Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Postapokalipsa Świat umarł. Pogodzisz się z tym? Położysz się i umrzesz przygnieciony megatonami, które spustoszyły Twój świat, zabiły rodzinę, przyjaciół, a nawet ukochanego psa? Czy weźmiesz spluwę i strzelisz sobie w łeb bo nie dostrzegasz nadziei? A może będziesz walczyć? Wstaniesz i spojrzysz na wschodzące słońce po to, by stwierdzić, że póki życie - póty nadzieja. I będziesz walczył. O przyszłość. O jutro. O nadzieję... Wybór należy do Ciebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-07-2019, 23:45   #1
 
Amduat's Avatar
 
Reputacja: 20424 Amduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputację
[Neuroshima]Bouffée délirante

Czas: 2050.V.15 ndz, przedświt
Miejsce: Federacja Appalachów, kilka mil przed Bourbonville, pobocze leśnej drogi
Warunki: chłodno, mgła, wilgotno, ciemno
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=fX6GsynDN-Y[/MEDIA]


Tik-tak, tik-tak, tik-tak…

Las nigdy nie był naturalnym środowiskiem dla kogoś wychowanego w betonowej dżungli, nawet jeśli sypała się ona w posadach i dawno miała za sobą lata własnej świetności. Las był miejscem gdzie na próżno szło doszukiwać się ładu i składu, wyznaczonego siecią ulic i uliczek. Tam natura tworzyła własne mapy których próżno było szukać w przedwojennych atlasach. Las go wzywał, słyszał w powiewach wiatru swoje imię, powtarzane wśród szumiących złowrogo liści gdzieś u góry. Wysoko, ponad jego głową przetaczały się burzowe chmury, równie szare co te spowijające niebo nad Nowym Jorkiem z tą różnicą, że nie były aż tak toksyczne, co nie znaczy niegroźne. Mogły nieść w sobie cząsteczki kwaśnego skażenia, albo zmienić się nagle w dziką burzę… ale musiał tu być.

Czuł to każdą komórką ciała, pośpiech poderwał go do biegu. Dzikiego pędu przed siebie, między mokrymi od wilgoci pniami. Mijał je, czasem ocierając boleśnie dłonie o chropowatą korę. Słyszał w głowie tykanie zegara i bicie własnego serca.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak…

Czas uciekał, nie mógł się cofnąć! Biegł, ciągle biegł przed siebie, nie patrząc wstecz. Słyszał jak drzewa nad jego głową szumią wściekle, cienkie gałęzie chwytały go za włosy i ubranie, spowalniając bieg. Któraś sieknęła go na oślep przez twarz, pozostawiając na policzku bolącą pręgę. Pnie rosły coraz gęściej, w pewnej chwili prawie rozbił się na jednym z nich, na szczęście w ostatniej sekundzie uskoczył w bok, prosto na drugi pień. Zahaczył go barkiem, coś chrupnęło obrzydliwie, wrzasnął.

Ból w każdej komórce ramienia, palące płuca i poharatana twarz… poruszenie za plecami i szepty wołające go po imieniu, jakby szeptały mu prosto do ucha. Strach wypiera ból, znowu podrywa się do szaleńczego galopu. Czas ucieka!

Tik-tak, tik-tak, tik-tak…


Kolejne drzewa, gałęzie, pierwsze krople deszczu siekające pociętą twarz. Coraz głębsza ciemność… i nagle koniec! Drzewa kończą się, a on wypada na polanę. Wreszcie! Teraz nadrobi straty, zniknie ryzyko rozbicia o pieprzone pnie! W zmęczone ciało wstępuje nowa siła, podrywa się do ostatniego wysiłku przed odpoczynkiem. Mięśnie płoną, płoną też płuca. Na brodę skapują krople gęstej, spienionej śliny…

W mroku noga napotyka dziurę, świat zmienia się w rozmazane smugi i uderza mokrą twarzą prosto w twarz. Wstrząs, ból i krzyk! Boli!
Podnosi z trudem głowę, a jego wzrok napotyka białą plamę tuż przed nim…


… a za nią kolejną, kolejną i kolejną. Jedna obok drugiej, blade nieruchome plamy ciągnące się przez resztę polany. Po drugiej stronie, zaraz przed granicą drzew jedna z nich porusza się, odwracając głowę aby popatrzyć przez ramię prosto w jego serce, które w jednej chwili zatrzymuje się. Wiatr cichnie, liście milkną. Są tylko oni: on krwawiący na ziemi i ona, patrząca na niego czarnymi dziurami oczodołów.

Tik-tak, tik-tak, tik-tak…

Ciężki oddech zmienił się w rzężenie, dłużej nie da rady, ale musi! Ten pieprzony czas! Jeśli nie zdąży coś się stanie… nie pamiętał co, ale wiedział że coś złego. Bardzo złego. Przeciskał się między pniami, ze złością odtrącał zdrowym ramieniem krzaki, drugie przyciskał do boku modląc się aby nie zemdleć z bólu.

Chris... Chris... Chris...

Wiatr szepcze mu prosto do środka głowy, coś szarpie nim, wbijając lędźwie w błotnistą ziemię. Chris! Trzask łamanych kości wwiercał mu się w mózg. Zapach mokrego listowia przywodzi na myśl świeżo wykopany grób.

Chris!

Krzyki nabierają na sile, słyszy je nawet mimo własnego wrzasku. Coś z tyłu uszkodziło mu kręgosłup, nie może się poruszyć, ale czuje… czuje jak zaczyna szarpać jego ramieniem!

- Chris! - jego imię wykrzyczane tuż przy uchu… znajomym głosem…

Świadomość wróciła nagle, tak jak piekący ból policzka i echo siarczystego uderzenia. King potrząsnął głową, odruchowo podnosząc dłoń do piekącej twarzy. Gdzie był? Gdzie las? ciągle go czuł, smród gnijącej ściółki, a to oznaczało…

- Chris, cholera jasna! - siedząca obok kobieta potrząsnęła jego ramieniem jeszcze raz, jej głos ociekał irytacją maskującą zaniepokojenie. Szarpnęła nim jeszcze raz, tak dla pewności że już nie śpi… dopiero wtedy wróciła na prawidłowe miejsce w fotelu kierowcy, opierając o niego plecy i westchnęła westchnieniem bardzo zmęczonego człowieka. Ze schowka przy kierownicy wyjęła paczkę fajek, odpaliła dwa i podała mu jednego, paląc w ciszy aż doszła gdzieś do połowy. To dało czas im obojgu na zebranie myśli.

- Nie mogłam cię dobudzić, brałeś coś? - wyrzut w pytaniu i niechętne spojrzenie skierowane prosto na niego, gdy doznał olśnienia. Stali na poboczu, widocznie jego towarzyszka zatrzymała auto.


Silnik wciąż chodził, okolica tonęła we mgle, ale dało się zauważyć sylwetki drzew rosnących po obu stronach drogi. Czyli jeszcze nie dojechali, a niby do wieczora mieli być na miejscu… tak to już było, gdy jechało się pierwszy raz w nieznany rejon, dodatkowo podmywany przez wezbrane okoliczne rzeczki, rzeczki, smródki i pospolite strumyki. Musieli kręcić, nadrabiać trasy i objeżdżać co bardziej nieprzejezdne odcinki drogi, stąd opóźnienie.
A pomyśleć, że mogli siedzieć spokojnie w domu, w suchym i ciepłym biurze, ale nie… zachciało się gambli, talonów, robót za miastem i to jeszcze z dala od cywilizacja w porządnym, nowojorskim znaczeniu tego słowa.

Zaczęło się, jak to zwykle bywa, niegroźnie. Standardowo nawet. Do mieszkania na poddaszu starej fabryki, robiącego też za biuro, przyszedł list, a raczej zaproszenie na rozmowę w sprawie pracy. Pismo napisano odręcznie, kobiecym stylem, podano miejsce, datę i godzinę. Zawarto też prośbę, zapewniono że sprawa jest poważna. Mawiano niegdyś, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, musi chodzić o pieniądze - błąd, albo tak było przed wojną. Prawdziwsza wersja brzmiała jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o kobietę… bądź jakaś kobieta jest w to zamieszana. Inaczej się nie dało, po prostu zawsze gdzieś przewijała się niewiasta w potrzebie. Ta jego czekała o 19 w Velvet Crystal na samym Manhattanie. Zdarzyło mu się być tam raz czy dwa, ale jak na codzienne standardy ceny w lokalu były zaporowe dla zwykłych śmiertelników. Zazwyczaj przesiadywali tam ludzie z bezpośredniego otoczenia Prezydenta, inwestorzy i śmietanka towarzyska serca Nowego Jorku. Sam klub utrzymano stylistycznie na lata czterdzieste ubiegłego wieku. Ledwo wszedł do środka, poczuł jakby cofnął się w czasie. Przytłumione światła, kelnerzy w nienagannych uniformach. Dookoła ludzie w garniturach i kobiety w wieczorowych sukniach. W centralnej części sali, w snopie światła, znajdowała się scena.


Przy mikrofonie, na barowym stołku siedział jakiś podstarzały Murzyn w kapeluszu i garniturze. Mimo późnej pory miał na nosie ciemne okulary, a na stoliczku obok butelkę whisky i szklankę z grubo rżniętego szkła. Patrzył po sali z uśmiechem nostalgii, aż nagle zza jego pleców dobiegła muzyka. Pociągnął papierosa i zaczął śpiewać niskim, ochrypłym i hipnotyzującym głosem.

I went down to St James Infirmary
Saw my baby there
She was stretched out on a long white table
So cold, so sweet, so sweet, so fair

- Tędy proszę - perfekcyjnie uprzejmy kelner prowadził Chrisa między stołami, aż doszli pod samą ścianę, gdzie pod oknem siedziała ona.

Na pierwszy rzut oka miała może ze trzydzieści lat i smutne oczy wbite gdzieś w bok. Trzymała tlącego się papierosa nie zauważając go. Na jej stoliku walały się gazety, stała też lampka wina i stara lustrzanka analogowa. Może słuchała Murzyna, a może odpłynęła, pogrążona we wspomnieniach i troskach.

Let her go, let her go, God bless her
Wherever she may be
She can search this whole wide world over
She won't ever find another man like me


Jedno musiał przyznać, była naprawdę niezła. Ciemnowłosa, o harmonijnych rysach twarzy i pełnych ustach, pomalowanych na kolor krwistej czerwieni. Ten sam kolor miała jej sukienka. Ciemna oprawa oczu przyjemnie kontrastowała z jasną, alabastrową cerą bez plam i skaz. Do tego dłonie… delikatne, o wąskich długich palcach kogoś, kto nigdy nie splamił się fizyczna pracą.


Skoro stać ją było aby tu przebywać, na pewno nie musiała się martwić o to co wsadzić do garnka następnego dnia. Jej kiecka kosztowała pewnie więcej, niż Chris zarabiał w pół roku, o ile dopisały zlecenia.

Wyszła z transu, gdy podszedł do stolika. Kelner usłużnie został z tyłu, wskazując właściwe miejsce dyskretnym ruchem brody, a potem odwrócił się, znikając jak duch w półmroku sali. Kobieta podniosła rozkojarzony wzrok przez chwilę patrząc na niego nieobecnie.

- To pan... - odpowiedziała miękkim sopranem, wreszcie wracając z krainy myśli do krainy rzeczywistości. Wskazała dłonią na krzesło naprzeciwko - Proszę, niech pan siada. Napije się pan czegoś, panie King?

Zaraz pojawił się inny kelner, przyjął zamówienie i również zniknął, zostawiając ich samych. Kobieta patrzyła na niego uważnie, przyglądając mu się oceniająco, chociaż czuł od niej niepokój. Całe morze niepokoju.

- Dziękuję, że pan przyszedł. Obawiałam się trochę, że nie potraktuje pan zaproszenia poważnie, skoro zostało skierowane do pana na papierze, a nie osobiście - pozwoliła sobie na lekki uśmiech, kotwicząc wzrok na jego oczach - Przyjaciel mojego przyjaciela korzystał kiedyś z pańskich usług, gorąco pana polecał. Podobno jest pan nie tylko skuteczny, ale i rozsądny. Kieruje się logiką i nie ulega zbędnym emocjom, gdy chodzi o sprawy służbowe - sięgnęła po kieliszek, przepijając niemy toast. Przełknęła, oblizała usta i odstawiła go na stolik. Murzyn ze sceny śpiewał dalej, kobieta rzuciła mu szybkie spojrzenie, milknąc na czas, gdy śpiewał nową zwrotkę.

When I die, a bury me in straight laced shoes,
A box backed suit and a Stetson hat
Put a 20 dollar gold piece on my watch chain;
So the boys'll know I died standing pat


- Nigdy nie korzystałam z usług prywatnego detektywa, można powiedzieć, że sfera życia tego wymagająca do tej pory szczęśliwie mnie ominęła... - jej uśmiech stał się gorzki - Ale jak widać wiele się zmieniło... może zacznę od początku. Proszę mówić mi panno Cross, potrzebuję pańskiej pomocy. Miesiąc temu zniknęła moja siostra... tak, to długo. Nawet bardzo, biorąc pod uwagę, że ma raptem siedemnaście lat - grymas przeszedł w ironiczny, przepiła go winem - Pół roku temu moja siostra poznała pewnego podejrzanego typka z Appalachów, Scotta Montoya. Ponoć zajmował się ochroną karawan, ludzi, dostarczaniem przesyłek, wymuszeniami, drobnymi kradzieżami. Niestety nie pomogły ani próby perswazji jej... oraz jemu. Wciąż się wokół siebie kręcili, aż miesiąc temu nagle zniknęli. - z gazety wyjęła zdjęcie i wpatrywała się w nie przez pół minuty, aż nie położyła go na stole i nie podsunęła Chrisowi. Przedstawiało młodą brunetkę w wieczorowym makijażu. Sądząc po czystości ulic i architekturze, zrobiono je w okolicy.


- To moja Melody... proszę, niech ją pan znajdzie - panna Cross odezwała się zduszonym głosem, zaciskając dłoń na dłoni detektywa i patrząc na niego mokrymi oczami... może właśnie dlatego się zgodził. A może chodziło o bajońskie honorarium i naprawdę sporą zaliczkę?

W każdym razie przyjął zlecenie, razem z kopertą i fotografią, ostatnią jaką panna Cross zrobiła siostrze. Przez miesiąc nie próżnowała, zbierając informacje o porywaczu, jak nazywała chłopaka siostry. Podobno ostatnio widziano ich wsiadających do ciężarówki Ósmej Mili, jadącej do Kentucky. W zajezdni znali dobrze Montoyę, często obsadzał trasę do Radcliff, gdzie podobno mieszkał. Trzeba było kogoś, kto rozezna się na miejscu i zachowa "dyskrecję" - na tę kobieta przy stoliku bardzo naciskała... dlatego dwa tygodnie później samochód Chrisa zajechał do federacyjnej wiochy i rzeczywiście na miejscu okazało się, że młodzi tam byli. Dojechali z karawaną i Scott zabrał ją dalej, podobno do domu. Od słowa do słowa okazało się że nie mieszkał w Radcliff... ale Bourbonville, pięćdziesiąt mil na południowy zachód. Wystarczyło nabyć mapę i pojechać, ponoć mieli dotrzeć nim się zorientują i na dobre zapanuje noc, niestety podtopiona okolica jak na złość nie chciała ich przepuścić bez walki.

Nie wiedział kiedy zapadł w nerwowy sen, ale patrząc na jaśniejące na wschodzie niebo łatwo szło zgadnąć, że świt nastanie prędzej niż później, a wedle słów towarzyszki Chrisa, do celu zostało im z dziesięć mil i już by dojechali,gdyby nie rzucał się jak porąbany na fotelu pasażera.
 
__________________
Coca-Cola, sometimes WAR

Ostatnio edytowane przez Amduat : 03-07-2019 o 03:35.
Amduat jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-07-2019, 00:47   #2
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 44385 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Chris King - szczupły brunet



- I co? Lepiej? - czarnowłosa kobieta za kierownicą zapytała z troską w głosie. I pewnie w spojrzeniu ale tego się tylko domyślał bo widział tylko owal jej twarzy. Jeszcze było ciemno.

- Tak. Gdzie kawa? - zapytał na chwilę chowając twarz w dłoniach. Co za bzdurny koszmar!

- Masz. - sięgnęła do przegródki między siedzeniami sięgając po termos. Chwycił go i odkręcił. Poczuł się raźniej gdy tylko poczuł parujący aromat. Cholera przypuszczał, że przepłacili na ostatnim postoju ale uznał, że warto było. Nie był pewny czy to była prawdziwa kawa z południa ale na pewno lepsze niż to rozwodnione błoto jakie zwykle można było dostać w ich rodzimym mieście.

- W porządku? - Kim po chwili milczenia odezwała się ponownie. No tak, chyba złapał chwilową zawiechę nad tą kawą.

- Tak. Pójdę się odlać. - oznajmił jej i otworzył drzwi na świat nocnej pustki. Do tego zamglonej. Tak samo jak zamglony był jego mózg w tej chwili. Cholerna mgła! Za to chłodne powietrze było naprawdę rześkie. Schylił się aby nałożyć buty które zdjął do podróży. Nie kłopotał się ze sznurowaniem, przecież wychodził tylko na chwilę. Poczuł pod podeszwami mokrą trawę. Całkiem inną niż ta nowojorska. Ta “ich” była dość rachityczna, zdechła, pożółkła i wyglądała jakby lada chwilę miała uschnąć na dobre. A jednak wydawała się niezniszczalna. Potrafiła wyrosnąć na każdym kawałku gleby jaki wiatr gdzieś nawiał. Czy to między spękanym asfaltem czy na gzymsach kamienic i wieżowców. Ta tutaj była całkiem inna. Żywa, soczysta i zielona. Już ją znał z dzikszych rejonów Appalachów z czasów swojej wizyty na wymianie speców między tymi quasi państwami. Tak to chyba by należało nazwać to co mieli u siebie w Nowym Jorku i tutaj w Appalachach. Quasi państwa. Tak to przeczytał kiedyś w jednej książce.

- No gdzie leziesz? Nagle się wstydzić mnie zacząłeś? - usłyszał za sobą głos Kim. No tak. Zamyślił się i lazł bez sensu w nocną ciemność. Całkiem obcą. Niezbyt mądre. Dobrze, że chociaż ona była trzeźwa i czuwała. Machnął jej ręką na uspokojenie, że już kojarzy co trzeba i skorzystał z usług najbliższego drzewa. Drzewa. Kurde mieli tu drzewa. Nawet przy pierwszej wizycie go to mocno zaskoczyło. No drzewa bywały i w Nowym Jorku. Ale pojedynczo i zwykle zdechłe i uschnięte. Tylko w dzikszych rejonach miasta miały szansę wyrosnąć jakieś małe drzewka. No ale nie las. Tutaj co chwila był jakiś las. Tak jak u nich co chwila był jakiś dom, ulica czy kwartał. A tutaj las. Póki nie opuścił Nowego Jorku nie miał nawet pojęcia, że na świecie może być tyle drzew w jednym miejscu. Niby czytał w książkach i na filmach czasem coś w lesie się działo i kojarzył, że to takie miejsce gdzie pełno drzew ale do cholery póki pierwszy raz, kilka lat temu się w takim nie znalazł to tak naprawdę nie miał pojęcia co znaczy las. Dopiero wtedy ten las stłamsił go po raz pierwszy. Był obcy a więc z natury rzeczy podejrzany i wrogi. Zwłaszcza nocą. Albo we mgle. Albo w nocy i we mgle. Jak teraz. Jak w tym cholernym śnie.

- Jak ja się w to wplątałem? - zapytał cicho sam siebie zapinając spodnie. Zaczął wracać przez tą mokrą, żywą trawę w stronę furgonetki. No tak. Przez “nią”. Pokiwał głową. No właściwie to tak, tak właśnie było. Wiedział to od początku. Odkąd tylko zobaczył tą pięknie kaligrafowaną kopertę i te oficjalne zaproszenie do “Velvet Crystal”. Stanął przed otwartymi drzwiami szoferki i sięgnął znów po termos. Tym razem nalał kawy do nakrętki.

- Dumanie ci się włączyło? A mógłbyś zamknąć drzwi do tego dumania? Zimno ucieka. Jeszcze się ktoś tu przeziębi od tych przeciągów. - skinęła kciukiem w tył na podłużną plamę na kufrze furgonetki. Właściwie to nie był pewny czy chodzi jej o nią czy o samą siebie ale skinął grzecznie głową jakby ona była tu szefem i zamknął drzwi tak cicho jak się dało. Ma rację. Niech chociaż jedna z ich trójki będzie wyspana. Z nakrętką pełną kawy wyszedł znów przed maskę i kawałek szosy oświetlanej przez reflektory wozu.

~ Jak to szło? ~ zapytał sam siebie wracając do sytuacji sprzed pół miesiąca. Jeszcze u siebie w biurze gdy oglądał tą kopertę i czytał list czy raczej zaproszenie po raz kolejny. Jakby spodziewał się, że odkryje jakąś ukrytą treść. Ale tak naprawdę już wtedy główkował nad tym czy iść na to spotkanie.


---




- Kto przyniósł ten liścik? - zapytał machając kopertą do kasztanowłosej partnerki. Ta podniosła wzrok i wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Po prostu był w skrzynce na dole. - Gina odpowiedziała dość zwyczajnie. - A co? - zapytała podejrzewając, że nie pyta bez powodu.

- No nic. Tak pytam. Mam zaproszenie na randkę. Na Manhattanie. W “Velvet Crystal”. - odparł niby od niechcenia ale tak naprawdę czekał na reakcję Virginii. Ufał jej osądowi. Mieli całkiem inne podejście do prawie wszystkiego. Jak Mulder i Scully. A jednak tak samo jak tamci serialowi agenci FBI stanowili całkiem zgrany duet. Dopóki nie doszła do nich Kim. No i niespodziewanie sprawy się pokomplikowały. No ale dalej sobie wierzyli i ufali przynajmniej pod tym zawodowym względem. Teraz też sądząc po minie tej najbardziej łebskiej z ich trio to też była zaskoczona.

- Jak to o zdradzanych małżonkach to bierz. Jak coś z polityki to omijaj z daleka. - poradziła mu w ciemno a on pokiwał głową. Taką właśnie mieli politykę firmy. Jego firmy. Ich firmy. Śledztwa i dowody zdrady, zaginięcia, porwania, włamania no ale jak ognia omijali świat grubych ryb. Te średnie im z reguły w zupełności wystarczały.

A tutaj. Tutaj na wylot zajeżdżało tłustą rybą. Kto inny by umiał pisać takie ładne literki? I w takim stylu? Kto inny by miał wejściówki na Manhattan i do tego klubu z górnej półki? I dlaczego potrzebował prywatnego detektywa a nie policji? Pachniało kłopotami. Zajeżdżało kłopotami na całego. Ale. Ale pachniało też grubą forsą. A potrzebował forsy. Aby zebrać swoją ekipę i zostawić to wiecznie zamglone i zasyfione miasto w pizdu. Wyjechać. Ale nie z pustymi kieszeniami. A na to potrzebna była forsa. A taka gruba ryba mogła mieć całkiem sporo forsy na zbyciu. ~ Ciekawe ile? I za co? ~ zastanawiał się obracając się na swoim krześle i machinalnie bawiąc się zapisaną kartką papieru.

No i było jeszcze coś. Ciekawość i ambicja. Ciekawość szeptała mu złe do ucha aby spróbować i zobaczyć co czeka na niego w “Velvet Crystal”. I za ile. No i ambicja. Kusiła go aby spróbować swoich sił w jakiejś grubej sprawie. Może wyrobił by sobie nazwisko wśród grubych ryb? Albo ściągnął kłopoty. W końcu się na coś zdecydował.


---



Kawa wciąż była gorąca. Tak gorąca, że syknął gdy gorący płyn poparzył mu wargi. Odruchowo otarł dłonią usta i popatrzył z pretensją na nakrętkę od termosu pełną brązowego płynu który w tej scenerii wydawał się ciemną, nieprzejrzystą, cieczą. No tak. Zdecydował się na coś wtedy w biurze.


---



- Przepustka. - zatrzymano go. Oczywiście, że go zatrzymano i wylegitymowano. Przecież to był Manhattan. To nie było dziwne, dziwne było gdyby wewnątrz jednej z najbielszych stref pana prezydenta nikt by go nie sprawdził. Bez słowa więc pokazał dwóm żołnierzom swoją przepustkę. Sprawdzali ją bardzo dokładnie. I długo. Widać musieli dać mu odczuć, że jest tylko petentem a oni wszechwładną władzą wykonawczą. A może nie lubili krawaciarzy? Bo w końcu na taką rozmowę właściwie o pracę to odstawił się w co miał najlepszego. Ciemny garnitur, kamizelka, koszula, krawat, do tego podobne spodnie i nawet buty z nabłyszczanej skóry. Sporo czasu minęło nim uzbierał sobie ten zestaw. I dobrze, że Virginia wtedy prawie siłą go zaciągnęła do tamtego handlarza. Teraz okazało się to słuszną inwestycją na przyszłość. Czyli teraz. A ci nadal sprawdzali jego przepustkę.

- Czy coś nie w porządku? - zapytał grzecznie czując, że już niewiele czasu zostało do tej 19-tej. No nie miał już daleko do tego “Velvetu” no ale jednak jeszcze kawałek był. A nie chciał się spóźnić.

- Właściwie jak masz na nazwisko? Bo coś tutaj niewyraźnie napisane. - jeden z wojaków pomachał jego przepustką z miną pt. “Mogę z tobą zrobić wszystko”. Co właściwie dla takiego żuczka jak Christopher King właściwie było nawet smutną rzeczywistością. Jak się nie miało pleców jakiegoś wielkiego gracza. Pechowo dla nich akurat miał takie plecy.

- Rozumiem. To może tutaj lepiej widać moje nazwisko. - sięgnął do kieszeni i wyjął swoją policyjną odznakę. Właściwie już był w stanie spoczynku ale oficjalnie nadal był w rezerwie no i dlatego miał prawo nosić swoją starą odznakę.

- Pan detektyw! A to już wszystko jasne! Proszę sobie nie przeszkadzać my już idziemy! Miłego dnia! - reakcja była błyskawiczna. Zapewne para zwykłych wojaków wolała nie ryzykować z facetem który miał policyjną odznakę a był po cywilnemu. Może jakiś tajniak? Albo co gorsza szpicel z II-ki?

- Miłego chłopaki, miłego. - skinął im łaskawie głową i schował legitymację do kieszeni. Ruszył w stronę wyznaczonego celu. Już widział fasadę. ~ Cholera to nie moje klimaty. ~ pokręcił nieco głową czując się nie na swoim miejscu. No ale ciekawość, ambicja i kasa gnały go dalej.


---



Upił pierwszego łyka. Tym razem podmuchał i pił ostrożnie. Poczuł przyjemne, gęste, gorzkie gorąco na języku. A potem jak przelewa swoją ognistą moc przez przełyk i rozpływa się w żołądku. I tam przekazuje swoją energię swojemu konsumentowi. ~ O tak, warto było! ~ westchnął w duchu ciesząc się tą chwilą. Uniósł nakrętkę w niemym toaście w stronę szoferki. Jak Kim zareagowała i czy w ogóle to nie miał pojęcia bo po ciemku i oślepiony reflektorami i tak widział tylko mętny zarys fury.


---



~ To ona?! O cholera i to jaka ona! ~ aż nie mógł uwierzyć gdy zobaczył zleceniodawcę. Pierwsze wrażenie zwalało z nóg z zaskoczenia. Dobrze, że miał kawałek do przejścia między stolikami za kelnerem. Wśród gości od razu mu wpadła w oko ale sądził, że to jakaś cizia z górnej półki. No ale gdy okazało się, że kelner zaprowadził go właśnie do niej no dobrze, że początek był dość standardowy więc odnalazł się całkiem nieźle. Zresztą. Jak zawsze. Może nie był tak łebski jak Gina no ale w gębie był mocny. W pięściach też jeśli już to pierwsze nie skutkowało.

Wysłuchał co panna Cross miała do powiedzenia. A nawet wyjął mały notes i zapisał najważniejsze detale. Młodsza siostra. Melody. Scott Montoya. Ósma Mila. Kentucky. Radcliff. Miesiąc temu.

Wcale nie był pewny tego porwania. Raczej wyglądało mu to na ucieczkę młodych zakochanych. Może on zbajerował ją, może ona jego, może oboje siebie nawzajem. A może coś innego? Długi? Ucieczka przed jakimiś konsekwencjami? Może przed samą panną Cross? Wyraźnie nie akceptowała tego związku. Nadeszła więc teraz jego kolej na klasykę. Czyli aby zadać parę pytań.

Czy Melody ma jakieś znaki szczególne po których można ją rozpoznać? Blizny, tatuaże, znamiona? Nie powiedział na głos, że to głównie się przydaje przy identyfikacji ciał. Zwłaszcza gdy już trochę leżą i rysy twarzy nawet znajomych osób robią się problematyczne do rozpoznania. Wtedy przydają się takie detale.

Czy siostra coś mówiła na temat wycieczki poza miasto? Przed zniknięciem albo wcześniej. Czy siostry miały jakąś sprzeczkę? To ważne bo sugeruje czy Melody planowała taką wycieczkę czy stało się to nagle.

Gdzie mieszkała Melody? Czy można obejrzeć jej mieszkanie? A ten Montoya? Pracował w “8-mej Mili”? Czy panna Cross wie gdzie on mieszkał? Też wypadałoby się tam przejść. Nie wspomniał już o tym, że zwłaszcza jego partnerka, Gina była mocna w czytaniu miejsc zbrodni. Więc chętnie by się przeszedł razem z nią.

I jeszcze jedna sprawa na koniec. Trzeba odnaleźć Melody tak? Nie ma spraw. Ale jak już ją odnajdzie to co wtedy? Ma tylko ją odnaleźć i wracać, coś jej przekazać czy jeszcze coś innego? Zabrać z powrotem? A jeśli nie będzie chciała? Tak naprawdę na tym mętnym etapie to wyglądało mu na to, że młoda Cross raczej nie będzie chciała opuścić gaha z którym dała dyla. A przewiezienie kawał świata skrępowanej pannicy i wwiezienie jej do Nowego Jorku trochę robiło koło pióra z tymi komplikacjami. No ale to na razie zatrzymał dla siebie bo zleceniodawców rzadko takie techniczne detale zlecenia interesowały. No ale chciał to usłyszeć od niej wyraźnie, co ma zrobić gdy już odnajdzie jej siostrę.

Na głos nie wspomniał też, że młodzi mogli dać dyla w zgodzie i pogodzie zostawiając resztę zadymionego miasta z pożegnalnym gestem środkowego palca. To akurat mógł zrozumieć, sam miał taki skryty plan. Ale jeszcze nie był gotowy. No ale w plan młodych mogło się wkraść coś jeszcze. Albo ktoś. Może za Montoyą coś się wlokło z jego ciemnych sprawek, może nadepnął komuś konkretnemu na konkretny odcisk. A może to za młodą Cross albo niby nimi obiema coś się pętało odwrotnie proporcjonalnie do ich jakże kuszącej i przyjemnej dla oka i pewnie w dotyku powierzchowności. To znowu budziło pytania i ciekawość kim one są w rzeczywistości. No ale w tym biznesie lepiej było nie drążyć pewnych spraw. Tak było bezpieczniej. W każdym razie tych dwoje młodych nowojorskich dezerterów mogło wywlec coś z miasta co ich w końcu dopadło oboje. Albo trafić na coś takiego już po drodze. To był ten najbardziej pesymistyczny scenariusz jaki przyszedł Kingowi do głowy. Ale nim też się nie podzielił ze swoją zleceniodawczynią.


---



No tak. Kawa była świetna. Ciekawe czy już niebo jaśnieje. Przez tą cholerną mgłę i ten cholerny las nic nie było widać. Dobrze, że ta mgła jeszcze nie była takim gęstym oparem burego syfu jaki zdarzał się w Nowym Jorku. I to regularnie. Bo trzeba by gazmaski zakładać i właściwie nie dałoby się jechać dalej. A więc jedna rzecz na plus tej okolicy. Nawet nie był do końca pewny gdzie właściwie teraz są. Ale z tego co mówiła Kim była chyba szansa, że do rana dojadą do tego cholernego Bourbonville.


---



Wracał do biura w dość zmieszanym stanie. Sam nie wiedział czy cieszyć się czy denerwować. Kasa była gruba. Gruba koperta pełna solidnych dolców. A to tylko zaliczka. Jeszcze główna część nagrody po wykonaniu zadania. Tylko zadanie najwidoczniej było za miastem. No i ona mówiła o porwaniu a jemu wyglądało to na ucieczkę. Może we dwójkę żyją sobie tam w tym jego Radcliff? Tu zaczynały się schody. Odciągać młodą w takim wypadku? A jak młody będzie się stawiał? Cholera sprzątnąć go na jej oczach? A jak to jego teren i nie jest sam? Jakaś rodzinka, klan, banda? To co? Porwać “porwaną”? No cholera, kasa była gruba ale kłopoty, ryzyko i koszta też. - Czemu nie mogłaś mieć jakiegoś męża co podejrzewasz, że cię zdradza? Albo szefa co cię molestuje i chcesz na niego jakiegoś haka aby przestał? - westchnął cicho gdy a propos schodów właśnie wrócił do biura, otworzył drzwi i zaczął wchodzić po schodach własnej klatki schodowej. No z tymi zdradami i szefem to też taki względny standard dla ich firmy. I pewnie nie trzeba by wyjeżdżać z miasta. Z drugiej strony co było złego w opuszczaniu tego zadymionej, zasyfionej kupy wiecznie odbudowywanych gruzów? No tak, jakiś szpicel z II-ki już by go zaprosił na poważną rozmowę gdyby słyszał teraz jego myśli.

~ Dobrze, że czytać w myślach jeszcze nie umieją. ~ pokiwał głową pokonując kolejne półpiętro starej kamienicy. Było ciemno aby uszczelnić okna czym się dało przed syfem z zewnątrz. No tak, gdyby dziarscy chłopcy z II-ki dobrali się do jego myśli pewnie wylądowałby w jakiejś kolonii karnej. Zanczy tej… reedukacyjnej…

~ Dobrze, że i wy w myślach czytać nie umiecie. ~ uśmiechnął się sam do siebie myśląc najpierw o starszej Cross, potem młodszej a potem właściwie o tych wszystkich atrakcyjnych kobietach z jakimi miał przyjemność poznać nawzajem swoją fizyczność albo dopiero o tym sobie marzył. No tak, co by nie mówić, ta zleceniodawczyni przypadła mu do gustu. Z nią by się pomolestował bardzo chętnie. Uchylone drzwi?!

Momentalnie zatrzymał się gdy ujrzał drzwi do swojego biura. Uchylone. Powinny być zamknięte. Albo otwarte ale wtedy ktoś powinien z nich wyłazić albo włazić. Ale nie uchylone. Włamanie! Poczuł jak na kark i dłonie pokryły mu się potem. Rozejrzał się w dół ale na klatce nikogo nie było. Nikogo nie mijał. A biuro miał na ostatnim piętrze. Było właśnie dlatego tańsze, że na ostatnim. A teraz stało z półotwartymi drzwiami.

Sięgnął do kabury i wyjął pistolet. Powoli pokonał kilka ostatnich schodków i przywarł do ściany tuż przy futrynie drzwi wejściowych. Nasłuchiwał. I nic. Nic nie słyszał. Na zamku też nie widział oznak włamania. No ale to było biuro i dzień więc jak dziewczyny nie poszły gdzieś to powinny być zamknięte tylko na klamkę. Jak wychodził była tylko Gina. Ale Kim, ta powsinoga, łaziła jak wolny elektron. Trudno było powiedzieć czy powinna być w środku czy nie. No ale oznak włamania nie dostrzegł. I nadal nic nie słyszał. Poszli już sobie? A dziewczyny? Co z dziewczynami?!

Naparł dłonią na drzwi powoli je uchylając. Biurko Giny. Cholera! Zobaczył przewalony karton z aktami! Przewróconą na biurku lampkę którą Gina tak lubiła i nieład który pasował raczej do jego niż jej biurka. Cholera!

Ale dalej cicho. I bezruch. Nikogo nie widać. I reszta biura coś nie wyglądała jak po kipiszu. I gdzie są dziewczyny? No Gina chociaż. Ona na pewno by nie zostawiła takiego burdelu po sobie. Wszedł do własnego biura nie zamykając jeszcze drzwi na schody. Rozejrzał się. No nic. Cisza. Podszedł do własnego biurka. W końcu był szefem więc jakby ktoś coś czegoś szukał to pewnie i sprawdziłby jego biurko. No ale nie. Wyglądało tak jak je zostawił gdy wychodził na przejażdżkę do Manhattanu. Więc… Co to?

Wydawało mu się, że coś usłyszał. Jęk? Gina! Wycelował pistolet w drzwi. Sypialnia. Właściwie kącik do spania. Niby archiwum i kanciapa. Ale była tam sofa więc czasem a nawet całkiem często ucinał tam komara. Czasem nawet nie sam i niekoniecznie ucinał komata chociaż w nazwie też miało sypianie. Drzwi były uchylone. Podszedł bliżej, do samej framugi i znów nasłuchiwał. Tak. Słyszał jęk. Jęk Giny. I kolejny. I znów. Tylko, że… zaraz, zaraz… coś mu tu się nie zgadzało… znaczy wnioski bo skojarzenia trafiły jak puzzle we właściwe miejsce… tylko jakoś mózg miał kłopoty z interpretacją tych puzzli w całość.

Naparł dłonią na drzwi. No i wtedy je zobaczył. Obie. Na swojej sofie. Nie widziały go i się nawet nie dziwił. Można było uznać, że kasztanowłosa Gina właściwie siedziała na kanapie. Z głową na oparciu ale tak mocno zadartą, że sufitowała na całego. Tylko z zamkniętymi mocno oczami. Pewnie dlatego, że nogi w samych pończochach miała szeroko rozwarte. Ale najciekawszych fragmentów Chris nie widział bo zasłaniały mu je plecy Kim. Czarnowłosa Kim za to była do niego plecami więc właściwie też niezbyt miała okazję go dojrzeć. No i była dość mocno zajęta. Tak dokładnie to właśnie tymi najciekawszymi fragmentami anatomii Giny sądząc po ułożeniu czarnowłosej głowy w tym zestawie do sofy. I musiała działać bardzo skutecznie co sugerowały rozkoszne jęki kasztanowłosej technik i jej dłoń zanurzona w czarnych włosach dbająca o to by ta głowa nigdzie nie uciekła ani na chwilę. No szczerze mówiąc to w ogóle go w tamtym momencie zamurowało. Tego się wcale nie spodziewał. Po chwili wahania ale też i fascynacji przemógł stupor i zastukał we framugę.

- Ej! Co tu robisz!? Wyjdź! - Gina nagle otworzyła oczy wracając rzeczywistością do biura i posłała mu gniewne spojrzenie i taki sam głos.

- Cześć Chris! - Kim też się odwróciła i całkiem wesoło pomachała mu rączką jakby nie stało się nic strasznego. Ani na sofie ani to, że wrócił do biura.

- U mnie w biurze. Za piętnaście minut. - odpowiedział trochę sztucznie po czym rzeczywiście wyszedł i dla odmiany zamknął drzwi na klamkę.


---


No tak. Ale mu numer obie wywinęły. Nie spodziewał się tego kompletnie. Że taki szwendacz i powsinoga jak Kim dobierze się do poważnej i profesjonalnej pani doktor. A może to było na odwrót? W sumie nie było się co zastanawiać chociaż w naturalny sposób ciekawiło go to. No tak. Przecież nie było problemu prawda? No może sypiał z jedną i drugą tam czy tu ale przecież nie było problemu prawda? Nie chodzili ze sobą ani nic. Byli tylko przyjaciółmi i partnerami. Trzymali się razem, polegali na sobie i liczyli na siebie. I tak się sprawdzało. Więc co z tego, że obie zaczęły w końcu ze sobą chodzić? Chyba nic prawda? No pewnie, że nic. Wcale. Wcale a wcale. Nie było o co robić afery. Właśnie tak. Przecież interesom to nie szkodziło nie? No nie. Wcale. I właściwie to nawet nie zdążyły ze sobą chodzić bo trafiła się ta wyjazdowa fuszka. To tak tam, że się ze sobą przespały tam czy tu. Czy to coś zmienia? Przecież wcześniej też ze sobą sypiały. No tylko jeszcze do tego z nim samym. Dlatego tak się dogadywali i zgrywali. No a teraz… No teraz było jakoś dziwnie, sztucznie… Całą drogę i przygotowania do tej drogi jak jeszcze kręcili się po mieście. No. Niezły numer mu wywinęły. Poruszył brwiami i upił kolejny łyk z termosowej nakrętki.


---



- Nie nauczyli cię pukać? - Gina jak zwykle się nie patyczkowała. Ledwo wyszła z kącika z sofą a już poleciały ku niemu jej oskarżycielski głos i takież spojrzenie. Była najbardziej łebska z całej trójki. Przez co zawsze tak po cichu, czuł się jakiś głupszy i zupełnie jakby była jakąś nauczycielką. Mimo, że była dobre kilka lat młodsza od niego i to on zatrudniał ją a nie na odwrót. Chociaż właściwie to póki nie przyszła Kim do ich zespołu to byli raczej partnerami. Świetnie się uzupełniali. On działał w terenie a ona na stole operacyjnym, na miejscu zbrodni albo w ciemni. On był od planowania ale potrzebował jej doradztwa i opinii. Jak nie jako eksperta w jakiejś dziedzinie to tak zwyczajnie jak od partnera i przyjaciela. Liczył się z jej zdaniem nawet jeśli było odmienne. Cholera. Często mieli odmienne zdania.

- Pukałem. - burknął przesuwając na stronę biurka kubki z kawą. W międzyczasie zdążył zagrzać wodę i zrobić to co preferowała cała trójka do picia na służbie. Właściwie ostry ton Giny działał na niego jak płachta na byka. Zdawał sobie jednak sprawę, że to dlatego, że je przyłapał. O ile po Kim mógł się nawet spodziewać takiej olewki to jednak Gina była zwykle chorobliwie profesjonalna. To on zwykle, chociaż powierzchownie, miał wywalone na wszystko i wszystkich co niezmiernie ją wkurzało gdy sądziła, że on tak na poważnie.

- Wiesz Chris, że będziemy ze sobą chodzić? Ja i Gina? Powiedziała, że będzie chodzić z każdym kto ją doprowadzi do szczytu w kwadrans. I udało mi się! - czarnowłosa Kim nie omieszkała podzielić się z nim tą radosną dla siebie wiadomością. Usiadła wygodnie na krześle dla klientów biorąc do ręki swój kubek.

- Świetnie. - sam nie był pewny jaką taktykę przyjąć. Jakoś to wszystko było zbyt mu bliskie aby podejść do tego z rezerwą z jaką zazwyczaj patrzył na świat i ludzi.

- Widzisz, mówiłam ci, że się ucieszy. - Gina założyła nogę na nogę strzepując z już założonej spódnicy jakiś pyłek. Głos jej ociekał ironią jakby Chris właśnie znów sprawdził się w jakiejś jej teorii.

- A z czego? Zostawiłyście otwarte drzwi. I budrel na twoim biurku. Myślałem, że ktoś się włamał. - ugryzł się w język by nie powiedzieć na głos swoich zmartwień jakie miał o nie. Zwłaszcza właśnie o nią skoro ją zostawiał w tym biurze gdy wychodził.

- Ojej, przepraszamy cię Chris! Po prostu wzięło nas już na schodach. A potem klapnęłyśmy na biurko Giny no ale jakoś nam się uwidziało, że ktoś może wejść no to skoczyłyśmy do ciebie na sofę. No nie gniewaj się Chris no! - czarnowłose nasienie ulicy cechowała się krnąbrną niefrasobliwością. Nie miał jednak powodów jej nie wierzyć. To co zastał na miejscu nieźle zgrywało się z jej wersją. Chociaż, że Gina poszła na taki numer to tym naprawdę go zaskoczyła. No ale czarnulka jakoś tą swoją uliczną prostotą zawsze potrafiła go ująć za serce, że trudno mu było się na nią gniewać. Z nią z kolei często pracował w terenie. Była zwinna jak kot i skoczna jak wiewiórka. Tam gdzie potrzeba było dyskrecji, coś podrzucić, coś podwędzić, wtedy właśnie przydawała się Kim. Na ulicy stanowili świetny zespół.

- Niech będzie. Mamy robotę. Grubą. - machnął na to ręką bo i tak nie miał pomysłu jak to w tej chwili rozegrać. Sięgnął więc do kieszeni kamizelki i wyjął z niej kopertę z zaliczką. Pełne trzy setki dolców. Setkę skitrał dla siebie na tajny fundusz szefa. A i tak na blat walnęła całkiem gruba koperta przykuwając uwagę dziewczyn. Kim zerwała się i z miejsca zamieniła kubek taniej kawy na kopertę porządnych dolców.

- Wow! Ile tu tego jest? Co mamy zrobić? Zabić prezydenta? - Kim przesunęła palcami po prawdziwych pieniądzach w ilości jakie każde z ich trójki widywało dość rzadko. Czarnowłosa roześmiała się wesoło i próbowała zacząć liczyć ten plik pieniędzy. Gina też sapnęła i wytrzeszczyła oczy na taką ilość gotówki. Ale jej reakcja była o wiele bardziej stonowana. A nawet jakby troszkę podejrzliwa.

- Mówiłam ci, żebyś do polityki nas nie mieszał. - ostrzegła mężczyznę siedzącego w samej kamizelce i koszuli po drugiej stronie biurka. Marynarkę zdążył już zdjąć tak samo jak krawat.

- Nie polityka. Chyba nie. Podobno porwanie. Mnie wygląda na młodych zakochanych co dali dyla. No ale za miastem. W jakimś Radliff. - wyjął swój notatnik i zaczął się posiłkować sporządzonymi podczas rozmowy notatkami.

- Radcliff? A gdzie to jest? - Gina a właściwie Virginia ale nie lubiła pełnego imienia więc przedstawiała się skrótowcem, zapytała o ten obco brzmiący adres.

- Gdzieś w Kentucky przy Federacji. - przeczytał ze swojego notatnika i popatrzył na twarz rodowitej Federatki. Może nie tej nowomodnej błękotnokrwistej ale jednak pochodzącej z Federacji dziewczyny.

- No co się tak patrzysz? Nie znam każdej dziury w Appalachach. Appalachy to same dziury. - wzruszyła ramionami jakby usprawiedliwiając swoją niewiedzę.

- Wow! Trzy stówy! Kto był taki chojny? - Kim w międzyczasie sprawnie policzyła pliczek pieniędzy i pomachała nim wesoło na wszystkie strony.

- Panna która kazała na siebie mówić Cross. Kawał niezłej foczki. Takiej z górnej półki. - rzucił notatnik na stół i patrzył jak sunie kawałek po blacie zastanawiając się w co się wpakowali tym razem.

- Kawał niezłej foczki? To może się z nią zakolegujemy? - zachichotała czarnowłosa wachlując się pliczkiem pieniędzy i najwidoczniej będąc w świetnym humorze z tego wszystkiego. Patrzyła rozpromienionym wzrokiem po pozostałej dwójce.

- No pewnie, że z górnej półki. Inne nie przychodzą do “Velvet Crystal”. No dobra to o co chodzi? - Gina prychnęła, że parnter a nawet szef mówi takie oczywiste oczywistości. No i przystąpili wreszcie do bardziej detalicznego omawiania tej sprawy.


---



Upił kolejny łyk i wylał resztkę kawy na mokry asfalt. No tak. Jakoś tak to wyszło. Że stał teraz na tym mokrym asfalcie niedługo przed świtem na zagubionej w obcym lesie drodze. Usłyszał jak furgonetka zatrzeszczała gaszonym silnikiem a potem ciche otwarcie drzwi i ich zamknięcie. No i sylwetkę Kim wraz ze zbliżającymi się krokami. Stanęła obok niego więc popatrzył na nią pytająco.




- Wiesz Chris, przepraszam. Samo jakoś tak to wyszło. Sama nie wiem jak to się stało. - zaczęła nieco nerwowo przygryzając swoją pełną wargę.

- Nic się nie stało. Jakieś głupoty mi się śniły. Dobrze, że mnie obudziłaś. - machnął ręką. Właściwie to go wyratowała od tych durnych majaków. I dobrze. Nie miała za co przepraszać właściwie to on jej powinien podziękować. Właśnie chciał to powiedzieć gdy szybko zaprzeczyła ruchami swojej czarnej główki.

- Nie, nie, ja nie o tym. - zaprzeczyła szybko więc czekał na jakieś wyjaśnienie. Czarnowłosa zawahała się ale jednak brnęła dalej. - No za mnie i za Ginę. Wiesz, no jakoś tak samo poszło. Sptkałyśmy się na schodach, powiedziała, że wyszłeś za jakąś nową robotą i tak od słowa do słowa wyszło, że warto chodzić z kimś dla kogo się robisz mokra w kwadrans no i jakoś tak niby żarty ale jakoś samo poszło. I nas wzięło od ręki, ją i mnie. Dlatego tak straciłyśmy głowę. To moja wina, proszę Chris, nie gniewaj się na Ginę. I masz żal? Wiesz, bo ona pewnie i tak ze mną nie będzie chciała długo chodzić ale tak chociaż pomyślałam, że na ten wypad byśmy mogły. Takie wakacje. Wakacyjna przygoda. Przecież ona to doktor no i taka mądra. Ty też się jej zawsze słuchasz. To gdzie by tam chciała chodzić z kimś takim jak ja… - Kim jednym tchem mu się wypruła tak bardzo, że właściwie zablokowała mu wszystkie opcje. Podała mu serce na dłoni i co właściwie mu pozostało? Gniewać się na nią? Kłócić? Mieć pretensje? No ale jednak pewnej rzeczy nie mógł nie skorygować.

- Słucham co Gina ma do powiedzenia. Ale nie słucham się jej bo nie ona jest u nas szefem. - starał się mówić łagodnie. Ale co by nie mówić, to jakoś Kim celowo czy nie to tak to powiedziała jakby miała go za pantoflarza. Miała? Przez chwilę obracał swoje relacje z panią doktor, patolog i technik jakich świadkiem mogła być czarnowłosa. Serio uważała, że jak pyta Ginę o opinię czy w ogóle słucha co ona mówi to znaczy, że jest jakimś pantoflarzem? No ale na szczęście rozmówczyni szybko pokiwała zgodnie głową nie robiąc z tego chryi.

- No i daj spokój Kim. Podpuściła cię na tych schodach. - popatrzył na stojącą naprzeciwko dziewczynę. To jak robi zdziwioną minę nawet go trochę rozbawiło. - Taka łebska laska jak Gina przypadkiem zeszła by na robienie dobrze w kwadrans jak już to robiłyście razem? - uniósł brwi do góry nie wspominając, że te wcześniejsze razem to jakoś było i z jego udziałem. No przynajmniej raz. I do cholery nawet teraz to miło wspominał, jak właściwie miał na nich samczego foszka i stał jak palant w nie zawiązanych butach w tym durnym ciemnym, zamglonym lesie na bezimiennej, mokrej od mgły drodze. No tak. Tamten numerek naprawdę im wyszedł świetnie. Wcześniej tak trochę z jedną, tak z drugą, dość nieregularnie i raczej rzadziej niż częściej a tu niespodziewanie zaproponował współpracę i co go zaskoczyło obie się zgodziły. I sądząc po tym co przypadkowo zastał w swoim biurze po powrocie z “Velvet Crystal” dziewczynom także się spodobało. Tak naprawdę to bardziej zaskoczyła go ta poważna i profesjonalna, racjonalna i opanowana Gina niż ten uliczny trzepak Kim. Obie były całkiem inne dlatego nie spodziewał się, że się spiknął ze sobą. Za jego plecami.

- Naprawdę?! Tak myślisz? Ojej… - Kim przerwała mu wspomnienia i rozmyślania gdy przetrawiła jego wnioski. Nawet gdy słyszał tylko jej relację i wcale go wtedy przy nich nie było. Ale teraz w jej ciemnych oczach rozbłysła radość i nadzieja.

- Tak. Tak myślę. - też się uśmiechnął a Kim spojrzała pod światło, w stronę sylwetki furgonetki jakby chciała już lecieć do środka i zrobić z Giną coś pewnie dość mocno nieprzyzwoitego. I mało rozsądnego za to bardzo spontanicznego.

- Ojej, Chris, jesteś taki kochany! - Kim objęła go niespodziewanie i pocałowała w usta. Co prawda bez języczka tak jak to wcześniej bywało no ale i tak było miłe.

- Nie ma sprawy. Dobra, słuchaj, nie ma co tu tak sterczeć i moknąć jak para debili. Chodź do środka. Wyspałem się, wypiłem kawę to teraz ja poprowadzę. Idź się prześpij. - zgarnął ją za ramię i razem ruszyli w stronę maski wozu. Ale tam lekko popchnął ją w stronę drzwi pasażera a sam skierował się do tych po stronie kierowcy. Jeszcze chwila i silnik znów zaskoczył a wóz ruszył z miejsca. Kim skorzystała z okazji i przelazła na pakę wozu moszcząc się gdzieś w legowisku Giny.

- Jeszcze trochę i będziemy na miejscu. - kierowca mruknął sam do siebie wpatrując się kłęby tej cholernej mgły w tym cholernym lesie. Musiał jechać dość wolno by na czas zauważyć potencjalną zawalidrogę. No ale nie spieszyło mu się na własny pogrzeb.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-07-2019, 20:29   #3
 
Amduat's Avatar
 
Reputacja: 20424 Amduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputacjęAmduat ma wspaniałą reputację
Tura 2 - Królik na Księżycu

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=G4L55AihnUA[/MEDIA]

Niepozorne auto toczyło się powoli po wstędze popękanego asfaltu, przecinającego wieżowce drzew po obu stronach drogi. Wysokie, ciemne i dumne szczyty godziły prosto w niebo, sięgając ku niemu niknącymi we mgle czubkami. Były tak inne od uschniętych lub skarłowaciałych, rachitycznych roślin Nowego Jorku. Te tutaj przywodziły na myśl właśnie drapacze chmur, wysokie kolumny stojące w milczeniu i obojętnie spoglądające na to, co dzieje się pod ich pniami, nisko w ściółce. Świat robaków był im idealnie obojętny, a czym innym byli dla nich ludzie?

Mokra droga, prócz niezbyt dobrej widoczności, miała też inne niespodzianki. Gdzieniegdzie na poboczu leżały zwalone, spróchniałe kłody, odgarnięte z głównej trasy aby ją odetkać i oczyścić, umożliwiając dalszy przejazd. Powierzchnia niegdyś czarna i gładka, teraz straszyła głębokimi dziurami, atakującymi znienacka ledwo opona samochodu znalazła je na swojej drodze. Gorzej zrobiło się, kiedy asfalt się skończył i przeszli w polną, piaszczystą drogę.


- Dobrze, skręć na lewo i cały czas prosto
- Gina wydawała się zadowolona, wychylając się do przodu aby lepiej widzieć trasę przed sobą. Las po lewej stronie urwał się nagle, zastąpiony przez rozklekotany płot z krzywych palików i drutu kolczastego. - Za pół mili droga odbije lekko w prawo, będzie rozwidlenie. Zjedź w te po lewo, obok piętrowego białego domu bez dachu. - dodała instrukcje które w Redcliff wyciągnęli od miejscowych. Chris chciał je zapisać, ona stwierdziła że to niepotrzebne. Miała niesamowitą pamięć, co nie do końca było plusem, gdyż potrafiła rozpamiętywać urazy i niesnaski sprzed dwudziestu lat jakby wydarzyły się wczoraj.

- Podsumujmy jeszcze raz - zapaliła lampkę w suficie, otwierając notes Chrisa na ostatnich zapisanych stronach. Z tylnej kanapy rozległ się pełen wyrzutu jęk.

- Szlaaaaaaaag no… - ostatnia z ich trójki ziewnęła głośno, we wstecznym lusterku detektyw ujrzał jak przekręca się i podnosi na ramieniu aby nieprzytomnym wzrokiem rozejrzeć się po okolicy - To już, dojechaliśmy?

- Jeszcze nie, ale niedługo będziemy na miejscu
- pani doktor odpowiedziała nawet na nią nie spoglądając, zajęta szybkim czytaniem notatek, na co Kim prychnęła zirytowana.

- To po cholerę mnie budzicie? - burknęła, okręcając się tyłem do nich i zakładając połę koca na głowę, spod którego dochodziło wściekłe bzyczenie - Spać człowiekowi nie dają, budzą w środku nocy jak jeszcze nie dotarliśmy, po cholerę no… nie wystarczy tej serowatej drogi, pizgawicy i braku budek z żarciem?

- W torbie są kanapki
- kobieta siedząca z przodu powiedziała spokojnym tonem, przewracając ostatnią kartkę. Widniał na niej narysowany na szybko szkic tatuażu który ponoć miała poszukiwana.
- Królik na księżycu… - prychnęła, widząc po raz nie wiadomo który pospieszny malunek, Chris też rzucił na niego okiem.

W oryginale miał w sobie więcej delikatności, jego królik przypominał jamnika, ale tak. Wtedy w Crystal Velvet też się zdziwił…

- Królik na księżycu? - spytał wtedy, widząc jak panna Cross kładzie ramię na stole, pokazując tatuaż który miała na skórze powyżej lewego nadgarstka. Mały, króliczek siedzący na ciemnym sierpie, jednoznacznie kojarzącym się z księżycem. Melody miała mieć taki sam, w tym samym miejscu.


- Podążaj za białym królikiem… - Panna Cross pogłaskała tatuaż, a przez jej twarz przemknął grymas bólu, zwiesiła głowę, przez chwilę walcząc z drżącymi ustami. Wreszcie odetchnęła i wyprostowała się, spoglądając na detektywa spokojnie.
- Biały Królik. Szalone, zamieszkujące w Krainie Czarów zwierzę, które prowadzi Alicję poprzez swą norę do cudownego świata. Melody nigdy nie wierzyła… nie wierzy w bajki, ani legendy. Zawsze woli twarde, naukowe podejście do życia, ale ma w sobie coś z marzyciela. Jej Krainą Czarów nie są magiczne ogrody, tylko niebo - uśmiechnęła się ze smutkiem - Zawsze marzyła aby sięgnąć gwiazd, znaleźć się na Orbitalu. Zobaczyć jak wygląda ziemia z kosmosu. Godzinami wpatrywała się w teleskop, szukając komet, planet… nie wiem czego jeszcze, ale wierzyła że to znajdzie. Ciągle wierzy, stąd ten królik, przewodnik do cudownego miejsca, spełnienia marzeń. Zmian… w powieści Lewisa Carolla jest ważną postacią w powieści. Cechuje go bojaźliwość, ma maniakalne przyzwyczajenia, czasem staje się agresywny. Podczas procesu jest heroldem… pan wybaczy detektywie. To wino, za dużo wypiłam i pana zanudzam. Nie poprosiłam pana o spotkanie aby rozmawiać o literaturze… chociaż mogłoby to być przyjemne doświadczenie, nie zaprzeczę - popatrzyła mu głęboko w oczy, przyciągając uwagę niezwykle niebieskim kolorem tęczówek.

- Jeśli to pomoże, na lewym przedramieniu ma wklęsłą, okrągłą bliznę nie szerszą niż paznokieć małego palca. - dodała po chwili namysłu - Po szczepieniach. Przeszła wszystkie, cały wymagany procedurami służby zdrowia proces. Teraz, szczególnie poza naszym pięknym domem, to nieczęste… ma około 160cm i niezwykłe oczy, jasnoszare. Prawie srebrne - zamilkła, słuchając pytań o samo zaginięcie.

- Nie, nie chciała stąd wyjeżdżać - pokręciła głową szybkim, pewnym ruchem, a on nie wyczuł w niej fałszu. Naprawdę wierzyła w to co mówi, wydawała się zagubiona i rozdarta wątpliwościami dlaczego tak w ogóle się stało - Nigdy się nie kłócimy, mamy tylko siebie. Jest dla mnie najważniejsza, a ja… myślałam, że ja dla niej też. - potrząsnęła śliczną główką, oczy się jej zaszkliły - Nigdy by mnie nie zostawiła, nie tak. Nie bez pożegnania, bez wyjaśnienia… coś musiało się stać, ktoś ją porwał. Chociaż list… listy by napisała, gdyby mogła, a tak nic. Tylko… pustka, cisza… nic, zero. Zniknęła jakby nigdy nie istniała. Zostawiła swoje rzeczy i… i - pociągnęła nosem marszcząc nagle czoło i zamarła, wracając wspomnieniami do czegoś, co usilnie chciała sobie przypomnieć. Ujęła kieliszek wina, opróżniając go mało elegancko do końca. Zaraz za jej plecami pojawił się uprzejmy kelner który niczym duch napełnił kieliszek z powrotem i rozpłynął się w półmroku.

- Nie ma jej różańca- powiedziała głucho, przełykając z trudem ślinę - Została cała biżuteria, sejfu też nie ruszono. Broń leżała na swoim miejscu. Nie zniknęło nic wartościowego… tylko ten przeklęty różaniec. Myślałam, że może go zgubiła, ale… może to coś znaczy. Nie było go, a zwykle leżał przy łóżku. - powiedziała, sięgając do torebki, a z niej wyjęła splątane ciemnofioletowe koraliki z krzyżem.


Oplotła łańcuszkiem palce, kładąc krucyfiks na wnętrzu dłoni i pokazała Chrisowi.
- Jak pan widzi, panie King, nic niezwykłego. Stara, rodzinna pamiątka. Mój ma koraliki z ametystu, jej ma onyksowe. Takie czarne - dodała jakby to było potrzebne - Mieszkałyśmy razem, miała swoje piętro, ja swoje. Ochrona nie widziała niczego niepokojącego. Na kamerach z monitoringu widziano tylko jak o 2 w nocy wybiega z budynku i znika za rogiem. Tam niestety… - skrzywiła się - Nie wszędzie mamy działające kamery. Prosiłam przyjaciela z… policji - ostatnie powiedziała z wahaniem, nie mówiąc mu do końca całej prawdy. Coś ukrywała, a może nie chciała się przyznać do powiązań? - Sprawdził dokładnie całe mieszkanie, nie znalazł nic wskazującego na włamanie. Żadnej krwi, żadnego śladu prochu… - otworzyła gazetę i wyjęła z niej kartkę zapisaną maszynowym pismem, stanowiącą raport. Krótki, rzeczowy, Chris czytał takich setki, jeśli nie tysiące. Potwierdzał jej słowa, wspominając że przed zniknięciem zaginiona zdążyła jeszcze nakarmić rybki w akwarium i posprzątała kotu kuwetę, a śmieci wyrzuciła.

Czytając raport bardzo wyraźnie słyszał następne słowa panny Cross, nachylającej się nad stołem przez co poczuł ciężką, piżmową woń jej perfum i zapach wina w oddechu.
- Niech ją pan znajdzie i przywiezie do domu… do mnie. - znów ujęła jego dłoń, zaciskając na niej smukłe palce - Całą, w jednym kawałku… tylko proszę nie zabijać jej… przyjaciela - to słowo dodała z wahaniem i niechęcią. Westchnęła - Chyba, że bezpośrednio jej zagrozi wtedy… liczę na pana zdrowy rozsądek panie King…


Jak powiedziała Gina, znaleźli odpowiedni zjazd i walący się dom z wypalonym dachem. Powybijane okna straszyły ostrymi kłami zbitych szyb co mogli zauważyć, bo wraz z budzącym się dniem, opadała mgła. Ciągle snuła się mlecznym oparem przy ziemi, ale nie ograniczała już tak widoczności, jak jeszcze kwadrans temu. W samochodzie było przyjemnie ciepło, nawiew pracował pełną parą, krztusząc się tylko co jakiś czas. Za to radio jak zdechło tak nadal było martwe. Szczęście w nieszczęściu pani doktor wyrabiała normę dźwiękową, nadając tonem nauczycielki swoje spostrzeżenia.

- W takim tempie mamy całkiem duże szanse na ładny dzień. Bez deszczu - uśmiechnęła się oszczędnie, wskazując na mgłę - Musimy uważać, miejscowi nie przepadają za obcymi. Nie wezmą nas za szpicli, ale to prości, ciężko pracujący ludzie. W pobliżu znajduje się tartak i kopalnia, dwa główne ośrodki zatrudnienia w okolicy. Jest jeszcze gorzelnia, ale na niej łapy trzyma rodzina Grishamów - zerknęła w notatki, chociaż nie musiała - Stary John Grisham, głowa rodu. Przejął interes od ojca, który to zarządzał nim jeszcze przed wojną. Rodzinny biznes, długoletnia tradycja. Bedą przywiązani do swojej prywatności. John ma dwóch synów, wiek około czterdziestu i trzydziestu pięciu lat. Adam i Avery. Jego prawa i lewa ręka. Adam podobno niezły cwaniak, Avery przedkłada argument siły nad siłę argumentu.

- Avery Grisham? Wołają go Moby. Od Moby Dicka - z tyłu nagle odezwała się Kim, rozplątując kokon i siadając na kanapie. Przeciągnęła się i ziewnęła rozdzierająco, a widząc minę Giny prychnęła? - No co? Postawiłam drinka jednemu takiemu co to żadnej pracy się nie boi. Mówił że ten Moby był jakimś wielorybem w książce. Wielki, biały skurwysyn. Jak Avery, podobno kawał bydlaka i nie wylewa za kołnierz… a ma co. - zaśmiała się dość nieprzyjemnie - Tartaki i kopalnie… świetnie, czyli każde łapy który będą chciały się nam wpakować w majtki będą miały albo drzazgi albo węgiel za paznokciami… KURWA UWAŻAJ! - krzyknęła nagle, wskazując na bok drogi, ale było za późno.

Motocykl wyskoczył z oparów jak duch, przemykając z naprzeciwka tak szybko, że wydawał się tylko czarną plamą cienia, rzucającego się na nich w ataku. Chris szarpnął kierownica, autem zatrzęsło i zeskoczyło na pobocze, gdzie chrzęszcząc kołami po żwirze zatrzymało się wreszcie parę metrów dalej.

- Jak jeździsz, pizdo?!!
- gdy pasażerowie zbierali się i otrząsali z szoku, z tyłu dobiegł ich wściekły kobiecy krzyk. We wstecznym lusterku Chris zobaczył jak postać w skórzanej kurtce podnosi z ziemi kamień i ciska nim w bagażnik. Rozległ się odgłos uderzenia, ale chyba nic złego się nie stało.


Motocyklista wyglądała na całą, nie ociągając się odpaliła maszynę, sprawdziła czy tylne koło jest w porządku i wypruła do przodu, zostawiając za sobą smugę dymu który mieszał się z mgłą.

- W… wszyscy cali? - Gina stęknęła, rozmasowując klatkę piersiową. Szarpnięcie pasami pewnie zdarło jej trochę skóry, ale wychodziło, że będzie żyć.

- Co za cipa - Kim za to przyłożyła dłoń do twarzy, a między palcami zaczęła jej lecieć krew. Spojrzała na nią i zaklęła. Wzięła chusteczkę żeby zatamować mały krwotok.
- Nie - uprzedziła pytanie pani doktor, machając zbywająco ręką - Jest cały, zaraz mi przejdzie. Chris, a co z tobą? Jesteś… ej, zobaczcie - pokazała przez przednią szybę. Za kupką drzew przed którą się zatrzymali pojawiały się pierwsze budynki.


Wciąż ciemne, bez ani jednego światła w całych oknach. Ulica, prawdziwa, asfaltowa, zaczynała się ze sto metrów przed nimi.
- No to jesteśmy - Virginia nie wydawała się do końca szczęśliwa, popatrzyła w bok, na detektywa, unosząc pytająco brew.

Jeśli zegarek dobrze wskazywał, dochodziła piąta rano. Większość barów i lokalów w których mogliby się zatrzymać była zamknięta. Tak samo jak wszelkie urzędy czy biura. Może na komendzie dyżurował ktoś na zmianie, albo w przychodni, o ile tu taką mieli. Na razie ich trójka, nie licząc dziewczyny na motorze, wydawała się jedynymi żywymi w mieście duchów.
 
__________________
Coca-Cola, sometimes WAR
Amduat jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Dzisiaj, 02:44   #4
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 44385 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post 1/2

Chris King - szczupły brunet


Gdy został sam z przytomnych osób w furgonetce miał czas by wrócić myślami do nowojorskiej rozmowy w “Crystal Velvet”. Panna Cross powiedziała parę ciekawych rzeczy gdy ją o nie podpytał. Sam do końca nie był pewny co o tym myśleć.

Kochane siostry. Szczepionki. Kamery. Ochroniarze. Cholera kim one były? W co się wpakował tym razem? W coś grubego. To nie była jakaś przypadkowa laska co sobie weszła zrobić interes w tej a nie innej knajpie. Tylko gruba ryba. Albo z takimi się obracała na co dzień. ~ Co to za jedne? ~ pytanie wracało do niego jak bumerang.

Bardzo mu pomógł policyjny raport jaki mu wtedy pokazała. To nie dość, że było jakieś spojrzenie na sprawę innej osoby niż bezpośrednio zainteresowanej to do tego kogoś o pokrewnym mu zawodzie i doświadczeniu. Więc i język raportu był dla niego czytelny. No i facet z raportu mówił, że nic nie wskazwało na porwanie. Szczerze mówiąc reszta z tego co mówiła alabastrowa brunetka też nie. Nadal wyglądało mu na to, że młoda dała dyla. Skończyła swój dzień pracy w domu i spokojnie wyszła. Czyli wskazywałoby to na to, że nie rozstały się w gniewie. Ale też młodsza z sióstr nie ufała starszej na tyle by zdradzić jej swoje plany. No ale brakowało mu drugiej połówki relacji a relacja tylko jednej ze stron zawsze była podejrzana bo trudna do zweryfikowania.

Ale może jednak porwanie? Może wyszła do sklepu czy po coś. A tam dopadł ją jej gah. Tylko jeśli tak to młodej musiało być to chociaż trochę na rękę, że jednak nie uciekała i dalej pojechała z nim dobrowolnie. Może zresztą ją zbajerował? Może. Czy mógł ją porwać? No mógł. Wwieźć coś cy wywieźć poza granice miasta nie było tak prosto by się władze nie dowiedziały. Ale było to możliwe. Jeśli się wiedziało z jakich dróg korzystać a ten Scott pracował w końcu w “8 Milii” no i był niezłym cwaniakiem to swoje sposoby na przemyt, także ludzi mógł mieć.

Wydawało mu się, że panna Cross nie kłamie. I sporo z tego co mówiła uważała za prawdę. No albo była zawodową aktorką z talentem do improwizacji. Ale dała mu ryspopis poszukiwanej Melody. Wzrost, blizna po szczepieniach, tatuaż, jasnoszare oczy, różaniec… No to już było coś.

I list. No z listem miała rację. Zwykle zostawiali jakąś wiadomość. Jeśli planowali swoje ucieczkowe kroki. Nie zawsze ale dość często. Podobnie jak samobójcy. Więc może jednak porwanie? Półporwanie? Spotkała swojego Scotta i on ją zaciągnął do samochodu albo przekonał aby sama wsiadła i wyjechali bez pożegnania. Może miał nóż na gardle? Musiał uciekać z miasta bo komuś podpadł?

~ Za mało danych, za mało konkretów… ~ znów doszedł do tych samych wniosków co tyle razy wcześniej przez ostatnie dwa tygodnie. Chociaż musiał przyznać, że w dotyku była przynajmniej tak przyjemna jak na to wyglądała. Skorzystał z okazji gdy oczy jej zawilgły aby potrzymać jej dłoń w geście otuchy. No i aby obejrzeć dokładniej ten różaniec skoro poza kolorem obie miały takie same. Dobrze, że wyjaśniła, że onyksowy się znaczy czarny…

- Dobrze, zajmiemy się tą sprawą. Ale przydałby mi się jakiś adres kontaktowy, zwłaszcza, że prawdopodobnie śledztwo przekroczy granice tego miasta. - zdecydował się już wtedy. Trochę dlatego, że sprawa go zaciekawiła i chciał ją rozwiązać. Trochę dla całkiem sporej kasy. Ale głównie bo obie siostry go zafascynowały i miał ochotę na kolejne kontakty z nimi.

No i zależało jej na znalezieniu siostry i przywiezieniu z powrotem. Nawet temu Scottowi źle nie życzyła tak z założenia. I dobrze. W końcu Chris był detektywem i exgliną a nie cynglem. Chociaż jak to jednak byli młodzi zakochani to mogło być kiepsko z dobrowolnym odejściem Melody.

- Zależy mu… - mruknął wpatrując się w kłeby mgły przed reflektorami pojazdu.

- Co? Komu na czym zależy? - nie wiadomo kiedy Gina się wybudziła i oparła się o przestrzeń między fotelami szoferki.

- Temu Scottowi. Na Meldoy. Nie wiem jak i po co. Ale zależy mu aby być z nią albo chociaż ją zabrać z miasta. Jeśli zwiewał i grunt mu się palił pod nogami o wiele łatwiej byłoby mu zwiać samemu. Pewnie chociaż ogólnie wiedział kim są te Cross. Lepiej niż my. Musiał więc wiedzieć, że mają długie macki. A mimo to zaryzykował dla niej i zabrał młodą ze sobą. - detektyw skorzystał z okazji i zaczął gadać do Giny czy raczej mówić na głos swoje gorączkowe myśli.

- No to nie jest dobra wiadomość Chris. Jak mu zależy to może robić nam porblemy jak po nią przyjedziemy. - Gina otarła twarz i zaczęła wdłbywac sobie śpiochy z oczu. Kierowca z zapatrzonym wzrokiem pokiwał głową na znak zgody. No tak. Miała rację oczywiście. Też tak uważał.

- Możliwe, że potrzebuje jej do czegoś albo dla kogoś. Może nawet ona o tym nie wie. - dalej myślał na głos zastanawiając się nad opcjami. Wiedział, że to czysta spekulacja. Ale traktował to jak intelektualne ćwiczenia. I miał kupę frajdy gdy kóryś z wariantów okazywał się prawdziwy.

- To brzmi jeszcze mniej ciekawie. Ta twoja laska się wścieknie jak jej przywieziemi korpusik albo głowę młodej. Do cego może jej potrzebować jeśli nie do łóżka i reszty? - Gina podjęła tą intelektualną grę jak to często robili. Taka burza mózgów pozwalała im znaleźć zaskakujące rozwiązania jakich żadne z nich wcześniej nie brało pod uwagę.

- Bo ja wiem? Może młoda zna jakieś kody albo ma wiedzę o czymś mu potrzebnym? Może jest świadkiem kogoś czy czegoś? Myślę, że nie chodzi o okup bo zostawiłby list z żądaniem. Więc chodzi mu właśnie o nią. - Chris podzielił się swoimi przemyśleniami. Zgadywał. Mogło chodzić o milion różnych rzeczy. Ale próbował jakoś uszeregować te dane jakimi dysponowali,ułożyć jakiś wzór.

Niedługo potem mgła zaczęła rzednąć, Kim znów była przytomna i okazało się, że obie dziewczyny miały bardzo ciekawe informacje o miejscówie i ludziach jacy powinni się znaleźć przed nimi. Wszystko nagle szlag trafił gdy z mgły wypadł motocykl jadący prawie kursem kolizyjnym.

- Gdzie?! - zdążył wrzasnąć wściekając się i bojąc jednocześnie gdy gorączkowo próbował zejść z drogi rozpędzonemu motocykliście. Cudem jakoś się udało. Zresztą tamten też koziołkował po całej drodze aż się zatrzymał. Właściwie to ona co poznał po głosie gdy się wydarła na niego.

- A wiecie, że czytałem kiedyś, że jak ktoś się uważa za opanowanego to powinien zostać kierowcą w miejskim korku? - rzucił cokolwiek byle też się nie drzeć. Spróbował przybrać zabawny i lekki ton ale gdy odwrócił się i zobaczył krew na czole Kim poczuł ponowny skok adrenaliny i gniewu. - W porządku? - zapytał ale rana nie wyglądała na zbyt poważną. Chyba rozbiła sobie tylko nos o oparcie fotela. Zresztą Gina już się nią zajmowała i to lepiej na niego. Ze złością spojrzał na tylne lusterko no ale tam już była tylko szara mgła. - Suka. - warknął cicho ale zjadliwie.

- To jedziemy dalej? Już chyba niedaleko. - zapytał widząc, że dziewczyny na tyłach opanowały sytuację. Pokiwały głowami więc ruszyli dalej. I niedługo wjechali do jakiejś osady.

- Ciekawe czy tak pusto bo tak wcześnie czy pusto bo pusto. - Kim powiedziała na głos co pewnie chodziło po głowie całej trójki.

- To to? Te Bourbonville? - kierowca zapytał Giny ale ta wiedziała tyle samo co oni więc wzruszyła ramionami w odpowiedzi.

- Można kogoś zapytać. Jeśli ktoś tu jest. - lekarka przesiadła się na przedni fotel i rozgladała się po mijanych domach i ulicach. Furgonetka bardzo zwolniła by lepiej się przyjrzeć okolicy.

- Ale cicho. I pusto. U nas zawsze coś się dzieje. - Kim też nie miała zbyt dobrego pierwszego wrażenia. No ale w Nowym Jorku, nawet w jakiejś enklawie, w środku nocy czy o świcie zawsze coś było widać i słychać. Bezruch panował w Ruinach. A Ruiny to Ruiny, nie kojarzyły się Nowojorczykom z niczym bezpiecznym.

- Patrzcie na szyldy. Może złapiemy jakąś nazwę. - Chris poradził dziewczynom bo wcale nie był pewny czy to Bourbonville czy jakaś jego opustoszała część czy w ogóle bezludna osada. A z bezludnymi osadami czy enklawami był ten problem, że były bez ludzi ale niekoniecznie puste. Dlatego odruchowo pomyślał o spluwie jaką miał w kaburze pod pachą chociaż na razie nic się przecież nie działo.

Ruszyli, powoli i ostrożnie. Koła auta mieliły piach aż do chwili, gdy wreszcie wróciły na asfaltową ścieżkę. Minęli krzaki, potem pierwsze płoty ciemnych budynków, a dookoła panowała cisza. Mieli wrażenie, że nie ma tu nikogo i niczego, nawet ptaków, a przecież świt nastał już jakiś czas temu, więc chociaż z daleka powinno dochodzić zawodzenie krów czy pianie kogutów… a tu nic. Żadnych psów, kotów. Żadnych ludzi. Tylko Ruiny i opadająca powoli mgła przez którą sączyły się pierwsze promienie słońca.

- Zobaczcie - Gina wskazała na prawe pobocze, gdzie na starym murowanym domu ktoś przybił tabliczkę. Była stara, lekko pordzewiała, ale wciąż czytelna - “Witamy w Bourbonville”. Pod spodem namalowano wielką beczkę na której siedziała w kostiumie kąpielowym pin-upowa blondynka o słodkim uśmiechu i trzymała w dłoni szklaneczkę czegoś bursztynowego.

- Ciekawe… wzięli to z jakiejś gazety, czy to żywa modelka? - Kim podrapała się po nosie, po czym splunęła na chusteczkę i zaczęła czyścić twarz z resztek krwi.

- Nawet jeśli ktoś do tego plakatu pozował, było to lata temu. Teraz, jeśli żyje, lalunia będzie stara, pomarszczona. Z plamami wątrobianymi na skórze, powykręcanymi artretyzmem palcami. Będzie jej brakować zębów… - Gina parsknęła, spoglądając na tył auta z ironią.

- Jezu… ty to potrafisz człowiekowi poprawić humor - brunetka na tylnej kanapie jęknęła, przewracając oczami jakby z wyrzutem.

- Grunt, że dojechaliśmy - pani doktor nie wydawała się przejęta. Patrzyła czujnie za okno, a Chris zauważył, że trzyma dłoń pod pachą kurtki, gdzie chowała stary rewolwer. - Jedźmy dalej, ktoś tu musi żyć.

- Niekoniecznie. Może była kimś sławnym i miała kupę kasy albo po prostu farta i dała się zamrozić w jakiejś lodówce? No co, czasem się zdarzały takie numery. Wtedy mogłaby wyglądać w naszym wieku nawet jak urodziłaby się sporo przed wojną. - mimo wszystko Chris był na tyle ambitny, że spróbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie.

- Nie cwaniakuj tylko jedź dalej. - Gina machnęła ręką na te wyjaśnienia i furgonetka nieco przyspieszyła ruszając dalej.

- A jeśli wszyscy umarli? - Kim zasiała ziarno optymizmu - Dopadła ich jakaś zaraza i sami niedługo się przekręcimy? Albo wpadł do nich z odwiedzinami Borgo i jego chłopaki?

- Jezu… Kim - tym razem Virginia jęknęła, przewracając oczami i miną pod tytułem “nie pomagasz” - Gdyby doszło do skażenia po drodze natknęlibyśmy się na martwą faunę, poza tym każdy wirus ma określony okres inkubacji, nie każdy przenosi się drogą kropelkową…

- Dobra, dobra, nie nakręcaj się - dziewczyna z tyłu burknęła w chusteczkę. Nie przepadała, gdy ktoś jej przypominał że tak nie do końca odwiedzała szkoły celem własnej edukacji, woląc inne zajęcia. Na szczęście z opresji wyratował ją ruch we mgle, gdzieś za płotem przy prawej strony. Niski, może wielkości nastolatka kształt kiwał się powoli w stronę zardzewiałej furtki.

- Tam! - szwendaczka wskazała to miejsce palcem, podnosząc głos - Tam ktoś jest!

- Gdzie? Aha, chyba widzę. - kierowca zmrużył oczy ale po chwili namierzył to co wskazywał palec Kim. Akurat nie zabierał głosu bo właściwie każda z dziewczyn miała swoje mocne i słabe strony. Akurat z Giną łączyło go to, że sporo się dogadywali tak mniej więcej naukowo. Chociaż gdy zaczynała tokować tym naukowym bełkotem to zwykle wymiękał i tutaj się świetnie zgadzał i dogadywał z Kim. Z Kim zaś miał dobry duet w terenie bo kasztanowłosa patolog co najwyżej mogła pojechać z nimi aby zerbać próbki i ślady. A do większości “czynności śledczych” musieli sobie radzić we dwójkę z Kim.

- To zapytaj. - ciemnowłosy detektyw zwolnił i w końcu zatrzymał pojazd. Za płotem ktoś się tam człapał po kawałku. Gina odsunęła boczną szybę i nieco wychyliła się przez okno.

- Halo! - zawołała w stronę idącej sylwetki.

Sylwetka nadal posuwała się do przodu, przygarbiona i jakaś pokraczna. Dreptała powolutku póki nie zniknęła prawie za drewnianym płotkiem. Wtedy przystanęła, nasłuchując. Dziewczyny w aucie popatrzyły po sobie i synchronicznie na detektywa, silnik pracował na niskich obrotach, a wtedy zza płotu wyłonila się głowa w chuście, spoglądając ciekawie na drogę. Zasuszona, bezzebna kobiecina wyglądała mikro, jakby miała się zaraz rozsypać na miejscu.




- O kurwa mumia! - wyrwało się Kim, za co dostała po głowie od pani doktor.

- Ogarnij się! - ofukała ją i raz jeszcze podniosła głos aby zawołać do staruszki - Dzień dobry!

Kobiecina zamrugała, uśmiechając się przyjaźnie jak babcia ze starej pocztówki. - Co mówisz kochaniutka?! - odpowiedziała skrzekliwym głosem.

- Próchno jest przygłuche… świetnie - Kim westchnęła odsuwając się poza zasięg rąk Virgini. Ta pokręciła zirytowana głową i otworzyła drzwi.
- Trzeba do niej iść.

- To idź. - Chris zatrzymał maszynę aby pasażerka o kasztanowych włosach mogła wyjść na zewnątrz.

- A co mam jej się zapytać? - Gina zatrzymała się gdy już otworzyła drzwi. Musiał przyznać, że odczuł cień cichej satysfakcji gdy wreszcie ona pytała się o poradę czy opinię jego a nie jak zwykle to szło w drugą stronę. Bo z wygadania z całej trójki to lekarz - technik - patolog chyba miała najsłabiej. Jak gadali wewnątrz swojej trójki to nawet potrafiła być dominujca, zwłaszcza gdy chodziło o coś mądrego czy związanego z jej szerokim specostwem. No ale tak z obcymi, nawet taką babcią to jednak była o wiele bardziej wycofana.

- Zapytaj ją czy to Bourbonville. I czy jest tutaj coś otwarte o tej porze aby się zatrzymać, zjeść, zatankować. - poradził jej trzymając jednak swoje przemyślenia dla siebie. Brunetka skinęła głową i wyszła z samochodu podchodząc do płotu i starszej pani.

- Proszę pani? Dzień dobry, mogę o coś zapytać? - byli na tyle blisko w samochodzie, że słyszeli przebieg rozmowy.

- Co mówisz kochaniutka? - starowinka powtórzyła, uśmiechając się bezzębnie do postaci na drodze.

- Dzień dobry! Mogę o coś zapytać?! - tym razem brunetka podniosła głos, podchodząc pod sam płot - To Bourbonville?! Szukamy knajpy albo zajazdu, może nas pani pokierować?!

- Knajpy szukasz kochaniutka? Nie za wcześnie? - babuleńka zmrużyła oczy, przyglądając się kobiecie oceniająco - Dopiero co słońce wstało, przed pierwszym dzwonem jest. Tu wszystko zamknięte, poczekać musisz. Herbatki się napić, a nie już piwo z rana… zupełnie jak mój świętej pamięci mąż. - pokręciła z naganą głową - Chuda ty taka, na pewno się głodzisz. Teraz ciężko o dobre jedzenie, a wy młodzi zabiegani. Ciągle się tylko spieszą i spieszą i spóźnieni… żaden nie przystanie żeby z babcią porozmawiać. Ty jadła coś dziecko?

Chris słysząc rozmowę przez otwarte drzwi szoferki w głębi duszy się uśmiechnął. Zwłaszcza widok skonsternowanej miny Giny która odwróciła się na chwilę w ich kierunku jakby szukając podpowiedzi czy ratunku był na pewno niecodzienny i wart zobaczenia.

- No właśnie chcielibyśmy coś zjeść! Może herbaty ciepłej się napić! Wie pani, ta mgła to taka zimna, coś ciepłego by się przydało! Można gdzieś tu poczekać do tego śniadania?! - zawołał do babci wychylając się trochę w stronę otwartych drzwi aby go lepiej było słychać. Babinka chyba ich brała za jakichś piwożłopów czy innych takich nicponi. To trzeba było zrobić na niej trochę porządniejsze wrażenie człowieka od uczciwej pracy, zmarzniętego i głodnego.

Staruszka na dźwięk jego głosu wychyliła szyję do przodu i jeszcze mocniej zmrużyła oczy żeby dostrzec kogo jej diabli pod dom jeszcze przynieśli.
- A to z mężem jesteś dziecinko? - popatrzyła na lekarkę, uśmiechając się ciepło - Dobrze, chodźcie. Pomożecie mi drew porąbać i nanieść do pieca. Wody ze studni przynieść. Chodźcie, bo jak ten młody człowiek też taki jak ty to pewnie też dawno nie jadł nic porządnego. - machnęła zapraszajaco ręką z laską.

Zastanawiał się chwilę. Gina w ogóle już straciła rezon słysząc co babcia wygaduje. Ciekaw był co będzie jak zorientuje się, że mają na pokładzie jeszcze drugą, młodą pannę. I choćby z tego powodu chciał zobaczyć co się stanie. Co zobaczy i usłyszy. Nawet jakoś to spotkanie wprawiło go w dobry humor.

- Oczywiście proszę pani! - zawołał do babinki i zgasił silnik. Tak naprawdę chyba byli na miejscu. A poczekać do porządnego ranka mogli i u tej starszej pani jak i gdzie indziej. Może złapią języka co i jak? Jak to mawiał o swoim fachu “warto rozmawiać”. - Mamy jeszcze jakąś szamę? To weź. Przecież nie będziemy jej obżerać nie? - zwrócił się ciszej do Kim oglądając się do tyłu na ich ciemnowłosą powsinogę. W końcu wysiadł z wozu i zamknął go na klucz. Obszedł kufer aby zamknąć też boczne drzwi gdy Kim też już wyjdzie na zewnątrz.

- Mumie nie jedzą kanapek, prędzej mózgi - ostatnia z ich trio burknęła, ale zgarnęła ze sobą plecak z prowiantem i wyszła za nim prosto na drogę. W tym czasie Gina zdążyła uporać się ze skoblem furtki i pchnęła ją aż otworzyła się ze zgrzytem.

Zostawili auto na drodze, idąc za starowinką, która drobiła małymi kroczkami, wspomagając się laską. Pochód poruszał się powoli, dzięki czemu mogli się rozejrzeć. Od płotu prowadziła prosta dróżka, obrośnięta krzakami borówek czy czegoś podobnego, w głębi posesji stał parterowy dom z cegły, obok niego była obora czy inna szopa z kamienia i kryta strzechą. Budynku ustawiono prostopadle do siebie, tworząc podwórko, na którym niemrawo przechadzały się dwie tłuste kaczki i kilka kur.

- Tam o jest drewutnia - babcia wskazała lagą przybudówkę wielkości paki niewielkiego vana, gdzie w trawie pod dachem leżała czarna plama. Na widok nowych twarzy podniosła głowę i ziewnęła.




- Bądź tak dobry synku i narąb drewna do kuchni, my pójdziemy rozpalić w piecu. Jak skończysz to te drzwi - pokazała pomalowane na zielono wejście na samym rogu domu. Tam też poprowadziła resztę.

- Dobrze proszę pani. A ten czarny kawaler jak się zowie? - zapytał zaciekawiony widząc leniwie rozwalonego sierściucha. Ciekaw był czy głaskowy czy płochliwy. - Idźcie, ja tu zrobię swoje i zaraz do was dołączę. - właściwie obejście wyglądało mu jak stereotyp zakuprza. I to dość zapuszczonego. Ale chyba babuszka sama mieszkała to się nie było co dziwić. No i w zamian za to takie obejście mogło się cieszyć sporą autonomią. Woda była, piec i drewno było, na głowę nie padało pod dachem no na luksus mu to nie wyglądało ale pewnie niejeden szmaciarz z Bronxu by pewnie po rękach całował za takie warunki. Ruszył więc w stronę tego pieńka i drewna do porąbania pozwalając dziewczynom iść za gospodynią.

Staruszka chyba go nie usłyszała, dotuptała do wejścia i zniknęła, a za nią zniknęły dziewczyny. Najpierw weszła Kim, Gina została chwilę w progu, przyglądając się uważnie jedynemu mężczyźnie w obejściu. Minę wciąż miała nietęgą, wyglądała na spłoszoną, albo i speszoną. Posłała mu nerwowy uśmiech żeby też zniknąć za progiem.

Chris został sam, o ile nie liczyć żywego inwentarza. Ptaszyska gdakały i syczały kiedy przechodził obok, kot w ogóle wydawał się nie reagować na cokolwiek. Leżał jakby już zdechł, tylko mrugające złote oczy na mocno posiwiałym pyszczku trzymał prawie otwarte.

Idąc dalej detektyw zobaczył solidny pieniek z wbitą weń siekierą, obok stał kosz na drewno. Sprawa nie wydawała się skomplikowana, trzeba było tylko przegonić parę kur, które upatrzyły sobie niektóre bale w drewutni jako grzędy. Przy wejściu w ściółce zobaczył też dwa jajka, kilka piór. Pachniało sianem, ptasimi odchodami i myszami. No i oczywiście żywicznie, sosną.

~ Ale wiocha. ~ przemknęło mu przez myśl na widok tego wszystkiego. Właściwie niezbyt miał doświadczenie z bytnością w takich miejscach. O swoich armijnych przygodach wolał nie pamiętać. Podczas pracy w policji raczej dyżurował w mieście. A podczas rocznej wymiany w Federacji no niekiedy było podobnie ale i wtedy wizyty w terenie były dość krótkie no i raczej nie bawił się w rąbanie drewna czy ganianie kur. Za to przez podwórze posłał Ginie całusa na pocieszenie. Wydawała się coś bardzo nie w sosie.

Przegonił kury, wyrwał z pieńka siekierę i sprawdził jak się trzyma. Nie chciał by było, że ledwo przyjechał i już starszej pani siekierę rozwalił. No ale nie wyglądała źle. Więc złapał za pierwszy pieniek do porąbania i postawił go na większym pieńku. - No uważaj kolego. Wióry będą latać. - ostrzegł czarne, leniwe, sierściuchowe bydlę a potem wziął pierwszy zamach i siekiera trzasnęła w podstawiony pieniek. Ciekaw był czy hałas spłoszy sierściucha czy jest tak leniwy albo oswojony z tym widowiskiem, że też go to nie ruszy.

Gdaczące ptaszyska uciekły, trzepocząc z wyrzutem skrzydłami. Narobiły sporo rabanu, jakby co najmniej ktoś je żywcem z piór obdzierał. Zaraz potem rozległ się głuchy stuk z jakim siekiera przepołowiła drewniany klocek. Ani pierwsze, ani drugie źródło hałasu zdawało się nie mieć wpływu na kota, który wręcz magicznie ignorował otoczenie, zamykając oczy i zastygając w bezruchu. Chrisowi wyglądał na głodnego, żadna nowość. Sierściuchy zawsze tak wyglądały.

Po pierwszym bloku sosny przyszedł czas na drugi i trzeci. Potem czwarty, po którym zrobiło mu się wyraźnie cieplej, oddech mu też przyspieszył odrobinę. Pochylił się, zgarniając przerąbane kawałki do kosza i już miał sięgnąć po następny, gdy zza pleców doszedł go nowy dźwięk. Metaliczny klekot łamanej strzelby.

- Ani drgnij - krótki syk, też zza pleców. Wyraźnie zirytowany, wściekły damski głos. Tym razem młody. - Rzuć to.

~ Oho! ~ dumał właśnie czy po skończonym rąbaniu nie podejść do sierściuchowego hrabiego i nie sprawdzić czy da się pogłaskać. Bo jak dziewczyny zabrały worek z jedzeniem to nic pod ręką nie miał by go zwabić. Gdy nagle okazało się, że nie są sami z tym sierściuchem. Dźwięk odbezpieczanej strzelby był bardzo charakterystyczny. A z takiej pozycji zmroził go momentalnie z siekierą uniesioną do kolejnego ataku na pieniek. Miał co prawda swoją spluwę w kaburze pod pachą. No ale na tyle znał ołowiową matmę, że kalkulacja jasna mu mówiła, że nie zdąży jej użyć i tamta w tym czasie zdąży wystrzelić raz czy dwa. A nie chciał sprawdzać na własnym kręgosłupie jakiego ma cela. Z tej odległości śrut by go zmasakrował. Dlatego właściwie zostawało mu tylko jedno.

- Okey, spokojnie. Już odkładam. Ty tu rządzisz. - odpowiedział tak spokojnie jak tylko zdołał i powoli opuścił dłoń z siekierą a potem rzucił ją obok pieńka. Na razie nie mówił tej młodej, nerwowej damie, że w takiej sytuacji rządziłby pewnie każdy po właściwej stronie strzelby. Na razie wystarczyło mu aby nie sprowokować jej do nerwowego strzału. Zakładał po cichu, że nie trafił na psychopatyczną zabójczynię bo taka po prostu wypaliła by mu w plecy i tyle. Była więc nadzieja, że jakoś się dogadają.

- Przyszliście szabrować biedną staruszkę, co? - dziewczyna z tyłu nie wydawała się ani odrobinę mniej wściekła - Taką co mieszka na uboczu, to łatwy cel, nie? Ilu was jest? Gdzie babcia? Łapy na widoku.

- Rabować? I dlatego rąbię teraz drewno zamiast rabować i uciekać? - uniósł ręce do góry ale lekko wskazał na te pieńki co zdążył już porąbać i leżały sobie grzecznie w koszyku. - Jesteśmy przyjezdni. Tamta furgonetka przed wejściem to nasz samochód. Zobaczyliśmy tą starszą panią to chcieliśmy o drogę zapytać. Ale od słowa do słowa i zaprosiła nas do siebie. Moje dwie przyjaciółki poszły z nią przygotować posiłek a ja miałem narąbać drewna. No to rąbię. - wyjaśnił spokojnie krótką historię spotkania. Jeśli dziewczyna za nim się nie zgrywała no to widać musiała dopiero co tutaj przyjść i nie widziała tej całej sceny na chodniku i podwórku. No chyba, że go sprawdzała albo chodziło jej o coś jeszcze innego. Ponieważ zawsze uważał, że z wycelowaną lufą troszkę trudno się dyskutuje to i teraz postawił na wyjaśnienie wątpliwości jakie widocznie miała tutejsza młodzież.

- Jesteście obcy, nie stąd - dziewczyna odpowiedziała zimno - Może nawet z miasta, wszystkiego się po was można spodziewać. Przyjeżdżacie jak do siebie, panoszycie się. Bierzecie co chcecie i robicie co chcecie, a potem pretensja jak was który obije za nazywanie nas wsiurami, albo kradzieże. - mówiła z tak wyraźną niechęcią, że prawie kapała detektywowi jadem na plecy - Mam uwierzyć że babcia was zaprosiła? Dobra, zobaczymy. - Odwróć się powoli, łapy na widoku i idź do domu. Zrobisz jeden ruch który mi się nie spodoba, a właduję ci lotfki prosto w łeb. Kumasz?

~ Oho. Miejscowy folklor. ~ uniósł brwi gdy usłyszał pretensje miejscowej jakie miała do przyjezdnych. Widać wpasował się jej w jakiś znajomy schemat który nie stawiał go, jako obcego, w zbyt dobrym świetle. No to tym bardziej musiał uważać bo jak miał jej wytłumaczyć, że był obcym ale takim innym niż ci co wcześniej tu przyjeżdżali? No wątpił by to pomogło. Na razie musiał to jakoś ostrożnie rozegrać kartami jakie mu rozdała.

- Kumam. Ty tu rządzisz. Nie ma sprawy. - przemyślenia zostawił jednak dla siebie i na głos powiedział to co chyba powinno uspokoić dziewczynę za jego plecami.

- Teraz powoli pójdę w stronę domu. - dodał uprzedzając swój ruch. Przydało się jednak te szkolenie w policji no i takaż praktyka. Gadał do niej jak do jakiegoś nerwusa co wziął zakładnika i trzeba go uspokoić aby ze strachu i nerwów nie pociągnął za spust. Ruszył więc spokojnie w stronę domu. Trochę się denerwował. Szedł z uniesionymi dłońmi z laską z pompką za jego plecami. Jak dziewczyny to dojrzą a miały spluwy, może się zrobić niezłe zamieszanie. No ale może i babcia dojrzy albo jej powiedzą to może uspokoi tą młodą nerwuskę. Ale na razie powoli sobie szedł skracając odległość do drzwi wejściowych.

Słyszał że idzie za nim, trzymając bezpieczną odległość. Robiła krok wtedy, gdy on robił, przeszli obok kota który otworzył oczy, popatrzył na nich i dalej zapadł w drzemkę, nie zawracając sobie głowy sprawami istot niższego rzędu. Byli w połowie podwórka, gdy skrzypnęła otwierane okno, a w nim pojawiła się głowa staruszki. Chris widział, że za nią stoi zaniepokojona Gina, Kim nie zauważył, nie zdążył, bo odezwała się ta stara.

- Ile razy mówiłam, nie strzelaj do gości! - zaskrzeczała wyraźnie zirytowana - Jak ojciec!

- Nic ci nie jest babciu?! - młoda wciąż nieufnie odkrzyknęła pytanie, a King poczuł wylot lufy dźgający go w kręgosłup.

- Nic, a ty co tu robisz?! Znowu w lesie byłaś?! - gospodyni zapytała ostrzejszym głosem, a młoda chyba zaszurała butem w piachu. - Matka wie?!

- Oj babciu! - jęknęła.

- Zostaw pana wnusiu, drzewa ma przynieść! Kuchnia sama się nie rozpali! - odpowiedziała zmęczonym tonem staruszka. - Tak gości mamy! Przynieś wody ze studni i weź jajka z kurnika… cały ojciec… no mówię wam kochane… cały ojciec… - babuleńka oddalała się od okna, słyszeli jak mówi ciszej, do towarzyszących jej kobiet.

Za plecami detektywa rozległo się głośne westchnienie, wylot lufy się cofnął.
- Ilu was jest? - burknęła oschle.

- Troje. To co? Zakopujemy topór wojenny? - musiał przyzać, że reakcja gospodyni obejścia bardzo go ucieszyła i dodała mu otuchy. Zatrzymał się i lekko obrócił aby stanąć najpierw bokiem a potem twarzą do wnuczki gospodyni. Na razie jednak jeszcze nie opuszczał dłoni. Tak na wszelki wypadek.




Stała o cztery, może pięć kroków od niego. Niższa o głowę, na oko piętnastoletnia brunetka. Niby nic niezwykłego, nastolatka jakich wiele. Nawet zielony sztormiak i plecak nie były w niej dziwne, rozbitą wargę i szramę na policzku też się dało wytłumaczyć i przejść obok obojętnie. Gdyby nie trzymała pewnie odrapanej strzelby, co prawda opuszczonej, ale z palcem wciąż na cynglu. Na oko Kinga miał wątpliwą przyjemność zapoznać się ze starym Mossbergiem, chyba nawet 590A1, widział podobne na wyposażeniu policji i żandarmów Nowego Jorku. Wersja dziewczyny miała podczepiony Bagnet M7, lekko wyszczerbiony, ale nadal wyglądał na ostry. Wnuczka gospodyni zaciskała uparcie usta, przyglądając mu się spode łba. Nieufność i wrogość biła od niej i nawet ich nie kryła.

- Niezła spluwa. - pokiwał głową na widok trzymanego oręża. - A wiesz, że jak pociągniesz za spust albo tak będziemy stać i gapić się na siebie to raczej nikt nie narąbie tego drewna do tego śniadania co robi twoja babcia z moimi dziewczynami? - zapytał nadal stojąc w miejscu i nie opuszczając dłoni. Starał się przybrać ton przyjaznej pogawędki i tylko lekko kciukiem wskazał na budynek który miał teraz za swoimi plecami. Nie chciał ginąć przez jakiś krzywy nerw sfrustrowanej i podejrzliwej nastolatki. Może małolata ale trzymana strzelba przykuwała uwagę i wzbudzała respekt aby zachować ostrożność i nie dawać jej pretekstu do jej użycia.

- Skąd przyjechaliście i kiedy jedziecie dalej? Kto wie że tu jesteście? Czego tu szukacie? Co robicie u babci oprócz śniadania? - dziewczyna wyrzuciła z siebie pytania, ssąc rozbitą wargę i gapiąc się wciąż z tą nieufną miną. Ale jak babcia jej kazała, nie strzelała, ani nie mierzyła w gościa.

- Jak widzisz nie przyjechaliśmy rabować twojej babci. Szukaliśmy miejsca aby coś zjeść i odpocząć. Zagadaliśmy do niej i zaprosiła nas do środka. To teraz powoli opuszczę ręcę dobra? - no małolata trochę przesadzała z tym przesłuchaniem. W końcu słyszała co powiedziała jej babcia i że zgadzało się z tym co powiedział jej wcześniej i teraz. No ale widać nie chciała odpuścić tak łatwo co już uznał za przesadę. Dlatego zaczął robić powoli to co mówił czyli zaczął opuszczać ręcę do swobodniejszej pozycji.

Dziewczyna wzruszyła ramionami ostentacyjnie, dając znać tak wyraźnie jak tylko nastolatka może, że nic jej to nie obchodzi. Fuknęła coś krótko na kota, ten odpowiedział niezadowolonym spojrzeniem, równie niezadowoloną minę miał, gdy młoda przewiesiłą broń przez ramię i podniosła go przez pół, niosąc gdzieś w stronę domu.

- Miło było poznać. Jestem Chris. - rzucił za odchodzącą ale przyznał, że gdy strzelba mu zeszła z oczu to mu ulżyło. Teraz więc sam wrócił do pieńka, rzuconej obok siekiery i zabrał się za kolejny pieniek. Spojrzał na puste miejsce zajmowane po sierściuchu. No trochę szkoda, że zabrała mu kompana. Fajnie się z nim gadało.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary Dzisiaj, 02:45   #5
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 44385 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Post 2/2

Chris King - szczupły brunet


Praca szła szybko i gładko, gdy nikt nie przeszkadzał, ani nie groził bronią. Co prawda zmachał się trochę, ale gdy w końcu wyprostował plecy i odłożył siekierę, obok jego nóg stał kosz pełen gotowych do palenia szczap drewna. Z owocem jakże ciężkiej pracy wrócił do zielonych drzwi, pokonując dwa stopnie zanim znalazł się ciemnej sieni pachnącej gotowaną kapustą i lawendą. Pomieszczenie nie miało okien, za to drabinę prowadzącą na strych. Obok wejścia wisiały kurtki na wbitym w ścianę wieszaku. Niżej stała szafka na buty i drobiazgi. Po obu stronach znajdowały się drzwi do pokojów. Te po lewo zamknięto, a po prawo zobaczył kuchnię.

Przynajmniej tak mu się wydawało, bo dostrzegł plecy Kim, rozwalonej na krześle przy stole. Patrzył jak Gina opatruje twarz tamtej dziewczynki i coś do niej mówi, a tamta odpowiadała. Strzelba leżała za jej plecami, na parapecie. Obok kota, równie niemrawego jak na podwórzu. Gospodyni nie widział, ale dochodziły go odgłosy obijania metalu o metal oraz trzaskanie noża o deskę.

~ No to jednak się nie pozabijały. ~ co go bardzo podniosło na duchu widząc, że gadają ze sobą a nie szczekają czy warczą na siebie. No i sierścuch się na coś przydał gdy rozwalił się przy tak kłopotliwym shotgunie. Sam widząc, że sytuacja jest opanowana wszedł do kuchni wnosząc koszyk z narąbanym drewnem.

- Gdzie to postawić? - zapytał pokazując narąbane szczapy drewna. Troszkę się przy tym zmachał szczerze mówiąc. Dobrze, że była okazja aby złapać oddech.

- Skoro to do palenia w piecu to chyba przy piecu - Kim pochyliła się w jego stronę i powiedziała poważnym tonem do którego nie pasowały złośliwe iskierki w oczach. Pokazała ruchem głowy kąt pomieszczenia, gdzie przy starym kaflowym piecu krzątała się gospodyni.

- Uprzedzając pytanie. Nie, nie chciała pomocy. Proponowałam, Gina też. Masz mleko z miodem, bo kakao wyszło - parsknęła, dając mu w wolną rękę kubek.


[center][center]


Słyszał też panią doktor, gadajacą do smarkuli łagodnym tonem. Kucała przy jej krześle i kończyła przecierać ranę na policzku gazikiem wyjętym z apteczki samochodowej. Bardzo znajomej apteczki.

- A to właśnie jest Chris, nie musisz się go obawiać. Tylko tak ponuro wygląda, ale jest w porządku. - uśmiechnęła się do dziewczynki, a ona prawie odwzajemniła grymas.

- Aha - odpowiedziała, chociaż nie tak bardzo burkliwie. Łypała też na jedynego faceta w pomieszczeniu spode łba. - Też jest z Nowego Jorku?

- Mhm, wszyscy stamtąd jesteśmy - wtrąciła Kim z tak bezczelną miną, że jasne było jak bardzo mija się z prawdą.

- Aha. Czyli ja dostałem lufę shotguna a wy słodkie uśmiechy? Nie ma jak sprawiedliwość na tym świecie. - westchnął pozwalając sobie na nieco złośliwy i ironiczny komentarz do sceny jaką widział w pokoju. Wziął do Kim kubek z mlekiem dziękując jej skinieniem głowy. I zostawił te trzy nowe funfele a sam z kubkiem i koszykiem podszedł do pieca kładąc kosz na podłodze.

- Dobre te mleko. - mruknął gdy upił pierwszy łyk z podarowanego kubka i obserwując co porabia babcia. A chyba szykowała jajecznicę jak się zdołał zorientować. I to z kiełbasą. Właściwie to się zrobił nawet głodny od samego patrzenia.

- Najlepsze, bo swojskie. Nie to co u was w wielkich miastach - staruszka chętnie podłapała temat, siekając kiełbasę bagnetem na wysłużonej desce, wyciętej chyba piłą mechaniczną prosto z pnia, bo wyglądała jak plaster drzewa średnicy trzech dłoni i grubości czterech palców. - Ty umiesz synku do pieca dokładać? Rozpaliłam już, teraz trzeba ognia pilnować. Obok drzwiczek jest pogrzebacz, tylko się nie poparz - posłała mu bezzębny uśmiech.

W tym czasie przy stole panowała dość sztywna atmosfera, którą obie starsze kobiety próbowały rozładować, gadając coś do młodej. Ta słuchała, czasem wzruszyła ramionami, czasem pokręciła głową i coś odpowiedziała krótko, aż do chwili gdy Kim wskazała starego kocura na parapecie.

- Twój? - spytała, a widząc krótkie przytaknięcie, ciągnęła temat - Wygląda na weterana, jak się wabi?

- Nie wabi, ma imię - odpowiedziała dziewczyna z podrapaną twarzą, mrużąc oczy ostrzegawwczo. Widać nie spodobał się jej zwrot użyty przez szwendaczkę. Wstała od stołu i podeszła do okna, biorąc sierściucha na ręce.

- Dobra… - Chris widział, że Kim ledwo się powstrzymuje żeby nie przewrócić oczami - To jak twój kumpel ma na imię?

- Koks - przedstawiła zwierzaka, który leżał bezruchu w jej ramionach nie otwierając oczu.

Powsinoga z NY uniosła brwi, patrząc na parkę ze zdzwieniem i coś jej tu wyraźnie nie pasowało. - Koks jest biały - odparowała wreszcie, na co młoda prychnęła pogardliwie.

- A ty jesteś ćpunką - warknęła i już nabierała powietrza, gdy wtrąciła się pani doktor.

- Koks, miał węglowy… ładne imię… - zaczęła gadać łagodnie, patrząc na dziewczynkę i poklepała jej krzesło - Chodźcie do nas, mleko stygnie. Mieszkasz tu z babcią?

- Nie… tak - nastolatka burknęła, ale do stołu wróciła. Położyła kota na kolanach i uparcie głaskała jego sierść, patrząc na niego a nie na obce w domu.

- To tak, czy nie? - Gina nalała jej mleka i odkręciła słoik miodu.




Z torby własnych zapasów wyjęła paczkę wyrobu czekoladopodobnego z nieśmiertelnym logiem Orła, jeden z wielu produktów tworzonych w fabrykach Nowego Jorku na skalę hurtową jak za dawnych czasów.

- Nie można jednocześnie mieszkać i nie mieszkać w jednym miejscu.

- Może jestem kotem Schrödingera? - po raz pierwszy odkąd detektyw poznał małolatę, ta się uśmiechnęła. Krótko i nieśmiało, ale jednak. Spojrzała przy tym na Ginę, która wyglądała na szczerze zaskoczoną.

Doktor chwilę mrugała, a potem nagle wybuchła szczerym śmiechem, pokazując ręką na kuchnię. - Muszę przyznać, masz naprawdę niezłe pudełko!

- Co za Szreder? - Kimberly nie wytrzymała i teraz ona łypała na obie stołowniczki spod przymrużonych powiek - Ten z Żółwi Ninja w masce na gębie i stalowymi pazurami?

- Nie, to taki naukowiec sprzed wojny - Gina odpowiedziała spokojnie, za to młoda parsknęła.

- Austriacki fizyk, laureat nagrody Nobla w 1933 roku - mówiła spokojnie, głaszcząc koci grzbiet - Ujął problem kwantowania jako problem wartości własnych. Jest autorem tak zwanego równania falowego, które w mechanice kwantowej ma podstawowe znaczenie. Stworzył podwaliny rachunku zaburzeń, zajmował się też termodynamiką statystyczną i teorią barw…

Chris widział, jak brwi obu dziewczynom skaczą gwałtownie do góry, obie też spojrzały na niego krótko i znowu gapiły się na dziewczynkę z kotem oniemiałe.

- Skąd wiesz takie rzeczy Helen? - wreszcie Virginia odzyskała głos.

- Mam dużo książek - młoda sięgnęła po mleko i mniej pewnie po czekoladę - Lubię książki.

- A to za to ma po matce - staruszka powiedziała cicho i dość smutno, wbijając po kolei jajka do cynowej miski. - Mówię ci synku, same kłopoty… same kłopoty…

Szczerze mówiąc to nie tylko dziewczyny były i wyglądały zaskoczone. Właściwie to Chris miał bardzo podobną minę. O ile imię sierściucha wydało mu się nawez zabawne chociaż sam jak już pewnie nazwałby go Więgiel czy co. To już z tym drugim kotem jakiegoś Austriaka sprzed stu lat w ogóle nie ogarniał. Kim chyba też nie. Może Gina coś z tego łapała. Dlatego zajęcie się piecem było mu nawet na rękę. Dorzucił jakieś polano do środka zastanawiając się co i jak się do tego zabrać do tej rozmowy. Młoda okazała się zaskakująca i pełna niespodzianek. Po wyglądzie i pierwszym wrażeniu spodziewał się raczej drugiej Kim. A teraz okazało się, że ma więcej wspólnego z Giną.

- Tak… - mruknął do siebie na potwierdzenie tych wniosków. Sądził, że są słuszne. Tylko zastanawiał się jak się do tego dalej zabrać. Małolata dalej wydawała się łatwa do rozdrażnienia a gospodyni łagodniejsza. Za to Koksu cechował się iście sierściuchowym spokojem graniczącym z niebiańskim.

- Fajny sierściuch. Da się pogłaskać? - detektyw w końcu wstał widząc, że w piecu ogień płonie całkiem ładnie i nie wymaga już opiekuńczego oka non stop. Podszedł do stołu i wskazał gestem na leżącego na kolanach Helen kota.

- Nie fajny. Najlepszy - małolata odpowiedziała z dumą, zerkając na kota. Przerwała głaskanie aby napić się mleka. Kot wyglądał jakby zdechł, gdyby nie unoszące się miarowo, liniejące boki - Lubi wygryzać obcym tchawicę, ale śmiało.

- Spokojnie, mnie wszystkie sierściuchy lubią. - Chris uśmiechnął się i podszedł do dziewczyny i jej kota. Szczerze mówiąc to nie wyglądał mu w tej chwili na takiego co by miał ochotę wgryzać się w kogokolwiek. Raczej spać w najlepsze. Kucnął przed krzesłem aby móc go swobodniej pogłaskać. - Kiedyś przeczytałem, że było kiedyś uniwersalne imię jakie przywoływało każdego domowego sierściucha bez względu na kraj i język. - przypomniał sobie tą anegdotkę przeczytaną gdzieś i kiedyś. Widząc pytające spojrzenie dziewczyny powiedział dalej. - Dźwięk otwieranej lodówki. - uśmiechnął się łagodnie głaszcząc czarny węgielek na jej kolanach.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

MG pomaga chętniej tym Graczom którzy radzą sobie sami
Pipboy79 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:02.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166