Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-01-2017, 21:48   #11
 
WolfSet's Avatar
 
Reputacja: 613 WolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemu
Pierwsze dni roku 1923 wprawiały hrabiego w niemałe osłupienie. Zaczęło się od balu noworocznego na którym odświeżył jak i pogłębił znajomość z grupką niesamowitych młodych ludzi. Wydarzenie, które miało być kolejnym nudnym i rutynowym byciem na europejskich salonach, okazało się być nad wyraz przyjemne i ciekawe.
Następnie podróż do Londynu gdzie został zaproszony na otwarcie arcyciekawej wystawy przedstawiającej kulturę Majów. Hrabia dosłownie jadł oczami płaskorzeźby, maski rytualne, rzeźby i całe gro innych fascynujących preciosów. Pomyśleć by można, że Anglicy będą musieli sprowadzić z zaświatów słynnego ostatniego tura z Puszczy Jaktorowskiej by wyciągnąć Zamoyskigo z wystawy. Los jednak pchnął go, ponowie w tak krótkim czasie, w kompaniję młodych ludzi z którymi przyszło mu spotkać się u księcia Artura.
Los, fatum? Hrabia nigdy nie wierzył w przeznaczenie, spotkanie owo stawiał więc na kanwę szczęśliwego zbiegu okoliczności.
Nie wiedział wszakże, że ten sam zbieg okoliczności już wkrótce pchnąć go zapragnie w okoliczności o wiele mniej szczęśliwe.



Wykład profesora Smitha wprawił Maurycego w spore zakłopotanie. Epifenomeny? Zamoyski chodził niezmała czterdzieści lat po tym dziwacznym świecie, lecz określenie takowe wprawiło go w niemałe osłupienie. W literaturze spotykał się z przeróżnymi synonimami słowa nawiedzenie, lecz na epifenomeny natknął się po raz pierwszy.
Zaznaczyć należy, że hrabia nie należał do ludzi przesadnie zabobonnych. Był niezabobonny do tego stopnia, że samego boga postrzegał właściwie jako swego rodzaju zabobon, a kapłanów katolickich, jak najzwyklejszych manipulatorów i oszustów. Rzecz jasna, poglądów swoich nigdy nie wyrażał w otwartej rozmowie, zniszczyło by go to jako Polaka.
Przy całym swoim sceptycyzmie Zamoyski jednak wierzył w niematerialną część wszechświata i oddał by cały swój majątek, by choć w najdrobniejszych szczegółach poznać jego tajemnice. Tak uchylić choć rąbka tej metafizycznej tajemnicy, to było by coś.
Cała Wschodnia Europa wręcz ociekała duchami, upiorami, dybukami i przeróżnymi innymi cudactwami, hrabia nasz chłoną historie o duchach już od dzieciństwa, cóż więc było robić. Nie mógł odpuścić takiej okazji, musiał nakłonić profesora by dogłębniej zapoznał go ze swoimi badaniami, spodziewał się wszakże, że te kilka obrazków które przed chwilą mógł obejrzeć nie mogło być jedynym przedmiotem badań Smitha.



Po skończonej kolacji Zamoyski wrócił do hotelu Savoy w centrum Londynu. Wiedział, że prawdopodobnie zostanie tu jeszcze kila dni, by wypytać doktora o szczegóły badań i zaspokoić ciekawość. Lubił podróżować sam, nie czół potrzeby otaczania się gromadą służby, wszak Londyn to nie Afryka, wszystko czego potrzebował miał tu w zasięgu ręki i portfela, na szczęście nie był jeszcze tak stary by rano nie móc się samodzielnie ochędożyć i naciągnąć kalesony na zadek. Osobiście udał się więc do recepcji, gdzie przedłużył zameldowanie na kolejnych kilka dni.




Rzadko się zdarzały zgony od udławienia kawałkiem bekonu. Acz jeden tego typu przypadek spotkał nieomal naszego gdy konsumując śniadanie sięgną po przyniesioną przez obsługę gazetę. Gdy tylko udało mu się uwolnić od niesfornego kęsa prawie pobiegł do recepcji.
-Proszę jak najszybciej skontaktować się z sir Franzem Peterem von Meran, niech spodziewa się dziś mojej wizyty, będę u niego w przeciągu godziny. Życzę sobie również, by przed hotelem czekała na mnie taksówka. Drogi panie, niech pan nie patrzy na mnie, tak jak by widział pan ducha, proszę się zabrać za wykonywanie poleceń- wykrzyczał jednym tchem hrabia, po czym zdał sobie sprawę z tego w co jest okryty.
 

Ostatnio edytowane przez WolfSet : 24-01-2017 o 08:45.
WolfSet jest offline  
Stary 24-01-2017, 13:40   #12
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4360 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Atrakcjom nie było końca. Ledwie skończył się kulig w posiadłości Georga Cartera, a już nadszedł termin prelekcji profesora Smitha w Imperial Institiute. Gdybyż jeszcze nie było tak koszmarnie zimno. Franz zdążył się już odzwyczaić od takich mrozów. Choć słyszał, że ponoć klimat się oziębia. Cóż … może to była prawda.

Usiedli przy stoliku wszyscy znów tą samą szóstką przyjaciół, choć może co do niektórych ów wyraz był na wyrost, ale w sumie Franz cieszył się z ponownego spotkania, zarówno z dziewczyną ze Szkocji, jak i z wąsatym Polakiem. Przekąszając przystawki von Meran słuchał przemowy profesora z rosnącym zdumieniem. To nie było podobne do nobliwego Julesa. Poltergiesty? Podejrzane zdjęcia? Nie to żeby nie ufał wiedzy profesora, ale takie zdjęcia można było bardzo łatwo sfabrykować. Wystarczyło nałożyć na siebie klisze. Co więcej stare aparaty potrzebowały dużo czasu na naświetlenie i ruchome obiekty często nie naświetlały się do końca. U siebie Franz miał całkiem sporo takich nieudanych zdjęć.

Jednak entuzjazm Smitha był tak szczery i radosny, że Franz dyplomatycznie przemilczał swoje wątpliwości. Po co było staremu przyjacielowi psuć wieczór. I dobrze uczynił, bo dzięki temu spędził kolację w miłej i sympatycznej atmosferze.

Beztroska skończyła się 6 stycznia rano, gdy przeczytał The London Herald. Przeczytał dokładnie obydwie strony szukając, jakichś dodatkowych informacji. Sam nie wiedział czemu, ale artykuł o brutalnym zabójstwie w hotelu skojarzył mu się ze śniadym mężczyzną, który przyglądał im się na prelekcji.

W zamyśleniu złożył gazetę i odłożył na stolik, gdy to zrobił Ben przyszedł z liścikiem od profesora. Franz z niepokojem rozerwał pieczęć i szybko przebiegł wzrokiem po krótkiej wiadomości.
- Czy posłaniec jeszcze jest na dole? – rzucił patrząc na lokaja.
- Nie Sir. Wręczył wiadomość i odszedł.
Franz rzucił się ku oknu i wyjrzał na zewnątrz. Lecz prócz wirujących płatków śniegu nikogo nie dostrzegł na ulicy.
- Rita! – zawołał – Czy mogłabyś na chwilę przyjść tu do mnie!
Zawołał do panny Carter. Gdy przyszła bez słowa podał jej gazetę, a następnie liścik.
- Sądzę że powinniśmy powiadomić wszystkich z naszej szóstki. Najlepiej spotkać się tutaj i omówić co z tym fantem zrobić.

Sięgnął po telefon by wybrać pierwszy z numerów. Zanim zdążył podnieść słuchawkę aparat się rozdzwonił. Nie tylko on czytał poranną gazetę, jak się okazało.
- Tak Eleonor. Tak … właśnie z Ritą przeczytaliśmy. Przyjeżdżaj jak najszybciej. Czekamy.

Wkrótce także reszta przyjaciół profesora została powiadomiona o spotkaniu.
- Muszę wyjść na chwilę Rito. – rzucił pośpiesznie do dziewczyny - Wrócę najwyżej za godzinę. Chcę porozmawiać z tym sierżantem Rigbym.
Powiedział i już go nie było.

Sierżant Rigby, okazał się być młodym policjantem, który już na pierwszy rzut oka robił wrażenie nadgorliwego. Wynikało to zapewne z faktu, że pracował w policji dopiero od kilku miesięcy. Wydawał się jednak bystry i przedsiębiorczy. Sprawę podpalenia domu znanego naukowca traktował bardzo poważnie.


Sierżant twierdził bez żadnych wątpliwości, że to było podpalenie. Wewnątrz zgliszczy, gdyż dom profesora to w tym momencie było tylko kilka osmolonych desek i kupa gruzu, znaleziono potłuczone butelki. Ich zawartość była badana, ale Rigby uważał, że to była prawdopodobnie benzyna.
Niestety nie wiadomo było, kto mógł dokonać podpalenia. Sąsiedzi widzieli tylko mężczyznę, który z opisu przypominał Beddowsa, jak wymyka się z domu tuż przed wybuchem pożaru. Sierżant jednak nie uważał, aby to był on. Znał przelotnie Beddowsa i wiedział, że to był lojalny sługa i przyjaciel profesora.

Policja nie miała niestety żadnych informacji na temat Beddowsa.
Śledztwo było w toku, a Beddows poszukiwany w celu złożenia wyjaśnień.
Franz poprosił o możliwość skorzystania z telefonu i zadzwonił do redakcji The London Herald i spytał, czy mają zdjęcia owego Mehmeta Makryata. Znajomy reporter, którego Franz znał przelotnie, niejaki Atkinson powiedział mu, że co prawda nie mają takiego zdjęcia, ale zasugerował, że być może Scotland Yard ma.

Niestety Franz spędził już za dużo czasu poza domem i wizytę u inspektora Fleminga zajmującego się sprawą morderstw był zmuszony zostawić na później.

Wrócił akurat na czas by przywitać gości na małej naradzie. Wszyscy zastanawiali się nad tajemniczą treścią liściku od profesora.
- Zdecydowanie powinniśmy pójść na spotkanie, ale nie wszyscy. Skoro dom profesora został spalony, a on obawia się, że możemy być śledzeni powinniśmy zachować ostrożność. Sądzę że ja i George powinniśmy się tego podjąć, a nasze drogie panie powinny tu zostać pod opieką Maurycego.

Pomysł nie spodobał się wszystkim. Szczególnie panie były przeciwne, jednak Franz wspierany przez Georga był na tyle przekonywujący, że wydawało się, iż płeć piękna w końcu pogodziła się ze swoim losem.

Gdy zbliżył się zmierz Ben zamówił taksówkę, a Franz korzystając z ostatnich wolnych chwil zaopatrzył się na wszelki wypadek w rewolwer Webley Mk II Bulldog. Broń niewielką, ale poręczną, którą łatwo było ukryć w kieszeni.
Zamierzał w celu zmylenia ewentualnych obserwatorów zmieniać kilka razy taksówki, by wreszcie o zmierzchu dotrzeć na Cheapside Street 48.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 24-01-2017, 17:18   #13
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 17069 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
Von Meran objął Ritę, by zapewnić jej i sobie odrobinę ciepła. Mróz był iście siarczysty, a prognozy nie zapowiadały w najbliższych dniach ocieplenia.
- No i jak ci się podoba mój pomysł? Niezła przejażdżka. Samochód nie zapewnia takich atrakcji, chyba że kabriolet.
Rita wtuliła się we Franza, jednocześnie pocierając zmarzniętymi dłońmi.
- Zaczynam mieć pewne wątpliwości - odparła, a głos lekko jej się załamał. - Tak Polacy bawią się zimą? Odmrażając sobie tyłki na saniach? Pozwolę sobie jednak na pełną opinię jeśli dożyję końca - powiedziała ni to żartem, ni to serio, ale ostatecznie uśmiechnęła się kącikiem ust.
- Z tego co wiem, to mróz im nie straszny, bo alkohol, którym się raczą, zamarza dopiero przy minus trzydziestu stopniach. - Franz poklepał się po piersi. - Ja mam whisky. Nie martw się, przeżyjesz. A jak coś sobie odmrozisz, to obiecuję, że to rozgrzeję - oświadczył, ściskając lekko jej ramię.
- No, to teraz wzbudziłeś moją ciekawość, panie von Meran - rzekła Rita, spoglądając na niego. Po chwili uśmiechnęła się, jakby coś ją rozbawiło. - Oczywiście mam na myśli ten alkohol zamarzający dopiero w tak niskiej temperaturze.
Wtedy wjechali w jeden z zakrętów, wciąż goniąc pierwsze sanie i potencjalnych zwycięzców wyścigu.
- Widzę, że mój kuzyn poważnie traktuje każdy przejaw rywalizacji - stwierdziła, przyglądając się przodującym saniom. - To chyba miała być zwykła zabawa, hm…
- Prawda? Anglicy są tacy pompatyczni. Należałoby ich krzyżować z Austryjakami.
Rita zaśmiała się na te słowa. Sama często dziwiła się, jak bardzo ona różniła się od angielskich dam, choć sama była czystej krwi Angielką.
- Albo z Polakami, może mielibyśmy wtedy większą odporność na mrozy - odparła, szczelniej zakrywając nogi połami płaszcza i poprawiając szal z białego futra, którym otuliła szyję.
Wyścig ukończyli ostatecznie zajmując drugie miejsce, choć wydawało się, że rywalizacją przejmował się jedynie George. Reszta cieszyła oczy pięknymi, zimowymi krajobrazami, gałęziami drzew i krzewów uginającymi się od ciężaru białego puchu, odbijającymi blask pochodni soplami lodu i leniwie opadającymi płatkami śniegu.
Resztę wieczoru miło spędzili w domku w samym sercu lasu, ogrzewając się przy ogromnym ognisku i racząc się różnymi trunkami i pysznościami, które przygotowano z myślą o tym wieczorze.

~ * ~

Kiedy wkroczyli do Imperial Institute, Rita, ku swojemu zadowoleniu, została uwolniona od ciężaru futrzanego płaszcza i wszelkich zimowych dodatków. Ukazała się więc wszystkim ubrana w szykowną suknię wieczorową ze srebrnego weluru i wytworne pantofelki na obcasie. Włosy miała rozpuszczone. Czarne fale ledwo sięgały jej ramion i okalały lekko zaróżowione policzki. Oczy, jak to miała w zwyczaju Rita, były mocno podkreślone ciemnym kolorem, a kształtne wargi jaśniały szkarłatem szminki.
Potem ruszyła razem z resztą do sali bankietowej, gdzie zajęła jedno z miejsc przy stoliku razem z pozostałą piątką gości profesora Smitha.
Założywszy nogę na nogę i oparłszy się wygodnie, wyciągnęła z torebki srebrną papierośnicę. Jeden papieros szybko znalazł się pomiędzy jej palcami, a z jego końcówki wiła się majestatycznie cienka wstęga dymu.
Kiedy profesor Smith podszedł do pulpitu, a pierwsze jego słowa rozniosły się po ogromnej sali i dotarły uszu wszystkich słuchaczy, Rita poczuła, jakby cofnęła się w czasie o dwadzieścia lat. Miała nieodparte wrażenie, że przy stoliku siedziała pięcioletnia dziewczynka z potarganymi włosami, w kolorowej sukience, z wielkimi, zielonymi oczami wlepionymi w wujka Juliusa. Siedziała i wsłuchiwała się z zapartym tchem w opowieści o tajemniczych sprawach, o których nie miała bladego pojęcia, ale niesamowicie ją fascynowały. Przez krótki moment odniosła wrażenie, że siedziała tak naprawdę przy kominku w salonie, w posiadłości w Kensington, a nie w Imperial Institute. Nie dbała o to, jak absurdalnym wydawały się opowieści Smitha. Nieistotne były jej wiara czy wykształcenie i stopień naukowy. Znów była małą dziewczynką, która podczas opowieści zanurzała się w świat wyobraźni i podróżowała razem z wujkiem Juliusem i jej ojcem po dalekich krajach, choć tym razem badała dziwne zjawiska zwane epifenomenami.
Dopiero burza bardziej lub mniej entuzjastycznych oklasków wyrwała ją z zamyślenia. Spostrzegła, że papieros, który jeszcze nie tak dawno tlił się lekkim żarem, teraz już całkowicie zgasł, a między jej palcami znajdował się sam pet. Kupkę popiołu szybko rozdeptała, a niedopałek wrzuciła do popielniczki stojącej na stoliku i dołączyła do gromkich oklasków.
Przez resztę spotkania, jak i przez kolację, Rita była jakby nieobecna. Wciąż pogrążona we wspomnieniach zdała sobie sprawę, że profesor był dla niej kimś bliskim sercu. Choć przez wiele lat nie utrzymywała z nim kontaktu, to jednak uważała go za członka rodziny, choć niespokrewnionego więzami krwi. Był tym dobrym wujkiem, z którym można było nie rozmawiać latami, ale miało się wrażenie, jakby widziało się z nim zaledwie poprzedniego wieczora.
Na pożegnanie uściskała go bardzo serdecznie i ucałowała w policzki, życząc mu dużo zdrowia i jeszcze wielu szalonych przygód, jak z opowieści, którymi ją raczył za dawnych lat. Wyraziła też szczerą nadzieję, że jeszcze wkrótce uda im się spotkać i nadrobić stracony czas.

Nazajutrz Rita postanowiła opuścić w końcu posiadłość swojego bliskiego przyjaciela Franza, choć ten nie wypuścił jej wcześniej, niż po obiedzie przygotowanym przez jego służbę. Rita więc późnym popołudniem pożegnała się z Franzem, a także Benem, jego lokajem, z którym całkiem dobrze się dogadywała podczas tych kilku dni spędzonych w domu von Merana.
Przed wyjściem obiecała również, że postara się częściej odwiedzać tę część Londynu, choć dobrze wiedziała, że Franz wcale długo nie wytrzyma w jednym miejscu. Mogłaby przysiąc, że już zauważyła, jak go nosiło do kolejnej podróży. Cóż, ona sama często myślami wędrowała po piaszczystych terenach Egiptu, po dżunglach, o których opowiadała Eleonor czy nawet po zaśnieżonej Syberii. Tajemnica ją przyciągała i wrodzona ciekawość oraz chęć odkrywania nieznanego sprawiały, że powoli snuła plany na najbliższe lata.
Tymczasem wpakowała walizki do swojego pojazdu i sama usiadła za kierownicą. Nie przepadała bowiem za szoferami i wolała sama prowadzić swój samochód - jakkolwiek nieprzychylnie mogli na to patrzeć niektórzy mężczyźni. Odpaliła silnik i jeszcze wychyliła się przez okno, by pomachać na pożegnanie Franzowi i Benowi, po czym odjechała. W drodze zastanawiała się, kiedy będzie jej dane znów zobaczyć swoich bliskich przyjaciół. Na pewno zamierzali wszyscy troje utrzymywać kontakt listowny, jak do tej pory, jednak musiała przyznać, że tych kilka dni spędzonych razem było dla niej czymś wyjątkowym.

U progu jej rodzinnej posiadłości w Kensington powitał Ritę Winston Meadows, wierny lokaj oraz drugi ojciec dla panny Carter. To on zajmował się nią, kiedy rodzice wyjeżdżali w długie podróże badawcze. Czytał jej dzienniki ojca, książki przygodowe, uczył wielu przydatnych rzeczy. To jemu też robiła wiele psikusów, a on pobłażał jej, bo była dla niego jak córka.
Winston był wysokim mężczyzną, miał około pięćdziesięciu lat, choć wcale nie wyglądał na swój wiek. Zaczął służyć w domu Carterów w bardzo młodym wieku, kiedy wrócił ze służby wojskowej. Pochodził z ubogiej rodziny, o której niewiele mówił. Winston dobrze trzymał się jak na swoje lata dzięki codziennym treningom i zdrowej diecie. Był do tego bardzo przystojnym mężczyzną i Rita zawsze zastanawiała się, dlaczego wciąż był kawalerem.
- Winstonie, jak dobrze cię widzieć - przywitała go, kiedy szybkim krokiem podszedł i wytargał z samochodu jej bagaże. Wiedział bowiem, że Rita skłonna była sama wtaszczyć swoje walizki do domu, a jemu honor lokaja i prawdziwego gentlemana na to nie pozwalał. - Mam nadzieję, że hucznie rozpocząłeś nowy rok i że nie stęskniłeś się za mną za bardzo.
- Ależ skąd, panno Carter, jakbym śmiał zatęsknić za moją ulubioną i jedyną wychowanką - odparł równie żartobliwym i wesołym tonem. Głos miał niski i głęboki.
- To świetnie! Jak się ma Kaspian? Nie zagłodziłeś go, prawda?
I wtedy, jak na zawołanie, z ogrodu rozciągającego się wokół posesji, wybiegł radosny owczarek, szczekając wesoło i merdając ogonem. Niemalże przewrócił Ritę, kiedy skoczył na nią, chcąc się w nią wtulić i najlepiej zostać tak na zawsze. Carter roześmiała się wesoło, wplatając palce w jego mokrą od śniegu sierść i czochrając go po głowie.
Po tych powitaniach, zarówno z lokajem Winstonem jak i wiernym psem Kaspianem, Rita w końcu mogła przekroczyć próg mosiężnych drzwi wejściowych, zostawiając za sobą zasypany śniegiem dziedziniec z fontanną i rozległe ogrody.
Winston zaraz odstawił wszystkie bagaże Rity na bok i pomógł pozbyć się jej płaszcza i zimowych akcesoriów. Dziewczyna z przyjemnością wkroczyła w rozległy salon i od razu przywitana została miłym ciepłem bijącym od kominka.. Na przeciwległej ścianie od wejścia głównego znajdowały się drewniane schody wyściełane dywanem, które rozgałęziały się na prawo i lewo tuż pod dużym oknem, będącym głównym źródłem światła (poza żyrandolami). Prowadziły one na piętro posiadłości, do obu jej skrzydeł, gdzie znajdowały się sypialnie domowników i dla gości oraz gabinety i biblioteka. Z parteru natomiast można było dotrzeć do pomieszczeń dla służby, do jadalni oraz kuchni, a także znajdowało się tam zejście do rozległych podziemi i wyjście na korytarz prowadzący do ogrodu na tyłach posiadłości.
Nad kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień, wisiał portret rodziców Rity - Howarda i Agathy. Znajdowały się tam też kanapy, fotele, stoliki, szafki na różne bibeloty i pamiątki z podróży, a także kilka innych, wyszukanych ozdób nadających charakteru temu miejscu.

Następnego ranka Rita zjadła szybkie śniadanie, bo chciała jak najprędzej zająć się przygotowaniami do podróży do Egiptu. Planowała odwiedzić ojca i na własne oczy zobaczyć to, co udało mu się odkryć - grobowiec Tutanchamona. Ekscytowała ją sama myśl o tym, więc chcąc w pośpiechu wypić filiżankę herbaty, poparzyła sobie język. Nie ostudziło to jej zapału, więc zaraz potem wzięła się do roboty.
W przerwach między ślęczeniem nad opasłymi zbiorami z biblioteki, a pakowaniem kolejnych to rzeczy, Rita delektowała się spacerami po ogrodach i towarzystwem swojego wiernego psiego przyjaciela, Kaspiana. Myślami jednak była w Egipcie, wraz ze swym ojcem przemierzając starożytne grobowce i odkrywając coraz to nowsze tajemnice. Po cichu marzyła, że przy tym faktycznie uda się jej samej dokonać jakiegoś odkrycia.
Kiedy więc kończyła pakowanie, zorientowała się, że czegoś jej brakowało. Chodziła więc tam i z powrotem po swojej sypialni, zastanawiając się, czego mogła zapomnieć i wtedy sobie przypomniała.
- Rewolwer ojca! - niemalże krzyknęła i rzuciła się w stronę szuflady przy łóżku, lecz była całkowicie pusta.
Broni nie było. Rita zaczęła gorączkowo myśleć, co takiego mogło stać się z pistoletem. Winston zabrał go do czyszczenia? Nie, raczej uprzedziłby ją o tym. Wtem przypomniała sobie i zaklęła siarczyście pod nosem, czego na szczęście nikt nie usłyszał.
- Franz? Tu Rita. Dobrze, że cię zastałam. Słuchaj, jest sprawa. Zostawiłam u ciebie coś i chciałabym po to wrócić. Naprawdę? Jeszcze dzisiaj? Ale nie masz nic przeciwko? Ach, to fantastycznie. Jesteś boski! O tym jeszcze możemy podyskutować... To do zobaczenia!
Po tej krótkiej rozmowie telefonicznej Rita spakowała niezbędne rzeczy do walizki i udała się do samochodu. Winstonowi zapowiedziała, że wróci najwcześniej nazajutrz, bo zaplanowała spędzić noc u Franza.
Na miejsce dotarła późnym wieczorem, ale Franz nie wydawał się tym faktem obruszony. Została przywitana z taką samą przyjaźnią, jak przed kilkoma dniami, a może nawet bardziej. Pierwszym jednak, co zrobiła, to udała się do sypialni, w której nocowała przed sylwestrem. Tam bowiem zostawiła swój rewolwer, nie chcąc zabierać broni na bal u księcia.
- Czy tego pani szuka? - zapytał przyjaznym tonem Ben, lokaj Franza, kiedy stanął w progu i przyglądał się Ricie przeszukującej posprzątaną sypialnię. W wyciągniętej dłoni trzymał srebrny rewolwer z pięknymi zdobieniami i wygrawerowanym nazwiskiem rodziny Carterów.
Rita sięgnęła po broń, a Ben skinął tylko głową i ruszył w sobie tylko znanym kierunku. Carter, ważąc w dłoni srebrny rewolwer, od razu przypomniała sobie moment, w którym go dostała. Dał jej go ojciec podczas ich wyprawy do Afryki. Był wtedy bardzo tajemniczy i starał się podczas tej podróży nauczyć nastoletnią wtedy Ritę wielu przydatnych rzeczy, żeby była w stanie radzić sobie sama w życiu. Nauczył ją także obsługiwać się krótką bronią palną, stwierdzając enigmatycznie, że to umiejętność, która w obecnych czasach niezbędna jest każdej młodej damie.

Następny dzień zmienił wszystkie plany panny Carter, jakie zdążyła niedawno ułożyć. Z samego rana, kiedy właśnie kończyła się ubierać, usłyszała wołanie Franza. W jego głosie dało się słyszeć, że była to sprawa nagląca, więc Rita niezwłocznie podążyła do salonu, w którym przebywał von Meran.
Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, mężczyzna podał jej poranną gazetę. Zdezorientowana Rita sięgnęła więc po nią i spojrzała na pierwszą stronę. Przez jej ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz, a potem poczuła, jak robi jej się gorąco. Wciągnęła głośno powietrze, a potem je wypuściła, po czym usiadła w fotelu obok Franza. Przeczytała główny artykuł kilkukrotnie, zanim zdecydowała się odłożyć gazetę i spojrzeć na przyjaciela. Ten nadal milczał, ale podał jej prostokątny liścik, jakby wizytówkę.
- Co to może znaczyć? Czy profesor Smith ma jakieś kłopoty? - zapytała w końcu, choć słowa wciąż grzęzły jej w gardle, a głos miała ściszony.
Ciężko jej było w to uwierzyć. Jeszcze nie tak dawno doskonale bawili się na kuligu, potem uczestniczyli w nieco dziwnym wykładzie Smitha, a teraz… Rita odetchnęła głęboko. I jeszcze ta enigmatyczna wiadomość. Ktoś mógł ich śledzić?
Potem sprawy potoczyły się bardzo szybko. Franz obdzwonił wszystkich bliskich przyjaciół profesora, którzy wzięli udział w jego wykładzie i byli na kolacji, a potem gdzieś zniknął bez słów wyjaśnienia. Rita została natomiast całkowicie sama w jego posiadłości, jeśli nie liczyć służby. Czuła się okropnie bezradna i bardzo jej się to nie podobało. Zaczynała snuć niestworzone domysły i tylko dźwięk dzwonka do drzwi sprawił, że nie wpadła w czarną rozpacz.

- Jak to nie wszyscy? Franz, chyba sobie kpisz, że będę tutaj siedzieć i czekać na rozwój wydarzeń - oburzyła się Rita, kiedy pojawił się plan działania.
Wykłócała się z nim jeszcze przez dłuższą chwilę. Mimo tego dało się zauważyć, że między tą dwójką coś iskrzy. W jednej chwili mogli rzucić się sobie do gardeł lub we własne objęcia w namiętnym pocałunku. Nic jednak takiego się nie stało, bo Rita ostatecznie skapitulowała, wzruszając ramionami i siadając przy stole zaraz obok Eleonor.
- Dobrze, zostaniemy tutaj, jak sobie życzysz - rzuciła obrażonym tonem i skrzyżowała ręce na piersi, już nie racząc nawet spojrzeć na Franza.
Na szczęście dla Rity, Franz wcześniej popełnił pewien błąd i pokazał jej liścik, który dostał prawdopodobnie od zaginionego profesora. Rita była sprytną osobą, a naturę miała niepokorną już od dziecka, toteż uśmiechnęła się łobuzersko, kiedy dwójka mężczyzn (Franz i George) opuścili dom i ruszyli na spotkanie. Zapamiętała bowiem adres z tajemniczej wiadomości i nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
- Nie będę rozstawiana po kątach - oznajmiła, wstając od stołu. - Jedziemy na miejsce spotkania i dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież ta dwójka nie poradzi sobie sama - powiedziała, a mówiąc “my” miała na myśli ją i Eleonor, na którą znacząco spojrzała.
Przed wyjściem pobiegła jeszcze na piętro, skąd z sypialni zabrała rewolwer i wcisnęła go do torebki.
- Eleonor, jedziemy. I niech nikt nie próbuje nas zatrzymywać - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, po czym ruszyła do samochodu.
 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 24-01-2017 o 17:23. Powód: naprawa linków
Pan Elf jest offline  
Stary 26-01-2017, 02:55   #14
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2411 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację

Wydarzenia ostatnich godzin wstrząsnęły wszystkimi. Jedni dawali to po sobie poznać bardziej, inni głęboko skrywali swe emocje. W powietrzu wisiało jednak nieprzyjemne napięcie. Zniknęła nagle, niczym przebity balon, atmosfera noworocznej zabawy i radości.
Grupa przyjaciół zebrana w domu Franza von Merana czekała na zapadnięcie zmierzchu. W głowach mnożyły się im setki pytań. Kto mógł chcieć krzywdy jowialnego profesora? Kto, o zgrozo, życzyłby sobie jego śmierci? Kim byli ludzie, którzy mieli śledzić ich ruchy? Czego obawiał się kochany profesor?
Zawiłość sprawy budziła nie tylko wielki niepokój, ale i lęk.
Czy Franz mógł mieć rację, że coś wspólnego ze sprawą mógł mieć mężczyzna wyglądający na Turka, który ponoć przyglądał im się w czasie prelekcji profesora? Nikt inny poza dziennikarzem tego nie zauważył. Jednak, czy mieli powody, aby nie wierzyć w jego słowa.

Ogień płonął przyjemnie w kominku. Trzask polan i bijące od ognia ciepło koiło nerwy całej szóstki. Za oknem znowu padał śnieg. Z każdą chwilą śnieżyca wzmagała się coraz bardziej. Uroki zimy zaczynały powoli przeradzać się meteorologiczny koszmar.

Aby uwolnić wszystkich od konieczności prowadzenia wymuszonych rozmów, gospodarz włączył radio. Było późne popołudnie i zbliżała się pora audycji dla dzieci. “Przygody małej sierotki Ani” cieszyły się wielką popularnością. Co ciekawe perypetie małej Ani śledzili z zapartym tchem także dorośli.


Spiker podawał właśnie specjalnie zakodowaną wiadomość dla wszystkich członków tajnego klubu Ani, gdy do salonu wszedł Ben.
- Sir, chciałem przypomnieć, że prosił pan o zamówienie taksówki na godzinę piątą. Kierowca właśnie podjechał
Franz spojrzał za okno. Słońce zaszło już jakiś czas temu i szare popołudnie przeradzało się powoli w mroźny wieczór.
- Dziękuję Ben. Zaraz będziemy gotowi.
Przyjaciele wstali z miejsc, pokiwali w milczeniu głowami i przeszli do korytarza, gdzie służba już czekała na nich z wierzchnim odzieniem.

Franz i George założyli palta i pożegnawszy się z damami i hrabią Zamoyjskim, wsiedli do taksówki.



Franz von Meran, George Carter

Wieczór był niezwykle mroźny, a na domiar złego nieustannie padał śnieg. Wycieraczki samochodu ledwo nadążały zbierać zalegające na szybie płatki.
Gdy Franz podał adres, a dodatkowo kazał taksówkarzowi trochę pokluczyć po mieście, wywołał u niego spore zdziwienie i zainteresowanie.
- Proszę wybaczyć, ale czy panowie nie pomylili, przypadkiem adresu? - zapytał skonfundowany mężczyzna - Na pewno mamy jechać do Whitechapel?
- Tak, na pewno. Proszę jechać i nie dyskutować więcej. - uciął szybko wszelkie dalsze dywagacje Franz.
Pierwotny plan zmiany taksówki musiał pójść w zapomnienie. Złapanie kolejne w tych warunkach graniczyłoby z cudem. George cały czas oglądał się za siebie i sprawdzał jadące za nimi samochody. Nie było ich wiele. Zaledwie kilka sunących powoli samochodów, które rozjeżdżały się w różnych kierunkach im byli bliżej celu. Jedynie pług śnieżny towarzyszył im całą drogę, ale mało prawdopodobne, aby ktoś chciał śledzić ich w tak charakterystycznym pojeździe.
[MEDIA][/MEDIA]

Po ponad półgodzinnej jeździe w końcu dotarli do celu. Dzielnica faktycznie nie wyglądała zachęcająco, a zwłaszcza w tak paskudny wieczór jak dzisiaj.
Panowie uiścili zapłatę dając sowity napiwek i wysiedli z taksówki. Odczekali chwilę, aż samochód zniknie zza zakrętem i weszli w mroczny zaułek.
Szli wolno w panującym w uliczce półmroku. Śnieg chrzęścił pod ich butami. Mróz szczypał w usta i nos. Z każdym krokiem czuli się coraz bardziej niepewnie. To było idealne miejsce na zasadzkę. Gdyby ktoś tutaj ich zaatakował na pewno pomoc nie przyszłaby zbyt szybko. A gdyby doszło do najgorszego, to pewnie prędzej mogliby liczyć na to, że ich ciała zostaną obrabowane ze wszelkich kosztowności niż na to, że ktoś wezwie policję.
Na obdrapanej ścianie budynku tkwiła lampa, pamiętające pewnie początki panowania królowej Wiktorii. W jej nikłym świetle panowie doszli pod wskazany przez profesora numer.
[MEDIA][/MEDIA]
Stali przed chylącą się ku upadkowi czynszówką. Zmurszałe schodki prowadziły do drzwi pokrytych łuszczącą się farbą. Przybita do nich tabliczka głosiła dumnie:
[MEDIA][/MEDIA]
Mężczyźni nie zdążyli zapukać, gdy nagle drzwi otworzyły się i stanęła w nich mocno otyła kobieta w kwiecistym szlafroku i papilotach na głowie.
- A wy tu czego łajzy? - zapytała dudniącym głosem - Co się czaicie pod moimi oknami?
Za właścicielką przybytku dało się słyszeć, jak ktoś zbiega szybko ze schodów.
- Spokojnie pani Bumble, ci dżentelmeni są do mnie.
- Dżentelmeni? Phi… Porządni dżentelmeni nie skradają się po nocy pod obcymi oknami.
Pani Bumble obrzuciła Franza i Georga wzgardliwym spojrzeniem i obróciła się na pięcie. Po chwili w drzwiach pojawił się poczciwy Beddows. Nie wyglądał zbyt dobrze. Miał potargane i lekko przypalone włosy, a lewe przedramię i dłoń były zabandażowane. Wychylił się zza próg i rozejrzał kilkakrotnie w lewo i prawo.
- Dobry wieczór, panowie. Na pewno jesteście sami? Nikt was nie śledził.
Obaj mężczyźni pokiwali głowami. Dopiero wtedy Beddows wpuścił ich do środka.



Stancja pani Bumble, o ile to w ogóle możliwe, wewnątrz prezentowała się jeszcze gorzej niż od strony ulicy. Krzywe, skrzypiące podłogi, łuszcząca się ze ścian farba i duszący smród wilgoci i pleśni. Lokaj profesora, bez słów ruszył na górę. Właścicielka stała w otwartych drzwiach od swego pokoju i z pogardą i podejrzliwością obserwowała całe zajście.

Po skrzypiących schodach, cała trójka dotarła w końcu do pokoju, gdzie na łóżku leżał profesor Smith. Był to ciasny pokój z jednym wąskim oknem wychodzącym na podwórze. Gęsta zasłona odcinała niemal wszelki dostęp światła z ulicy.
W migoczącym blasku lampy oliwnej stary naukowiec wyglądał do prawdy przerażająco.
Oparty o wezgłowie metalowego łóżka wpatrywał się w obu dżentelmenów, straszliwie opuchniętymi oczami. Jego twarz przypominała stopioną woskową maskę. Liczne blizny deformowały jego oblicze, które w słabym świetle budziło prawdziwą grozę.
Profesor Smith miał ciężki chrapliwy oddech i gdyby Franz i George nie wiedzieli, że mają przed sobą człowieka, mogliby pomyśleć, że w pomieszczeniu znajduje się ciężko ranne zwierzę.
Chybotliwy płomień lampy sprawiał, że cienie na ścianie wirowały w opętańczym tańcu i rozbudzały wyobraźnie tworząc w niej mroczne i koszmarne fantazje.

Beddows zamknął drzwi i usiadł na krześle przy wezgłowiu łóżka. Sięgnął po nasączony maścią opatrunek i delikatnie przetarł zmasakrowaną przez płomienie twarz profesora.
Widać było, że lokaj miał doświadczenie w tych sprawach. To zapewne dzięki kilkuletniej służbie wojskowej w koloniach.
- Mamy niewiele czasu, moi drodzy. - wyszeptał chrapliwym głosem profesor.
Jego głos był ledwo słyszalny i obaj jego przyjaciele musieli się przybliżyć, aby wyłapać ich sens.
- Być może trudno będzie wam uwierzyć moje w słowa. Wysłuchajcie mnie jednak i nie wyciągajcie pochopnych wniosków.
Każde słowo profesor wypowiadał z wielkim trudem i robił między nimi kilkusekundowe pauzy.
- W moich badaniach trafiłem na ślad pewnego starożytnego przedmiotu. Wszelkie ślady wskazują, że ma on ogromną moc i przyczynił się w swojej historii do wielu nieszczęść.
Wiem, że jesteście sceptycznie do wszelkich metafizycznych fenomenów, ale zapytajcie Eleonor. Ona wie… Ona przedarła się przez kurtynę i zajrzała na drugą...

Profesor przerwał wpół słowa, a jego oczy nagle się rozszerzyły. Po chwili zaczął go dusić potworny kaszel. Siedzący obok Beddows złapał go wpół i ustabilizował pozycję. Drugą ręką podał swemu przyjacielowi szklankę wody.

- Beddows jesteś niezawodny, przyjacielu - powiedział profesor po zaczerpnięciu kilku łyków wody - To tylko dzięki niemu jeszcze żyje. Wczoraj w nocy zaatakowali nas członkowie jakiegoś bluźnierczego kultu. Ci tureccy szaleńcy, za wszelką cenę pragną zdobyć statuę. Sam jednak jestem sobie winny. Sam ściągnąłem na siebie to nieszczęście. Chciałem zwrócić uwagę ludzi, którzy mogą coś wiedzieć o Sedefkar Simulacrum. - wyjaśnił.

Stary naukowiec znowu przerwał swój wywód, aby nabrać sił.

- Niestety moje notatki zapewne spłonęły. Beddows jednak zapisał wto, co udało mi się zapamiętać. Trzeba uczynić wszystko, aby powstrzymać tych szaleńców przed zdobyciem artefaktu. Bóg raczy wiedzieć do jakiś bluźnierczych czynów będą się jeszcze w stanie posunąć. Trzeba odszukać wszystkie jego części i z pomocą zwojów Sedefkara, zniszczyć ją. Sedefkar był dwunastowiecznym tureckim okultystą, którego imię powiązane jest ze statuą. Błagam was - wyszeptał profesor ostatkiem sił - Pomóżcie mi. Tylko na was mogę liczyć. Tylko wam mogę powiedzieć prawdę. Nikt inny mi nie uwierzy i nie będzie w stanie powstrzymać tych szaleń… ców. Muusicie działać szybko, aby zebrać fragmenty przed nimi. Błagam was, na litość boską, pomóżcie.

To były ostatnie słowa profesora. Jego głowa opadła na pierś i przez chwile wydawało się, że przestał oddychać. Na szczęście już za moment ponownie pokój wypełnił się jego chrapliwym i ciężkim oddechem.
Siedzący obok Beddows, ponownie otarł spaloną twarz Smitha opatrunkiem z maścią i zrobił zastrzyk,
Po czym wstał i zbliżył się do Franza i Georga. Wręczył im niewielki skórzany notes.
- Tutaj znajdują się wszystkie informacje, które sir Jules kazał mi zapisać. Wiem, że profesor chciał wam o tym wszystkim opowiedzieć w zupełnie innych okolicznościach. Los jednak chciał inaczej. Opowieść profesora wydawać się może niedorzeczna, ale wiem jak bardzo pochłaniała go praca nad poszukiwaniami śladów tego przedmiotu. Wiem też, jak bardzo niebezpieczni są ludzie, którzy nas zaatakowali. Mam też wam przekazać pieniądze, jakie profesor zebrał na wyprawę. Przed tym strasznym atakiem, sir Jules, planował zakupić bilet na Orient-Express. Mówił, że to najpewniejszy środek transportu i pozwoli najszybciej dotrzeć do miejsc, gdzie mogą być części posągu. Mam nadzieję, że panowie nie odmówią mu tej przysługi. To dla niego bardzo wiele znaczy i jak sam mówił także dla całego świata.
Beddows zamilkł i spojrzał w stronę swego przyjaciela. Profesor Smith osunął się na poduszce i oddychając ciężko, pogrążył się we śnie.


Eleonora Howard, Rita Carter, Pauline Macmoor, Maurycy Zamoyski

Służba zamknęła drzwi za jadącymi na spotkanie z profesorem Franzem i Georgem. Żadna z pań nie zamierzała się jednak trzymać wcześniejszych ustaleń. Wszystkie wychodziły z założenia, że same potrafią troszczyć się o swoje bezpieczeństwo i także mają prawo uczestniczyć w tajnym spotkaniu z profesorem.
Najwyraźniej ustaliły to już wcześniej, gdyż nie odczekały nawet minuty i już Rita poleciła służbie Franza, szykować ich palta.
- Ależ jak to? - protestował hrabia słysząc te słowa - Nie taka przecież była umowa.
- Drogi hrabio, jest pan dżentelmenem i zapewne nie posunie się pan do użycia siły, aby nas zatrzymać - zadrwiła Rita - Ma pan tylko jedno wyjście chcąc dotrzymać danego słowa. Aby mieć nas na oku i dbać o nasze bezpieczeństwo, musi pan hrabia jechać z nami.
Zamoyski postawiony przed takim ultimatum, faktycznie nie miał wyboru. Także kazał przynieść sobie płaszcz i kilka minut później siedział już z paniami w samochodzie i jechał do kryjówki profesora.

Pogoda była fatalna. Nieustannie padający śnieg gromadził się na jezdni, czyniąc jazdę niezwykle niebezpieczną. Rita nie była złym kierowcą, ale w tak trudnych warunkach nie miała jeszcze okazji prowadzić. Mimo niedużej prędkości, kilka razy wchodząc w zakręt jej auto wpadało w poślizg. Siedzący obok hrabia, co kilka chwil łapał zz klamkę u drzwi, chcąc zachować równowagę. Rzucał też wymowne spojrzenia w stronę Rity, ale ta nic a nic się tym nie przejmowała.
Okoliczności zmusiły pannę Carter do wybrania okrężnej drogi. Nie chciała przecież, aby Franz wziął ich za złowieszczy pościg o którym wspominał w liściku profesor.
Dlatego też na Cheapside Street grupa dotarła po ponad trzech kwadransach.

Okolica naprawdę budziła nieprzyjemne skojarzenia. Mimo pięknej zimowej scenerii, nadal dzielnica wyglądała odpychająco i wywoływała instynktowny odruch niechęci i wzgardy. Obdrapane budynki i drażniący swąd gotowanej kapusty i ziemniaków, potraw biedoty w całym Imperiumm unosił się w okolicy.

Drzwi od samochodu trzasnęły z głośnym hukiem, burząc panującą wokół wieczorną ciszę. Ciszę, która dzięki wybujałej wyobraźni dam i towarzyszącej spotkaniu aurze tajemniczości, wydawała się złowroga.
- To chyba tutaj - powiedział hrabia Zamoyski wskazując wąski zaułek pomiędzy budynkami.
Cała czwórka ruszyła powoli w tamtym kierunku. Śnieg skrzypiał im pod butami i niósł się echem po ulicy.
Wąski przesmyk był całkowicie pogrążony w ciemnościach. Stara lampa, pamiętające zapewne początki panowania królowej Wiktorii, tkwiła w ścianie niczym bezużyteczny teatralny rekwizyt.
Hrabia Zamoyski zrobił dwa szybsze kroki i wysunął się na czoło grupy. Polskie korzenie i szlachecka krew nakazywały mu stać na straży bezpieczeństwa dam i w razie konieczności chronić je własną piersią.
Okolica była paskudna i tylko Bóg raczy wiedzieć, jacy obwiesie mogli czaić się w takim mroku..
Ostrożnie podążali krok za krokiem, gdy nagle tuż przed nimi upadł metalowy kubeł na śmieci. Rozległ się głośny huk, a w powietrze wypełnił smród zgniłego mięsa i rozgotowanych warzyw. Trójka kobiet instynktownie dygnęła ze strachu i zatrzymała się w miejscu. To hrabia gestem uniesionej dłoni powstrzymał damy przed wykonaniem następnego kroku.
W mroku przed nimi pojawiła się jakaś dziwna sylwetka. Tuż przy ziemi w zalśniła para krwistoczerwonych ślepi.
[MEDIA][/MEDIA]
Dało się też słyszeć ciche warczenie, które jeżyło włosy na cały ciele. Stojąca przed nimi bestia zrobiła wolno krok do przodu. Paulina pisnęła i cofnęła się gwałtownie. Zbyt szybki krok na zaśnieżonym chodniku omal nie skończył się upadkiem. Tylko dzięki asekuracji, stojącej obok Eleonor, obyło się bez tragedii.
Tragedia jednak wisiała na włosku.
Bestia, jakby tylko czekała na błąd lub zawahanie swych ofiar. Zawarczała groźnie, obnażają rząd długich kłów. Jasnym było, że czymkolwiek jest to stworzenie zaraz rzuci się do ataku.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 28-01-2017 o 01:12. Powód: link notes
brody jest offline  
Stary 30-01-2017, 11:04   #15
 
Tom Atos's Avatar
 
Reputacja: 4360 Tom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputacjęTom Atos ma wspaniałą reputację
Widok poparzonego profesora nie należał do najprzyjemniejszych. Franz odwrócił wzrok i zaczął uważnie studiować zawartość notesu. Po lewej wystawała wizytówka profesora, po prawej zaś było równe, staranne pismo Beddowsa.
- Jeśli dobrze zrozumiałem, to części jest co najmniej sześć? Czy profesor był w posiadaniu którejś? Czy tylko ściągnął uwagę Turków swoimi pytaniami o Sedefkara? Kogo o niego pytał?
- Z tego, co mi wiadomo nigdy nie znalazł żadnej części. Tylko o nich czytał. Przypuszczam, że gdyby znalazł choć jedną, powiedziałby wam o tym. Sir Jules dopiero wykładem w Imperial Institute, chciał zwrócić uwagę kogoś, kto mógłby mu pomóc. Zapewne nie przypuszczał, że to się tak skończy.

George był wstrząśnięty warunkami i stanem w jakim zastał Dziadka. Gdy tylko dostrzegł go w łóżku rzucił się w jego stronę i przypadł przy nim na jedno kolano chwytając lewą nie poranioną przez płomienie dłoń Profesora. Słuchał słów starego człowieka z zapartym tchem i z bólem patrząc, jak Jules cierpi przekazując im te wieści. Wyraz jego twarzy zmienił się dopiero, gdy Profesor zaczął mówić o ludziach, którzy zaatakowali jego dom. A zmienił się nie do poznania. Na twarz Cartera zdawała się napłynąć ciemność, jego raczej delikatne do tej pory rysy twarzy wyostrzyły się, a brwi zbliżyły do siebie i opadły. George stał się nagle personalizacją gniewu, inżynier zmienił się tak bardzo, że można było wątpić czy ktoś znajomy poznałby go na ulicy, a nie znający go mógł bać się nawet spojrzeć mu w oczy.

Carter wstał od wezgłowia profesora, gdy ten skończył mówić i stanął twarzą do małego okienka spoglądając na obskurne podwórze.
- Dobrze Beddows, pojedziemy - odpowiedział George, gdy tylko lokaj wręczył Franzowi notatnik. Jego głos też uległ tej potwornej przemianie, zniknęły z niego uprzejmości i całe ciepło, które zazwyczaj go charakteryzowało.
- Ale Profesora trzeba stąd zabrać - mówił głosem który nie pozwalał na żaden sprzeciw - Jutro do południa zmienię moją wille w twierdzę. Zapewnie lekarzy i pomoc. Wtedy przetransportujemy tam Dziadka. - kontynuował i odwrócił się do lokaja i Franza:
- Pieniądze zatrzymaj, wam będą bardziej potrzebne. Nas wszystkich stać i na podróż i wiele więcej.
- A, i powiedz co takiego zrobiliście z dziadkiem, by “zwrócić na siebie uwagę” ?
- Dziękuję z całego serca, sir – odparł Beddows - Już jednak o tym pomyślałem. Jutro zabieram stąd sir Julesu. Znam pewne miejsce w którym będziemy bezpieczni. Proszę wybaczyć, ale pański dom, mimo wszelkich zabezpieczeń jest zbyt mocno wystawiony na widok publiczny. Będę jednak pana na bieżąco informował o stanie profesora. Służba w wojsku nauczyła mnie radzić sobie z tego typu ranami. Proszę mi wierzyć, tak będzie najbezpieczniej.

Ledwo Beddows skończył swoją odpowiedź na zewnątrz rozległ się huk wystrzału.
Dłoń Georga zawędrowała pod marynarkę i tam już pozostał dzierżąc zaufany pistolet Colta model 1911 nie wyciągając go jednak jeszcze z kabury, nie było czasu na dyskusje za komunikat musiało wystarczyć Franzowi jedno spojrzenie, a ten przejął go bezbłędnie.
Beddows pobladł, jak ściana. Spojrzał przerażony na obu przyjaciół profesora.
- To pewnie znowu ci Turcy. Trzeba ich zatrzymać panowie.
- Zostań tu Beddows, pilnuj drzwi - powiedział George, gdy Franz zorientował się w przekazie i zaczął wychodzić z pomieszczenia.
Nim Franz zdążył cokolwiek odpowiedzieć, rozległ się drugi strzał.
Von Meran tymczasem schował notatnik profesora do kieszeni marynarki.
- Beddows, czy nazwisko Mehmet Makryat coś ci mówi? - rzucił Franz szykując się do wyjścia z pokoju.
Coś mu tu nie pasowało? Po co Turcy mieliby strzelać? Przecież jeśli ich śledzili wystarczyło, żeby ich zaskoczyli u profesora, albo poczekali aż wyjdą. Na razie von Meran nie wyciągał broni.
Lokaj pokręcił głową.
- Pierwszy raz słyszę, to nazwisko.

Obaj mężczyźni poruszali się szybko, ale przezornie. Nie wiedzieli kim jest napastnik. Wkrótce jednak okazało się, że nie mają do czynienia z groźnymi Turkami, lecz z czwórką przyjaciół, którzy niepomni przestróg postanowili podążyć śladem George’a i Franza.

Po uspokojeniu właścicielki motelu pani Bumble, w czym wydatnie pomogło kilka banknotów przyjaciele już w komplecie ponownie znaleźli się w pokoju profesora.
 
Tom Atos jest offline  
Stary 30-01-2017, 12:18   #16
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 2255 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Tragedia jednak wisiała na włosku.

Bestia, jakby tylko czekała na błąd lub zawahanie swych ofiar. Zawarczała groźnie, obnażają rząd długich kłów. Jasnym było, że czymkolwiek jest to stworzenie zaraz rzuci się do ataku.


Choć płaszcz nie dawał dostatecznej ochrony przed kąsającym mrozem Eleonor zapomniała o zimnie w jednej sekundzie. Wszystkie, najdrobniejsze nawet, włosy uniosły się na jej ciele i stanęły dęba. Wzrokiem przestraszonej sarny obserwowała, coś co mogło być drapieżnikiem i naprawdę powoli, nie wykonując gwałtownych ruchów zaczęła się cofać.

Pauline prawie się przewróciła, ale na szczęście udało jej się tego uniknąć. Te oczy... czerwone jak krew, należące do jakiegoś zwierza, bestii, a może wręcz potwora z podań, wywołały w niej prawdziwą trwogę. Czyżby należały do wilka? Nie, to niemożliwe, nie w Londynie... więc może zdziczały pies? Ale o takim kolorze oczu? Jedyne, co przychodziło Pauline do głowy, to wilkołak lub wampir w wilczej skórze, prawdziwe monstrum polujące na niewinnych i syczące się ich jeszcze ciepłymi ciałami.

Serce zabiło jej szybciej, a na skórze pojawił się zimny pot. Zrobiła parę kroków w tył, gotowa do ucieczki. Podniosła też drżące jak galareta dłonie i uformowała je w pięści, gotowa by bronić się przed potwornością z mroku, choć miała wielką nadzieję, że nie będzie musiała.

Przełknęła głośno ślinę. Przesunęła się powoli na sam koniec grupy, bojąc się o własne zdrowie i życie.

~*~

Następnego dnia Pauline wybrała się na zakupy. Przede wszysztkim postanowiłak upić sobie rewolwer i amunicję do niego oraz ostry nóż. Nie potrafiła walczyć i wątpiła, by w razie czego bronie takie czyniły większą różnicę, ale czuła się lepiej mając je przy sobie. Udała się także do biblioteki uniwersyteckiej, szukając jakichkolwiek informacji na temat tajemniczego artefaktu o którym wspominał profesor Smith. Nieco niepokoiło ją potrójne zabójstwo jednego człowieka o którym pisało w gazecie, ale nie miała jak się tym zająć, a nawet gdyby, to nie było czasu ani motywacji - nie po tym, jak wielki wpływ na jej psychikę miało ujrzenie stanu, w jakim był Jules.

 

Ostatnio edytowane przez Kaworu : 30-01-2017 o 14:33.
Kaworu jest offline  
Stary 30-01-2017, 14:41   #17
 
Lunatyczka's Avatar
 
Reputacja: 8310 Lunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputacjęLunatyczka ma wspaniałą reputację
Eleonor nie była pewna, czy powinny opuszczać dom Franza, jednak Rita, jak zwykle, potrafiła przekonać ją, do jej, nawet najgłupszych, pomysłów. Nerwowo zaciskała ro rozluźniała dłonie na materiale, definitywnie, zbyt cienkiego, jak na tę pogodę, płaszcza. Nie wiedziała co myśleć o całej sprawie, dlatego obserwowała mijane latarnie rzucające blade światło, na coraz to bardziej zaniedbane ulice. Wchitechaple. Dzielnica kuby rozpruwacza, biedoty, palarni opium, kabaretów i domów publicznych. Normalnie, nigdy nie zapuściłaby się w takie rejony, ale sytuacja była wyjątkowa. Przez myśl Eleonor nawet przyszło, że może to pułapka, ktoś wciąga ich w zasadzkę, ale charakter pisma na bileciku był definitywnie profesora. Zbyt wiele listów z nim wymieniła w ostatnim czasie by nie rozpoznać skreślonych przez niego liter. Gdy dojechali na miejsce i Rita zatrzymała automobil Eleonor westchnęła cicho i opuściła pojazd udając się za towarzyszami.



Eleonor niewiele mogła zrobić. Nie miała broni, w walce ze zwierzęciem przegrałby już na samym wstępie swoją wątłą posturą. Jednakże nie chcąc być zupełnie bezużyteczną typowo książkową damą w opresji rozejrzała się wokół szukając deski, nawet spróchniałej, kamienia, czy innego poręcznego śmiecia, którym mogłaby cisnąć w kierunku bestii.

Złowieszczy warkot nie ustawał. Czerwone ślepia lśniły w mroku i budziły instynktowny, pierwotny lęk. Rita nie zamierzała czekać na kolejny atak bestii. Wbiła nogi mocno w ziemię i nie zwlekając pociągnęła za spust. Kolejny huk i krótki błysk, a po nim przejmujący pisk. Pisk tak dojmujący, że niemal budził w każdej damie macierzyńskie instynkty.
Zamoyski, który był najbliżej bestii poczuł spadające mu na twarz krople ciepłej krwi.

Strach i napięcie zniknęły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystkie mrożące krew w żyłach makabryczne fantazje rozwiały się, jak wydobywając się z ust para.
W kilku oknach zapaliły się światła i w ich słabym blasku, cała czwórka ujrzała leżącą w kałuży własnej krwi bestię.
Okazał się nią sporych rozmiarów owczarek niemiecki. Teraz wyglądał na biedne i potulne psisko, choć jeszcze sekundę temu wydał się ogarem z piekła rodem.
Usłyszawszy pisk Eleonor na chwilę wstrzymała oddech, by w końcu wypuścić powietrze z płuc, które zaraz zamieniło się w parę wodną tworząc przed jej twarzą mały obłoczek. Zadrżała bardziej z zimna niż ze strachu.
- Och nie..- wyrwało się z jej ust, gdy uniosła dłonie do twarzy. Pies. To był zwykły, wygłodniały pies, który najpewniej szukał pożywienia w śmietniku i poczuł się przez nich zagrożony. Mało co działało tak na nią, jak krzywda wyrządzona zwierzętom. Niby mieli prawo się bronić, ale od razu używać do tego broni palnej? Tak brutalnie? Choć próbowała powstrzymać ludzkie odruchy, łzy napłynęło jej do oczu. Odwróciła spojrzenie od biednego owczarka.
- Weź się w garść, El - mruknęła ponuro Rita, chowając jeszcze ciepły od dwóch wystrzałów rewolwer, tym razem nie do torebki, a już pod poły płaszcza.
Starała się nie patrzeć na martwe zwierzę, choć czuła, jak ściska ją w gardle. Pies przypominał jej ukochanego Kaspiana. Czy z nim też postąpiłaby podobnie, gdyby próbował się targnąć na jej życie? Ale przecież mogła przysiąc, że wcześniej pies wydawał się o wiele groźniejszym stworem rodem z niestworzonych mitów czy innych bajek, którymi straszono dzieci. Te czerwone ślepia, ten warkot. Czy to wszystko było wytworem wyobraźni pobudzonej przez całą tę sytuację z profesorem Smithem i jego tajemniczym listem? Rita Carter westchnęła głęboko, chowając dłonie w kieszenie płaszcza i spojrzała na hrabiego Zamoyskiego, wciąż próbując nie spoglądać na martwego psa.
- Wszystko w porządku, panie Zamoyski? - spytała, a głos odrobinę jej się zachwiał, więc odchrząknęła.

Pauline wyjrzała zza swoich przyjaciół, dalej roztrzęsiona. Nie była pewna, czy było jej żal psa. Z jednej strony mógł być po prostu głodny lub przestraszony, z drugiej - rzucił się na nich. Nie wiedziała, czy użycie broni palnej było najlepszym wyjściem, ale czy mogli zrobić coś lepszego?

- Czy… czy nikomu nic się nie stało? - spytała, spoglądając po zebranych.

Hrabia podniósł się z bruku i otrzepał odzienie ze śniegu. Założył też płaszcz, zapalenie płuc było ostatnią rzeczą której obecnie potr
- Tak, tak, w porządku. - Hrabia poszedł do truchła psa, który zdawał się leżeć niewinnie mimo, że przed kilkoma chwilami wygląda jak mityczny cerber .
- Coś mi tu nie pasuje- powiedział- Nie chciałbym wyciągać pochopnych wniosków, ale zwierz, który jeszcze niedawno nas zaatakował nie był tą samą psiną, która teraz leży tu bez życia. Uratowałaś nam życie droga Rito, dziękuję. Nic tu po nas, znikajmy.
Rita nic na to nie odpowiedziała. Skinęła jedynie głową na słowa Zamoyskiego i powoli ruszyła za nim. Lady Howard nie chciała osądzać hrabiego o zbyt wybujałą wyobraźnię, której wszyscy dzisiaj ulegli, więc nie wyrzekła słowa i w milczeniu z lekko przeszklonymi oczami ruszyła za Polakiem, do wnętrza budynku.


Widok profesora był wstrząsający. Lady Howard nie widziała nigdy wcześniej nie widziała ciała ludzkiego w takim stanie, jednakże pewne wydarzenia z jej życia, w pewien sposób uodporniły ją na doświadczenia tego typu. Uniosła dłonie do ust i na chwilę wstrzymała powietrze, dopiero gdy usłyszała szloch Rity spojrzała na przyjaciółkę. Chciała jej pomóc, bo z tego co wiedziała, była ona blisko z profesorem Smithem i cała sytuacja musiała odbijać się na niej dwa razy bardziej, niż na niej. Być może właśnie niekoniecznie głęboka zażyłość łącząca ją z profesorem uratowała Eleonor przed zupełnym załamaniem się. Nie odbierała tej sprawy tak osobiście, jednak widok Rity był dla niej bolesny.



Eleonor była wdzięczna Franzowi, że zgodził się z nią zostać i stawić czoła policji. Gdy constabl Black pojawił się na miejscu Eleonor ujęła Franza pod ramię i wydawała się bardziej roztrzęsiona, niż w rzeczywistości była, rozmowę z policją postanowiła pozostawić Austriakowi, jako mężczyźnie w tym towarzystwie.

Franz wziął całą winę na siebie. Wyjaśniając constablowi, iż to on zastrzelił psa w obronie Eleonor. Pies był bardzo agresywny i wydawał się wręcz wściekły.
- Działając w obronie damy nie mogłem postąpić inaczej. Sam pan rozumie panie constablu. Jesteśmy jednak gotowi udać się z Panem na posterunek, by dopełnić wszelkich formalności. Tak przy okazji … czy zna pan inspektora Fleminga?



Przedstawiciel władzy odwiózł ich do Scotland Yardu, gdzie parę poinformowano, że inspektor Flemming’a, nie ma już w pracy i powinni zgłosić się do niego jutro. Podano im także numer telefonu, do jego biura, by nie jechali tutaj, ponownie, zupełnie bez sensu. Obydwoje przystali na takie rozwiązanie i z zanotowanym numerem telefonu, na niedbale wyrwanej z notesu kartce wrócili do posiadłości Franza. Na miejscu okazało się, że George postanowił jednak nie przychylić się do prośby Eleonor i wraz z całym towarzystwem pojechać w inne miejsce, jak się Lady Howard domyślała, do własnej posiadłości.
Oddała palto lokajowi Franza, uprzednio do kieszeni chowając rękawiczki z miękkiej skóry. Obejrzała się na gospodarza i posłała mu delikatny uśmiech ruszając do jego salonu.

Słowa profesora nie dawały spokoju Franzowi. Gdy znalazł się z Eleonor sam na sam spytał ją patrząc z ukosa:
- Jules gdy był jeszcze przytomny o czymś wspomniał … powiedział, że miałaś, jak to ujął do czynienia z fenomenami natury metafizycznej, że przedarłaś się przez kurtynę?
Ledwie zauważalnie drgnęła, jakby przeszedł ją dreszcz zimna. Odwróciła się w kierunku Franza i zawiesiła na nim spojrzenie jasnych oczu.
- Powiedział coś jeszcze?
- Nie … nie zdążył. Ta cała sprawa … jest dziwna. Czy słyszałaś kiedyś o tej statule? Sedefkar Simulacrum?
- Nie - odpowiedziała, choć słychać było wahanie w jej głosie - Mogłabym przejrzeć bibliotekę ojca i poszukać czegoś. Ale.. - odwróciła od niego spojrzenie, uciekła nim w bok - myślę, że to co powiedział Smith to cała prawda, takie rzeczy się dzieją, naprawdę.
- Nie spotkałem się z czymś takim, ale jestem w stanie wyobrazić sobie, że nie wszystko jest takie jakie nam się wydaje. Świat nie jest takim jakim wyobrażał go sobie sir Izaak Newton. - Franz uśmiechnął się lekko ściskając rękę Eleonor.
Cicho westchnęła i niemalże szeptem powiedziała
- Profesor powiedział Ci prawdę, ale nie sądziłam, że podzieli się z kimś naszą prywatna korespondencją.
- O tym wie jeszcze Beddows i George. Choć tak naprawdę nie wiemy o czym. - Franz przerwał - Przepraszam. Nie powinienem Cię naciskać. To nie moja sprawa.
Lady Howard stanowczo pokręciła głową.
- Nie, ktoś powinien wiedzieć, skoro i tak już babramy się w sprawie, która wiąże się, z rzeczami spoza świata materialnego. - Na krótką chwilę przygryzła dolna wargę i znów spojrzała na Franza. Jej palce zacisnęły się na jego dłoni. - Ja.. - nerwowo poprawiła włosy, choć fryzura była nienaganna -...ja nie jestem jedną z tych spirytystek, które urządzają przedstawienia. Oni do mnie mówią..naprawdę.
- Kto? - Franz zdawał się nie rozumieć.
Kobieta usiadła ciężko na kanapie i wzięła głęboki oddech. Jak miała mu to powiedzieć, by nie wyszła na wariatkę?
- No.. pierwszy był mój ojciec, jakiś rok po jego śmierci - uniosła dłoń do czoła i roztarła je, jakby okropnie rozbolała ją głowa.
- Przyśnił Ci się?
Patrzyła na niego badawczym spojrzeniem. Była bardziej poważna niż zazwyczaj.
- Nie Franz, nie. To nie był sen i to nigdy nie jest sen.
Mężczyzna długo milczał patrząc na twarz Eleonor. W jego oczach było widać niemal, jak niedowierzanie walczy ze współczuciem.
- Musiałaś być przerażona.
Nie była pewna czy jej uwierzył. Jednak, to on był chyba jedyną osobą, której mogła to powiedzieć nie obawiając się wyśmiania. Mimo to wyglądało jakby kobieta zapadła się w sobie, opuścila ramiona, zwiesiła głowę, a dłonie złożyła na kolanach.
- Przede wszystkim to było bolesne.. to co mówił - głos się jej załamał i musiała pokrećić głową by zupełnie się nie rozkleić. Tylko chwilę trwało, by uniosła głowę i spojrzała na Franza z ciepłym uśmiechem. Widocznie nie chciała wprawiać go w zakłopotanie.
- Ale to nieważne, ważne, że musimy zrobić to o co poprosił Smith i teraz na tym powinniśmy się skupić.
Franz objął ją ramieniem. Nie chciał jej naciskać. Widać było wyraźnie, że Eleonor z trudem przychodzi mówienie o tym.
- Tak musimy mu pomóc. - przytaknął.



Wieczorem po rozmowie z Franzem, Lady Howard, dochodząc do wniosku, że nie wróci prędko do domu w Oxfordzie i znów będzie nadużywać gościnności Austriaka wysłała swojego kierowcę do posiadłości, by przywiózł Anne, wraz z bagażem. Wręczyła mu też liścik do pokojówki, w którym Eleonor wyszczególniła listę rzeczy, które chciała zabrać z domu i mieć przy sobie w Londynie. Pokojówka przybyła z samego rana, dlatego w dużo lepszym nastroju niż dnia poprzedniego Eleonor zeszła na śniadanie. Franz zdążył już skontaktować się z inspektorem Flemmingiem i umówić z nim na godzinę 11 w jego biurze w Scotland Yardzie. W drodze para omówiła, to, o co powinni zapytać inspektora. Zgodnie doszli do wniosku, że otrzymanie zdjęcia zamordowanego turka jak i adresu antykwariatu, który prowadził było dla nich najważniejsze. Później w zależności od otrzymanych informacji mieli zamiar udać się do rzeczonego sklepu ze “starociami”.
 

Ostatnio edytowane przez Lunatyczka : 30-01-2017 o 15:24.
Lunatyczka jest offline  
Stary 30-01-2017, 16:05   #18
 
WolfSet's Avatar
 
Reputacja: 613 WolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemuWolfSet to imię znane każdemu
Jedynymi rzeczami które sprawiły, że hrabia nie zerwał się do ucieczki była duma i przyrodzona polskiemu szlachcicowi rycerskość, którą wyssała z mlekiem matki. Doskonale jednak zdawał sobie sprawę z tego, jak kiepskie było ich położenie. Sytuacja w której się znaleźli przywodziła na myśl wspomnienie polowania w Białowieskiej Puszczy, gdzie wskutek odłączenia się od grupy staną twarzą w twarz z rozwścieczonym niedźwiedziem. Na polowaniu miał prz sobie jednak swą niezawodną strzelbę. Cóż on by oddał za to, by poczuć teraz przyjemny chłód orzechowej kolby przytulony do jego policzka.
Najważniejszą kwestią było teraz bezpieczeństwo towarzyszących mu młodych dam.
- Drogie panie, żadnych gwałtownych ruchów, musimy się powoli wycofać w kierunku samochodu.
Zamoyski nie mógł się odwrócić i nie czekał na odpowiedź kobiet. Patrzył w kierunku czającej się bestii, gotów był zasłonić młode towarzyszki własnym ciałem, jeśli tylko będzie do tego zmuszony. Na szczęście skrzypienie śniegu pod drobnymi stopami świadczyło o tym, że kobiety doskonale go rozumieją i powoli zaczęły wycofywać się w kierunku pojazdu. Hrabia powoli ściągnął z siebie ciężki wełniany płaszcz, którym postanowił cisnąć w bestię gdy tylko ta postanowiłaby rzucić się w ich kierunku.
- Jeśli tylko monstrum nas… - hrabia nie zdążył dokończyć zdania, bowiem gdy tylko zaczął zdejmować płaszcz bestia ruszyła gwałtownie naprzód.
Stwór nie miał wielu metrów do pokonania. Jednak i tak, na tak krótkim odcinku, zdążył się całkiem nieźle rozpędzić. Gdy znalazł się niecałe dwa metry od Zamoyskiego, stwór spiął wszystkie mięśnie i wyskoczył w górę.
Na szczęście Rita zachowała na tyle zimnej krwi, że wyciągnęła ukrytą broń, która złowróżbnie odbiła mdły blask księżyca. Bez mierzenia nacisnęła języczek spustu. Potężny huk odbił się od wysokich ścian domów i zadudnił wszystkim w uszach.
Zamoyski, wykorzystując na wpół zdjęty płaszcz, sparował atak bestii. Impet był jednak tak duży, że nie najmłodszy szlachcic obalił się na ziemię.
Stwór zaryczał niczym afrykański lew i stojąc tuż nad leżącym hrabią rozejrzał się wokół. Jego wzrok spoczął na Ricie, która nadal stała w rozkroku z dymiącym jeszcze rewolwerem.
Leżąc na ziemi hrabia starał się odczołgać jak najdalej od potwora, na szczęście kolejny strzał Rity dosięgną bestii obryzgując Zamoyskiego ciepłą, lepką posoką.




Po wejściu do pokoju w którym znajdował się profesor, hrabia był w chwilowym szoku. Zdarzało się, że widywał ludzi z poważnymi okaleczeniami, cóż czasy w których przyszło im żyć nie były łatwe, niestety ciężko było mu przyjąć, że osobą dotkniętą tak wielkim nieszczęściem jest jego wieloletni przyjaciel.
Wcześniejsze przypuszczenia na temat podpalenia okazały się słuszne, dla tego hrabia postanowił, że pierwsze kroki z pensji pani Bumble skieruje do najlepszego rusznikarza jakiego uda mu się znaleźć w Londynie. Gdy jednak towarzystwo uznało, że powinni udać się do domu Franza przypomniał sobie, w jakim stanie jest jego ubranie i że nie będzie to zbyt mądre jeśli uda się zakupić broń umazany krwią. Pożegnał swojego serdecznego przyjaciela i życzył mu powrotu do zdrowia, w duchu jednak przeczuwał, że prawdopodobnie to ich ostatnie spotkanie.

Cała czwórka pożegnała się z resztą, w szczególności z Profesorem, bo byli oni gotowi zgodzić się z Carterem, że zapewne jeszcze długo go nie zobaczą. Prowadzeni przez Maurycego, który pomagał iść omdlałej Paline, skierowali się do samochodu Rity. Auto stało tam gdzie je zostawili, Carter zabrał więc kluczyki od Rity i po tym jak on i Maurycy usadowili Panie na tylnych siedzeniach i sami później wsiedli, odpalił pojazd i odjechał w stronę swojej willi.

Po drodze Zamoyski wykorzystał okazję do tego by rozpytać Cartera o wszystko czego udało im się dowiedzieć. Wszystko wskazywało na to, że nie dane mu będzie prędko wrócić do ojczyzny. Postanowił jednak, że niehonorowo było by nie spełnić prawdopodobnie ostatniej woli przyjaciela.




Hrabia nie należał do ludzi ulepionych z miękkiego materiału. Wiadomości, które przekazał mu podczas podróży Carter sprawiły, że poczuł potrzebę natychmiastowego działania. Po przebraniu się w czystą odzież pożegnał przyjaciół i udał się na spoczynek do swojego pokoju w hotelu Savoy.
Następnego dnia od razu po śniadaniu zamówioną taksówką udał się do znajdującej się w Audley House faktorii znanego w całym świecie rusznikarza Jamesa Purdeya. Zamoyski wiedział, że w całej Europie nie ma lepszego specjalisty od broni myśliwskiej, jednakże Purdey posiadał też broń krótka. Hrabia opuścił Audley House wyposażony w nowiutkiego Mausera C96 i dwie paczki naboi.
Stąd skierował swe kroki do londyńskiej posiadłości ser Derricka Warnera Williama Westenry, piątego barona Rossmore którego znał doskonale z Ścisłej Obserwy, niemieckiej loży masońskiej. Williama Westenry wiedział o wszystkim co się działo w Londynie, dlatego Zamoyski liczył na to, że dowie się od niego czegoś na temat tajemniczego Turka.
 

Ostatnio edytowane przez WolfSet : 30-01-2017 o 16:09.
WolfSet jest offline  
Stary 31-01-2017, 08:28   #19
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 17069 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=Q76hbRLtEs8 [/MEDIA]

- Jeśli tylko monstrum nas… - Hrabia nie zdążył dokończyć zdania, bowiem, gdy tylko zaczął zdejmować płaszcz, bestia ruszyła gwałtownie naprzód.
Rita w tym czasie milczała, wpatrując się w maszkarę czającą się w ciemnościach. Strach zadomowił się w jej sercu, ale nie zawładnął jej ciałem. Mimo tego, zgodnie z poleceniami Zamoyskiego, powoli cofała się, ostrożnie stawiając stopy. Nie zamierzała jednak być całkowicie bierną w tej sytuacji, wszak nie byłaby wtedy sobą.
Wykorzystując fakt, że hrabia Maurycy stał przed nią i zasłaniał ją swoim ciałem, ostrożnie i jak najciszej, wyciągnęła z torebki swój rewolwer. Jego ciężar w dłoni dodał Ricie odwagi i rozwiał wszelki niepokój.
- W razie czego… - zdążyła tylko powiedzieć półszeptem, a bestia już biegła w kierunku hrabiego.
Stwór nie miał wielu metrów do pokonania. Jednak i tak, na tak krótkim odcinku, zdążył się całkiem nieźle rozpędzić. Gdy znalazł się niecałe dwa metry od Zamoyskiego, stwór spiął wszystkie mięśnie i wyskoczył w górę.
Rita, choć cała drżała z zimna i strachu, stanęła na wysokości zadania i chwyciła mocno broń, która złowróżbnie odbiła mdły blask księżyca i oddała strzał. Potężny huk odbił się od wysokich ścian domów i zadudnił wszystkim w uszach.
Jasny błysk wypełnił wąski zaułek i wszyscy przez krótkie uderzenie serca ujrzeli szeroko rozwarte szczęki stwora lecącego w kierunku hrabiego.
Zamoyski, wykorzystując na wpół zdjęty płaszcz, sparował atak bestii. Impet był jednak tak duży, że szlachcic obalił się na ziemię.
Stwór zaryczał niczym afrykański lew i stojąc tuż nad leżącym hrabią rozejrzał się wokół. Jego wzrok spoczął na Ricie, która nadal stała w rozkroku z dymiącym jeszcze rewolwerem.
Rita była w niemałej rozterce. Z jednej strony jakiś głos podpowiadał jej, by puściła się biegiem. Miała bowiem szansę uciec przed bestią. Z drugiej zaś strony przemawiała do niej jej wojownicza natura i upór. Czuła, że palce miała skostniałe od zimna, a z jej ust wydobył się obłoczek pary wodnej. Wlepiła spojrzenie w bestię i w jej szmaragdowych oczach dało się dostrzec determinację. Szybkim ruchem wycelowała prosto w paskudny łeb potwora i nacisnęła spust.
Tymczasem hrabia wykorzystując fakt, że bestia odwróciła wzrok uwolnił się ze zdjętego częściowo płaszcza i owinął nim lewe ramię, tak by w razie ponownego ataku móc je wykorzystać jako prowizoryczną tarczę. Jednocześnie wykorzystując mięśnie nóg starał się odczołgiwać jak najdalej od potwora.
Pocisk wystrzelił z kolejnym hukiem i trafił przeciwnika, pozbawiając go życia. Wszyscy czworo usłyszeli głośne skomlenie, co wskazywało na to, że ich wrogiem był zwykły pies - owczarek niemiecki.
Rita starała się nie patrzeć na martwe zwierzę, choć czuła, jak ściska ją w gardle. Pies przypominał jej ukochanego Kaspiana. Czy z nim też postąpiłaby podobnie, gdyby próbował się targnąć na jej życie? Ale przecież mogła przysiąc, że wcześniej pies wydawał się o wiele groźniejszym stworem rodem z niestworzonych mitów czy innych bajek, którymi straszono dzieci. Te czerwone ślepia, ten warkot. Czy to wszystko było wytworem wyobraźni pobudzonej przez całą tę sytuację z profesorem Smithem i jego tajemniczym listem? Rita Carter westchnęła głęboko, chowając dłonie w kieszenie płaszcza i spojrzała na hrabiego Zamoyskiego, wciąż próbując nie spoglądać na martwego psa.
- Wszystko w porządku, panie Zamoyski? - spytała, a głos odrobinę jej się zachwiał, więc odchrząknęła.
Po krótkiej wymianie zdań i upewnieniu się, że wszyscy są cali, cała czwórka udała się za hrabią do ich miejsca docelowego. Rita, tuż przed przekroczeniem progu domu pani Bumble, zatrzymała się na chwilę i odwróciła wzrok w stronę martwego psa. To był jedyny moment, w którym zdecydowała się na ten ruch. Poczuła ścisk w gardle, a zaciśnięte usta lekko jej zadrżały. Opamiętała się jednak szybko, westchnęła głęboko, po czym weszła do budynku. W środku jednak nie czekało na nią zbyt wiele dobrych niespodzianek. Poza widokiem dwójki przyjaznych twarzy, wszystko wydawało się ponure i odpychające. Rita niewiele pamiętała z tego, co wydarzyło się w mieszkaniu pani Bumble. Pamiętała widok poparzonego ciała profesora Smitha i swój szok. W momencie, kiedy tylko spostrzegła leżącego bez przytomności wujka Juliusa, cała adrenalina, spowodowana strzelaniną, zeszła z niej w mgnieniu oka, a jej ciało przeszył zimny i nieprzyjemny dreszcz. Wzdrygnęła się, nie mogąc odwrócić spojrzenia, jakby coś ją do tego zmuszało, torturując tym samym. W końcu jednak zakryła usta dłonią, a wtedy już łzy spływały po jej policzkach. Rzadko kiedy dawała się poznać z tej strony. Uchodziła za dziewczynę twardą, której nie wzruszały byle bzdety. To jednak było za wiele. Odwróciła się natychmiast na pięcie i wybiegła z pomieszczenia. Pamiętała, że próbowała wtedy złapać oddech, zanosząc się przy tym płaczem, a później na moment zrobiło jej się całkowicie czarno przed oczami. Osunęła się na podłogę, a potem ocknęła się z marazmu, w który wpadła, dopiero podczas drogi powrotnej. Ze zdziwieniem stwierdziła wtedy, że jej automobilem prowadzi George, a ona sama siedzi na miejscu pasażera, obok Pauline, która również nie wyglądała najlepiej.

George zawiózł ich do swojej willi, choć coś świtało w głowie Rity, że mieli być umówieni w domu Franza. Zdziwiło ją więc trochę zachowanie swojego kuzyna, który jakby próbował na siłę wszystkim pokazać swój majątek oraz dobroci, którymi może ich obdarować. Nie wiedziała do końca, co powinna w tym wypadku czuć do George’a - niechęć, bo nie lubiła wszelkich przejawów burżuazji czy może współczucie, że dla niego była to norma i nie znał innego życia.
Ostatecznie została z kuzynem sama, bo hrabia Maurycy i Pauline zaraz pożegnali się z nimi i udali się w sobie znanym kierunku. Rita już wtedy w pełni odzyskała siły i opamiętała się z szoku, jaki nią wstrząsnął na stancji pani Bumble. Pożegnała więc hrabiego i Pauline, życząc im udanej podróży, po czym skorzystała z gościnności swojego kuzyna.
Stanęła przed lustrem w bogato zdobionej ramie i spojrzała w swoje odbicie. Oczy nadal miała przekrwione, choć opuchlizna zeszła z policzków. Makijaż spływał jej po twarzy, upodabniając ją do straszliwej zjawy, niż do całkiem ładnej kobiety, którą była.
- Po prostu bogini - mruknęła do swojego odbicia, przyglądając się czarnym lokom w nieładzie.
Szybko odkręciła kurek z zimną wodą i doprowadziła się do normalnego stanu. Co prawda żałowała, że wszelkie prywatne rzeczy, a w tym kosmetyki, zostawiła w walizce w domu Franza, ale nic nie mogła już poradzić. Kiedy skończyła, wyglądała zupełnie inaczej, niż na co dzień. Zniknęła mocna kreska okalająca oczy, ciemny cień do powiek i tusz do rzęs. Jej ust nie uwydatniała bordowa szminka, a policzki były naturalnie blade. Włosy natomiast spięła niedbale z tyłu. Wyglądała młodziej, niż zwykle, do tego znacznie łagodniej. Zniknęła typowa dla niej drapieżność.
U George’a spędziła kilka godzin, racząc się dobrym whisky, papierosami i rozmową na temat profesora i całej tajemniczej sprawy z dziennikiem. Kiedy wybiła północ, Rita uparła się, że wróci sama do swojej posiadłości, nie chcąc dłużej nadużywać gościnności swojego kuzyna. Chciała też spędzić trochę czasu w samotności, w miejscu, które uważała za bezpieczne i swoje.

W Kensington Ritę przywitał Winston. Zapytany o to czy nigdy nie sypia, odparł jedynie, że na wojnie nauczył się być czujnym o każdej godzinie, a powrót panny Carter był na tyle istotny dla niego, by skorzystać z dawnych umiejętności. Rita na te słowa uśmiechnęła się blado i naprędce opowiedziała swojemu lokajowi, ale i przyjacielowi, o wszystkim, co się wydarzyło tego dnia. O pożarze (o którym już wiedział z porannej gazety), o tajemniczym liściku, który otrzymał Franz, a także o strzelaninie i poparzonym profesorze. Nie zataiła ani jednego faktu, chcąc się pozbyć całego brzemienia, które jej ciążyło i faktycznie poczuła się później lepiej. Winston wysłuchał jej cierpliwie, co jakiś czas jedynie potakując lub robiąc zdziwioną minę.
- Całe to zajście wydaje się bardzo podejrzane - powiedział w końcu, kiedy Rita skończyła swoją opowieść. - Wybaczy pani, panno Carter, ale trochę ciężko mi uwierzyć w te słowa o mrocznych kultystach i magicznych przedmiotach. Brzmi to jak treść kiepskiego dreszczowca.
- Też jestem takiego samego zdania. A przynajmniej po części. - Rita wzruszyła ramionami i westchnęła. - Ten Beddows, lokaj profesora, nie wydaje się człowiekiem o wybujałej fantazji, a jednak wierzył w słowa Smitha. Przynajmniej tak opowiadał George. On sam nie wydaje się też tak bardzo sceptycznie nastawiony. Coś tu jest nie tak. Żałuję, że nie zawiózł nas do domu Franza, mogłabym teraz przestudiować ten dziennik, o którym wspominał mój kuzyn.
Rita miała faktycznie trochę za złe kuzynowi swojej natarczywości. Przez to kompletnie nie miała pojęcia, co się znajdowało w tych notatkach, ani na czym powinna skupić swoje myśli. Zaczęła zastanawiać się czy nie próbować skontaktować się z Franzem, ale potem zdała sobie sprawę, że było już grubo po drugiej nad ranem. Odprawiła więc Winstona do łóżka i sama udała się do swojej sypialni, gdzie na łóżku leżał i cicho chrapał Kaspian, zwinięty w kulkę.
Rita nie spała zbyt dobrze, nękana koszmarami. Rankiem, po gwałtownym przebudzeniu, była zlana zimnym potem, ale kompletnie nie pamiętała, co ją tak męczyło w sennych majakach. Narzuciła więc niedbale satynowy szlafrok i ruszyła szybkim krokiem do salonu, w którym znajdował się telefon. Nie dbała o wczesną godzinę, liczyła natomiast, że zastanie swojego przyjaciela w domu.
Z krótkiej rozmowy telefonicznej z Franzem dowiedziała się, że planują z Eleonor małe śledztwo. Poprosiła więc, by po spotkaniu z inspektorem Franz jak najprędzej skontaktował się z nią i dał znać, gdzie dalej się udają, by mogła się z nimi tam spotkać. Mężczyzna poinformował ją, że chcą poznać adres antykwariatu, który prowadził zamordowany turek, więc pozostało jej jedynie czekać na telefon z dalszymi informacjami. Nie zamierzała jednak spędzić tego czasu bezczynnie. Wyciągnęła więc jeszcze naprędce informacje o tym, co znajdowało się w notatkach sporządzonych przez Beddowsa i pośpiesznie zapisała na kartce Sedefkar Simulacrum. Podziękowała więc Franzowi za przekazane informacje i upewniła się, że pamięta o tym, by niezwłocznie do niej zadzwonić po wizycie u inspektora. W tym czasie postanowiła przeszukać całą bibliotekę swojego ojca w poszukiwaniu jakichś informacji na temat tajemniczego Sedefkar Simulacrum. Nie miała wielkich nadziei, jednak nie chciała czekać bezczynnie, a w końcu jej ojciec wiele podróżował za dawnych lat z profesorem, więc istniała szansa na odkrycie czegoś.
 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 31-01-2017 o 10:31.
Pan Elf jest offline  
Stary 01-02-2017, 05:36   #20
 
czajos's Avatar
 
Reputacja: 600 czajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemuczajos to imię znane każdemu
Gdy Pauline weszła do pomieszczenia, w którym był profesor, nie od razu pojęła, jak wygląda. Dopiero po chwili do jej świadomości dotarło to, co widzi. Zakręciło się jej w głowie, patrząc na ukochaną twarz pokrytą bliznami od ognia. Kucnęła w kącie pomieszczenia, przeczesując nerwowo dłońmi włosy i oddychając głęboko. Po jej policzkach płynęły strumienie słonych łez, które wsiąkały w podłogę. Wkrótce też zaczęła szlochać i kiwać się w przód i w tył, starając się pogodzić z bolesną prawdą. Nie patrzyła na Smitha, bała się tego, co wtedy będzie mogła zrobić. Zbierało jej się na wymioty. Jedną dłoń przycisnęła do ust, by stłumić odgłos łkania. Bała się, że za chwilę zemdleje.

- Mamy niewiele czasu - rzekł Beddows, gdy Rita i Pauline opanowały w końcu emocje, jakie nimi wstrząsnęły. Widok okaleczonej twarzy ukochanego profesora, stanowił dla nich potężny szok.
- Będę musiał przenieść profesora jeszcze dzisiaj w nocy. Lepiej, żebyście zaczęli opuszczać powoli to miejsce. Niech zostanie tylko dwójka, która wyjaśni policji zamieszanie ze strzelaniną. Panią Bumble ja się zajmę. To poczciwa i dobra kobieta, ale lubi gin i za odpowiednią zapłatą potwierdzi wszystko, co jej powiem. Jeśli mogę wam jeszcze jakoś pomóc… Wszystko, co wiedział profesor jest w dzienniku. - dodał na koniec.
Rita siedziała wtedy w fotelu, lekko przygarbiona, od czasu do czasu pociągając cicho nosem. W ogóle nie przypominała tej młodej damy, pełnej animuszu, do której mogli przywyknąć do tej pory. Oczy miała zaczerwienione i napuchnięte od łez, a makijaż rozmazany. Nie odzywała się ani słowem, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
Tymczasem Eleonor stała pod ścianą obok wejścia. Unikała wzrokiem profesora i nie bardzo wiedziała jak miałaby pomóc Ricie i Paulinie w obecnej sytuacji, dlatego postanowiła, że pozwoli działać najlepszemu lekarstwu. Zostawiła to w rękach czasu.
- Ja zostanę panie Beddows. Franz - zwróciła się do przyjaciela - myślę, że Georg i hrabia Zamoyski powinni razem z Ritą i Pauliną wrócić do Ciebie. Miłoby mi było, gdybyś postanowił zostać ze mną i pomóc rozmówić się z policją. - po tych słowach przeniosła spojrzenie na Georga - sir Carterze wierzę, że otoczysz Panie opieką. Ponadto mam prośbę do Ciebie - tu na chwilę jej wzrok uciekł ku roztrzęsionej przyjaciółce - nie sądzę, by Rita była w stanie prowadzić więc proszę byś to Ty odwiózł Ritę i Paulinę bezpiecznie do Franza. -
- Oczywiście - odparł krótko George i tak stał koło fotela na którym teraz siedziała kuzynka. Rity wyjątkowo źle zniosła widok obrażeń jakich odniósł Julius. Gdy tylko go ujrzała uciekła z pokoju i stanąwszy zaraz za drzwiami zaniosła się histerycznym płaczem. Carter wyszedł za nią i uścisnął ją, a ta wypiwszy się w jego ramię płakała dalej. W pewnej chwili straciła równowagę, a podtrzymujące ją kuzyn zauważył, że oczy uciekają jej z orbit. Na szczęście ledwie po chwili wróciła do świadomości ale Carter wolał nie ryzykować i odprowadził ją na fotel wewnątrz pokoju - Jedziemy od razu - przykląkł więc na jedno kolano i w ten sposób jego twarz znalazła się na linii wzroku jego kuzynki - Chodź mała - powiedział cichym i delikatnym głosem ściągając jej dłoń z oparcia i zamykając w swojej - Dość już atrakcji na dzisiaj, jedziemy do domu. - podniósł ją na nogi i obejmując ją ramieniem zaczął prowadzić w stronę drzwi.
- Panie Beddows, jeżeli potrzebujecie czegokolwiek - Carter położył silny nacisk na te słowo - teraz jest wasza ostatnia szansa. Bo zakładam, że wiele czasu upłynie do naszego kolejnego spotkania. -
- Nie dziękuję, sir. Mam wszystko, co będzie nam potrzebne. -odparł lokaj.
Carter skinął głową i sięgnął do klamki pokoju otwierając drzwi.
- Pojedźmy wszyscy do mnie - dodał jeszcze, już w progu przepuszczając przodem Zamoyskiego z Pauliną - mogą tam czekać na nas ważne wiadomości - powiedział mając na myśli mały fortel z dwójką jego ochroniarzy.






Towarzystwo dotarło na miejsce spokojnie, Carter prowadził ostrożnie po drodze wypytywany przez Zamoyskiego o szczegóły zajścia które nastąpiły u Profesora zanim ten stracił przytomność. Hrabia i wszyscy inni pasażerowie bezbłędnie mogli powiedzieć, że Carter jest wściekły. Zaskakująco jednak ta złość zdawała się w żadnym stopniu nie być zwrócona w stronę przyjaciół gdyż na wszystkie pytania odpowiadał spokojnie i bez uszczypliwości. Gdy zjawili się na miejscu Paulina i Zamoyski szybko jednak wyprosili się czy to z samej posiadłości czy też samego salonu gdzie Carter zaprowadził gości tak, że w wykładanym alabastrem wnętrzu pozostała tylko dwójka z rodziny Carterów.
Rita w tym czasie już całkowicie otrząsnęła się z szoku, w jaki wpadła po zobaczeniu poważnie rannego profesora. Choć oczy wciąż miała zaczerwienione, a mocny makijaż oczu spływał tak, że przypominała bardziej zjawę z mrocznych otchłani, niż kobietę, to stała już w pełni świadoma i wyprostowana.
- Gdzie jest łazienka? - spytała lekko zachrypniętym głosem. Odchrząknęła. - Chciałabym się nieco odświeżyć, bo pewnie wyglądam jak tysiąc nieszczęść i jeszcze jedno. - Uśmiechnęła się blado.
Carter na początku wypowiedzi Rity nieco się speszył, pogrążony w swych mrocznym myślach niemal, że zapomniał o kuzynce, wpatrzony w płomienie obracał po prostu w dłoniach pustą szklankę po whisky, teraz jednak widząc, że jest lepiej, a kuzynce powoli wraca humor i temperament sam pozwolił sobie na słaby uśmiech.
- Drugie drzwi po prawej, na odrzwiach jest mosiężne okucie - powiedział i wskazał jej jedne z drzwi które prowadziły na korytarz.
Rita skinęła głową, po czym powoli ruszyła we wskazanym kierunku. Minął kwadrans, zanim wróciła. Wyglądała lepiej, jeśli wziąć pod uwagę brak wszystkich kosmetyków, jakimi posługiwała się na co dzień. Jej oczu nie zdobiły już grube kreski, ani cień do powiek. Usta nie zostały muśnięte bordową szminką, a włosy niedbale spięła z tyłu. Wyglądała znacznie łagodniej i młodziej niż dotychczas.
- Dziękuję, że poprowadziłeś mój samochód. Sama nie byłam w stanie - powiedziała, po czym usiadła w fotelu. - Napiłabym się czegoś. Whisky może być. -
- Nie ma za co mała - odpowiedział George odruchowo posługując się zdrobnieniem które użył jeszcze na stancji wobec kuzynki.
- A co do napitku to myśle, że i mi dobrze zrobi. - dodał jeszcze i podszedł do stojącej nieopodal mahoniowej sekretery, ze środka wyjął piękny kryształowy flakon wypełniony bursztynowym płynem, dwie szklanki, kunsztownie zdobioną papierośnice i złotą zapalniczkę. Całość postawił na stołku między dwoma fotelami i sam pozwolił sobie usiąść. Widać było, że poza wyniosłym towarzystwem, a może tylko z powodu zmęczenia czy stresu zniknęła gdzieś cała galanteryjność Cartera. Rozsadził się on wygodnie w fotelu nalał dwie szklanki whisky i niedbale podł Ricie papierośnicę samemu wcześniej wyjmując z niej jednego papierosa, przypalił sobie i jej, wtedy głęboko się zaciągnął i opuszczając się jeszcze niżej w fotelu z świstem wypuścił strugę dymu.
- Obiecałem ojcu, że nie będę palił - rzucił niby to do siebie - ale myślę, że dziś mi wybaczy -
Rita zaciągnęła się papierosem, a ten cicho zaskwierczał. Po chwili wypuściła kłąb dymu z lekko rozchylonych ust i spojrzała na swojego kuzyna, a wzrok jej zielonych oczu zdawał się być na wskroś przeszywający.
- Wszyscy obecnie palą, jakby od tego zależało ich życie. Myślę, że nie ma czego ci wybaczać. -
Chwyciła za szklankę do połowy wypełnioną whisky i duszkiem wypiła całą zawartość. Skrzywiła się lekko, odkaszlnęła, a potem znowu zaciągnęła się papierosem.
- Jak myślisz, co tak naprawdę przytrafiło się profesorowi? - spytała w końcu, znów wpatrując się w swojego kuzyna. - Wierzysz w to, co opowiadał ? Nie patrz tak na mnie zdziwionym wzrokiem, podczas jazdy wszystkiego słuchałam, co opowiadałeś Zamoyskiemu.-
- Gdyby mówił tylko on, w takim stanie, nigdy bym mu nie uwierzył - odpowiedział George - ale Beddosowi wierzę. - dodał, znów zaciągnął się papierosem i napełnił dwie puste już szklanki - facet ma łeb na karku i nogi zakorzenione w glebę jak dąb na moim podwórzu. Dziadek wyprawiał wiele dziwactw i po części za to go kocham, ale Beddowsa nikt by nie oszukał -
Rita zamyśliła się na chwilę, wpatrując się w zawartość swojej szklanki. Po kilku minutach niezręcznej ciszy wypiła whisky i odstawiła szklankę.
- Wszystko to jakieś dziwne - stwierdziła, choć na usta cisnęły jej się znacznie gorsze słowa. - Ale masz rację, ten Beddows wydawał się ogarniętym człowiekiem. Kto ma teraz ten dziennik? -
- Franz, miał tu dojechać ale coś im chyba nie wyszło. Są z Eleonor u niego, kazałem dzwonić. Wszystko u nich w porządku i z policją też poszło gładko, jutro mamy umówione spotkanie. Idziesz ? -
- Tak, z chęcią przedyskutuję z nimi całą tą sprawę, no i sama chciałabym rzucić okiem na ten dziwny dziennik.-
Westchnęła głęboko.
- Chyba będę musiała jeszcze skontaktować się ze swoim ojcem. Powinien wiedzieć, że jego bliskiemu przyjacielowi nic nie jest, bo pewnie wieści o pożarze dotarły już do niego… -
- Egipt to kawał drogi stąd, a choć i mi trudno w to uwierzyć pamiętaj, że wszystko zaczęło się dziś rano - powiedział Carter - mogę posłać od ciebie wieści firmową linią będzie szybciej……. i bezpieczniej. - dodał po przerwie jakby się nad czymś zastanawiał. - ale to już jutro rano, zbliża się północ, a my mieliśmy długi dzień. Przygotowałem dla Ciebie pokój, ale jeżeli będziesz potrzebowała ode mnie czegokolwiek to po prostu wołaj, moja sypialnia jest niedaleko. -
Rita wtedy zdała sobie sprawę, że wszystkie osobiste rzeczy, które spakowała na jednodniowy wyjazd, zostawiła w domu Franza.
Carter dostrzegł konsternacje kuzynki i uspokoił ją krótko.
- Mam cały zapa potrzebnych rzeczy na takie okazje.-
- Nie wątpię - odparła sucho Rita, ale ostatecznie lekko się uśmiechnęła. - Niemniej, wolę jednak korzystać ze swoich prywatnych rzeczy. -
- Odwieźć cię w takim razie ? Czy jutro z samego rana ?-
- Pozwolę sobie dłużej nie nadużywać twojej gościnności, drogi kuzynie, i sama się odwiozę - powiedziała i mrugnęła do niego jednym okiem. - Jestem już dużą dziewczynką.-
- Dobrze mała - odpowiedział w dobrym humorze Carter, miał wrażenie, że to małe przezwisko już na stałe właśnie przylgnęło, w jego umyśle, do Rity - w takim razie pozwól tylko odprowadzić się do samochodu

Carter odprowadził wzrokiem Ritę gdy ta odjeżdżała, z podwórza, a gdy światła jej auta zniknęły za rogiem westchnął cicho i odwrócił się od okna by przejść w stronę sypialni. Kroczył ciężkimi od egzotycznego drewna i zdobień korytarzami, po dywanach sprowadzanych z Turcji i znów zaczął go przytłaczać ciężar tego wszystkiego. Wiele osób mówi o szklanym suficie, a niewiele wie o złotym. Gdy człowiek stał pod złotym sufitem stawał się jedynie filarem i na jego barkach spoczywała wtedy cała jego masa. Carter nienawidził swojej fortuny, izolowała ona go od każdego. W końcu dotarł do sypialni przebrał się w nocny strój i położył spać w willi z której wszyscy których cenił unikali jak ognia.




Kolejnego dnia Carter nie miał jednak czasu na melancholijne rozważania, podróż w którą chciał się udać trwać miała, przynajmniej według jego założeń, przyjemniej dwa miesiące, a nie było opcji by Carter tak po prostu zniknął. Cały poranek minął mu więc na telefonie i przy biurku gdzie wypisywał upoważnienia dekrety i dyspozycje by jego firma nie pogrążyła się w trakcie jego nieobecności w chaosie. Następnie wywiedział się wszystkiego co grupa podróżnych musi wiedzieć o orient express i udał się do Franza gdzie zgodnie z wczorajszą rozmową miał się pojawić by usłyszeć jak poszła Jemu i Eleonor sprawa na posterunku. Później jeżeli czas pozwoli zaproponuje by całą trójką udali się do British Library i spróbowała w jej zbiorach odnaleźć kilka odpowiedzi na dręczące ich wątpliwości.
 
__________________
Nowa sesja dark sci-fi w planach zapraszam do sondy
czajos jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:58.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166