Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Science-Fiction > Archiwum sesji z działu Science-Fiction
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 20-10-2019, 10:15   #1
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 1 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Strefa Skażenia



W Seattle, a dokładniej mówiąc na lotnisku Seattle-Tacoma było mglisto i deszczowo. Samoloty przewożące najemników i ich ekwipunek lądowały jednakże bez problemu i większych opóźnień. Technicznie rzecz biorąc stan Waszyngton ciągle znajdował się w obrębie USA, pomimo tego, że większość przyjezdnych doskonale zdawała sobie sprawę z panującej tu anarchii. Słaby rząd podjął w minionych latach kilka prób zapanowania nad chaosem, ale były one nieudane - jedyne co udało się osiągnąć, to względny porządek w głównych miastach, od Seattle do Tacomy. Widok uzbrojonych patroli wojskowych w tym rejonie nikogo nie dziwił no i niewielu zachęcał, przez co nawet te miasta miały ciągle problemy z podniesieniem się po epidemii z 2016 roku, kiedy to zdecydowana większość mieszkańców tego stanu została zarażona i wskutek tego zmarła od wirusa X. Taką łatkę ciężko zerwać, nawet niemal po czterdziestu lat od tego wydarzenia mając do dyspozycji głównie mgłę i deszcz. Dla osób takich jak zbierająca się w głównym holu czwórka nie były to jakieś wyjątkowo złe warunki, w końcu temperatura oscylowała w okolicach dziesięciu stopni, a z cukru nie byli. Tyle, że oni mieli w głowie, że po skończonej robocie wyjadą stąd bez oglądania się przez ramię.

Ich kontaktem był detektyw Timothy Alker. Dowiedzieli się o nim trochę przed zgodą na tą misję - mężczyzna od lat zajmował się poszukiwaniem zaginionych, często właśnie z wykorzystaniem najemników, których wynajmował i opłacał z kieszeni klientów. Niewiele dostali szczegółów, zaznaczył tylko, że rzeczywiście chodzi o poszukiwania. Wśród gór, lasów i bardzo agresywnych w stosunku do obcych tubylców. Ustawił spotkanie na dziesiątą rano tutejszego czasu, w jednym z niewielu ciągle aktywnych hoteli - Radisson Hotel, mieszczący się tuż przy lotnisku. Mieli aż dwie godziny, aby tam dotrzeć, co zawsze było dobrym pomysłem do poznania się z nowymi twarzami, wspominek i nadrobienia minionego od ostatniego wspólnego spotkania czasu. Pustawe hale największego lotniska stanu Waszyngton niosły echem każdy stukot i głośniejsze słowo. Czy im się wydawało, czy nawet pracownicy byli smutni i snuli się trochę bez sensu? No ale, z Foxem ostatnio widzieli się w zdecydowanie bardziej ponurym miejscu, prawda?

- Wygląda na to, że jesteśmy pierwsi - dobrze zbudowany Irlandczyk zagadnął Dawn, gdy pokonali kontrolę celną i odebrali bagaż "dyplomatyczny". W przypadku O'Hary oznaczało to dużą, wzmocnioną torbę podróżną, zapieczętowaną kilkoma plombami. Duży wojskowy plecak bez rzeczy niedozwolony miał już na plecach, przyleciał razem z normalnymi walizkami. Wyglądał na świetnie utrzymanego faceta ocierającego się o czterdziestkę, o żwawym i lekkim kroku. Brązowe włosy miał ścięte na kilka centymetrów, bystre zielone oczy lustrowały lotnisko niczym pole bitwy, oceniając zagrożenia. Sam na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się z tłumu, ubrany w jeansy, czarne ciężkie buty i takiego samego koloru skórzaną kurtkę. - Usiądziemy? - wskazał na ławkę, dobrze widoczną od strony wyjścia. - Shade i Fox powinni się niedługo zjawić.
Scrap zdążyła go poznać już z obu stron, tej rozmownej, żartobliwej i skorej do zabawy poza misją oraz skupionej i skoncentrowanej na zadaniu, gdy przychodziła na to pora. Klapnął na siedzisko, prostując nogi.
- Tym razem też zabrałaś ze sobą cały sklep z elektroniką? - błysnął zębami w uśmiechu. - Był taki jeden w Norylsku, myśl o Foxie mi o nim przypomniała. Mechanik, zapinał się w pancerz wspomagany i w tym paradował. Nie myślałaś o takim?

Wysoka, szczupła, ubrana w obcisłe jeansowe spodnie i ocieplaną kurtkę kobieta, wciągnęła głęboko chłodne powietrze schodząc po stopniach samolotu na płytę lotniska. Ostatni raz była w stanie Waszyngton piętnaście lat temu, z Liberty Montrose, kilka miesięcy przed jej tragiczną śmiercią. Słodko-gorzkie wspomnienia na chwilę wypełniły jej umysł, wywołując na twarzy smutny uśmiech.
Gdyby nie Kane, być może nie zdecydowałaby się na tę misję. Od czasu Norylska nie pracowali razem, choć zdarzyło im się kilka razy spotkać na niezawodowym gruncie.
Odgarnęła do tyłu długie prawie do pasa, lekko falujące brązowe włosy i poprawiła torbę na ramieniu odrywając się od swoich myśli. Musiała jeszcze odebrać broń, przesłaną specjalnym kanałem, skierowała się więc w stronę wejścia dla Vipów.
W środku prawie od razu zauważyła O’Harę. Łatwo było go wypatrzyć z uwagi na wysoki wzrost i postawę, która zapewniała mu wyraźną przestrzeń. Towarzyszyła mu młoda, ładna dziewczyna której Valerie nigdy wcześniej nie widziała. Spokojnym, ale praktycznie bezgłośnym krokiem, podeszła do niego od tyłu i zapytała z rozbawieniem:
- Cześć twardzielu. Zabrałeś ze sobą na akcję córkę?
- Potomka mógłbym spłodzić tylko z tobą, moja piękna - odwrócił się z szerokim uśmiechem. Shade pewnie zauważyła jak drgnął, zaskoczony dźwiękiem głosu zza pleców. Wstał i bezceremonialnie objął kobietę, przytulił, cmoknął i odrobinę się cofnął, patrząc na Dawn. - Poznaj Scrap. Wygląda niepozornie, ale wozi ze sobą sklep z elektroniką i potrafi robić z niej cuda.
- No to obawiam się, że pozostaniesz bezdzietny. - Valerie odwzajemniła uścisk, a potem przeniosła spojrzenie na jego towarzyszkę. Jej zielone oczy patrzyły z ciekawością na drugą kobietę:
- Valerie Rusht, albo jeśli wolisz Shade. - Powiedziała wyciągając do niej rękę.
- Dawn Bailey, sporo o tobie słyszałam - znacznie niższa kobieta mrugnęła zawadiacko, ściskając podaną dłoń po wojskowemu. - I dziękuję za komplement. Wiem już jak będę mówiła do Kane'a.
Roześmiała się swobodnie, rzeczywiście było w tym sporo prawie nastoletniej energii. Mierząca trochę ponad sto sześćdziesiąt centymetrów, i to tylko dlatego, że miała na sobie wojskowe buty na grubej podeszwie, Scrap nie pasowała do 95% najemniczych grup. I wcale nic sobie nie robiła ze wszystkich komentarzy. Włosy w lekkim nieładzie, oczy podkreślone mocnym makijażem, szerokie spodnie khaki z mnóstwem kieszeni i obcisła, rozpięta teraz kurtka ze skóry, wraz z topem podkreślająca szczupłą figurę.
- Rozmawialiśmy właśnie o moim bagażu, nie wiem dlaczego tatuś upiera się, że wożę cały sklep z elektroniką - wskazała na cztery wielkie, aluminiowe walizki. Stały w rządku na kółeczkach i jak Irlandczyk mógł zauważyć wcześniej, jeździły za Dawn niczym posłuszne pieski. Na cyfrowych zamkach migały diody. - To jedynie tyle bagażu, z bardzo delikatną zawartością. Ten stan to dziura, ale to nie znaczy, że nie da się założyć bazy terenowej i zostawić tam co nie będzie potrzebne. Gdyby coś poszło nie tak to w razie czego wynajmiemy budę i będziemy sprzedawać, zbierając kasę na powrót.
Już od samego początku dla każdego nowopoznanego musiała uchodzić za gadułę. Przynajmniej miała niski, nie za głośny i miły dla ucha głos.
- Podobno masz kombinezon maskujący - nie wytrzymała, pytając Shade.
- Mam - Druga najemniczka przytaknęła z rozbawioną miną. - Ale nikomu nie pozwalam go dotykać. Zawsze tyle mówisz?
- Kiedy jest okazja - przyznała niezrażona Scrap. - Szkoda. Opowiesz mi chociaż o specyfikacji? To model STEALTH-SL3 czy starszy? - westchnęła. - Kane to ma same nudne, brutalne i pozbawione finezji zabawki.
Shade roześmiała się:
- Chyba nie jest tak źle! Przynajmniej jedna zdecydowanie nie pasuje do tego opisu!

Do grona rozmawiających ostatni dołączył Fox. Prawie 4 lata bez żadnego bezpośredniego kontaktu z kimkolwiek z dawnej grupy najwyraźniej zrobiły swoje, bo kto Ravera znał, nie mógł powiedzieć, że się nie zmienił. A konkretniej - wyglądał jak ktoś, kto przez ten czas zdążył nie tyle wejść w kupę gówna, co zanurkować w szambie po sam czubek głowy, w którym to szambie następnie trochę się popluskał, a potem wyszedł i pozwolił, by gówienko powoli z niego spłynęło. Dopiero po wszystkim się obmył, długo i dokładnie, ale jak to mawiają, kto raz zostanie oblany gównem, z trudem pozbywa się smrodu.
Mimo iż wciąż smukły, Anglik przybrał kilka kilogramów i nabrał mięśni, przez co sprawiał wrażenie bardziej hardego. Po twarzy było widać, że się postarzał, a przy tym zmężniał. Gdzieniegdzie były jeszcze widoczne ślady po gojących się siniakach i zadrapaniach. Na lewym policzku Foxowi doszła dość długa szrama. Co najmniej jedno ucho było albo zszywane, albo w ogóle rekonstruowane, i to chyba w warunkach polowych. Wszystko trochę tak, jakby przez ostatnie lata tyle samo razy oberwał, co sam przyłożył. To, co się natomiast nie zmieniło, to jego strój. Ubrany w klasyczną czarną skórę Angol w zamglonym i deszczowym Seattle czuł się jak u siebie. Ani obecna temperatura, ani aura, nie były bowiem czymś, do czego nie zdążył przywyknąć w Liverpoolu, gdzie generalnie panowała wieczna jesień.

Na widok znajomych najemników Fox wyszczerzył się jednak w wielkim uśmiechu. Kładąc na ziemi duży plecak, Felix najpierw mocno, lecz serdecznie uścisnął dłoń Valerie.
- Nic się nie zmieniłaś, Val. Wciąż lśnisz w towarzystwie, a już na pewno w moim - mrugnął do zwiadowczyni.
Zanim skierował wzrok na Kane’a, szybkim ruchem wyciągnął coś z kieszeni swojej skórzanej kurtki, po czym z wielkim zamachem przybił jakiś przedmiot do otwartej dłoni Irlandczyka. Była to puszka z norylską tuszonką, całkowicie nienaruszona. Jedna z tych, które Felix “rozdał” kilka lat temu przy okazji pożegnania z grupą.
- Wciąż żyjesz, kamracie - rzekł do O’Hary, ciągle z wyszczerzem na gębie. - A to masz, byś nie zgłodniał. Zoltan zwrócił mi swoją, nie wiedzieć czemu.
Na koniec Raver zostawił sobie nowy narybek. Najemniczkę, której nie znał i nigdy wcześniej nie widział na oczy. Mimo to, również ją powitał uśmiechem i serdecznym uściskiem dłoni.
- No proszę, kto nam się trafił. Młoda, ładna, podobno do tego jeszcze utalentowana. Jestem Felix Raver, ale zwą mnie Fox. Widzę, że teraz będziemy mieli w naszej drużynie już pełne równouprawnienie.
- Oh, oh, więcej komplementów! - niższa z kobiet złapała się za policzki. - Cała płonę - roześmiała się. - Tylko niech żadne nie próbuje mi do paszportu zaglądać i dat sprawdzać - uścisnęła podaną dłoń zdecydowanie, lecz z małą siłą. - Dawn Bailey, mów mi Scrap. Gdybyś był robotem to mogłabym cię raz dwa naprawić i połatać.
Valerie delikatnie dotknęła dłonią ucha Felixa:
- Widzę że czas nie był dla ciebie łaskawy, ale i tak miło cię znowu zobaczyć.
Anglik nie drgnął nawet w reakcji na dotyk Valerie, tylko odrzekł spokojnie, cały czas się uśmiechając:
- Grunt, że ciągle poruszam się na własnych nogach i strzelam jak zawsze.
Widok rozbawionej podlotki Scrap kontrastował z ponurym otoczeniem i wydawał się wręcz absurdalny biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się znaleźli. Kilka lat temu Fox być może uznałby ją za szczeniaka, który bawi się w wojenkę. Wiedział jednak, że dziewczyna jest tu z rekomendacji Kane’a i miał do Irlandczyka wystarczające zaufanie, by uznać, że to tylko pozory i jej obecność nie jest przypadkowa.
- Jak na robota krwawię zdecydowanie zbyt często - zwrócił się do Dawn - lecz wyobraź sobie, że mam znajomego Węgra, który znacznie lepiej wygląda w kupie opancerzonego, kroczącego złomu niż bez niej. Może trochę się spóźniłaś na imprezę, bo dawny sprzęt zdążył utracić gdzieś na Syberii, a tym razem gościa z nami w ogóle nie będzie.
Kane wyściskał Foxa po bratersku, tak jak się to robi w Irlandii a nie tej sztywnej Anglii. I wybuchnął śmiechem na widok konserwy.
- Wciąż świeżutka! Kopę lat. Wyglądasz jakbyś się z Zoltanem na pięści napieprzał.
Stracił kilka chwil na pakowanie tego do plecaka, gdy wychwycił kolejne odniesienie do Węgra i wtrącił się.
- Mówiłem jej właśnie o tym, dla Scrap to pewnie za mało finezyjne. Jak i moje zabawki, choć jak pamiętam niezbyt na nie narzekała ostatnim razem jak się widzieliśmy - wyszczerzył się. - Lepiej ruszmy się w stronę hotelu, na lotnisku jest za dużo kamer jak na mój gust.
 
Sekal jest offline  
Stary 23-10-2019, 22:51   #2
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 1 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Radisson Hotel nie wyróżniał się wcale na tle miejsc, w których bywali najemnicy. Ani piękny, ani gówniany, ot miejsce do spotkania, spędzenia nocy, może zostawienia części rzeczy. Nie na tyle elegancki, aby mieć portiera, w pełni zautomatyzowany w kwestiach recepcji. Do niej nie musieli nawet podchodzić, bowiem Timothy Alker czekał na nich w głównym holu i podniósł się natychmiast, widząc jak wchodzą. Jeśli jadące z tyłu cztery wielkie walizki zrobiły na nim jakieś wrażenie, to nie dał po sobie poznać, witając się z każdym z osobna mocnym uściskiem ręki i przekazując elektroniczne klucze.
- Pokoje są na drugim piętrze, wzdłuż korytarza. Mój jest na jego końcu, tam się spotkamy jak zostawicie rzeczy i odświeżycie, jeśli trzeba.
Zero szczegółów w monitorowanym holu.

Pokój Alkera nie był wiele większy od tych, które dostało każde z nich, ale detektyw poprzesuwał wszystko tak, aby pięć osób mogło usiąść mniej więcej w okręgu, na środku zostawiając miejsce na stolik, na którym stała woda, szklanki i spore urządzenie zagłuszające.
- Siadajcie proszę - wskazywał na łóżka, a gdy zebrali się wszyscy, wyświetlił zdjęcie przedstawiające dwójkę młodych ludzi. - Nicole i Noah Maines, nasz cel do odnalezienia. Bliźniaki, Nicole jeszcze dwa lata temu była Nolanem. Genialne dzieci, błyskawicznie skończone studia, zatrudnienie w firmie naszego klienta, który pragnie pozostać anonimowy na tyle ile się da. Specjalizacja: badania genetyczne i bioinżynieria. Nic nielegalnego, ale podobno ta dwójka ma w głowie wyjątkowo tajne patenty. Nie grzebałem zbyt głęboko, inaczej by tej roboty nie było. Z wierzchu wszystko wygląda na legalne. Oficjalnie mamy ich uratować po porwaniu, dowieźć cało do rodziny. Nieoficjalnie macie także dopilnować w razie możliwości, aby wiedza, którą mogli gdzieś zostawić została wymazana. Zdążyłem już sprawdzić, że prawie na pewno nie jest to porwanie. Dalej natrafiłem na mur, do którego pokonania jesteście potrzebni.

Zamilkł na chwilę, a nad stolikiem pojawiła się satelitarna holomapa części stanu Waszyngton.
- Zdjęcie pochodzi z komercyjnego satelity, sprzed jakiegoś czasu. Zaznaczone miasto to miejsce, gdzie urwał się mój trop. Dojechali tam autobusem tydzień temu, potwierdził mi to jego kierowca rozpoznając ich ze zdjęcia. Podobno nie wyglądali na zastraszonych i nikogo innego z nimi nie było. Kiedy jednak próbowałem wypytać w tej mieścinie, poszczuli mnie psami. Że oni obcych w Republice Waszyngton nie chcą i swoich będą bronić. Czy coś w ten deseń. Nie mam pojęcia co to za republikę sobie wydumali, ale to żaden oficjalny twór. W tym stanie jest podobno takich miejsc więcej. Nie wiedząc od czego zacząć, nie licząc wypytywania, zaznaczyłem wam przybliżone lokalizacje starych, podobno opuszczonych laboratoriów Umbrelli. Bo kurwa nie wiem po co republice bananowej dwóch specjalistów od genetyki i bioinżynierii. Klient chciał, abym zapytał ile chcecie za tę robotę, choć mu tłumaczyłem, że sam ma przedstawić ofertę. No ale, klient nasz pan.

Lot z NYC nie był na tyle męczący, by Shade potrzebowała odświeżenia. Położyła plecak i niewielką torbę z ekwipunkiem na małej komodzie koło łóżka i wyjrzała przez okno na zielony, utrzymany w idealnym porządku skwer. Tu w Seattle, było jeszcze w miarę spokojnie, ale wspomnienia zewnętrznego chaosu dobrze zapisały się w jej pamięci, a jak zdążyła się zorientować z informacji uzyskanych od znajomych, którzy byli w okolicy niedawno, przez ostatnie lata sytuacja raczej nie uległa poprawie. Podjęła jednak decyzję. Na pewno nie będzie gorzej niż w Norylsku. Tego przynajmniej mogła być pewna.
Gdy zapukała do pokoju detektywa okazało się, że dotarła pierwsza, więc mogła wybrać sobie miejsce w jedynym znajdującym się w pomieszczeniu fotelu, oczekując przybycia pozostałych i delektując się apetycznym widokiem, jaki stanowiła powierzchowność Alkera. Kiedy dołączyła do nich reszta z uwagą, lecz wyraźnie zrelaksowana, słuchała jego wypowiedzi, do momentu gdy wyświetlona została elektroniczna mapa terenu, który mieli sprawdzić. Jej ciało wyraźnie zesztywniało, a kobieta na kilka sekund wstrzymała oddech. Nie odezwała się jednak, aż do momentu gdy nie zakończył swojej relacji:
- Pański klient doskonale wiedział co robi. - Powiedziała głosem, w którym nadal można było wyczuć niewielkie napięcie. - To będzie go naprawdę dużo kosztowało.
- Nasz klient, nasz - sprecyzował Timothy. Jeśli zauważył reakcję Shade, nie dał nic po sobie poznać.
- Jeszcze niczego nie podpisałam. - Kobieta popatrzyła mu zimno w oczy. - I potrzebuje naprawdę dobrych argumentów by to zrobić. - Słowo argumenty wypowiedziała bardzo specyficznie. - Popatrzyła na resztę najemników. - Nie wiem na ile orientujecie się w sytuacji tego regionu, ale ja byłam tam i wiem dosyć dobrze, czego można się spodziewać. Większość miejsc jest praktycznie odcięta i dostanie się tam w sposób bezpośredni jest całkowicie niemożliwe. Teren sam w sobie stanowi doskonałą barierę, a drogi bardzo łatwo blokować. Nie możemy liczyć na niczyją pomoc. Będziemy obcymi naruszającymi ich prywatność. Pozostaje jeszcze kwestia laboratoriów. Nie ma żadnej gwarancji, że nikt nie prowadzi tam badań. Może nie bez przyczyny specjaliści od genetyki zniknęli właśnie na tym terenie, a badania oznaczają wykwalifikowana ochronę. Wiecie co mam na myśli, bo razem byliśmy w Mogadiszu. - Przy tych słowach zatrzymała spojrzenie na Kane i Foxie.
Felix przysłuchiwał się słowom najemniczki, pocierając palcami ogolony podbródek. Doświadczenie podpowiadało, że ludzie mają cholernie różne kwoty na myśli mówiąc o “dużych” pieniądzach. Sam już od jakiegoś czasu miał w głowie stawkę 80 tysięcy na łebka. Wspomnienie Mogadiszu sugerowało jednak, że wszelkie niespodzianki powinny być płatne ekstra. Starcia z każdym kto nie jest zwykłym tubylcem z antyczną bronią są nie dość, że znacznie bardziej niebezpieczne, to jeszcze kurewsko kosztowne. Już nawet kilka granatów EMP to wydatek rzędu kilku tysięcy, nie mówiąc o droższych zabawkach.
- Przydałoby się więcej informacji. Gwarantuję, że w moim cenniku niespodzianki i niewiadome są zdecydowanie najdroższe, więc uprzedzam, że im mniej danych, tym większa cena. Poza rządem i tą samozwańczą republiką, kto tu ma jeszcze jakieś wpływy? Trochę Pan się już tym zajmuje, na pewno więc czy to Pan, czy Pana klient zdołał coś ustalić albo chociaż poznać jakieś plotki. O jakich ramach czasowych na zlecenie tutaj mówimy, poza im-szybciej-tym-lepiej? Jakie mamy możliwości transportu?
Kane nalał sobie wody i łyknął niczym wódkę. Ratowanie ludzi, najgorszy rodzaj misji, pogorszony informacją, że ci ludzie prawdopodobnie nie będą chcieli być ratowani. Mężczyzna siedząc naprzeciwko Shade bez trudu wychwycił reakcję kobiety. Jedyną jego odpowiedzią na to było spojrzenie porozumiewawcze, prosto w oczy.
- Igła w stogu siana, przerabialiśmy już to. Mogli tu przyjechać do labu, ale skoro gościu zmienia płeć, to nie ma równo pod sufitem. Urzekła ich tutejsza ideologia? Alker, zbadałeś historię tych dwóch? Spotykali się z dziwnymi ludźmi, odwiedzali specyficzne witryny? Gówniany ze mnie psycholog, ale ci tutaj nie polecieli na kasę. Przekonano ich ścierwogadką. Jak dla mnie jedyna druga opcja to rodzaj szantażu. Powiedz najpierw ile wiesz.

- Klient płaci za efekty i tak będzie chciał się rozliczać. Możemy rozbić kwotę na znalezienie porwanych i ich uratowanie. Prosił, aby tak to nazywać, mogę się do tego przychylić - zaczął Timothy, patrząc to na każdego z osobna, to na ciągle wyświetloną mapę. - Odnośnie Republiki to nie ma jasnych informacji i moja wiedza może nie pokrywać się z rzeczywistością. Oficjalnie przedstawiają się jako najlepsze miejsce na świecie, gdzie panuje równość i porządek, a każdy obywatel ma prawo głosu i zostanie wysłuchany. Nieoficjalnie to banda świrów bawiąca się w państewko i korzystająca ze słabości władzy centralnej. Mają swoją armię czy coś na jej kształt i swojego czasu oparli się próbom zaprowadzenia porządku w tym stanie. Bardziej przez ukrycie się po górach niż wydanie bitwy rządowym - wzruszył ramionami. - Takich jak oni jest więcej, ci są chyba najbardziej znani bo ogłaszają się w sieci. Nie mamy dowodów, że porwani komunikowali się z nimi. Każdy pytany potwierdzał, że rodzeństwo było ze sobą bardzo zżyte i nie odstępowało się na krok. Nie mieli prawie znajomych, a ci których mieli nie wiedzieli nic o kontaktach z sektami czy innymi dziwnymi ugrupowaniami. Nie afiszowali się z tym, a swoje komputery zabrali ze sobą. Zostało zlecone oficjalne policyjne śledztwo, ale to potrwa. Klient chciałby efekt szybciej, lecz nie wyznaczył terminu. Im szybciej tym lepiej. Do skutku, jak to ujął.
Alker napił się wody, zwilżając gardło i zakreślił dłonią półokrąg na mapie, zahaczający mniej więcej o Arlington i Granite Falls.
- Odnośnie transportu, to musicie go zorganizować sami lub mogę zrobić to za was jak nakreślicie co potrzebne. Do tej linii lokalsi jeżdżą busami, można się dostać całkiem łatwo jeśli żaden z gangów nie postanowi akurat sprawdzić kogo niesie w te rejony. Ja przejechałem bez problemu w obie strony. Trzeba tylko być ostrożnym, w całym regionie będą patrzeć na obcych co najmniej nieufnie. Otwartego noszenia broni nie polecam. Dalej podobno nie można bez specjalnych przepustek lub trzeba być lokalsem. Nie wiem co to za przepustki. Wpływy mają tutejsi zorganizowani w gangi, kartele czy jak oni sobie to zwą. Po drogach kręci się dużo nomadów, podobno granica z Kanadą też nie jest szczelna. Jeśli korporacje coś tu robią, to się z tym nie obnoszą.
Dawn siedziała na skraju łóżka, pochylona i wsłuchana uważnie w każde słowo. Wydawała się wręcz podekscytowana. Walizki zostawiła w pokoju, podobnie jak kurtkę i teraz na górę stroju składał się tylko top na ramiączkach, pod którym nie było śladu stanika. Im mniej miała na sobie tym bardziej widać było jaką jest kruszynką. Dawała wszystkim mówić, aż do następnych wyjaśnień Alkera. Wtedy zabrała głos. W jej własnym brzmiał niegasnący optymizm i energia.
- Jesteśmy w stanie sprawdzić bazę zaginionych, czy ostatnio nie znikali inni naukowcy? Jeśli to jakiś większy projekt tu się dzieje, to mógł się zarysować trend. Ciekawe czy trudno się do nich przyłączyć - zamyśliła się, ale na bardzo krótko. - Potrzebuję miejsca, gdzie mogłabym zostawić większość rzeczy. Gdzie najdalej jest bezpiecznie na tyle, żeby mnie nie obrabowano po pierwszej godzinie? - zapytała detektywa. - I tak będzie sporo do wożenia. Może terenowe motory? Chociaż raz chciałabym nie musieć przemykać lasem z wielkim plecakiem na plecach - westchnęła.
- Mogę w międzyczasie odezwać się do znajomych i poszukać w rejestrach, ale to zajmie - odpowiedział Alker na pierwsze pytanie. - Nie wiem za to gdzie jest bezpiecznie na tyle, aby trzymać coś wartościowego. W Seattle na pewno coś się znajdzie, ale bardziej na północ… może Everett? Nie wiem jak tam wygląda sytuacja.
- Możemy spróbować w Everett. - Shade pokiwała głową. - Kiedyś było to podobno spokojne, senne miasteczko. To tam właśnie rozpoczęła się inwazja zombie na tych terenach w 2016 roku. Mamy dwie możliwości, albo będziemy poruszać się pieszo, górami, co stanowi problem w przypadku sprzętu Scrap, chyba że jej walizki poza jeżdżeniem potrafią także fruwać, albo spróbujemy udawać grupę nomadów, która zapuściła się w te okolice w poszukiwaniu lepszych terenów do życia. Wtedy możemy mieć jakiś sprzęt transportowy, ale nic rzucającego się w oczy. Marne ciuchy, odrapane garnki i połatane namioty, mogą być uzupełnieniem przebrania. Zresztą sami możecie sobie to wyobrazić najlepiej. Trzeba też będzie wykombinować dobre schowki, na to, co wolelibyśmy ukryć. Timothy jedziesz razem z nami?
- Nie, bardziej przydam się jako wsparcie. Wyszedłem z wprawy jeśli chodzi o bieganie po górach - uśmiechnął się krzywo. - Mogę za to zająć się kwaterą w Everett i zapleczem. Jedna uwaga na temat nomadów. Oni mogą nosić szarawary, ale ich sprzęt to dopieszczone cacka.
Najemniczka pokiwała głową:
- Znam miejsce na obrzeżach tego miasteczka, gdzie będzie można spróbować zainstalować bazę. To wprawdzie stara, zapuszczoną rudera, ale teren prywatny i odosobniony. Jeśli nikt nie osiedlił się tam na dziko, albo dach nie zapadł się zupełnie, może będzie można skorzystać. Masz rację co do maszyn, w takim razie zakupy sprzętu i tuning dopiszmy do kosztów wyprawy, które pokryje klient.
- Nie po to się ubierałem jak jakiś teksańczyk, żeby teraz nie spróbować zostać jebanym nomadą - Irlandczyk roześmiał się. Planował takie podejście od samego początku. - Ktoś się zna na takim sprzęcie, żebyśmy nie walnęli gafy? Trzeba poczytać o ich symbolach, czy brak może oznaczać, że szukamy grupy, do której możemy dołączyć. Nie wiem jak traktują takich w republice, za to może się przydać w okolicy poza nią. Teraz najważniejsza kwestia. Ile za to chcemy?
- 35 tysięcy eurodolarów na łebka za samo znalezienie porwanych - Fox szybko podchwycił temat, najwyraźniej nie chcąc zostawić rozmowy o pieniądzach innym, skoro sam już wiedział, ile chciałby wyciągnąć z całej tej eskapady. - Płatne niezależnie od podjęcia się lub nie akcji, hmm, ratowniczej. Dodatkowe 45 tysięcy natomiast za, jak to Pan określił, “uratowanie” porwanych. I kolejne 25 tysięcy, jeżeli w trakcie akcji natrafimy na zombie, mutanty, cyborgi lub inne podobne gówno. Taka moja propozycja. No ale domyślam się, że nie jedyny będę miał tutaj coś do powiedzenia - zakończył z przekąsem.
Shade gwizdnęła przeciągle:
- O kurcze Fox! Naprawdę ostatnio tyle zarabiałeś? Chciałabym poznać twoich zleceniodawców!
- Jeżeli mamy zanurzyć się w gównie, to lepiej za godziwe pieniądze - odparł spokojnie Raver tonem kogoś, kto ostatnio zdecydowanie za dużo razy “nurkował”. - Szczerze, to mam wrażenie, że i tak niedoszacowałem ryzyka i niewiadomych tutaj.
- Nigdy nie wiesz co cię może spotkać w robocie. To także część jej uroku. - Shade wzruszyła ramionami. - Norylsk był największą kupą gówna w jakiej do tej pory pływałam, a nawet za tamtą misję, nie zgarnęliśmy aż takiej kasy. Bądźmy realistami Felix. Nikt ci nie zapłaci takiej kasy.
- Ooo, to ciekawe - Anglik się wyszczerzył. - Ja wiem, że się dawno nie widzieliśmy i też tęskniłem, ale a propos Norylska to pamiętam, że ta piękniejsza część drużyny podzieliła się ochoczo swoją forsą z pewnym naszym wspólnym znajomym Węgrem. Także rozumiem, że możesz być nieco w plecy i mniejsza kasa też będzie słodka, ale akurat w tym temacie myślę, że nie uznam Cię za autorytet. Z drugiej strony, jeśli byłabyś chętna do podziału swojej części, jakakolwiek by nie była, to możemy rozpocząć negocjacje - parsknął pod nosem. - Tak czy siak, taka jest moja oferta. Nie usłyszałem póki co żadnych innych liczb - Felix rozejrzał się pytająco po obecnych w pomieszczeniu.
- Ja umiem odróżnić custom-made od takiego z salonu. Niełatwo takie zdobyć na szybko - Scrap skierowała te słowa do Irlandczyka podczas wymiany zdań między pozostałą dwójką. Potem dodała głośniej, bardziej w stronę Alkera - Mamy jakieś widełki? Bez nich… - nie dokończyła, zezując na Foxa.
- Dobry strzał, ale boję się, że z tym klientem to może nie przejść. Zna ceny rynkowe - ostrożnie powiedział Timothy. - Mogę z nim ponegocjować o mniej więcej połowie tej kwoty. Powiedzmy piętnaście tysięcy za znalezienie, dwadzieścia pięć do tego za uratowanie. I to poważny człowiek, nie ma mowy o wspominaniu o zombii albo mutantach. Wszystkie zagrożenia mają być w cenie, za to mogę go poprosić o pokrycie kosztów zakupu sprzętu potrzebnego do tej misji, czyli motorów czy ubrania. Co wy na to?
- Dla mnie w porządku - Kane potwierdził pierwszy, trochę wybity z rytmu. Wyglądał jakby w głowie układał już plan. - Bez zwrotu za sprzęt. Dowiemy się jak bardzo mu zależy na tych dwóch.
- Zgadzam się - powiedziała szybko Scrap, jakby wcale nie zależało jej na zaciekłych negocjacjach.
Fox nie powiedział czy się zgadza czy nie, tylko wzruszył ramionami i rzekł krótko:
- Niech zatem Pan wróci z konkretną informacją.
- Tak. Posłuchajmy co odpowie klient. - Zakończyła ustalenia finansowe Shade.
- Dobrze, w takim razie z nim porozmawiam. Mi też zależy na jak najlepszej ofercie - detektyw przypomniał i wyszedł, pozostawiając ich samych.

- Dobra, to kto zgłębia wiedzę o życiu nomadów? - Kane odezwał się zanim jeszcze drzwi zamknęły się za Alkerem. - Potrzebujemy dobrej, pasującej do tych wariatów historyjki.
- Scrap jest chyba naturalnym kandydatem - zasugerował Fox. - Wydaje się, że to Twoje klimaty - zwrócił się już bezpośrednio do najemniczki. - Jakieś pomysły, ile wiarygodne nomadzie zabawki będą kosztować?
- Ej, on powiedział życia. Skąd ja mam wiedzieć, jak ludzie żyją? - roześmiała się Dawn. - Co innego motory. Poznałam jednego czy dwóch tego typu wariatów w życiu, dla nich sprzęt był warty i po dwieście tysięcy. Realnie patrząc to większość tego to model z salonu przerobiony setkę razy, aż nie do poznania. Każdy wycenia to po swojemu.
- Nomadzi wędrują z miejsca na miejsce. Bardzo często bez konkretnego celu. Samo przemieszczanie się z miejsca na miejsce może być celem ich życia. - Powiedziała Valerie - Dlatego maszyny, którymi jeżdżą, przede wszystkim muszą być sprawne i niezawodne. Możemy sobie wymyślić własne symbole i historię, nikt nie będzie tego sprawdzał jeśli opowieści będą ciekawe. Dlaczego jesteśmy razem? Dlaczego dotarliśmy właśnie tutaj? Gdzie byliśmy? Jaka była nasza droga? To jedne z tych pytań, na które będziemy musieli umieć zgodnie odpowiedzieć.
- Skoro nosimy cały nasz dobytek na plecach niczym żółwie, to powinniśmy mieć kilka pojazdów, w tym co najmniej jeden większy, na przykład jakiś van - wtrącił się Raver. - Mamy na punkcie naszego sprzętu bzika, zrozumiałe zatem będzie, jeśli nikomu nie pozwolimy go dotykać i będziemy go zaciekle bronić. Wiemy, że działanie w grupie zwiększa szanse na przetrwanie. Jako jednostki zginiemy, jako grupa przetrwamy - Anglik powiedział to zupełnie tak, jakby w to wierzył. - Jesteśmy wiecznymi wędrowcami, każdy z nas musi radzić sobie z bronią. Padł pomysł, by sprawdzić Everett. Równie dobrze możemy zatem trzymać się wersji, że zmierzamy w te okolice z południa. Szukamy lepszych miejsc do życia, jadąc w kierunku w którym poniesie nas wiatr, ale też w drodze prowadzimy handel i wynajmujemy się do różnej roboty. To może przynajmniej na pierwszy rzut oka wyjaśniać, dlaczego szwędamy się w tych rejonach.
- Ktoś z nas musiałby prowadzić ten większy pojazd - wtrącił O'Hara. - Z definicji trudna sprawa, bo co wtedy z nas za nomadzi? Trzeba to sprawdzić, mi się wydaje, że nomada ma tylko to co mieści w sakwach. Domów ze sobą nie wożą. Historia z szukaniem lepszego miejsca jest dobra, mogliśmy słyszeć, że tu najlepsze miejsce dla takich jak my. Mamy w grupie dwie atrakcyjne kobiety, jesteście zajęte czy robicie za przynęte i dajecie nam lepszy start wśród lokalnych gangersów? I większą szansę, że mnie z Foxem nie odstrzelą, aby się do was dobrać - wyszczerzył się w uśmiechu.
- Wielki podryw? Mogę być beznadziejna we flirtowaniu. Albo świetna, jak będą mieli fajne sprzęty - zatrzepotała rzęsami Scrap. - Nie mam nic przeciwko delikatnemu zaznaczeniu, że mogę być wolna i wiekiem odpowiednia do zapłodnienia. Dla tych prawdziwych mężczyzn to ważny warunek, tak?
- Nie wydaje mi się bym potrafiła być wiarygodna jako monogamistka walcząca o cnotę. - Wyszczerzyła się Shade. - Zdecydowanie bliższa jest mi idea hipisowskiej miłości.
- Ktoś tu jest ciekawy twardzieli na motorach? - Kane bez problemu dołączył do tej wesołości. - No to nam dochodzi poczytanie czy ich kobiety są bardziej wspólnym, czy bardzo osobistym i strzeżonym dobrem. Może moje wyobrażenia są mylne, zawsze jednak na motorach to kojarzyli mi się w większości faceci. Równouprawnienie i inne bzdety, zwykłe kobiety kręcą faceci w skórach, ale nie grzebanie w silniku.
Fox przez chwilę się zastanawiał, czy te niecałe 160 cm, które Irishman zabrał ze sobą, zalicza się do kobiet zwykłych czy niezwykłych. Nie skomentował jednak, a zamiast tego zaczął coś wstukiwać na swoim holofonie.
- Jak tylko dadzą mi się przejechać na swoich sprzętach - rozmarzyła się Scrap.
- Doskonale cię rozumiem. Też nigdy nie gardzę ostrą jazdą na dobrze stuningowanym sprzęcie. - Dodała Valerie.
- Wolisz automatyczną czy ręczną skrzynię? - Dawn ten wątek zdecydowanie bardzo interesował.
- Zdecydowanie wolę manual. - Shade posłała jej rozbawione spojrzenie.
- Oh, vintage! Ja też czasami lubię złapać za taki drążek - westchnęła, rozmarzona Scrap.
Po ostatnich słowach drugiej najemniczki Shade nie wytrzymała i roześmiała się głośno. Czuła że będzie się dobrze rozumieć z tą dziewczyną.

Timothy wrócił po mniej więcej dziesięciu minutach, z nie w pełni zadowoloną miną. Usiadł na swoim miejscu, na ustach pojawił mu się krzywy uśmiech.
- Prawie się udało. Klientowi nie spodobało się to rozbicie, nie jest chętny do płacenia za samo odnalezienie porwanych. Zgodził się zapłacić za to jedynie osiem tysięcy na głowę. Przystał też na dwadzieścia siedem tysięcy dodatkowo, za dowiezienie bliźniaków całych, żywych i poczytalnych. Do tego zapłaci za sprzęt nomady potrzebny do wykonania zadania, jeśli zostanie on udokumentowany. Przepływ pieniędzy i zdjęcia, ja mam za to odpowiadać. Lub dorzuci każdemu po dziesięć tysięcy za wykonanie misji i wtedy sprzęt kupujecie z własnej kieszeni lub zdobywacie w inny sposób.
- Ktoś tu bardzo chce tego co siedzi w główkach - Scrap gwizdnęła cicho. - Ja bym wzięła motory, nie wiadomo co uda nam się szybko zdobyć, z doświadczenia jednak wiem, że jak szybko to drogo. Jakaś premia za dodatkowe informacje, upewnienie się, że prawie cała wiedza pozostanie w tych dwóch głowach i nigdzie więcej?
- Przy prawdopodobnych cenach sprzętu nomadów, lepszą opcją wydaje się po prostu zwrot kosztów - powiedział Fox, odnosząc się do alternatywy przedstawionej przez Alkera. - Dodatkowe 10 tysięcy po zadaniu przy przerzuceniu całego ciężaru kosztów na nasze barki to według mnie bardziej ryzykowne i mniej opłacalne rozwiązanie.
- Czyli szukamy sprzętu - Podsumowała Valerie, a Kane skinął potwierdzająco głową, zgadzając się z tym. - Scrap czy potrafisz podrasować maszyny jeśli kupimy coś mniej efektownego?
- Nie znam trendów, nie wiem co modne i czego nie wolno robić, żeby móc się zwać prawdziwym nomadą - wyliczała Dawn. - Umiem naprawić motor jak trzeba. Tuning i konsultowanie go z ekspertami zajmie dużo czasu. Większość części nie może pochodzić tak po prostu ze sklepu.
- Obawiam się, że nie mamy za dużo czasu na te przygotowania - wtrącił Alker. - Gdyby były na rynku, wygodniej byłoby kupić używane. Mogę przekazać klientowi, że bierzecie tę robotę i wspomnieć o ewentualnej premii, czy macie jeszcze jakieś warunki?
- Bierzemy to, nie ma co kombinować, aye? Jak mamy to zrobić to trzeba zacząć przeszukiwać oferty sprzedaży. Coś potrzebujemy kupić oprócz sprzętu? - O’Hara nie zamierzał nic komplikować w kwestiach umowy.
Mały kawałek metalu oderwał się od paska od spodni Scrap i uniósł się przed jej oczy, rozwijając w podzielony holograficzny ekran, po którym zaczęła bardzo szybko poruszać palcami.
- Zajmę się od razu szukaniem, jak nie uda się w sieci to będzie trzeba od słowa do słowa. Kupujemy blisko naszego miejsca docelowego, będzie trzeba to przerobić, żeby nie poznali sprzętu swojego ziomka. Albo wroga - gadała równie szybko co machała dłońmi. - Wam zostawię organizację reszty rzeczy, kto by pamiętał o jakimś jedzeniu…
- Co do rozliczeń, to jeszcze jedno - wrócił do tematu Raver. - Ustalmy, że w przypadkach, gdy będziemy musieli korzystać z mniej sformalizowanych źródeł wiążących się z większym wydatkiem, w tym także w związku z kupowaniem informacji, w razie czego będziemy o tym informować klienta. Sam Pan powiedział, że w pewnych miejscach natrafił na ścianę, więc będziemy musieli też działać na własną rękę, a na ten moment niewiele wiemy na przykład o tych przepustkach.
- Zobaczymy co na to powie - Alker zgodził się zapytać i ponownie wyszedł.
 

Ostatnio edytowane przez Eleanor : 23-10-2019 o 23:04.
Eleanor jest offline  
Stary 30-10-2019, 21:47   #3
 
Lady's Avatar
 
Reputacja: 1 Lady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputację
W sieci informacji o nomadach było mnóstwo. Jak o prawie każdym temacie, łatwo wygrzebywało się długie artykuły i krótsze wstawki. Tak jak podejrzewali, nomada nomadzie był nierówny. Ten, od którego wywodziła się nazwa, był człowiekiem zrzeszonym w luźne, ciągle zmieniające się grupy. Ciągle w drodze, na swoim jeżdżącym domu. Nie wchodziły w grę żadne większe pojazdy, ani kampery ani vany, tyle tylko, co wiozło się na maszynie. Dopuszczalne były co najwyżej trójkołówki. Kobiety w takich grupach występowały rzadziej, ale częściej miały więcej do powiedzenia niż te w drugim odłamie nomadów: osiedleńców. Zwykle były to duże grupy, które poczuły się na tyle silne, aby zająć dla siebie przestrzeń. Technicznie rzecz biorąc przypominali po tym bardziej motocyklowe gangi niż dawnych wędrowców - choć często wracali do swojego wcześniejszego zajęcia, gdy ogołocili okolicę lub zadarli z kimś zbyt silnym.
Krótkie podsumowanie aktywności w stanie Waszyngton, które zdobył skądeś Fox, wykazywało istnienie tu trzech bardzo dużych grup. Patrząc od północy:
- Jeźdźcy Apokalipsy - z wyświechtaną nazwą, ale paradoksalnie pasującą, zajmowali Everett i okolice, na południe aż do Lynnwood, gdzie kończyła się kontrola rządowych jednostek.
- Czerwone Twarze - na wschód od Seattle, bardzo wielu kolorowych, w tym Indian z resztek rezerwatów
- Samotnicy - na wschód od Kent, najbardziej luźna i pokojowa z tych dużych grup.
Poza nimi jednak istniało mnóstwo innych, mniejszych, często nawet nienazwanych. Największa rotacja panowała na północ od Everett, gdzie można było spotkać największą ilość tych nie osiadłych.

W czasie, kiedy szukali tych informacji, Scrap przejrzała oferty sprzedaży i znalazła dosłownie kilka sztuk w okolicznych miastach. Dwie oferty z Seattle wisiały już bardzo długo i ich cena nie była adekwatna do produktu. Dwa motory wystawiono w Redmont, w atrakcyjnych cenach, więc mogły wymagać przynajmniej drobnych prac remontowych. Gdyby się wrócić do Tacoma, to tam jedna firma wystawiała od razu trzy maszyny, w cenach oscylujących w zakresie 15-20 tysięcy za sztukę. Dawn widziała już nie raz te sztuczki, kupili to kilka razy taniej, coś przerobili i teraz sprzedawali znacznie drożej. Wiele ofert pochodziło nawet z Everett, choć tam sami musieli już zagwarantować sobie sami bezpieczeństwo transakcji. To jednak było zagłębie, więc szukała głębiej, aż dotarła do Jet City, centrum motorów w Kent. Na granicy kontrolowanej przez rząd strefy, ogromny warsztat i jednocześnie sklep, skoncentrowany na tym, czym najbardziej lubiano tu jeździć. Wydawał się dobrym miejscem do pierwszej próby, o ile nie chcieli od razu próbować w Everett, gdzie ten handel rozwinął się bez kontroli i podatków. A przynajmniej nie w tej oficjalnej formie.

Alker wrócił bez uśmiechu na twarzy.
- Potwierdziłem umowę, dostaliście na holo do zatwierdzenia. Gdyby się okazało, że wiedza porwanych się rozprzestrzeniła, będzie premia za wyczyszczenie. Nie udało mi się wynegocjować zapłaty za informacje, niestety klient twierdzi, że właśnie my jesteśmy od zdobycia ich i za to nam płaci. Resztą musimy się martwić sami. Mam jeszcze pewien budżet z tego śledztwa, które prowadzę, ale kokosy to nie są. Od czego zaczynamy?
- Od lunchu? Nie miałam ochoty na posiłek w samolocie - rzuciła propozycję Valerie, czytając jednocześnie umowę na holofonie.
Felix zdążył już przekazać innym ustalenia co do aktywności nomadów przed powrotem Alkera. Miał pewne pomysły co do dalszych działań, ale za sprawą marudzenia Shade zdał sobie sprawę z tego, że sam w sumie też chętnie by coś zjadł.
- W zasadzie nienajgorszy pomysł. Jemy w hotelu czy są tu lepsze miejsca? - pytanie w teorii było skierowane w eter, ale następnie Fox spojrzał pytającym wzrokiem na Timothego, jako pewnie obecnie najlepiej zorientowanego w temacie.
- Na pewno są lepsze miejsca, gdzie nie patrzą czy im białego obrusu nie brudzisz i serwują niezdrowe pyszności. A później do Jet City! - z entuzjazmem zadeklarowała Scrap.
- Nie przejmujcie się, tak samo entuzjastycznie odnosiła się do przedzierania się przez pieprzoną dżunglę - wyszczerzył się Kane i wstał. - W takim razie przejdźmy się, przydałoby się wynająć furę do jeżdżenia po okolicy.
- O tymczasowy transport pozwoliłem sobie zadbać - powiedział Alker, zabierając część swoich rzeczy i czekając aż pozostali się zbiorą, przy okazji dość ciekawie przyglądając się najemnikom, głównie Dawn i Valerie.
Jak się okazało, rzeczywiście zadbał, otwierając mini-vana stojącego na parkingu przed hotelem. Pojazd mógł spokojnie zmieścić ich wszystkich, nawet z częścią ekwipunku. Z samego względu Scrap - nie całego. Znajdowali się ciągle w bezpiecznej, chronionej strefie i jedyną oznaką tego jaka jest okolica, stanowili widoczni tu i ówdzie żołnierze oraz częstsze niż w normalnych miastach patrole policji. Zjedli śniadanie, albo wczesny lunch jak kto woli i zgodnie z sugestią maniaczki sprzętów wszelakich, udali się na krótką wycieczkę, aż za Kent, do Rentown.



Jet City było wielką halą, pamiętającą jeszcze przełom wieków. Zarówno przed nią, jak i w środku, na dwóch poziomach, stały dziesiątki motocykli. Lepsze i gorsze, nowe i używane. Jedno rzucało się w oczy od razu: każdy wydawał się inny. Różne konstrukcje, kolory, typy, modele, wielkości. Co kto chciał. Kręciło się przy nich nieco oglądających i jakby odrobinę więcej pracowników. Łatwo ich było poznać, bowiem wszyscy nosili charakterystyczne koszulki Harley-Davidsona. Część także ubiór ochronny i broń, i to oni jako pierwsi skupili spojrzenie na pojawiających się w zasięgu wzroku najemnikach. Następni byli sprzedawcy i jeden z nich - niemłody i wcale nie szczupły, szpakowaty mężczyzna ruszył w ich stronę jak tylko wykazali się jakimkolwiek zainteresowaniem względem stojących na wystawie maszyn. Ominęli od razu nowe, skupiając się na używanych. Nad częścią unosiły się ceny na holo-wyświetlaczach. Większość zamykała się w przedziale od ośmiu do dwudziestu tysięcy.
- Liczymy na ciebie - Kane szturchnął Scrap. - Tylko sprawnie, mała. Celowałbym w sprzęt ze średniej półki, przydałaby się też jakaś trzykółka do wożenia ekwipunku.
Shade z ciekawością rozglądała się po przestronnym pomieszczeniu. Nie była szczególna entuzjastką wszelkiego rodzaju pojazdów. Dla niej miały znaczenie jedynie jako środki niezbędne dla dotarcia do kolejnego celu. Jednak taka ilość motorów w jednym miejscu zdecydowanie robiła wrażenie.
- Oby klient nie liczył! - roześmiała się Dawn i niemalże w podskokach ruszyła w stronę sprzedawcy. Absolutnie nie wyglądała przy tym na osobę tej samej branży co pozostała czwórka.
- Dzień dobry, piękne miejsce. Od razu się zakochałam. Widzi pan, skradziono nam nasze życie i baaardzo potrzebujemy nowego. Coś pod każdego, z kopnięciem i prezencją. Cztery sztuki, wyjątkowo solidne i przystępne.
To rzeczywiście trwało długo. Scrap negocjowała ostro, co w jej przypadku oznaczało wypytywanie o wszystko i zadręczanie biednego mężczyzny milionem słów. Nawet zszedł nieco z ceny, aby tylko mieć już to za sobą, choć z drugiej strony kobieta wyraźnie go ciekawiła. Wreszcie każdy z najemników wybrał sobie motor.
Valerie zdecydowała się w wyborze kierować wygodą. Usiadła więc na kilku proponowanych modelach stawiając nogi na podnóżkach, a ręce na kierownicy i w końcu zdecydowała się na model z wygodnym, skórzanym siodłem i wysokim oparciem z tyłu. Na czymś takim może była w stanie wytrwać kilka godzin dziennie i nie nabawić się chronicznego bólu kręgosłupa.
Bailey zastanawiała się długo. Nie dlatego, że nie mogła się zdecydować na jeden model, ona najzwyczajniej w świecie walczyła sama ze sobą. Misja kontra przyjemność i wygrało wreszcie doświadczenie, dzięki czemu wybrała bramkę numer jeden. I trzykółkę. Nie był to idealny motor, wymarzone oczko w głowie, ale i tak był niezły. I przede wszystkim miał najwięcej miejsca na bagaż - a Scrap zamówiła jeszcze dodatkowe kufry na nadkola. To wszystko powinno pozwolić zmieścić zawartość jednej z czterech walizek.
Fox, myśląc typowo po angielsku, upewnił się przede wszystkim, że wybrany przez niego model ma taką przednią szybę, która będzie zapewniała wystarczającą przy wzroście najemnika osłonę przed wiatrem i deszczem podczas jazdy. Sprawdził też pojemność kufrów i jakość siedziska, parę razy stuknął w osłony na nogi, po czym uznał, że mogło być znacznie gorzej, bo wybór tutaj mieli naprawdę niezły. Wykorzystując jednak okazję, zasięgnął porady eksperta.
- Hej, spójrz na tę maszynę - zwrócił się do Scrap, dając jej czas na dokładne obejrzenie motoru. - Co sądzisz? Mam się gotować na spektakularny wybuch czy tylko przyzwoitą kraksę? - powiedział pół-żartem, pół-serio. Następnie przyjrzał się temu, co wybrała sama Dawn, zauważając wyjątkowo dużo miejsca na bagaż wszelaki. - Swoją drogą, jesteś pewna, że nie chcesz robić za obwoźnego handlarza? Byłabyś bardzo wiarygodna - Raver uśmiechnął się pod nosem.
- Przecież mówiłam, że jak nie wyjdzie misja to zakładamy kramik - mrugnęła do Foxa wesoło i krytycznie przyjrzała się jego wyborowi. - Błyszczy i ma miękko pod pupką. Takie masz miękkie pośladki? - zapytała i jak gdyby nigdy nic klepnęła go w tyłek. - Nie jest tak źle. Irlandczyku, może chociaż ty weźmiesz męską maszynę? - krzyknęła do O’Hary, śmiejąc się.
- My, Angole, jesteśmy wygodni i lubimy mieć miękko pod tyłkiem - rzucił Felix z wyszczerzem na gębie. - Ale sam chętnie zobaczę, co też Kane wybrał i czy będzie mu dupę obijało na wybojach. W końcu w co drugim angielskim dowcipie o Angliku, Irlandczyku i Szkocie, Irlandczyk jest tym dziwnym.
- Dla was dziwny, a sami z potęgi kolonialnej staliście się samotną kolorową popierdółką na wyspie. Nawet ptaki przestały was odwiedzać - parsknął Kane słysząc to. On też wybrał już swój sprzęt, nie pogardził szybą jak inni, ani tylnym błotnikiem do którego dało się zamontować skórzane sakwy. Poza tym poszedł jednak w szybkość i większą manewrowość. - Lata mijają, a ty Fox ciągle się musisz tyle o życiu nauczyć!

Maszyny dobrali według gustu, a Alker ustalił z klientem szczegóły dotyczące płatności. Dobrze dla nich, że Scrap udało się wynegocjować niższe ceny używanych, nie najlepszych na rynku maszyn. Wymyte i przygotowane wyraźnie pod sprzedaż nie wyglądały jednak na takie należące do starych wyjadaczy szos. Z drugiej strony, mżący deszcz i wszechobecne kałuże miały bardzo szybko uporać się przynajmniej z kwestią zbytniej czystości. Była jeszcze jedna zaleta kupowania tego w takim miejscu. Po przekazie pieniężnym formalnością było przekazanie kluczyków i wskazanie, że powinni zarejestować maszyny. Sprzedawca mówił to takim tonem, jakby doskonale zdawał sobie sprawę jak mała jest na to szansa.
- Każdy umie na tym jeździć? - Timothy zapytał, patrząc z lekkim powątpiewaniem na motory, kiedy już oddalili się na parking przy Jet City i upewnił się, że nikt obcy nie stoi blisko. - Drogi są śliskie. Co teraz? Szukamy warsztatu, żeby coś przerobić, czy nie przejmujecie się tym i zmierzamy na północ? Będziemy musieli obmyślić plan i trasę, jak tylko przekroczymy granice Seattle, możemy się władować na któryś z gangów. Mogę zabrać do vana cały wasz ekwipunek, ale nie wiem czy mnie nie zatrzymają po drodze.
- Zdecydowanie przerabiamy - Stwierdziła Shade. - W takim stanie są bardzo mało wiarygodne. Trzeba przynajmniej przemalować i dodać jakieś osobiste akcenty typu pająki czy trupie czaszki. Chyba powinniśmy też wymyślić sobie jakąś nazwę grupy i symbol i przynajmniej znak umieścić na wszystkich motorach. Co do ekwipunku, to co mam zmieści się bez problemu na motorze. Podejrzewam, że problemem będą jedynie pakunki Scrap. Swoją drogą trzeba było poza umiejętnością jeżdżenia wyposażyć je w zdolności latające, wtedy nie byłoby problemu z przemieszczaniem - Zwróciła się bezpośrednio do drugiej kobiety z uśmiechem.
- Dawn wspominałaś, że nie potrzebujesz wszystkiego na misję, aye? - W głosie Kane'a pobrzmiewała nadzieja. - Jak mamy wymyślać symbolikę, to proponuję opcję z oderwaniem się od jakiejś w miarę sporej, ale działającej w cholerę daleko grupy, która to przestała spełniać nasze oczekiwania. Tym zagraniem dajemy sobie możliwość podróżowania pod wybranym przez nas znakiem, nie robiąc z nas jednocześnie żółtodziobów. No i odległość ma sprawić, żeby nie zaczęli wypytywać o jakieś znane sobie twarze. Alker, pewnie nie znasz żadnego warsztatu w okolicy, który zrobi malowanie od ręki i nie będzie zadawał pytań, a po naszym odjeździe o nas zapomni? Bo bez tego to lepiej kupić farby w sprayu i samemu malować. Tyle, że ja się na tym nie znam.
- Wszystko co mi trzeba będzie latało albo zmieszczę w kufrach - zapewniła Scrap, uśmiechając się do Shade. - Nie mam talentu malarskiego, ale umiem prysnąć farbą tu i tam. Tak będzie bezpieczniej, co? I tak musimy mieć miejsce do zrobienia tego.
- Walnijmy sobie jakiegoś feniksa jako nasz znak - zasugerował Fox. - Lokalsi mają tu różne głupie nazwy i symbole, feniks nie powinien się jakoś szczególnie wyróżniać. Pierwotnie mogliśmy wyjechać z Arizony, to chyba wystarczająco daleko. Tułamy się, zmierzając na północ w poszukiwaniu lepszych miejsc do życia, tak jak uzgodniliśmy wcześniej. Ach, i od teraz jesteśmy… - Raver zawahał się, myśląc nad nazwą grupy - “Phoenix Bikers”.
- Feniksy z Phoenix? - Rusht pokręciła głową. - Strasznie to banalne.
- Tutejsi nazywają się “Jeźdźcami Apokalipsy”, “Czerwonymi Twarzami” i innymi takimi, więc banalność to najwyraźniej lokalny standard - Felix wzruszył ramionami.
- Historycznie wszystkie te nazwy też były badziewne - Kane uniósł głowę znad holo, gdzie czytał o gangach. - Większość była pomocnikami diabłów, najeźdźcami, tego typu syf. Feniksy nie wpasowują się w ten schemat. Możemy dodać do nazwy “Upadłe Feniksy” to już bardziej. Nie aspirujemy we czwórkę do bycia gangiem, taka nazwa może to potwierdzać. Banalne, ale tam właśnie banał nie będzie się wyróżniał.
- Coś jest w tym rozumowaniu, większość z nich nie jest zbyt skomplikowana. Tak sądzę - wtrąciła Scrap. - Próbujemy wstać z popiołów po upadku naszej poprzedniej grupy. Proponuję dobrze się uchlać zanim będziemy im tłumaczyć, bez tego parsknę śmiechem.
- Jak od tego czy będziesz dostatecznie przekonująca będzie zależało twoje życie, nie sądzę byś czuła się rozbawienie odpowiadając na dociekliwe pytania. - Stwierdziła Valerie. - Ok niech będą upadłe Feniksy, choć trudniej to namalować niż czaszki. Możemy sami wykonać rysunki, do tego nie trzeba wielkich umiejętności rysunkowych, jedynie trochę wiedzy technicznej. Potrzebujemy farb w sprayu w kolorze brązowym, czerwonym i żółtym, graficznego obrazu feniksa i miejsca gdzie możemy wykonać papierowe szablony do wykonania rysunków. - Zobaczmy jakie wzory można znaleźć na sieci.
Przez chwilę przeglądała strony i wreszcie usatysfakcjonowana pokazała innym rysunek.
- To nie powinno być trudne do zrobienia.
- Do nazw się mieszał nie będę, ale przemyślcie dobrze powód pojawienia się i to co stało się z resztą waszej wcześniejszej grupy. Nie wydaje mi się, że gangi chętne są do przyjmowania takich co już raz albo i więcej opuścili swoich. Lojalność w takich organizacjach jest bardzo istotna - powiedział Alker, słuchając ich wywodów. - Prędzej reszta została wyrżnięta lub rozgoniona przez inny gang, a wy szukacie lepszego miejsca daleko od tamtych, aby nie szukano niedobitków.
- Historia dobra jak każda inna. Ważne by była jak najbardziej wiarygodna i jak najmniej skomplikowana. - Shade zgodziła się z Timothym. - Trzeba jedynie wymyślić dlaczego nas też nie wyrżnięto. Może byliśmy wtedy na jakieś akcji? Albo zapiliśmy w odległym barze? To w sumie dobry motyw na drugie dno naszej opowieści.
- Nie musimy się ze wszystkiego spowiadać co do szczegółu - Kane potarł policzek. - Byliśmy w innym miejscu, a dlaczego to na razie tajemnica. Zabraliśmy się jak tylko usłyszeliśmy o masakrze. Najlepiej i tak będzie mówić jak najmniej o tym, nikt o takich sprawach nie chce gadać. Dobra, najpierw musimy znaleźć miejsce, kupić farby i resztę ekwipunku harleyowców. Robimy kwaterę przy Everett? To będzie wymagało przemknięcia przez teren jednego z gangów jak pojedziemy przez Seattle. Dobrze mówię, Alker?
- Nie znam tych okolic na tyle, aby cię w tym upewnić - pokręcił głową zapytany. - To już Fox dowiedział się więcej. Jestem pewien, że jeden gang to minimum, baza poza bezpiecznym rejonem to ryzyko. Z drugiej strony nie trzeba pokonywać kordonu wojska i policji za każdym razem, a z tym też mogą być drobne trudności.
- Nie chciałabym stracić swoich rzeczy, w dodatku trudno je wytłumaczyć - wtrąciła Scrap. - Nie będę musiała wracać więcej niż raz po to co zostawię, więc lepiej zrobić to w bezpieczniejszym miejscu. Bez tego łatwiej się będzie przemknąć i założyć bazę bliżej celu.
- Tak jak wspominałem, okolice Everett to teren Jeźdźców Apokalipsy - wtrącił się Raver. - Dane podane przez moje źródło były ogólnikowe i nie wszystkie mogą być aktualne, ale akurat tych nieszczęsnych Jeźdźców konkretnie wskazali jako grupę dominującą, zakreślając mniej więcej teren ich wpływów. - Tak czy siak, skoro Shade zna potencjalnie dobre miejsce na bazę na obrzeżach Everett, to możemy chociaż zrobić tam rekonesans. Natomiast jeżeli o samo Seattle, sprawdziłbym lokalne oferty najmu powierzchni pod magazyny, warsztaty i garaże. Nie jesteśmy na totalnym zadupiu, a nuż się zatem okaże, że przyzwoitą opcję mamy pod ręką.
Snajper zrobił krótką pauzę, po czym spojrzał na swój holofon.
- Jest jeszcze coś - podjął po chwili. - Pewna propozycja na działania dalsze, gdy uporamy się już z zakupami i kryjówką. Za 5000 eurodolców mogę zyskać dane kontaktu, który od niedawna siedzi w środku tej całej Republiki, o której Pan wspominał - Fox skierował przy tych słowach spojrzenie na Alkera. - Zgodnie z umową, to będzie nasz koszt i nie ma gwarancji co do tego, że kontakt w ogóle zechce się z nami spotkać. W razie odmowy kasa zostaje jednak zwrócona. Decyzja musi zapaść wspólnie, ale według mnie to może być jakiś start. Póki co jesteśmy tu przecież praktycznie całkowicie ślepi - zakończył, patrząc po kolei po swoich towarzyszach.
- Dobra opcja, ale zostawiłbym ją na później - przyznał Kane po wysłuchaniu Ravera. - Zobaczymy jak trudno dostać się tam samemu. Wystarczy na razie tego gadania, czas na zakupy i malowanie. Jak nam zostanie czasu to wynajmiemy coś do schowania reszty sprzętu. Przekimamy się do nocy i próbujemy do kryjówki Shade przejechać po ciemku, czy wszędzie robimy za dnia jak faktyczni naiwniacy? Te motory robią dużo hałasu, o ile Scrap nie umiałaby ich tymczasowo wyciszyć.
- Spróbować z jakąś nakładką na rury wydechowe mogę, cudów nie obiecam - odparła wspomniana kobieta. - Ciszej i po nocy zawsze jest lepiej, gangi na razie nie wyglądają na jednostki organizacyjne, które mogłoby stać się pomocne w poszukiwaniu naszych… porwanych - zaakcentowała ostatnie słowo. - Jedźmy do Seattle, w dużym mieście najłatwiej się zgubić.
 
Lady jest offline  
Stary 05-11-2019, 15:03   #4
 
Widz's Avatar
 
Reputacja: 1 Widz ma wyłączoną reputację

Deszczowe, jesienne Seattle wydawało się częściowo wyludnione, gdy przemierzali jego ulicę na głośnych motorach. Nie byli jedyni, nie zwracali na siebie szczególnej uwagi - oprócz odprowadzających ich spojrzeń policji i widocznego tu i ówdzie wojska. Poza tym miejsce to funkcjonowało i żyło, nikt tu prawdopodobnie nie bał się codziennie o swoje życie, a przestępczość mieściła się w granicach cywilizowanego miejsca. W tych okolicznościach nabycie skórzanych kurtek, kasków, farb czy wykonanie na drukarce 3D odpowiedniego szablonu zabierało wyłącznie czas i nie stanowiło wyzwania. Trochę więcej szukania wymagało znalazienie miejsca do przeróbek i malowania, z tym pomogło jednakże samo miasto i liczne pustostany na jego obrzeżach. Mogli przebierać w starych fabrykach i magazynach, wybierając taki najmniej widoczny z głównych ulic. Uwinęli się ze wszystkim w trzy i pół godziny, a efektem były przerobione motory z symbolami feniksów. Co więcej, Scrap okazała się bardzo dobrym mechanikiem i jej nakładki wyciszały silniki o dobre trzy czwarte. Nie były to bezszelestne pojazdy elektryczne, ale i tak efekt był bardzo, bardzo zauważalny. Wszystko to kosztowało ich dodatkowe tysiąc eurodolarów, czyli po dwieście pięćdziesiąt od łebka.
Zbliżała się trzecia po południu i musieli zastanowić się jakie kroki wykonać dalej.
- Zostało mi zostawienie rzeczy, na pewno są mieszkania do wynajęcia. Zostawię ekwipunek na podglądzie, z włączonymi systemami obronnymi - wyszczerzyła się Dawn, niczym osoba planująca paskudną psotę. - Przy okazji możemy tam się przespać i w nocy jechać do twojej kwatery, Shade. Tam nic nie będzie? Więc potrzebne będą też przyziemne zakupy. Za dnia będziemy próbować nawiązać kontakt z gangiem czy od razu do Republiki?
- Nie wiem co tam zastaniemy - Druga najemniczka wzruszyła ramionami - Piętnaście lat temu, kiedy ostatni raz go widziałam, dom chylił się ku upadkowi, choć miał jeszcze sporo wyposażenia, które nie przypadło do gustu szabrownikom. Czas raczej nie polepszył jego kondycji. Na pewno potrzebujemy jedzenia jeśli nie chcemy zużywać żelaznych racji. Skoro mamy udawać wędrujących przybyszów z daleka, nikogo nie zdziwi, że będziemy mieli przy sobie podstawowe rzeczy do spania czy gotowania oraz do przetrwania w różnych okolicznościach.
- Nie ma też co wydawać, ani pokazywać więcej niż trzeba - odezwał się O'Hara. - Nasz ekwipunek daleko wykracza poza to co mają nomadzi, skłaniam się ku unikaniu gangów tak długo jak to możliwe. Timothy twierdzi, że tamci wsiąkli w Republikę, tam więc się kierujemy, zaczynając od Granite Falls. Alker, tak jak ustalaliśmy wcześniej pilnujesz naszej bazy wypadowej w tym rozpadającym się domu? Przejedziemy tam nocą, teraz trzeba odespać jet laga ile się da - Kane instynktownie wchodził w rolę dowódcy. - Oprócz jedzenia kupiłbym tylko koce, na pierwszy rzut oka ukrywają niewymiarowy ładunek. Rozłożonej na kawałki broni to żadne z nas nie odważy się wozić, aye?
- Tak, zostanę tam - potwierdził detektyw. - Postaram nie rzucać się w oczy i jednocześnie dowiedzieć jak najwięcej o okolicy.
- Dobra, do nocy mamy trochę czasu, nie wszyscy musimy tłumnie robić zakupy tego żarcia i kocy, a dodatkowy lokal i tak się przyda jako przechowalnia sprzętu, zwłaszcza tego od Scrap, więc przewertuję lokalne oferty - zaproponował Felix. - Będę szukał mieszkań w mieście zlokalizowanych jak najbliżej Granite Falls. Najlepiej z garażem, ale niezależnie od tego sprawdzę też osobne oferty na garaże, magazyny i warsztaty. Wszystko, co może nam się przydać. To, że jest tutaj wiele ruinek, już wiemy, ale zobaczymy, co jest jeszcze. Najwyżej po prostu nie skorzystamy.
"Jak najbliżej Granite Falls" wypadało w Lynnwood tam gdzie widzieli to już wcześniej na mapie i mniej więcej orientowali się z podziału stref. Północnej granicy miasta strzegły posterunki policyjne i wojskowe, sama mieścina zaś była kiedyś bogatą sypialnią Seattle. Obecnie - podupadającym miasteczkiem z mnóstwem ofert sprzedaży. Fox wyhaczył jednak i kilka dotyczących wynajmu, nawet krótkodystansowego. Jedna szczególnie była atrakcyjna ze względu na elektronicznie załatwiane formalności i jako potwierdzenie stanowiła tylko rozmowa z agentem nieruchomości. I koszt - dwadzieścia eurodolarów na dobę - należał do śmiesznych za cały dom z podwójnym garażem. W spokojnej okolicy na pierwszy rzut oka zamieszkanych była mniej więcej połowa budynków, a często gęsta, nie przycinana roślinność odgradzała od wielu wścibskich oczu. Mimo tego Lynnwood żyło, sklepy były czynne, a nawet to co wystawiono na sprzedaż jak na razie uniknęło zniszczeń. Podjeżdżając tam minęli dwa wozy policyjne, prawdopodobnie sekret tego stanu rzeczy. Miasto albo rząd musiało płacić wysokie rachunki za przywrócenie Seattle i okolic do życia. Co prawda ich kwatera wyposażona była spartańsko, ale była kuchnia, łazienka i łóżka, a więcej nie było im trzeba. To co mieli zastać w ruinie Shade będzie bez wątpienia o wiele, wiele gorsze.
Shade wyświetliła holograficzna mapę Everett i zaznaczyła na niej miejsce, gdzie znajdował się dom o którym wspominała. Okolica była zdecydowanie odludna, oddzielona od reszty miasta rzeką. Prowadziły do niego dwie drogi. Jedna od strony nadbrzeża, stromo wspinająca się pod górę, druga od północy prowadziła do głównej drogi na wschód:
- Jak widzicie tereny kontrolowane przez gangi od tej strony oddzielone są rzeką od Seattle i pozostałych miejscowości z zachodu. Wystarczy kontrolować mosty, by mniej więcej ogarnąć kto przemieszcza się w tamtą stronę. - Powiedziała najemniczka. - Możemy spróbować zorganizować jakąś łódź, by niepostrzeżenie przedostać się przez wodę, ale by przewozić nią motory musiałaby być duża. Trzeba by spróbować wynająć kogoś, kto nas przewiezie. Można też zaryzykować i próbować po prostu przejechać przez most. Może nikt go nie kontroluje lub będzie to pierwsza próba naszego kamuflażu.
O'Hara rozsiadł się na jednym z łóżek, rzucając pod nogi torbę i plecak, a obok siebie stawiając pudełka z szybkim żarciem nabytym po drodze. Jedną ręką obgryzał nóżkę kurczaka i gestykulował, drugą odpinał suwak i wyciągał kawałki wysłużonego, przerabianego już kilka razy, ciągle niezawodnego Jackhammera. Rzucił krótkie spojrzenie na to co pokazywała Shade.
- Jak pamiętam z mapy, do Granite Falls i tak nie dotrzemy rzeką, nie wiem więc czy warto szukać przewoźnika z krypą dużą na tyle, żeby zabrać cztery motory. Alker nie ma swojego, tego jego vana i tak nikt nie zabierze. Da się dopłynąć do Arlington gdzie też blisko do Republiki, ale po co? Łódź jak będą chcieli to bez trudu zatrzymają. Na moje to próbujemy normalnie. Gangi motocyklowe nie kojarzą mi się z budowaniem szlabanów i barykad na mostach. Do samego Everett na razie nie wjeżdżamy.
Przerwał na pozbieranie myśli i dojedzenie kurczaka. Ogryzioną kosteczkę wrzucił do pustego pudełka i wprawnymi ruchami, bez patrzenia, zaczął składać broń.
- Lub możemy inaczej. Alker sam jedzie sprawdzić, łatwo mu o wymówkę. Jesteśmy z nim w kontakcie, nie mamy co teraz zostawiać w tej kwaterze. Jeszcze tej nocy próbujemy zamiast tego dostać się do Granite Falls i zbadać jak to tam wygląda.
- Zanim dotrzemy do mostów mogę zrobić rekonesans - Scrap zrzuciła skórzane ciuchy i rozlokowała już walizki na środku pokoju, siadając na podłodze pomiędzy nimi. Otworzyła pierwszą, rozsuwane wieko ujawniło równe poukładane mniejsze pudełka. Wiedziała co do czego jest bez patrzenia. Wyjęła najpierw takie wielkości pudełka do butów i wyciągnęła z niego coś kształtem przypominającego deskę klozetową.
- To Frugo. Nie jest to moja najładniejsza z konstrukcji, ale może unieść się bardzo wysoko. Jedynym jego wyposażeniem poza napędem są kamery. Jego bez wątpienia muszę zabrać na naszą misję - odłożyła pudełko, sięgając po drugie, miniaturowe. Ze środka wyleciał komar siadając na opuszku wyciągniętego palca. - Bzzt też leci z nami, nie zajmuje nic miejsca. No i oczywiście…
Przesunęła się pod drugą walizkę, przez moment pracując nad zabezpieczeniami. Otworzyła się, a ze środka wysunął się od razu, umieszczony na solidnych trzymakach, opancerzony dron bojowy.
- Bez Boba nie czułabym się bezpiecznie. Plus kilka narzędzi i mam zapełnione miejsce. Wezmę jeszcze pająka, któremu zamontowałam system do rozprowadzania gazów. Zastanówmy się czego jeszcze możemy potrzebować z mojej elektroniki, w razie czego nawet coś na szybko mogę dostosować i będziemy to wozić na jednym z waszych motorów.
- Zazwyczaj podczas akcji problem stanowią urządzenia zabezpieczające. - Odezwała się Shade z ciekawością oglądając zabawki dziewczyny. - Mamy komunikatory, ale nie zawsze jestem w stanie opisać dokładnie na co się natknęłam i nie wszystko łatwo jest rozbroić. Przydałoby się coś co polepszyłoby komunikację między nami nie tylko na poziomie werbalnym. Czego oczami mogłabyś patrzeć i za pomocą czego mogłabyś rozbroić lub uruchomić urządzenie z moją pomocą. Wiesz ja przystawiam w odpowiednim miejscu, coś przycinam, podpinam itd, a ty kierujesz bardziej skomplikowanymi operacjami. Myślisz że dałoby się coś takiego stworzyć? Ważne by było na tyle małe, bym mogła schować to pod skafandrem.
- Na tym się nie znam - Dawn sięgnęła znowu do pierwszej walizki, grzebała w niej chwilę i wyjęła coś co wyglądało na kabelek z małym plastikowym pudełeczkiem na końcu. - To się zna za mnie. Wystarczy podłączyć i jeśli rozpozna system zabezpieczający to będzie go crackować. Nie piszę oprogramowania, niestety - westchnęła. - Bzzt może lecieć z tobą, a jak komuś brakuje to mogę się podzielić dousznym komunikatorem. Mam też większego drona z lepszymi kamerami i wysięgnikiem, zdolnego do prostych zdalnych napraw, ale jest prawie tak niewymiarowy jak Bob jak przychodzi do pakowania go. Musiałam go rozkręcić na czas transportu. Tylko czy on będzie nam faktycznie potrzebny tam? Tik-tak może zawsze siedzieć na twoim ramieniu jako moje oczy - wyjęła z tej samej walizki pająka nieco mniejszego od własnej pięści.
Valerie wzięła do ręki kabelek i pająka.
- Powinno się nadać. Ciekawe dlaczego to ma zawsze takie paskudne kształty? - zapytała z rozbawieniem. - Dobrze, że nie mam problemów z arachnofobią. Włożę to do mojego wyposażenia. Nie mam tego za wiele. W przeciwieństwie do niektórych… - Rzuciła rozbawione spojrzenie w kierunku Foxa. - Nie lubię dźwigać zbyt wiele.
Alker, który kręcił się po domu, sprawdzając wyjścia i okna, teraz dopiero włączył się do tej rozmowy.
- Jak na mój gust to ten pajączek wygląda całkiem zgrabnie. Podoba mi się też opcja zwiadu wykonanego deską sedesową - roześmiał się. - Jak nie będzie się ich tam za dużo kręcić to mogę sam podjechać. Bez sprzętu Scrap wywinę się jakoś. Mogę nawet przedstawić prawdziwą bajeczkę, że kogoś szukam. Jak daleki zasięg ma ten dron?
- Moja droga Valerie, nie wystarczy ci, że masz nas takich pięknych tutaj? Dla równowagi świata przedmioty mogą być brzydsze - roześmiał się Kane. - Jak się będzie dało, zrobimy najpierw zwiad. Jaki plan dalej? Najpierw robimy za nomadów, pieprzymy o szukaniu nowego życia i zupełnie nie pytamy o porwanych?
Wyjął następne udko mikrokurczaka i kilkoma kęsami je ogryzł, kością celując we Frugo.
- Pamiętam jak płakałaś, nie mogąc go zabrać do dżungli.
- To było smutne rozstanie - westchnęła i pociągnęła nosem Scrap. - Na szczęście tu nie muszę, bo się może przydać pomimo ilości lasów - pogłaskała czule drona. - Komunikuję się z nim przez satelitę, to powoduje delikatne opóźnienia, lecz dzięki temu zasięg ma wielu kilometrów. Nawet siedząc tu mogłabym podglądać Everett, ale wolę nie próbować, żeby mi wojsko go nie strąciło.
Zaczęła kompletować wyposażenie, te zabierane układając w jednym miejscu, resztę chowając do walizek i przesuwając w róg pomieszczenia.
- Skoro robimy to tak to lepiej do Granite Falls wjechać za dnia, moim skromnym zdaniem - wstała, a oczy nagle jej zabłysły. - No, to ja się obnażyłam. Teraz wy mi pokażcie swoje sprzęty!
- To twoje Frugo ma jakąś opcję kamuflażu? - Zapytała zwiadowczyni ignorując kolejne pytanie o swój sprzęt. - Jeśli nie, może narobić więcej problemów niż przynieść pożytku.
Scrap spojrzała na Shade z wyrzutem i bólem, jak gdyby to pytanie ubodło ją mocno. I tak mogło w rzeczywistości być.
- Frugo potrafi się wznieść na wysokość kilometra, jest niewidoczny dla ludzkiego oka w takiej odległości - odpowiedziała, ale już bez uśmiechu.
Fox, najedzony już wcześniej, od razu po wejściu do wynajętej kwatery bezceremonialne udał się do kibla. Gdy wyszedł lżejszy o parę kilogramów, sprawiał wrażenie człowieka ukontentowanego. Usiadł na swoim łóżku, przyglądając się kolejnym wyciąganym przez Scrap dronom.
- Czyli sedes robi nam zwiad ogólny - rzucił po ostatnich słowach najemniczki. - Możemy go wysłać jeszcze przed Alkerem, potem pomoże śledzić vana i wypatrywać ewentualne blokady czy zagrożenia. Dzięki temu będziemy mogli trzymać się w dużej odległości od pojazdu. Póki co róbmy za nomadów i znajdźmy tę ruinkę Shade. Następnie możemy sprawdzić wjazdy do Granite Falls, zobaczyć, jak tam wygląda sytuacja. Jeżeli informacje Alkera są aktualne, to na obrzeża mamy szansę dojechać bez ekscesów, ale do samego miasta za dnia tak po prostu nie wjedziemy, więc jeśli już, próbowałbym dostać się tam nocą. Ja jednak nie wchodziłbym tam na ślepo, byleby wleźć, a potem błądzić i włóczyć się po mieście. Proponuję, by wcześniej spróbować nawiązać kontakt z osobą ze środka, o której wspominałem. Dowiedzieć się, czy zechce się z nami spotkać i gdzie. To dałoby nam jakiś konkretny cel i konkretne miejsce, a to już coś - Raver skończył mówić, po czym zaczął grzebać w swoim plecaku. Wyciągnął z jednej z kieszeni małe coś, przypominające nieco kształtem i wielkością kulę bejsbolową, po czym położył to na stolik, a sam w ręku trzymał niewielkie urządzenie, które musiało być panelem sterowania. Robocik wysunął małe nóżki i zastygł bez ruchu na samym środku stolika.
- Tak się składa, że mam też własnego drona - uśmiechnął się do Dawn. - Lata, jeździ, cyka fotki i nagrywa w różnych trybach, na manualu lub automacie, a poza tym może wysyłać alarmy w przypadku wykrycia postaci, których nie ma w swojej bazie. Dobry zatem i na zwiad, i jako system wczesnego ostrzegania.
- Nie jestem przekonana do tych wszystkich zabawek. - Szczerze powiedziała Valerie. - Niektóre owszem mogą być przydatne, ale moje doświadczenie podpowiada mi, że zawsze w nieodpowiednim momencie narobią kłopotu. Fox, Kane pamiętacie Zoltana i jego mecha bardzo dobrze. W ostatecznym rozrachunku więcej było z tym problemów niż korzyści. Skoro to Scrap jest specjalistką od takich urządzeń, proponuję Felix byś się bez potrzeby nie wychylał ze swoim.
- Z drona korzystam, gdy może być przydatny, a ta zabawka na szczęście nie jest taka duża jak Zoltanowa - odpowiedział zwiadowczyni Fox, po czym z kieszeni kurtki wyciągnął inne urządzenie wyglądające nieco jako pilot i wskazał nim miejsce obok Valerie, na którym wyrosła druga postać, a konkretnie - drugi Raver, tak samo poharatany jak prawdziwy. Projekcja zrobiła pokazowy, ceremonialny wręcz ukłon przed Shade, po czym wyszczerzyła się do niej w uśmiechu. - Ta z kolei kilka razy ratowała mnie z opresji, jak może sobie przypominasz. Doceniam taki sprzęt, chociaż traktuję czysto użytkowo. Nie sądzę, byś przestała korzystać ze swojej czapki-niewidki, mimo iż sam pamiętam, jak wysadziło ją EMP i też przestała działać - wzruszył ramionami.
- Nie do końca dobrze mnie zrozumiałeś, Felix - Alker odniósł się do planu przedstawianego przez najemnika, zupełnie nie wtrącając się w rozmowę o sprzęcie. - Do Granite Falls może wjechać każdy kto chce. To jak miasto graniczne. Dalej nie pojedziesz, na pytania odpowiada milczenie, ale wjechać się da. Nikt cię nie zaatakuje. Jeśli chcecie oficjalnie dostać się do Republiki to albo tam albo w Arlington. A jak chcecie się wkradać to bezdrożami, ale chyba nie po to kupiliście motory, aby się zakradać.
- To że mam zastrzeżenia, nie oznacza jeszcze, że jestem przeciwna każdej technologii. Po prostu wypytuję o szczegóły, by lepiej osądzić ich przydatność. W końcu wygląda na to, że większość z nich jest nastawiona na działalność zwiadowczą, a więc zdecydowanie wkracza na moje pole działania i wolałabym raczej mieć z ich strony pomoc, a nie problemy. Nie bierzcie sobie moich uwag osobiście. - Przy tych słowach Shade popatrzyła na siedzącą z pochmurną miną specjalistkę od robotyki. - Co do planu zdecydowanie wkraczamy do zamkniętej strefy jawnie więc w dzień. Jeśli udajemy nomadów nie możemy się ukrywać. Musimy jeszcze ustalić jak się przedstawiamy? Co powiecie by używać naszych pseudonimów?
- To rzeczywiście ułatwia decyzję, możemy próbować zatem w dzień - potwierdził Raver. - I jestem za korzystaniem z naszych pseudonimów. Mamy to w nawyku, nie trzeba niczego wymyślać.
- Zgadza się, najprostsze rozwiązania są najlepsze. I te nasze ksywki pasują do nomadów - zgodził się Kane. - I nie bój się, Shade. Te małe zabawki nie zamienią się w kilkutonowego mecha, sprawdzałem poprzednio. Nikt nie będzie ci tuptał za plecami - wyszczerzył się. - Dobra, to postanowione. Śpimy do północy i jedziemy do kwatery przy Everett. Jak się uda zadomowić to spróbujemy doprowadzić chociaż jeden fragment do używalności, a rano wyruszamy do Granite Falls. Ten sen teraz nam się przyda, nie wiadomo kiedy następnym razem zdarzy się okazja.
- No to mamy plan. Co do Kwatery w Everett, nie powinna być gorsza niż w Mogadiszu. - Zaśmiała się zwiadowczyni na wspomnienie tego czym mogli dysponować w czasie jednego ze wspólnych zleceń. - Tyle że klimat mamy tutaj znacznie gorszy. W sumie ostatnio stwierdziłam, że lubię zlecenia w ciepłych krajach. Przynajmniej tyłek nie marznie, kiedy trzeba go obnażyć.
- A co to za specjalne zadania tego wymagają? - roześmiał się Timothy. - Tu nie jest jeszcze tak źle, w najbliższych dniach zapowiadają podobną pogodę, w nocy będzie schodzić do minimalnie pięciu stopni według prognoz.
- Spróbuj się wysrać przy minus pięćdziesięciu, to zrozumiesz w czym problem. - Mrugnęła do niego najemniczka. - Nie wspominając o innych silnych potrzebach…
- Staram się unikać takich temperatur. Przedstawione w ten sposób to mocno zastanowiłbym się nad nie zdejmowaniem do tego spodni - roześmiał się raz jeszcze. - Nie wiem ile masz silnych potrzeb, ale sposobów na rozgrzanie jest dużo.
- Nie mam nic przeciwko by się z nimi zapoznać… - Valerie była wyraźnie rozbawiona. - W końcu do północy wiele czasu, a mój lot klasą biznes był wyjątkowo wygodny.
- Jestem pewien, że jeden z pokoi ma zarówno łóżko jak i działający grzejnik - zapewnił Alker. - Trzecie źródło ciepła jest przenośne.
- Łóżko? Grzejnik? To takie banalne. - Kobieta wzruszyła ramionami i żartobliwie wydęła wargi. - A już myślałam, że zaproponujesz coś odkrywczego na zewnątrz. Ile to miało być stopni? Pięć? To chociaż odrobina wyzwania…
- Odkrywczego? - spojrzał w stronę bojowego drona. - Scrap, jak mocno się rozgrzewa Bob?
- Hmmmm… - zapytana przyłożyła palec do brody. - Mógłby poradzić nawet na minus pięćdziesiąt, ale bardzo punktowo - uśmiechnęła się uśmiechem osoby właśnie sobie to wyobrażającej.
- Valerie, zawsze szukasz skomplikowanych rozwiązań prostych sytuacji. Po co kombinować skoro w grupie najcieplej, zwłaszcza z dużą ilością tarcia - wyszczerzył się Kane, rozbawiony rozmową.
Kobieta parsknęła śmiechem, najwyraźniej wizualizując sobie to co powiedział Irlandczyk.
Fox przyglądał się dronowi bojowemu z uśmieszkiem na ustach, po czym jednak pokiwał głową, mrucząc pod nosem:
- Ech, cholera. Ja to jednak jestem tradycjonalistą.
 
Widz jest offline  
Stary 16-11-2019, 21:41   #5
 
Cybvep's Avatar
 
Reputacja: 1 Cybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwu
Północ nadeszła szybko, te kilka godzin poświęcili na być może ostatni spokojny odpoczynek podczas tej misji. Nikt ich nie niepokoił, ilość świateł z każdą godziną zmniejszała się, aż praktycznie pozostały tylko nieliczne latarnie, oświetlające głównie skrzyżowania małych, osiedlowych uliczek tego podmiejskiego osiedla. Gdzieś szczekał pies, z głównej drogi od czasu do czasu dobiegał dźwięk silnika jednego lub kilku licznych w okolicy motorów. Pozostawiane tu rzeczy Scrap zamknęli w piwnicy i zabezpieczyli na tyle, ile się dało. Pozostałe należało spakować do motorów. I mogli ruszać poza bezpieczną strefę.
Kane nigdy nie był maniakiem motocykli, lubił jednak na nich od czasu do czasu jeździć. Dawały poczucie swobody i szybkości, niektórzy gadali, że i władzy nad światem. Wtedy nie miał obciążenia, zwykle nie miał wiszącego nad głową zadania do wykonania. Obecnie przyszło do pakowania sprzętu i motory przestawały być cool. Zwykłe rzeczy upakował do sakiew, broń krótką trzymał w kaburze pod kurtką, dół pancerza na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się od grubych spodni - założył go na siebie. Już z shotgunem był pewien problem, O'Hara uparł się go nie rozkładać. Owinął kocem i przywiązał wzdłuż maszyny. Górna część pancerza nie nadawała się do zupełnego ukrycia. Hełm częściowo się składał, a nowoczesna kurtka i kamizelka pozwalały się znacząco wyginać, co nie zmieniało istotnego faktu: było to duże. Irlandczyk zastosował więc mieszaną metodę. Torbę podróżną zostawił w wynajętym domu, zabrał za to plecak, pakując tam wszystko co nie zmieściło się do sakiew.
- Nomadzi dobytek wożą na plecach, aye? - zapytał pozostałych, z dobrą miną do złej gry, bo na profesjonalnego gangstera nie wyglądał. Z ciekawością przyglądał się jak poradzi sobie Fox z całym swoim arsenałem.

Karabin snajperski Ravera był zdecydowanie najdłuższą z broni posiadanych przez najemników, a Fox szedł o zakład, że również najdroższą. Noszony tradycyjnie, na plecach, był praktycznie nie do ukrycia. I właśnie dlatego był składany. Anglik, pewnymi ruchami, wskazującymi na to, że robił to już wcześniej wiele razy, odkręcił tłumik, odczepił lunetę, po czym rozłożył swoją broń na kilka części, i po kolei wkładał je do walizki wraz z amunicją. Walizeczka była dostosowana stricte do broni Felixa - jak ktoś się jej przyglądał, to widział, że wszystko miało tam swoje miejsce. Rozmieszczenie elementów nie było przypadkowe, każdy centymetr był skrzętnie wykorzystany. Snajper zamknął walizkę i wsadził ją pionowo do kufra przy motorze.
Następna na ruszt poszła szturmówka. Niewielkich rozmiarów, lekka i poręczna, wylądowała w wodoodpornym (jak zresztą wszystkie, które Raver wykorzystywał) pokrowcu, o opływowym kształcie, przypominającym nieco mały śpiwór. Klasycznie także ta broń była noszona na plecach, tym razem jednak Fox przymocował ją do motoru, po prawej stronie. Karabin był zabezpieczony, lecz załadowany. Dodatkowe trzy magazynki Brytyjczyk schował w swojej kurtce, a pozostałe przerzucił do plecaka. Ostatnia z broni posiadanych przez snajpera - pistolet z tłumikiem - była najłatwiejszą do ukrycia, gdyż bez problemu można było ją schować w kurtce. Fox nie przepadał za pistoletami z zasady, ale w ostatnich latach używał ich znacznie częściej niż by chciał. Los sprawił, że po akcji w Norylsku przez jakieś dwa lata zajmował się głównie sprzątaniem. Konkretniej - sprzątaniem gangsterów w Liverpoolu. I owszem, gdy szło gładko, Felix był jak duch - eliminował cel, po czym się zmywał i tyle go widzieli. Starcia gangów rządzą się jednak własnymi prawami - zasadzki w wąskich uliczkach, napady w pubach, wykorzystywanie lokalnych meneli i patoli jako konfidentów, odcinanie dróg ucieczki. Snajperowi nierzadko przychodziło mierzyć się z sytuacjami, w których miał szeroko rozumianych wrogów bliżej siebie niż dalej, i musiał się do takich warunków jakoś zaadaptować. W efekcie Raver zdążył już przywyknąć, że pistolet jest przedłużeniem jego ręki, a dron - to dodatkowa para oczu, czy może kamer, i to z alarmem.
Pancerz Foxa należał do lekkich, elastycznych i wygodnych, przez co snajper po prostu się w niego ubrał, a następnie narzucił na siebie długą, skórzaną kurtkę, z symbolem feniksa na prawym ramieniu. Kurtka miała imponującą liczbę kieszeni zewnętrznych i wewnętrznych oraz regulowany pas, który Raver dostosował tak, by go nie uciskał za mocno, gdy siedział na motorze. To natomiast, czego Fox nie miał na sobie, to egzoszkielet. Mimo iż ten sprzęt nie miał nic wspólnego z ciężkimi pancerzami wspomaganymi i w ogóle nie krępował ruchów, to owijał Felixa niczym gąsienica od stóp po szyję i trudno go było ukryć tak by nadal uchodzić za nomada. Zwinięty, powędrował zatem do plecaka. Małe przedmioty, takie jak holoskaner, Fox mógł mieć blisko przy sobie. Większe, których już wiele więcej nie miał, wylądowały w kufrach, w tym zwłaszcza bojowy hełm, który w pokrowcu w zasadzie mało różnił się od kasku.
Anglik wsiadł na Harleya, założył nowo nabyte ciemne okulary. Po chwili rozległ się głośny warkot silnika, gdy testował sprzęt.
- No mówiłem - odpowiedział w reakcji na słowa O'Hary. - Jak żółwie.

Shade nie miała ze sobą wiele rzeczy, więc wszystko udało jej się upakować do obszernych sakw zamontowanych po bokach motoru, które zakupiła razem ze sprzętem. Swój specjalny kombinezon, który tak bardzo chciała zobaczyć druga najemniczka, założyła na siebie, a na wierzch zarzuciła kurtkę. Na biodrach zapięła pas z wsuniętymi w specjalne, ukryte przegródki nożami. Czarne, skórzane spodnie skafandra idealnie pasowały do stroju motocyklisty. Do tego wciągnęła na nogi, również czarne, wygodne skórzane buty, idealnie dopasowane do nogi, a na szyji zawiązała czarna chustkę, którą można było założyć na twarz, by chronić się przed pyłem drogi i wyziewami spalin innych pojazdów. Popatrzyła na siedzącego na sąsiednim pojeździe Anglika i wyszczerzyła się do niego pogodnie:
- No, widzę że zabezpieczyłeś się na nocne słońce.
- No pewnie - odpowiedział Fox z uśmiechem, po czym kliknął na przycisk na boku okularów i oba szkła się schowały, tak by Shade również mogła spojrzeć najemnikowi w oczy. - Ale nie martw się, są też takie bajery. Wersja dla niewidzących nocą - mrugnął do zwiadowczyni.
Bez zaskoczenia, Scrap skończyła się pakować jako ostatnia. Wcale nie dlatego, że miała najwięcej wyposażenia, wystarczyło przecież spojrzeć na Foxa. Problem stanowił głównie Bob, którego dopóki nie mogłą wypuścić swobodnie, to nie mieścił się w swojej formie nawet w dużym kufrze trzykółki. Odkręcała więc płaty pancerza i ramiona, wyczyniając swoistego tetrisa, zanim nie zmieścił się wraz z resztą i kocem na górze. Wtedy okazało się, że coś się poluzowało i stukało przy każdym ruchu, przez co wyjmowała połowę rzeczy i układała je ponownie, bardzo delikatnie i dokładnie. Wreszcie uśmiechnęła się zadowolona. Poza tym najmniejszy dron pozostał z nią. Ubrana i wyposażona była najlżej ze wszystkich - ubiór stanowiły terenowe buty, szerokie spodnie z kieszeniami, top i gruba kurtka, pod którą wszyta została lekka kamizelka kuloodporna i kolejne kieszenie. Zmieścił się w nich Frugo, pistolet, trochę amunicji, kilka urządzeń wiadomego i niewiadomego przeznaczenia, noktowizor i jedna albo dwie kanapki. I butelka wody.
- Wypuszczę nasze podniebne oczy, kiedy wyjedziemy ze strefy kontrolowanej. Nie wiem czy skanują niebo, wolę nie ryzykować.
Kane wyświetlił mapę, tak żeby wszyscy widzieli i zaczął wodzić po niej palcem.
- Proponuję trzymając się lokalnych i osiedlowych dróg wyjechać z Lynnwood na wschód i kierować się na północny-wschód. Zrobić zwiad mostów przy Snohomish i jak nie będzie wyglądało to źle, tam przekroczyć rzekę. Co Wy na to? Wszystko na wyciszonych wydechach.
- Jak dla mnie plan jest ok. - Odpowiedziała zwiadowczyni.
- Ok, spróbujmy - potwierdził Fox.
Dawn skinęła energicznie głową i zwinnie wskoczyła na siodło swojej maszyny.

Cztery motory i van wyjechały z garażu, pozostawiając za sobą pusty dom, gdzie kryło się jedynie kilka ukrytych fantów. Ciche, ciemne ulice przemierzali powoli, posiłkując się gpsami i mapą, starając się unikać wszelkich potencjalnych nieprzyjemności i niepotrzebnego zwracania uwagi. Przez dłuższy czas nawet im to wychodziło, a minięty w pewnej odległości patrol policyjny nie zwrócił na nich większej uwagi. Lub w pojedynkę nie uśmiechało się im zaczepiać takiej grupy, która nocą robiła jeszcze silniejsze wrażenie niż w dzień. To jednakże nie trwało długo, bowiem Lynnwood nie było duże. Z niego przejechali do podobnego w wyglądzie Alderwood Manor, miejscowości przeciętej międzystanówką, drogą 405, w dużej mierze puszczoną powyżej sennego miasteczka. Na trasę szybkiego ruchu nie było tu wjazdu, ale były za to tu i ówdzie przejazdy pod nią. Jeden z nich wybrał Kane właśnie tu, a kiedy się do niego zbliżyli, dowiedzieli się dlaczego właśnie tu rząd ustalił strefę - była łatwa w kontroli. Droga z tej strony stanowiła naturalną barierę, a na przejazdach stała policja, barykada i wojskowy wóz terenowy. Jak tylko zobaczyli zbliżające się światła, jeden z nich wyszedł przed barykadę i gestem dłoni z lizakiem kazał zjechać na bok. Posterunek nie był oświetlony, ale reflektory ujawniły obecność co najmniej czterech innych osób z bronią długą.
Spodziewali się czegoś podobnego, Kane nie był tym zaskoczony. Unikanie głównych dróg nie miało na celu ominięcie glin, tylko nie rzucanie się w oczy. Posłusznie zjechał więc na skraj drogi, podjeżdżając pod machającego policjanta i zatrzymując się. Nie zgasił maszyny. Dawn poszła za jego przykładem, stając kilka metrów za motorem Irlandczyka. Sięgnęła niepozornym gestem do kieszeni i wypuściła Bzzt’a. Dron pofrunął w górę i szybko zniknął w ciemności. Uruchomiła tryb nocny swojego zmodyfikowanego holofonu i wyświetliła obraz z robocika na motorze tak, żeby tylko ona go widziała. Na dłoń wsunęła trzymaną w jednej z kieszeni rękawice konsoli sterowania i drobnym gestem kciuka skierowała go nad barykadę. Wszystko trwało może cztery sekundy, wskazując na wprawę w Scrap w podobnych działaniach.
Shade zatrzymała się zaraz obok Kane'a. Podobnie jak on nie zgasiła motoru. Rozsiadła się nonszalancko na siedzeniu, jedną długą nogę opierając na ziemi. Ze spokojem przyglądała się policjantowi, który ich zatrzymał. Zasadniczo nie miał powodu, by ich nie wypuszczać z kontrolowanej przez rząd strefy, ale na świecie pełno było ludzi, którzy zupełnie bez powodu szukali kłopotów. Dlatego, wbrew swojej postawie, była przygotowana by w każdej chwili zejść z pojazdu i wmieszać się do akcji. Fox stanął niedaleko Scrap, nie schodząc z Harleya. Odsłonił szybki okularów i całej sytuacji przyglądał się dość obojętnie, nie zamierzając nikogo prowokować. Nie ukrywał rąk ani nie wykonywał żadnych gwałtownych gestów, by żaden ewentualny narwaniec nie miał głupich pomysłów. Póki co wyglądało to na rutynowe zatrzymanie, może zatem obędzie się bez awantur.
Gliniarz zbliżył się, trzymając dłoń na kaburze z pistoletem. Dwóch innych z bronią długą wyłoniło się zza barykady, osłaniając swojego kolegę. Bzzt w tym czasie już zdążył wychwycić jeszcze pięciu. Biorąc pod uwagę ilość dróg, rząd musiał poświęcać naprawdę duże środki na utrzymanie porządku i prawa w środku tej strefy.
- Proszę udostępnić swoje ID. Późna pora na jazdę - odezwał się ten pierwszy, patrząc na O'Harę, ale mówiąc do wszystkich. Kiedy podszedł na wyciągnięcie ręki do Irlandczyka, ten już dobrze widział jak czujne i ruchliwe było jego spojrzenie. - Jaki był cel waszego pobytu w Seattle?
- Jesteśmy nowi w tej okolicy, panie władzo. W Seattle przejazdem, po zapasy - odpowiedział najprościej jak się dało Kane, wyświetlając swoje najemnicze ID. - Nie szukamy tu kłopotów.
- To wybraliście zły kierunek - gliniarz zeskanował e-dokument i ruszył od razu do stojącej najbliżej Shade. - Poza tą strefą panuje anarchia. O ile nie jesteście jej częścią, sugeruję się nie zatrzymywać w miastach.
Scrap wyświetliła swoje ID, nie odzywając się. Ustawiła Bzzta w jednej pozycji, gotowa do reakcji, gdyby zauważyła coś podejrzanego.
Podobnie Shade wyciągnęła rękę z wyświetlonym ID na nazwisko Valerie Rusht. Kane radził sobie z rozmową, więc nie było potrzeby się wtrącać. Kiedy jednak mężczyzna skanował dokument uśmiechnęła się uprzejmie i skinęła mu głową:
- Dziękujemy za ostrzeżenie.
Zeskanował ID Valerie, przechodząc tuż obok jej motoru i osoby. Czujna zwiadowczyni miała oko do takich rzeczy, wychwyciła jak ręka gliniarza ociera się niby to przypadkiem o jej motor. Poszedł dalej, skanować dokumenty Dawn i Foxa.
- Szukacie miejsca do życia czy pracy? Jednego i drugiego mamy tu sporo bez konieczności ryzyka - trudno było orzec do czego dąży. - Mało kto podąża tą drogą, jeśli nie ma określonego celu. Po ciała czasem nikt nie jeździ, obrabowane zalegają przy drogach.
Felix również wyświetlił ID, spokojnie odpowiadając policjantowi:
- Raczej nie będziemy tu za długo. Może dopisze nam więc szczęście.
Shade patrzyła uważnie jak mężczyzna podchodzi do innych pojazdów. Postanowiła sprawdzić dokładnie maszyny towarzyszy, gdy tylko oddalą się na bezpieczną odległość od strażników.
- Jesteśmy nomadami, panie władzo - ton O'Hary był swobodny, beztroski prawie. Musiał przy tym zatuszować błąd Foxa. - Droga to nasze życie. Może pojedziemy do Kanady, może na wschód, kto wie. Praca w jednym miejscu to nie dla nas, podobnie jak osiedlenie się w mieście.
- Międzynarodowe towarzystwo - skomentował jeszcze funkcjonariusz, kiedy już zeskanował wszystkie ID. Odsunął się. - Jedno ostrzeżenie. Gdybyście skumali się z kimś po tamtej stronie, nie będziecie już mieli wjazdu do Seattle. Ani do wielu innych miejsc - jego ton nie sugerował nienawiści, był stwierdzeniem faktu powtarzanym nie po raz pierwszy. - Co na pewno utrudni wam tułaczkę. Powodzenia, przyda się wam - zasalutował niedbale i wskazał na drogę, gdzie jego koledzy odjeżdżali właśnie na bok blokującym przejazd radiowozem.
Gdy odjechali na odległość uniemożliwiającą usłyszenie ich od strony posterunku zwiadowczyni zrównała się z Kane'em i wskazała mu dłonią pobocze jednocześnie kładąc palec na ustach, w odwiecznym znaku nakazującym milczenie. Gdy zatrzymała pojazd najpierw sprawdziła miejsce, gdzie strażnik położył swoją dłoń, w geście sugerującym, że mógł tam coś przykleić. Gdyby nie doświadczenie i dobra pamięć wzrokowa, nie znalazłaby tego. Palec ledwo wyczuwał coś przyklejonego do karoserii, niczym malutki kawałek przeźroczystej taśmy klejącej. Kobieta zapaliła latarkę i dokładnie przyjrzała się temu co było tam przyczepione. Nic nie zobaczyła. Podeszła do siedzącej na swoim motorze Scrap i zapytała przysuwając usta do jej ucha:
- Masz może pęsetę i coś wygłuszającego ewentualny podsłuch? Może miałabyś ochotę w lepszych warunkach zbadać to co nam przykleili? Jeśli nie, po prostu to zniszczę. Warto by jednak może sprawdzić co to jest i jak działa oraz jak to wykryć, by mieć pewność, że nikomu innemu nic takiego nie podłożyli.
Dawn zsiadła z motoru i podeszła do kufra, grzebiąc w nim dłuższą chwilę i wyciągając małe, czarne pudełeczko. Uruchomiła i odezwała się.
- A więc to stąd ta dziwna rozmowa. Mogę zeskanować nasze motory - uniosła rękę, na której rzucał się w oczy duży, zmodyfikowany holofon. - Zbadanie niewiele mi da, tego typu urządzenia należałoby hakować, na tym się nie znam.
Fox zatrzymał się razem z resztą i zszedł z Harleya. Widząc poruszenie wśród najemniczek, podszedł do nich bardzo blisko, a gdy zrozumiał, o czym rozmawiają, wskazał palcem miejsce z boku, dalej od motorów. Mimo to, mówił do nich bardzo cicho:
- Nasz gospodarz miał wygłuszacz w hotelu. Może ma takich więcej albo chociaż się na tym zna?
- Przecież to jest wygłuszacz - zdziwiona Scrap pokazała mu pudełko.
- Świetnie - odpowiedział Raver. - Zabezpieczyłaś się, jak widzę. Myślisz, że te urządzenia mogą zareagować na próbę skanowania? Jak nowoczesny mogą mieć tu sprzęt? Jeśli takie posterunki to tutaj norma, to chyba ich stać na porządny.
Bailey zamrugała, potrząsnęła głową i zwróciła do Valerie.
- Pokaż mi co znalazłaś, a powiem wam co wygraliśmy. Nieważne co założyli, pozbywamy się tego i jedziemy dalej, takie moje zdanie.
Zwiadowczyni zaprowadziła druga kobietę do swojego motoru i wskazała ręką miejsce gdzie było urządzenie:
- Musisz dotknąć palcami, bo jest przeźroczyste i nie widać go bez wykrywacza. Dlatego dobrze byłoby przeskanować inne pojazdy czy też podobnych nie przykleił. Przede wszystkim vana, który jest spory i ma dużo możliwych miejsc do umieszczenia.
- Nie moje oczy patrzą - druga z kobiet włączyła skaner w holofonie i zbliżyła przedramię do motoru, zerkając na odczyt. Ten po krótkiej chwili pokazał kilka mikroskopijnych obwodów, podając ich typ. Nie było mowy, żeby to był mikrofon, odczyt byłby zbyt słaby. Ale do śledzenia? Wystarczający.
- Możemy spokojnie rozmawiać, to nie podsłuch - powiedziała głośno i wyłączyła zagłuszacz, oszczędzając baterię. - Z jakiegoś powodu gliny chciały nas śledzić. Sprawdzenie każdego pojazdu trochę mi zajmie. Zgaduję, że wykorzystują to do porównywania twarzy wraz z trasą, gdy ktoś chce wrócić do Seattle.
- To może, niezależnie ile ich znajdziemy, przeklejmy to na Vana, który będzie grzecznie siedział w Everett? - Zaproponowała Shade. - Skoro to tylko GPS, możemy się tym zająć jak dojedziemy do tymczasowej siedziby. Co o tym myślisz Kane?
Alker widząc przedłużający się postój, wysiadł z samochodu chwilę wcześniej i dołączył do nich, obserwując poczynania Scrap. Słysząc propozycję, wzruszył ramionami.
- O ile wam nie przeszkadza, że poznają lokalizację tej rudery, do której zmierzamy. Tego vana mogę zmienić, ale nie od razu.
- Ostrożności nie za wielę, ja to bym to wrzucił do jakiegoś pudła i zostawił gdzieś w innym miejscu niż kryjówka - wtrącił się Fox. - Jeżeli będziemy musieli wrócić i rzeczywiście porównują ID z trasą, to zawsze możemy zabrać te urządzenia z powrotem. Wystarczy, że sami zapiszemy współrzędne lub zapamiętamy miejsce, gdzie je zostawimy. Tak czy siak, teraz może niech jeszcze zostaną. Jak tak szybko urwie się ślad, na bezdrożach, to na pewno będzie podejrzane.
- Zgodnie z prawem, które ich obowiązuje, nie mogą nikogo śledzić tak po prostu, bez nakazu związanego z podejrzeniem przestępstwa - Timothy nie wydawał się wierzyć w swoje słowa. - Mogą to równie dobrze wykorzystywać do śledzenia aktywności gangów lub szykują jakąś akcję. Jeśli to zagłuszaliście, to już mieli nietypowe przerwanie. Równie dobrze można się tego pozbyć.
Milczący do tej pory Kane odniósł się najpierw do słów Shade.
- Nie wiadomo czego chcą, proponuję porzucić to przy rzece. Nie przeszkadzajmy im sądzić, że staliśmy się tymi ciałami przy drodze. Prawo mam gdzieś tak samo jak oni, za to kurewsko nie lubię być śledzony. Przy dobrych wiatrach do Seattle wracamy dopiero po zakończeniu misji.
- Dobrze - Skinęła głową Valerie. - W takim razie kolejny postój przy rzece. Znajdziemy jakieś spokojne miejsce. Tam możemy dokładnie przeskanować pojazdy.
- Lepiej teraz - zasugerowała Scrap, będąca już w trakcie skanu. - Nie wiemy co zastaniemy przy rzece.
- Jeśli tak wolisz. - Shade wzruszyła ramionami i postanowiła się przespacerować trochę po okolicy. Skoro mieli nieco czasu mogła rozprostować kości. Jej organizm nie był jeszcze przyzwyczajony do jazdy na motorze.

Dawn poświęciła niecałe pół godziny na bardzo dokładne przeskanowanie motorów i vana, biorąc pod uwagę wszystko co inni powiedzieli jej o pozycji gliniarza, ale nie znalazła żadnych innych nadajników. Przezorny zawsze ubezpieczony jak to mówiono. Szybko ruszyli dalej, przez następne kilkanaście kilometrów przemierzając okolicę podobną i inną jednocześnie. Jednorodzinne domy rozsiane przy osiedlowych dróżkach, jeden obok drugiego. To nie różniło się od Lynnwood. Ale w żadnym nie paliło się światło, nie działały również latarnie. Urojone miasteczka, pozostałość dawnej cywilizacji. Obecnie puste łupiny, które zająć mógłby każdy - tyle, że nikt nie chciał. Większość budynków zapewne była zrujnowana podobnie jak ten, do którego zmierzali.
Nagle skończyły się, a droga wypadała na otwartą przestrzeń, na pola uprawne, obecnie zapewne stojące odłogiem. Na jesieni, w środku nocy, żadne z nich nie było w stanie tego sprawdzić. Znajdowali się obecnie trzy kilometry od najbliższego mostu przy Snohomish. Już z tej odległości dostrzegali delikatną łunę świateł miasta, które najwyraźniej nie było tak wymarłe jak okolica, którą właśnie minęli.
- Dobre miejsce na zwiad - powiedziała Scrap do wszystkich, zatrzymując swój motor i gasząc światła. Zeszła i wyjęła Frugo, włączając go i kalibrując konsolę pod niego. Dron zaczął szumieć, magnetyczny silnik uniósł go w górę. - To do roboty - pogładziła go czule i poruszyła rękawicą, zmuszając go do gwałtownego i szybkiego nabierania wysokości. Prawie od razu zniknął im z oczu. - Puszczę go najpierw wzdłuż rzeki, po wszystkich mostach. I nad światłami w mieście, poszukam aktywności.
Frugo poruszał się nie tak żwawo jak drony odrzutowe, ale za to bardzo stabilnie, wzlatując na bardzo dużą wysokość, jak na tak niewielką maszynę. Po kilku minutach na wyświetlaczu pojawił się dokładny obraz pierwszego - licząc od zachodu - mostu, a zaraz potem następnych. Dwa pierwsze przeznaczone były dla samochodów i wyglądały na zachowane w stopniu wystarczającym do swobodnego przekroczenia ich. Trzeci - pierwszy z dwóch kolejowych - zawalił się i nikt najwyraźniej nie czynił żadnych ruchów w stronę odbudowania go. Czwarty, skierowany na wschód i również kolejowy, wydawał się przejezdny. Może van miałby problemy, ale motory na pewno nie.
I tylko bezpośrednio przy tym czwartym nie było śladów życia.
W zabudowaniach przed pierwszym z mostów dron wychwycił zaparkowaną furgonetkę i trzy motory, a przynajmniej w dwóch oknach ciągle paliły się światła. Drugi prowadził do centrum miasteczka, wyglądającego na żywe - tu i ówdzie parkowały motory i samochody, część knajp musiała jeszcze ciągle być czynna. Kręciło się kilku ludzi. Nawet pobliskie lotnisko dla awionetek oświetlono, prawdopodobnie aktywnie z niego korzystając. W ogóle jak na pozbawione rządowego wsparcia miejsce, było w nim dużo światła. Większość latarni ulicznych działała. Ruchu nie było, ale w końcu był to środek nocy - za to Frugo po zawróceniu i wykonaniu kółka nad Snohomish - zarejestrował jakąś sporą imprezę przy lokalnym stadionie i częściowo na nim. Parkowało tam kilkadziesiąt motorów, kręciło się sporo ubranych w skóry osobników. Mogła to być nawet główna siedziba jednego z lokalnych gangów.
Kane porównywał obraz z kamer z satelitarną mapą, milcząc do momentu, w którym dron zataczał już koło nad miastem.
- W grę wchodzi tylko ten pierwszy most lub kolejowy. Przy pierwszym ryzykujemy, że jak nie przejdziemy odpowiednio szybko i cicho, to spróbują nas zatrzymać. Ten drugi wymusza mocne nadłożenie drogi i nie wiadomo co trafimy tam dalej. Moim zdaniem im krótsza trasa tym lepsza. Możemy spróbować przemknąć cicho i na zgaszonych światłach.
- Tak, czasami najprostsze rozwiązanie bywa najlepsze. - Zgodziła się z Irlandczykiem zwiadowczyni.
- Zostawię Frugo na górze, będzie mnie ostrzegał o każdym ruchu w dużym promieniu ode mnie - Scrap już ponownie wsiadała na motor.
- Ruszajmy - Fox też nie zwlekał. Zgodnie z ustaleniami, do mostu mieli podjechać na zgaszonych światłach. Droga krótsza była warta wypróbowania, choć najemnik miał spore wątpliwości do możliwości “cichego” przemknięcia bez zatrzymania wraz z vanem. Może przynajmniej dron Scrap w razie czego w porę ich ostrzeże.
Światła zostały wygaszone, otoczyła ich czerń pochmurnej nocy. Z chmur ciągle nieprzyjemnie mżyło, temperatura spadła do kilku stopni, wcale nie uprzyjemniając tej podróży. Scrap było zwyczajnie zimno, skórzana kurtka nie dawała wystarczającej ilości ciepła temu szczupłemu ciału. Nie pierwszy raz przełamywała swoje bariery, jak oni wszyscy zresztą. Noktowizory powędrowały na oczy, niezbędne w takich warunkach. Nawet z nimi podróż stała się wolniejsza, ale na szerszą drogę wjechali już po dwóch kilometrach i tam przycisnęli. Światła latarni przed i za mostem nieco rozmazywały zieleń noktowizji. Cztery wyciszone motory i van z elektrycznym silnikiem sunęły coraz szybciej. Tutejsi nie obawiali się widocznie ataku w tym miejscu, mosty nie zostały zabarykadowane - co przecież wychwyciłby dron. Może wbrew tym żołnierzom życie tutaj nie było aż tak barbarzyńskie?
Przejechali z wysoką prędkością obok zabudowań, przy których widzieli motory i furgonetkę, wjechali na most i już byli przy jego końcu, kiedy Dawn usłyszała ostrzegawczy brzęczyk, a na holowyświetlaczu pojawiło się czerwone kółeczko, a zbliżenie pokazało trzech ludzi wskakujących na motory i odpalających je.
- Mamy ogon - poinformowała od razu pozostałych najemników Scrap. - Trzy motory, na pewno powiadomią innych.
- Spadajmy stąd - bez wahania zasugerował Fox, nie zwalniając. Jadąca na przedzie Shade, po informacji otrzymanej od Scrap prawie podświadomie zarejestrowała drogę z lewej strony:
- W lewo! - Krzyknęła wcinając się w monolog snajpera i odbijając gwałtownie motorem, nie przejmując się zupełnie faktem, że wjechała pod prąd. Przy takim zagęszczeniu ruchu, nie miało to większego znaczenia.
Felix siłą rozpędu niemalże wyrecytował do komunikatorów, mówiąc szybko: - Na zachód, bez włączania świateł, trzymajmy się jak najbliżej rzeki, a jak tylko ich zgubimy, to odbijamy na północ i najkrótszą drogą do mostu przy dopływie Snohomish. Dalej będziemy kombinować, teraz po prostu omińmy miasto i ten stadion szerokim łukiem.
Kane zwolnił i wszedł w ostry zakręt zaraz za Rusht. Wziął łuk i jak wyjeżdżali na prostą, przepuścił dwa pozostałe motory, chcąc jechać jako zamykający tę małą kolumnę. Jak już mógł, spróbował wywołać mapę głosowym poleceniem do holo i zorientować się gdzie dokładnie się pchają.
- Scrap, jesteś naszymi oczami! Kieruj Shade.
- Robi się - odpowiedziała od razu.
Tego typu pościg mógł okazać się wyjątkowo długi i nieprzyjemny, jeśli całe motocyklowe miasto zacznie ich gonić. GPS wreszcie go umiejscowił, O'Hara odezwał się znowu.
- Przed nami luźna zabudowa i ciasne uliczki. Dawaj w prawo, potem znowu w lewo. Próbujemy ich zgubić.
Matematyki używał prostej: obciążone motory i van nie dadzą rady uciec po prostej. Jak się nie uda, pozostawało im Everett i nadzieja, że nie wszyscy są ze sobą skumani i chętni do pomocy.
Nawet pomimo wyciszenia, silniki harleyów warczały w nocnej ciszy, gdy najemnicy wyciskali z nich siódme poty. Frugo zarejestował jak trzy motory na zapalonych światłach wjeżdżają na most, od razu trzymając się lewej strony i skręcając tak samo jak uciekinierzy. Scrap wiedziała, że jeśli wykona polecenie Irlandczyka, nie będzie miała wglądu na to, co działo się dalej w mieście. Pościg miał przewagę znajomości terenu i wielu kumpli w pobliżu, jeśli chcieli uciec, musieli to zniwelować. Póki co droga była prosta, tuż przy rzece i ciemnych, w większości dawno porzuconych domach mijanych z dużą prędkością. Van szybko zaczął odstawać.
- Rozdzielamy się? - dotarło do nich pytanie Alkera.
Jadąca dalej na przedzie zwiadowczyni skręciła w prawo w pierwsza boczna ulice jaka pojawiła się w słabym widoku noktowizorów. Słysząc pytanie detektywa zaczęła zwalniać. Droga przed nimi była teraz dosyć mocno zalesiona:
- Spróbujmy się ukryć wszyscy razem. - Powiedziała wypatrując dogodnego zjazdu. Droga przed skupiskiem drzew wydawała się zbyt widoczna. Zwłaszcza Van rzucałby się w oczy komuś jadącemu na długich światłach. Przejechała jeszcze trzysta metrów i skręciła w lewo, a następnie w prawo, wjeżdżając na zarośnięty podjazd jakiegoś walącego się ku upadkowi domostwa. Każdy ze skrętów zasygnalizowała w komunikatorze. Wjechała głębiej pomiędzy drzewa i zsiadła z motoru wsuwając go w gęstsze krzaki.
Bailey w pełni skupiła się na prowadzeniu Valerie. Nie było tego wiele przez te dwie czy trzy minuty, kiedy to wskazywała, która droga wydaje się prowadzić dalej, a która to ledwie dojazd do działek. Nawet tak skupiona swój motor prowadziła pewnie, nie tracąc dystansu. Po usłyszeniu słów przewodniczki od razu zawróciła Frugo.
- Sprawdzam ilu dołączyło do pościgu - zadeklarowała w komunikatorze, swoją maszynę kierując zaraz za Shade.
Fox ufał, że jeżeli ktoś jest w stanie znaleźć dobre miejsce na ukrycie się przed pościgiem, to jest to Valerie, i zdawał się na nią. Obawiał się natomiast zupełnie czegoś innego - ciszy, która nastanie, gdy nagle wszystkie ich pojazdy zakończą jazdę. Ciszy, która może stanowić zachętę dla pościgu do zatrzymania się i przeczesania okolicy.
- Scrap, jeżeli któryś z twoich dronów potrafi imitować dźwięki silników, to mógłby pomóc zmylić pościg - zasugerował snajper przez komunikator jeszcze podczas jazdy. Dawn znał najkrócej, a o konkretnych możliwościach jej sprzętu wiedział mało, ale jak na taką ilość drogich zabawek, których używała, jakaś chyba będzie miała opcję, którą od biedy można dostać nawet w holofonie.
- Przecież oni gówno słyszą na tych swoich motorach - Kane wpakował maszynę w krzaki i zeskoczył z niej, sprawnym ruchem rozpakowując z koca swojego jackhammera. - Prędzej zauważą. Alker, parkuj tego vana jak najbliżej budynku i zostań w środku. Jak nie przejadą, eliminujemy po cichu! - zarządził. Nie wybierali na tę misję dowódcy, nie oficjalnie. O’Hara sam pakował się w tę rolę naturalnym tokiem rzeczy. Podbiegł trochę do przodu i padł na ziemię między dwoma rozłożystymi krzakami, gotów do zerwania się i załatwienia sprawy w bezpośredni sposób.
Raver również ukrył swój motor w krzakach, a sam położył się na ziemi plackiem kilka metrów obok, układając się tak, by jego sylwetkę przykrywały zarośla, lecz nie utracił jednocześnie pola widzenia. Na składanie snajperki nie było czasu ani sposobności. Wyciągnął zatem z kurtki pistolet z tłumikiem, a zdjętą z motoru szturmówkę trzymał w pogotowiu na leżącym pokrowcu.
 
__________________
Flying Jackalope
Cybvep jest offline  
Stary 29-11-2019, 13:29   #6
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 1 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Motory goniących rzeczywiście robiły mnóstwo hałasu. Kiedy umilkły ich własne, najemnicy doskonale słyszeli szybko zbliżający się warkot, który pozwolił im w ostatniej chwili wskoczyć w zarośla. Van jeszcze się toczył, przebijając się przez krzaki i z trudem omijając drzewa, aby zejść z pola bezpośredniego widzenia od strony ulicy. Nie obeszło się bez zadrapań, ale Alker uniknął kolizji, zatrzymując wreszcie duży pojazd. Mniej więcej w tym samym czasie trzy smugi światła mignęły im przed oczami. Już mieli nadzieję, że nie zostali zauważeni, gdy jeden z nich zaczął zwalniać, aby ostatecznie zatrzymać się mniej więcej sto metrów od miejsca ich kryjówki. Widzieli go dobrze, bowiem nie zgasił świateł - wyglądał jakby coś mówił, patrząc w stronę ukrytych uciekinierów. Dwóch jego kumpli szybko się oddalało.
Scrap niemal od razu zobaczyła do kogo mógł mówić, gdy Frugo leciał obrzeżami Snohomish. Od strony stadionu jechało ulicami co najmniej dwadzieścia-trzydzieści motorów, kierując się mniej więcej w ich stronę.
- Jadą do nas, na razie około trzydziestu - zakomunikowała Scrap, szybko podchodząc do tyłu swojego motoru i zaczynając wypakowywać Boba. Zamierzała go szybko złożyć, trzymając ciągle głowę w dole, a swoje nieduże ciało osłonięte od strony drogi.
Shade włączyła kamuflaż i ruszyła w kierunku stojącego na drodze motocyklisty.
Kane zaklął w duchu słysząc Bailey. Zsunął plecak i zaczął wyciągać z niego górną część pancerza.
- Nie przyjechaliśmy tu robić czystkę. Jak coś widział, a nie tylko czeka na swoich, to wyjdę z nimi rozmawiać. Będziecie mnie osłaniać.
- I o czym chcesz gadać? - spytał retorycznie Fox. - To nie gliny, tylko gang. Nie znają nas, a my właśnie próbowaliśmy przekraść się przez ich teren. Ten tu został sam jeden. Jak nie odjedzie, to bierzmy go i spadajmy w naszym kierunku, zanim zbierze się tu cały rój - Anglik wypowiedział te słowa z pełnym przekonaniem w głosie, ewidentnie nie chcąc znaleźć się w sytuacji, w której to gang będzie dyktował warunki.
- Kurwa, Fox, jedzie tu trzydziestu następnych, a on im właśnie powiedział gdzie - warknął wyraźnie wkurzony Kane. - Jak zatrzymają się to lepiej gadać niż toczyć wojnę.
- Mówiłem spierdalać, dopóki tamci są daleko, a nie wojować - odparł Felix. - Dobra, jak taka decyzja, to znajdę sobie pozycję, by Cię osłaniać - dodał zaraz potem. Było jasne, że czekanie na przyjazd reszty nieznanego gangu na ich terenie i gadkę z nimi snajper uważa za błąd, za czym przemawiały dotychczasowe jego kontakty z takimi grupami, ale nie zamierzał tracić czasu na dyskusje, jeśli dowódca decyzji nie zmieni. Że nikt go nie wybierał, nie było znaczenia. Fox wiedział, że w tym składzie to Kane dowodzi. Rozglądając się ostrożnie, Anglik oceniał, które miejsce zapewni mu najlepsze pole widzenia i może jakąś osłonę, gdyby Irlandczyk miał wyjść przyjezdnym na spotkanie, skupiając się zwłaszcza na ścianach i balustradach rozwalającego się domku. Szybko kalkulował też, ile mu zajmie wyciągnięcie walizeczki z kufra przy motorze i złożenie snajperki. Odległości nie były takie straszne, ale jeśli miał osłaniać, to wolałby ze swoim najlepszym sprzętem.
Stojący samotnie motor, pracując na niskich obrotach, nie zagłuszał tego co się zbliżało. Niczym bzyczenie roju szerszeni, wraz z poruszającą się łuną światła, jechały harleye tutejszego gangu. Scrap widziała jak część z nich przecina główną drogą i wjeżdża od razu na lokalne uliczki, szybko zbliżając się w stronę ukrytych najemników. Dron szybko ich policzył i pokazał liczbę: 10. Policzył też czas: minuta. Inni wybrali trasę na północ, dłuższą, ale z możliwością odcięcia drogi gdzieś dalej, ten co się zatrzymał nie miał w końcu pewności, czy ktoś tu się kryje. Shade błyskawicznie podeszła do samotnego "jeźdźca", który zszedł z motocykla i wyjął zza paska pistolet.
- Nie wiem czy coś się rusza, widziałem ślady! - usłyszała jak niezbyt cicho mówi do holo. Mogli go unieszkodliwić, ale nie było szans, aby Valerie zdążyła wrócić do swojego motoru albo żeby Alker wyjechał vanem, nie mówiąc już o ucieczce. Zwiadowczyni nie wychylała się, pozostając w bezpiecznej odległości od rozmawiającego przez holo gangstera. Postanowiła czekać na rozwój sytuacji.
Dawn z zapałem składała drona, co chwilę zerkając na obraz z kamer Frugo.
- Minuta. W pierwszej partii jedzie do nas dziesięciu - informowała na bieżąco, nie odrywając się od swojej pracy.
Raver podniósł szturmówkę i zarzucił ją na plecy, po czym podszedł do motoru. Zabrał walizkę ze snajperką, przykucnął w upatrzonym wcześniej miejscu, za jedną z na wpół zawalonych ścianek domku, i błyskawicznie zaczął składać swoją broń. Przykręcając tłumik, patrzył już wprost na drogę przed podjazdem do zrujnowanej posesji.
Minuta to było dość, aby założyć i zapiąć pancerz. Irlandczyk plecak zostawił w zaroślach, gotowy do obwieszczenia się głośno i wyjścia do tutejszych jak tylko tamci zaczną zabierać się do przeszukiwania. Zakładając, że po obwieszczeniu nie zacznie się strzelanina, bo wtedy będą musieli załatwić to bardziej po Foxowemu.
Swoją wybraną broń każde z nich potrafiło złożyć błyskawicznie, z zamkniętymi oczami. Nieważne, czy był to karabin snajperski, czy dron. Kane ubrał pancerz, w którym nie wyglądał już jak zwykły motocyklista, a warkot dziesięciu maszyn przybierał na sile. Pojawiły się światła, a potem minęły ich jedna po drugiej, hamując przy samotnym kumplu. Wszyscy byli uzbrojeni - strzelby, pistolety, także te maszynowe. Jeden miał nawet karabin z lunetą. Schodzili z motorów, zapalali latarki posiadane przez część z nich. Shade była bezpieczna, nie wszyscy jednak wyłączyli silniki i większość wypowiadanych między nimi słów nie docierała do uszu najemniczki, szczególnie, że ci co dotarli wcale nie zamierzali krzyczeć.
- … nie mylił!
- Widziałem… i … nie było …
- … dziemy
- ...na ...sieli ...stawić.
Bystrooki wskazał kierunek. Zaczęli się rozciągać, ruszając w tę stronę. Jak tylko O'Hara krzyknął głośno, obwieszczając swoją obecność, broń wszystkich uniosła się. Jeden z nich, wąsaty facet pod sześćdziesiątkę, odkrzyknął.
- Wyłazić z łapami nad głową!
- Spokojnie, zaszło drobne nieporozumienie - Kane odkrzyknął, nie wychodząc. - Jesteśmy nowi w okolicy, nie znaliśmy zwyczajów. Gliny nas trzepały, gadając coś o ciałach porozrzucanych po rowach. Nie chcieliśmy przez strefę wojny jechać zbyt otwarcie, ale wygląda na to, że nas oszukali, aye? Opuścicie gnaty to wyjdę.
- Uwierzyliście sukom, pojebało was?! - facet aż splunął. Dał jednak swoim znać i lufy poszły w dół, choć ma się rozumieć nie było co na razie liczyć na więcej. - Wyłaź i weź kumpli. Oni chcieliby nas wszystkich wytłuc, tylko dlatego, że tu mamy wolność. Nie są z nas takie dzikie bestie, na jakie nas malują - tym słowom zawtórował rechot jego kumpli. Nie było wśród nich żadnej kobiety. Shade zauważyła, że jeden z nich został z tyłu i cicho mówił do holo.
Wycofała się na tyle by nie mógł jej usłyszeć i powiedziała równie cicho przez komunikator:
- Jeden z nich prawdopodobnie zwołuje resztę kumpli.
O'Hara wstał i ruszył do tamtych. Nie podniósł rąk w górę, wręcz trzymał strzelbę w rękach, opuszczoną tak samo jak robili to motocykliści.
- Byli przekonujący, jak się tak was cykają to muszę pogratulować. Nie daliście się, to się chwali. Zwiemy się Upadłymi Feniksami, przybywamy z południa, z Arizony. Na teraz staliśmy się nomadami bez domu - wyszedł na światło latarek, umożliwiając lokalsom przyjrzenie się mu. - Wracamy z przegranej wojny, nie dziwcie się więc naszej ostrożności. Wcześniej nie byliśmy upadli, ale teraz zostaliśmy tylko my. Człowiek kurewsko szybko uczy się walczyć. Przetrwaliśmy i zgubiliśmy pościg. Nikt w okolicy nie jest naszym wrogiem. Jeszcze. Dlatego też na was poczekaliśmy.
Latarki oślepiły go, ale pozostali najemnicy widzieli jak drgnęły tamtym ręce po zobaczeniu jak ubrany i wyposażony jest Kane. Ich szef, a przynajmniej ten co gadał, zmarszczył krzaczaste brwi, poprawiając spory kałdun.
- Kurwa gościu, naprawdę wyglądasz jakbyś na wojnę szedł. I brzmisz jak ktoś do wynajęcia. Ilu was jest? Wszyscy jesteście tak wyposażeni? Czego tu szukacie?
Trzech motocyklistów zaczęło zataczać szersze koło wokół Irlandczyka. Z oddali zaczął narastać warkot następnych silników, ale Scrap widziała, że nie wszystkich. Kolejnych dziesięciu jechało, żeby do nich dołączyć, inni jeszcze przeczesywali okoliczne ulice.
- Jesteśmy na wojnie. Z tymi skurwielami, którzy zaatakowali w nocy resztę naszych i wycięli ich w pień - O'Hara warknął. - Szukamy nowego domu. Lub drogi donikąd, jak ten pierwszy się nie znajdzie. Nie da się nas wynająć, ale można przygarnąć - wyszczerzył się. - Teraz jechaliśmy zwyczajnie poszukać nocnej kwatery, nie uśmiechało nam się nocować tam gdzie co pierdnięcie stał radiowóz. Słyszeliśmy, że jest tu dużo takich jak my, z ust glin brzmieliście jednak niczym krwiożercze bestie. Jest nas piątka, każde umie walczyć. Na swój sposób. Nie ukrywam, że słyszeliśmy też o jakiejś republice. No i podoba nam się, że rząd nie wtyka tu swojego nosa. I korpo jakby mniej. A kiedy nadejdzie czas, zemścimy się i odbierzemy co nasze. Albo zostaniemy gdzieś tu, w nowym domu.
Światła następnych motorów stały się już widoczne.
- My jesteśmy Jeźdźcy Apokalipsy - stary odezwał się po chwili milczenia. - Snohomish to umowna granica, ale słyszę, że niewiele wiecie o okolicy. Możemy was przenocować, a rano się rozmówimy. Kto wie, może nam do siebie po drodze? - splunął i pociągnął się za długiego wąsa. - Jak się nie okażecie kurwami szpiegami, ma się rozumieć. Słyszę twój akcent, nie dziwię się, że tereny czerwonych omijałeś przez rządowe - zarechotał, kilku innych mu zawtórowało. Włożył pistolet za pasek i zbliżył się, wyciągając dłoń do uścisku. - Mów mi Zick. Z Arizony kawał drogi.
Dziesięć kolejnych motorów zatrzymało się z drugiej strony O'Hary, nie wyłączając silników. Tym razem było wśród nich także kilka ubranych w skóry kobiet.
- Mnie zwą Irishman - Kane uścisnął mocno podaną dłoń. Odwrócił się mniej więcej w stronę motorów. - Co myślicie, przyjmujemy gościnę? - zapytał głośno. Nie musiał odstawiać tej szopki, była jednak lepsza od zdradzania niewielkich sekretów. - Shade, pokażesz naszym nowym znajomym jakich atrakcji powinni się spodziewać od swoich rządowych sąsiadów?
Valerie dyskretnie wycofała się na podjazd opuszczonego domu i dopiero tam wyłączyła swój kamuflaż. Nie wszystkie tajemnice trzeba było ujawniać, a jej możliwości do takich właśnie należały. Wyjęła motor z krzaków, w których go schowała i podprowadziła do Kane'a i gangsterów:
- Przykleili nam nadajnik gps na motorze. Nie widać go, ale można wyczuć pod palcami. O tutaj. - Powiedziała przejeżdżając dłonią po miejscu gdzie można było wyczuć niewielką nierówność na karoserii. - Myśleli, że nie zauważymy, ale obserwowałam ich dokładnie.
- I co, to teraz nadaje? - zapytał podejrzliwie Zick, a jeden z nich nawet uniósł broń. Inni raczej patrzyli ciekawie na kobietę w obcisłym stroju. Któryś nawet zagwizdał.
- Wygląda to jedynie na lokalizator. Dlatego na razie go nie zdjęliśmy. Zwisa nam że wiedzą gdzie jedziemy. Przynajmniej przez jakiś czas. - Najemniczka wzruszyła ramionami, nie przejmując się zupełnie spojrzeniami mężczyzn.
- Za to jak ktoś z was był w mieście, albo ma sprzęt stamtąd, to sugeruję dokładnie przeskanować - głos Dawn był wesoły, gdy wyszła z krzaków. Dron buczał unosząc się obok. - Jestem Scrap, a to Bob. I potrzebuję pomocy silnego mężczyzny do wyciągnięcia mojej maszyny z zarośli - uśmiechnęła się swobodnie.
Znalazł się od razu. Nawet dwóch, którzy wyszczerzyli się jeszcze szerzej widząc drugą atrakcyjną kobietę i polecieli w krzaki. Może i pozowali na twardzieli, no ale dla pewnych spraw robiło się wyjątki. Reszta też częściowo uspokoiła się, częściowo wręcz przeciwnie po przyniesionych wieściach. Zick podszedł do maszyny Valerie i zaczął obmacywać. I pokręcił głową, nie mogąc nic wyczuć. Dopiero jak naprowadziła jego palec.
- Ale to kurestwo małe. I niby jak mamy nasze motory posprawdzać?
- To jedna z rzeczy, w których możemy pomóc - odezwał się Alker, również wchodząc w zasięg latarek. - Van jest z wypożyczalni, potrzebowaliśmy czegoś na szybko. Może tu zostać na noc, wypożyczalnie śledzą swoje wozy.
Fox początkowo śledził rozmowę przez lunetę w snajperce, ale gdy już wszyscy opuścili swoje spluwy, a reszta zaczęła się ujawniać, Anglik wykorzystał okazję, by z powrotem rozłożyć karabin snajperski i powkładać jego części do walizki. Ta zaraz po tym wylądowała z powrotem w kufrze przy motorze. Do gangu Fox wyszedł tak, by tamci mogli go dobrze widzieć. Pod światłem latarek symbol feniksa na prawym ramieniu skóry Ravera był wyraźnie widoczny. Wciąż miał szturmówkę zarzuconą na plecy, natomiast w rękach nie dzierżył już żadnej broni i nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów.
- Ja jestem tym piątym Feniksem - uprzedził pytania. - Zwą mnie Fox i robię za Angola w tym towarzystwie - dodał, nawiązując do swojego akcentu, trudnym do pomylenia z jakimkolwiek innym.
- Zostawcie to tu, a jeszcze lepiej zniszczcie - zdecydował Zick, a dwóch facetów wyprowadziło z krzaków trójkołowca Dawn. Na takie postawienie sprawy Shade wzruszyła ramionami, zdarła urządzenie z maski i rzuciła w krzaki. Zniszczone czy nie, mogło co najwyżej lokalizować kawałek gruntu. Potem najemniczka siadła na motor i ruszyła za przewodnikiem. Z tyłu umiejscowił się tam Timothy i cała grupa ruszyła, nie wdając się w dalsze dyskusje na środku drogi. Jeźdźcy Apokalipsy zarówno otwierali, jak i zamykali kolumnę, przemierzając w ten hałaśliwy sposób całe miasteczko, dokładnie przez jego środek. Gdyby ktoś tam spał, to właśnie się obudził. Z drugiej strony, w tych okolicach ludzie już dawno musieli przywyknąć do tego warkotu, inaczej się nie dało.
 
Sekal jest offline  
Stary 04-01-2020, 05:25   #7
 
Cybvep's Avatar
 
Reputacja: 1 Cybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwuCybvep jest godny podziwu
Rozmowa trwała przez następne minuty, niezbyt zobowiązująco już. Minęło wpół do siódmej i usłyszeli wreszcie szum przejeżdżających obok baru samochodów. Część z nich zatrzymywała się na parkingu i miejsce zaczęło się zapełniać, co skłaniało do zajęcia stolika dopóki były wolne. I dobrze zrobili, po swoim spotkaniu, wspólnota najwyraźniej miała w zwyczaju udawać się tu na kolację. Obcy przyciągali spojrzenia, ale nie były one wrogie. Może niepewne, szczególnie biorąc pod uwagę ich motory i stroje, część przyjazna, niektórzy od razu podchodzili się witać i wymieniać uściski dłoni. Nikt jednak ich nie zagadywał. Kuchnia za to zaczęła pracować i mogli napełnić brzuchy pożywieniem na które składało się sporo lokalnie rosnących roślin i występujących w górach i lasach zwierząt. Trwało to wszystko następną godzinę, po której do ich stolika przysiadł się ogolony gładko mężczyzna, przystawiając sobie krzesło. Przywitał każdego uściśnięciem dłoni.
- Vale Norris - przedstawił się. - Witajcie w naszej społeczności. Zwykle to mi przypada rola witania nowych osób, ale nie bierzcie mnie proszę za lidera. Mike wspominał, że nie trafiliście tu przypadkiem - uśmiechnął się, był naturalny w swoim zachowaniu. - Wiecie już mniej więcej kim jesteśmy. A ja nie wiem kim jesteście wy. Co was skłoniło do ryzykowania, dlaczego ubieracie się i posiadacie maszyny jak lokalne gangi niepokojące nas nieustannie? Mike wspominał, że większość was unikała konkretów, także odnośnie tego jak moglibyście wspomóc naszą wspólnotę. Odpowiedzi muszą być jasne, szczere. Tak tu działamy, tylko dzięki temu możemy się zastanowić czy do nas pasujecie, czy warto was przygarnąć. Nie zrozumcie mnie źle, na początku braliśmy wszystkich. Były z tego ogromne problemy, bo wielu chciało korzystać ze swobód, ale żyło jakby nasze zasady ich nie dotyczyły.
- Nie zamierzamy skrywać grzeszków, które mogłyby na was sprowadzić problemy - najedzona Scrap rozsiadła się i jak zwykle uśmiechnęła. - Jesteśmy nomadami. Od roku żyliśmy w drodze, przemierzając pół kontynentu i szukając miejsca dla siebie, po tym jak inni z naszej grupy zostali wymordowani w Arizonie, skąd pierwotnie pochodzimy - trzymała się tego co ustalili. - Nie ukrywam, że zastanawialiśmy się nad przyłączeniem się do którejś z okolicznych grup, ale im byliśmy bliżej, tym więcej słyszeliśmy o Republice. Nie znamy jeszcze waszych praw, zwyczajów i wiemy jedynie to co słyszeliśmy od innych i waszego przywódcy w sieci i to nas zachęciło. Macie tu może jakiś okres próbny? Abyśmy mogli udowodnić swoją przydatność, jak również przetestować czy nasze ideały zbieżne są z ideałami wspólnoty.
Shade uśmiechnęła się słysząc słowa Dawn. Dziewczyna rzeczywiście nieźle sobie radziła. Sama wolała się nie odzywać. Najwyraźniej jej kąśliwe poczucie humoru było tutaj zupełnie niezrozumiałe.
Raver również pozwolił Scrap mówić i nie wchodził jej w słowo, w końcu zgodnie z ustaleniami grupy, teraz to ona miała być ich “twarzą”. Zastanawiał się, czy tutejszy lider-nie-lider woli raczej słuchać odpowiedzi na własne pytania, czy może będzie skory ich także udzielać. W przeciwieństwie do Jeźdźców, jak dotychczas ta cała wspólnota okazywała niewielkie przejawy zmilitaryzowania i jak dotąd nikt nie zwrócił na siebie uwagi choćby noszoną przez siebie bronią, co biorąc pod uwagę sąsiadów i środowisko, w której przyszło jej funkcjonować, mogło nieco dziwić, ale ile z tego to fasada, to się jeszcze okaże.
- Od roku nie możecie znaleźć miejsca do życia? Przy okazji chętnie posłucham opowieści o tej wędrówce - Vale oparł się wygodniej, utrzymując kontakt wzrokowy głównie z Bailey, być może zastanawiając się, dlaczego na pozór tylko najmłodsza z nich mówi. - Jeśli naprawdę chcecie, możemy was umieścić z dwójką innych, którzy ostatnio się u nas pojawili. Zwykle okres próbny oznacza, że będziecie przebywać wśród nas, żyć z nami i pracować jak my, tu w Granite Falls. Jutro przyjeżdża Nick, być może zleci wam inne zadanie. Cokolwiek to będzie, oznacza koniec włóczenia się po świecie. Czy tacy jak wy to zniosą?
- Wieczory są długie jesienią - odpowiedziała mu na pierwszą kwestię Scrap. - Dlatego pytałam o okres próbny. Przygody przygodami, ale czasem człowiek ma dość wędrówki i obawy o swoje życie w niegościnnych okolicach. Kto wie, może wasze ideały są bliskie naszym. Nie będziemy wiedzieli, dopóki nie sprawdzimy.
- Niech więc tak się stanie! - Norris klasnął w dłonie z zadowoleniem i przywołał kelnerkę. - Kolejka dla naszych nowych przyjaciół.
Wkrótce stanęły przed nimi kieliszki, a do nich nalano przeźroczystego płynu mocno pachnącego bimbrem. Jak na razie za wszystko co tu dostawali nikt nie chciał pieniędzy. Nikt inny także nie płacił.
- Mamy tu domki specjalnie na takie okazje. Opowiedzcie mi jeszcze trochę o sobie. Martha was potem zaprowadzi, o motory nie musicie się martwić, nikt nie zabierze.
Słuchając słów mężczyzny Shade zastanawiała się czy ich taktyka przyniesie zamierzony skutek. Mogą utknąć w miejscu na dłuższy czas i nie dowiedzieć się nic o uciekinierach. Na ten moment wydawało się to jednak jedynym rozwiązaniem. Próbowała wtopić się w tłum, ale opowieści o sobie nigdy nie wychodziły jej najlepiej. Wolała nie mówić nic niż zmyślać, dlatego osobiste pytania zawsze zbywała uśmiechem. Teraz miała się jednak poruszać po miejscach, w których ktoś mógłby ją pamiętać. Nie zmieniła się przecież fizycznie za bardzo przez te piętnaście lat. Postanowiła jednak martwić się tym problemem, dopiero kiedy stanie się rzeczywistością.
- Czyli dużo ludzi przybywa do was w poszukiwaniu nowego domu? - Zapytała mężczyzny z nadzieją, że złapią jakiś trop.
- Co i raz ktoś przyjeżdża, wielu szybko opuszcza naszą wspólnotę, kiedy okazuje się, że takie życie nie jest dla nich - odparł Vale. - Granite Falls jest jednym z dwóch miejsc w Republice, do których może wjechać każdy. Tak jak wy.
Dawn nie umiała kłamać, potrafiła za to gadać o ulubionych tematach tak, że nie zamykała się jej buzia. Skupiła się więc na swojej pasji do technologii, temu w jaki sposób jeżdżenie po Ameryce pozwala ją rozwijać i jak bolało ją to, że rzadko miała czas dłużej przysiąść nad jakimś projektem. Poza technicznymi niewiele było w tym szczegółów, nie wdawała się też w relacje międzyludzkie i uczucia. Za to chętnie odpowiadała na wszystkie pytania, które nie dotyczyły dokładnych opowieści "historycznych". Tu zasłaniała się złymi wspomnieniami po tym, jak ktoś wymordował resztę ich nomadycznego klanu - i pilnowała języka, żeby nie użyć słów typu “gang”.
- Dzielicie się wszystkim? Tak zupełnie, zupełnie wszystkim? - zatrzepotała rzęsami, skupiając tyle uwagi na Norrisie ile tylko mogła po kilku kolejkach bimbru.
- Oprócz rzeczy bardzo osobistych, jak szczoteczka do zębów czy pamiątkowe zdjęcie - przytaknął Norris, uśmiechając się kącikiem ust. - Reszta rzeczy, do czego zaliczają się nasze ciała w kontekście seksualnym, należy do wspólnoty.
Widząc jak skryta jest Shade i jak Scrap manewruje między tematami, lejąc wodę o technikaliach, Fox szybko uznał, że lepiej by rozmówca skupiał uwagę na rozgadanej i promieniującej energią Dawn. Dlatego ani razu jej nie przerwał i przytakiwał gdy trzeba było, pozwalając, by ta mogła mówić jak najwięcej. Przy dłuższej pogawędce nie da się jednak każdego pytania o przeszłość zbywać lub omijać bez żadnych wyjaśnień, nie wzbudzając podejrzeń. Raver przy którymś z kolei kieliszku bimbru wykorzystał zatem najwygodniejszy, bo najbardziej ogólny temat wymordowania poprzedniego klanu jako okazję do tego, by zarzucić krótkim, krwawym opisem, wzmacniającym każdą historyjkę. Zmasakrowanych ciał widział wystarczająco wiele, by opisu nie trzeba było nawet za bardzo wymyślać.
- Nie dziw się, proszę, że nie lubimy do tego wracać - najemnik pociągnął z kielicha. - Mało o tym rozmawiamy między sobą, po takim szoku uciekamy tak naprawdę również od tych złych wspomnień, złych myśli. Mówisz, że niepokoją was gangi? Dla mnie to miasteczko póki co wydaje się być bardzo spokojnym miejscem. Takim, które może jakoś przyciągać także ludzi z zewnątrz, nowych.
- Zgadza się, takie jego zadanie. Dbamy o to, aby ten spokój tu pozostał. O każdym nadjeżdżającym wiemy zawczasu - odpowiedział mu Norris. - Dalej już jednak byście nie pojechali.
Shade popatrzyła na niego z ciekawością:
- A jak zatrzymujecie tych, którzy chcą jechać dalej bez waszej zgody? - Zapytała patrząc mu w oczy.
- Jest na to wiele sposobów - nawet nie mrugnął, odpowiadając jej swobodnym tonem.
Kane udzielał się więcej niż Shade, ale wciąż mało. Szansy w tym wszystkim upatrywał prędzej w spotkaniu z głównym szefem, a nie w odpierdalaniu szopki w gównianym miasteczku. Nie mieli na to czasu. Nie ukrywając swojego pochodzenia, rozmowę o sobie skupił na zbiornikach wodnych i krzesając w sobie ciekawość, pytał czy Republika ma do nich dostęp, choćby do jakiejś rzeki, czy może gangi tam nie dają im żyć. Nie spoufalał się przy tym, przyjmując strategię Valerie.
- Ta pozostała przybyła ostatnio dwójka, są tutaj? - rozejrzał się z ciekawością po knajpie. - Chętnie bym ich poznał, skoro są w podobnej sytuacji.
- Norton i Erica, po spotkaniu wspólnoty od razu pojechali do domu, który im udostępniliśmy. Chcieli sobie przemyśleć i przedyskutować pewne sprawy. Dołączycie do nich jak tylko zadeklarujecie, że wystarczy wam mojego towarzystwa - Norris błysnął zębami w swobodnym uśmiechu.

Rozmowa nie trwała już długo. Nie byli zresztą pierwszymi, którzy opuszczali Republic Inn. Wspólnota kończyła posiłki i rozmowy, co i raz ktoś wychodził. Ich do wyjścia poprowadziła Martha, kobieta około pięćdziesiątki i słusznej postury, za to o dobrotliwej twarzy i szerokim uśmiechu. Nie odważyła się wsiąść na któryś z motorów, pojechali więc za jej samochodem - zresztą droga była bardzo krótka, może ze czterysta metrów. Skręcili na zachód zaraz za knajpą i dojechali do niewielkiego jeziorka, od którego odbili na północ i wjechali na ogrodzony, umieszczony wśród lasu teren. Stało tam kilka drewnianych, piętrowych domków, typowo letniskowych. W jednym paliły się światła, a z komina unosił się dym.
- Zamieszkacie z Nortonem i Ericą, ten domek śmiało mieści dziewięć osób, a jest już ogrzany. Wszystko co potrzeba już tam jest. Miłej nocy! - pomachała im i odjechała zaraz potem, zostawiając ich samych. Szopka musiała trwać, więc zaparkowali i ruszyli do domku. Jeszcze zanim zdążyli tam wejść, usłyszeli podniesiony głos kobiety, którą zaraz potem ujrzeli przez okno.
- Chyba nie chcesz znów pozbawić nas miejsca do życia, tylko dlatego, że będę musiała z kimś uprawiać seks!
Odpowiedzi mężczyzny nie usłyszeli, ale jego wygląd nie dawał nadziei. Pod czterdziestkę, z brzuszkiem, łysawy, niezbyt wysoki i ubrany w maminy sweterek nie pasował do różowej, sztucznej kobiety. A może właśnie pasował?
- No to koniec nadziei na szybkie załatwienie sprawy - Mruknęła Shade pod nosem na tyle cicho by nie usłyszał jej nikt postronny.
- Niekoniecznie - szepnął Kane, korzystając z komunikatora. - Naszym celem jest ich szef, aye? Jutro musimy go przekonać, że ta dwójka tu nic nie znaczy i że zależy mu na tym, abyśmy nie tracili czasu w tej dziurze. Nie skanujemy tu nic. Będziemy wartościowi dla Republiki.
Nie musiał dodawać, żeby każdy uważał na słowa. Irlandczyk podejrzewał, że wszystko w tym miejscu jest w pełni zadrutowane i prawdziwe testy nowych kandydatów przeprowadzane są właśnie w ten sposób. Podszedł do drzwi i otworzył je, wchodząc do środka domku.
Fox przez chwilę miał minę w rodzaju co-ja-tu-robię. Otrząsnął się jednak, gdy Kane zaczął podchodzić do drzwi. Spojrzał się z ukosa na Dawn i mruknął z uśmieszkiem na ustach:
- Hej, nie chcesz się pierwsza przywitać? Nowe znajomości to nowe możliwości.
W tej chwili nie było za bardzo wyboru, więc po prostu wszedł za Irlandczykiem na powitanie “nowych”. Ciekawe czy pozory mogą tak kurewsko mylić, by jednak okazali się przydatni lub w jakiś sposób istotni.
- Więc wreszcie będziesz miał szansę kogoś wyrwać - odcięła się Scrap, błyskając ząbkami i podążając za Irlandczykiem. Felix stłumił śmiech, jeszcze zanim weszli do środka.
Rozmowa umilkła jak tylko O'Hara otworzył drzwi. Dwójka kandydatów na wzorowych Republikan zwróciła się w ich stronę spojrzenia. Kobieta poderwała się zaraz na nogi, od razu słodko uśmiechając do pierwszego wchodzącego i trochę mniej do następnych, gdy okazało się, że są kobietami.
- Oh, witajcie - pisnęła, głosem pasującym do ogólnej aparycji. - Czy to już?
Jej mąż nie wstał, za to pokręcił głową ze zbolałą miną. Dawn już się zaczynała uśmiechać, kiedy różowe stworzenie otworzyło usta. Pierwszy raz, w stanie Waszyngton, fasada Scrap się odrobinę zachybotała. Kobieta walczyła ze skrajnymi emocjami, przez co głos miała nie do końca pewny.
- To zależy co chciałabyś już robić, bo z tego co mi wiadomo, jesteśmy w tej samej sytuacji co wy… - spróbowała. I przedstawiła wszystkich po kolei, korzystając z pseudonimów.
- Oh, w tej samej? - nie odnieśli wrażenia, że to retoryczne pytanie. Z fotela przy rozpalonym kominku rozległo się westchnięcie mężczyzny, który pokręcił głową.
- Czyli też ich Republika w sobie rozkochała - mruknął, podnosząc się z pewnym trudem. Wyglądało na to, że ma jakiś problem z lewą nogą. - Jestem Norton, a to moja żona Erica. Skoro tu jesteście to na pewno będziemy mieszkać razem. Są trzy pokoje i kanapa tu jest rozkładana - wskazał na mebel, sam wracając na fotel. - W kuchni jest jedzenie, w łazience ciepła woda.
Jego entuzjazm wydawał się być zerowy.
- W takim razie idę sobie zająć pokój. - Stwierdziła zwiadowczyni poprawiając pasek worka z rzeczami. - Któryś jest wasz czy miejscami do spania też dzielimy się rotacyjnie? - Dodała pół żartem pół serio pamiętając o prawdopodobnym podsłuchu.
- Idę z tobą - podchwyciła szybko Dawn. - Niech chłopcy będą wolni - mrugnęła ukradkiem do Shade. Tak naprawdę chciała wyrwać się stąd jak najszybciej, do tego zająć się swoimi zabawkami, szczególnie ciągle latającym Frugo. Zgodnie z sugestią O’Hary, zamierzała go schować w jakimś drzewie, aby przypadkiem nie uchwyciła go któraś z kamer.
Fox szybko upatrzył sobie w jednym z tych pokojów jakiś kąt, który zamierzał bezczelnie zaanektować. Przenosząc swoje rzeczy, niewinnie rzucił do nowopoznanych:
- Trzy pokoje to całkiem sporo jak na dwie osoby. Długo tu sami jesteście?
- Pewnie już znacie sposoby, w jakie nas sprawdzają? - dorzucił Kane, bez słowa godząc się na podział na męski i żeński pokój. Ten dzień niby nie stanowił porażki, Irlandczyk był nim mimo to bardzo zmęczony i zirytowany.
Nie musieli pytać, aby odkryć, że para dzieliła jeden pokój. Zastawiony był walizkami. Erica zastrzygła uszami na wspomnienie o wolnych chłopcach, ale na normalne pytania odpowiadał jej mąż.
- Kilka dni. Zdążyli nas zabrać na kilka swoich spotkań, a poza tym to głównie siedzimy tu albo snujemy się po mieście. Podobno mamy udowodnić, że do nich pasujemy… - nie dokończył, bo kobieta weszła mu w słowo.
- Chcą, byśmy się wszystkim dzielili. Naszymi ciałami też. Nie widzę w tym nic złego - wzruszyła ramionami ze sztucznym uśmiechem, trzepocząc rzęsami i patrząc tylko na mężczyzn. - Wiedzieliśmy gdzie idziemy - to już pewnie było skierowane do męża, który znów westchnął.
- Ale nie było przy tym mowy o takiej rozpuście i braku zabezpieczeń! - ta dyskusja musiała się już toczyć od dłuższego czasu.
Słysząc słowa Dawn Shade wzruszyła ramionami. Jak do tej pory to była najdziwaczniejsza misja jakiej się podjęła. Nie była dobra w udawaniu. Zdecydowanie bardziej wolała zniknąć w cieniu niż grać kogoś kim nie była przed tymi obcymi ludźmi. Nawet fakt, że przez prawie połowę życia żyła w dwóch różnych światach tego nie zmieniał. W obu mimo wszystko zawsze była sobą. Pewnie stąd brała się irytacja, którą odczuwała.
Scrap życzyła wszystkim dobrej nocy, ziewnęła szeroko i użyła konsoli w łazience, zasłaniając nagim ciałem wszystkie potencjalne konsole. Potem poszła do łóżka w pokoju wybranym przez drugą najemniczkę i wyjąc z frustracji w głębi siebie, nie mogąc nawet pogadać, zamknęła oczy i spróbowała usnąć.
Kane myślał nad tym, gdzie popełnili błąd. Przedzieranie się przez zimne, mokre lasy wyglądało na zły pomysł jeszcze poprzedniego dnia. Obecnie poważnie zaczynał to rozważać. Zaczynając od zamordowania tych tu. Nie kontynuował rozmowy, zamiast tego poszedł do pokoju i zwalił się na łóżko, świadomy tego, że tym razem może szybko nie zasnąć.
Najwyraźniej wszystkim nagle przyszła przeogromna ochota na sen, bo Fox również, po odwiedzinach łazienki, zmył się do pokoju. Morderczych myśli nie miał, za to jednak usilnie próbował odnajdywać plusy ich obecnej sytuacji. No, były jakieś. Na przykład nikt do nich nie strzelał. I siedzieli już w Republice. Chociaż tyle pożytków z tej szopki.
 
__________________
Flying Jackalope
Cybvep jest offline  
Stary 01-02-2020, 09:09   #8
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 1 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Sen wreszcie przyszedł, do jednych szybciej, do innych wolniej. Para, z którą przyszło im dzielić domek postanowiła na szczęście zakończyć na razie swoją kłótnię, ciemność zupełnie otuliła okolicę - w dużej części Granite Falls zgasły światła latarni. Deszcz bębnił o dach drewnianego domku, stukając, w irytujący dla nieprzyzwyczajonych do tego osób, sposób. O'Harę obudziło lekkie skrzypienie zawiasu. Otworzył oczy, widząc jak drzwi uchylają się, a do środka wsuwa się Erica w bardzo krótkiej, cienkiej nocnej koszuli na ramiączkach. W tych ciemnościach widział tylko zarysy, ale to wystarczyło. Dłonie miała puste, co minimalizowało zagrożenie z jej strony. Rozejrzała się, na pewno nie była w stanie w tych warunkach rozeznać się, który z nich gdzie śpi, ale mogło być jej wszystko jedno. Ruszyła w stronę łóżka Foxa, macając dłońmi otoczenie.
Nagły wybuch gdzieś relatywnie daleko na południu obudził nagle pozostałych najemników. Zaraz za wybuchem rozległo się kilka następnych. Wystrzały z ręcznej broni docierały jedynie jako ledwo słyszalny szum, rozróżnialny dzięki doświadczeniu żołnierzy fortuny. Zaskoczeni, wyrwani ze snu, zwykle błyskawicznie się zbierali w sobie. Może oprócz sytuacji w jakiej znalazł się Raver, ze stojącą tuż obok półnagą kobietą, zastygłą w bezruchu z wyraźnym przestrachem na twarzy.
Zbliżało się w pół do piątej nad ranem.
Pierwszy wybuch praktycznie postawił Shade na nogi. Działała automatycznie. Prawie odruchowo na bieliznę w której spała włożyła skafander z kamuflażem, a na to ciepłą, długą do połowy uda bluzę dla zmyłki, bo od czasów wyprawy na Syberię miała w nim zamontowane funkcje grzania. Wciągnęła buty, zapięła pas z nożami na biodrach, z tyłu za pasek pod bluzę wsunęła pistolet, a do ręki wzięła karabinek. Gotowa do walki ruszyła do drzwi. Wszystko to nie zajęło jej nawet minuty.
Fox zerwał się z łóżka i odruchowo sięgał już po pistolet, który nawet podczas snu trzymał niedaleko, gdy zobaczył, kto dokładnie przed nim stoi. Nie zastanawiał się długo.
- Na co czekasz? Wracaj i kryj się! - syknął do kobiety zwanej Ericą, łapiąc ją za ramiona i przesuwając w kierunku drzwi. Nie chciał tracić na nią czasu, słuchać lamentów czy nawet gadać z O’Harą w jej obecności.
Nie żeby było tu wiele do gadania. Dźwięki walki ewidentnie dochodziły z daleka, dla najemnika był to jednak wyraźny sygnał, że trzeba było gotować się do akcji. Zakładał już pancerz, zaraz sięgnął po pokrowiec z bronią.
- Nie mamy nawet gdzie jechać - rzucił do Kane’a, wyciągając szturmówkę. Mówił ogólnikami, wiedząc, że mogą być na podsłuchu. Faktem jednak było to, że nie mieli żadnych konkretnych informacji na temat miejsca przebywania celów, ani żadnej kryjówki na terenie Republiki. - Ale możemy sprawdzić co się dzieje i pokazać, że jesteśmy przydatni.
Dawn leniwie otworzyła oczy i westchnęła, wpatrzona w sufit. Strzały i wybuchy były zbyt daleko, żeby wymuszać tak gwałtowne ruchy jakie wykonywała obok Shade. Scrap zsunęła się z łóżka powoli i zaczęła ubierać w bardzo zwyczajnym tempie. Wcale nie chciała lecieć na pierwszą linię frontu, jak zwykle - w tym przypadku nie chciała też zdradzać innych swoich możliwości, więc zgodnie z zaleceniami O’Hary prezentowała się bardziej niczym młoda uczennica swoich starszych przyjaciół z klanu. Owszem, wyjęła pistolet i sprawdziła czy jest naładowany, jak w filmach. Na razie nie wezwała natomiast żadnego drona, jako ostatnia z najemników podchodząc pod wyjście z domku.
Irlandczyk odrobinę żałował straconej możliwości na zobaczenie Foxa z kobietą. Na dalekie wybuchy poderwał się sprawnie jak zawsze, sięgając po ubranie. Dochodziły z południa, z daleka. Strzelać się mogli Jeźdźcy z Czerwonymi, albo nawet rządowymi. Nic co obchodziłoby ich w obecnym położeniu, Republika nie rozciągała się w tamtym kierunku. Mimo to założył górną część pancerza i zabrał broń, zanim wyszedł z pokoju w celu zbadania sytuacji. Nawyki umierały ostatnie.
Myśl o walce była zdecydowanie przyjemniejsza niż perspektywa udawania kogoś kim zupełnie nie była: Uległej kobietki godzącej się z faktem, że jest tylko ciałem dla męskich potrzeb i fantazji. Tutejszy świat był dokładnie tym czego nienawidziła najbardziej i z czym nigdy nie byłaby w stanie się pogodzić. Miała teraz ogromną ochotę pojechać w kierunku odgłosów i sprawdzić co się dzieje. Wyszła jednak jedynie na zewnątrz czekając na pozostałych.

Szybko się okazało, że jechanie tam może i było impulsem, ale tym złym. Erica uciekła do swojego pokoju, twarze obojga pojawiły się w oknie, ale żadne nie wyszło na zewnątrz. Granite Falls nadal spało, latarnie świeciły tylko co piąta. W październiku świt następował po siódmej rano, co przekładało się na panującą zupełną ciemność, okraszoną nieprzyjemnym deszczem. Od południa nadeszły następne odgłosy wybuchów i błyski, odbijające się od grubej warstwy chmur. Odległość szacowali na kilka kilometrów, pogoda nie niosła dobrze dźwięków więc Snohomish było za daleko. Te walki musiały toczyć się gdzie indziej. Tu, w położonym w lesie ośrodku, panował spokój. Wyglądało na to, że póki co niewiele mogła tu pomóc zabrana przez nich broń. Nie mieli nawet pojęcia jakie frakcje walczą. I czy ich to obchodziło? Nad głowami niespodziewanie pojawiło się brzęczenie drona, który śmignął nad koronami drzew w drodze na południe.
- Jak na twoją zabawkę jest trochę mało dyskretny… - Odezwała się pytająco zwiadowczyni spoglądając na Dawn.
Ta pokręciła głową, owijając się kurtką i zmierzając do wyjścia z terenu ośrodka dla petentów. Były rzeczy bardziej nieprzyjemne od deszczu i zimna, na przykład kamery i podsłuchy. Dopiero za bramą ostrożnie włączyła holo i poderwała Frugo do lotu, wysoko i cicho. Niewidoczny duch w ciemności nocy, dodatkowo korzystający z osłony chmur.
Kane poszedł za nią, dał też znak pozostałym. Wyjście poza teren brzmiało jak dobry pomysł, uniknięcie na dobry początek podsłuchu.
- O ile nie atakują Republiki, nie chcemy się w to mieszać - powiedział z wykorzystaniem komunikatora. - Gorzej jak to odwoła wizytę przywódcy. Pomysły? Sugestie?
- Może dron zarejestruje coś przydatnego. - Powiedziała Valerie przystając obok reszty. - Zobaczymy co się stanie. Jeśli walki się przybliżą powinniśmy jechać dalej na północ. W zamieszaniu może nie będa nas od razu szukać. Zawsze możemy powiedzieć że pojechaliśmy dalej bo mieliśmy już dość ciągłej walki.
- Jechać tak po prostu przed siebie teraz nie ma sensu, bo w sumie nie mamy żadnych konkretnych tropów i będziemy się tylko włóczyć bez celu - stwierdził Fox. - Jeśli to Republika, moglibyśmy potencjalnie pomóc i zyskać jakiś kredyt zaufania u ich przywódcy. Jak nie, to póki co czekajmy na rozwój wypadków i zapowiedziany przyjazd. Zmienią się ich plany, to zmienimy też nasze.
Frugo nie był najszybszym z dronów, ale pokonanie tej odległości zajęło mu zaledwie kilka minut. Scrap dostała podgląd pola bitwy, z dużej wysokości łatwo było pojąć sytuację. Strzały i wybuchy już się kończyły. Na drodze stał rozciągnięty konwój ciężarówek i wozów terenowych. Pierwszy leżał przewrócony wzdłuż drogi, blokując przejazd. Inny chyba dostał, gdy próbował go wyminąć. Część ciężarówek stała nieco w poprzek, jakby próbowała zakręcić zanim ich też nie dostali. Jedna płonęła, za dwoma środkowymi broniło się jeszcze kilku ludzi, inni napierali od strony lasu. Trudno było powiedzieć kto był kto, używano przeróżnych broni, a stroje nie były jednolite. Tylko po prostu ciemne.
- Nie będziemy stąd odjeżdżali dopóki jest szansa poznania ich szefa - Kane skomentował słowa Shade. - W którą stronę jechał konwój, która to droga? - zapytał, zaglądając przez ramię drugiej najemniczki. - Jeśli to zabawki Republiki są rozkradane to może to nasza karta wstępu.
Nietrudno było zauważyć, że konwój jechał na północ, drogą, z której oni sami skorzystali wcześniej.
- O ile zdążymy. Wygląda, że jechali do nas i musielibyśmy tam jechać przez miasto - Scrap starała się dyskretnie pokazać wszystkim co widzi na holoekranie.
- Tych pojazdów jest wiele, mamy szansę zainterweniować zanim napastnicy zakończą całą akcję - skomentował Raver. - Spieszmy się zatem. Dzięki dronowi nie wkroczymy tam na ślepo.
- Jeśli to zrobimy, to od razu myślmy nad dobrą wymówką na temat tego skąd tyle wiemy… - skomentowała niezbyt pewnym tonem Dawn, wyraźnie niepewna co do tej interwencji. To ryzyko mogło nie poprawić, a skomplikować ich sytuację.
- Nasze motory będzie słychać - po chwili zastanowienia Kane zaczął wydawać polecenia. - Podjeżdżamy ile się da, potem pieszo. Zdążymy albo nie, w razie czego zgrywamy głupa, że słyszeliśmy wybuchy i odruchowo pojechaliśmy sprawdzić czy możemy pomóc. Skąd mogliśmy wiedzieć, że to już nie teren Republiki. Scrap, trzymasz się z tyłu i robisz za wsparcie. Jaki ma zasięg sprawne sterowanie dronem bojowym?
Ostatnie zdania wypowiadał już kierując się w stronę maszyn.
Shade bez komentarzy poszła w kierunku swojego motoru. Foxowi również nie trzeba było dwa razy powtarzać.
- Przez Frugo mogę na wiele kilometrów, ale wolę nie być od niego dalej niż pięćset metrów, nie ma wtedy przerwań i opóźnień nawet w najgorszych warunkach - odpowiedziała Scrap, niezbyt zadowolona z ich planu. Mimo to robiła to co inni, nie komentując.

Chwilę później motory zawarczały i ruszyły. Jazda drogą inną niż bezpośrednio przez Granite Falls wymagałaby nadłożenia kilometrów i czasu, jeśli chcieli reagować, musieli przejeżdżać przez miasteczko. Obudziło się tak samo jak i oni. Gdzieniegdzie paliły się światła w oknach, w innych miejscach ludzie wyszli na ulice. I właśnie kiedy byli mniej więcej w okolicach "kościołów", kilku z nich wybiegło na środek, machając do nich rękami i próbując zatrzymać. Scrap widziała na ekranie, jak napastnicy gaszą ostatni opór i zaczynają wchodzić do ciężarówek, w tym także do szoferek.
O’Hara nie chcąc się przebijać na siłę, zwolnił, ale nie zatrzymał.
- Chcemy pomóc! - krzyknął do wybiegających na jezdnię ludzi.
- Nie jedźcie tam! - odkrzyknął jeden z nich.
- To nie nasz teren, pewnie gangi się strzelają! - dodał inny.
Shade zatrzymała motocykl dając się wyprzedzić jadącemu za nią Irlandczykowi i popatrzyła na miejscowych:
- Często macie takie pobudki?
Fox nie zatrzymał się, jadąc razem z Kanem, wolniejszym tempem. Wątpił, by ci ludzie wiedzieli o konwoju lub by w ogóle mieli pojęcie o tym, co się teraz dzieje poza miasteczkiem. Co najwyżej później mogą pojawić się pytania, czy to nowo przybyła grupa wiedziała coś więcej, i skąd, ale na ile to może być problem to nie coś, nad czym teraz był czas się głęboko zastanawiać lub analizować. W chwili obecnej mieszkańcy tylko najemników spowalniali.
- Nie mamy czasu na gadki z przypadkowymi ludźmi - snajper powiedział do komunikatora. - Jedziemy, a jak nie, to trzeba zarzucić cały pomysł i wracać.
Scrap starając się nikogo nie potrącić, omijała próbujących ich zatrzymać. Nie miała czasu na wdawanie się w dyskusje, za miastem musiała jeszcze przecież złożyć Boba do kupy, jeśli miał się do czegoś przydać. Nie spieszyło się jej do interwencji, co nie oznaczało jednak, że nie da z siebie wszystkiego, kiedy już decyzja została podjęta.
O’Hara wciąż jechał, rozganiając ludzi jeśli było trzeba.
- Jak się okaże, że są daleko i nie zbliżają to nie pojedziemy dalej! - rzucił fałszywą obietnicę.
- Tak blisko i intensywnie to rzadko - odpowiedział Shade jeden z mężczyzn, nie odrywając spojrzenia od miejsca skąd wcześniej dochodziły wystrzały. Teraz już ucichły. Przepuszczono ich, być może słowa Irlandczyka były dla nich wystarczające i wkrótce znaleźli się na wylotówce z miasteczka, mijając ostatnie zabudowania. Wtedy też dostrzegli światła samochodów pędzących drogą od wschodu. Wyglądało na to, że mieli wyjechać z bocznej drogi oznaczonej na mapie jako Waite Mill Road, mniej więcej w tym samym czasie co motory zaniosłyby tam najemników.
Zwiadowczyni ruszyła za resztą. Tym razem trzymając się na końcu. Czyli zaraz obok Scrap.
- Muszę gdzieś złożyć Boba - poinformowała pozostałych. - Spotykamy się z tymi co jadą? Jak to Republika to lepiej żeby wiedzieli, że jesteśmy po tej samej stronie!
- Jedziemy do nich, z zapalonymi światłami. Od tej strony to musi być Republika, a lepiej żeby wiedzieli, że jesteśmy po tej samej stronie - zdecydował Kane. - Jadę na szpicy, gdyby spanikowali.
Fox bez komentarza zwolnił, pozostawiając Irlandyczka na przedzie, i dalej jechał za nim.
Decyzje były na tu i na teraz. Jadąc dalej wystarczyło dziesięć sekund, aby dokładnie zobaczyli nadjeżdżających. Dwa samochody terenowe i dwie ciężarówki pędziły ile tylko mogły po wąskiej, nierównej drodze. Zauważyli ich wchodząc w zakręt i zamykający kolumnę Jeep zjechał w bok, a przez szybę pasażera wysunęła się ręka, machając żeby się zatrzymali. Druga szyba też się odsunęła, stamtąd wysunęła się lufa.
- Gdzie jedziecie?! Nie słyszeliście strzelaniny?! - krzyknął ten na siedzeniu pasażera, brodaty mężczyzna w średnim wieku. Między kolanami sterczała mu lufa jakiejś długiej broni. Trzy pozostałe samochody nie zwolniły, kierując się na południe.
- Możemy pomóc! - odkrzyknął mu Kane, pokazując broń. - Jesteśmy nowi, ale w tym wreszcie możemy się przydać!
Na tłumaczenia i dyskusje czasu nie było, ich decyzja czy zechcą mieć wsparcie. Rzeczywiście nie było i ci w samochodzie o tym wiedzieli. Nie zastanawiali się też długo, widząc z której strony nadjeżdżali.
- Tylko nie właźcie w drogę, zaatakowali nasz konwój, nie pomylcie celów - rzucił rozmówca Irlandczyka i samochód ruszył z piskiem opon.
Kane ruszył zaraz za nimi, jednocześnie nadając przez komunikator.
- Wchodzimy. Podjeżdżamy na wyłączonych światłach sto metrów przed cel, zostawiamy motory i podchodzimy lasem. Korzystamy z zamieszania, unieruchamiamy ich transport najpierw. Scrap, ty zostajesz pół kilometra od celu, jesteś naszymi oczami. W razie możliwości wyślij nam Boba. Uwagi?
- Wyślę go za wami najszybciej jak się da - zgodziła się od razu Dawn, dodając gazu. Znając plan mogła nie trzymać się w tyle za pozostałymi, a po zjechaniu na pobocze od razu zająć Bobem. Obraz z kamery Frugo pojawił się nad prędkościomierzem, gdy kobieta próbowała rozeznać się co teraz działo się na miejscu akcji.
- Brak - odpowiedział O’Harze Fox z pomocą komunikatora. Plan był prosty, nie było co go teraz komplikować. Szczegóły będą zależały już od tego, jaką sytuację zastaną na miejscu. Skoro Republika ruszyła do kontrataku, zapowiadał się spory burdel, który można było wykorzystać. Pytanie, na co przygotowani byli napastnicy. Przy relatywnie niewielkiej odległości od terenu Republiki, zapewne spodziewają się jakiejś reakcji, jednak raczej nie z udziałem dodatkowej grupy dobrze wyposażonych najemników.

Jeszcze przed celem dogonili nie mogące rozwijać zbyt dużej prędkości ciężarówki, zrównując się z nimi na wąskiej drodze. Wjechali w dziko rosnący las, mniejsze drzewa i krzaki zaczynały się tuż przy asfalcie, utrudniając taktyczne podejście. Scrap zwolniła i zatrzymała się zupełnie w wyznaczonym punkcie, jej oczy szybko raportowały to co widziała na ekranie z kamery Frugo. Napastnicy mieli wyraźne problemy z odpaleniem zaatakowanych ciężarówek, nie mogąc tego zrobić podprowadzili swoje pojazdy - niedużą ciężarówkę, busa i dwa pickupy. Ludzie nosili po dwóch ciężkie skrzynie, ładując je na samochody. Najemniczka zaczęła składać Boba, kiedy dwieście metrów przed pierwszymi wozami zaatakowanego konwoju, jadący na przecie jeep eksplodował.
Fox miał rację w swoich myślach, spodziewali się.
Gwałtowny błysk oślepił na dłuższy moment jadących z noktowizorami najemników, zmuszając do redukcji prędkości, wręcz zatrzymania. Zaminowany teren i tak nie zachęcał do szybkiego podejścia. Odłamki poleciały we wszystkie strony, zniszczony samochód przekoziołkował kilka razy i wpadł w młode drzewka. Nie było mowy, aby ktokolwiek przeżył. Trzy pozostałe samochody zatrzymały się z piskiem opon. Klapy ciężarówek otworzyły się i wyskakiwali z nich uzbrojeni "Republikanie". Scrap widziała jak napastnicy reagują na wybuch. Część z nich zaraz zniknęła w lesie, lub ukryła się za wrakami pierwszych samochodów konwoju. Reszta ciągle ładowała. Wiedzieli już o odsieczy, ale nie zamierzali od razu porzucać zdobyczy. W końcu nawet bez możliwości policzenia tych skrytych pod koronami drzew, Dawn szacowała ich liczbę na conajmniej trzydziestu.
Kane zjechał w krzaki i zatrzymał się, porzucając motor i zdejmując broń z pleców. Przykucnął, lustrując otoczenie przy pomocy noktowizora. Możliwość współpracy z żołnierzami Republiki porzucił od razu, byliby tylko zawadą.
- Idziemy lasem, Shade pięćdziesiąt metrów z przodu. Czyścisz teren, nie wchodź daleko. Chcemy być przydatni, a nie dostać kulkę w plecy.
Irlandczyk w pełni zamierzał wykorzystać tę jednoosobową armię, w tych warunkach z takim przeciwnikiem Valerie mogła robić prawie wszystko co chciała w swoim kombinezonie.
- Robi się - Zwiadowczyni zasalutowała z lekkim uśmiechem i włączyła kombinezon rozmywając się w ciemności. Na karabinek nałożyła tłumik i ruszyła w kierunku terenu walki równym tempem, by nie wpaść przypadkiem na kogoś czającego się po krzakach i nie narobić wielkiego hałasu. Noktowizor nastawiła na temperaturę. To dawało jej gwarancję bezbłędnego wykrycia wszystkich istot wydzielających ciepło w zasięgu wzroku. Scrap relacjonowała na bieżąco zmiany obserwowane w obiektywie kamery, z zaznaczeniem tych przeciwników, których widziała. Jednocześnie na poboczu drogi montowała gorączkowo Boba, szybko przywracając go do sprawności. Na tych dwóch rzeczach skupiała się w stu procentach, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Fox natomiast w tym czasie złożył swoją snajperkę, po czym przywdział hełm bojowy. Rzadko kiedy gdziekolwiek pchał się pierwszy i tym razem nie było inaczej - puścił zarówno Val, jak i Kane’a przodem. Przechodził między krzewami, od drzewa do drzewa, przeczesując okolice z pomocą swojego sprzętu i wypatrując jakiegokolwiek zagrożenia, zwłaszcza na flankach, które mógł obserwować lepiej dzięki poszerzonemu polu widzenia. Nie był niewidzialny, ale jego broń również była wyposażona w tłumik, więc w razie czego mógł osłaniać Shade bez natychmiastowego zdradzania swojej pozycji.
Zebrali się i ruszyli, w tym samym czasie Scrap dokręciła ostatni element drona bojowego. Bob ruszył czym prędzej na pole akcji, a Shade prawie bezszelestnie przemykała się między drzewami dzikiego lasu. Było niemal zbyt gęsto, aby widzieć dalej niż na dziesięć metrów, żeby unikać poruszania roślinności podczas podchodzenia pod czającego się gdzieś tam przeciwnika. Serce zaczynało bić szybciej, adrenalina uderzała do głowy. Wreszcie nie było rozmów z ludźmi, zamiast tego to dla czego żyła. Gdyby nie termowizja to weszłaby na trzech wrogów, leżących przy ziemi, skupionych blisko siebie przy zwalonym konarze dużego drzewa. Może coś słyszeli, może nie. Jak się okazało przestało mieć to znaczenie - z drugiej strony drogi rozległy się pierwsze strzały, pojawiły błyski. Kane i idący na końcu Fox widzieli jak wcześniej Republikanie rozdzielają się, większość poszła właśnie tamtą stroną drogi. Teraz wdawali się w narastającą strzelaninę.
Dawn mogła tylko patrzeć. Na ekran z dwóch dronów, jednego dopiero zmierzającego na pole bitwy, drugiego latającego wysoko nad nim. Widziała jak ludzie wskakują do busa i pickupa, najwyraźniej uznając, że na tych dwóch już im wystarczy. Ciężarówkę ciągle ładowano.
- Dwa samochody odjeżdżają - zakomunikowała Scrap od razu, jak to zauważyła. - Ciężarówkę ciągle ładują. Mogę śledzić lub zostać na miejscu.
Nie miała nic innego do roboty, wróciła więc na motor, zakładając rękawice i gogle operatora drona, podłączając się pod wizjery Boba. Obraz z Frugo wciąż pozostawał na podglądzie w rogu.
- Zostań na razie na miejscu - Kane szeptem odpowiedział Bailey, przykucając za jednym z drzew. - Jak odjedzie ciężarówka to ją obserwuj - dodał instrukcję i wznowił podążanie za zwiadowczynią, która zajęła się szybkim oczyszczaniem drogi, chcąc dopaść tych z ciężarówki zanim spróbują odjechać. Wycelowała pistolet maszynowy w ich kierunku i oddała serie strzałów po kolei do każdego z trzech celów.
Fox nie ruszył od razu za pozostałą dwójką, tylko osłaniał ich, skryty za drzewem. Zamierzał ruszyć za nimi gdy przejdą kolejny fragment bezpiecznie lub zacznie tracić Kane’a z pola widzenia, i powtarzać ten manewr, tak by zminimalizować szansę, że pozostaną bez żadnego wsparcia lub że snajper wpadnie przypadkowo na przeciwnika pierwszy. Zanim jednak cokolwiek mógł zacząć powtarzać, Valerie - sama niewidoczna z racji na kamuflaż - zaczęła strzelać. Przykucnięty Fox natychmiast skierował lunetę w stronę wystrzałów, namierzając przeciwników i odpalając do każdego, który jeszcze się ruszał.
Kilka szybkich serii po trzy kule, dla pewności trafienia. Dopiero trzeci cel zdążył się odrobinę poruszyć, ale nie mieli szans zauważyć co ich trafiło. Nawet Fox w swojej termowizji nie zauważył nic przy tej odległości w gęstym lesie. Z trudem utrzymywał O'Harę w zasięgu termowizji, cieplejsza lufa pistoletu maszynowego zwiadowczyni zupełnie unikała percepcji snajpera. Ostrzegły ich bardziej dźwięki stłumionych wystrzałów słyszane w komunikatorze. Zaledwie kilka kroków dalej i prześwicie widziała już pierwsze samochody konwoju. Głębiej w lesie mignęły kolejne sylwetki, większość oddalała się od drogi. Napastnicy nie szykowali się na większą bitwę, to zauważyła też Scrap w kamerze Frugo. Jeszcze jedna skrzynia i wskakiwali do szoferki i na pakę. Dron zwiadowczy nie widział już żadnych pojedynczych sylwetek napastników. Strzelanina po drugiej stronie drogi narastała przez jeszcze moment, zanim zamilkła, przeradzając się w nieregularne, pojedyncze wystrzały lub serie.
- Ciężarówka zbiera się do odjazdu - zakomunikowała od razu po ujrzeniu tego Scrap i bardziej skupiła się na wizji z drona bojowego, doganiającego już pozostałych najemników. - Bob blisko was.
- Zwiększmy tempo i spróbujmy ją zatrzymać - zasugerował Fox z pomocą komunikatora. Mówił szeptem, ale z przyzwyczajenia, gdyż nie podejrzewał, by którykolwiek z napastników mógł go usłyszeć. Wyglądało na to, że zależało im na wywiezieniu tego, co zabrali z konwoju, i niczym więcej.
- Wchodzimy, Fox osłaniasz mnie, Shade pilnuj tych w lesie, Bob niech wali w co widzi - Kane działał w trakcie mówienia, podrywając się i nie dbając już o wrogów, wypadł na drogę. Wstrzyknął dopalacz, czując jak krew natychmiast przyspiesza i ruszył do biegu, zmuszając wszczepy w nogach do maksymalnego wysiłku. Przez krótki dystans potrafił być szybszy od ciężarówki. W zależności od okoliczności zamierzał strzelać w kierowcę jak zdąży zanim wykręcą lub sięgnąć po granat odłamkowy i cisnąć go z odpowiednim opóźnieniem pod koła.
Valerie była na tyle blisko, by spróbować dosięgnąć ich z karabinu, ale drzewa stanowiły pewną przeszkodę, dlatego po chwili wahania ruszyła biegiem w kierunku ciężarówki:
- Pojedynczy napastnicy rozproszyli się po lesie. Oddalają się od naszych pozycji. - Przekazała jeszcze reszcie.
Raver szybko zmienił pozycję, skracając dystans do pojazdów i zbliżając się bardziej do drogi, na skraj lasu, w poszukiwaniu miejsca, z którego będzie miał widok na ciężarówkę albo chociaż jej okolice, tak by ubezpieczać tyły Kane’a. Gotowy do ustrzelenia każdego potencjalnego zagrożenia, odruchowo wręcz przejechał się swoim sprzętem po znajdujących się w jego polu widzenia flankach i poboczach, na które szarżujący, przepełniony adrenaliną Irlandczyk mógł nawet nie zwracać uwagi.
Przeciwnik był w pełnym odwrocie i co więcej, najwyraźniej sądził, że ten odwrót mu się uda. Musieli to robić nie po raz pierwszy, pewnie znali sposoby reagowania Republiki. Najemnicy stanowili jednak wystarczające wsparcie, aby zatrzymać przynajmniej część z nich. Ciężarówka już zawróciła, gdy O'Hara przebiegał z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę obok unieruchomionych pojazdów konwoju. Właśnie się rozpędzała, gdy granat pofrunął łukiem i wylądował blisko tylnego koła, eksplodując niemal w tej samej chwili i wyrywając oponę prawie z całą ośką. Ciężarówką zatrzęsło, skręciła w bok i zachybotała się gwałtownie. Nie przewróciła się, stając w poprzek drogi, tylko dlatego, że nie zdążyła rozwinąć większej prędkości. Z paki wyskoczyło prawie od razu trzech ludzi i od razu zostali zdjęci. Jednego Fox złapał jeszcze w locie, drugi i trzeci może jeszcze zdążyli zauważyć co ich atakuje, ale już nie unieśli broni, gdy nadeszły kule najemników. Zaraz po tym nastała cisza. Dwóch z szoferki ukryło się po przeciwnej stronie ciężarówki, korzystając z osłony kół obstawiali obie jej strony, co doskonale widziała Scrap na swoim ekranie. Bob nie zdążył jak na razie włączyć się do akcji.
- Widzę dwóch, chowają się za kołami - zameldowała usłużnie Dawn. - Bob może ich zajść od góry, powinni się poddać jak próbujemy zdobyć jeńców.
Fox trzymał na celowniku skraj ciężarówki - jedyne miejsce, z którego jeden z wrogów mógł się wychylić. Snajper był za daleko, by kogokolwiek w praktyczny sposób wzywać do poddania się, ale w razie czego, jeśli ktoś jednak spróbuje się wychylić, mógł równie dobrze ustrzelić, jak i oddać strzał ostrzegawczy.
- Mam na celu skraj wozu od zachodniej, wroga nie widzę - zakomunikował krótko.
- Zachodzę ich od tyłu dajcie znać jaka decyzja: Zdejmujemy czy bierzemy jeńców? - Zwiadowczyni dotarła do ciężarówki i obeszła samochód tak, by stać z tyłu przeciwników. Jej broń mierzyła prosto w ich plecy. Mogła to zakończyć tu i teraz, ale jak dla niej świat i tak był pełen bezsensownej śmierci.
W pewnych sytuacjach Kane nie wahałby się i już zneutralizował przeciwnika. Gangi i anarchia zawsze przynosiły mnóstwo śmierci i agresji, nie czuł wyrzutów sumienia przed pozbywaniem się takich jak oni. Obecnie jednak chciał zdobyć punkty w Republice.
- Shade, pokaż im, że wystarczy sekunda i nie żyją - szepnął do komunikatora. Następnie odezwał się głośno. - Poddajcie się, jesteście otoczeni, a wasi kumple zwiali - Irlandczyk cały czas, już powoli, zbliżał się do ciężarówki z uniesioną bronią.
Jak tylko ostrzegawcze kule trafiły w koła tuż obok nich, obaj rzucili broń i unieśli ręce.
- Dobra, dobra, poddajemy się! - krzyknął jeden z nich. Trudno powiedzieć na co liczyli po tym co tu zrobili, lecz mało kto chciał umierać. Zwłaszcza bez wzniosłej idei, której ci tutaj raczej nie posiadali względem Republiki. Bez wątpienia napastnikami byli członkowie gangu, w skórzanych strojach. Rysami w ciemnościach przypominali latynosów bardziej niż kogoś z Jeźdźców Apokalipsy. Z lasu po drugiej stronie zaczęły się wyłaniać sylwetki żołnierzy Republiki.
Shade, kiedy tylko Kane zbliżył się na tyle, by mieć przeciwników na celowniku, wycofała się z terenu walki. Nie chciała wyłączać kamuflażu w miejscu, gdzie ktoś mógłby ją zauważyć. Postanowiła poszukac jakiegoś odleglejszego miejsca gdzie mogłaby to zrobić, a potem wrócić do reszty udając że ganiała po lesie uciekinierów.
Dawn obleciała Bobem ciężarówkę i zamarła, celując w obu jeńców. Tego drona i tak nie mogli kryć jako swojego asa w rękawie. Frugo zatoczył szerszy krąg nad polem walki, jego kamery szukały oddalających się gdzieś w pobliżu pojazdów, czy to samochodów czy motorów. Sama Scrap nie ruszała się z miejsca, nie ufając drodze przed nią.
- Sprawdźcie co z ładunkiem i spytajcie co to za jedni - rzucił Fox przez komunikator, nie zmieniając jeszcze pozycji. Słowa kierował do Kane’a i Shade, w przypadku tej drugiej nie będąc pewnym, gdzie się obecnie znajduje. Wyglądało na to, że walka zakończona, ale mimo to snajper nie oderwał się od lunety, upewniając się, czy gdzieś na drodze lub obrzeżach lasu znajdują się jeszcze jacyś wrogowie.
- Złapaliśmy dwóch - głośno odezwał się Irlandczyk, kiedy ludzie Republiki się zbliżyli. Jednocześnie trzepał obu jeńców, w poszukiwaniu broni, granatów i innych ciekawych rzeczy. Kazał im też wyłączyć holofony. - Uciekł pickup i bus.
- Reszta pieszych zwiała? - zapytał jeden z nadchodzących. Z lasu wyszło ich dziesięciu, każdy z noktowizorem i bronią gotową do strzału. Część poruszała się jak żołnierze, reszta jak ich uczący się naśladowcy. Oczy najemników szybko wychwytywały takie szczegóły. Kane nie znalazł dodatkowej broni u przeszukiwanych, jedynie zapasowe magazynki, zanim jeńców przejęli nadchodzący. Holofony zostały wyłączone. Zanim ktoś zdążył zareagować, rozbrojeni napastnicy oberwali kilka ciosów i kopów. Irlandczyka na bok odciągnął ten sam, z którym wcześniej rozmawiał.
- Dobra robota. Kim wy właściwie jesteście? - zapytał, zezując wyraźnie na unoszącego się na swoich silnikach Boba.
Frugo tymczasem wznosił się na takiej wysokości, że bez większego problemu jego kamery wychwyciły pojawiające się na południowym zachodzie pojedyncze snopy światła, szybko oddalające się na południe. Mógłby je śledzić, ale tylko przez jakiś czas, motocykliści bez wątpienia byli szybsi od zwiadowczego drona.
Zgodnie ze swoim planem Shade wróciła w bezpieczne, zacienione miejsce i wyłączyła kamuflaż. Pojawiła się na tyłach wychodzących z lasu i odpowiedziała na pytanie o uciekających przeciwników:
- Trzech martwych leży trochę dalej w głębi lasu.
- Odjeżdżają na południe, nie dogonię ich. Będę ich śledzić ile zdołam - usłyszeli głos Scrap, która skierowała Frugo za uciekającymi. - Zapytajcie tutejszych czy sprawdzili czy na drodze nie ma więcej min.
- Ludźmi, którzy ostatni rok uczyli sobie radzić z gwałtownymi sytuacjami i akurat trafili do was, szukając miejsca dla siebie na tym świecie. Cieszymy się, że mogliśmy coś pomóc - odpowiedział nieznajomemu O'Hara, podając skróconą wersję ich historii. - Weźcie tych dwóch na początek i niech sprawdzą czy na drodze nie ma dalszych niespodzianek. W konwoju byli wasi ludzie?
Fox dołączył do pozostałej dwójki najemników, gdy Irlandczyk zadał swoje pytanie. Nie wtrącił się jednak do rozmowy, czekając na odpowiedź “Republikanina”.
"Republikanie" uwijali się jak mrówki wokół nich. Zbierali ludzi, sprawdzali pojazdy.
- Chłopaki już się tym zajmują. Ci tutaj to częściowo nasi, częściowo współpracownicy z zewnątrz. Skurwysyny musiały wiedzieć z wyprzedzeniem co się planuje, a to oznacza szpicla - splunął na ziemię, ale też wyciągnął rękę do O'Hary. - Wracajcie do miasta, powiem o was szefowi. Jeśli faktycznie chcecie miejsca dla siebie, to możemy się dogadać. Te pierdolone testy zgodności są dla frajerów do spławienia, jeśli mnie pytać.
Scrap zgodnie z oczekiwaniami, wkrótce zgubiła uciekających. Nabrała natomiast pewności, że nie jechali do Snohomish, a wybierali drogi jak najbardziej na wschodzie.
- Wiedziałem, że znajdą się tu rozsądni ludzie, umieścili nas w domku z plastikową blondi - parsknął Irlandczyk, ściskając dłoń. - Jakby wasz szef zmienił plany, to pamiętajcie o nas. W pewnych miejscach możemy się przydać bardziej niż w innych.
Po tej krótkiej wymianie zdań skierował się w stronę pozostawionych motorów, na wszelki wypadek omijając drogę. Sprzątanie burdelu zostawiał innym.
- Zbieramy się, koniec rozrywki - mruknął przez komunikator do reszty najemników.
Zwiadowczyni bez zbędnej dyskusji wróciła do swojego motoru i dołączyła do Irlandczyka.Tak samo zrobił też Raver.
- Poczekam tu na was - zameldowała Scrap, zawracając Frugo i kierując go nad ich głowy, w razie gdyby jeszcze jakieś niespodzianki miały się przytrafić.
 
Sekal jest offline  
Stary 12-02-2020, 12:54   #9
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 1 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Nick Cave wyglądał dokładnie tak, jak zapamiętali go z filmów propagandowych Republiki. Uśmiechnięty, wystrojony, z twarzą idealnie pasującą do każdego podręcznika od psychologii lub dowolnego członka loży sieciowych mentorów, z wygodnego fotela pouczających innych jak mają żyć. Witał się z każdym, pytał o zdrowie. Cała reszta banałów przychodziła z nim w komplecie. Całe Granite Falls zostało zaproszone do jednego z kościołów na spotkanie z liderem, łącznie z najemnikami oraz małżeństwem ze wspólnie dzielonego domku. Kiedy już spodziewali się kolejnego męczącego przemówienia, ich motory zostały zatrzymane zaraz po odjeździe plastikowej barbie wraz z jej równie beznadziejnym mężem.
- Poczekajcie w domu - polecono im. Nie musieli czekać nawet długo, gdy przed wejście podjechały dwa solidne terenowe auta z przyciemnianymi szybami. Wysiadło z nich kilku dobrze uzbrojonych i wyposażonych ludzi oraz Vale, wraz z trzymającą go pod rękę i wyraźnie tulącą się do niego Nicole Maines. Wyglądało na to, że jeden z poszukiwanych, albo jedna zależy jak na to spojrzeć, zadomowiła się w Republice wyjątkowo dobrze.

Żołnierze zabezpieczyli teren, gdy para weszła do środka. Vale skinął im głową na powitanie, wskazując swoją towarzyszkę.
- Poznajcie Nicole. Słyszeliśmy, że w nocy sami z siebie udowodniliście swoją przydatność. Pytanie mam inne. Czy to jest właśnie życie, jakie sobie wymarzyliście, jakie chcielibyście wieść po pozostaniu w jednym miejscu?
Maines uśmiechnęła się do nich, gdy oboje siadali na jednej z kanap w głównym pomieszczeniu letniskowego domku. Ogień palący się w kominku tłumił nieprzyjemną wilgoć docierającą z zewnątrz, gdzie deszcz rozpadał się na dobre.
- Kiedy ciągle jedziesz z jednego miejsca na inne marzysz tylko o tym, by w końcu zatrzymać się gdzieś na dłużej - Shade wzruszyła ramionami - Jak się jednak o tym przekonać czy to dokładnie to, o czym marzysz, jeśli nie masz okazji spróbować?
- Czasami człowiek tak do czegoś przywyka, że mu później trudno znaleźć sobie miejsce bez swojego uzależnienia. Cieszymy się, że mogliśmy pomóc - Kane skinął głową przybyłej dwójce, dłuższym spojrzeniem obdarzając Nicole. Co trans-nastolatek miał do zaoferowania, że Norris pozwalał trzymać się tak blisko? To wyglądałoby na szansę znacznie bardziej, gdyby bliźniaków los rzucił im tu w komplecie. - Do uprawiania ziemi się nie nadajemy, wszystko zależy od tego jak miałoby to tutaj wyglądać.
Nicole zauważyła spojrzenie O'Hary, uśmiechając się do niego. Nie odzywała się póki co, rozmowę prowadził Vale.
- Odniosłem wrażenie, że szukacie spokojniejszego miejsca, w którym uspokoicie nerwy zszargane ciągłą jazdą przez cały kontynent - zwrócił się najpierw do Shade, zanim wrócił wzrokiem do Irlandczyka. - Tak jak widzieliście. Teren jest nierówny, rozległy. Nie da się obsadzić całości. Na tych swoich motorach jesteście całkiem mobilni. Wydajecie się osobami nie lubiącymi nudy, jeśli mam wyrażać opinię, widzę więc bardziej mobilną rolę dla waszej czwórki. No chyba, że chcecie przydziału do jednego konkretnego miejsca?
- Jeżeli przez przydział do jednego miejsca masz na myśli jakąś stacjonarną ochronę, to ja jednak wolałbym odrobinę więcej mobilności, przynajmniej na razie - odezwał się Fox, widząc kompletnie niepotrzebną perspektywę “uziemienia” w przeciwnym wypadku. - To jednak moja opinia, takie decyzje generalnie podejmujemy wspólnie - dodał po krótkiej chwili. Deklaracja za mocno od prawdy nie odbiegała, a i patrząc na ideologiczne zacięcie tutejszych, nikogo dziwić nie powinna. Jak jest tu jeden bliźniak, zapewne znajdzie się też drugi, ale dopóki nie wiedzieli, gdzie konkretnie, nie bardzo mogli sobie pozwolić na siedzenie non-stop w jednym miejscu.
- No chyba, że będzie to miejsce z nowoczesnym warsztatem lub laboratorium, wtedy bym mogła pracować nad swoimi zabawkami - dodała ze śmiechem Scrap, przypominając sobie, że bliźniacy byli naukowcami. Nicole teraz na to nie wyglądała, bardzo jednak wątpliwe, żeby Republika przyjęła ich tak szybko i tak blisko bez wyraźnego powodu.
- O, jesteś inżynierem? - wtrąciła się nagle Nicole, zainteresowana słowami Dawn. - W jakiej dziedzinie?
- Ma się rozumieć nie musielibyście podejmować decyzji od razu - Vale kontynuował poprzedni wątek. - Powiedziano mi, że jesteście bardzo zgranym i cholernie skutecznym zespołem. Przechodziliście szkolenie wojskowe, czy jesteście samoukami?
- Część z nas przez chwilę była w wojsku, kiedyś dorabialiśmy różnymi zleceniami. Dopiero kilka lat temu połączyła nas wspólna pasja - Kane wzruszył ramionami, jakby ta bajeczka nie była istotna. I nie była bajeczką. - I nie chodzi o bieganie z bronią - roześmiał się. - Chętnie spróbujemy się zadomowić w siłach obronnych Republiki. Wygląda na to, że nie jest tu tak miło i bezpiecznie jak próbujecie wcisnąć przyjezdnym.
- Czyli może być całkiem interesująco. - Dodała Shade także się uśmiechając.
- Najbardziej bawi mnie robotyka - tymczasem Scrap odpowiedziała z uśmiechem na pytanie Nicole. - Ale też mechanika i wszystko co zawiera w sobie trochę metalu i elektroniki. Też lubię jak coś się dzieje, ale wolę na to patrzeć oczami drona.
- To zupełnie odwrotnie niż ja i mój brat - śmiech Nicole dołączył do ogólnego zadowolenia i rozprężenia panującego chwilowo podczas tej rozmowy. Norris ani trochę nie wyglądał na zmartwionego stratami poniesionymi w wyniku zasadzki. - My pracujemy głównie na żywych organizmach. Gdyby nie Vale, ciągle byśmy robili te nudne rzeczy dla korporacji.
Mężczyzna spojrzał na nią, ale nie skomentował. Zamiast tego wrócił do drugiego wątku.
- Chętnie popatrzę na wasze pełne umiejętności, sprzęt też macie nie bylejaki, ale tu zapewniamy pewne wsparcie. Nawet warsztat by się znalazł. Skoro wszyscy chcemy poddać to próbie, umówmy się przy starych fabrykach na północnym skraju tego miasteczka. Ktoś was odbierze tam i poprowadzi. Poczekajcie tylko aż ta nieszczęsna para wróci i powiedzcie, że odjeżdżacie, bo to jednak nie dla was. Jeszcze jakieś pytania na teraz?
Fox uśmiechnął się pod nosem i rzucił swobodnie:
- Widzisz, Scrap, w takim towarzystwie będziesz się czuła jak ryba w wodzie. Możesz gadać non-stop i nikt nie będzie robił wielkich oczu, chyba że z podekscytowania - klepnął najemniczkę po plecach. To ciekawe, jak jedno spotkanie i jedna wymiana zdań potrafią rozjaśnić sytuację. Wiedzą już, że bliźniacy nie tylko żyją i mają się dobrze, ale też oboje są tutaj, nie rozdzielili się i pracują najwyraźniej razem. Zerwanie się, zgodnie z najemniczym instynktem, na pierwszą oznakę zagrożenia i ruszenie dupska w stronę konwoju było ewidentnie dobrym pomysłem. Snajper zaczynał już nawet powoli zapominać, że w międzyczasie musieli znosić towarzystwo jakiejś blondi i jej męża-wujaszka.
- Mówisz “próba”, ale wspominasz też o wsparciu, warsztacie - Raver nawiązał do słów Norrisa. - Czy to może ma być nowy test, czy przenosimy się i zaczynamy działać na poważnie?
- Próbie w rozumieniu sprawdzenia jak będzie nam przychodzić współpraca. Nie zrozumcie mnie źle, być może odniosłem mylne wrażenie po pierwszej rozmowie, ale wydajecie się nie celować w to samo co małżeństwo z tego domku - kącik wargi Vale'a uniósł się. - Pełnię tak zwanych swobód i wspólne dobro. W dużej mierze tym się kierujemy, ale dostępne są wyjątki dla tych, którzy nie na wszystko się zgadzają, a potrafią udowadniać swoją wyjątkowość i przydatność. Wolności trzeba mieć czym bronić.
- To brzmi całkiem rozsądnie. - Valerie skinęła głową. - Szczerze mówiąc pomysł przyjazdu tutaj mnie podobał się najmniej. Nie jestem przekonana co do niektórych aspektów życia w waszej społeczności. Skoro jednak mówisz, że mogą być wyjątki od pewnych reguł, to może zmienię zdanie.
- Może też polubisz niektóre reguły, gdy już zobaczysz jak działają na własne oczy - zaproponował niezobowiązująco Norris.
Nicole uśmiechnęła się przy tym bardzo dwuznacznie.
- Może. - Najemniczka także odpowiedziała uśmiechem. - Jestem raczej krnąbrną duszą i nie lubię być do niczego zmuszana, ale jeśli mogę mieć wybór, to kto wie?
- Myślę, że zrozumiałeś nas dobrze - skwitował Raver. - Natomiast małżeństwu pożyczymy powodzenia w pozostałym okresie próbnym. Kto wie, jakie kto talenty skrywa - dorzucił z pozorowaną powagą.
- To zupełnie inne dziedziny - wytknęła Foxowi Dawn, kręcąc głową jak starsza siostra przy wygłupiającym się młodszym braciszku. - Cieszę się jednak, że są tu pokrewne dusze. Może kiedyś pokażesz mi swoje laboratorium, Nicole i podyskutujemy nad tym które organizmy są bardziej fascynujące - roześmiała się, nie naciskając na ten wątek. Za szybkie pytania mogły być podejrzane, a ta tutaj nie wyglądała na najlepszą w utrzymywaniu tajemnic. Scrap już planowała jak wyciągnie ją na bardziej osobiste pogaduszki. A jeszcze lepiej, jej brata.
- Trzeba jednak przyznać, że początkowe wrażenie robicie bardzo specyficzne - Kane skinął głową w stronę ich rozmówców. - Do zobaczenia wkrótce.

Nikt nie przedłużał tego spotkania, po odejściu Norrisa spakowali torby i czekali na różową z mężusiem, po to tylko, żeby pomachać im na pożegnanie i życzyć powodzenia. Gdy już byli na motorach, przejeżdżając powoli przez miasteczko, O’Hara odezwał się cicho przez komunikator.
- Proponuję zatrzymać się na chwilę, pod przykrywką sprawdzania usterki czy coś. Trzeba przeskanować motory i zastanowić się co dalej. Dawn, widziałaś gdzie pojechała Nicole po spotkaniu z nami?
Scrap kamerami Frugo zarejestrowała jak samochód podjeżdża pod bar i nic poza tym. Przy okazji zauważyła też, że dron potrzebuje ładowania baterii. Powiedziała o tym reszcie ekipy i wyszukawszy miejsce we względnym odosobnieniu wskazała je i zjechała na pobocze, zatrzymując motor. Zeszła ze swojego, uruchamiając skaner.
- Tak to jest kupować motory z nie za wysokiej półki. Nie żebyśmy mieli wybór, ale… - marudziła głośno, po pozorami szukania usterek skanowała po kolei każdą maszynę. Tym razem nie znalazła żadnych pluskiew lub innych elektronicznych części, które ktoś mógł im podłożyć. Scrap przekazała te wieści reszcie.
- Czyżby tym razem ktoś chciał nam zaufać? - odezwała się, cicho i po włączeniu swojego motoru, aby silnik zagłuszył ewentualny inny, kierunkowy podsłuch. - Trzeba się dowiedzieć, gdzie jest braciszek Nicole. W tym ich laboratorium mogą trzymać też dane. Widać wyraźnie, że porwani to oni nie zostali, sami nie pójdą. Musimy więc mieć transport do dwójki związanych ludzi.
- Albo nieprzytomnych. - Dodała Shade. - Z takimi mniej problemów. Dobry środek usypiający powinien załatwić sprawę. Szukamy więc laboratorium, braciszka, transportu i leków. Przy odrobinie szczęścia wszystko znajdziemy w jednym miejscu. Zdecydowanie warto śledzić Nicole. Dawn spróbuj się z nią zaprzyjaźnić. - Zwiadowczyni wskazała ręką w kierunku w którym zmierzali - To jednak plany na przyszłość. Teraz jedźmy grzecznie gdzie nam kazali i róbmy czego oczekują. Musimy zdobyć ich zaufanie.
- Przyjaciółki od serca… - mruknęła Scrap i westchnęła. - Ciekawe czy od początku był gejem i czy wiedza, że to facet w nowym wdzianku do czegoś się przyda.
- Podobno gej to najlepszy przyjaciel kobiety, więc w każdym przypadku powinno być z nią łatwiej. - Stwierdziła Valerie wzruszając ramionami.
- To nie gej, to trans, nie mylcie pojęć. W takich głowach może wszystko siedzieć, z masowym mordercą włącznie - Kane wzruszył ramionami. - Czekanie na rozwój wypadków zwiększa ryzyko wpadki. Dawn, jak naładujesz Frugo, spróbuj puścić go na zwiad. Do takiego labu muszą coś dowozić, więc można spróbować śledzić pojazdy. Nie powinno ich się tu poruszać bardzo wiele. Fox, jakieś sugestie? Jak nie to jedziemy. To może być jedna z ostatnich chwil na swobodną rozmowę przez dłuższy czas.
- Jak dla mnie sprawiała wrażenie znudzonej korporacją, zbuntowanej nastolatki, która tutaj odnalazła ciekawsze życie - rzucił Fox. - Do tego raczej nie takiej, co trzyma język za zębami. To od niej wiemy, że braciszek też tu jest, i to ona zapewne najprędzej nas naprowadzi na jego trop. Jeśli chodzi o tutejszych, chcą nas potraktować użytkowo, zróbmy więc to samo - wykorzystajmy ten ich potencjał, którym się chwalą. Może uzyskamy więcej informacji o celach i sposobach na ich wywiezienie stąd. Musimy jednak mieć możliwość komunikacji w razie czego. Lokalsi jak dotąd nie zdawali się wykorzystywać żadnych szczególnie nowoczesnych metod inwigilacji, ich podsłuchy były wręcz amatorskie… zatem chyba starczą holofony? Z pseudonimami dla celów zamiast imion, tak jak sami nie posługujemy się imionami - Raver wzruszył ramionami.
- To jak ich nazwiemy? - W głosie zwiadowczyni można było wyczuć rozbawienie. Najwyraźniej skonkretyzowanie zadań wyraźnie poprawiło jej humor. - Może Yin i Yang?
- Szczerze? - spytał retorycznie snajper z ledwo dostrzegalnym uśmieszkiem na ustach. - Myślałem o Pussy i Cat. Bardziej niewinne, a też uniwersalne - dodał takim tonem, jakby podsumowywał wielogodzinną dyskusję o filozofii życia.
 
Eleanor jest offline  
Stary 09-03-2020, 20:40   #10
 
Lady's Avatar
 
Reputacja: 1 Lady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputacjęLady ma wspaniałą reputację
Czekano już na nich, gdy wyjeżdżali z Granite Falls drogą na północ. Czarne terenowe auto stało na środku drogi, na włączonych światłach, tyłem do nadjeżdżających w nieustającej, nieprzyjemnej mżawce najemników. Jak tylko podjechali w bezpośrednie jego pobliże, przyciemniana szyba kierowcy otworzyła się i na zewnątrz wyjrzała głowa kobiety o żółto-niebieskich, zaczesanych modnie na jedną stronę włosach. Pod okiem i na szyi miała tatuaże, fioletowe oczy także pasowały do obecnego trendu - kolejny niepasujący element obrazu Republiki, jaki to roztaczano w mediach społecznościowych. Wszyscy byli na pewno równi, po prostu niektórzy byli równiejsi. Błysnęła zębami, lustrując wzrokiem ich motory.
- Trzeba przyznać, że z cukru to nie jesteście. Jedźcie za nami, nasz przystanek jest oddalony o dwadzieścia kilometrów.
Skinęła im i zamknęła szybę. Zdążyli jeszcze ujrzeć mężczyznę na siedzeniu pasażera, bez wątpienia zadrutowanego.

Droga prowadziła najpierw na północ, niedługo po przekroczeniu rzeki skręcając na wschód i już tak pozostając. Z każdym kilomentrem zbliżali się do ledwo widocznych w tej aurze gór, niektóre pojedyncze szczyty znajdowały się znacznie bliżej od innych, bez wątpienia tworząc malowniczy krajobraz. Najemnicy nie widzieli go prawie wcale. Jezdnia utrzymana była o wiele lepiej niż ta, którą poruszali się do Granite Falls, widać było tu i ówdzie ślady kładzenia nowego asfaltu. Prowadziła w tunelu, pomiędzy starymi, wysokimi drzewami pnącymi się po obu jej stronach. Prawie nie było tu odnóg, zjazdów, budynków. Minęli kilka niedużych farm i to wszystko, aż do momentu, gdy na liczniku zbliżało się zapowiedziane dwadzieścia kilometrów. Zaczęły się pojawiać pojedyncze domki w miejscach bez nazwy, sądząc po starych mapach ciągnęły się jeszcze przez jakiś czas, ale ich przewodnicy skręcili nagle w boczną, polną drogę. Po następnym kilometrze wjechali pomiędzy stojące pomiędzy drzewami baraki, przykryte dodatkowo maskującymi siatkami. Samochód zatrzymał się i dwójka ludzi wyszła z niego, czekając aż wszyscy zatrzymają się i wyłączą silniki.

- Witajcie w jednym z naszych obozów treningowych - odezwała się wtedy kobieta, która nie robiła sobie wiele z dziesięciu stopni i deszczu, ubrana w glany, wojskowe spodnie i top bez rękawów pod którym nawet nie miała stanika. - Jestem Eve, to Lucas - wskazała na kompana, w stroju zdecydowanie bardziej bojowym. - Szef wspominał, że tym razem nie trafiły się nam żółtodzioby co nie umieją patyka w łapie trzymać. Byłoby miło, ale i tak mamy was przetestować.
- Przydałoby się wiedzieć co kto umie, bez ściem - dodał Lucas, odzywając się po raz pierwszy.
- Zaoszczędzimy sobie mnóstwo czasu.
- I jeszcze ładne buźki w komplecie, jesteście sparowani? - tę dwójkę wydawała się cechować bezpośredniość, pewna odmiana od ostatnich rozmów.
Deszcz pod siatką i drzewami niemal nie istniał, wilgoć to była jednakże inna bajka. Mieli wrażenie, że wszystko im przemokło, choć dla żadnego z nich nie stanowiło to dużego problemu. Gdzieś z północy rozległy się stłumione odległością wystrzały, żadne z dwójki kadry szkoleniowej nawet nie drgnęło.
Valerie zeszła z motoru i podeszła do przewodników. Ciągle miała na sobie kombinezon, więc mimo niezbyt ciepłego ubrania wierzchniego, nie odczuwała dotkliwego zimna. Odgarnęła z twarzy mokre włosy. Słysząc bezpośrednie pytania posłała rozbawione spojrzenie w stronę Kane'a:
- Powiedzmy, że jesteśmy sobie dość bliscy. Kwestia wspólnych lat i celów. Jestem Shade i w tej ekipie pełnię rolę zwiadowcy. Jestem dobra w podchodach, rzucaniu i ogólnie posługiwaniu się nożem, całkiem niezła w walce wręcz. Potrafię celnie strzelać. - Wzruszyła ramionami. - Kiedy się o tym mówi, wydaje się, że to niewiele.
- Jeśli to dobre podchody, to na tym terenie jedna z ważniejszych umiejętności - bystre spojrzenie Valerie bez trudu dostrzegło jak uważnie zlustrował jej figurę Lucas.
- Jak do tej pory nikt nie narzekał. - Kobieta bez skrupułów odpowiedziała mu równie taksującym spojrzeniem uśmiechając się dwuznacznie.
- Czyli jednak kolejny test - skomentował Felix, rozglądając się po obozie. W swoim stroju ciągle wyglądał na Nomada, chociaż feniks na prawym ramieniu jego kurtki zmoczył sobie piórka. - Mówią mi Fox, jeśli jestem sparowany, to sam o tym nie wiem. U nas po prostu przyjęło się takie, nazwijmy to, równouprawnienie - Raver spojrzał po kolei na “trenerów”, znacznie wyróżniających się na tle wszystkich Republikanów, których spotkali wcześniej. Im głębiej wchodzili na teren Republiki, tym bardziej bzdurne wydawały się te propagandowe obrazki. No ale trzeba przyznać, że stojąc tak sobie pod siateczką mieli tak piękne 50/50, że ktoś mógłby stworzyć z tego kolejny taki obrazek.
- Jestem strzelcem, według niektórych wyborowym - kontynuował, przechodząc stricte do tematu. - Broń palna, w zasadzie wszelkiego rodzaju, ale zwłaszcza długodystansowa. Karabiny snajperskie, szturmówki. Potrafię być mobilny, nie lubię jednak pchać się na pierwszą linię frontu, gdy nie muszę - snajper wzruszył ramionami.
Kane spokojnie zszedł z motoru, zdjął kurtkę i zbliżył się do rozmawiających. Na spojrzenie Rusht błysnął zębami, mrugając do Lucasa.
- Niestety do tej pory to ona przewodzi w tych podchodach i nie daje nawet popatrzeć - westchnął, dając się wypowiedzieć Foxowi. Dopiero wtedy on zaczął.
- Ja już dość się nagadałem w tamtej wiosce. Gębą się niewiele udowadnia, lepiej się rozruszać.
I wyprowadził prawy sierpowy prosto w szczękę Lucasa, używając przy tym pełnej prędkości, ale nie całej siły. Sparing, nie morderstwo.
Tamten nie miał szans się zasłonić, ale zdążył odchylić się na tyle, aby pięść tylko odrobinę zahaczyła o szczękę. Wyprowadził też szybki cios w brzuch Irlandczyka, niezbyt bolesny, i odskoczył zwinnie, przybierając pozycję pasującą bardziej do kogoś trenującego sztuki walki niż boks albo zwykłą bijatykę. Uśmiech na jego ustach przypominał wilczy.
- Tak chcesz się bawić?
- Ah, chłopcy - roześmiała się Eve i cofnęła, nie próbując nikogo zatrzymywać. - Powiem szczerze, że nie uwierzyłam za mocno w to uciekanie przed toporem przez rok. Słyszałam, że taką bajeczkę sprzedawaliście w Granite Falls.
Fox pokręcił głową, trochę z niedowierzaniem. O’Hara musiał się chyba ostro nudzić.
- A co Wy tutaj robicie? Sami zupełnie nie przypominacie ludzi z Granite Falls. Taka jest “pięść” Republiki?
Widząc co się dzieje, Scrap postanowiła nie wdawać się na razie w rozmowę. Zamiast tego zaczęła raz jeszcze wyjmować części Boba i skręcać go sprawnymi ruchami. Podróżowanie motorem miało dla niej odrobinę irytujące konsekwencje - czego może po kobiecie widać nie było na pierwszy rzut oka, kiedy z niesłabnącym entuzjazmem przywracała do “życia” bojowego drona. To była też niejako prezentacja możliwości, podobnie jak Kane nie miała ochoty opowiadać o nich słownie po raz kolejny.
- Nikt nie mówił o toporze. - Zwiadowczyni wzruszyła ramionami przyglądając się z ciekawością dwóm kogutom stroszącym obok swoje piórka. - Raczej o wędrówce w poszukiwaniu swojego miejsca, do którego można wracać. Trochę mamy dusze nomadów, a trochę po prostu lubimy przygody i zdecydowanie nie nadajemy się na sztandarowych przedstawicieli republiki.
- W nocy nie zdążyłem się porządnie rozgrzać - wyszczerzył się Irlandczyk i wyskoczył do przodu. Przyjął postawę bokserską i atakował póki co tylko rękami, ciekawy co oponent ma do zaoferowania. Szybko, prawa, lewa, prawa. Na dystans, korzystając ze swojej szybkości.

Walka była szybka i brutalna, nie mając w sobie nic z tego co widywało się w filmach. Wszczepy Lucasa były pierwsza klasa, podobnie jak jego umiejętności. Pierwszej serii ciosów uniknął, wyprowadzając dwa swoje, tuż pod żebra. Nic jednak czego Kane by nie wytrzymał, szturmując dalej, ciągle bez skutku. Wtedy oberwał nogą w piszczel i dłonią w skroń. Tu przeciwnik go nie docenił, bo twarda Irlandzka głowa wcale nie odskoczyła i teraz to dwie pięści zderzyły się z szkoleniowcem Republiki, posyłając go dwa kroki w tył. Co jak co, siły O'Hara miał o wiele więcej. Doskoczyli jeszcze raz, polała się krew z rozbitego nosa Lucasa i przeciętej wargi najemnika. Wtedy Eve uznała, że wystarczy, wchodząc między nich.
- No już, już. Pokazaliście co chcieliście, może się z Shade wami jakoś podzielimy - roześmiała się, poklepując obu po ramionach. - Nie jesteśmy "pięścią" tylko siłami bezpieczeństwa. Ja i Lucas nie jesteśmy zwykle potrzebni na wezwania, nasze zadanie to głównie trening i ocena możliwości. Słyszałam, że chcecie dopiero zdecydować w co się pakować. Na pierwszy rzut oka bardziej byście pasowali jako siły mobilne, z tymi motorami zwłaszcza.
Dawn zdążyła złożyć drona i razem z nim dołączyć do pozostałych.
- Jestem Scrap. Nie jestem tak mobilna jak oni, ale rekompensuję sobie tym - pogłaskała Boba czule. - Razem z waszym szefem poznaliśmy niejaką Nicole, która coś wspominała o laboratoriach. Inni pewnie takich wymagań nie mają, ale mój nowy dom musiałby mieć miejsce, w którym mogę pracować nad moimi robotami.
Tymczasem Valerie podeszła do Irlandczyka i pocałowała go w rozciętą wargę, zlizując językiem krew:
- To był całkiem niezły pokaz. - Odezwała się z rozbawieniem. - Jeśli chodzi o mnie zrobił wrażenie.
- To jak będzie z tym dzieleniem się? - podobnie rozbawionym tonem zapytał Lucas, kierując pytanie ni to do Eve, ni to do innych. Przyłożył wyciągniętą skądeś chusteczką do rozbitego nosa.
- Ja tam jestem otwarta - podjęła jego towarzyszka. Tego typu rozmowy i zachowania nie były im obce. Kto wie jaką mieli przeszłość i skąd trafili do Republiki. - I laboratoria się znajdą. Jest tu trochę takich, którzy przyjechali właśnie z tego powodu - ciągnęła dalej kobieta. - Ja się na tym nie znam, ale brat tej całej Nicole - zaakcentowała to imię w dziwny sposób - to chyba nosa nie wyściubia spod ziemi.
Kane błysnął zębami w szerokim, zadowolonym uśmiechu. Podał Lucasowi rękę i mocno uścisnął.
- Szybki jesteś. Z dzieleniem i tak to panie zawsze ostatecznie decydują - roześmiał się. - Dobrze byłoby się dowiedzieć dokładniej z czym się tu jako Republika mierzycie, zanim zdecydujemy. To nie brzmi jak decyzja nie do zmiany, aye? A właśnie, mówcie mi Irishman. Przywykliśmy do używania ksywek.
- Ja wolę świeże powietrze i trochę słońca. Mam nadzieję, że nie wszystkich trzymacie pod ziemią? - zażartowała Dawn, choć jej głównym celem było pociągnięcie kobiety za język. Widać, że wiedziała dużo i wcale nie pilnowała się zbyt mocno z tą wiedzą. Z tajemnicami w Republice nie było dobrze… lub to nie były wcale tajemnice.
- Jak mówiłam, nie znam się na tym, ale jestem prawie pewna, że on akurat siedzi pod ziemią - Eve wzruszyła ramionami. Może nie była to tajemnica, a może już zostali do nich dopuszczeni. - Na tych terenach takich miejsc odkryliśmy co najmniej kilka. Ale nie bój się, twoje roboty i inne zabawki nie wymagają chowania się tam - mrugnęła do niej, przyglądając się ciekawie zarówno Scrap jak i jej dronowi.
- Lepiej chodźmy do środka, zanim wrócą żółtodzioby - Lucas wskazał na jeden z baraków. - Luksusów nie ma, ale da się żyć. Szef ma przyjechać najszybciej jak tylko załatwi sprawy w tamtej mieścinie. Ale przyznajcie, Cave robi niezłe wrażenie na naiwniakach?
- Gość wyjęty jak z filmiku - potwierdził Fox. - Wszędzie go zresztą pełno w necie - po tych słowach snajper zaczął już iść w kierunku baraku wskazanego przez Lucasa. - W ogóle jak to ostatnio u Was jest z tą rekrutacją? Filmików nie brakuje, ale słyszeliśmy, że już nie bierzecie wszystkich jak leci? Siły mobilne natomiast już nam sugerowano, lecz jeszcze bez szczegółów, podobnie jak nie za dużo mówiono o alternatywach. Jak nie te siły mobilne, to stacjonarna ochrona jakiegoś określonego miejsca czy inaczej przydzielacie tutaj zadania?
- Ha, nigdy nie przyjmowaliśmy wszystkich - parsknął Lucas. Barak był… barakiem. Prycze, pomieszczenia gospodarcze, łazienki i niewiele poza tym. Stały tu takie trzy, każdy mógł pomieścić przynajmniej po piętnaście osób. Było jednak sucho i ciepło, a mała jadalnia pozwalała usiąść i pogadać. Rekrutów trenowano tu najwyraźniej niczym standardowe wojsko.
- Taki twór jak ten to dużo zagrożeń. Dookoła gangi, rząd próbuje coś zdziałać, a na dodatek wielu próbuje przeniknąć na teren Republiki na własną rękę. Siły mobilne łapią głównie takich, choć w nocy mieliście przykład innych problemów. Bez dostaw trudno się obyć - dodała kobieta. - I jak wszędzie, niektóre obiekty zawsze będą ważniejsze od innych, a w takim górzystym terenie trudno o błyskawiczny transport.
Scrap siadła wygodnie na jednym z krzeseł, zastanawiając się moment, zanim się znowu odezwała.
- Jaka jest mniej propagandowa wersja powstania Republiki? Ile osób tym naprawdę zarządza?
- Podejrzewam, że wie to garstka osób - Lucas wzruszył ramionami.
- A my się do nich nie zaliczamy. Najpowszechniejsza opinia tu wewnątrz sugeruje, że to grupa dobrze sytuowanych osób, którzy dysponując odpowiednimi zasobami chcieli stworzyć swój własny raj. Wątpimy, żeby chodziło o raj dla wszystkich zainteresowanych. Napijecie się czegoś? - Eve wyjmowała kubki.
- Dziwne miejsce na tworzenie raju. - Zwiadowczyni usiadła obok Dawn z wyraźnie zadowoloną miną. W takich miejscach jak to, czuła się zdecydowanie bardziej swojsko niż w domku, który zaoferowano im poprzedniej nocy. Zwłaszcza towarzystwo było o niebo lepsze. - Jak bym miała kasę, kupiłabym raczej jakąś tropikalna wyspę, w miejscu gdzie nikt cię nie napada z nienacka, a pogoda zawsze jest idealna.
- Duża tropikalna wyspa nie jest tania - Kane też usiadł przy stole, zezując na Evę. - Napiłbym się czegoś mocniejszego na tę wargę - błysnął zębami. - Tu skorzystali na terenie niczyim. Ludzie mogę próbować się tu dostać, ale może o to chodzi? To miejsce wzięli z całym dobrodziejstwem inwentarza.
- Mocniejsze rzeczy to jak już się z wami szef rozmówi i zdecyduje co dalej. Lepiej mu nie chuchać - nalała jednak czegoś, co mogło uchodzić za domowej roboty piwo. Lucas w tym czasie zmył się do łazienki, próbując powstrzymać krwotok z nosa i zmyć krew. Rekruterka usiadła obok O'Hary. - Jaki powód by nie był, dbają tu o swoich - ucięła nieco domniemania i przypuszczenia. Nie sprawiała wrażenia, że sama ma większą pewność w tym temacie niż najemnicy. - Przynajmniej Vale, on tu jest dla nas szefem. Innych nie znam, nie licząc Nicka. Poczciwy gość z niego, autentycznie wierzy w to co gada.
Raver przeciągnął się na krześle, wysłuchując rozmowy. Żadnego prawdziwego przywódcy jakiejkolwiek większej grupy nie określiłby jako “poczciwego”, więc realną decyzyjność Pana Cave’a należy pewnie między bajki włożyć. Z kolei cały ten Vale, przy ich pierwszym kontakcie, z początku nie wydawał się Foxowi jakoś szczególnie ważny, jednak zarówno ostatnie wydarzenia, jak i słowa rekruterki mogą wskazywać na to, że pełni on tu rolę szarej eminencji. Tak czy siak, pojawił się z jednym z celów najemników, doprowadził ich tutaj, a teraz najwyraźniej ma decydować co dalej.
- W tych siłach bezpieczeństwa będziecie robić za nasz kontakt, zaplecze? Czy szef powierza to innym?
- Może myk w tym, że każdy to miejsce uważa za taki raj, jaki ma w głowie - podsunęła Scrap z uśmiechem. Mało mówiła podczas tej rozmowy, bo sporo myślała. Ciekawiło ją sporo w tej Republice, socjologia była luźną nauką, ale jednak nauką. - Dla nas też może takim być, a na pewno będziemy zauważać zupełnie co innego niż ten różowy plastik szukający lepszego modelu.
- My tu tylko szkolimy żółtodziobów - roześmiała się Eve na słowa Ravera. - Ale zawsze jesteście mile widziani na kilka głębszych.
Lucas wrócił po ogarnięciu krwotoku i następne minuty zleciały im na całkiem przyjemnej pogawędce, przerwanej dopiero tuż przed dwunastą, kiedy na teren ośrodka szkoleniowego wjechały trzy wozy terenowe. Poznawali je coraz lepiej, z jednego wysiadł Norris z Nicole, z pozostałych uzbrojona obstawa.

Vale szybko przeszedł do rzeczy, nie komentując spuchniętego nosa i rozbitej wargi. Włączył holo i wyświetlił mapę, na której zaczął szybko kreślić linie.
- Na czerwono zaznaczyłem umowną granicę, której staramy się trzymać póki co. Na południu chcielibyśmy zdobyć dostęp do drogi, ale to sprawa na osobną operację. Krzyżyki to największe punkty zapalne. Moglibyście stacjonować w ich okolicach, wybierając patrolowanie południowej, zachodniej lub wschodniej granicy. Bylibyście na wezwanie. Kółkami zakreśliłem obiekty, gdzie ochrona byłaby bardziej stała, tam nie możemy sobie pozwolić na reakcję dopiero po jakimś czasie. Przy Mansford czy Lucerne powinno być całkiem spokojnie.
- Pewnie dlatego mój brat lubi te dwa miejsce najbardziej - roześmiała się Nicole, otrzymując karcące spojrzenie od Norrisa.
- Z tego co mówiliście, wolicie akcję niż siedzenie na tyłkach. O obiektach niewiele wam mogę powiedzieć, oprócz tego, że ich większość znajduje się pod ziemią w ten czy inny sposób. Klauzule poufności będą potrzebne, nawet u nas potrzebne są umowy - krzywy uśmiech sugerował, że dla niego to bzdura. - Zastanówcie się i zdecydujcie, od razu mógłbym was zaanonsować w nowym miejscu. Bo podejrzewam, że zostać tu i szkolić zółtodziobów się wam nie uśmiecha - tym razem błysk zębów był bardziej szczery.
- Każdy może u nas znaleźć swoje nowe powołanie - zachichotała Nicole. - Jakbyście pojechali do Corkindale to może Vale by pozwolił, abym się z wami wybrała. Nie widziałam jeszcze tego obiektu, podobno jest fascynujący!
- Nie od razu - pokręcił głową Norris. - Wiesz, że jesteś teraz potrzebna gdzieś indziej.
Kane przyglądał się mapie w zamyśleniu, kreśląc palcem linie po zaznaczonych punktach. Kombinował jak tu nie wyjść na zbyt zainteresowanego dwójką rodzeństwa i pozostać do tego zgodnym z ich wcześniejszymi słowami. Wreszcie odezwał się, wskazując na trójkąt w północno-zachodniej części terenu Republiki.
- W Corkindale możemy na ciebie zaczekać, aż znajdziesz czas nas odwiedzić - mrugnął do Nicole, pokazując Norrisowi tę część mapy. - Miejsce zaznaczyłeś poza granicą, tu może się sporo dziać? W razie nudy to na wezwanie bylibyśmy blisko punktu zapalnego przy Concrete, a i na południe się łatwo cofnąć. Co myślicie? Lub Silverton. Wschód terenu Republiki mi się mniej podoba, mało tam dróg dla naszych motorów. Zwłaszcza na południu.
- Mnie też się podoba ten punkt na północy, poza granicą. Do tych punktów na wschodzie i tak wszędzie niedaleko. Na motorach łatwo i szybko można dojechać. Ale to? - Zwiadowczyni wskazała palcem, na zakreślone kółkiem Lucerne. - Tam w ogóle prowadzi jakaś droga?
- Pewnie nie możemy się od razu dowiedzieć, który ośrodek jakie może mieć ogólne przeznaczenie? - niewinnie spytała Scrap, z nieodłącznym uśmiechem na ustach. - No bo wiecie... - rzuciła spojrzenie na Boba - …chciałabym móc popracować w wolnych chwilach.
Przyjrzała się dokładnie mapie, podobnie jak Irlandczyk trochę wodząc po niej palcem. Piękne miejsce, pięknie niedostępne. W tym mógł tkwić sekret ciągłego istnienia takiej Republiki. Ciekawe ile osób teraz zamieszkiwało te tereny…
- Tak, spróbujmy od tego punktu. Dużo tam się ostatnio działo?
Fox wolał teraz nie zarzucać Vale’a kolejnymi pytaniami, zanim zdążył zareagować na poprzednie. Nie chciał również sprawiać wrażenia, by wszyscy w grupie byli szczególnie zainteresowani jakimś obszarem lub osobami. Zamiast zatem od razu się odezwać, spokojnie spojrzał na Republikanina, dając mu szansę na odpowiedź.
- Corkindale sami odkryliśmy niedawno - przyznał Norris, zerkając w stronę pokazywanego przez Irlandczyka kawałka mapy.
- I dlatego chcę uczestniczyć w odkrywaniu jego tajemnic! - wtrąciła Nicole, wzdychając. Mężczyzna zignorował ją, kontynuując.
- Jak sami zauważyliście, jest na skraju kontrolowanego przez nas terenu. Może być niebezpiecznie, może być nudno. Trudno powiedzieć. Dopóki się nie upewnimy, bylibyście przypisani do tego jednego miejsca. Nawet jakby zaatakowano w innym miejscu, to wy będziecie siedzieć tam w razie, gdyby to była podpucha.
- Patrzcie, tacy nowi, a już dostają ciepłe posadki - zauważyła z udawanym przekąsem Eve. - Do Lucerny tylko drogą powietrzną lub przez jezioro. Łatwe miejsce do obrony.
- Jeśli to wasza decyzja, to zaraz zorientuję się jak z zakwaterunkiem w Corkindale. Moglibyście jechać tam jeszcze dziś.
- Albo zostać do jutra tutaj, dobrze byłoby się zintegrować - podsunął Lucas.
Każde z nich zachowywało się swobodnie, naturalnie. Może z wyjątkiem spiętej trochę Nicole, popatrującej po wszystkich. Fox wyłowił kilka nieśmiałych uśmiechów, które mu posłała, gdy nikt inny na nią nie patrzył.
- Aż tak do akcji mi się nie spieszy - wyszczerzył się Kane, kłamiąc jak z nut. - Możemy tu zostać, aż przygotują nam wygodne łóżeczka. Co myślicie? - zwrócił się do reszty najemników. Jemu plan odpowiadał o tyle, że mieli miejsce niedaleko od przebywania jednego z bliźniaków i zachęcające dla drugiego. Teraz tylko trzeba będzie znaleźć pretekst do odwiedzenia tego pierwszego i zajrzenia tu i ówdzie. Mogło się obyć nawet bez strzelaniny, gdy fortuna będzie sprzyjać - chociaż Irlandczyk nie był aż tak naiwny, aby na to zbyt mocno liczyć.
- Zacznijmy od jutra - zasugerował Raver. - Najlepiej z rana. Mielibyśmy czas zapoznać się z okolicą - dopowiedział, myśląc sobie, że jeżeli mają gdzieś stacjonować, to muszą bazować na tym, co wiedzą, i Corkindale jako znajdujące się nie tak daleko od potencjalnej lokalizacji celów nie będzie takie złe. Gdyby nie paplanie Nicole, sam Fox zasugerowałby Silverton, jako jedyną zaznaczoną przez Vale’a lokalizację pokrywającą się z mapą Alkera. Laboratorium Umbrelii, stare czy nie, to zresztą to miejsce, gdzie spodziewałby się znaleźć naukowców. Zwłaszcza geniuszy, a taka miała być ta dwójka. Jedno było pewne - ta cała Nicole to chodzące źródło informacji. Nawet nie trzeba było jej za bardzo podpuszczać, wystarczyło dać jej mówić. Sam też raz się do niej uśmiechnął. Pogodnie, bez zwracania uwagi, ani wykazywania szczególnego zainteresowania. Najemnik przez chwilę zastanawiał się, czy te wszystkie jej cichoty i podekscytowanie nie są też reakcją na stres. Znał takich ludzi. Może miało to związek z tym, czym miała się tutaj zajmować?
- Sami tu chwilę zostajecie? - spojrzał pytająco na Vale’a i Nicole. - Czy poza Eve i Lucasem, bylibyśmy z chmarą żółtodziobów? - snajper uśmiechnął się z przekąsem.
- Łóżeczka i solidne drukarki 3D co najmniej - Scrap dodała z uśmiechem, trzymając się swojej wersji o chęci tworzenia. Nie było w tym wiele kłamstwa, w tym przypadku kłamać przecież nie potrzebowała. - Jestem ciekawa tych laboratoriów. To pewnie ściśle tajne i takie tam? Będzie mogli wchodzić do środka?
Wolała skierować uwagę na to, niż na osoby. Im dalej od faktycznego celu, dla którego się tu pojawili, tym lepiej.
- Wyruszenie dalej rano nie brzmi źle. - Shade uśmiechnęła się do obcych. - Przecież w mieszkaniu w jednym miejscu chodzi także o jakieś nowe, interesujące więzi społeczne.
- Nie zostajemy, zaraz się zbieramy dalej. Muszę się zająć tym co uratowaliście z konwoju, Nicole dzięki temu będzie mogła dokończyć swój projekt - Norris wyświetlił umowy i podsunął jedną każdemu z najemników. - Klauzula poufności i lojalna w jednym, nic szczególnego, ale wiecie jak to jest. Do środka do pewnego momentu będziecie mogli wejść, może nawet tam będziecie stacjonować. Niższe poziomy są często zbyt niebezpieczne, muszą je badać osoby z odpowiednim sprzętem.
Rzeczywiście dokumenty nie zawierały żadnych kruczków, ale wszystko o czym usłyszą i co zobaczą pozostaje tajemnicą Republiki, a oni nie mogli na dłużej opuszczać granic bez zgody. Lojalka zakładała pracę bezpośrednio dla tego "kraju" i nikogo więcej, konsekwencje zaś zakładały kary finansowe "i inne, zależne od stopnia wykroczenia". Doświadczeni najemnicy widzieli w tym zwykłe "jak spieprzycie, to was dorwiemy i odstrzelimy". Nicole w tym czasie prawie nie spuszczała wzroku z Foxa, niczym nastoletnia podlotka uśmiechając się co i raz. Dłońmi poruszała jakby nerwowo, splatając i rozplatając palce.
Kane przeczytał i bez zawahania dał swój elektroniczny podpis. Nie takie rzeczy już podpisywał, a skoro ci tutaj nie byli usankcjonowanym krajem, to ich prawo działało wyłącznie na terenie Republiki. Podpis najemników na takie okazje i tak nie zawierał prawdziwych danych pozwalających na znalezienie potem podpisującej się osoby. Na to przynajmniej liczył Irlandczyk.
- Jasne, życie nam miłe. Ale i takimi słowami wzmagasz wrodzoną ciekawość - roześmiał się na słowa Norrisa o badaniu laboratoriów.
- Dobrze dobrze, będziemy grzeczni. Ale może ktoś na dole będzie potrzebował pomocy… - Scrap mrugnęła wesoło do Vale’a i podobnie jak Kane, podpisała dokument bez mrugnięcia okiem.
Shade asygnowała dokument podpisem Valerie. Choć większość jej danych była utajniona, zastanawiała się jak dobra w rozgryzaniu tajemnic i jak mściwa może być Republika i czy będzie szukać najemniczki po całym świecie, by dopaść w akcie zemsty i dla przykładu.
Fox złożył podpis bez słowa. Wątpił, by taki dokument cokolwiek znaczył w szerszym świecie z racji na status tutejszej Republiki. Nie żeby to wiele zmieniało, gdyż przy planie, który obrali, innej opcji w zasadzie nie było, więc i dyskusja nie była potrzebna. Jeżeli chodzi o wrogów, narobił sobie ich wielu podczas ostatnich latek i tylko częściowo na własne życzenie. Przy tej robocie uważał to za nieuniknione. Ostateczne był gościem, którego usługi się wynajmowało. Zyskiwał więc klient, zyskiwał i Raver, ale czyjeś interesy generalnie były naruszane.
Najemnik zaśmiał się w duchu, obserwując zachowanie Nicole. Zdecydowanie bawiło go takie zainteresowanie. Kto wie, może jeszcze okaże się przydatne. Snajper natomiast trochę żałował, że nie zdołali sprawdzić, co było ładunkiem konwoju…
Valerie obserwowała zachowanie Nicole i jednocześnie to co prezentował sobą Fox i w końcu nie wytrzymała. Przeszła po pomieszczeniu pod pretekstem zabrania kolejnego piwa i na koniec stanęła przy Angliku. Obcas prawej stopy umieściła dokładnie nad jego śródstopiem i przeniosła cały ciężar ciala na te stronę. Miała nadzieję, że ból przywróci mu pamięć o tym jaki jest cel ich misji, a właściwie kto jest tym celem, i że nie należy marnować pchającej się w ręce okazji.

- Przygotujemy co się da w tak krótkim czasie - Norris odezwał się znowu, kiedy każdy z najemników podpisał klauzulę. - Warunki na razie będziecie mieli pewnie polowę, ale nie wygląda jakby wam to przeszkadzało - błysnął zębami.
- Szefie, nam też przydałaby się relokacja - zasugerowała nie do końca poważnym tonem Eve, ale jej szef tylko na to westchnął.
- Szybciej wyszkolicie nowych, szybciej będziecie robić coś innego.
- Ale ich się nie da… - zaprotestowała jeszcze, ale zbył ją machnięciem ręki. Wkrótce pożegnali i jego i Nicole. Jedynie Fox poczuł, że coś jest wciskane do jego kieszeni. Numer telefonu na kartce papieru, jak się okazało chwilę później. Najwyraźniej pomimo jego braku wyraźnego zainteresowania, dziewczyna nie zamierzała od razu odpuścić.
Jakiś czas później wrócili podopieczni zespołu szkoleniowego, ósemka bardzo różnych ludzi, zaraz pogonionych do innego baraku przez zajmującego się nimi obecnie trzeciego Republikanina. Przedstawił się jako Unit i nie był tak chętny na pogłębianie znajomości jak dwójka jego towarzyszy. Zamiast tego lubił najwyraźniej jak żółtodzioby latały na każde jego polecenie, ogarniając obóz i przygotowując obiad. Eve i Lucasowi za to języki rozwiązały się zupełnie, w końcu najemnicy podpisali wszystko co trzeba. Nie mieli kompletnej wiedzy, na przykład nie wiedzieli ilu dokładnie żołnierzy ma Republika, ale znane im były problemy i możliwości.
- Mamy stare drony, nie to co ten twój - uwaga Lucasa luźno przesuwała się od Shade do Scrap. Nawet nie próbował ukrywać zainteresowania, zresztą tak samo jak Eve Irlandczykiem. Musieli być całkiem znudzeni tym miejscem i brakiem urozmaiceń. - Ale jak tylko coś się dzieje, to je najpierw wysyłają na zwiad. Potem reaguje komórka najbliżej zdarzenia, większość większych mieścin ma załogę, odrobinę na uboczu, aby nie przyciągała spojrzeń.
- Najtrudniej jest z granicami w górach. Drony latają tam regularnie, ale pod drzewami dość łatwo się ukryć, a termowizja nie zawsze dobrze działa - Eve wzruszyła ramionami, stawiając sobie i O'Harze nowe piwo. - Granica po wschodniej stronie jest bardziej spokojna, tu mamy gangi i ciągłe wojenki. Tam częściej zdarzają się za to próby przedostania się do nas pojedynczych osobników. Trudno powiedzieć czego szukają. Pewnie lepszego życia - roześmiała się.
- Albo kogoś za mocno zżera ciekawość.
Zrobił się już wieczór, zapadł zmrok. Nawet żółtodzioby dostały trochę wolnego, gdy Unit dołączył do baraku ekipy szkoleniowej, racząc się szklanką wody.
- Może się popróbujemy w terenie? Żółtki się nie nadają do niczego - mruknął basem. - Nawet się człowiek nie rozrusza.
- Bieg na szczyt i powrót? - Lucas podchwycił pomysł, wskazując pobliskie, niewysokie wzniesienie.
- Kto pierwszy na szczycie, powrót kiedy kto chce - sprecyzowała Eve, mrugając w stronę Shade.
- Pod warunkiem, że biegniemy bez sztucznych dopalaczy. - Zwiadowczyni uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Ma się rozumieć, to bieg na rozruszanie, a nie chwalenie się zabawkami - odpowiedział jej Unit, rozciągając swoje prawdziwe ramię. Lucas wyświetlił mapę, pokazując im dokładnie trasę.
- Jest oznaczona chorągiewkami. My ją znamy, więc może chcecie fory? - wyszczerzył się.
- Fory są dla mięczaków - Stwierdziła kpiąco najemniczka uważnie studiując mapę i starając się zapamiętać charakterystyczne szczegóły.
- Świetny pomysł - powiedział Fox, który i tak nie miał naturalnych płuc, podobnie zresztą jak i niektórych innych części ciała. Patrząc na tutejszych trenerów, ewidentnie nie był jedyny. - To będzie dobre na trawienie - nawiązał do ilości spożytego podczas rozmowy alkoholu - i absolutnie, bez dopalaczy - potwierdził skinieniem głowy, tak naprawdę rozbawiony takim sztucznym rozróżnieniem, trudnym w zasadzie do zdefiniowana. No ale nie o to w tym chodziło. Raver spojrzał na mapę, sprawdzając odległości i szukając punktów orientacyjnych. - Rano, zanim wyjedziemy, chętnie też bym zobaczył, jak strzelają te wasze żółtodzioby, i sam sobie zrobił rozgrzewkę - najemnik wzruszył ramionami. W rzeczywistości oczywiście chciał podpatrzyć, jaki jest poziom trenerów, podobnie jak zresztą podczas już zaplanowanej próby w terenie. Żółtków rano w mniejszym stopniu, ale odnotował w pamięci, by przy okazji zapytać, czy któregoś zamierzają wypuścić z obozu, czy może wszyscy są całkowicie beznadziejni.
Anglik czuł się już nieco rozluźniony. Pomiędzy browarami trzeba było odwiedzać kibel, trudno tutaj o wyjątki. Mijając przy jednej z takich sposobności Valerie, klepnął najemniczkę w ramię.
- Masz brudnego buta, Shade - mruknął, migając jej przez chwilę wymiętoloną karteczką z numerem i przewracając oczami. Nie uważał się za eksperta, ale dawno się przekonał, że stara męska zasada “najpierw ignoruj” działała na gówniary nie gorzej niż inne, bardziej ostentacyjne metody.
- Ja chyba podziękuję - chrząknęła Scrap, uśmiechając się przepraszająco. - No chyba, że zamiast mnie może uczestniczyć Bob - mrugnęła do Lucasa. - Poczekam tu na was, otwarcie przyznaję się do zajęcia ostatniego miejsca.
Nie żeby nie była niesprawna fizycznie, Dawn zdawała sobie sprawę, że nie ma szans z doświadczonymi najemnikami. I chciała też wykorzystać szansę do podładowania Frugo i być może krótkiego zapoznania z żółtodziobami. Zdobywanie plotek nigdy jeszcze nie zaszkodziło.
- A ja się rozprostuję - Kane zgodził się od razu na udział w rywalizacji. Wspomagacze jemu akurat dawały dużo, ale i bez nich był sprawniejszy od wszystkich zwykłych ludzi. Tego typu wysiłek był też ciekawym urozmaiceniem dla ostatnich dni. Wziął jeszcze kilka łyków piwa oferowanego przez Eve i wstał, gotów do wyruszenia. Porozumiewawczo spojrzał na Scrap, następnie na ich motory. Lepiej, żeby żółtodzioby niczego nie próbowały. Irladczykowi nie podobała się idea dzielenia się wszystkim, a cholera wiedziała co mieli w głowie ludzie Republiki.
 
Lady jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 03:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2024, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172