skórze. Trujące, kolorowe rośliny, jadowite zwierzęta, istny labirynt ścieżek i traktów, który rozmywa się z każdym deszczem. Opady są codziennie, często horyzontalne. Wybijają większośc strumieni z koryt, zamieniając okolicę w grząskie trzęsawisko. Koszmar każdego tropiciela. Ale i marzenie dla podążających ścieżką cienia. O ile ma się otwarty umysł i wyobrazi się cień w kolorze zieleni.

Dotychczas nie natrafiono na ślady tubylców, choć chodzą słuchy, że schwytano amazonkę. Okrycie kolejnego człowieka w dżungli jest o tyle nieciekawe, że jest to kolejny człowiek. Schwytana kobieta może jednak mieć pewną wiedzę o interesujących nas obszarach dżungli, i choć wątpliwe jest, aby zechciała się z nią podzielić dobrowolnie, stwarza to pewną okazję. Czas pokaże, czy podjęte dzisiaj decyzje okażą się słuszne. W każdym razie jednak, pora najwyższa na wyjście z cienia.



Elf skończył pisać, zamaszyście podpisując notatkę. Pozostawało mu jedynie przejść się przez piętra i sprawdzić, czy jego oddział nie potrzebuje nieco jego oka. Duszna pogoda, i odległość od cywilizacji powodowały, że dyscyplina mogła szybko się popsuć. Ubrał skórznię, poprawił pas z bronią, wziął ze stojaka łuk i dopiwszy resztkę wina z kubka ruszył na dół. Dzień nie miał się jeszcze ku końcowi i któż wiedział, jak się zakończy.




 
__________________
Iustum enim est bellum quibus necessarium, et pia arma, ubi nulla nisi in armis spes est

Ostatnio edytowane przez Asmodian : 08-01-2021 o 17:21.
Asmodian jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2021, 19:13   #9
 
Pieczar's Avatar
 
Świątynia Sigmara

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe; rozmowa z arcykapłanem Leorinem.

Przywykł już do tych narzekań swojego przełożonego. Szczególnie wtedy gdy brakowało mu ulubionego napitku, którym mógł przepłukać gardło. Dziś jednak było nieco inaczej niż zwykle a to za sprawą tej nieco zaskakującej informacji, która wyraźnie ucieszyła łysego kapłana. Mimo to nie uzewnętrzniał on swojego entuzjazmu. Przyjął on wieść pokornie jak przystało zarazem na mężczyznę w jego wieku i bojownika Młotodzierżcy.

- Tak też uczynię. - odparł krótko zasiadając przy biurku w wprost starszego od siebie kapłana - Masz dla mnie jeszcze jakieś polecenie związane z tą eskapadą? - spojrzał pytająco na rozmówcę.

- A to tych co ci dałem to mało? - zaśmiał się przełożony rozbawiony takim pytaniem. Potraktował je chyba dość żartobliwie. - Brutalna prawda jest taka Gerchardzie, że potrzebujemy pieniędzy. Albo czegoś cennego by to wymienić na te pieniądze. Bez tego ciężko będzie ruszyć z miejsca. No a ta eskapada jak to ładnie nazwałeś, daje na to okazję. Dlatego postaraj przygotować się jak należy. Jeśli byś czegoś potrzebował to mów. Nie mogę ci obiecać, że będę mógł ci pomóc, zwłascza materialnie bo sam widzisz jak u nas z materią no ale zrobię co się da. - starszy kapłan zrobił gest i kwaśną minę wskazując na tą mizerię świata doczesnego jaki ich otaczał. Zwłaszcza w murach ich świątyni jaka w porównaniu do swoich odpowiedników w ich ojczyźnie prezentowała się równie skromnie jak ich stadko sigmaryckich wiernych jakimi się opiekowali i mu przewodzili.

- Jeżeli będę więc czegoś potrzebować to zgłosze się do ciebie Leorinie. - odparł kiwając głową to w górę to w dół - Pozwól więc, że zabiorę ze sobą tego młodziaka aby zapewnić ci zapas czegoś co nie pozwoli ci tu uschnąć. - zaproponował jak przystało na niższego rangą. Był to zarazem wyraz jego wdzięczności za takie wyróżnienie, które było mu wyraźnie na rękę.

- Zachariasza? - przeor wskazał sękatym palcem na ścianę za jaką dyżurował młodzieniec. Chciał chyba sprawdzić czy o nim mowa. Sam znów sięgnął po butelkę i zaczął rozlewać kolejną porcję wina. Umysł podczas tej rozmowy rozruszał się i działał już całkiem sprawnie a nie jak na jej początku. Wówczas gospodarz wydawał się jeszcze spać jednym okiem i wstać lewą nogą.

- Tego nicponia? No nie wiem czy to dobry pomysł. Wygląda mi dość mizernie. Żaden z niego wojownik. Nie to co ty. Nie ma doświadczenia. No ale… No cóż, jeśli uważasz, że może ci się przydać to weź go. Ale opiekuj się nim. To nie jest zły chłopak. Nawet jeśli czasem nie pomyśli jak należy wykonywać swoje obowiązki. - przełożony Gercharda trochę się chyba zdziwił takim wyborem. Ale jak tak o tym myślał kręcąc trzymanym kubkiem to nawet był skłonny przychylić się do prośby podwładnego. Chociaż żywił wyraźną wątpliwość w jego odporności na trudy jakie można było się spodziewać podczas takiej eskapady.

- Wiem, że to nie oczywisty wybór ale… - spojrzał w stronę drzwi, przez które przed kilkoma chwilami wychodził akolita - …dobry kapłan to nie tylko sprawny wojownik ale i tęgi oraz czysty umysł a ten młodzian wydaje się te dwie ostatnie cechy posiadać. - wrócił wzrokiem na spijającego resztki płynu z kubka staruszka - Zaś z brakami w wyszkoleniu wojskowym jakoś sobie poradzę. Mam swoje sposoby. - uśmiechnął się delikatnie unosząc tylko lewy kącik ust - W każdym razie. Zabieram Zachariusza i ruszamy. Niebawem się widzimy mistrzu. - rzekł wstając od biurka i kiwając lekko głową jakby odmeldowywał się w trakcie składania raportu z frontu.

Winnica

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe; rozmowa z Solanem Zapatą.

- Pochwalony. - kapłan wraz ze swym uczniem przywitali się stanąwszy przy szynkwasie na wprost opasłego karczmarza - Solano u siebie? - nie musiał się przedstawiać. Regularnie odwiedzał ten lokal. Zazwyczaj były to wizyty w dwóch celach. Pierwszy bardziej służbowy związany z dostawą wina mszalnego dla Leorina. Drugi raczej bardziej trywialny. Gerchart miał dosyć ryb i całego tego ustrojstwa z rzek i oceanu. Tu miał wszak możliwość wbić swoje pożółkłe już zęby w sowity kawał pieczystego.

- Pochwalony ojcze. Tak, zaraz przyjdzie. - jedna z kelnerek jaka akurat była za barem skinęła grzecznie głową kapłanowi i nieco niedbale machnęła dłonią w stronę wejścia na zaplecze. Zachariasz patrzył na to wszystko trochę ciekawskim a trochę baranim wzrokiem. Przy czym pewnie jeszcze próbował udawać, że wcale tak nie jest więc zarobił dość ironiczne spojrzenie kelnerki. A i zaraz kotara od zaplecza odsłoniła się i wyszła przez nie zwalista sylwetka oberżysty.

- O. Kto zawitał w nasze progi. Pochwalony ojcze, pochwalony. Znów po winko? Coś wcześniej w tym tygodniu. Czy może coś pieczystego? To zaraz każę przygotować. - Solano chyba trochę się nie spodziewał tego gościa akurat tego dnia i o tej porze. Ale, że ten często tu bywał to jakoś przesadnie zdziwiony nie był. Za to emanował życzliwością dla stałego od paru miesięcy klienta.

- Otóż to. - odparł widocznie zadowolony z takiej propozycji - Coś na ząb dla mnie i tego młodzieńca ze mną na pewno nam dobrze zrobi. - skinął lekko głowa w kierunku Zachariasza - Później zaś możemy dobić interesu. Może zjadłbyś z nami. Mam wszak do ciebie parę pytań apropos tej poganki, którą to mają zamiar wystawić na sprzedaż.

- Dziękuję za zaproszenie wielebny ale właśnie jadłem. - odparł Solan z miną zastanowienia wypisaną na twarzy. - Ale spocznijcie sobie, zaraz coś wam podam. - wskazał na główną salę. Akurat o tej porze dnia trochę więcej jak połowa miejsc była pusta. Pora obiadowa się kończyła a do wieczornych biesiad było jest całe popołudnie. Dwaj kapłani mieli więc całkiem sporo miejsca do wyboru.

- Obiad zaraz będzie. - powiedział gospodarz gdy po krótkim czekaniu przyszedł do ich stołu z tacą, butelką i kubkami. Dosiadł się stawiając to wszystko na stole do dyspozycji gości. - Ta Amazonka? No złapali ją i będą ją za dwa dni sprzedawać na targu. - zaczął od wątku o jaki Gerchart pytał przy szynkwasie. Miał minę i głos jakby nie bardzo wiedział czego rozmówca oczekuje po tym wypytywaniu.

- Tyle to i ja wiem. - raczej znużonym tonem odpowiedział na taką informację zwrotną kupca - A coś więcej o tej sprawie ci wiadomo? Kto? Gdzie? I jak ją złapał? - zasypał gospodarza seria pytań odkrajając kawałek dobrze wypieczonego udźca jednego z lokalnych zwierząt - Nie jestem specjalistą ale jak na mój gust takie Amazonki to raczej samotnie nie hasają sobie po dżungli z dala od swoich osad. - porcją strawy wylądowała w ustach kapłana.

- Ah, tak, ta dzikuska, tak… - Solano podrapał się po podbródku. Poczekał aż jego pracownica przełoży z tacy na stół zamówiony posiłek. Uśmiechnął się widząc jak młody akolita bardzo się stara nie jeść zbyt łapczywie. A te parę chwil pomogło mu chyba zebrać myśli.

- Nie wiem kto ją złapał. Nie interesowałem się tym. Ale to ciekawe. Już trochę tu żyję i mieszkam a nigdy nie słyszałem by jakąś złapali. I to żywą. Słyszałem, że czasem ktoś jakąś spotkał w dżungli. Ale, żeby jakaś w mieście była? Żeby jakąś złapać? No to nie. Nic z tych rzeczy. - pulchny południowiec przyznał z zastanowieniem, że o takim wypadku to do tej pory nie słyszał. Więc i był nieco tym zdziwiony.

- Podobno Marko Tramiel się tym zajmuje. On ma prowadzić aukcję co ją mają wystawić na sprzedaż. - kapłanowi samo nazwisko coś obiło się o uszy. Jakiś handlarz chyba. Ale nie bardzo mógł sobie przypomnieć co, jak i kiedy mu wpadło w ucho to nazwisko.

- Dobre i tyle. - rzucił krótko - A co ci wiadomo o tej wyprawie w głąb dżungli. Sporo ludzi znasz. Jeszcze więcej się u ciebie zaopatruje. Wiele więc musiałeś słyszeć. Nie racz mnie tylko wszędzie powtarzanymi plotkami. Wiesz. Szczerze jak na spowiedzi. - dodał przepijając dobrze schłodzonym winem.

- To też żadna tajemnica. Ot, wicehrabina postanowiła urządzić wycieczkę w głąb dżungli. Po łupy i skarby. Żadna nowość. Co jakiś czas ktoś robi coś takiego. Ale mało kto wraca z takich wycieczek. Jeszcze mniej ze złotem i łupami. Ale ci co wrócą żyją jak lordowie. No i potem to napędza innych na podobne wyprawy. I tak to się toczy. - Zapata powiedział to dość filozoficznym tonem jakby opowiadał o toczącym się kole życia.

- No i tym razem wszystkim ma się zajmować Carlos de Rivera. On zwykle urzęduje albo w “Przystani” albo w “Kordelasie”. To z nim trzeba by pewnie gadać o tej wyprawie. Zbierają chętnych na tą wycieczkę. - Estalijczyk zadumał się starając sobie przypomnieć co ostatnio słyszał na temat tej wycieczki jaką organizowała hrabina.

- Myślę, że to właściwy człowiek do tego zadania. Dużo pływał, zna tutejsze wody i klimat. Podobno też robił już wycieczki na ląd. I jak był najazd tej floty barbarzyńców to chwalił się, że ich łupił. Może i tak. Bo opychali po karczmach i burdelach różne fanty a i nowych do załogi szukali bo pewnie starych im wyrżnęli. Ale to było ze 2 czy 3 lata temu, jak ta wielka wojna była w Starym Świecie. - przypomniał sobie coś co słyszał kiedyś o tym Riverze ale tak jakby sam tego nie doświadczył a tylko wspominał ówczesne plotki i historie.

Starszy mężczyzna pokiwał tylko głowa przyjmując do wiadomości to co ten szerszy w pasie od niego karczmarz mu przekazał. Komentarz był zbędny. Szczególnie iż simgaryta nie dowiedział się raczej niczego nowego.

- Wróćmy więc do interesów. Co tam dla mnie masz? - ostry jak brzytwa nóż gładko niczym masło kroił soczyste mięsiwo - Może chciałbyś złożyć jakiś datek na rzecz świątyni? - rzucił nieco żartobliwie unosząc lewy kącik swoich upaplanych w zwierzęcym tłuszczu ust.

- No mam to co braliście poprzednio. Jeśli wam posmakowało to tylko powiedzcie ile wam potrzeba. A, i może spóbujecie gorącej estalijki? Mam nową dostawę, schodzi na pniu, karczmy, tawerny nawet do szlachty i kapitanów przychodziło zamówienie. Może ojciec spróbować szklaneczkę. - Solano szybko przeszedł do interesów dodając do swojej oferty nowy produkt. Zawołał do tej kelnerki co przyniosła obiad aby teraz przyszła ze szklanką tego zachwalanego trunku. Ale o żadnym datku dla świątynie dyplomatycznie nie wspominał.

- Skoro częstujesz to nie odmówię. Tak na lepsze trawienie. Jednak niewiele. Mamy wszak dzisiaj do załatwienia jeszcze parę drobiazgów. - odparł raczej niezadowolony z nieustępliwości kupca ale no cóż. Handel jest handel. Rządzi się on swoimi prawami. Sigmara nie było co w to mieszać.

- Żaden ze mnie spec. - rzekł przechylając naczynie ze świeżo podanym rarytasem - Dla mnie może być. - odparł chłodno ocierając rękawem usta - Weźmiemy więc dwie baryłki. Przydziel jednak chłopakowi kogoś do pomocy. Obawiam się, że ciężar ów ładunku mógłby przerosnąć nawet me możliwości. - widząc twarda postawę kupca chociaz w ten sposob starał się ugrać co nieco.

- A ty Zachariaszu dostarcz mistrzowi te smakołyki. - zogniskował spojrzenie na cherlawym akolicie - Poproś go również o dwa drewniane oręże do treningu a sam zaś przygotuj się do wieczornego sprawdzianu z umiejętności bojowych. Tak tuż przed modlitwą. - dodał żołnierskim tonem - Zobaczymy na co cię stać.

popołudnie; Wieża Ambrosio
[gościnnie: Dhratlach]

Wieża Ambrosio, Wieża Magistra Ambrosio, Wieża Magów, różnie mówiono na ten budynek. Właściwie to nie była to tylko wieża. Ot wieża to był najbardziej reprezentacyjny i charakterystyczny budynek. Pozostałe stajnie, szopy, domy ogrodzone wysokim żywopłotem wyglądały już bardziej zwyczajnie. Ale to już Gerchart mógł stwierdzić także i podczas poprzednich wizyt. Na razie przydałoby mu się jakiekolwiek schronienie przed tą ulewą jaka wciąż padała. Do tego zerwał się całkiem mocny wiatr więc ten żywopłot i mijane drzewa szumiały i trzeszczały niczym jacyś potępieńcy.

Friedrich z uśmiechem wychodził z budynku dormitorium z niebywałym uśmiechem rzucając do kogoś w środku krótkie...

- Jasne!

Obracając głowę przed siebie jego mina lekko przybrała wyraz zwątpienia gdy zobaczył… kapłana. Kapłana Sigmara ze wszystkich możliwych w Porcie Wyrzutków. Bardzo, ale to bardzo nietypowy widok. Nie mniej uśmiechnął się pogodnie, a zwątpienie było chwilowe i kierując do niego kroki mówił z nutami wesołości.

- Wielebny aby się nie zgubił? Jeśli nie byliście zapowiedziani Mistrz może nie przyjąć, ale ja służę pomocą. Friedrich “Sonnenblume” Zimmer. Czegóż potrzeba duszy pokornego słudze Króla Bogów?

- Duo nae, Sigmarus Supremus. - odparł w klasycznym nie wiedząc zbytnio z kim ma do czynienia. - Ambrosio jest więc czymś zajęty? - nie czekając jednak na odpowiedź kontynuował - Myślę jednak, że znajdzie dla mnie chwilę. - spokojnym tonem zauważył ten dość istotny szczegół - Chociaż jest jednak rzecz w której mógłbyś mi pomóc. Mianowicie. Kim jesteś chłopcze? - spytał nieco podejrzliwie marszcząc jedna z brwi - I nie pytam rzecz jasna o imię. - nie kojarzył mężczyzny a ten mimo swojego wyglądu zdradzającego niejako iż jest on podopiecznym magistra w rzeczywistości mógł okazać się kimś zupełnie innym. Tyle to mówiło się o złodziejaszkach czy innych szujach kręcących się po okolicy. Z reszta okolica również była nietypowa. Istna wylęgarnia różnego rodzaju szumowin. Ostrożności więc nigdy za wiele.

Uśmiech młodzieńca się poszerzył. Niemal każdy kapłan był na swój sposób ignorantem w magicznym świecie. Jak niemal wszyscy. Jakby nie patrzeć, Nowy Świat, stare dylematy!

- Wędrowny Czarodziej Kolegium Życia, Wielebny…? - powiedział zawieszając pytanie na samym końcu dając jasno do zrozumienia jego pragnienie w sposób czysto subtelny. Ten tutaj wyglądał mu bardziej na woja, niż uczonego w piśmie. Hm, tacy też są przydatni. Jeśli nie trochę toporni…

Doszukiwał się drugiego dna w tym uśmieszku swojego rozmówcy. Nie wiedział jednak czy ten coś knuje czy raczej jest pod wpływem tych swoich ziołek i naparów. Oboje piastowali życie oboje jednak w trochę inny sposób.

- Starszy prałat Gerchart Uber. Oddany i wierny sługa naszego Pana Sigmara. - też w końcu się przedstawił nie zapominając o swoim tytule - A to od kiedy Ambrosio przyjął na nauki żaka? - wciąż doszukiwał się pochodzenia Friedricha - Od jakiegoś już czasu odwiedzam Magistra. Ciebie jednak nigdy do tej pory nie widziałem.

- Jestem tutaj już dłuższą chwilę Wielebny. Czasem tracę rachubę czasu. Sam nie wiem czy z dwa miesiące, czy parę tygodni. Powód mojej absencji jest prosty. Większość czasu spędzam nad księgami, lub w pracowni. Nie zapominając o dodatkowych projektach. - odpowiedział uprzejmie Zimmer.

- Mniemam, że znajomość z Mistrzem Ambrosio układa się dobrze? Przyznam, że to dość niecodzienny widok, ale w końcu jesteśmy w Nowym Świecie. - dodał z lekkim zaciekawieniem.

- Nad księgami powiadasz…? - zadumał chwilę - To tak jak Zachariasz. - raczej głośno myślał aniżeli zwracał się bezpośrednio do druida - No dobrze, dobrze a prace nad czym tak zajmują ci czas? - dopytywał mocno zaciekawiony lustrując potarganego czarodzieja - Jeżeli zaś chodzi o znajomość z twoim gospodarzem. Hmmm… - trzymał złożone dłonie wzrok miał jednak surowy - Znamy się jeszcze ze Starego Lądu i sam Sigmar widocznie skrzyżował nasze drogi właśnie tutaj. Niezbadane są wyroki boskie.

- Zaiste, Wolą Sigmara było to szczęśliwe spotkanie. - odpowiedział kiwając głową młodzik - Nic nadzwyczajnego. Zaledwie próby opracowania, a następnie udoskonalenia upraw roślin leczniczych i prozdrowotnych z Kontynentu w surowych warunkach Lustryjskich. Nieszczęśliwie, jest to funduszo i czasochłonne. Mój prywatny projekt, można powiedzieć. Ku dobrobytu i rozwojowi ludności Starego Kontynentu na tych ukropnych ziemiach.

- Widzę więc, że nie tylko nasza świątynia boryka się z problemami natury materialnej. - pokiwał głową pojmując dylemat uczonego - Lecznicze, prozdrowotne i… - pokiwał głową tak jak to czyni ojciec dający rady swojemu niesfornemu synowi - ...odurzające zapewne. - westchnął. Jednak ludzką rzeczą było błądzić. Najważniejsze było jednak by cel był słuszny a ten w przypadku rozmówcy taki się być właśnie zdawał.

- Dam ci więc radę. Z dobrego serca Friedrichu.- jego głos nabrał mentorskiego tonu - Szykuje się wyprawa. W głąb dziczy. Ktoś taki jak ty przydałby się tam. Mógłbyś poszerzyć swoją wiedzę i napchać mieszek.

Sonnenblume pokiwał głową.

- Dziękuję za miłe słowo i radę Wielebny, jednak decyzja nie należy do mnie. - odpowiedział. Wszak nie musiał mówić, że Mistrz wyraził już przychylność na jego prośbę. Zresztą i tak pogadają, a nie jego było miejsce poruszać sprawy Kolegialne z kimś kto równie dobrze mógł nie być znajomym Reprezentanta Kolegiów na Lustrię.

- Jednak posądzacie mnie niesłusznie o zioła umysł mącące. Wszak to na pokuszenie Mrocznych Potęg wodzi i niegodne byłoby narażać myśli, a co za tym serce i ciało na zgubny wpływ i mutacje. Oznakę zepsucia. Przyznam jednak, że rozważam również uprawę ziół kuchennych i przypraw. Klimat nas otaczający jednak temu nie sprzyja i polegamy na imporcie z Kontynentu co strasznie podnosi cenę. Stałe źródło zaopatrzenia natomiast mogłoby poprawić jakość życia poprzez obniżkę cen i uniezależnienie się od kaprysów Mananna i chciwości kupców… oczywiście, lepiej o tym nie mówić. Ci ludzie mają jedynie mamonę w sercu i strach się bać myśleć co by byli w stanie uczynić by chronić swój interes.

- Cieszy mnie twoja roztropność. Oboje jednak wiemy, że granica między magią, nauka a obłędem jest bardzo cienka i zbyt często lubi się zacierać. - prawił jak to miał w zwyczaju - Twój pomysł zaś brzmi interesująco. Mi niestety brakuje wiedzy w tej sferze. Myślę, że mój podopieczny Zachariasz lepiej nadawałby się do takiej rozmowy. - przyznał - Miło się tak rozmawia synu. Prowadź jednak do swojego mistrza. Czas goni a mnie dziś czeka jeszcze wieczorne nabożeństwo. Jeżeli jednak będziesz chciał kontynuować tą rozmowę to zawsze możesz mi potowarzyszyć w drodze powrotnej.

- Oczywiście Wielebny Ojcze, proszę ze mną. - powiedział wykonując gest zachęcający i ruszył w stronę Wieży - Wasz Zachariasz brzmi na młodego, utalentowanego człowieka, nie ukrywam, że byłoby przyjemnością móc go poznać. Co do obłędu, jestem pewny w pokorze przed majestatem Młotodzierżcy, że wasze wsparcie w modlitwie co do Pana ulatuje o boską protekcję wybawi od pułapek umysłu mą duszę bym mógł się cieszyć z Panem i Dobrymi Bogami po śmierci w czystości przyjęty w Ogrody Morra.

- Niech więc Sigmar ma cię w swojej opiece młodzieńcze. - wykonał kilka rytualnych znaków nad głową uczniaka Ambrosia - Pamiętaj jednak chłopcze iż Slaanesh kryje się wszędzie. Nawet w tych codziennych i niepozornych czynnościach. Zakładam jednak, że to wiesz i baczysz na to. - dodał cytując fragment jednego ze swoich kazań a następnie ruszył powolnym krokiem za miłośnikiem flory i fauny.

Friedrich spojrzał z przestrachem na swego rozmówcę z myślą, że mu rozum odjęło, czy w istocie sam był on przynależny do Zakazanego Kultu w konspiracji. Wykonał kilka gestów odganiających zło, żachnął się i splunął przez lewe ramię.
- To nieszczęście i szaleństwo wielkie przynosi to miano zakazane wymawiać. - szepnął, czy syknął w niedowierzaniu i trwodze - W istocie sam Sigmar was musi mieć w najszczerszej trosce, lecz na miłość Dobrych Bogów błagam was go nie wymawiać. To drugi raz w życiu gdy je słyszę i jak wtedy ciarki po ciele mi idą. Jeno raz Łowca Czarownic Varnisch ważył się je wypowiedzieć otwarcie, za co jak słyszałem niemal go jego koledzy w fachu nie spalili na stosie, a bardzo skorzy byli.

- Stanąłeś kiedyś na wprost takiego plugastwa chłopcze, że na sam widok z oczu leciały ci łzy a po plecach przebiegał dreszcz? - zapytał - Walczyłem na wojnie. Widziałem tyle ścierwa, że na samą myśl skręca mi kiszki. Z resztą… - wskazał na przebiegająca przez twarz bliznę - ...znamie tamtych dni już na całe życie przyozdobiło moje nienajmłodsze ciało. Noszę to jako przestrogę dla innych. Dla ciebie, dla twojego mistrza. Dla wszystkich. - znów mówił jakby przemawiał z mównicy do wiernych zgromadzonych w gmachu świątynnym - Mimo tego nie naruszyło to mej wiary choćby na chwilę. To ona jest fundamentem. Teraz i na wieki wieków. Niechajże Sigmar będzie błogosławiony. - mina nabrała surowego wyrazu zaś dłonie zacisnęły się w pięści - A gdy przyjdzie mi się spotkać z jakimś pomiotem nie zawaham się. Chociażbym doliną kroczył ciemną zła się nie ulęknę, bo on jest ze mną. Jego młot i jego łaska są tym co mnie pociesza. Kimże bym był gdybym trząsł się ze strachu przed okrucieństwem do walki z którym zostałem powołany. - spojrzał nagle po ojcowsku na zalęknionego uczniaka.

Pomimo gorliwych słów Sigmaryty młodzik patrzał na niego z niepewnością.

- Szlachetna postawa, lecz mimo wszystko, doceniłbym gdyby Wielebny dla dobra nas wszystkich wyrzekł się wypowiadać słowa które zagładę, nieszczęścia wszelakie sprowadzają, a na dźwięk których bestie czeluści otchłani lgną jak muchy do gówna. Mamy dość problemów by je dodatkowo spraszać.

Mina łysego klera spoważniała zaś wzrok przybrał srogiego charakteru.

- Ja zaś doceniłbym gdybyś nie pouczał mnie a kwestie wiary i jej obrony pozostawił kapłanom bo chyba ciut się zagalopowałeś chłopcze! - mówił stanowczo nie krzycząc jednak - Nie zapominaj z kim rozmawiasz! Skup się na swoich ziołach i księgach. Tak będzie lepiej dla nas i ogółu.

Dla Gercharta wciąż było zagadką skąd w magach, nawet tak młodych jak Friedrich, brała się ta bezczelność. Ten brak dyscypliny i powściągliwości był mu tak odległy. Nie mógł więc pozwolić sobie na takie zachowanie ze strony podopiecznego Abrosia.

Nic nie mówił tylko pokiwał głową. Doszli do drzwi wejściowych Wieży, które młodzik otworzył i wszedł do środka, by stanąć u stopni schodów. Zastanawiał się, czy starszy prałat stracił zmysły by niewypowiedziane i plugawe imię wymawiać, ale po okazaniu totalnego braku skruchy i pokory przed bogami… cóż. Widać i on był zesłańcem na Lustrię. Uśmiechnął się w duszy.

- Wielebny spocznie. - wskazał dłonią na stojące krzesła przy stoliku - Sprawdzę, czy Mistrz ma na tą chwilę możliwość was przyjąć jako starego znajomego. Zdarza mu się być bardzo zajętym i gości podejmować, ale zapewne o tym wiecie. Niedługo wrócę.

Młodzik odczekał chwilę obserwując co poczyni, lub powie kapłan. Miał co do niego wątpliwości, ale przy Mistrzu Ambrosio mógł się spodziewać wszystkiego jeśli jego przeczucie miało rację.

- Dziękuję. Postoje. - odparł krótko a następnie podszedł do biblioteczki czytając tytuły poustawianych tam równo lektur.

"Flora i fauna Lustrii", "Ziołolecznistwo dla początkujących", "Mchy i porosty", "Wielki atlas grzybów", "Co w trawie piszczy", "Zwyczaje godowe jeleniowatych", "Ptaki, ssaki, gady i płazy", "Pajęczaki". Tematyka wszystkich książek tyczyła się bezpośrednio domeny samego Ambrosia. Nie zdziwiło to więc kapłana. Chwycił więc jeden z tomików zatytułowany "Świat gadów" i otworzył gdzieś po środku.

Mag udał się na górę i stanął u drzwi gabinetu nasłuchując dźwięków aktywności, by po dłuższej chwili wziąć głęboki uspokajający oddech i zapukać oczekując pozwolenia na wejście.

* * *

- Proszę! - uczeń usłyszał zza drzwi głos swojego mistrza. Widocznie zastał go w swoim gabinecie.

Friedrich wszedł do środka i ukłonił się.
- Mistrz wybaczy. Petent prosi o audiencję. Dobrze zbudowany, łysy Sigmaryta z blizną. Podaje się za Gercharta Uber.

Widać było, że uczniak był niespokojny. Nie czuł się pewnie i bił ze sobą, ale mimo wszystko powiedział ciszej.

- Wymówił otwarcie w rozmowie plugawe, demoniczne imię Księcia Rozkoszy, Mistrzu.

- Doprawdy? - mistrz kiwał głową na to co mówił uczeń jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Aż do ostatniej jego wzmianki. Wtedy spojrzał na niego uważniej.

- To o ciekawych tematach sobie dyskutujesz z nieznajomymi kapłanami Friedrichu. Cóż to był za temat? - gospodarz tej zielonej jaskini z żywych roślin zapytał chcąc mieć lepszą perspektywę niż jakieś wyrywkowe zdanie.

Friedrich zamknął za sobą drzwi. Jego niepokój został zastąpiony pewną i niezłomną postawą kiedy składał raport. Zatem w istocie Nowy Świat był miejscem wyrzutków tak jak nosił miano Port… tak jak podejrzewał, czuł i może nawet żywił nadzieję...

- Była to luźna rozmowa o ziołach Mistrzu. Wspomniałem o moim projekcie o którym jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać. Uprawie ziół leczniczych i kuchennych Starego Świata w warunkach Lustryjskich celem polepszenia dobrobytu i gospodarki Portu Wyrzutków. Oczywiście pominąłem fragment o zwiększonych wpływach i zasobach Kolegiów Magii. Założył pośpiesznie, iż i zioła odurzające jest mi uprawiać co sprostowałem jak przystoi szczególnie przy członkach tej formacji, iż to na pokuszenie Mrocznych Potęg wodzi. W tym momencie użył tego imienia, otwarcie i bez strachu prawiąc zwyczajowe morały Świątyni. Rozumiem, że jesteśmy w Nowym Świecie, jednak odnajduję zasadność powściągliwości języka. Ojczyzna może być w ruinie po wojnie, ale nadal mogą naszkodzić krwi. Kuszenie złego jednak na świeżym powietrzu, poza pomieszczeniem chronionym glymphami i runami, w towarzystwie świeżo poznanego człowieka, czarodzieja... czy nie jest to co najmniej nierozsądne? Tym bardziej, że przedstawia się za waszego znajomego.

Tak, młodzik zdecydował się grać w szczere i w miarę otwarte karty wkładając prawdę dając przy tym jawny sygnał, że ta rozmowa co się odbyła to też była próba wywiadu. Skupiał się jednak tylko na zadanych pytaniach. Nie mówiąc poza to o co jest się pytanym. Względnie dostarczać złomki dodatkowych informacji dając wybór Ambrosio co z nimi zrobi. Zgodnie z protokołem i pozycją którą zajmował w hierarchii.

- Rozumiem. - mistrz wysłuchał uważnie młodzika co sprawiał wrażenie przejętego i mu nie przerwał. Sięgnął po swoją fajkę i zaczął ją bez pośpiechu nabijać co zdaje się pozwalało mu skupić na czymś ręce i myśli.

- Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś Friedrichu. Zapytam o to naszego gościa. Żywię nadzieję, że tak prawy kapłan nie przyszedł tu w żadnym bezbożnym celu. A teraz proszę poproś go tutaj, nie wypada czekać gościowi nie wiadomo jak długo. - mistrz nie wydawał się zaniepokojony i po tej relacji ucznia widocznie sam chciał się rozmówić ze swoim gościem.

- A z ziołami odurzającymi byłbyś chyba pierwszym uczniem naszego Kolegium co chociażby tego nie próbował. Więc miej proszę zrozumienie dla bliźnich w tym temacie. Miej na uwadze, że do naszej Sztuki potrzeba różnorodnych składników, także roślinnych więc rozsądne jest być możliwie samowystarczalnym. Jednak wszelką produkcję półproduktów i gotowych produktów ponad to, zwłaszcza poza progi tej zacnej uczelni będę zmuszony ukrócić. Mam nadzieję, że się rozumiemy Friedrichu. A teraz już idź, i poproś naszego gościa na górę. - mistrz skończył czyścić swoją fajeczkę gdy tak już jakby na koniec dodał coś od siebie specjalnie dla swojego ucznia po czym dał mu znać, że dalsza zwłoka w przybyciu łysego gościa byłaby mocno niepożądana.

Friedrich ukłonił się Mistrzowi. Co miało być powiedziane zostało. Rozkazy zostały wydane. Starzec nie wspomniał, że nie był mu potrzebny, ale dał jasny znak. Bardzo, dobitnie wyraźny i nie czuł się z tym dobrze. Najgorsze nic nie mógł na to poradzić w tej chwili. Pieprzony dyplomata… ale za to go uwielbiał. Tylko czemu Starzec uczepił się ziół odurzających? Nie interesowało go zwiększenie wpływów Kolegiów o których mówił? Zresztą, dlaczego miał to przeczucie, że Mistrz siedzi głęboko w gównie po uszy? Ważne, że wykazał lojalność i bogobojny przesąd. Na dobre i na złe… zresztą. Po listach które otrzymał na pewno znał jego sytuację i pochodzenie.

* * *

Friedrich zszedł na dół po schodach i stając u ich stóp powiedział do Gercharta.

- Mistrz prosi was do siebie Wielebny. Proszę mi wybaczyć wcześniejsze słowa. To było niestosowne. Zapraszam.

Ustąpił miejsca i gestem zachęcił ‘zapewne’ znajomego Mistrza do wejścia po schodach.

Gerchart skinął głową zarazem w odpowiedzi na zaproszenie jak i w akcie łaski względem wcześniejszej zbyt duże swobody dużo młodszego od siebie chłopaka. Następnie zaś ruszył w stronę drzwi.

* * *

[i]- Proszę! - zza drzwi doszedł go głos naczelnika wieży magów. Gdy kapłan wszedł do środka znalazł się w gabinecie w jakim bywał już wcześniej. Ale jednak wciąż mógł wydawać się on niesamowity. Jakby same rośliny zbudowały tą przytulną bańkę dla swojego gościa i gospodarza. Efekt trochę psuła plucha na zewnątrz bo ulewa, mimo skwarnego dnia, dalej bezlitośnie prała ściany i świat zewnętrzny.

- A to ty Gercharcie. Wejdź i usiądź proszę. Cóż cię do mnie sprowadza? - gospodarz widząc kto przyszedł uśmiechnął się i wskazał dłonią na jeden z dwóch wolnych i jakże wygodnych foteli. Całkiem inne niż te zwykłe krzesła co miał u siebie sigmarycki prałat.

- Pochwalony. - skinął witając się zwyczajowo z gospodarzem

Friedrich wszedł za kapłanem i stanął z boku przy drzwiach czekając na dyspozycje. Mówił całe nic.

- Dziękuję Friedrichu, to wszystko na razie. - mistrz widząc, znów ucznia podziękował mu za tą pomoc z gościem skinieniem głowy i widocznie chciał porozmawiać z gościem bez osób trzecich.

Młody czarodziej ukłonił się i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zatem jednak nie był potrzebny, ale miał co chciał. Wiedzę. Szczepek. Kapłan-Heretyk i Magister znali się dość dobrze…

- Nie wspominałeś, że masz w zamiarze przyjąć ucznia. - podjął rozmowę z magistrem uprzednio odprowadzając wzrokiem żaka - Poborowy czy sam go odnalazłeś? - mimo już kilku lat spędzonych w szeregach kapłanów najwyższego bóstwa Imperium, Gerchartowi wciąż ciężko było się wyzbyć starych przyzwyczajeń związanych zarówno z kwestią dyscypliny jak i słownictwa.

- W wojsku za podważanie autorytetu starszych stopniem trafiało się nieraz i na tydzien czy dwa do karceru pozostając tylko o suchym chlebie i wodzie. - przyjmując zaproszenie gospodarza usiadł w przygotowanym dla gości fotelu - Ale tak, tak. Masz racje. Wiem co chcesz powiedzieć. "To nie wojsko". Musisz jednak przyznać, że ciut kindersztuby jeszcze nikomu nie zaszkodziło. - przerwał jednak naglę miarkując się iż zaraz znów zacznie prawić jakby stał na ambonie a to nie w tej sprawie złożył tą niezapowiedzianą wizytę Ambrosio.

- Do rzeczy jednak. Przychodzę w związku z naszą ostatnią rozmową. - splótł palce dłoni patrząc na pykającego fajkę magistra - Trza mi dwóch rzeczy. Składników magicznych i wiedzy. Wiedzy na temat tego gdzie zmierzam i co mogę tam spotkać. Jesteś w stanie mi pomóc?

- Tak, jeden z młodszych i nowszych uczniów. Bardzo obrotny młodzieniec. Bardzo młody. - stary magister pokiwał głową patrząc na już zamknięte za owym uczniem drzwi.

- Z tymi składnikami myślę, że nie powinno być raczej kłopotu. Znasz cennik. Zrób listę czego ci potrzeba to podeślę kogoś. Jutro może być? - gospodarz zwrócił się do kapłana w tej bardziej przyziemnej sprawie. Nie mówił jakby przewidywał jakieś trudności w tej kwestii. Więc po wymianie towaru za monety był skłonny przychylić się do tej prośby.

- Z wiedzą już może być trudniej. Oczywiście możesz z nich korzystać, nasza biblioteka jest do twojej dyspozycji. Ale na miejscu Gerchardzie. Nie chciałbym aby te księgi opuściły naszą bibliotekę. Możesz robić notatki naturalnie ale księgi mają zostać na miejscu. - przy kolejnej prośbie właściwie też nie widział przeszkód ale już jednak pod pewnymi warunkami.

- A co do rozmowy z moim uczniem. Wspomniał mi z pewną dozą obaw, że poruszyłeś tam na dole temat kogoś z Mrocznej Czwórki. Bardzo to przeżył. Możesz mi wyjaśnić o co chodziło? - na koniec stary magister sztuk tajemnych niejako wrócił do młodzieńca o jakim rozmawiali na początku.

- Zauważyłem właśnie ale to dobrze. Nawet bardzo. - przyznał kładąc ręce na podłokietnikach - Szczególnie w tym miejscu i w tych czasach. Nie rozumiem za to co tu wyjaśniać. - nieco zmarszczył czoło i brwi - A o czym mógł prawić stary kapłan młodszemu o wiele lat od siebie uczniowi sztuki magicznej stojącemu na progu zarówno tak wielkiej mocy jak i pokusy? Tu zaś mogę odwołać się tylko do twojej wielkiej i niepodważalnej wiedzy. Z resztą... - niezachwianie patrzył w oczy magistra - Sam wiesz jak cienka linia dzieli rozsądek od obłędu. Nie muszę ci chyba przypominać jak skończył Meandir. - twarz prałata wykrzywił delikatny grymas gdy wspomniał o druidzie ze starego lądu, który przez brak opamiętania popadł w nałóg i herezję.

- Jeżeli zaś chodzi o wcześniejszy temat. - nawiązał do sprawy, z którą przyszedł do czarodzieja - To pozwól więc, że przyśle tu na dniach akolitę Zachariasza. To pilny młodzieniec, którego przydzielił mi ojciec Leorin. Mam go zabrać na tą wyprawę i wyszkolić. Chłopak musi zmężnieć, bo póki co to jedyne co dźwiga to księgi. - łysy kapłan wstał nagle - Na mnie już chyba pora. Swoją drogą. Myślałeś o tym by do tej wyprawy dołączył również twój uczeń? - rzucił pytające spojrzenie w kierunku gospodarza - Trochę dyscypliny by mu nie zaszkodziło. Ja zaś mógłbym mieć na niego oko.

---

Stary kapłan wracał samotnie uliczkami, które mimo spadającej z nieba wody nie były aż tak puste jak możnaby się spodziewać. Deszcze lał tu przez bite pół roku. Szło więc się przyzwyczaić. Miało to swoje dobre strony. Higiena wciąż była rzeczą obcą dla dużej części społeczeństwa co niejednokrotnie dało się wyczuć. Gerchart jednak nie rozmyślał nad tym zbytnio w tym momencie. Czekała go wieczorna msza, która dziś to on miał prowadzić. Po niej zaś planował sprawdzić jak Zachariasz radzi sobie z orężem w ręku. Czasu było niewiele a jednooki piewca słowa Sigmara wolał wiedzieć na czym stoi.
 
Pieczar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2021, 19:32   #10
 
Pieczar's Avatar
 
Świątynia Sigmara

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe; rozmowa z arcykapłanem Leorinem.


Przywykł już do tych narzekań swojego przełożonego. Szczególnie wtedy gdy brakowało mu ulubionego napitku, którym mógł przepłukać gardło. Dziś jednak było nieco inaczej niż zwykle a to za sprawą tej nieco zaskakującej informacji, która wyraźnie ucieszyła łysego kapłana. Mimo to nie uzewnętrzniał on swojego entuzjazmu. Przyjął on wieść pokornie jak przystało zarazem na mężczyznę w jego wieku i bojownika Młotodzierżcy.

- Tak też uczynię. - odparł krótko zasiadając przy biurku w wprost starszego od siebie kapłana - Masz dla mnie jeszcze jakieś polecenie związane z tą eskapadą? - spojrzał pytająco na rozmówcę.

- A to tych co ci dałem to mało? - zaśmiał się przełożony rozbawiony takim pytaniem. Potraktował je chyba dość żartobliwie. - Brutalna prawda jest taka Gerchardzie, że potrzebujemy pieniędzy. Albo czegoś cennego by to wymienić na te pieniądze. Bez tego ciężko będzie ruszyć z miejsca. No a ta eskapada jak to ładnie nazwałeś, daje na to okazję. Dlatego postaraj przygotować się jak należy. Jeśli byś czegoś potrzebował to mów. Nie mogę ci obiecać, że będę mógł ci pomóc, zwłascza materialnie bo sam widzisz jak u nas z materią no ale zrobię co się da. - starszy kapłan zrobił gest i kwaśną minę wskazując na tą mizerię świata doczesnego jaki ich otaczał. Zwłaszcza w murach ich świątyni jaka w porównaniu do swoich odpowiedników w ich ojczyźnie prezentowała się równie skromnie jak ich stadko sigmaryckich wiernych jakimi się opiekowali i mu przewodzili.

- Jeżeli będę więc czegoś potrzebować to zgłosze się do ciebie Leorinie. - odparł kiwając głową to w górę to w dół - Pozwól więc, że zabiorę ze sobą tego młodziaka aby zapewnić ci zapas czegoś co nie pozwoli ci tu uschnąć. - zaproponował jak przystało na niższego rangą. Był to zarazem wyraz jego wdzięczności za takie wyróżnienie, które było mu wyraźnie na rękę.

- Zachariasza? - przeor wskazał sękatym palcem na ścianę za jaką dyżurował młodzieniec. Chciał chyba sprawdzić czy o nim mowa. Sam znów sięgnął po butelkę i zaczął rozlewać kolejną porcję wina. Umysł podczas tej rozmowy rozruszał się i działał już całkiem sprawnie a nie jak na jej początku. Wówczas gospodarz wydawał się jeszcze spać jednym okiem i wstać lewą nogą.

- Tego nicponia? No nie wiem czy to dobry pomysł. Wygląda mi dość mizernie. Żaden z niego wojownik. Nie to co ty. Nie ma doświadczenia. No ale… No cóż, jeśli uważasz, że może ci się przydać to weź go. Ale opiekuj się nim. To nie jest zły chłopak. Nawet jeśli czasem nie pomyśli jak należy wykonywać swoje obowiązki. - przełożony Gercharda trochę się chyba zdziwił takim wyborem. Ale jak tak o tym myślał kręcąc trzymanym kubkiem to nawet był skłonny przychylić się do prośby podwładnego. Chociaż żywił wyraźną wątpliwość w jego odporności na trudy jakie można było się spodziewać podczas takiej eskapady.

- Wiem, że to nie oczywisty wybór ale… - spojrzał w stronę drzwi, przez które przed kilkoma chwilami wychodził akolita - …dobry kapłan to nie tylko sprawny wojownik ale i tęgi oraz czysty umysł a ten młodzian wydaje się te dwie ostatnie cechy posiadać. - wrócił wzrokiem na spijającego resztki płynu z kubka staruszka - Zaś z brakami w wyszkoleniu wojskowym jakoś sobie poradzę. Mam swoje sposoby. - uśmiechnął się delikatnie unosząc tylko lewy kącik ust - W każdym razie. Zabieram Zachariusza i ruszamy. Niebawem się widzimy mistrzu. - rzekł wstając od biurka i kiwając lekko głową jakby odmeldowywał się w trakcie składania raportu z frontu.

Winnica

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe; rozmowa z Solanem Zapatą.


- Pochwalony. - kapłan wraz ze swym uczniem przywitali się stanąwszy przy szynkwasie na wprost opasłego karczmarza - Solano u siebie? - nie musiał się przedstawiać. Regularnie odwiedzał ten lokal. Zazwyczaj były to wizyty w dwóch celach. Pierwszy bardziej służbowy związany z dostawą wina mszalnego dla Leorina. Drugi raczej bardziej trywialny. Gerchart miał dosyć ryb i całego tego ustrojstwa z rzek i oceanu. Tu miał wszak możliwość wbić swoje pożółkłe już zęby w sowity kawał pieczystego.

- Pochwalony ojcze. Tak, zaraz przyjdzie. - jedna z kelnerek jaka akurat była za barem skinęła grzecznie głową kapłanowi i nieco niedbale machnęła dłonią w stronę wejścia na zaplecze. Zachariasz patrzył na to wszystko trochę ciekawskim a trochę baranim wzrokiem. Przy czym pewnie jeszcze próbował udawać, że wcale tak nie jest więc zarobił dość ironiczne spojrzenie kelnerki. A i zaraz kotara od zaplecza odsłoniła się i wyszła przez nie zwalista sylwetka oberżysty.

- O. Kto zawitał w nasze progi. Pochwalony ojcze, pochwalony. Znów po winko? Coś wcześniej w tym tygodniu. Czy może coś pieczystego? To zaraz każę przygotować. - Solano chyba trochę się nie spodziewał tego gościa akurat tego dnia i o tej porze. Ale, że ten często tu bywał to jakoś przesadnie zdziwiony nie był. Za to emanował życzliwością dla stałego od paru miesięcy klienta.

- Otóż to. - odparł widocznie zadowolony z takiej propozycji - Coś na ząb dla mnie i tego młodzieńca ze mną na pewno nam dobrze zrobi. - skinął lekko głowa w kierunku Zachariasza - Później zaś możemy dobić interesu. Może zjadłbyś z nami. Mam wszak do ciebie parę pytań apropos tej poganki, którą to mają zamiar wystawić na sprzedaż.

- Dziękuję za zaproszenie wielebny ale właśnie jadłem. - odparł Solan z miną zastanowienia wypisaną na twarzy. - Ale spocznijcie sobie, zaraz coś wam podam. - wskazał na główną salę. Akurat o tej porze dnia trochę więcej jak połowa miejsc była pusta. Pora obiadowa się kończyła a do wieczornych biesiad było jest całe popołudnie. Dwaj kapłani mieli więc całkiem sporo miejsca do wyboru.

- Obiad zaraz będzie. - powiedział gospodarz gdy po krótkim czekaniu przyszedł do ich stołu z tacą, butelką i kubkami. Dosiadł się stawiając to wszystko na stole do dyspozycji gości. - Ta Amazonka? No złapali ją i będą ją za dwa dni sprzedawać na targu. - zaczął od wątku o jaki Gerchart pytał przy szynkwasie. Miał minę i głos jakby nie bardzo wiedział czego rozmówca oczekuje po tym wypytywaniu.

- Tyle to i ja wiem. - raczej znużonym tonem odpowiedział na taką informację zwrotną kupca - A coś więcej o tej sprawie ci wiadomo? Kto? Gdzie? I jak ją złapał? - zasypał gospodarza seria pytań odkrajając kawałek dobrze wypieczonego udźca jednego z lokalnych zwierząt - Nie jestem specjalistą ale jak na mój gust takie Amazonki to raczej samotnie nie hasają sobie po dżungli z dala od swoich osad. - porcją strawy wylądowała w ustach kapłana.

- Ah, tak, ta dzikuska, tak… - Solano podrapał się po podbródku. Poczekał aż jego pracownica przełoży z tacy na stół zamówiony posiłek. Uśmiechnął się widząc jak młody akolita bardzo się stara nie jeść zbyt łapczywie. A te parę chwil pomogło mu chyba zebrać myśli.

- Nie wiem kto ją złapał. Nie interesowałem się tym. Ale to ciekawe. Już trochę tu żyję i mieszkam a nigdy nie słyszałem by jakąś złapali. I to żywą. Słyszałem, że czasem ktoś jakąś spotkał w dżungli. Ale, żeby jakaś w mieście była? Żeby jakąś złapać? No to nie. Nic z tych rzeczy. - pulchny południowiec przyznał z zastanowieniem, że o takim wypadku to do tej pory nie słyszał. Więc i był nieco tym zdziwiony.

- Podobno Marko Tramiel się tym zajmuje. On ma prowadzić aukcję co ją mają wystawić na sprzedaż. - kapłanowi samo nazwisko coś obiło się o uszy. Jakiś handlarz chyba. Ale nie bardzo mógł sobie przypomnieć co, jak i kiedy mu wpadło w ucho to nazwisko.

- Dobre i tyle. - rzucił krótko - A co ci wiadomo o tej wyprawie w głąb dżungli. Sporo ludzi znasz. Jeszcze więcej się u ciebie zaopatruje. Wiele więc musiałeś słyszeć. Nie racz mnie tylko wszędzie powtarzanymi plotkami. Wiesz. Szczerze jak na spowiedzi. - dodał przepijając dobrze schłodzonym winem.

- To też żadna tajemnica. Ot, wicehrabina postanowiła urządzić wycieczkę w głąb dżungli. Po łupy i skarby. Żadna nowość. Co jakiś czas ktoś robi coś takiego. Ale mało kto wraca z takich wycieczek. Jeszcze mniej ze złotem i łupami. Ale ci co wrócą żyją jak lordowie. No i potem to napędza innych na podobne wyprawy. I tak to się toczy. - Zapata powiedział to dość filozoficznym tonem jakby opowiadał o toczącym się kole życia.

- No i tym razem wszystkim ma się zajmować Carlos de Rivera. On zwykle urzęduje albo w “Przystani” albo w “Kordelasie”. To z nim trzeba by pewnie gadać o tej wyprawie. Zbierają chętnych na tą wycieczkę. - Estalijczyk zadumał się starając sobie przypomnieć co ostatnio słyszał na temat tej wycieczki jaką organizowała hrabina.

- Myślę, że to właściwy człowiek do tego zadania. Dużo pływał, zna tutejsze wody i klimat. Podobno też robił już wycieczki na ląd. I jak był najazd tej floty barbarzyńców to chwalił się, że ich łupił. Może i tak. Bo opychali po karczmach i burdelach różne fanty a i nowych do załogi szukali bo pewnie starych im wyrżnęli. Ale to było ze 2 czy 3 lata temu, jak ta wielka wojna była w Starym Świecie. - przypomniał sobie coś co słyszał kiedyś o tym Riverze ale tak jakby sam tego nie doświadczył a tylko wspominał ówczesne plotki i historie.

Starszy mężczyzna pokiwał tylko głowa przyjmując do wiadomości to co ten szerszy w pasie od niego karczmarz mu przekazał. Komentarz był zbędny. Szczególnie iż simgaryta nie dowiedział się raczej niczego nowego.

- Wróćmy więc do interesów. Co tam dla mnie masz? - ostry jak brzytwa nóż gładko niczym masło kroił soczyste mięsiwo - Może chciałbyś złożyć jakiś datek na rzecz świątyni? - rzucił nieco żartobliwie unosząc lewy kącik swoich upaplanych w zwierzęcym tłuszczu ust.

- No mam to co braliście poprzednio. Jeśli wam posmakowało to tylko powiedzcie ile wam potrzeba. A, i może spóbujecie gorącej estalijki? Mam nową dostawę, schodzi na pniu, karczmy, tawerny nawet do szlachty i kapitanów przychodziło zamówienie. Może ojciec spróbować szklaneczkę. - Solano szybko przeszedł do interesów dodając do swojej oferty nowy produkt. Zawołał do tej kelnerki co przyniosła obiad aby teraz przyszła ze szklanką tego zachwalanego trunku. Ale o żadnym datku dla świątynie dyplomatycznie nie wspominał.

- Skoro częstujesz to nie odmówię. Tak na lepsze trawienie. Jednak niewiele. Mamy wszak dzisiaj do załatwienia jeszcze parę drobiazgów. - odparł raczej niezadowolony z nieustępliwości kupca ale no cóż. Handel jest handel. Rządzi się on swoimi prawami. Sigmara nie było co w to mieszać.

- Żaden ze mnie spec. - rzekł przechylając naczynie ze świeżo podanym rarytasem - Dla mnie może być. - odparł chłodno ocierając rękawem usta - Weźmiemy więc dwie baryłki. Przydziel jednak chłopakowi kogoś do pomocy. Obawiam się, że ciężar ów ładunku mógłby przerosnąć nawet me możliwości. - widząc twarda postawę kupca chociaz w ten sposob starał się ugrać co nieco.

- A ty Zachariaszu dostarcz mistrzowi te smakołyki. - zogniskował spojrzenie na cherlawym akolicie - Poproś go również o dwa drewniane oręże do treningu a sam zaś przygotuj się do wieczornego sprawdzianu z umiejętności bojowych. Tak tuż przed modlitwą. - dodał żołnierskim tonem - Zobaczymy na co cię stać.

Wieża Ambrosio

Czas akcji: 2525.XI.32 wlt; południe; rozmowa z Dhratlach i Ambrosio


Wieża Ambrosio, Wieża Magistra Ambrosio, Wieża Magów, różnie mówiono na ten budynek. Właściwie to nie była to tylko wieża. Ot wieża to był najbardziej reprezentacyjny i charakterystyczny budynek. Pozostałe stajnie, szopy, domy ogrodzone wysokim żywopłotem wyglądały już bardziej zwyczajnie. Ale to już Gerchart mógł stwierdzić także i podczas poprzednich wizyt. Na razie przydałoby mu się jakiekolwiek schronienie przed tą ulewą jaka wciąż padała. Do tego zerwał się całkiem mocny wiatr więc ten żywopłot i mijane drzewa szumiały i trzeszczały niczym jacyś potępieńcy.

Friedrich z uśmiechem wychodził z budynku dormitorium z niebywałym uśmiechem rzucając do kogoś w środku krótkie...

- Jasne!

Obracając głowę przed siebie jego mina lekko przybrała wyraz zwątpienia gdy zobaczył… kapłana. Kapłana Sigmara ze wszystkich możliwych w Porcie Wyrzutków. Bardzo, ale to bardzo nietypowy widok. Nie mniej uśmiechnął się pogodnie, a zwątpienie było chwilowe i kierując do niego kroki mówił z nutami wesołości.

- Wielebny aby się nie zgubił? Jeśli nie byliście zapowiedziani Mistrz może nie przyjąć, ale ja służę pomocą. Friedrich “Sonnenblume” Zimmer. Czegóż potrzeba duszy pokornego słudze Króla Bogów?

- Duo nae, Sigmarus Supremus. - odparł w klasycznym nie wiedząc zbytnio z kim ma do czynienia. - Ambrosio jest więc czymś zajęty? - nie czekając jednak na odpowiedź kontynuował - Myślę jednak, że znajdzie dla mnie chwilę. - spokojnym tonem zauważył ten dość istotny szczegół - Chociaż jest jednak rzecz w której mógłbyś mi pomóc. Mianowicie. Kim jesteś chłopcze? - spytał nieco podejrzliwie marszcząc jedna z brwi - I nie pytam rzecz jasna o imię. - nie kojarzył mężczyzny a ten mimo swojego wyglądu zdradzającego niejako iż jest on podopiecznym magistra w rzeczywistości mógł okazać się kimś zupełnie innym. Tyle to mówiło się o złodziejaszkach czy innych szujach kręcących się po okolicy. Z reszta okolica również była nietypowa. Istna wylęgarnia różnego rodzaju szumowin. Ostrożności więc nigdy za wiele.

Uśmiech młodzieńca się poszerzył. Niemal każdy kapłan był na swój sposób ignorantem w magicznym świecie. Jak niemal wszyscy. Jakby nie patrzeć, Nowy Świat, stare dylematy!

- Wędrowny Czarodziej Kolegium Życia, Wielebny…? - powiedział zawieszając pytanie na samym końcu dając jasno do zrozumienia jego pragnienie w sposób czysto subtelny. Ten tutaj wyglądał mu bardziej na woja, niż uczonego w piśmie. Hm, tacy też są przydatni. Jeśli nie trochę toporni…

Doszukiwał się drugiego dna w tym uśmieszku swojego rozmówcy. Nie wiedział jednak czy ten coś knuje czy raczej jest pod wpływem tych swoich ziółek i naparów. Oboje piastowali życie oboje jednak w trochę inny sposób.

- Starszy prałat Gerchart Uber. Oddany i wierny sługa naszego Pana Sigmara. - też w końcu się przedstawił nie zapominając o swoim tytule - A to od kiedy Ambrosio przyjął na nauki żaka? - wciąż doszukiwał się pochodzenia Friedricha - Od jakiegoś już czasu odwiedzam Magistra. Ciebie jednak nigdy do tej pory nie widziałem.

- Jestem tutaj już dłuższą chwilę Wielebny. Czasem tracę rachubę czasu. Sam nie wiem czy z dwa miesiące, czy parę tygodni. Powód mojej absencji jest prosty. Większość czasu spędzam nad księgami, lub w pracowni. Nie zapominając o dodatkowych projektach. - odpowiedział uprzejmie Zimmer.

- Mniemam, że znajomość z Mistrzem Ambrosio układa się dobrze? Przyznam, że to dość niecodzienny widok, ale w końcu jesteśmy w Nowym Świecie.
- dodał z lekkim zaciekawieniem.

- Nad księgami powiadasz…? - zadumał chwilę - To tak jak Zachariasz. - raczej głośno myślał aniżeli zwracał się bezpośrednio do druida - No dobrze, dobrze a prace nad czym tak zajmują ci czas? - dopytywał mocno zaciekawiony lustrując potarganego czarodzieja - Jeżeli zaś chodzi o znajomość z twoim gospodarzem. Hmmm… - trzymał złożone dłonie wzrok miał jednak surowy - Znamy się jeszcze ze Starego Lądu i sam Sigmar widocznie skrzyżował nasze drogi właśnie tutaj. Niezbadane są wyroki boskie.

- Zaiste, Wolą Sigmara było to szczęśliwe spotkanie. - odpowiedział kiwając głową młodzik - Nic nadzwyczajnego. Zaledwie próby opracowania, a następnie udoskonalenia upraw roślin leczniczych i prozdrowotnych z Kontynentu w surowych warunkach Lustryjskich. Nieszczęśliwie, jest to funduszo i czasochłonne. Mój prywatny projekt, można powiedzieć. Ku dobrobytu i rozwojowi ludności Starego Kontynentu na tych ukropnych ziemiach.

- Widzę więc, że nie tylko nasza świątynia boryka się z problemami natury materialnej. - pokiwał głową pojmując dylemat uczonego - Lecznicze, prozdrowotne i… - pokiwał głową tak jak to czyni ojciec dający rady swojemu niesfornemu synowi - ...odurzające zapewne. - westchnął. Jednak ludzką rzeczą było błądzić. Najważniejsze było jednak by cel był słuszny a ten w przypadku rozmówcy taki się być właśnie zdawał.

- Dam ci więc radę. Z dobrego serca Friedrichu. - jego głos nabrał mentorskiego tonu - Szykuje się wyprawa. W głąb dziczy. Ktoś taki jak ty przydałby się tam. Mógłbyś poszerzyć swoją wiedzę i napchać mieszek.

Sonnenblume pokiwał głową.

- Dziękuję za miłe słowo i radę Wielebny, jednak decyzja nie należy do mnie. - odpowiedział. Wszak nie musiał mówić, że Mistrz wyraził już przychylność na jego prośbę. Zresztą i tak pogadają, a nie jego było miejsce poruszać sprawy Kolegialne z kimś kto równie dobrze mógł nie być znajomym Reprezentanta Kolegiów na Lustrię.

- Jednak posądzacie mnie niesłusznie o zioła umysł mącące. Wszak to na pokuszenie Mrocznych Potęg wodzi i niegodne byłoby narażać myśli, a co za tym serce i ciało na zgubny wpływ i mutacje. Oznakę zepsucia. Przyznam jednak, że rozważam również uprawę ziół kuchennych i przypraw. Klimat nas otaczający jednak temu nie sprzyja i polegamy na imporcie z Kontynentu co strasznie podnosi cenę. Stałe źródło zaopatrzenia natomiast mogłoby poprawić jakość życia poprzez obniżkę cen i uniezależnienie się od kaprysów Mananna i chciwości kupców… oczywiście, lepiej o tym nie mówić. Ci ludzie mają jedynie mamonę w sercu i strach się bać myśleć co by byli w stanie uczynić by chronić swój interes.

- Cieszy mnie twoja roztropność. Oboje jednak wiemy, że granica między magią, nauka a obłędem jest bardzo cienka i zbyt często lubi się zacierać. - prawił jak to miał w zwyczaju - Twój pomysł zaś brzmi interesująco. Mi niestety brakuje wiedzy w tej sferze. Myślę, że mój podopieczny Zachariasz lepiej nadawałby się do takiej rozmowy. - przyznał - Miło się tak rozmawia synu. Prowadź jednak do swojego mistrza. Czas goni a mnie dziś czeka jeszcze wieczorne nabożeństwo. Jeżeli jednak będziesz chciał kontynuować tą rozmowę to zawsze możesz mi potowarzyszyć w drodze powrotnej.

- Oczywiście Wielebny Ojcze, proszę ze mną. - powiedział wykonując gest zachęcający i ruszył w stronę Wieży - Wasz Zachariasz brzmi na młodego, utalentowanego człowieka, nie ukrywam, że byłoby przyjemnością móc go poznać. Co do obłędu, jestem pewny w pokorze przed majestatem Młotodzierżcy, że wasze wsparcie w modlitwie co do Pana ulatuje o boską protekcję wybawi od pułapek umysłu mą duszę bym mógł się cieszyć z Panem i Dobrymi Bogami po śmierci w czystości przyjęty w Ogrody Morra.

- Niech więc Sigmar ma cię w swojej opiece młodzieńcze. - wykonał kilka rytualnych znaków nad głową uczniaka Ambrosia - Pamiętaj jednak chłopcze iż Slaanesh kryje się wszędzie. Nawet w tych codziennych i niepozornych czynnościach. Zakładam jednak, że to wiesz i baczysz na to. - dodał cytując fragment jednego ze swoich kazań a następnie ruszył powolnym krokiem za miłośnikiem flory i fauny.

Friedrich spojrzał z przestrachem na swego rozmówcę z myślą, że mu rozum odjęło, czy w istocie sam był on przynależny do Zakazanego Kultu w konspiracji. Wykonał kilka gestów odganiających zło, żachnął się i splunął przez lewe ramię.

- To nieszczęście i szaleństwo wielkie przynosi to miano zakazane wymawiać. - szepnął, czy syknął w niedowierzaniu i trwodze - W istocie sam Sigmar was musi mieć w najszczerszej trosce, lecz na miłość Dobrych Bogów błagam was go nie wymawiać. To drugi raz w życiu gdy je słyszę i jak wtedy ciarki po ciele mi idą. Jeno raz Łowca Czarownic Varnisch ważył się je wypowiedzieć otwarcie, za co jak słyszałem niemal go jego koledzy w fachu nie spalili na stosie, a bardzo skorzy byli.

- Stanąłeś kiedyś na wprost takiego plugastwa chłopcze, że na sam widok z oczu leciały ci łzy a po plecach przebiegał dreszcz? - zapytał - Walczyłem na wojnie. Widziałem tyle ścierwa, że na samą myśl skręca mi kiszki. Z resztą… - wskazał na przebiegająca przez twarz bliznę - ...znamie tamtych dni już na całe życie przyozdobiło moje nienajmłodsze ciało. Noszę to jako przestrogę dla innych. Dla ciebie, dla twojego mistrza. Dla wszystkich. - znów mówił jakby przemawiał z mównicy do wiernych zgromadzonych w gmachu świątynnym - Mimo tego nie naruszyło to mej wiary choćby na chwilę. To ona jest fundamentem. Teraz i na wieki wieków. Niechajże Sigmar będzie błogosławiony. - mina nabrała surowego wyrazu zaś dłonie zacisnęły się w pięści - A gdy przyjdzie mi się spotkać z jakimś pomiotem nie zawaham się. Chociażbym doliną kroczył ciemną zła się nie ulęknę, bo on jest ze mną. Jego młot i jego łaska są tym co mnie pociesza. Kimże bym był gdybym trząsł się ze strachu przed okrucieństwem do walki z którym zostałem powołany. - spojrzał nagle po ojcowsku na zalęknionego uczniaka.

Pomimo gorliwych słów Sigmaryty młodzik patrzał na niego z niepewnością.

- Szlachetna postawa, lecz mimo wszystko, doceniłbym gdyby Wielebny dla dobra nas wszystkich wyrzekł się wypowiadać słowa które zagładę, nieszczęścia wszelakie sprowadzają, a na dźwięk których bestie czeluści otchłani lgną jak muchy do gówna. Mamy dość problemów by je dodatkowo spraszać.

Mina łysego klera spoważniała zaś wzrok przybrał srogiego charakteru.

- Ja zaś doceniłbym gdybyś nie pouczał mnie a kwestie wiary i jej obrony pozostawił kapłanom bo chyba ciut się zagalopowałeś chłopcze! - mówił stanowczo nie krzycząc jednak - Nie zapominaj z kim rozmawiasz! Skup się na swoich ziołach i księgach. Tak będzie lepiej dla nas i ogółu.

Dla Gercharta wciąż było zagadką skąd w magach, nawet tak młodych jak Friedrich, brała się ta bezczelność. Ten brak dyscypliny i powściągliwości był mu tak odległy. Nie mógł więc pozwolić sobie na takie zachowanie ze strony podopiecznego Abrosia.

Nic nie mówił tylko pokiwał głową. Doszli do drzwi wejściowych Wieży, które młodzik otworzył i wszedł do środka, by stanąć u stopni schodów. Zastanawiał się, czy starszy prałat stracił zmysły by niewypowiedziane i plugawe imię wymawiać, ale po okazaniu totalnego braku skruchy i pokory przed bogami… cóż. Widać i on był zesłańcem na Lustrię. Uśmiechnął się w duszy.

- Wielebny spocznie. - wskazał dłonią na stojące krzesła przy stoliku - Sprawdzę, czy Mistrz ma na tą chwilę możliwość was przyjąć jako starego znajomego. Zdarza mu się być bardzo zajętym i gości podejmować, ale zapewne o tym wiecie. Niedługo wrócę.

Młodzik odczekał chwilę obserwując co poczyni, lub powie kapłan. Miał co do niego wątpliwości, ale przy Mistrzu Ambrosio mógł się spodziewać wszystkiego jeśli jego przeczucie miało rację.

- Dziękuję. Postoje. - odparł krótko a następnie podszedł do biblioteczki czytając tytuły poustawianych tam równo lektur.

"Flora i fauna Lustrii", "Ziołolecznistwo dla początkujących", "Mchy i porosty", "Wielki atlas grzybów", "Co w trawie piszczy", "Zwyczaje godowe jeleniowatych", "Ptaki, ssaki, gady i płazy", "Pajęczaki". Tematyka wszystkich książek tyczyła się bezpośrednio domeny samego Ambrosia. Nie zdziwiło to więc kapłana. Chwycił więc jeden z tomików zatytułowany "Świat gadów" i otworzył gdzieś po środku.

Mag udał się na górę i stanął u drzwi gabinetu nasłuchując dźwięków aktywności, by po dłuższej chwili wziąć głęboki uspokajający oddech i zapukać oczekując pozwolenia na wejście.

---

- Proszę! - uczeń usłyszał zza drzwi głos swojego mistrza. Widocznie zastał go w swoim gabinecie.

Friedrich wszedł do środka i ukłonił się.

- Mistrz wybaczy. Petent prosi o audiencję. Dobrze zbudowany, łysy Sigmaryta z blizną. Podaje się za Gercharta Uber.

Widać było, że uczniak był niespokojny. Nie czuł się pewnie i bił ze sobą, ale mimo wszystko powiedział ciszej.

- Wymówił otwarcie w rozmowie plugawe, demoniczne imię Księcia Rozkoszy, Mistrzu.

- Doprawdy? - mistrz kiwał głową na to co mówił uczeń jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Aż do ostatniej jego wzmianki. Wtedy spojrzał na niego uważniej.

- To o ciekawych tematach sobie dyskutujesz z nieznajomymi kapłanami Friedrichu. Cóż to był za temat? - gospodarz tej zielonej jaskini z żywych roślin zapytał chcąc mieć lepszą perspektywę niż jakieś wyrywkowe zdanie.

Friedrich zamknął za sobą drzwi. Jego niepokój został zastąpiony pewną i niezłomną postawą kiedy składał raport. Zatem w istocie Nowy Świat był miejscem wyrzutków tak jak nosił miano Port… tak jak podejrzewał, czuł i może nawet żywił nadzieję...

- Była to luźna rozmowa o ziołach Mistrzu. Wspomniałem o moim projekcie o którym jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać. Uprawie ziół leczniczych i kuchennych Starego Świata w warunkach Lustryjskich celem polepszenia dobrobytu i gospodarki Portu Wyrzutków. Oczywiście pominąłem fragment o zwiększonych wpływach i zasobach Kolegiów Magii. Założył pośpiesznie, iż i zioła odurzające jest mi uprawiać co sprostowałem jak przystoi szczególnie przy członkach tej formacji, iż to na pokuszenie Mrocznych Potęg wodzi. W tym momencie użył tego imienia, otwarcie i bez strachu prawiąc zwyczajowe morały Świątyni. Rozumiem, że jesteśmy w Nowym Świecie, jednak odnajduję zasadność powściągliwości języka. Ojczyzna może być w ruinie po wojnie, ale nadal mogą naszkodzić krwi. Kuszenie złego jednak na świeżym powietrzu, poza pomieszczeniem chronionym glymphami i runami, w towarzystwie świeżo poznanego człowieka, czarodzieja... czy nie jest to co najmniej nierozsądne? Tym bardziej, że przedstawia się za waszego znajomego.

Tak, młodzik zdecydował się grać w szczere i w miarę otwarte karty wkładając prawdę dając przy tym jawny sygnał, że ta rozmowa co się odbyła to też była próba wywiadu. Skupiał się jednak tylko na zadanych pytaniach. Nie mówiąc poza to o co jest się pytanym. Względnie dostarczać złomki dodatkowych informacji dając wybór Ambrosio co z nimi zrobi. Zgodnie z protokołem i pozycją którą zajmował w hierarchii.

- Rozumiem. - mistrz wysłuchał uważnie młodzika co sprawiał wrażenie przejętego i mu nie przerwał. Sięgnął po swoją fajkę i zaczął ją bez pośpiechu nabijać co zdaje się pozwalało mu skupić na czymś ręce i myśli.

- Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś Friedrichu. Zapytam o to naszego gościa. Żywię nadzieję, że tak prawy kapłan nie przyszedł tu w żadnym bezbożnym celu. A teraz proszę poproś go tutaj, nie wypada czekać gościowi nie wiadomo jak długo. - mistrz nie wydawał się zaniepokojony i po tej relacji ucznia widocznie sam chciał się rozmówić ze swoim gościem.

- A z ziołami odurzającymi byłbyś chyba pierwszym uczniem naszego Kolegium co chociażby tego nie próbował. Więc miej proszę zrozumienie dla bliźnich w tym temacie. Miej na uwadze, że do naszej Sztuki potrzeba różnorodnych składników, także roślinnych więc rozsądne jest być możliwie samowystarczalnym. Jednak wszelką produkcję półproduktów i gotowych produktów ponad to, zwłaszcza poza progi tej zacnej uczelni będę zmuszony ukrócić. Mam nadzieję, że się rozumiemy Friedrichu. A teraz już idź, i poproś naszego gościa na górę. - mistrz skończył czyścić swoją fajeczkę gdy tak już jakby na koniec dodał coś od siebie specjalnie dla swojego ucznia po czym dał mu znać, że dalsza zwłoka w przybyciu łysego gościa byłaby mocno niepożądana.

Friedrich ukłonił się Mistrzowi. Co miało być powiedziane zostało. Rozkazy zostały wydane. Starzec nie wspomniał, że nie był mu potrzebny, ale dał jasny znak. Bardzo, dobitnie wyraźny i nie czuł się z tym dobrze. Najgorsze nic nie mógł na to poradzić w tej chwili. Pieprzony dyplomata… ale za to go uwielbiał. Tylko czemu Starzec uczepił się ziół odurzających? Nie interesowało go zwiększenie wpływów Kolegiów o których mówił? Zresztą, dlaczego miał to przeczucie, że Mistrz siedzi głęboko w gównie po uszy? Ważne, że wykazał lojalność i bogobojny przesąd. Na dobre i na złe… zresztą. Po listach które otrzymał na pewno znał jego sytuację i pochodzenie.

---

Friedrich zszedł na dół po schodach i stając u ich stóp powiedział do Gercharta.

- Mistrz prosi was do siebie Wielebny. Proszę mi wybaczyć wcześniejsze słowa. To było niestosowne. Zapraszam.

Ustąpił miejsca i gestem zachęcił ‘zapewne’ znajomego Mistrza do wejścia po schodach.

Gerchart skinął głową zarazem w odpowiedzi na zaproszenie jak i w akcie łaski względem wcześniejszej zbyt duże swobody dużo młodszego od siebie chłopaka. Następnie zaś ruszył w stronę drzwi.

---

- Proszę! - zza drzwi doszedł go głos naczelnika wieży magów. Gdy kapłan wszedł do środka znalazł się w gabinecie w jakim bywał już wcześniej. Ale jednak wciąż mógł wydawać się on niesamowity. Jakby same rośliny zbudowały tą przytulną bańkę dla swojego gościa i gospodarza. Efekt trochę psuła plucha na zewnątrz bo ulewa, mimo skwarnego dnia, dalej bezlitośnie prała ściany i świat zewnętrzny.

- Witaj Gercharcie. Wejdź i usiądź proszę. Cóż cię do mnie sprowadza? - gospodarz widząc kto przyszedł uśmiechnął się i wskazał dłonią na jeden z dwóch wolnych i jakże wygodnych foteli. Całkiem inne niż te zwykłe krzesła co miał u siebie sigmarycki prałat.

- Pochwalony. - skinął witając się zwyczajowo z gospodarzem

Friedrich wszedł za kapłanem i stanął z boku przy drzwiach czekając na dyspozycje. Mówił całe nic.

- Dziękuję Friedrichu, to wszystko na razie. - mistrz widząc, znów ucznia podziękował mu za tą pomoc z gościem skinieniem głowy i widocznie chciał porozmawiać z gościem bez osób trzecich.

Młody czarodziej ukłonił się i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zatem jednak nie był potrzebny, ale miał co chciał. Wiedzę. Szczepek. Kapłan-Heretyk i Magister znali się dość dobrze…

- Nie wspominałeś, że masz w zamiarze przyjąć ucznia. - podjął rozmowę z magistrem uprzednio odprowadzając wzrokiem żaka - Poborowy czy sam go odnalazłeś? - mimo już kilku lat spędzonych w szeregach kapłanów najwyższego bóstwa Imperium, Gerchartowi wciąż ciężko było się wyzbyć starych przyzwyczajeń związanych zarówno z kwestią dyscypliny jak i słownictwa.

- W wojsku za podważanie autorytetu starszych stopniem trafiało się nieraz i na tydzien czy dwa do karceru pozostając tylko o suchym chlebie i wodzie. - przyjmując zaproszenie gospodarza usiadł w przygotowanym dla gości fotelu - Ale tak, tak. Masz racje. Wiem co chcesz powiedzieć. "To nie wojsko". Musisz jednak przyznać, że ciut kindersztuby jeszcze nikomu nie zaszkodziło. - przerwał jednak naglę miarkując się iż zaraz znów zacznie prawić jakby stał na ambonie a to nie w tej sprawie złożył tą niezapowiedzianą wizytę Ambrosio.

- Do rzeczy jednak. Przychodzę w związku z naszą ostatnią rozmową. - splótł palce dłoni patrząc na pykającego fajkę magistra - Trza mi dwóch rzeczy. Składników magicznych i wiedzy. Wiedzy na temat tego gdzie zmierzam i co mogę tam spotkać. Jesteś w stanie mi pomóc?

- Tak, jeden z młodszych i nowszych uczniów. Bardzo obrotny młodzieniec. Bardzo młody. - stary magister pokiwał głową patrząc na już zamknięte za owym uczniem drzwi.

- Z tymi składnikami myślę, że nie powinno być raczej kłopotu. Znasz cennik. Zrób listę czego ci potrzeba to podeślę kogoś. Jutro może być? - gospodarz zwrócił się do kapłana w tej bardziej przyziemnej sprawie. Nie mówił jakby przewidywał jakieś trudności w tej kwestii. Więc po wymianie towaru za monety był skłonny przychylić się do tej prośby.

- Z wiedzą już może być trudniej. Oczywiście możesz z nich korzystać, nasza biblioteka jest do twojej dyspozycji. Ale na miejscu Gerchardzie. Nie chciałbym aby te księgi opuściły naszą bibliotekę. Możesz robić notatki naturalnie ale księgi mają zostać na miejscu. - przy kolejnej prośbie właściwie też nie widział przeszkód ale już jednak pod pewnymi warunkami.

- A co do rozmowy z moim uczniem. Wspomniał mi z pewną dozą obaw, że poruszyłeś tam na dole temat kogoś z Mrocznej Czwórki. Bardzo to przeżył. Możesz mi wyjaśnić o co chodziło? - na koniec stary magister sztuk tajemnych niejako wrócił do młodzieńca o jakim rozmawiali na początku.

- Zauważyłem właśnie ale to dobrze. Nawet bardzo. - przyznał kładąc ręce na podłokietnikach - Szczególnie w tym miejscu i w tych czasach. Nie rozumiem za to co tu wyjaśniać. - nieco zmarszczył czoło i brwi - A o czym mógł prawić stary kapłan młodszemu o wiele lat od siebie uczniowi sztuki magicznej stojącemu na progu zarówno tak wielkiej mocy jak i pokusy? Tu zaś mogę odwołać się tylko do twojej wielkiej i niepodważalnej wiedzy. Z resztą... - niezachwianie patrzył w oczy magistra - Sam wiesz jak cienka linia dzieli rozsądek od obłędu. Nie muszę ci chyba przypominać jak skończył Meandir. - twarz prałata wykrzywił delikatny grymas gdy wspomniał o druidzie ze starego lądu, który przez brak opamiętania popadł w nałóg i herezję.

- Jeżeli zaś chodzi o wcześniejszy temat. - nawiązał do sprawy, z którą przyszedł do czarodzieja - To pozwól więc, że przyśle tu na dniach akolitę Zachariasza. To pilny młodzieniec, którego przydzielił mi ojciec Leorin. Mam go zabrać na tą wyprawę i wyszkolić. Chłopak musi zmężnieć, bo póki co to jedyne co dźwiga to księgi. - łysy kapłan wstał nagle - Na mnie już chyba pora. Swoją drogą. Myślałeś o tym by do tej wyprawy dołączył również twój uczeń? - rzucił pytające spojrzenie w kierunku gospodarza - Trochę dyscypliny by mu nie zaszkodziło. Ja zaś mógłbym mieć na niego oko.

- A i jeszcze jedno. Co ci wiadomo na temat niejakiego Marko Tramiel? - spytał stojąc już praktycznie u samych drzwi.

---

Stary kapłan wracał samotnie uliczkami, które mimo spadającej z nieba wody nie były aż tak puste jak możnaby się spodziewać. Deszcze lał tu przez bite pół roku. Szło więc się przyzwyczaić. Miało to swoje dobre strony. Higiena wciąż była rzeczą obcą dla dużej części społeczeństwa co niejednokrotnie dało się wyczuć. Gerchart jednak nie rozmyślał nad tym zbytnio w tym momencie. Czekała go wieczorna msza, która dziś to on miał prowadzić. Po niej zaś planował sprawdzić jak Zachariasz radzi sobie z orężem w ręku. Czasu było niewiele a jednooki piewca słowa Sigmara wolał wiedzieć na czym stoi.

---


Mecha 01

Gerchart; wiedza o Marku Tramiel (INT); 40+0-10=30; rzut: Kostnica 34 > remis = coś tam kojarzy ale bez detali

Gerchart; targowanie z Solano (OGŁ + Targowanie vs SW + Targowanie); (40)20+10-20=10; rzut: Kostnica 48 > 50+10-35=25; 25-48=-23 > m.por = raczej nie
 

Ostatnio edytowane przez Pieczar : 08-01-2021 o 19:35.
Pieczar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168