Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-05-2013, 01:12   #1
 
YellowKing's Avatar
 
Reputacja: 29 YellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodze
[Horror] - "Wampir z Kaibab"

Czwórka agentów siedziała w sali odpraw oczekując na przybycie koordynatora śledztwa, Thomasa Oldbluma. To była ostatnia odprawa przed wyjazdem do Flagstaff. Pogoda na zewnątrz nie zachęcała do podróży, czy lotniczych, czy samochodowych. Gęste, czarne chmury zwiastowały rychłe nadejście burzy.
- Witam wszystkich - odezwał się Oldblum od progu - Przepraszam za małe spóźnienie, ale na mieście straszne korki.
Oldblum usiadł za biurkiem i na chwilę się zamyślił.
- Zasadniczo wszystko już wiecie. Cała nasza wiedza na temat zabójcy i dokonanych przez niego morderstw znajdują się w dostarczonych wam aktach. Ja jednak chciałem pomówić z wami na inny temat. Chodzi o współpracę z miejscowymi. Gliniarze nigdy nie lubią, jak wchodzimy do akcji. Poczytują to przeważnie, jako ujmę i plamę na swoim honorze i profesjonaliźmie. Przeważnie są wobec nas oschli i nieskorzy do współdziałania. W takich małych społecznościach, jak Flagstaff i okolica, sytuacja jest jeszcze gorsza. Wszyscy się tam znają i każdy wie wszystko o wszystkich. Mimo to w większości spraw panuje zmowa milczenia. Tak zapewne będzie i w tym przypadku. Już sam sposób i czas po jakim miejscowi poprosili o pomoc, świadczy o ich niechęci wobec nas. Zalecam ostrożność w stosunkach zarówno z mieszkańcami, jak i policją. W tej całej sprawie jest coś nie w porządku. Może się mylę, ale wydaje mi się, że miejscowi dokładnie wiedzą, kto dokonuje tych morderstw. Z jakiegoś jednak powodu milczą. Życzę zatem powodzenia i szczęśliwej podróży, drodzy państwo. To tyle, ode mnie. Będę czekał na wieści, pierwsze wrażenia i raporty.


Akta sprawy zabójstw z hrabstwa Coconino.

W ciągu ostatnich sześciu tygodni na terenie hrabstwa Coconino dokonano pięciu brutalnych morderstw. Metoda działania i sposób uśmiercania ofiar sugerują, że mamy do czynienia z jednym i tym samym sprawcą.

Zabójca atakuje lub uprowadza ofiary w miejsca odludne lub rzadko uczęszczane. W większości przypadków ofiary zapewne do samego końca nie były świadome zagrożenia. Bardzo możliwe, że zabójca jest osobą znaną i szanowaną. Stąd też całkowite zaufanie ofiar w stosunku do mordercy. Żadna z ofiar poza główną śmiertelną raną, nie miała innych obrażeń. Brak śladów walki, przemocy, czy też gwałtu.
Sposób uśmiercania ofiar może sugerować, że mamy do czynienia z aktywnym kanibalem. Wszystkim ofiarą została upuszczona krew i prawdopodobnie skonsumowana.


Ofiary to:
Teresa Whiteman
http://fc07.deviantart.net/fs71/i/20...SinemKutlu.jpg
Biała kobieta w wieku 18 lata. Córka miejscowego właściciela ziemskiego. Jej ciało zostało znalezione na polu kukurydzy w czasie koszenia.
Kobieta miała przegryzione gardło i leżała w dziwnej pozie (słowa z raportu policji, brak jednak dokładnego opisu) w kałuży własnej krwi. Wokół ciała udeptano okrąg o średnicy czterech metrów.
Zgon nastąpił 3 sierpnia około godziny 2 w nocy.

Thomas Lings
http://cdn.c.photoshelter.com/img-ge...-2006-Ruef.jpg
Czarnoskóry mężczyzna w wieku 65 lat. Emerytowany stolarz, mieszkający samotnie w domu pod lasem. Ciało zostało znalezione przez listonosza na tyłach domu. Podobnie, jak w przypadku Teresy Whiteman, mężczyźnie przegryziono gardło.
Zgon nastąpił 17 sierpnia, ale ciało znaleziono dopiero dwa dni później.

Vanessa Frank
http://www.addinschool.com/assets/woman.jpg
Biała kobieta, lat 35. Miejscowa nauczycielka języka angielskiego. Mieszka w Sedona, ale jej ciało zostało znaleziona porzucone w lesie około 20 mil od domu. Ciało znaleźli myśliwi o świcie. Kobieta leżała z przekrzywioną głową w kałuży własnej krwi. Śmierć nastąpiła w wyniku przegryzienia aorty i całkowite wykrwawienia. Ilość krwi znalezionej na miejscu może sugerować, że jej znaczna część została skonsumowana. Przy ciele kobiety znaleziono zapałki z wydrukowanym domową metoda logiem i nazwą “Shet”
Zgon nastąpił 24 sierpnia, między godziną 1 a 3.

Robert Nolan
http://4.bp.blogspot.com/_mBasfSNyWb...00/timwise.jpg
Mężczyzna biały, lat 29. Dziennikarz miejscowej gazety “Flagstaff Tribune” Zajmował się badaniem sprawy tzw. wampira z Kaibab. Żona znalazł go w ich własnym garażu. Leżał na betonowej podłodze z przegryzionym gardłem. Samochód Nolana, jak również jego osobiste rzeczy nie zostały znalezione.
Zgon nastąpił 31 sierpnia, około godziny 1.

Martin Irving
http://farm8.staticflickr.com/7160/6...a0623eb8_z.jpg
Chłopiec, biały, lat 8. Znalazł go ojciec. Ciało znajdowało się w stodole. Wezwana na miejsce policja stwierdziła, że zgon nastąpił dosłownie kilka godzin wcześniej. Podjęta próba tropienie zakończyła się niepowodzeniem.
Zgon nastąpił 7 września, około godziny 3.



Burza spowodowała, że agenci wystartowali później niż planowali. Dodatkowe międzylądowanie spowodowało kolejne opóźnienie. Finalnie zamiast o czternastej w Pheonix, wylądowali przed siedemnastą. Później pozostało już tylko pokonać 150 mil i po prawie trzygodzinnej jeździe samochodem we Flagstaff byli wieczorem.
Żaden z miejscowych nie był zadowolony z tego faktu. Agenci zostali, co prawda przywitani przez szeryfa i jego ludzi, ale ich gniewne miny mówiły same za siebie.
Szeryf Derek Mishell, zaprosił agentów do swojego biura, gdzie w krótkich, żołnierskich słowach przedstawił swój punkt widzenia na całą sprawę.
- Mam nadzieję, że to spóźnienie nie wynika z faktu ignorowania naszej sprawy, a jest po prostu zwykłym zbiegiem okoliczności - zaczął szeryf - Problem jest poważny i nie po to was tutaj wezwaliśmy, abyście już na wstępie pokazywali nam, gdzie jest nasze miejsce. Pamiętajcie, że to my znamy tutejszy teren i jesteśmy gospodarzami, a wy gośćmi. Mój zastępca zawiezie was zaraz do hotelu, gdzie będziecie mogli się odświeżyć i odpocząć po podróży. Proponuję zabrać się do pracy z samego rana. Odprawa o szóstej, a potem pojedziemy na farmę Irvingów i porozmawiamy z Bartem Irvingiem, ojcem zamordowanego chłopaka. Mam nadzieję, że nie ma żadnych sprzeciwów. Jeśli tak, to do zobaczenia jutro rano. Gary! - krzyknął szeryf - Zaprowadź naszych miłych gości do hotelu.
 
YellowKing jest offline  
Stary 17-05-2013, 10:40   #2
 
Luphinera's Avatar
 
Reputacja: 24 Luphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodzeLuphinera jest na bardzo dobrej drodze
Lorianee uważnie wysłuchała wypowiedzi przełożonego. Znała takie miasteczka, sama wychowywała się w niewielkim mieście gdzie wszyscy znali wszystkich. Mimo, że, gdy prowadziła swoje pierwsze poważne śledztwo, pochodziła z tamtych stron ludzie i wtedy byli wobec niej nieufni. Zastanawiała ją psychika ludzi. Mogło być wiele czynników, sekta, kult a nawet inne sprawy, które nie dotyczyły policji i czystego naukowego spojrzenia.

Agentka była ubrana dzisiaj w szarą bluzkę, marynarka wisiała ładnie ułożona na krześle, czarne materiałowe spodnie i czarne pantofle na niewielkim obcasie dopełniały wszystkiego. Na szyi zawieszoną miała odznakę i identyfikator. Blond włosy opadały jej luźnymi pasmami dookoła twarzy, zaś błękitne oczy w tej chwili przyglądały się spokojnie Oldblumowi. Przy pasie miała przymocowaną kaburę na broń. Pistolet ASG Sig Sauer P226 spoczywał tam zabezpieczony. Teczka stała na podłodze.


Po zakończonej odprawie wstała, zdjęła marynarkę z krzesła. Schowała akta do teczki. Zamierzała przejrzeć je dokładnie w trakcie jazdy samochodem. Była dzisiaj milcząca co świadczyło, że analizuje to co już wiedzieli i poszukuje pytań na to co trzeba było odkryć.

Lot mimo, że przedłużony odbył się na szczęście spokojnie. Gdy znaleźli się na lotnisku Lori odetchnęła i z ulgą przyjęła chłodniejszy powiew wiatru, który muskał jej włosy. Razem z pozostałymi agentami wsiadła do samochodu.

Podczas jazdy samochodem przeglądała akta sprawy, dokładnie je czytała i starała się wywnioskować co już mogą wiedzieć z wiadomości i tak bardzo lichych i niedokładnych.
"Profesjonaliści..." -przebiegło jej przez myśl i lekko pokręciła głową. Kilka pasm włosów zsunęło się na jej policzek. Odruchowo zaczesała je dłonią za ucho nie przestając czytać. Prawą ręką notowała sobie w notesie pierwsze pytania i to co należało ustalić.


Zaciekawiła ją znaleziona zapalniczka i wygrawerowane logo. Musiało coś więcej znaczyć. Naszkicowała logo na oddzielnej stronie w notesie.
Lorianee uniosła głowę i spojrzała na towarzyszy.
-Tak w sumie to dobrze byłoby rozdzielić się na dwa zespoły. Jedna grupa działałaby jawnie, gdy druga zbierała informację jako tajniacy. -podsunęła im temat do dyskusji. Oparła się wygodniej o fotel i zerknęła na swojego partnera, Lucasa.
-Jak wam odpowiada ta opcja? Wolicie być jawnymi agentami czy pracować jako tajniacy? -Lori czekała na odpowiedź pozostałych agentów. Lepiej przedyskutować to jeszcze tutaj, niż na miejscu gdzie każdy ich ruch będzie obserwowany.
Zbliżali się już do miasteczka, spóźnieni przez obecne warunki pogodowe. Już widziała to "czułe" powitanie tutejszych mieszkańców i policji.

Gdy dotarli do miasta ona wraz z Jonem rozdzielili się i sami zaczęli szukać jakiegoś miejsca na nocleg. Zawsze dzięki temu mogą się rozejrzeć. I lepiej, żeby nie kojarzyli się z dwójką pozostałych osób.
Trzeba zacząć działać, jeśli mają nie dopuścić do kolejnego zabójstwa. Zerknęła na Jona i posłała mu ciepły uśmiech.
-Motel w takich miejscach jak to znajdować się w centrum miasteczka.
 
__________________
"Wszyscy mamy swoje anioły, naszych opiekunów. Nie wiemy jaki przybiorą kształt. Jednego dnia mogą być starcem, innego małą dziewczynką. Ale nie dajcie się zwieść pozorom- mogą być groźne jak smok. Jednak nie walczą za nas, przypominają nam tylko, że to nasze zadanie.Każdego kto tworzy własne światy."

Ostatnio edytowane przez Luphinera : 17-05-2013 o 21:50. Powód: /drobna zmiana postu/
Luphinera jest offline  
Stary 22-05-2013, 14:24   #3
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 24 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
A więc wyciągnęli ją z lodówki. Miała to przed sobą na papierze. A raczej w grubej teczce z aktami nowej sprawy. Było to trochę jak oficjalne oświadczenie, że jej pięciomiesięczny pobyt za biurkiem właśnie się zakończył. Nie była do końca pewna czy ma się z czego cieszyć.
River Moor wyszła ze spotkania z Agentem Oldblumem, czując jak niepokój ściska jej żołądek. Góra widocznie postanowiła jej wybaczyć. Każdy musi odsiedzieć w lodówce trochę czasu, po wpadce w stylu zastrzelenia podejrzanego poza godzinami służby i to z prywatnej broni. O Leonie i urlopie nerwowym nie wspominając. Inną sprawą na ile ona sama czuła się gotowa wrócić do pracy.
Kolejny kanibal, jeśli wyrobi sobie opinie, że dobrze radzi sobie z takimi sprawami wkrótce będzie oglądała tylko tego typu wariatów. To była w sumie ostatnia myśl jaka nasunęła się jej nim wczytała się w akta i zupełnie zatopiła w zadaniu.
Czasami była wdzięczna życiu za swój pracoholizm. Znacznie ułatwiał jej nie myślenie o pewnych sprawach.


Po jakimś czasie doszła do wniosku, ze ułożenie zwłok musiało coś znaczyć. Przydałoby się porównać je ze wspomnianymi w raportach kręgami. Martwił ja zupełny brak wzorca, jeśli idzie o dobór ofiar jak i same miejsca zbrodni. Tak jakby o określonej porze, określonego dnia sprawca po prostu musiał zabić. Nie licząc się z tym kogo zabije, gdzie zabije ani jakie są ku temu warunki – to był bardzo zły znak.
Zagrzebana w aktach sprawy trochę późno zorientowała się, że wypadałoby choć trochę poznać ekipę z jaką przyjdzie jej pracować. Mieli przed sobą ciężkie zadanie, od tego jak będą współpracować może zależeć ich życie. W sumie dotarło to do niej dopiero w czasie jazdy samochodem, gdy Lorianee Baines podniosłą kwestie misji incognito.
River siedziała z laptopem na kolanach przeglądając kolejne zdjęcie z miejsc zbrodni. Ułożenie zwłok wydawało się być znaczące. Gdyby faktycznie leżały w czymś na kształt rytualnego kręgu ich kończyny mogły pokazywać coś istotnego.
- Ja się na to nie piszę, lepiej sprawdzam się w pracy oficjalnej – odpowiedziała odnośnie propozycji Lorianee, a potem zerknęła na kalendarz. – Nie mamy tak wiele czasu, morderstwa mają miejsce z niemal idealną regularnością. Co tydzień, następne więc pewnie będzie miało miejsce 14, mamy niecałe sześć dni zanim ktoś znów umrze.
Spojrzała na swoich towarzyszy.
- No i chyba mamy jeszcze jedną, nieodkrytą ofiarę. Pomiędzy pierwszym a drugim morderstwem jest przerwa dwóch tygodni. Więc 10 sierpnia albo coś mu przeszkodziło, albo wyjechał i zabił gdzieś daleko, albo po prostu jeszcze nie odkryto zwłok – powiedziała, w sumie tylko te trzy opcje przychodziły jej do głowy. – Sprawdziłam bazy, mamy dwóch zaginionych w mieście z okolic 10 sierpnia, może jedno z nich to ofiara. Szukam też pasujących do schematu morderstw z sąsiednich stanów. Na miejscu możemy sprawdzić doniesienia o napaściach, może nieszczęśnik z 10 jakimś cudem przeżył.

Lucas większość drogi spoglądał zamyślony w okno. Cały czas słuchał swoją towarzyszkę, nie podobało mu się to, ta sprawa była dziwna. Czwórka agentów ? Zawsze był pewien że ich siłą powinna być dyskrecja, jednak teraz? Teraz komuś musi zależeć na niezwykle szybkim zakończeniu sprawy... albo?
- Lorianee nie pomyślał, teraz Ona nie może udawać tajemniczego towarzysza. Zaś Ja... Cóż... Nie wiem, do niedawna byłem w służbach mundurowych, nie jestem w stanie powiedzieć jak sobie poradzę w takiej sytuacji. Jednak jeśli mamy wysłać szpiega, powinna to być jedna osoba. Dwójka - mimo że jest to najbezpieczniejsze - to jednak znacznie narazi nas na wykrycie.- Cały czas w rękach taszczył pudełko z papierosami, miał cholerną ochotę zapalić.
- Poza tym, trzeba będzie załatwić jakiś punkt operacyjny.

Lori uważnie wysłuchała słów River, zastanawiając się nad słowami towarzyszki. Jej rozumowanie było dobre.
-Tak więc albo jedno ciało naprawdę dobrze ukrył... albo coś musiało mu przeszkodzić... - zastanowiła się przez chwilę nad możliwościami. – Może być tak, że pierwsza ofiara i czekał... Minęły dwa tygodnie, nie wytrzymał i zabił ponownie.
Lorianne przeglądała dokumenty.
- Sądzę, że ten znak wyryty na zapalniczce jest ważny. Trzeba się dowiedzieć co znaczy i może znajdziemy podobne znaki gdzieś w miasteczku. To dobry punkt zaczepienia. A co do misji incognito nie byłoby łatwe, ale jedna osoba taka by się nam przydała...

Wyglądało na to że wszyscy byli rozgarnięci i wiedzieli co robią. Jon cieszył się w duchu. Mieli ciekawe pomysły i zapał, sprawa nie powinna stanowić dla nich problemu. Wolał siedzieć cicho i nie przeszkadzać w burzy mózgów. Przynajmniej póki nie będzie miał czegoś do dodania. Tymczasem wyglądał z okna samochodu pogrążony w sobie, uśmiechał się pod nosem. Wiedział że dadzą radę, a to co słyszał tylko utwierdzało go w tym.

- Może zamiast posyłać jedno z nas bez wsparcia w trudny teren po prostu pójdziemy na układ z dziennikarzami? Ludzie czasem mówią im więcej niż nam, no i pismaki idą na układ w zamian za wymianę informacji. A to jest dla nas korzystne bo monitorowalibyśmy co dostaje się do mediów – zaproponowała River, patrząc na raporty z sekcji zwłok. – Boże co za niedoświadczony koroner to pisał? Chyba spróbuje sama zerknąć na te ciała, jakie mamy jeszcze w lodówce. Trochę się na tym znam, dość żeby pomierzyć zęby, poszukać wyraźniejszych nieprawidłowości i zmusić ich żeby zrobili pełną toksykologię. Skoro ofiary nie walczyły musiały nie być przytomne... znaczy jak ktoś cię gryzie w szyję wala jest odruchem somatycznym, nie kontrolowanym przez świadomość – skrzywiła się. – Jeśli nie szukali DNA to osobiście się postaram żeby kogoś z tego prosektorium wywalili.

- Ja mogę wejść w przykrywkę dziennikarza - wtrącił Jon – Otarłem się o dziennikarstwo, pomagałem w jednej stacji telewizyjnej. Wiem jak rozmawiać z ludźmi i jakie pytania zadawać. nasze spotkania nie będą problemem. Pod pozorem wywiadów będę was odwiedzał w cztery oczy i tam będziemy wymieniać spostrzeżenia. Poza tym wolę dziennikarkę bo więcej swobody, a i ludzi milej nastawieni. Problem to brak sprzętu, nie mam kamery, dźwiękowca... chyba że podam się za Freelancera. W tym przypadku starczy dyktafon, a to już nie problem.

Lori słuchała uważnie wypowiadanych słów. Zastanawiała się nad tym, patrząc na akta przyznawała River rację. Jak można coś tak spartaczyć?
- W sumie, albo ktoś nie umie pracować... Albo mordercą jest osoba szanowana. Burmistrz, może ktoś z policji i go kryją. - wypowiedziała swoje myśli na głos, zerknęła na Jona.
- Widzę, kandydata na dziennikarza mamy. To do kompletu przydałaby się kobieta. River wolisz ty robić za dziennikarkę, czy ja mam się w nią wcielić?

Mężczyzna spojrzał na Jona.
- Dziennikarze... Hah, to Ci ironia. Właściwie równie dobrze mogą tak naprawdę wszystko popsuć. Wiecie jak pożądają Oni sensacji a przybycie tak dużej grupy agentów nie jest codziennym wydarzeniem. Musimy uważać jeśli chcemy zbliżyć się do tej grupy. Jednak, co Ja tam wiem ? Od dwóch lat pracy w FBI siedzę wypełniając dokumenty. River... Jak długo zajmujesz się ciałami ? Wiesz, może dobrym wyjściem byłoby sprowadzić kogoś od tej roboty ? - Jego wzrok ponownie przeniósł się na szybę.

Westchnęła. Za nic nie nadawała się do pracy pod przykrywką. Lepiej mogła wykorzystać swoje umiejętności mając za sobą odznakę.
- Ile zajmie sprowadzenie kogoś lub wywiezienie ciał do prosektorium z prawdziwego zdarzenia? Ogólnie lepiej znam sie na zwierzętach niż ludziach, ale mam mocną wiedzę anatomiczna i fizjologiczną. Oglądałam już zwłoki po różnych rodzajach zwierzęcych ataków, plus widywałam już, co kanibale umieją zrobić z ludzkim ciałem. Nie będą tak dobra jak doświadczony patolog specjalista, ale lepsza niż ten, kto pisał ten raport. No i po moich oględzinach zawsze możemy zlecić dodatkowe badania – odpowiedziała Lucasowi, po czym przeniosła wzrok na Jona. – Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? Jak wpadniesz w kłopoty trudno nam będzie przyjść z pomocą na czas?
Wydawała się zaniepokojona o los partnera.

- O to się nie martw. Dam sobie radę. Nawet wścibski dziennikarz to mniejszy problem niż trzech agentów federalnych. Podłapię przy okazji więcej języka, a chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę jakie to może być pomocne.

- Potrzebujesz partnerki, która grała by rolę Twojej asystentki czy nie? Jedna z nas mogła by się w nią wcielić. Ja nie znam się tak dobrze jak River na zwłokach. Więc jeśli potrzebujesz kogoś zgłaszam się do pomocy.

-J eden dziennikarz to nic nadzwyczajnego, ale trzech agentów budzi podejrzenia, zwłaszcza że zazwyczaj chodzą parami. Tak więc nie był by to głupi pomysł
- Przyglądał się dziewczynie przez chwile po czym rozpromieniał śmiechem, jakby zobaczył coś co go rozbawiło – Jasne, chętnie przyjmę twoją pomoc.

Lori zerknęła na swojego partnera w śledztwach i na River.
- Pasuje wam taki układ? Nie macie zastrzeżeń?

- Ktoś chcę podjąć się najcięższej roboty, dlaczego miałbym mieć zastrzeżenia ? Właściwie to Ja jestem zwolennikiem prowadzenia dialogu niż użycia siły, dlatego Jon... Życzę powodzenia... - Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Agentko River... Jakieś zastrzeżenia?

River skinęła głową, chociaż miała złe przeczucia. Wystarczył jej jeden martwy partner w tym roku, nie chciała powtórki z rozrywki.
- Róbcie co możecie, ja się nie sprawdzam w takich kwestiach. Potrzebuje zaplecza technicznego żeby sie porządnie rozkręcić – westchnęła zerkając na Jona. – Tylko uważajcie na siebie, w razie czego jestem pod telefonem 24 na dobę.

- Jasne, będę go chronić... - przypomniała jej się utrata jej pierwszego partnera. Westchnęła tylko i posłała uśmiech Jonowi. – Wysadźcie nas przed wjazdem do miasta, poszukamy jakiegoś motelu i przy okazji rozejrzymy się po terenie miasteczka.

- Potrzebujesz zaplecza... ? Mnie wystarczy dobra muzyka oraz troszkę alkoholu, wtedy zapominam o świecie... Nie uważacie że jest to dziwne ? Dlaczego wysłano naszą czwórkę ? Przecież to nie ma sensu, będziemy mieli wsparcie miejscowej Policji a i tak posyłają czwórkę...

River prychnęła pod nosem.
- Jesteś taki pewien tej współpracy? Z tego co widzę czeka nas robienie wszystkiego od nowa. Poczynając od oględzin miejsc zbrodni, na których wszystko już jest zatarte po rozmowy ze świadkami. No i z tamtejszą policją coś jest bardzo nie tak. Pięć osób a oni dopiero teraz wzywają pomoc? Muszą sobie zdawać sprawę, że ich działania, a raczej ich brak, czynią ich współwinnymi. A teraz jeszcze zginęło małe dziecko… – skrzywiła się.
Nie zawsze można wszystkich ocalić. Często pocieszała kolegów którzy nie zdołali kogoś ocalić. Tyle, ze jej koledzy robili wszystko co mogli by ratować życie. Sądząc po tych raportach tutejsza policja nie robiła nawet połowy tego co powinna.
- Z resztą ostatnio gdy trafił mi się kanibal czworo agentów nie wystarczyło – stwierdziła krzywiąc się. A raczej należało powiedzieć, ze czwórkę rzeczny kanibal zjadł.

- A ja słyszałem że wystarczył jeden agent, nawet jeden celny wystrzał z pistoletu. - Skwitował Jon wyciągając telefon z kieszeni. Zaczął pisać smsa, takie przynajmniej sprawiał wrażenie stukają w kolejne klawisze na telefonie. Co jakiś czas podnosił jednak wzrok obserwując przebieg rozmowy.

- Czterech agentów ? Do jasnej cholery, czterech wyszkolonych ludzi z bronią palną nie mogło powalić jednego złoczyńcę ? Agent Lee ma racje, wystarczył jeden pocisk. Czy tamten człowiek był jakoś uzbrojony ? - Powiedział wyraźnie zaskoczony.

Skrzywiła się, przypomniał jej sie huk wystrzałów i deszcz czerwonych kawałków lodów, zamarznięta krew rozprutego kolegi rzuconego ponad ich głowami. Spojrzenie profesorka było tak samo zimne jak ten deszcz. „Nie powinniście byli go wypuszczać.”
- Trzeba wiedzieć w co strzelać. To nie zawsze jest takie jasne – odpowiedziała. – Tak, był uzbrojony, ale nie nazwałabym go człowiekiem.

- W całej mojej karierze, użyłem broni dwa razy, jeden w celu zabicia... Drugi raz by obezwładnić. I dotychczas broń w zupełności wystarczała. Nie był człowiekiem ? W takim razie czym ? Agentko Moon - Tym razem jego ton był oficjalny - Czy chce mi Pani powiedzieć, że walczyła Pani... Z upiorem lub inną maszkarą pochodzącą ze świata Stokera ?

- Z Wendigo agencie Goldenberg – odpowiedziała krótko, musiała mieć ostatnio coś z koncentracją, ten temat za często wypływał w rozmowach.

Mężczyzna był wyraźnie zaskoczony odpowiedzią.
- Z... Wendigo...? Czym jest to całe “Wendigo” - To słowo wyraźnie zaakcentował. Lucas zaczął bacznie przyglądać się rozmówczyni.

River spięła się szukając w myśli możliwości jak zakończyć ten temat.
- To ze starych indiańskich legend. Jest masę wersji tej legendy. Niektóre opowiadają o stworzeniach żyjących na północy, potworach ze śniegu, złych duchach mrozu, które jedzą ludzkie mięso. Inne opowiadają o tym, ze człowiek, którego serce zostało złamane może ulec klątwie, jego własne serce zmieni się w lód i będzie musiał wyrywać innym serca by przetrwać. Czasem dodaje się, że taki potwór może zmienić spotkanego człowieka w kanibala. Tak mówią legendy – wzdrygnęła się. – Zakon ma spore akta o kilku dolinach na północy, do których czasem trafiają ludzie. A potem wychodzą z nich odmieni i nie zupełnie sami. Do tego zbioru trafiły akta tamtej sprawy.
Skrzywiła się.
- Ot codzienność u Grimmwooda, musiałeś sam nieraz zetknąć sie z czymś dziwnym, prawda?

- Zetknąć z czymś dziwnym ? Nie, nie powiedział bym tego. Nie mogę uwierzyć że zakon ma interes w robieniu aktów związanych z baśniami i legendami, zresztą skoro mowa o legendach - W dzisiejszej Rumuni na terenie Wołoskim do dziś istnieje wiara, że osoba która umarła z nieczystym sercem powróci jako wampir. Jest bardzo wiele opowieści, jednak stanowią One po prostu część historii oraz kultury danego regionu. Czy Ja się spotkałem z czymś dziwnym ? Może po prostu z czymś czego nie byłem w stanie wytłumaczyć, ale to zakonowi w zupełności wystarczyło. Jak wielu agentów zamieszanych jest w zakon ? Niedługo okaże się że wraz z przynależnością do FBI automatycznie stajesz się członkiem tego stowarzyszenia.

- A może dawno temu ludzie spotkali coś, czego nie umieli wyjaśnić i tak powstały te wszystkie baśnie i legendy ludowe? To część ludzkiej natury tłumaczyć sobie to co niewyjaśnione, w ten sposób oswajamy się z tym – odparła Moon. – Czego takiego nie byłeś w stanie wytłumaczyć?

- Mój raport powinien znajdować się u Grimmwoda, jednak powiem w wersji skrótowej. Podczas próby zatrzymania dilera doszło do przetrzymania zakładnika, mój współpracownik zastrzelił podejrzanego a przynajmniej tak to wyglądało z mojej perspektywy. Kiedy przenieśliśmy ofiarę do ambulansu ciała już nie było. Właściwie to było tylko tyle. Możliwe że obrażenia nie były tak poważne... - Widać było że Lucas nie chcę rozmawiać na ten temat, kiedy przypominał sobie te wydarzenia, odczuwa złość - nie potrafi wyjaśnić z jakiego powodu ona się bierze jednak męczy go to od długiego czasu.

Zdaje się, ze każde z nich ciągnęło za sobą jakieś demony, dosłownie i w przenośni. Nikt nie chciał ich wywoływać na światło dzienne, więc dla dobra sprawy zmieniła temat.
- Zależy w co trafił. Nie tak łatwo jest kogoś zabić, ludzkie ciało to sprawna maszyna, diabelnie wytrzymała - stwierdziła i zaraz spytała. - Jak rozegramy sprawę z lokalnymi?

- Wątpię by chcieli nam pomóc, a w takim wypadku nie ma co ich naciskać. Jakoś sobie poradzimy, w razie potrzeby możemy wezwać ich na pomoc, ale nie sądzę by było to rozsądne nim nie ustalimy na ile można im ufać.
Kończąc pisanie na telefonie schował go na powrót do kieszeni. Był wyraźnie zadowolony z siebie. Co właściwie nie odbiegało od jego codziennego nastroju.
- Lori, najpewniej uda mi się wpisać nas do listy pracowników Hawai News. To poprawi nam przykrywkę, na hawajach niecały rok temu miał miejsce podobny zgon przyjechaliśmy tu szukając sensacji i powiązań między tymi sprawami. Legitymacje mogliśmy zgubić na lotnisku, ukradli nam bagaż. To wyjaśni braki sprzętu.

- Brak legitymacji może być sporym problemem. Jednak być może udało wam się coś uzyskać od miejscowej stacji ? W końcu musimy to jakoś uwiarygodnić. Nie chcę być złośliwy, ale czy Ty Agencie Lee zaufał byś osobą które nie mają nic na poparcie swoich słów? - Lucas nie był pewien co do pomysłu Jona.

Na wzmiankę o złośliwości Jon tylko się uśmiechnął. Rozumiał postawę rozmówcy, nie raz spotykał takich ludzi, właściwie dość często. Wiedział że oskarża się go o lekkomyślność lecz po prostu nie umiał już się tak przejmować tym co go spotyka. Pozostało więc tylko odpowiedzieć
- Zdarzyło mi się zaufać takiej osobie i nieźle na tym wyszedłem. Legitki dojdą tylko zajmie to kilka dni nim je wyrobią i prześlą. Będziemy musieli przesłać zdjęcia i dane do wpisania. Reszta to kwestia tygodnia nim będziemy je mieć. Jak by ktoś nas googlował wyskoczymy mu jako pracownicy stacji telewizyjnej, po tygodniu mamy legitymacje. Na moje oko to wystarczy by przekonać większość niedowiarków.
Jon wyjrzał za okno ciągnąc wzrokiem ku horyzontowi po czym obiegł wzrokiem pozostałych agentów w samochodzie
- Poza tym możemy spotkać kogoś kto ma znajomego w lokalnej stacji, a to nie potrzeby kłopot.

- Cóż... Skoro jesteś tego pewien, sądzę że to zawsze jakiś plan. Jednak zdajecie sobie sprawę że przez ten czas będziecie bezbronni ? Takie zadania zawsze wiążą się z dużym ryzykiem. Wybacz moją dość negatywną podstawę, ale nie bawiłem się nigdy w agenta. Większość czasu spędziłem w służbach mundurowych. -

-Jasne, wiem o co ci chodzi. Ja jednak nie mam obaw względem tej akcji, możemy nadal nosić broń, dziennikarzom też może się przydać. Zwłaszcza badającym sprawę seryjnego mordercy. Pytanie tylko czy Lori też wystarczają takie zabezpieczenia. Nie chciałbym wciągać kogoś na siłę do tonącej łodzi.

- To prawda w Arizonie jest prawo do noszenia broni. Ale nadal nie jestem co do tego pewny... Mam dziwne wątpliwości, jednak zdaje sobie sprawę z tego że tak naprawdę to jedyne sensowne wyjście... Agencie Lee... Liczę na Pana. - Tym razem był naprawdę szczery, miał wrażenie że może polegać na swoim towarzyszu, posiadał dużą wiedzę co mogło dać im sporą przewagę już na początku.

- Jak będziemy się wymieniać informacjami? Telefony czy lepiej się spotykać od czasu do czasu? – spytała River znad swojego laptopa.

Lori słuchała uważnie rozmów nie wtrącając się do nich. Spojrzała na agentkę River.
-Sądzę, że głównie wymiana wiadomości na nasze zabezpieczone maile, ale dobrze byłoby ustalić miejsce spotkań, gdzieś gdzie nikt z miejscowych nie miałby wglądu. Uważam, że telefony w nagłych wypadkach będą najlepszym rozwiązaniem. -powiedziała spokojnym głosem. -Miejmy nadzieję, że szybko ustalimy jakieś dogodne miejsce spotkań i zapobiegniemy kolejnemu morderstwu.
Poprawiła kosmyk włosów i spojrzała na Jona.
-Nie będzie mi to przeszkadzać. Im szybciej zaczniemy działać tym lepiej.

-Święta racja - powiedziała River, układała już w myśli listę rzeczy do zrobienia.


Na miejscu opuściła samochód pewnym krokiem, pomimo niedogodności podróży ubrana po biurowemu. W czarne parowane w kant spodnie i grafitowy płaszcz, jego barwa uwydatniała tylko szarość oczu kobiety. Obecnie skupionych i zaciekawionych oczu, zszargana w czasie długiej jazdy fryzura ostatecznie się rozpadła i jasne włosy otaczały twarz żywą, niesforna chmara. Wyglądała przez to bardzo niepozornie, było jej to na rękę. Póki nie ustalili czy w ogóle mogli ufać lokalnym lepiej było się nie wychylać. Łatwiej będzie sobie z nimi radzić jeśli nie będą się czuli zagrożeni.
Dlatego przełknęła kilka pierwszych odpowiedzi jakie nasunęły się jej po wystąpieniu Szeryfa Mishella.
„Ależ nie, ignorowanie tej sprawy to państwa działka, nie śmiemy konkurować ze specjalistami” i „Bylibyśmy tu już trzy trupy temu gdyby ktoś przestrzegał procedur” – zostały przez nią przełknięte
Widywała już w swojej pracy wielu lokalnych gliniarzy. Wiedziała jak bardzo lubią bronić poczucia własnej wartości zgrywając buców. Tyle, że im więcej było ofiar tym mniej skorzy do utarczki a bardziej przejęci byli, zwłaszcza ci małomiasteczkowi. Bywały mieściny gdzie lokalne posterunki zajmowały się głównie pijaczkami i zbyt wesoła młodzieżą, a policjanci przez cały okres służby nie oglądali zwłok częściej niż dwa razy. A kiedy trafiały się takie sytuacje, jak ta masakry, na które nie byli przygotowani rósł poziom stresu. Im więcej osób ginęło tym mocniej odbijało się to na policji. W końcu w małych społecznościach wszyscy się znali, posterunkowi przychodzili więc do zmaltretowanych zwłok ludzi, z którymi jeszcze niedawno rozmawiali, swoich znajomych i przyjaciół. Pojawiała się coraz silniejsza presja związana z wyrzutami sumienia, przecież mieli chronić tych ludzi.
River musiała sobie ciągle powtarzać w myśli, że jest za wcześnie by oceniać loklanych. Może uchybienia w procedurach wynikały z tego, że po prostu nie wiedzieli jak ugryźć takie sprawy, nigdy przedtem nie musieli się nimi zajmować. Jakoś jeszcze mogła to zrozumieć, jednak zupełnego braku poczucia odpowiedzialności za cała sprawę już nie.
Dlatego uważnie przyglądała się posterunkowi szukając jakiś wyraźnych oznak tego, że kogoś obchodzi tutaj ta sytuacja. Przyglądała się biurkom, pracownikom i wywieszonym na tablicach ściennych informacjom. Starała się dostrzec cokolwiek co pomoże jej dociec kim byli ci policjanci. Współwinnymi świadomie ukrywającymi przestępcę, ofiarami nieprzytomnie przez kogoś zastraszonymi, bandą skończonych idiotów nie zdających sobie sprawy z powagi sytuacji, czy po prostu zagubionymi ludźmi, których sprawa przerosła.
- Agentka River Moon, miło mi pana poznać. Problem owszem jest poważny jak i poważna była odległość jaką mieliśmy do przybycia oraz warunki atmosferyczne – odpowiedziała z przyjaznym, szczerym uśmiechem wyciągając na powitanie dłoń do szeryfa. Zazwyczaj nic tak nie wkurzało nadąsanego, zagniewanego człowieka jak szczery uśmiech. Zaczynał się na jego widok czuć jak gbur lub dupek. – Mam jednak nadzieję, że skoro udało się już pokonać przeciwności siły wyższej, dalej obejdzie się bez większych kłopotów, z naszej i z państwa strony. Byłabym wdzięczna gdyby zdobył pan dla mnie na jutro rano numer tutejszego patologa jeśli to nie problem, muszę go prosić o uzupełnienie kilku poruszonych w raporcie kwestii.
Miała wielką listę spraw do zrobienia. Poczynając na Najchętniej zabrałaby się do pracy już teraz, jednak o tej porze zapewne w szpitalu nikt już nie pracował, a widoczność na miejscu zbrodni była łagodnie mówiąc zerowa. Dla sprawy lepiej będzie się teraz wyspać i zacząć ostro od rana niż bez sensu straci noc i rano nie móc się skupić.
- Udanie się teraz do hotelu z pewnością jest najrozsądniejszym wyjściem. Nie ukrywam, że pomoc w znalezieniu najbliższego noclegu będzie bardzo mile widziana – odpowiedziała uśmiechając się również do owego Garego, starając się nie dać zrazić jego kwaśnej minie. Może po drodze uda się wciągnąć go w pogawędkę i wybadać, chociażby pod pretekstem prośby by opowiedział im trochę o mieście.
 
Lirymoor jest offline  
Stary 23-05-2013, 08:38   #4
 
Felix's Avatar
 
Reputacja: 40 Felix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodzeFelix jest na bardzo dobrej drodze
Pogoda strzeliła focha, burza nad portem lotniczym szalała na dobre uziemiając ich w kawiarni nad kolejnym espresso i tostem z rzędu.
River rozłożyła się ze swoim małym laptopem przeglądając jeszcze raz zebrane informacje. Ciemne blond włosy wymykały się z kucyka opadając na jasną twarz agentki, szare oczy ślizgały się po ekranie. Wpatrywała się w daty kolejnych morderstw i zamarła na chwilę.
- Jon... – Szturchnęła delikatnie popijającego obok kawę partnera. – Zerknij na to.
Zaznaczyła na kalendarzu daty wszystkich zabójstw. Ukazał się niemal idealny pionowy słupek. Kolejny człowiek umierał dokładnie co tydzień. Poza pierwszym i drugim morderstwem je dzieliły dwa tygodnie. Dziwne, bardzo dziwne.
- Chyba jest jeszcze jedna ofiara, ale dotąd nie odnaleziona – mruknęła pod nosem.

- Dwie osoby są zaginione, więc by się zgadzało.
Jon zerkną na kalendarz River z zakreślonymi datami zgonów. Seryjni najczęściej działali według jakiegoś schematu. Zakon twierdzi że to Wampir, nie ukrywa się, a miejscowi proszą o pomoc. najpewniej wiedzą więcej niż chcą się przyznać. Kolejny grzmot rozerwał niebo z rykiem. Jon zerkną jeszcze na River, uśmiechną się na myśl jak się różnią.
- Zakładam że nasz długo zęby będzie chciał się podszywać pod seryjnego, pewnie postawi jakiegoś kozła ofiarnego dla FBI i ucichnie. Trzeba to będzie zgrabnie rozegrać. Poza tym masz ładne nazwisko. Szkoda że księżyca dziś nie widać przez te chmury, bardzo go lubię. Dobrze mi się kojarzy.
Jon nie lubił rozmawiać o pracy w czasie wolnym, wolał spędzać go swobodnie. Ciekawe jak to wyjdzie tym razem, gdy przydzielili go do Pracoholiczki. Nie krępował śmiechu jaki nim poruszył. Po chwili jednak podjął próbę pociągnięcia rozmowy w kierunku poznania swojej nowej partnerki.
- No, to jak trafiłaś na Bractwo?

Wyrwała się z myśli o tym co mógł oznaczać ten brakujący tydzień. Jej nowy kolega miał kilka celnych uwag. Sprawa definitywnie nie będzie prosta.
Zerknęła na Lee znad komputera. Nie zdążyła poznać Jona jeszcze zbyt dobrze. Był jej partnerem ledwie od tygodnia a już zaczynała się obawiać, że podzieli los Leona szybko, bardzo szybko. Wydawał się tak lekko podchodzić do wszystkiego i ten spokojny uśmiech. Przypominał jej wesoły błysk w oczach Leona nim otworzył tą przeklętą piwnicę i wypuścił z niej piekło.
- Wpadłam na Wendigo – odpowiedziała krótko. To nie było miłe spotkanie.
-Wendigo?- Jon zastanowił się chwilę - Nie miałem z nim okazji dłużej pogawędzić. Co było dalej?
Skrzywiła się.
- W telegraficznym skrócie? Zeżarł ośmiu ludzi w tym czterech agentów, a ja odstrzeliłam mu pół głowy – skwitowała.

[i]-Faktycznie umiesz streszczać wiadomości, nadawałabyś się do telewizji. Naprawdę, uroda i technika godne CNN lub BBC. Nie myślałaś kiedyś o tym? czy od zawsze chciałaś rozwalać ludziom głowy-[i/]
Ostatnie słowa wypowiedział z najszczerszym uśmiechem, tym który wyrażał "tak, to taki sarkazm, nie przejmuj się". Widać było że nie jest typem swobodnej, wygadanej dziewczyny. Pewnie kwestia przełamania pierwszych lodów, oboje zżyli się z poprzednimi partnerami, słyszał że takie zmiany bywają trudne na początku. Zwłaszcza gdy słyszy się jak River mówi, czuć że nie pogodziła się do końca z stratą poprzedniego partnera. Zwłaszcza że to nie było zwykłe odejście na emeryturę jak w przypadku jego kolegi. Wiedział że i tak będzie dobrze, jak nie odnajdą wspólnego języka teraz to z pewnością przyjdzie to z czasem.
-A jak wylądowałaś w FBI? Mam nadzieję że związana jest z tym weselsza historia.

Uśmiechnęła się łagodnie, zejście z tematu Wendigo wyraźnie przyniosło jej ulgę. Nie miała ochoty tego przeżywać znowu.
- Lubię zagadki, problemy i rozwiązywanie ich. No i chciałam mieć jakąś karierę, w moim wyuczonym zawodzie to trudne – odpowiedziała. – A jak ty trafiłeś pod skrzydła Zakonu?

-Zarekomendował mnie stary przyjaciel. Widać tam mnie widział, w samym zakonie też nie kręcili nosem. -Wyglądał jakby na chwile poleciał gdzieś wspomnieniami- Żyłem na hawajach, sporo nauczyłem się od tamtejszego Kahuny, to on mi polecił pokazać się w bractwie. Kahuni to jedni z nielicznych ocalałych szamanów na hawajach. Widać Zakon odwiedził ich szukając informacji. To jedyny wariant, bo nie słyszałem by któryś kahuna opuścił wyspy.
Lee nie sądził że będzie musiał prowadzić przesłuchanie, liczył że rozmowa będzie się lepiej układać, a tymczasem o każdą informację musi pytać z osobna, na swój sposób to zabawne. Może taka byłe jej taktyka obronna, nie chciała się przywiązywać do następnego partnera którego też może stracić.
-A kim jesteś z zawodu?

River przekrzywiła głowę odgarniając kilka jasnych kosmyków z czoła za ucho.
- Jesteś szamanem? – Miała z szamanizmem wiele pozytywnych skojarzeń. – Moja mama interesowała się szamanizmem, choć bardziej tym syberyjskim i indiańskim, ciągle mięliśmy jakiś w domu. Sama z resztą też stosowała dość… niszowe duchowe praktyki, była wiccańską czarownicą.
No tak, szamanizm trochę tłumaczył tą jego wesołość i spokój, naoglądała się dość szamanów w życiu żeby wiedzieć, ze patrzyli na świat w inny sposób. I często bywali też szczęśliwsi niż chrystusowe stadko.
- Jestem z wykształcenia szeroko pojętym przyrodnikiem, jednak szybko zaczęłam się kojarzyć w środowisku głównie z kryptozoologią, a to… cóż zamyka ci karierę naukową i przyczepia do czoła etykietkę wariata.

-Podobnie sprawa wygląda z historykami którzy zajęli się Templariuszami lub królem Arturem. Mają opinię bajarzy. Ja kierowałem się ku policji od samego początku, potem trafiłem do FBI. Ale liznąłem trochę psychologi, jedna z przyjemniejszych nauk ze względu na swą realność. Przejawia się każdego dnia, codzienna i praktyczna.
Od dłuższego czasu nie było słychać już grzmotów, deszcz też zdawał się słabnąć. Pogoda zdawała się poprawiać, na gwiazdy nie było jednak co liczyć. Ciemne chmury skutecznie je ukrywały.
-Szamanem bym się nie nazwał. Zależy co się przez to rozumie, do mnie określenia szaman czy witch-doctor nie pasują. Kahuna już prędzej. Ale nie będę się w to zagłębiał, nie chciał bym cię nudzić-
Nie krył uśmiechu licząc że tym razem uda mu się nim zarazić dziewczynę

- Według tego co wiem szamanizm to wrodzony dar, człowiek nim dotknięty może po odpowiednim treningu i inicjacji podróżować do krainy duchów i rozmawiać z nimi, poprzez ten inny świat oddziaływają na nasz świat. Jest to coś, od czego nie można uciec bo inny świat prędzej czy później sie o ciebie upomni – powiedziała w lekkim zamyśleniu sięgając po kubek z kawą. – Ale ekspertem nie jestem, mama była. A Król Artur musiał istnieć. – Mrugnęła do niego. – Nawet gdyby to miało być tylko zdanie kobiety ganiającej Wielką Stopę po lasach.

- Co do szamanizmu się zgadzam, króla Artura jednak nie spotkałem. Jednak coś w tym jest, legendy nie biorą się z powietrza... oczywiście w przenośni, fizyka kwantowa dopuszcza powstawanie czegoś z niczego. Tak przynajmniej słyszałem na jakimś kanale naukowym.
Jon zerkną na zegarek po czym wrócił spojrzeniem w stronę Moon.
-O której mamy odlot?

- Co praktykujesz, jeśli nie szamanizm? – spytała patrząc w stronę tablicy z informacją o opóźnieniu. – Według rozkładu miał startować już jakiś czas temu… według smętnej tablicy… za pół godziny.

-Nic, nie zajmuję praktykowaniem. Dlatego właśnie nie uważam się za szamana. Jedyne co z całej Huny wyciągnąłem dla siebie to sposób myślenia i patrzenia na świat. Tu mój szamanizm się kończy. Właściwie, to ta cała magia niezbyt mnie interesowała. Wiem że istnieje, ale nie potrzebuję jej do szczęścia. Wiesz że magią określano kiedyś to czego nie rozumiano, strzelby konkwistadorów były zaklęte w oczach Azteków. Jedyne czary jakie mogę odprawiać w tym znaczeniu to praca z unihipili. jak chcesz to mogę w kwadrans nauczyć cię podstaw hipnozy bo to też łatwe. Na scenę z tym nie wyjdziesz ale po jakimś czasie mogła byś wyciszyć w sobie jakieś emocje lub coś przypomnieć. Kiedyś pamiętam próbowałem nauczyć się leczyć ziołami, ale szybko mi przeszło. Czym takim zajmowała się twoja Mama?

- Była antropologiem kultury, pasjonowała się i praktykowała magię rytualną oraz starymi podaniami kultur oralnych – odpowiedziała.
Co prawda nie można było z tego żyć, jednak na szczęście tato zarabiał dość by finansować jej pasje.
Nigdy nie pozwalała mi zerknąć, chociaż większość z tego co mi tłumaczyła to inaczej podane techniki psychoterapii, wizualizacje, afirmacje, medytacje lub zwykła inaczej podana modlitwa, magia lekka. Za żadną inną się nie brała, twierdziła, że to nie jest bezpieczne, nie jest dla ludzi. Hipnoza? To coś nowego.

- Właśnie nic nowego. To tylko techniki psychoterapii, wizualizacje, afirmacje może też dołożyć medytacje przed dla wzmocnienia efektu. Brzmi znajomo?- Uśmiechnął się- Zauważyłaś że ludzie mają tendencje do komplikowania spraw? Hipnozę uważa się niemal za wiedzę tajemną, a chodzi tylko o to by przekonać do czegoś podświadomość. Metoda jest masa i każdy wybiera sobie tę która mu pasuje. -Po chwili przerwy dodał- Zmienię temat. Do tej pory interesy Zakonu i FBI nie krzyżowały się, przynajmniej w moim wypadku. Gdybyś musiała wybrać, dostarczyć wampira tam, lub do federalnych, co byś zrobiła?

- Nowe dla mnie, a sądziłam, ze widziałam już wszystko – stwierdziła przyglądając się uważnie swojemu partnerowi. Była córką czarownicy i kryptozoologiem, miała spore przesłanki by myśleć, ze widziała już wszystko– Mózg w sumie jest trochę jak komputer, a my pewnymi technikami możemy go sami programować, hipnoza podejrzewam jest jedną z nich.
Pytanie o wampira wprawiło ją w zadumę.
- Oddam go tam gdzie zostanie ukarany za swoje czyny. Nie wiem czy mogłabym patrzeć w lustro gdybym puściła zabójcę dziecka – skrzywiła się. – Ale to niekoniecznie FBI może być tym miejscem gdzie zostanie ukarany. Jeśli stać go na dobrego adwokata to Zakon stanie się szybciej miejscem, gdzie zazna sprawiedliwości, nie będą się bawili w procesy.

-Bez sensu jest twierdzenie że widziało się już wszystko. Każdego dnia dowiadujesz się i widzisz to czego nie było wczoraj. Każda pojedyncza chwila życia jest wyjątkowa i równie niepowtarzalna. Tak samo niezwykłe jest przejść przez pasy na zielonym świetle co zobaczyć wilkołaka wyjącego do księżyca. Jon przerwał na chwile i podniósł wzrok jak gdyby się nad czymś zastanawiał-O ile do procesu dojdzie. Ja o zakonie wiem tylko tyle że zbierają informacje, niby dla słusznej sprawy ale tego nie wiem. Nie wtajemniczyli mnie we wszystko. Podobnie FBI, jest skorumpowane czy nie? Ciężko powiedzieć, ale zdaje się że Zakon ma tu sporo do powiedzenia.Jak się dobrze zastanowić to każde wyjście może się okazać złe, nie mamy wszystkich danych by bez błędu wyliczyć co faktycznie jest dobre. Dlatego doszedłem do wniosku że nie ma co się plątać w rachunkach i czasem warto zaufać intuicji.

Ciekawość życia Jona wydała się River ożywcza, tak rzadko spotykana wokoło, większość ludzi uważała, że bycie dojrzałym równa się z byciem ponurym i co najwyżej średnio zadowolonym z życia. Jakby spokój i radość były w dorosłym świecie niepożądane. Tymczasem podobny spokój i radość dawały w życiu niesamowite wprost oparcie, sama doświadczyła tego w dzieciństwie. Nie znała bardziej radosnej, spokojnej i silniejszej osoby niż własna matka.
Tyle, że nawet taki spokój nie wszystko był w stanie wytrzymać.
- Na pewno nie pozwolę żeby puścili wolno tego zwyrodnialca, niezależnie w czyje ręce trafi – powiedziała odnośnie bardziej mrocznego tematu ich rozmowy, po czym znów wróciła do weselszych kwestii. – Na czym właściwie polega sposób myślenia i patrzenia na świat według huny?

- Na czym... nie jestem dobry w tłumaczeniu takich rzeczy. Jak chcesz możesz przekonać się na własne oczy. Zakładam że zadanie nie zajmie nam tygodnia, więc będziesz miała sporo czasu by przyjrzeć się praktykowi Huny z bliska i wyciągnąć wnioski.
Odchyliła się w fotelu splatając ręce przed sobą.
- Przyjrzeć się tobie w praktyce?

- Wydaje mi się że sens przekazałem, reszta to kwestia nazewnictwa i doboru słów. Tak jak można na tysiąc sposobów powiedzieć dziękuje, tak wyrażają one to samo. Nie ważne jak coś mówisz, ważne co mówisz.

- Nie do końca się tutaj z tobą zgodzę. Forma przekazu jest częścią przekazu, sama w sobie podaje wiele istotnych informacji, zarówno o samym rozmówcy, jego podejściu rozmówcy do ciebie jak i do przekazywanych informacji. Reasumując, to jak się mówi jest nieodzowną częścią tego co się mówi – odpowiedziała.

- Oczywiście - Jon uśmiechną się szeroko- Jednak na jedną górę można patrzeć z wielu stron, a z każdej zdaje się ona inna. Dla mnie słowa jedynie wyrażają coś, a nie znaczą. Aloha, z hawajskiego tłumaczy się jako cześć lub witaj. Ale może też oznaczać pożegnanie, radość z ponownego spotkania, miłość lub uczucie przyjaźni. Aloha to to ciepłe uczucie które odczuwasz spotykając przyjaciela. Tym samym uczuciem żegnasz go i masz nadzieje ponownego spotkania. Słowa wyrażają myśli, lecz myśli wywodzą się z uczuć. Nie ważne ile znasz słów i jak umiesz się wysłowić, ważne co czujesz, słowa są zniekształconymi przez myśl emocjami. Dlatego nie przywiązuję do wagi. Tak przynajmniej podchodzę do tematu teraz, ale może czegoś jeszcze nauczę się i w przeciągu roku się to zmieni. Nie warto zamykać oczu na jeden dogmat, skoro można uczyć się całe życie.
Jon wydawał się niezwykle zadowolony i usatysfakcjonowany. Prawdopodobnie nie często spotykał się z zainteresowaniem względem swojej kultury i możliwość podzielenia się swoimi przemyśleniami była dla niego czystą przyjemnością. Nie czuł się pewnie w temacie Huny bo nie ubierał w słowa swoich odczuć i przemyśleń od wielu lat. Nazwanie słowami tego jak żył i co myślał o różnych rzeczach nie było takie proste, zwłaszcza gdy miało to być czytelny dla drugiej osoby. Tryskająca z niego satysfakcja wynikała z przeświadczenia że staną na wysokości zadania.

A więc jednak dało się coś z niego wyciągnąć o jego przekonaniach, choć może nie bezpośrednio, to lekko z boku.
- Reasumując słowa to narzędzie, nie o no jest ważne a ten, kto je trzyma i nim operuje? – podsumowała kończąc wypowiedź jak pytanie, nie była do końca pewna swojej interpretacji. – Całkiem mądre podejście. Twoja rodzina też je wyznaje czy raczej tylko znajomi kahuni? – spytała jeszcze zamykając laptop. Należało się powoli zbierać na odprawę.

- Znam tylko jednego Kahunę, ale każdy ma swoje podejście do życia. Huna nie jest formalną nauką, a raczej luźnym szlakiem. Ja wyciągnąłem z niej taką naukę, ale każda inna jest równie prawdziwa. Tak jak ta którą przedstawiłaś Ty. Jon podnosi niewielki plecak i przerzuca go przez ramię. -Faktycznie, czas się już zbierać.

Wsunęła laptop do pokrowca i wrzuciła go do walizki.
- Uczono mnie, że póki nie krzywdzi się innych każdy powinien móc żyć jak chce i szanować to jak żyją inni. Bo potrzeba siły żeby iść własną drogą - skwitowała i podniosła się z miejsca. - A tak z innej beczki, czemu księżyc dobrze ci się kojarzy? - spytała, idąc w kierunku odprawy.

- Jeśli spędzisz noc na hawajach przekonasz się. Księżyc jest tam nieziemsko piękny. Ponad to Bogini księżyca utożsamiana jest jest pięknem, dobrocią, płodnością, w tym ziemi i oceanów. Ciepłem domowym i tym podobnym aspektom. Ciężko mieć złe skojarzenia.

- Opis dobrze pasuje do mojej mamy – stwierdziła z krzywym uśmiechem, oj tak Dawn Moon często przypominała w oczach małej córki boginię. River w sumie nie wiedziała czemu aż tak często dziś przychodziły do niej myśli o rodzicielce. Czyżby potrzebowała się pomodlić? – Ale ja wdałam się w drugą stronę rodziny – mrugnęła do niego. – Lubię zadawać pytania i jak zaczynam z nimi przesadzać lepiej mnie uprzejmie przystopować.

Zadawanie pytań doprowadziło mnie tu gdzie teraz jestem. Nie ma w nich nic złego jeśli tylko trafi się na kogoś kto umie odpowiedzieć. Księżyc też ma drugą stronę odwzajemnił się mrugnięciem w jej stronę.
- Owszem, ale ta z kolei za dobrze się nie kojarzy - przyznała, dostrzegając w oddali bramki. - [i]A skoro już przy nazwiskach jesteśmy, Lee brzmi dość egzotycznie.
-Zależy gdzie. W Chinach jest dość popularne, urodziłem się w Ameryce, ale korzenie mojej rodziny od strony ojca sięgają właśnie tam.
Uniosła brew.
- Nie wyglądasz na Azjatę - stwierdziła, owszem było w jego wyglądzie coś egzotycznego jednak, a raczej sprawiał takie wrażenie, jednak element trudno było wyodrębnić. Wpierw była to nawet gotowa zrzucić na aurę radości i spokoju.

- Więcej odziedziczyłem po matce, Ojciec też nie musiał być czystej krwi Chińczykiem. W dzisiejszych czasach gdy wszyscy się mieszają ciężko o czystość krwi i rasy.
Jon oddał plecak do kontroli, przeszedł ją bez problemu, po okazaniu dokumentów i kilku chwilach mógł już udać się do samolotu.

River zamarudziła znacznie dłużej. Po 11 września przewożenie broni w samolotach stało się koszmarem, zwłaszcza tej myśliwskiej o większym kalibrze. Musiała pokazać wszystkie dokumenty i zezwolenia, poczekać aż dokładnie je przestudiują. i uznają, że jednak nie wygląda im na taliba. Zajęło to trzy razy więcej czasu niż kontrola innych pasażerów, a to i tak zapewne był czas skrócony przez legitymację FBI. Cóż, może i wkurzało ją to jak diabli, jednak po ostatniej rozprawie z ludojadem nie ruszała się na takie akcje bez swojej strzelby.
Jona znalazła dopiero w samolocie, na chwilę przed odlotem.
- Nie ma czegoś takiego jak czystej krwi Amerykanin, może poza nielicznymi Indianami. Moja matka była potomkinią irlandzkich imigrantów, tato jest od tych belgijskich - stwierdziła opadając na fotel obok niego. - Utrzymujesz jakieś kontakty z chińską częścią rodziny?

-Niezbyt, nie miałem okazji ich poznać. Utrzymuje kontakty z tą częścią rodziny którą znam. Poza tym nie wiem po co zabierać z sobą broń. Ja wolę ją odebrać na miejscu. każdy komisariat policji ma obowiązek współpracy i wyda ci broń jak tylko machniesz odznaką i powiesz że stara się zgubiła. Nie jestem na tyle przywiązany do niej by użerać się z tymi od kontroli. A prawdopodobieństwo że będzie ci potrzebna akurat w tej chwili jest niemal zerowe.

Skrzywiła się.
- Pomiędzy zero, a niemal zero jest spora luka, czasem może się w miej zmieścić życie. Poza tym mój Winchester to nie jest “coś”, tylko mój towarzysz. Znam go na wylot, wyczuwam dokładnie jego środek ciężkości, znam odrzuty, wiem gdzie złapać i wygodnie już leży. Nie mam ochoty dogadywać się od nowa z inna bronią. W najgorszym razie będzie to talizman na szczęście. W najlepszym zrobi w czymś wielką dziurę. Większą niż cały magazynek z broni służbowej - stwierdziła. Tak już miała, że przywiązywała się do niektórych przedmiotów, jakby zostało w niej coś z dziecięcej wiary, że mają własne dusze.

- Dlatego właśnie ja jestem lekkomyślny, a ty przezorna. Kto wie, może i masz racje? Ja wiem tylko że mi broń nie będzie teraz potrzebna. To jednak nie znaczy że nie będzie problemów.
- Jest takie przysłowie. Miej nadzieje na najlepsze, bądź gotowy na najgorsze. Na przestrzeganiu go zazwyczaj się dobrze wychodzi - westchnęła. - Poza tym, jestem zapalonym myśliwym, może po sprawie będzie chwila na polowanie.
Ja jestem gotowy, na najgorsze, a Ty?
Uśmiechną się tak wieloznacznie jak to tylko możliwe. Poprawił sobie siedzenie, oparł się wygodnie i zamkną oczy.
Na polowaniu się nie znam, nie lubię zabijać. Tymczasem chętnie bym się zdrzemną jeśli nie masz nic przeciwko
Dyskretnie otworzył jedno oko i zerkną w stronę agentki Moon wybierającej się na pierwszą misję z nowym partnerem. Ciekawe co z tego wszystkiego wyniknie. Resztę drogi przespał spokojnie tak jak zamierzał.
- Spokojnych snów - powiedziała sięgając do torby po tablet. Zamierzała pod czytać jeszcze akta. Trochę mu tego spokojnego snu zazdrościła.


Wreszcie ta niekończąca się podróż zdawała się dobiegać końca. Jon po wyjściu z samochodu przeciągnął się i pokręcił głową. Większość dnia przesiedział, najpierw w samolocie, potem w samochodzie. Teraz już szczęśliwie mógł rozprostować nogi i rozruszać stawy. Z przyjemnością stawiał kolejne kroki w towarzystwie Agentki Baines. Los mu sprzyjał, nie chodzi o to że wszystko szło po jego myśli, ale układało się. Będzie miał teraz sporo czasu by poznać Lorianee. Ciekawiła go tak jak każdy nieznajomy, jaka jest? Jaką ma historię? Poznawanie ludzi to czysta przyjemność, a i konieczność jeśli z tą osobą będzie się pracować dłuższy czas.
Takie są już przewrotności losu. Dopiero co zaczął poznawać River, to miała być ich pierwsza wspólna misja, a okazuje się że pracować będzie z Lori. Ciekawe czym to wszystko zaowocuje. Skierowali się więc w stronę centrum miasteczka gdzie spodziewali się znaleźć hotel. Trzeba było jeszcze wiele rzeczy ustalić, teraz jednak nie miał na to ochoty. Będą mieli czas wieczorem.
 
Felix jest offline  
Stary 23-05-2013, 19:19   #5
 
YellowKing's Avatar
 
Reputacja: 29 YellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodzeYellowKing jest na bardzo dobrej drodze
River Moon, Lucas Goldenberg
Chłód i niechęć, jakim została przywitana dwójka agentów były w pewien sposób naturalne. To był instynkt obronny, jaki stosowali miejscowi, aby ukryć swoje słabości, brak wiedzy i doświadczenia. Wyciąganie ręki po pomoc w wielu przypadkach przychodzi z trudem i wielkim oporem. W zachowaniu szeryfa było jednak coś niepokojącego. Coś co nie do końca dało się ubrać w słowa. Uczucie to było tyle samo niepokojące, co irracjonalne. A najgorsze w tym wszystkim był fakt, że dwójka agentów czuła dokładnie to samo.

Zastępcą szeryfa okazał się młody mężczyzna o pospolitej urodzie. Nie wyróżniałby się z pośród innych mieszkańców miasteczka, gdyby nie mundur który nosił. Gary Arekion, bo tak nazywał się zastępca szeryfa, na dodatek okazał się być niezwykle spięty i zdenerwowany. Trudno było wyczuć, czy źródłem frustracji jest fakt pojawienia się agentów, czy też ma ona zupełnie inne źródło.
Na pytanie agentki Moon o miasteczko wzruszył tylko ramionami i łamiącym się z nerwów głosem odparł:
- A co tu mówić? Miasteczko, jak miasteczko. Nic tu specjalnego się nie dzieje. Te morderstwa, to jakiś koszmar, który powinien się zdarzyć w Nowym Jorku, czy Pheonix, a nie u nas. U nas zawsze było spokojnie i nudno.

“Patty Inn” hotel w jakim przyszło zamieszkać agentom był jednym z trzech, jakie znajdowały się w Flagstadff. Nie oferował on żadnych specjalnych luksusów, ale był czysty i zadbany. Proste łóżka z wygodnymi materacami, czysta pościel i tanie meble w pokojach, stanowiły najprostszą z możliwych namiastek domowych pieleszy.
Agenci otrzymali do dyspozycji pojedyncze pokoje z samodzielnymi łazienkami, telewizorem oraz dostępem do internetu.
Po odświeżeniu się i szybkiej kolacji, zarówno River Moon, jak i Lucas Goldenberg poszli spać.

John Lee, Lorianee Baines
Pozostała dwójka agentów postanowił skorzystać z pomysłu przełożonych i zbadać sprawę incognito. Z pomocą przenośnej drukarki spreparowali na szybko prasowe legitymacje, które później dla utrwalenia zalaminowali. O uwiarygodnienie prasowych przepustek będzie musiała postarać się już centrala. Agenci jednak nie przypuszczali, aby już na samym początku ktoś podejrzewał ich o nieuczciwość i skrupulatnie sprawdzał.
Po pożegnaniu się z River i Lucasem na skraju miasteczka, agenci pieszo dotarli do Flagstaff.
Jak się szybko okazało jedynym hotelem, który dysponował jeszcze wolnymi pokojami był motel “Victoria” znajdujący się przy samym wjeździe do Flagstaff.

Motel dysponował dwunastoma pokojami, które najlepsze lata miały już za sobą. Meble były poprzecierane i nosiły wyraźne ślady zużycia, a z jedyną dodatkową wygodę można było uznać ciepłą wodę płynącą z kranów. Właściciel z resztą chwalił się tym w czasie ich rejestracji, jakby tego typu usługa była czymś wyjątkowym, czy wręcz niespotykanym.
W recepcji poza właścicielem siedział stary mężczyzna w kowbojskim kapeluszu na głowie. Ledwo agenci załatwili formalności i wyszli na zewnątrz, mężczyzna ów podszedł do nich i zachrypniętym głosem powiedział.

- Wy to pewnie pismaki co? Wyczuwam gryzipiórków na kilometr. - dodał nie czekając na odpowiedź agentów - Wy to pewnie wampira przyszli tropić co? Na pewno. No bo co insze. Jak kceta coś się dowiedzieć o wampirze, to przyjdźcie za godzinę do “Sajmona” Postawicie kolejkę, czy dwie i coś tam może wam powiem. To na razie, he, he, he.
Mężczyzna machnął ręką na pożegnanie i podpierając się pokrzywioną, drewnianą laską wrócił do recepcji.

NOC
Tuż po dziesiątej deszcz ponownie zaczął padać. Wielkie krople z dużą intensywnością rozbijały się o szyby i parapet. Dla jednych dźwięk ten był kojąca muzyką, dla innych nieznośną uwerturą, którą natura wyprawiała na ich cześć.

Lorianee Baines
Lorianee należała do tych, którym deszcz i szum wiatru za oknem nie przeszkadzał w zasypianiu. Mimo to agentka Baines nie miała spokojnej nocy. Sen, który ją nawiedził sprawił, że rano wstała zmęczona i bardzo zaniepokojona. Kilka razy budziła się z przeświadczeniem, że ktoś ją obserwuje. Za każdym razem na szczęście okazywało się to tylko zwykłym przewidzeniem.

Lucas Goldenberg
Także Lucas Goldenberg nie miał spokojnej nocy. Mimo swojej ciężkiej i męczącej psychicznie pracy, rzadko cierpiał na bezsenność. Tej nocy jednak nie dane mu było zasnąć. Deszczowe crescendo i wiatr hulający w koranach drzew co i rusz wytrącały go ze snu, gdy tylko zamykał oczy.

Gdy około drugiej w nocy agent Goldenberg wstał, by napić się wody, zauważył coś niepokojącego za oknem. Po drugiej stronie ulicy, tonąć w strugach deszcze stał samotnie mężczyzna. W ciemności trudno było dostrzec jakiekolwiek szczegóły, ale Lucas czuł, że ów mężczyzna wpatruje się w jego okno.

9 wrzesień, poniedziałek, 7 rano
River Moon, Lucas Goldenberg


O godzinie siódmej, gdy agenci Moon i Goldenberg kończyli śniadanie w hotelowej restauracji, podszedł do nich szeryf Michell w towarzystwie swego zastępcy.
- Dzień dobry! Cieszę się, że państwo już na nogach. Widzę, że plotki jakie krążą o agentach rządowych nie zawsze są prawdą. Słyszałem bowiem, że większość z was lubi sobie pospać i za nic ma urzędowe godziny pracy. Jednak mniejsza z tym. Skończcie sobie spokojnie śniadanie, a później zapraszam na wycieczkę. Pojedziemy na farmę Irvingów. Jak wspominałem wczoraj ojciec zamordowanego Martina ma nam coś do pokazania.

Podróż na farmę, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę mordercy trwała niecałe piętnaście minut. Na miejscu, tuż przy bramie czekał mężczyzna, który przedstawił się jako Bart Irving. Był to ojciec zamordowanego dwa dni temu chłopca. Na jego twarzy można było wyczytać ból i przygnębienie związane ze śmiercią syna. Jego głos był jednak spokojny i wyważony, wręcz pozbawiony wszelkich emocji.
- Witam szeryfie. Cieszę się, że już jesteście.
- Witaj Bart. To są agenci federalni, Moon i Goldenberg, którzy pomagają nam w śledztwie. Mów co się stało.
- Chodźcie ze mną. Znalazłem Lunę, a właściwie nie ja tylko moje kury.
Pan Irving zaprowadził agentów i szeryfa na tył swojej stodoły. Kilkadziesiąt metrów od niej wśród trawy leżała oderwana od tułowia, głowa psa.
- Tak, jak przypuszczaliśmy - rzekł filozoficznie szeryf - Morderca najpierw zabił psa, a później zaatakował twojego syna.
- Silny musiał być - rzucił ni stąd ni zowąd zastępca - To był duży pies. I żeby tak głowę oderwać. Niesamowite.
- Niekoniecznie musiał byś aż tak silny, Gary. Może uśpił psa, a zmasakrował go by pokazać, jaki to on jest groźny.
Pan Irving zasmucony pochylił głowę, ale nic nie powiedział.
- No nic - mruknął szeryf - Zbadamy to. Dzięki Bart za informację, na pewno będą pomocne. To chyba wszystko. Zaraz podeślę tutaj kogoś, kto zabezpieczy dowody. Wydaje się, że to wszystko. Chyba, że państwo macie coś do dodania. Wydaje mi się jednak, że wszystko zostało powiedziane. - szeryf spojrzał wymownie na parę agentów.

John Lee, Lorianee Baines
Skoro świt agencji wyruszyli na miasto. Szybko się przekonali, że udawanie dziennikarzy w tłumie tych, którzy już przyjechali do Flagstaff, nie będzie zadaniem zbyt skomplikowanym i wymagającym.
W kilku miejscach agenci wiedzieli ekipy telewizyjne, które przygotowywały swój poranny materiał. Mieszkańcy z niechęcią, a czasami wręcz z nieskrywaną agresją podchodzili do dziennikarzy i tego całego zamieszania. Jak większość ludzi w takich miejscach, jak to najbardziej na świecie cenili sobie spokój i ciszę.
Przechodząc koło jednego z reporterów usłyszeli, że szeryf pojechał rano na farmę, gdzie znaleziono ostatnią ofiarę. Większość ekip mówiła też o przybyciu do miasteczka agentów federalnych i liczyła na jakąś konferencję prasową z ich udziałem.

Agenci musieli postanowić, jak zabrać się do zbierania informacji i wypełniania swojego zadania.
Pobieżny rekonesans po mieście uświadomił im, że nie będzie to wcale takie proste, jak początkowo przypuszczali.
 
YellowKing jest offline  
Stary 29-05-2013, 13:19   #6
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 24 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
River podjadała śniadanie przeglądając raporty patologa. Od czasu college’u i pamiętnych zajęć wyrobiła sobie duży poziom tolerancji na obrzydliwe widoki i tematy przy jedzeniu. Jednak starała się by jej towarzysz nie musiał oglądać makabrycznych zdjęć.
- Trzeba przesłuchać rodzinę ofiary, ale najlepiej bez szeryfa. Jedno z nas może go zaciągnąć na miejsce zbrodni i zmusić do pokazania jak daleko udało im się tropić zabójcę. Drugie w tym czasie mogłoby łagodnie podpytać rodzinę ofiary, niech jeszcze raz opowiedzą co się stało… i jak sobie z tym radziła policja. Co ty na to?
Lucas starał się pokroić steka przy czym robił to z grymasem na twarzy.
- Są strasznie gumowe, nie sądzisz? Kiedyś jedzenie w hotelach było zupełnie inne... - Kiedy skończył mówić zbadał spojrzeniem swoją towarzyszkę
- Sądzisz że powiedzą nam coś więcej? Poza tym, pracowałaś kiedyś w służbach mundurowych? Nie mogę zrozumieć twojego negatywnego podejścia do tego człowieka...
- Odwala kosmiczną wprost fuszerkę za którą powinien polecieć ze stołka. Brak dokumentacji zdjęciowej z miejsca zbrodni to jest standard od czasów co najmniej powojennych. A tymczasem oni sobie o tym przypomnieli kiedy? Po dwóch trupach? To nie jest kwestia braku doświadczenia tylko całkowitego olania procedur. Potem co robi? Zwleka z wezwaniem wsparcia, a potem jawnie ignoruje nasze prośby. Dzisiaj sama od rana się dobijam do patologa i jeśli coś się w nocy stało ze zwłokami to przysięgam, że złożę na tutejszych skargę. Do tego ma na swoim terenie piec trupów w tym jedno dziecko i nie wydaje się być tym zbytnio przejęty. To jak dla mnie dość by na niego uważać. – wymieniła początkową listę zarzutów do szeryfa szeleszcząc kartkami raportu patologa. – Tak, służyłam w służbach mundurowych, wystawało się na skrzyżowaniach i przyjmowało zgłoszenia na głośnych sąsiadów. Widywałam też małomiasteczkowe gliny i ten wcale nie wygląda mi na normalnego szeryfa w takiej sytuacji.
Mężczyzna był wyraźnie zaskoczony odpowiedzią kobiety, nie spodziewał się aż takiego przemówienia, jednak w odpowiedzi jedynie uśmiechnął się.
- Gdybym był na jego miejscu, też bym zwlekał z wezwaniem wsparcia, teraz tak naprawdę warzą się losy jego kariery. Kiedy uświadomił sobie że wpadł w takie bagno, nie miał wyjścia. Sądzę że jego zachowanie, mimo iż jest niepoprawne to jednak usprawiedliwione - oczywiście według mnie! - dodał szybko - Nie lubię jednak działać potajemnie przed naszymi “kolegami” życie to nie jest film akcji, jeśli się ktoś jej spodziewa, to szczęściarzem będzie jeśli zobaczy naszą broń. Powinniśmy działać według procedur...Działanie na wolną rękę nic nam nie da. Poza tym jedna ważna kwestia... - Jego ton radykalnie zmienił się - Mam nadzieje że nie będzie Pani próbowała przesyłać jakichkolwiek wiadomości do zgromadzenia, rozumiemy się? To że jest nas czterech, już zahacza o absurd...
Uniosła brew.
- To nie absurd, ale znak tego, że ktoś traktuje tą sprawę poważnie. Może ty też powinieneś zacząć? Pięć… być może sześć trupów ze śladami kanibalizmu, to nie jest rutyna. Przynajmniej dla nikogo kogo znam. Do tego za kilka dni będą kolejne zwłoki, jeśli nic nie zrobimy. – odpowiedziała. – A co do procedur to przesłuchanie w teorii nie wymaga obecności okolicznego przedstawiciela władz, tylko co najwyżej adwokata jeśli rodzina ofiary o niego poprosi. A jak dla mnie istnieje duże prawdopodobieństwo, że szeryf cos ukrywa. Karierę zniszczył sobie praktycznie już przy drugim morderstwie, nie wiem czy ma już co ratować, nie przy tak rażących błędach. Chyba, że nie musi się bać, tyle że to też nam daje do myślenia, bo wtedy ktoś mocny tutaj go kryje. To co mnie w nim najbardziej niepokoi to wysoka potrzeba kontroli i do tego brak poczucia odpowiedzialności, to strasznie rzadkie w tak małej społeczności.
- Pięć trupów, mamy Pięć ciał. Zgadza się, jest to kwestia dziwna, jednak nie sądzę że naszym celem jak na razie jest obgadywanie naszego towarzysza, prawda? Mam dla Ciebie dużo ciekawsze informacje. Wczoraj w nocy byliśmy obserwowani - Mężczyzna nachylił się nad stołem po czym ściszonym głosem dokończył - Wczoraj w nocy, ktoś obserwował mój pokój, z całą pewnością dostali informacje że to tutaj będziemy mieszkać, więc prosiłbym Cię, żebyś nie mówiła tego typu rzeczy w miejscu publicznym. W samochodzie opowiem Ci o co mi chodzi, jednak teraz, musimy zachować szczególną ostrożność. Eh.. Nie mam ochoty tego jeść, muszę zapalić... - Urwał temat
Informacje o tym, że byli śledzeni nie zaskoczyły jej, a raczej nie za bardzo. Zdawało się, że ktoś tutaj bardzo nie chciał żeby się do czegoś dokopali. Podniosła się z miejsca.
- Przejdę się z tobą – stwierdziła, nie paliła ale może w miejscu, gdzie kręciło się mniej ludzi jej tymczasowy partner powie coś więcej, w samochodzie mogli mieć na głowie szeryfa. – To tylko potwierdza to co mówiłam. Kto poza nimi wiedział gdzie jesteśmy?
Lucas odpalił fajke po czym za proponował koleżance
- Te całe bractwo? Właściciel hotelu? Przypadkowy przechodny? Skoro jest to mała społeczność, to każdy każdego zna, niema tutaj problemów by plotki się roznosiły, jednak musimy sprawiać pozory. Ty możesz się doczepiać tutejszej Policji, ja będę “Stał” po ich stronie, może w ten sposób zdobędziemy ich zaufanie a przynajmniej Ja zdobędę. Nie ma sensu byśmy obaj byli wrogo do nich nastawieni, może i w sposób polubowny uda się coś ustalić, mam racje ?
Skinęła głową. Rozdzielanie się nie było zbyt bezpiecznym pomysłem, ale może grając tak różne role uda im się coś ustalić.
- Czyli co? Bierzesz szeryfa na dokładne oględziny miejsca zbrodni, a ja spróbuje delikatnie podpytać rodzinę ofiary? Potem pewnie przejadę się do patologa a następnie do żony zabitego reportera. Jeśli zginął bo badał tą sprawę może ma jeszcze jakieś notatki.
- Zrobię to, jednak pozostaje jeszcze jedna kwestia - Mężczyzna rzucił peta i przydepnął go - - Mam nadzieje że nie przekażesz żadnej informacji do bractwa... - Nie ufał im, a nie mógł posłać po dowody kogoś, kto może przeszkodzić w całej misji.
- Czemu jesteś wobec nich aż tak nieufny? - spytała.
- Ufasz komuś, kto ma nad nami piecze nawet jeśli nie należy do władzy? Poza tym, nie wierze w to, takie bajki mogę opowiadać moim dzieciom na noc, jeśli nie wyśmieją mnie przy tym - Wtedy jego spojrzenie przeniosło się na obrączkę którą nosił na dłoni
Pokręciła głową.
- Naprawdę nie widziałeś, co? Wciąż uważasz, że wszystko można racjonalnie wytłumaczyć?
- Ciężko mnie przekonać... Ten świat jest skomplikowany, ale nie utrudniajmy go jeszcze, dobrze? I tak życje jest już cholernie ciężkie... Masz może rodzinę? - W jego oczach było widać smutek, sam nie lubił tego tematu ale tym razem zapytał pierwszy... Ten jeden raz
- Ojca, nikogo poza nim - odpowiedziała, miewała partnerów, raz był nawet narzeczony, jednak w ostateczności nigdy nic z tego nie wychodziło, tak jakby niosła ze sobą jakiś cień. - A ty?
- Owszem, żonę oraz dwójkę dzieci. Córka w wieku 7 syn zaś 6 lat. Straszne z nich szkraby, obiecałem że zabiorę młodego na mecz hokeja, teraz jednak ugrzęzłem w tym miasteczku...- Na jego twarzy zagościł uśmiech - Zauważyłem że ostatnio posiadanie rodziny przez agentów jest bardzo niemodne. - Powiedział to sam do siebie.
- Trudno pogodzić to z pracą na pełnych obrotach. Gdybym miała dziecko pewnie ledwie by pamiętało jak wyglądam - stwierdziła z krzywym uśmiechem, jakoś nigdy jej nie ciągnęło do macierzyństwa. - Obawiasz się o swoją rodzinę?
- Moja żona... Jest bardziej bojowa niż Ja, sądzę że nic im nie zagraża, nie naraziłem się nikomu mimo mojej pracy, a cóż... Chyba że żonie heh. Ale Ona raczej nie stanowi zagrożenia, co nie? Właściwie to moje życie się zmieniło od kiedy założyłem rodzine, czułem się spełniony, wiesz co w tym wszystkim jest śmieszne? Że porzuciłem weterynarie na korzyść policji...Lubię to co robię, jednak czasem myślę jak wyglądałoby moje życie... - Widać było że rozluźnił się, czuł ulgę kiedy mógł porozmawiać na inny temat aniżeli praca.
- Byłeś weterynarzem? Też o tym myślałam przez pewien czas, jednak w końcu stwierdziłam, ze bardziej interesuje mnie samo funkcjonowanie środowiska i behawior niż anatomia. Chociaż sporo się tego łyknęło przy oględzinach tropów, pogryzów i na wpół zjedzonych jeleni... jeśli zdołaliśmy je podkraść niedźwiedziom rzecz jasna. Wielka Stopa to nie jest jednak chyba do końca jarosz – uśmiechnęła się pod nosem.
- Jedynie studentem... Ale przeraża mnie to co mówisz, strasznie dużo wspominasz o trupach, może powinnaś zostać patologiem? Cóż, chyba że lubisz wpierw podziwiać żywe okazy nim odeślesz Je na stoły operacyjne?- Uśmiechnął się szeroko - Jest temat którym nie zajmowałaś się? Hmm... Może archeologia?
Uśmiechnęła się krzywo.
- Kryptozoologia to wbrew pozorom nie czysta abstrakcja. Latimeria jest na to żywym dowodem. No i strzelam tylko kiedy muszę, a jak utkniesz w głuszy biegając za wielkimi małpami czasem trzeba, bo dobrze by było coś zjeść. Albo nie dać się zjeść czemuś innemu. Zrobiłam pozwolenie na broń myśliwską kiedy niedźwiedź niemal zabił mojego kolegę na ekspedycji. Zazwyczaj wolę tropić i obserwować – stwierdziła swobodnie, lubiła tamte zajęcie, lubiła las i przebywanie blisko przyrody. – O archeologii wiem tyle co każdy, przynajmniej chyba tyle co każdy. A trupy… trochę ich pełno w moim życiu zawodowym było przez jakiś czas.
W sumie w niezawodowym też.
- Jesteś człowiekiem renesansu, naprawdę. Skoro mam takiego partnera, to żadna misja nie jest mi straszna, bardzo Ci dziękuje za te rozmowę. Miło było chociaż na chwilę odetchnąć, co nie? Ale musimy wracać do obowiązków, zajmę się szeryfem - A Ty wykonasz swoją część. Potem spotkamy się w hotelu, masz jakieś obiekcje? - Pomacał rękoma paczkę papierosów, naprawdę się od nich uzależnił
- Życie? To ja mam jakiekolwiek poza pracą? Ktoś mi czasem mówi, że poza aktami sprawy istnieje coś takiego jak "świat" ale nie zauważyłam – rzuciła autoironicznie, jednak z szerokim uśmiechem. Lubiła prowadzić śledztwa, gdyby tylko jeszcze dało się z tego wyjąć wspomniane trupy twierdziła, ze był to najlepszy zawód na świecie. – Jakbyś go zdołał jeszcze potem zająć żeby się za mną po kostnicy nie szwendał byłoby wspaniale.
- Mogę spróbować, ale boje się że wówczas jutro nie będę do dyspozycji... Cóż, męskie rozmowy wymagają pewnych nakładów, umysłowych jak i siły woli. Haha, cóż, zwolnią mnie, jestem pewien że to moja pierwsza i ostatnia poważna misja... Hahaha - Dzisiaj dopisywał mu humor, mimo tego gumowego steka i problemów w nocy.
- Tak więc, partnerko... - Po tych słowach wyciągnął dłoń w jej kierunku, wiedział że to nie jest do końca taktyczne, jednak w tej sytuacji, sądził że jest to bardzo na miejscu.
Uścisnęła dłoń Lucasa.
- Jeszcze na to za wcześnie… z resztą, jeśli rozwiążemy te sprawę to będzie mój drugi kanibal. Jak się dorobię opinii, ze jestem w tym dobra do końca życia nie dostanę innej sprawy. Więc może zwolnienie to nie taki zły scenariusz – stwierdziła z krzywym uśmiechem.
- Tak długo jak będę miał za co utrzymać rodzinę, mnie to pasuję. Zawsze chciałem udać się na hawaje, hah - kolejny pomysł na moją listę, życia mi nie starczy żeby to wszystko zrobić. Tak więc, pora rozpocząć naszą misję.
River skinęła głową z uśmiechem i ruszyła za Lucasem.

Jako, że szeryf postanowił zdaje się zignorować zupełnie to co mu powiedziała, więc wydobyła numer z akt i umówiła się na czternastą na oględziny dwóch pozostających w zakładzie zwłok. Zamierzała obejrzeć ślady ugryzień, pomierzyć je dokładnie, poszukać śladów DNA pod paznokciami i wokół ran. No i przede wszystkim kazać zlecić pełne badania toksykologiczne.

Zaś gdy dotarli na miejsce zbrodni River po prostu opadły ręce. Całe biuro szeryfa praktycznie nie nadawało się do niczego więcej poza zamknięciem, skoro nie zrobili nawet tak fundamentalnej rzeczy jak obejście okolic miejsca zbrodni w poszukiwaniu śladów. Przeciętny miłośnik NCIS zdawał się wiedzieć o policyjnej robicie więcej niż ci ludzie. Miarka się przebrała. Zamierzała napisać raport i oficjalną skargę i to jeszcze dziś wieczorem, tak żeby rano mieć ją pod ręką do wysłania. To nawet pasowało do uzgodnionej z Lucasem taktyki na dobrego dla lokalnych glinę i tego złego.
Jakby tych oznak partactwa było mało, ostatnie słowa szeryfa sprawiły, że dziewczyna musiała zacisnąć żeby go nie wyśmiać. Przyjechali tu żeby porozmawiać z ojcem ofiary i obejrzeć miejsce zbrodni. Tymczasem jeszcze nawet nie zaczęli ani jednego ani drugiego a ten już chciał się zwijać.
- Myślę, że sami możemy zabezpieczyć dowody szeryfie. To w sumie nasz obowiązek, prawda? – powiedziała szybko, może trochę za ostro ale szlak już ją od tego człowieka trafiał. – Poza tym przyjechaliśmy tu żeby obejrzeć miejsce znalezienia chłopca – starała się nie używać rodzinie ofiary słów „zwłoki” ani „ciało”, często odbierali to jak redukowanie bliskiej im osoby do rzeczy czy obiektu. Tak prosty znak szacunku dla ofiary często potem ułatwiał rozmowy z jej bliskimi. – Ale skoro aż tak strasznie się panu spieszy do zapewne znacznie pilniejszych spraw. Ja zajmę się zabezpieczeniem pozostałości psa, zaś pan może w tym czasie pokazać agentowi Goldenbergowi miejsce znalezienia chłopca.
Miała nadzieje, że lokalni „geniusze kryminalistyki” wpadli choć na to by zabezpieczyć miejsce zbrodni. Wyjęła z bagażnika torbę ze sprzętem. Taśmą do zabezpieczenia terenu i sterylne rękawiczki, pojemniki na próbki, kredę, tabliczki i przede wszystkim aparat.
- Panie Irving, byłby pan tak uprzejmy zaprowadzić mnie na miejsce? – powiedziała sięgając po komórkę. Dzwoniła po techników.
 
Lirymoor jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166