Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-09-2011, 16:31   #1
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3266 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Cena Życia III


Czwartek, 27 październik 2016. 00:02 czasu lokalnego.
Miasteczko Winthrop, gdzieś w górach stanu Waszyngton.


[MEDIA]https://sites.google.com/site/muzykadosesji/Home/Cena9.mp3[/MEDIA]

Łatwo było wyobrazić sobie, że był to tylko sen.
Wieczór, a potem noc dwudziestego szóstego października, zapadły szybko, prawie niezauważalnie. Słońca i tak próżno było szukać na niebie wcześniej tego dnia, a mżawka nie chciała odpuścić, sypiąc z nieba zmrożonymi kawałkami lodu, który na nizinach pewnie byłby znośnym deszczykiem. Tu jednakże były góry, temperatura szybko spadała i już kilka godzin po zmroku miało się wrażenie, że jest środek zimy, a nie jesieni. Mróz łapał momentami, tworząc bardzo nieprzyjemną, niewidzialną warstewkę lodu na górskich, wijących się i wąskich, drogach.
Poza tym było bardzo spokojnie. Właśnie dlatego tak łatwo było zapomnieć. Tu, w górach, daleko od wielkich miast, życie toczyło się inaczej nawet w czasach zupełnie innych, w czasach, w których boisz się, że ta idąca w twoją stronę postać to wcale nie musi być człowiek. Że prędzej czy później zamieni się w bezmyślną maszynę do zabijania. Ci, którzy już to widzieli, wcale nie byli ostrożniejsi od pozostałych. W końcu był to czas, w którym media miały cholernie duży wpływ na ludzi, nieprawdaż?
Winthrop szybko pogrążyło się w ciemności. Części ludzi już tu nie było, inni zasłaniali okna i gasili światła, choć spać nie mogli. Każdy już wiedział, nawet taki, który nie słucha radia i nie ogląda telewizji. Każdy wiedział. Chociaż nie było tu wojskowych ze szczepionkami, chociaż nie było tu zarażonych. A może byli, tylko oni jeszcze o tym nie wiedzieli? Ci, którzy postanowili przeczekać wiedzieli, że nie należy tego sprawdzać.
Niewiedza to błogosławieństwo.
Ale, gdy w miasteczku zaczęły pojawiać się nocą jakieś dziwne, nietutejsze samochody, niemal każdy z nich znalazł się przy oknie. Warkot silników rozchodził się dobrze, nawet mimo mżawki. Czego tu chcieli?! Dlaczego nie pozwalali im zwyczajnie odczekać, aż to wszystko się skończy?!
Wspominałem już może, że ludzie są głupi?


MONTROSE, THOMSON

Nudna, monotonna droga. Zmęczone, obolałe ciało. Thomson z trudem skupiał się na prowadzeniu, wpatrując się w oświetlaną wszystkimi dostępnymi reflektorami szosę. Całe szczęście, że wojskowy wóz miał je całkiem mocne i halogeny przebijały się przez ciemność, wychwytując z odpowiednim wyprzedzeniem wszelkie zakręty. Detektyw nie był jednakże kierowcą rajdowym, a nawet jeśliby był, to i tak pewnie nie przekraczałby pewnej prędkości, która wydawała mu się bezpieczna. Po takich terenach nie jeździło się w ciemności. Nie wtedy, kiedy każdy zakręt mógł być pokryty lodem. A przecież barierki wyglądały tak marnie!
Nie była to oczywiście uczęszczana droga. Nie było mowy o żadnych latarniach. Tylko raz widzieli tablicę z oznaczeniem drogi, kierunkiem i oznaczeniem kilometrów. Wiedzieli gdzie jadą, ale wiedza ta ograniczała się wyłącznie do mapy, którą musieli jeszcze studiować w trakcie jazdy. Nikt nie miał zamiaru wyczekiwać na koniec strzelaniny w motelu, nikomu z nich też nie zależało na ludziach, którzy tam zostali. Cholerny pragmatyzm zwyciężył i teraz pragnęli tylko uciec i uratować siebie. Swoich najbliższych przy okazji.

Wnętrze samochodu było ciasne. Sami ludzie pomieściliby się bez większych problemów, ale mieli tu także sporą ilość ekwipunku, w tym chociażby przenośny generator prądu, który swoje zajmował. A przecież wojskowy Humvee przeznaczony był dla czterech żołnierzy i strzelca, który miał własne, podwyższone siedzenie. I na nikogo więcej. Teraz z tyłu musiało siedzieć pięć osób i choć jedno z dzieci, choć z trudem, to zmieściło się w wysokim bagażniku, to nie było mowy o wygodzie. Wszędzie był metal, a wszystko co dla wojskowych było zbędne - wyrzucono.Silnik warczał, a zmęczony, pozbawiony możliwości spokojnego snu Eathan zaczął płakać. Nathali obijała się wśród ekwipunku, nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji. Nikt nic nie mówił, nawet Dorothy, uspokajając najmłodsze dziecko tylko gestami.

Ciszę tę przerwał Thomson tuż przed północą. Skręcił nagle w prawo, zjeżdżając na wąską, boczną drogę.
- Winthrop. Dalej nie ma sensu jechać, a tu jest jakiś motel.
Pojawiło się kilka niewielkich latarni, a potem motel, zbudowany w podobnym stylu od tego, z którego uciekli niedawno. Ten jednak przeznaczony był także dla tych, którzy mieli zamiar pozostać w tej pięknej okolicy na dłużej - pokoje miały osobne korytarzyki, były większe, a na dodatek wyposażenie w sanitariaty wydawało się znacznie lepsze. Dodatkowo obok znajdowała się gospoda, teraz zamknięta Przynajmniej tyle wywnioskowali z zewnątrz, bowiem samo miejsce było ciemne i ciche. Światło paliło się tylko w jednym z pokoi. Jakaś lampa na zewnątrz oświetlała szyld, wytarty już mocno napis "River Run". David zgasił silnik, wychodząc na zewnątrz z długą bronią w ręku. Odbezpieczył ją, rozglądając się na boki. Światło nagle zgasło, a lufa karabinu natychmiast powędrowała w górę, prosto w odpowiednie okno.
Ludzie zmieniają się szybko, czasami wystarczy jeden impuls. Jak ten nazywający się wirusem X. Nieufność szerzy się wtedy błyskawicznie.


JORGENSTEN, GREEN

Radcliffe zniknął w ciemności, a oni nie mieli zamiaru go ścigać, zwłaszcza, że za diabła nie byli w stanie tego zrobić. Goran klął straszliwie, podwijając nogawkę. Kula przeszła na wylot, nie zatrzymując się na kości, ale i tak bolało jak skurwysyn a na dodatek krwawił niemal jak zarzynana świnia. Daleko temu było do śmiertelnej rany, ale teraz także Jugol nie był w stanie samodzielnie chodzić, a biorąc na dokładkę skręconą stopę Jorga, sytuacja była paskudna. Wtedy też się zorientowali, że jeden z Humvee właśnie odjechał. Thomson i kobiety najwyraźniej nie chcieli zostawać w towarzystwie nieprzewidywalnych znajomych z bronią, ich sprawa. Zwłaszcza, że drugi wóz zostawili.
To na głowie Swena zostało przygotowanie do drogi. Tylko on poruszał się w miarę sprawnie, a rodzina właścicieli chyba zapadła się pod ziemię. Albo uciekli gdzieś w las, albo schowali się w piwnicy, tego Jorgensten też sprawdzać nie miał ochoty. Znalazł trochę żarcia, które mógł dorzucić do tego, co już w Humvee było. Samochód właścicieli był niestety na benzynę, nie ropę, więc nijak nie było zdobyć dodatkowego paliwa, a zamiana nie wchodziła w grę. Wojskowy wóz był o wiele lepszy od starego gruchota. Nawet jeśli nie miał wygód i nawet ciężko ranny Green musiał w nim bardziej siedzieć, niż leżeć. Nie chcieli tu jednak zostawać, zdecydowanie potrzebowali innego miejsca.

Wyruszyli w drogę zaraz po spakowaniu wszystkiego, czego potrzebowali i co udało się znaleźć w motelu. Niestety broszury turystyczne były stare i niezbyt dokładne, tutejsi właściciele bardziej musieli liczyć na przejezdnych a nie turystów chcących zwiedzać okolicę. Była za to mapa, dość dokładna, a Route 20 prowadziła do miasteczek, w których najpewniej można było dowiedzieć się więcej. Może coś przy okazji wymyślić?
Na razie nawet sama jazda nie była niczym przyjemnym. Brał lekki mróz, tu w górach niezbyt zaskakujący, ale w połączeniu z nieprzyjemną mżawką sprawiał, że jazda po krętej szosie, oświetlanej wyłącznie reflektorami, była wyzwaniem. Takie wyzwania Jorg nawet lubił, niestety to było jeszcze utrudnione przez skręconą stopę, która pulsowała tępym bólem, wzmagającym się przy każdym jej poruszeniu. Trzymana na pedałach wymuszała kontrolowanie prędkości tak, aby nie musieć nią zbyt często poruszać. Mimo wszystko utrzymywał całkiem dobrą prędkość, jadąc pewnie i płynnie, co było błogosławieństwem dla Johna, ułożonego z tyłu. Jego bolało już zupełnie wszystko, gdy niewygodne wnętrze obijało jego kości a przede wszystkim - rany. Kilka razy tracił i odzyskiwał przytomność, wiedząc, że potrzebuje lekarza. Inaczej mógł tego nie przeżyć. Mógł nie mieć możliwości pomocy rodzinie. Jego dwaj towarzysze o to nie dbali, ale dla niego było to coś, co utrzymywało przy życiu. Nie powiedzieli mu nawet, co zamierzają. Ale z drugiej strony, wzięli go ze sobą.

Sprawna jazda pozwoliła im minąć tablicę "Winthrop" około północy. Miasteczko było już ciemne, większość ludzi, jeśli jeszcze żyli, zapewne spało lub uciekało gdzieś daleko. Latarnie oświetlały tu drogę, dając pewność powrotu do jakiejś cywilizacji. Było cicho, choć z naprzeciwka nadjeżdżał właśnie samochód, taksówka jak się zdawało. Pierwsza oznaka życia, jaką widzieli od czasu nieszczęsnego motelu. Tamten jechał szybko, może nawet za szybko. I nagle skręcił, uderzając z hukiem o barierkę niewielkiego mostu, prowadzącego przez jakąś tutejszą rzeczkę. Podbiło mu koła, a gwałtowny skręt kierownicy sprawił, że samochód przewrócił się najpierw na bok a potem na dach, przejeżdżając w tej pozycji jeszcze kawałek i zupełnie tarasując przejazd. Mogli ich staranować, ale nagle ze środka zaczęli wychodzić ludzie.
Wyglądali na żywych, ale i przerażonych.
Swenowi niezbyt na nich zależało, ale nawet on musiał przyznać, że Humvee nie jest niezniszczalny i uszkadzanie go w próbie staranowania leżącego wozu nie ma większego sensu. Przynajmniej nie w tej chwili, gdy zatrzymywał wojskowy pojazd kilkanaście metrów od wypadku. Świecił im reflektorami po oczach, więc nie mogli wiedzieć, kto siedzi w środku.


JILEK

Stiegler.
Słowo to powracało do niego jak mantra lub uporczywy, nijak nie dający się ubić komar. I tak samo jak ten komar, uderzało w losowy punkt, pozostawiało ślad i nie opuszczało zbyt szybko. Czy miał koszmary? Och, o koszmarach najpewniej mógłby napisać prawdziwą, solidną epopeję, gdyby ktoś chciał czytać tego typu syf. Nie, Jacquelyn nie takie pytania zadawał, nie miał też ochoty na żadne odpowiadać. Jego życie było obecnie bardzo ograniczone, gdy przechadzał się po ulicach swojego rodzinnego miasta. Burlington. Niewiele tu zostało, nawet jeśli w teorii wszystko było na swoim miejscu. Nawet ludzie, choć to pojęcie trzeba było lekko, a może nawet bardzo, nagiąć. Wirus X dotarł tu z prędkością rozpędzonego pociągu magnetycznego. Niewiele po sobie pozostawił. Jilek zaś nie szukał zbyt uważnie, zajęty zdecydowanie bardziej tym, jak pozostać przy życiu. Miał przecież swoją misję. Swoją mantrę.
Stiegler.

Musiał przyznać, że jego poszukiwania wcale nie okazały się zupełnie bezowocne. Pewnie, nie było większych możliwości, aby dowiedzieć się konkretów, zwłaszcza, że nie było kogo pytać, ale za to paniczna ucieczka lub kolejna przegrana bitwa z zarażonymi zostawiały ślady. Takie, z których mógł obecnie sam skorzystać. Sama Umbrella nie zostawiła po sobie wiele, oni na to byli za sprytni. A może cała ta sprawa z wirusem to tylko i wyłącznie ich sprawka, starannie zaplanowana? Tu mógł tylko zgadywać i wolał na razie tego nie robić. Ale nazwisko znalazł na liście, na której nigdy by się znaleźć go nie podejrzewał. Liście policyjnej, w jednym z pustych już teraz komisariatów. Musiał tylko rozwalić łby dwóm, którzy niegdyś w tym miejscu pracowali. Ich egzystencja skończyła się szybko. Lista natomiast zatytułowana była "poszukiwani przez Umbrellę, potencjalni sprawcy rozpylenia wirusa.". Pisana odręcznie, pewnie spisywana przy rozmowie telefonicznej. Były nazwiska. W tym dwa znane. Może nie dziwił się bardzo temu, że była tu Maria Boven. W końcu nie wydawała się zła. Ale, że znalazł tu także Arnolda Stieglera?

Niewiele miał czasu, zanim zarażeni "zapukali" do drzwi komisariatu. Miał go jednak wystarczająco, aby odczytać z tych wszystkich raportów i podejrzeń kierunek, w którym powinien podążyć. Wschód. To było wręcz jednoznacznie. Wystarczyło zabrać jakiś wóz i spieprzyć, jak już zrobili wszyscy ocalali. Lasy i góry były teraz ratunkiem, jedyną możliwością przetrwania. Tam kierowali się wszyscy. Tam ponoć skierowali się ludzie z listy. Góry. Route 20, które wieczorem 26 października doprowadziło go do małego Winthrop, do domku w motelu "River Run", którego właściciel był tak zaskoczony pojawieniem się klienta, że wepchnął mu klucze, chwilę potem pakując najważniejszą część dobytku, rodzinę i siebie samego do wysłużonej terenówki i odjeżdżając. Tyle go widział.
Usłyszał, że nie ma zamiaru pozostawać w tym miejscu ani chwili bliżej. Everett przecież było ledwie -set kilometrów stąd! Ciekawe czy zdawał sobie sprawę, że Everett było tylko małym wycinkiem narodowej tragedii. Jileka to już niewiele interesowało. Znalazł dogodną bazę wypadową. Teraz musiał się tylko zastanowić co dalej.
Gdy przed północą pod motel podjechał samochód, nie przejął się zbytnio. Wyjrzał jednakże i dopiero wtedy zaklął szpetnie, gasząc światło. Ale było już za późno, dostrzegli to. Z wojskowego Humvee wyszedł facet z M-16 w łapie i najwyraźniej wojskowym mundurze, na który narzucił jakąś kurtkę.
Czego tu chcieli?! Potem ze środka wysiadła jeszcze kobieta. A więc gliny skierowały go w dobrą stronę. Zadziwiające. Maria Boven wyglądała na zmęczoną.
 
Sekal jest offline  
Stary 18-09-2011, 16:31   #2
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3266 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację

CARTER

Było źle. Było bardzo źle. Twisp pustoszało, widział to bardzo dokładnie. Wystarczało wyjrzeć za okno. Środowy wieczór, ale nikt nie wracał z pracy. Zrobiło się jakby jeszcze zimniej, słońce, które zaszło już kilka godzin wcześniej, nie nagrzewało powietrza i ziemi w dostateczny sposób. Żył tu już sześćdziesiąt lat i zawsze była to najmniej przyjemna część życia w górach, w paskudnym, deszczowym stanie Waszyngton. Ale teraz było jeszcze gorzej. Od wtorku, czyli w zasadzie od wczoraj.
Jedna doba, może półtorej, a zmieniło się wszystko. Nie było już radia, nie było telewizji, zdawało się, że praktycznie nie było też ludzi. Oni zostali w domu, to znaczy on, Dean i Charlie. Nie pojechali po szczepionki, o których mówiono jeszcze niedawno. Tu, do małego miasta w górach, wojsko nie dotarło, nie widzieli przez ten cały czas ani jednego zielonego samochodu. Tylko raz przemknęły główną drogą jakieś czarne, terenowe limuzyny. I wielu, wielu ludzi wsiadało do swoich wozów, pakując do nich wszystko, co mogli.
I już więcej nie wracali.

Michael nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Czy mogli ufać rządowi? Wojsku? Tej szczepionce, o której wspominano? Nie chcieli tego robić, nie widzieli potrzeby.
Aż do środowego wieczora właśnie, kiedy sytuacja zrobiła się bardzo zła.
Charlie był chory. Pogarszało mu się z każdą godziną. Zaczęło się już z nocy z wtorku na środę, ale początkowe objawy okazywały się tylko poceniem i wyższą temperaturą, trochę tylko powyżej trzydziestu siedmiu stopni. Leki nie pomagały, a apteka była zamknięta. A potem przyszedł nagły ból, dreszcze i zawroty głowy. Nie mieli wyjścia, musieli udać się do szpitala. Jednego z tych, o których wspominano we wiadomościach. Zapakowali do jednej z taksówek co uznali za potrzebne i ruszyli na południe, jedyną drogą.
Ponoć nieszczęścia chodziły parami. Niedaleko za Twisp paskudny karambol całkowicie blokował drogę, a służb porządkowych nigdzie nie było widać. Dalej było jeszcze gorzej, bo wreszcie spotkali wojsko i policję. Pojedyncze samochody blokowały główne drogi, zawracając wszystkich, choć chyba ustawili ich tam bardzo niedawno. Twierdzili, że jest całkowita blokada miast. W celu zapobiegnięcia epidemii.

Jak na gust Michaela, epidemia to już była. Ale Dean nie dyskutował z uzbrojonymi ludźmi w maskach przeciwgazowych. Zawrócił. Droga na północ zablokowana nie była. Nacisnął pedał gazu i mimo nieprzyjaznej pogody, pruł ile potrafił. Przynajmniej znał te okolice, więc szybko dotarli do Winthrop, przejeżdżając przez ciemne miasteczko, zapewne tak wyludnione, jak Twisp. Przez ten czas, w ciemnym samochodzie, nie zwracali większej uwagi na Charliego, siedzącego w foteliku na tylnym siedzeniu. Nie wiedzieli, że zbladł całkowicie. Że już nie śpi, a w szeroko otwartych oczach czai się coś dziwnego.
Nie wiedzieli, zanim nie rzucił się nagle na Deana, warcząc, próbując rozerwać pasy fotelika i przejeżdżając paznokciami po szyi całkowicie zaskoczonego kierowcy, który szarpnął kierownicą. Samochód zahaczył o barierki mostu, koła oderwały się od ziemi i przekoziołkowali po asfalcie, czując jak ich ciała obijając się o wnętrze taksówki. Można powiedzieć, że mieli szczęście, jeszcze nie w pełni świadomi otwierając drzwi i wypełzając z wywróconego do góry nogami samochodu. Byli tylko poobijani i podrapani, zastanawiając się co tak właściwie się stało. Co się stało z Charliem?!
Niemal nie zarejestrowali faktu, że kilkanaście metrów dalej zatrzymał się wojskowy Humvee.


WILLIAMS

Jeśli ktoś spytałby go później, co się działo, jego odpowiedź nie mogłaby być pewna i pełna. Zdawało mu się, że przynajmniej przez kilka godzin egzystował "obok" siebie, obserwując jak człowiek, którym ponoć był on sam, przechodzi różne stopnie szoku i załamania psychicznego. Był nieprzewidywalny jak stary, powojenny niewypał, obstukiwany młotkiem przez pragnące trochę rozrywki dziecko.
Robert Williams nie pamiętał nawet kiedy tak na prawdę się ściemniło. Zmrok zapadł niemalże znikąd, a wraz z nim przyszła ciągnąca się długo noc. Nie wystrzelił. Kula wciąż znajdowała się w broni, załadowana do komory. Oczekująca i niecierpliwa, chcąca wydostać się na zewnątrz.
Ale pistolet zrobił się nagle tak ciężki, niemożliwie ciężki, niemożliwy do podniesienia.
Poddał się.
Ale i łzy wyschły już dawno temu, a odrętwienie, wbrew swojej nazwie, zmusiło go do poruszenia się. W tej samej chwili, gdy usłyszał jadące ścieżką samochody, całkowicie zaskakujące w takim miejscu jak to.

Były trzy. Ostatni zatrzymał się na chwilę, pozwalając wysiąść jakiemuś facetowi, by zaraz dołączyć do pozostałych dwóch. Nie miał pojęcia, gdzie mogły jechać, ale najwyraźniej były to czarne terenówki, widziane przez niego tylko dzięki światłom z ich reflektorów. Robert nie znał tych okolic, przyjazd tu w końcu był bardzo spontaniczny. Może lepiej się było nad tym nie zastanawiać?
Ale ten co wysiadł wcale nie próżnował. Włączył latarkę i zajrzał do pozostawionego na skraju drogi samochodu, próbując wypatrzeć kto zacz i co tu robi. Oczywiście nic nie znalazł, nic żywego. Czy zobaczył krew? Powiedział coś do krótkofalówki.
Na pewno prześledził ślady, tych William narobił wystarczająco. Sięgnął pod kurkę, wyjmując pistolet, do którego dokręcił tłumik. Tak przynajmniej to wyglądało, Robert obserwował to z oddalenia, mając do dyspozycji wyłącznie światło latarki trzymanej przez tamtego. Człowieka, który najwyraźniej nie miał zamiaru pozostawiać sprawy niedokończonej, a świadków żywych.
Ruszył po śladach, do góry, prosto na czekającego na niego mężczyznę.

Ale noc była ciemna, a latarka to za mało. Huknął strzał, ostatni pocisk opuścił lufę. Ten, który przeznaczony był na jego własną głowę. Trafił, trafił bezbłędnie. Z takiej odległości każdy by trafił, zwłaszcza, gdyby uspokoił nerwy. W końcu nie był to nawet jego debiut, nie była to pierwsza zabita osoba. A gdyby chciał dokończyć ze sobą, miał jeszcze broń zabitego.
Gdy podszedł bliżej, wyjmując latarkę z rąk trupa, dojrzał symbol Umbrelli, ładnie wszyty w całkiem ciepłą kurtkę, niestety zaplamioną krwią. Czego tu chcieli, dokąd jechali? Czy będą go ścigać? Martwy niewiele miał przy sobie, prócz tej broni, zapalniczki, paczki papierosów, dodatkowych dwóch magazynków i krótkofalówki.
Nadszedł czas podjęcia decyzji.
Śmierć przecież wybierali tylko najsłabsi. Ci, którzy wiedzieli, że przynajmniej będzie na ich własnych warunkach. Tchórze.
Ci co nie potrafili się dostosować. A co jak co, ale on potrafił to doskonale.


MONTROSE, THOMSON, JILEK

Paranoja nie była cechą pozytywną, ale każde z nich mogło podejrzewać, że nabawiło się jej już jakiś czas temu. Dokładniej - jakieś półtora dnia wcześniej, gdy wirus zaatakował i wcale nie zamierzał się cofać. Jilek jednakże nie pozwolił nikomu zrobić czegoś wyjątkowo głupiego. Pierwszym odruchem byłoby skorzystanie z okna i wymknięcie się na zewnątrz, bez zwracania uwagi faceta z karabinem. Tyle, że to nie dałoby mu zupełnie nic. Pamiętał Boven, pamiętał całkiem nieźle. Biochemiczka, jak się zdawało, chociaż wtedy nie miał pojęcia co dokładnie robiła.
Teraz też nie miał.
Thomson miał tego dość jako pierwszy. Opuścił lufę bardzo powoli i tylko trochę, ale zawsze to jakiś gest.
- Chcemy tylko przenocować. Jest właściciel?
Miał pewność, że gdyby nie Marie, w życiu nie otworzyłby drzwi. A tak nie dość, że otworzył, to jeszcze wyszedł. Łysy gość w długim płaszczu nie budził sympatii, ale gdy lampa go oświetliła, kobieta przyjrzała mu się bliżej. Rzucił jej klucze. Wtedy go rozpoznała.
- Pamiętam cię...
David spojrzał na nią odruchowo, podobnie jak reszta, wciąż jeszcze znajdująca się w samochodzie.
- Z laboratorium Umbrelli. Co tu robisz? Jakie masz... intencje?
Och, to jasne, że mu nie ufała.
Przecież widział ją na liście poszukiwanych. Lufa karabinu Thomsona znów się uniosła.
Mogli sobie pomóc, ale czy faktycznie tego chcieli?
Tak, paranoja nie była cechą pozytywną.

A wtedy zgasły lampy. Zgasła cała okolica. Prąd przestał płynąć w tysiącach kilometrów drutów.
Ktoś zaklął szpetnie, ktoś inny zapalił latarkę. Ale nikt nie strzelił.
Może faktycznie mogli się przynajmniej dogadać.


JORGENTSEN, GREEN, CARTER

Fotelik z dzieckiem nie był chyba zbyt dobrze przymocowany. Zdenerwowany Dean nie zrobił tego dokładnie, więc wypadł przez przednią szybę, leżąc teraz na środku ulicy. Widzieli to zarówno Dean i Michael, jak i Jorg i Goran. Dziecko wciąż było w pasach. Czteroletni, mały chłopiec. Zanim ktoś zdążył się poruszyć, poruszył się właśnie ten mały chłopiec, niezgrabnymi ruchami próbując wyzwolić się z więzów. Agresywnie, mocno. Mimo, że jedna z jego rąk wykrzywiona była pod dziwacznym kontem. Adrenalina w jego przypadku nie miała nic do rzeczy, zwłaszcza, że wstał, patrząc na swojego ojca czymś, co dało się tylko określić wygłodniałym spojrzeniem.
To już nie był żywy, radosny chłopiec.
Dean krzyknął, ale odsunął się błyskawicznie, nie wiedząc co zrobić. Podbiegł do Humvee, wciąż nie widząc, kto tak na prawdę siedzi w jego wnętrzu.
- Błagam, pomóżcie! On jest chory... podobno wojsko ma szczepionkę... proszę, to mój syn...
Panika zawładnęła nim niemal całkowicie, głęboki szok po tym, jak zobaczył swojego syna w takim stanie. Chyba poruszył czułą strunę Jugola, który opuścił szybę, wyciągając rękę z pistoletem. Padł strzał, ale Goran nie trafił w głowę chłopca, komentując to paskudnym przekleństwem. Drugi strzał był już celniejszy. Krew bryznęła z rany, a pocisk odłupał kawałek malutkiej czaszki.
- I tak był już martwy.
Oddał im przysługę, choć jeszcze tego nie wiedzieli. Dzięki niej to nie oni musieli go zabić. Goran jednakże jeszcze nie skończył mówić.
- Jesteście tutejsi? Znacie się na górach? Nie ma czasu na pierdolone sentymenty.
Teraz i Michael zobaczył, że ludzie w samochodzie niewiele mają wspólnego z wojskiem.
A oni już nie muszą jechać do szpitala.
Paskudne fakty. Jeśli chciało się żyć, należało je zaakceptować.
Inna sprawa, że tylko silne jednostki przeżywały w takich chwilach.

A miasto nagle pogrążyło się w ciemnościach. Zgasły wszystkie latarnie, wszystkie światła podłączone do elektrowni. Epidemia musiała dotrzeć już i tam.
 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 18-09-2011 o 16:50.
Sekal jest offline  
Stary 19-09-2011, 10:27   #3
 
Irrlicht's Avatar
 
Reputacja: 72 Irrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znanyIrrlicht wkrótce będzie znany
# Daniel
A teraz wielki szoł.
Śmiał się. Zawsze śmiał się w takich przypadkach, to znaczy, zawsze wtedy, kiedy było dużo krwi. Obojętnie, czy posoka broczyła z żył czy wypływała z rozdziewiczonego krocza. Był trochę dziecinny i widział w płynącej krwi jakąś magię. Czarodziejstwo w plamach na jego ubraniu i lepkości rozchodzącej się na skórze jak pęknięcie na rozbitej szybie. Jakaś część wrzeszczała, żeby wziął się w garść i odczekał i zajrzał do domowej apteczki lub splądrował domy w poszukiwaniu szczypiec, jodyny i bandaży. Nie wiedział, co prawda, czy da radę sam się poskładać, ale jego zadufana w sobie medyczna wiedza laika kazała mu wierzyć w to.
Ale nie teraz, mówił sobie, nie teraz, kiedy ból smakował jak orgazm. Chichotał jak jakieś legendarne stworzenie, troll z bajki lub goblin z podziemi, które właśnie spłatały figla. Dotarł do jego uszu szmer wychodzących mężczyzn – jednego trafił. Sprawił ból, to było teraz najważniejsze. Dzielić się bólem jak eucharystią, on, przeklęty kapłan-pedofil, przemieniał się teraz w ostateczną konsekwencję.
Czuł, jak zmienia się – jego twarz tężała, brudna od potu i krwi, którą machinalnie wytarł we włosy. Czasem właśnie w ten sposób sam siebie przerażał. Czuł, że gdyby teraz spojrzał w lustro, oglądałby uosobienie strachu. W ciemności, jego twarz formowała się w nieludzki grymas wściekłości i żądzy mordu. Przysiągłby, że widział blask swoich własnych zębów, które lśniły odbitym światłem dalekiej latarni. Zachichotał. Chichot przypominał jakieś nieskładne warczenie, nie, był to po prostu nieforemny dźwięk, który wydostał się z jego krtani. Mrmhnmhrhmm.
Usłyszał dźwięk zapalanego samochodu i splunął z pogardą. A więc nie ścigali go. Tylko tego mógł się spodziewać po tych śmieciach, po tych głupich dzieciakach zgrywających twardzieli. Co, pomyślał sobie, błyszcząc zębami, już nie tak twardzi jesteśmy?
Słyszał oddalający się dźwięk samochodu i przez chwilę zgadywał, gdzie mogą pojechać. Nieważne.
Wrócił jednak do domu. Poszedł najpierw do sypialni, bo zamierzał odstrzelić Greenowi łeb. Nie było go, co w dziwny sposób uspokoiło Radcliffe'a. Czuł, że adrenalina nagromadzona w jego głowie słabnie, więc zaczął szukać rodziny, która podziała się nie wiadomo gdzie. Wytężał zmysły i był pewien, że mógł teraz usłyszeć nawet niespokojne bębnienie nóżek karalucha, który zawędrował pod kanapę i szybko biegł w stronę dziury w podłodze. Słyszał. Tak, oczywiście, że słyszał. Dopiero po paru chwilach zdał sobie sprawę, że został jeszcze strych i piwnica.
Ojca rodziny znalazł w piwnicy. On też był spocony i brudny. Miał przy sobie jakąś starą wiatrówkę, której chyba nawet nie zdążył naładować. Radcliffe skoczył tak daleko, jak mu na to tylko pozwalały jego zranione nogi. Poczuł, jakby igła lub drzazga wbiła mu się w bark, zresztą było już za późno. W roztargnieniu posłał trzy strzały w krtań, szyję i głowę ojczulka, a i tak chyba zginął od tego pierwszego.
Przestał kontrolować swoje ruchy. Skądś wytrzasnął nóż do cięcia kasetonów i ciął jego ciało, dopóki w całej piwnicy nie cuchnęło jak w rzeźni, a ojczulek przestał przypominać cokolwiek ludzkiego. Miał szczęście: z każdym cięciem zyskiwał odrobinę energii, jakby stał się jakimś wampirem ucztującym na rzezi i nieszczęściu innych.
Wyszedł z piwnicy, nie patrząc w lustro, które było w przedpokoju. Kuchnia. Zoczył kanapkę i wepchnął ją do ust, popił gorzałą. Wyszedł tylnym wejściem. Jego ubranie było uwalane krwią, z wyjątkiem spodni i butów, które były uwalane płynami ustrojowymi ojczulka. Nienawidził ciszy, która była tu i ówdzie.
W apteczce nie znalazł szczypczyków, ale chyba pęseta z torebki mamusi wystarczy. Najwyżej rozetnie ranę jeszcze bardziej, żeby dostać się do kuli. Jodyny też nie było, ale przecież od czego wódka. Znalazł za to dużo środków przeciwbólowych i dwie rolki bandaży, a także spory kawał plastra. Już miał przełączyć się do tej bardziej racjonalnej świadomości i zbesztać się za to wszystko, kiedy usłyszał dźwięk.
Był bardzo, bardzo cichy, ale wystarczył dla ucha Radcliffe'a. Wiedział, że to skrada się ktoś.
Zdybał córunię z mamusią. Och, dzięki ci, Boże, że mi zsyłasz córunię i mamusię, zaruchać wreszcie mogę. Zlustrował kuchnię wzrokiem i nie, nie wziął noża, wziął młynek do kawy.
Ogłuszenie córki to była pestka. Wcale nie uciekały, tylko patrzyły na niego jak jakieś kukły, którym wykradziono duszę. A później? Później walił cholernym młynkiem do kawy po oczach matki, dopóki nie wypełnił jej czaszki aromatycznym bukietem importowanego z Brazylii cafezinho.
Ach, jaką pyszną kawę dajesz nam, Panie, myślał Radcliffe, kiedy zabierał się do dupczenia córci. Zdarłszy ubranie, dopiero teraz skoczył na jednej nodze do kuchni i dupczył nożem, miarowo, jednostajnie, nie spiesząc się. Był jak dobrotliwy ojciec, który był zmuszony do dania klapsa. Na jego twarz wstąpił spokój, nigdy w życiu nie był jeszcze tak spokojny.
Gorsze były powroty. I cisza nocna, kiedy wszyscy już umarli. On jeszcze nie – usiadł na pluszowym fotelu, on, samotny papież nowej religii, którą odkrył w krzyku po piątym pchnięciu nożem do filetowania ryb. Siedział i krwawił, zasępiony, a oni leżeli i krwawili, a ich twarze były kompletnie wyzbyte jakiejkolwiek emocji.
- Co mi dasz, Boże? Życie czy śmierć? - zapytał na głos. Cisza nocna pozostała taka sama, choć Radcliffe przysięgał, że to właśnie przez tą nocną ciszę Bóg przemawia. Wszystko nagle opustoszało. Nic nie było bardziej puste niż dom wypełniony trupami. Tymi bardziej, i tymi mniej oczywistymi.
Noc wrzeszczała ciszą.

* * *

# Jacquelyn
Jilek wyglądał z facjaty jak zwykły facet, to był właśnie jego problem. Nachalnie wtapiał się w tło i jego nieustanne dążenie do scalenia się ze wszystkim mogło być tym, co go wyróżniało. Ubierał się jak szmaciarz, jeśli ktokolwiek chciał go zaszczycić wzrokiem. Pomimo tego, że w górach było tylko zimno, to ubierał się na wyrost jeszcze cieplej, ba, można by odnieść wrażenie, że kupa szmat, która znajdowała się na jego ciele (lub tym, co jeszcze z niego zostało), ciasno spięta pasami i przewiązana bandażami, utrudniała jego ruchy. A jednak, było przeciwnie – pomimo tego, że ubrania, które na sobie nosił, pogrubiały jego sylwetkę, to wcale nie spowalniały jego ruchów. Gdzieś spod kupy szmat wystawały jego ręce okutane w podwójne pary rękawiczek, zaś ramiona stanowiły dziwną mozaikę zwisających kawałków ubrania, bandaży i pasów, których zapięcia lśniły w migotliwym świetle latarni. Płaszcz, który był najbardziej na zewnątrz, wyglądał, jakby składał się tylko z kieszeni – małych, większych, wewnątrz i na zewnątrz, niektóre otwarte, inne pełne, jeszcze inne poszarpane. Na głowie miał trzy kaptury, w tym tylko dwa założone, trzeci wystrzępiony z jednej strony i powiewający swobodnie na wietrze. Kiedy tylko wiało, ubrania powiewały. Miało się wtedy wrażenie, że Jilek stanowi jedno ze swoim brudnym i śmierdzącym ubraniem, on zaś lawirował przez przestrzeń tak delikatnie, jak mógł to robić jesienny liść. Albo upiór. Zdało się, że to ubranie żyło i prowadziło go.
Kiedy stąpał, nikt nie mógł usłyszeć nawet najmniejszych odgłosów jego kroków.
Ostatnie dni, w porównaniu do ostatnich paru miesięcy, były znośne. Owszem, sądził, że był jakiegoś rodzaju odosobnionym przypadkiem, który był zmuszony szukać Stieglera, choć podejrzewał, że Stiegler może być zaledwie czubkiem góry lodowej. Nic to: trzeba było wyrównać rachunki, a przecież fakt, że po ulicach włóczyły się żywe trupy, zbyt wiele nie zmieniał, może nawet ułatwiał parę rzeczy w jego sprawie. Teraz, kiedy życie postawiono na głowie, jakoś przestało mieć sens myśleć co po tym, kiedy osiągnie cel swojej wędrówki.
Oczywiście, że sprawa miała drugie dno. Drugie dno ujawniło swoją obecność już wtedy, kiedy miał w rękach listę policyjną. Lista nazwisk, lista przesłuchań... Skanował ją wtedy wzrokiem, jakby był to pierwszy i ostatni raz, choć włożył ją do torby. Przez chwilę żałował, że tak szybko zarżnął policjantów bez uprzedniego przesłuchania, choć pewnie wiedzieli mało lub nic. Sprawa z policją wiedzącą o tym, że Umbrella rozpyliła wirusa i zamierzającą ścigać ludzi z listy była kuriozalna i podejrzewał, że policja mogła być tylko narzędziem w rękach Umbrelli, którego używała, żeby odstrzelić niewygodne osoby. Co prawda nie był pewien tego wytłumaczenia, ale taka hipoteza lepsza niż żadna. Jedna z wielu. Tyczyło się to także Boven: nie był pewien, czy była jego wrogiem, czy po prostu taką samą ofiarą jak on.
Nienawidził, jak ktoś celuje do niego. Widok broni zawsze wyzwalał w nim najgorsze instynkty. Jednak tym razem sprawy nie dało się zakończyć sztychem noża.
- Chcemy tylko przenocować. Jest właściciel?
Wyszedłszy, ręce miał lekko uniesione – nie jakoś przesadnie uniesione, ale owszem, uniósł je. Poza tym, była tam Boven, a to miało o wiele więcej znaczenia od jakiegoś przypadkowego durnia z karabinem.
- Pamiętam cię... Z laboratorium Umbrelli. Jakie masz... intencje?
- Łoł...
- mruknął. - Uważaj z tą zabawką, bo jeszcze kogoś ustrzelisz – uśmiechnął się; złapał się na tym, że na taki sam uśmiech zdobywał się kiedyś, jak komuś nadepnął na odcisk. - Nie zamierzam sprawiać kłopotów, więc byłbym wdzięczny, gdybyś opuścił tą broń. Znamy się z Marią.A potem zwrócił się do Marii:
- Próbuję przeżyć, tak jak i wy.
Nie chciał zdradzać swoich motywów nazbyt szybko. Ostatecznie, nie wiedział, kim ona tak naprawdę była, ani nie chciał stawiać także życia na kciuk i cyngiel faceta przy niej. Teraz, kiedy wypuszczał się na poszukiwanie jego Nemesis... Było ciężko, jednak to było jedyne, co mu zostało. Chciał sprostować, ale nagle zgasło światło. Była to pierwsza dobra wiadomość tego spotkania. Odruchowo zszedł z linii ognia człowieka, który od niego mierzył – tak na wszelki wypadek.
Odczekał chwilę. Jego głos dobiegł z ciemności:
- Cały hotel jest pusty, chociaż zostało chyba trochę jedzenia w lodówkach i w magazynie.
Po usłyszeniu odpowiedzi, kontynuował:
- Zdaje się, że jesteś poszukiwana przez policję, Boven. I nie tylko, bo policja to zaledwie przykrywka do większych łowów. Umbrella wyznaczyła chyba całkiem sporą nagrodę za twoją głowę... A także i moją. Więc widzisz, nie jesteśmy tacy znowu różni, prawda?
Chciał, żeby było jasne, o co mu chodzi.
- Szukam pewnego gościa i przydałyby mi się informacje o Umbrelli.Znowu pauza.
- To jak będzie? Ty mi pomożesz i ja tobie pomogę, czy się rozchodzimy?
Był ciekaw, jak zareaguje. Pewnie wiedziała, że ją ścigają, ale wiedział również, że oferta poszukiwania jej prześladowców mogłaby się okazać kusząca. Wiedział też, że ostatecznie ofertę protekcji ciężko będzie odrzucić. Sama Boven mogła okazać się niezastąpionym źródłem informacji, w każdym razie, tak długo, dopóki czuła się zagrożona, zechce wysłuchać jego podejrzeń co do Stieglera, Umbrelli i jego zamiarów w związku z tymi dwoma.
Nasłuchiwał w ciemności.
Pokręciła zdecydowanie głową.
- Ty ich szukasz, ja chcę uciec. Informacje, które posiadam wcale nie muszą ci się przydać, zresztą w wielu sprawach wiesz więcej - głos Boven nie miał w sobie strachu, ale ciężko było dopatrzeć się też sympatii. - Nie do końca wiem, co mógłbyś zaproponować.
- Znasz Umbrellę. Wiesz, że nie odpuszczą tak łatwo i zapewne nie raz znajdą cię. Moje poszukiwania są ci na rękę, bo tak naprawdę chcę, żeby polowanie na nas skończyło się raz na zawsze.
- Umbrella nie jest odporna na to co stworzyła. W końcu inne sprawy będą ważniejsze od szukania mnie. Musisz przecież wiedzieć, że nie dasz rady ich zniszczyć. Ich placówki rozsiane są po całym świecie, ukryte, odporne nawet na wojny nuklearne. W końcu w jednej byłeś...
- Może nie będę w stanie zniszczyć wirusa, ale zawsze jest głowa, którą można odciąć. To prawda, nie twierdzę, że Ty czy ja jesteśmy najważniejsi w układance, ale każda ich porażka zwiększa nasze szanse przeżycia. Jesteś ścigana, jak bardzo jesteś pewna tego, że następnym razem przeżyjesz? Że nie skończysz z kulką w głowie? Uciekanie jest krótkowzroczne.
- Ja nie jestem stworzona do walki. Wiem, że mogę spróbować zatrzymać to szaleństwo w inny sposób. Nie wiem, co oni ci tam robili, naprawdę nie wiem. Ale ty możesz zginąć znacznie szybciej niż ja, jeśli będziesz ich szukał. Porozmawiamy, chociaż moja wiedza może cię zawieść. Najpierw jednak musimy odpocząć. Ciężko mi ci zaufać, wiesz o tym. Spotkaliśmy już... coś. Coś od nich. Skąd mam wiedzieć, że i ty nie przychodzisz od nich? Że twój umysł jest... czysty.
- Jaki inny chcesz dowód niż ten, że właśnie stoję przed wami, a Twój kolega może mi załadować serią?
Właściwie, o to samo mógłbym zapytać Ciebie, w końcu byłaś członkiem zespołu laboratoryjnego. Ja też nie mam żadnej gwarancji, że może jesteś jakimś trybikiem Umbrelli? Ale to ja wyszedłem przed lufę. Doceń to.

- Wiesz, że jestem ścigana. Skąd? David nie strzela ludzi ot tak, ale spotkaliśmy już i takich. Zaufanie przychodzi nam z trudem. A ty nie wyglądasz na sympatycznego, chyba nawet dobrze, że jest ciemno.
W jej głosie pojawiło się na chwilę coś na kształt rozbawienia lub żartu.
Prześpijmy się. Myślę, że noc w jednym budynku może podbudować to całe zaufanie.

- Twoje imię było na jednej z list związanych z Umbrellą... Chociaż zdaje się, że to o wiele szerszy temat. Jestem za tym, żeby przespać się z tym do rana. To nie jest miejsce na rozmowy.
W ciemności było słychać odgłosy dwojga ludzi zmierzających w stronę hotelu.
 

Ostatnio edytowane przez Irrlicht : 19-09-2011 o 21:32.
Irrlicht jest offline  
Stary 19-09-2011, 21:08   #4
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10277 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Definicja bólu zamyka się w wielu różnych słowach. Cierpienie, udręka, boleść, mordęga i wielu, wielu innych. Ból, według Międzynarodowej Organizacji Badania Bólu, jest „nieprzyjemnym doświadczeniem czuciowym i emocjonalnym związanym z rzeczywistym lub potencjalnym uszkodzeniem tkanek lub opisywanym jako takie uszkodzenie”.
John Green znał tą definicję, kiedy kilka lat temu walczył o życie postrzelony przez szaleńca. Znał ją cholernie dobrze.

Teraz, w ciągu doby, jego życie znów dokonało zawrotnego obrotu. Z bezpiecznych, niemalże nudnych torów bogatego turysty, zmieniły życie Greena w koszmarną walkę o życie. By ją wygrać, by dotrzeć do rodziny, był gotów poświęcić bardzo wiele. Nawet zabić, – co udowodnił podczas obrony schroniska przed żołnierzami. Nawet skazać na śmierć szaleńca, który jednak nic złego mu nie zrobił. Posłał dwa wilki – Gorana i Swena - na innego wilka – Daniela.

Leżąc w przepoconej jego własnym smrodem pościeli, John Green zamykał oczy i wsłuchiwał się z bijącym sercem w ciszę nocy. Słyszał silniki samochodu, słyszał strzały i krzyki. Wtedy, w tej jednej chwili, gdy ciszę motelu przecinały odgłosy strzałów, czarnoskóry mężczyzna zaciskał powieki do bólu, aż z kącików oczy popłynęły mu łzy.

Oczyma wyobraźni widział twarz Daniela. Wyczuwał w nim od samego początku jakieś mroczne pokłady szaleństwa, jakieś straszne, nienazwane zło. Nie wątpił w to. Znał się bardzo dobrze na ludziach, a takich jak Radcliffe powinno się zamykać w odpowiednich zakładach dla bezpieczeństwa innych ludzi. W głębi duszy John ucieszyłby się, gdyby to on zginął.

Jakiś czas później przyszli do niego.
Obaj. Goran i Swen. O dziwo nie po to, by zastrzelić go w łóżku, lecz by go stąd zabrać. To było niespodziewane uczucie.

Wcześniej bowiem inni ludzie, rodzina, której zaufał, tak zwani „normalni ludzie”, ludzie z dziećmi, które John zasłaniał własnym ciałem przed pociskami zbirów z Umbrelli okazali się być o wiele bardziej podli, niż dwóch zbirów z motocyklowego gangu. Tak zwana wykształcona, zapewne wierząca głęboko amerykańskie wolności grupka, kiedy tylko wyczuła smród problemów, wsiadła do samochodów zostawiając Johna Greena na śmierć. Pewnie myśleli, że jest nic nie warty. Pewnie mieli go głęboko gdzieś. Pewnie cieszyli się w duchu, że czarnuch już nie kręci się koło ich dzieciaków. Dla Johna Greena, majaczącego w gorączce, okazali się nad wyraz podli. Dużo gorsi niż ludzie, których mieli pewnie za degeneratów. Świat faktycznie stanął na głowie. John przełknął jednak tą gorzką pigułkę. Przełknął z pokorą. Jeszcze raz, w ciągu tej całej szalonej doby, jego zdolności psychologii, z których był tak dumny, okazały się nic nie warte.

Kiedy Swen i Goran przenosili go do samochodu, stracił przytomność.


* * *


Ocknął się już podczas jazdy. Przez chwilę nie bardzo wiedział, co się z nim dzieje i gdzie się znajduje. Szybko jednak ból przypomniał mu o prawdziwych wydarzeniach. Przypomniał mu o wiadomości od przyjaciela z Bostonu. Wieści o bliskich. Zacisnął zęby. Zawsze był twardzielem. Wszyscy tak sądzili, i to nie bezpodstawnie. Kiedyś, w dzieciństwie, z otwartym złamaniem ręki, sam przecież poszedł do szpitala. John Green nie dal się złamać. Przez całe życie. Nikomu. Nigdy. Teraz też miał zamiar walczyć, póki tliła się w jego ciele chociaż jedna mała iskierka życia. Pewnie przodkowie, którzy uciekali z plantacji bawełny w czasach kolonialnych, byliby teraz z niego dumni.

Gorączka znów się nasiliła. Tym John tłumaczył sobie ten dziwny tok myśli.

W tylnym lusterku złapał spojrzenie Swena.

- Dziękuję – powiedział na tyle głośno, by go usłyszeli. – Dziękuję, że mnie nie zostawiliście, bym zdechł jak pies.

Nie wiedział, czy go zrozumieli. Miał nadzieję, że tak.

Chciał wtedy powiedzieć jeszcze „jestem waszym dłużnikiem” ale ugryzł się w język.

Ostatnio złożona obietnica kosztowała go dokonanie trudnego wyboru. Był jednak ich dłużnikiem i dług ten zamierzał spłacić, jeśli tylko zdarzy się sposobność.

John Green przyjął pozycję, która dawała mu pozory najmniejszego dyskomfortu, ale i tak bolało go całe ciało.

- Co za geniusz medycyny, powiedział kiedyś, że ludzkie ciało może odebrać tylko najsilniejszy bodziec bólu. – pomyślał czarnoskóry mężczyzna opierając policzek o boczną, chłodną szybę. – Cwaniak powinien oberwać, tak jak on teraz. Doktorek przemądrzały!

Drżącą dłonią John sięgnął po fiolkę z lekarstwem przeciwbólowym., lecz po namyśle schował ją do kieszeni kurtki. Obok pistoletu – prezentu od Swena. Tego samego pistoletu, z którego strzelał do maszkaronów przy tamie. Z tego samego, dzięki któremu ocalił życie Nathana, kiedy jeden z tych stworów owinął go swym jęzorem. Ciekawiło Johna, czy zostawiając czarnego turystę marzącego o odnalezieniu własnej rodziny na pastwę trójki potencjalnych psycholi, Dorothy i jej siostra poświęciły mu przynajmniej chwilę wahania. Czy odczuwały chociaż cień wyrzutów sumienia? Bo nadal próbował zrozumieć, cóż takiego on uczynił, że uciekinierzy skazali go na śmierć? Skazali na śmierć, mimo tego wszystkiego, co dla nich starał się zrobić i co zrobił? Czy jedynym powodem był fakt, że wojsko wstrzyknęło mu coś, co ponoć mogło zmienić go w krwiożercze monstrum.?

Green zaśmiał się cicho zaciskając zęby z bólu.

To w sumie był dobry powód. Ale Johna nie przekonywał.

Po chwili porzucił te gorączkową galopadę myśli. Bo Green miał to w dupie, szczerze mówiąc. Powinien się cieszyć, że dwóch z tych „psycholi” okazało się jednak porządnymi ludźmi, oczywiście porządnymi na swój dziwaczny, gangsterski sposób. Modlił się tylko cicho, by Nathali i Ethanowi nic się nie stało. Dzieciaczki nie zasłużyły na śmierć czy zły los. Gdyby tylko mógł, John dalej by je ochraniał, najlepiej jak tylko potrafił.
Wywołane wzruszeniem, bólem, a może gorączką łzy popłynęły po jego twarzy. Kilka kropel. Potem samochód wziął zakręt, a John znów odpłynął w nieświadomość.


* * *


Obudziło go gwałtowne hamowani i huk wystrzałów. Jeden i drugi. Ręka Greena sama powędrowała do kolby pistoletu. Szok. Jak ludzi zmienia sytuacja w jakiej się znajdują.

Usłyszał końcówkę rozmowy z człowiekiem, który właśnie stracił syna.

- Swen – wyjąkał z trudem – Zatrzymajmy się ... na moment. Muszę ... zmienić opatrunki. Może ... gdzieś w pobliżu ... znajdziemy .... jakieś miejsce.... z apteczkami i ... środkami przeciwbólowymi.... zapytaj go.

Sam by porozmawiał z tym człowiekiem, lecz chyba był na to jeszcze za słaby.

Nadejście ciemności przyjął z niespodziewanym rozbawianiem.

Zachichotał, mimo bólu, jaki sprawiał mu śmiech.

Goran spojrzał na niego zdziwiony.

- Wiesz – wykrztusił Green – Jak zamknę oczy ... i nie będę się ... uśmiechał, nikt mnie ... w tych .. ciemnościach ... nie znajdzie.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 16-11-2011 o 17:46. Powód: literówki
Armiel jest offline  
Stary 23-09-2011, 16:46   #5
 
Grzymisław's Avatar
 
Reputacja: 12 Grzymisław nie jest za bardzo znanyGrzymisław nie jest za bardzo znanyGrzymisław nie jest za bardzo znanyGrzymisław nie jest za bardzo znanyGrzymisław nie jest za bardzo znanyGrzymisław nie jest za bardzo znany
Michael miał wrażenie, że to koniec świata. Przeklęty, rasistowski i spowodowany przez białych skurwysynów, którym znowu zachciało się bawić w Boga. Nie miał wątpliwości, że wirus nie pojawił się sam z siebie. Rząd musiał maczać w tym palce, skąd inaczej mieliby tą swoją "szczepionkę"? Nie ufał im ani trochę.

A teraz jeszcze Charlie...

Miał nadzieję, że to zwykłe przeziębienie... Właściwie wmawiał sobie, że ją ma. Kochające serce dziadka podpowiadało, że jego wnusia może uratować już jedynie szybka interwencja lekarska.

Z ojcem malucha podjęli decyzję błyskawicznie. Załadowali się wszyscy trzej do taksówki Deana i ruszyli w stronę najbliższego szpitala. Jak na złość biali w kryzysowej sytuacji robili to, co zawsze, w zwiększonej jeszcze skali. Utrudniali Indianom życie na wszelkie możliwe sposoby, jak chociażby zablokowanie większości dróg w celu „zapobiegania epidemii”. Dobrze wiedział, o jaką epidemię chodzi. Epidemia wirusa już miała miejsce. Epidemia, przed którą chcieli się ratować, to populacja ludzi o kolorze skóry innym niż biały, albo w ostateczności brązowy.

Takie zachowanie policjantów przypomniało mu o znienawidzonej byłej synowej, modelce-kurwie Carmen Monster, która zostawiła Deana z noworodkiem. Samo jej wspomnienie sprawiało, że dostawał białej gorączki. Miał nadzieję, że będzie mu dane kiedyś ją dopaść, a wtedy…

Kolejne bolesne wspomnienie, tym razem z młodości, przeszyło mu serce. Wtedy pomścił krzywdy biednej Joe. Od czterech lat (tyle miał Charlie) żądza krwi była równie silna.

Droga przesuwała się bardzo szybko. Nagle rozległ się dziwny hałas, a jednocześnie coś z tyłu rzuciło się na kierowcę, który krzyknął szarpiąc kierownicą. Zawadzili o barierkę mostu. W zwolnionym tempie czuł, jak obija się po obracającej się w powietrzu taksówce widząc wylatujący przez przednią szybę jak z procy fotelik z Charliem.

Wygrzebali się jakoś obaj z leżącego na dachu wraku. Z tabliczki „TAXI” nie zostało zupełnie nic. Na środku drogi leżał dziecięcy fotelik, a Charlie… rzucał się jak wściekłe zwierze. Michael drgnął nieszczęśliwy przeczuwając, że to koniec.

Dostrzegł wojskowy samochód, do którego podbiegał właśnie zrozpaczony i wstrząśnięty Dean. Patrzył, jak syn błaga siedzących w środku o pomoc.

- Błagam, pomóżcie! On jest chory... podobno wojsko ma szczepionkę... proszę, to mój syn...

Zdawał sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Bez zaskoczenia zakonotował fakt, że z okna wysunęła się ręka i trafiając dopiero za drugim razem ocaliła biednego chłopca przed zabiciem ojca i kogokolwiek innego.

- I tak był już martwy – powiedział głos ze środka.

Był… już martwy…

- Jesteście tutejsi? Znacie się na górach? Nie ma czasu na pierdolone sentymenty – ciągnął głos.

Rzeczywiście nie ma czasu. Charlie nie żyje. Może przynajmniej im się uda.

- Charlie! - wydarł się na cały głos Dean padając na kolana przed trupkiem. W powietrzu przebrzmiało również niewypowiedziane "do kurwy nędzy!"

Nikt przez chwilę nie reagował. W końcu Michael podszedł do niego wolno i podniósł za ramiona patrząc w oczy.

- Nic na to nie poradzisz. On... naprawdę już nie żył - powiedział do syna, po czym odwrócił się do samochodu - Znam... w pewnym stopniu góry. Jednak głównie z perspektywy drogi. Czasem tylko zdarzało mi się zapuszczać w nie pieszo... Nasza taksówka nie nadaje się już do jazdy. Znalazło by się dla nas miejsce w waszym Hummerze?

Zaraz dodał też:

- I w bagażniku dla tego nieszczęsnego dziecka?

- Kurwa zapomnij o bagażniku! Pojebało cie? I nie dotykaj go! - Goran wskazał pistoletem na trupa. - Jest zarażony wirusem!

- Miejsce może i jest. Któryś z was został ugryziony? - zapytał kierowca opuściwszy wcześniej szybę i przyglądając się im bardziej. - Widzieliście żywe trupy po drodze? Skąd jedziecie?

- Jedziemy z Twisp - wyjaśnił ojciec milczącego jak trup Deana - Nie widzieliśmy nikogo... martwego. Charlie nie ugryzł ani mnie, ani swojego ojca. Zdaje się jednak, że poza zadrapaniami i siniakami, jakich nie poskąpił nam wypadek, widziałem na nim kilka zadrapań innego pochodzenia.

Nawet nie dane mu będzie pochować godnie wnuka. Rozumiał to jednak aż za dobrze. Na nic nie liczył prosząc o przewiezienie go w bagażniku. Postanowił przyłączyć się do brodacza, mimo, że bez wątpienia był biały. Nie miał siły nawet na okazywanie pogardy dla rasizmu.

Postanowił nic nie robić i czekać, aż ktoś powie mu, co. Bo – do cholery – co mógł zrobić? Cały jego świat poszedł w diabły. Miał tylko nadzieję, że Charlie przez przeklętego wirusa nie trafi do piekła.
 

Ostatnio edytowane przez Grzymisław : 23-09-2011 o 21:04.
Grzymisław jest offline  
Stary 24-09-2011, 01:26   #6
 
Campo Viejo's Avatar
 
Reputacja: 4864 Campo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputacjęCampo Viejo ma wspaniałą reputację
Wyjeżdżając spod moteliku miał nadzieję, że cieć będzie wykrwawiał się długo i boleśnie, zanim pożywą się nim mutanty. Głupi zawsze ma szczęście. Zacisnął zęby ze złości. Albo Green go ostrzegł. Nie. Kurwa taki głupi chyba by nie był. Rodzina górala obchodziła go tyle co zeszłoroczny śnieg. I tak nie mieli więcej oleju w głowie jak benzyny w zaparkowanym gruchocie, więc byli spisani na starty już na starcie. Już byli trupami. Żywymi czy jeszcze nie. Ich sprawa. Reszta spierdoliła. To było do przewidzenia. Czemu nie wzięli czarnego turysty też nie stanowiło skomplikowanej zagadki.

Noga napierdalała kiedy zapominał się i z przyzwyczajenia odruchowo używał jej na pedałach. Wkurwiało go to konkretnie, bo nie mógł się skupić zajęty używaniem lewej na hamulcu i gazie wojskowego automatu. Jazda jednak wyciszała. Gniew. Ten który narastał od chwili kiedy otworzył oczy wczoraj. Nabuzowany adrenaliną i prochami ani myślał o spaniu. W noc taką jak ta nawet trupy nie spały. A sprawiedliwi... Cóż ich już nie było na dobrą sprawę. A na złą była śmierć. Życie było ceną czyjejś śmierci. Żywego lub martwego.

- Dziękuję – murzyn powiedział na tyle głośno, by go usłyszeli. – Dziękuję, że mnie nie zostawiliście, bym zdechł jak pies.

Goran zaciskając z bólu zęby, kurtuazyjnie ukłonił się w fotelu zamiatając esy floresy pistoletem. Swen zerknął przelotnie w lusterko i pomyślał, że w innym życiu czarnego byliby z niego ludzie. Teraz to już pewnie nie zdąży. Ani on się przekonać.

Póki Green jeszcze żył, to przypominał mu o człowieczeństwie. Czarni zawsze są kurwa wyrzutem sumienia. U białych i u siebie. Tym razem po prostu przypominał mu o zasadach. Których już nie było. Nie chciał miłosiernej kuli, więc pewnie zdechnie po drodze. Do-nie-wiadomo-kąd. Kto wie, może hodowali sobie na tylnym siedzeniu prywatnego mutanta. Wszyscy są mutantami. Ludziom dopiero muszą wyrastać dyndające po chuj języki, żeby spadły maski uładzone makijażem społecznej kultury tej cywilizacji głupców. Ale nadszedł koniec dla grzecznych zombie. I już nie trzeba ślizgać się po obrzeżach jedynie słusznego prawa. Teraz ona, demokratyczna cywilizacja dogorywa w cieniu anarchii. Odwieczna walka o przetrwanie wyrasta ponad miejsce parkingowe, stołek czy sumiennie pielęgnowaną nienawiść do skurwiela sąsiada.

Póki co cel był prosty. Spierdalać jak najdalej. I jak najszybciej. Po trupach. Do wykonania tego potrzebna była ropa. Amunicji było w ciul. Wystarczy na ostatnią godzinę, bo Jorgensten nie zamierzał dać się dorwać żywcem. Tak się zamyślił, że dopiero gdy minął tablicę Winthrop zdał sobie sprawę, że minął boczną drogę na lotnisko. Kurwa. Cofać się nie będzie. Byle do przodu. W Twisp też jest jedno, tylko, że na południe wcale nie było po drodze dla Jorga.

Kiedy taksówka dachowała na mostku zmiął w ustach przekleństwo. Wiadomo co to mogło znaczyć. Ktos dawał dyla więc miał powody ku temu, a teraz tylko jeden był ważny, żeby nim sobie głowę zawracać. Wirus. Na dodatek zablokowali w pizdu przejazd.

Dzieciak wyleciał przez szybę w foteliku. Trupek. Miotał się jak tamta suka policyjna z vena. Goran przywitał krwiożerczego bękarta marnując jedną kulę. Druga trafiła w czerep druzgocąc czaszkę. Swen sięgnął po M4 nie zdejmując nogi z hamulca. Ułożył je na kolanach. Dziecko umarło już dawno temu. Zostało ożywione wirusem ciało. Sentymenty były nie na miejscu co słusznie zauważył Jugol. Nie obyło się jednak bez czułosci. W sumie stracił dzieciaka. Niech ma.

- Swen – Green wyjąkał z trudem – Zatrzymajmy się ... na moment. Muszę ... zmienić opatrunki. Może ... gdzieś w pobliżu ... znajdziemy .... jakieś miejsce.... z apteczkami i ... środkami przeciwbólowymi.... zapytaj go.

Mówił o tym, którego musiał usłyszeć. Młodego. Jorgensten nic nie odpowiedział. Nie odwracał uwagi od sytuacji na drodze. Faktycznie potrzebowali lekarstw. Każdy z nich oberwał kulą. Draśnięcia na barku i łydce Swena zgoją się jak na psie, ale rana Gorana wymagała przynajmniej dezynfekcji bardziej skutecznej jak Whisky. Właściwie mogli zostawić Greena miejscowym i może tak by zrobili, gdyby taksówka nie była wrakiem. A ludzie Indianinami. Bo o dziwo pasażerowie z wywróconego na dach auta byli czerwonymi. Dialog był konieczną formalnością doprecyzowania tego co już wiedzieli, bo zbyt wiele faktów mówiło samymi za siebie. Wirus był już w Twisp. A oni nie byli ugryzieni. Inaczej stary nie pieprzyłby o zadrapaniach „niewiadomego” pochodzenia. Góry z perspektywy drogi to znał kurwa każdy nawet turysta odwiedzający okolicę co roku na tygodniowy urlop. Ot kurwa jedna szosa główna i kilka bocznych dróg. Mając mapę każdy był nawigatorem nie od parady. Czarwony pewnie kłamał. Co to Indianiec, który nie szwęda się polasach, choćby żeby drzewa pomacać i ponawijać z grzybami. Niech jednak ma. Przydadzą się jak nic. Są mobilni, mają dwie zdrowe ręce do strzelania i nogi do chodzenia. Czego nie można było powiedzieć o Jorgu i Goranie. Nie wspominając o Greenie, którego trzeba było na dodatek niańczyć. Jorgensten ani Markovich paplać w jego podjerzanej ponoć krwi się nie będą. Ale czerwoni mogli ryzykować nie wiedząc o tym.

Jesli z początku młody ze starym mogli brać ich za wojsko, to pozory rozmyły się bardzo szybko. Pod wojskowymi ciuchami i w militarnym pojeździe nie było żołnierzy. Nikt w jeden dzień nie zapuszcza brody i długich włosów. Nawet w rezerwach jest to niezgodne z regulaminem. Ich zachowanie też dalekie było od służy ku chwale ojczyzny i jej mieszkańców.

- Weź kanister z taksy jak masz. Pakujcie się do środka. – powiedział spokojnie. – Póki jedziemy razem zajmujecie się rannym. Jak nie podoba się, to zapierdalajcie na piechotę. – dodał wzruszając ramionami udając obojętność.

Było im na rękę, żeby jednak wsiedli choć wolał żeby to wyglądało tylko jak przysługa. A jak zaczną gorączkować, to będzie wiadomo dlaczego.

Wintrop miało przejebane. Z każdą mijającą chwilą coraz bardziej. Nadzieja zgasła ze światłami, jeśli jeszcze ktoś ją miał w miasteczku. Oni też mieli nie mniej przesrane, ale potrzebowali kilku fantów od spowitej ciemnościami osady, żeby pozyć chwilkę dłużej. Rurka paliwowa, choćby pocięty wąż ogrodowy i obfite stacje benzynowe, czyli zaparkowane deasele. Czy to auta, traktory, czy maszyny farmerskie. Bez znaczenia. Dlatego przyglądając się w blasku reflektorów czy taksówka nie wbiła się w barierkę mostku, miał zamiar ostrożnie przejechać bokiem przepychając Humvee przewrócony wrak. Teraz plan zmieniał się wraz okolicznościami. W pierwszej chwili chciał zawrócić tych kilkaset metrów i objechać miasteczko wzdłuż rzeki. Następny most był siedem mill dalej. Jednak tego nie zrobił. Bez zapasu ropy ujadą sporo. Lecz nie tak daleko jak chciałby. Na dłuższą metę. Na stacji zdejmą klapę w ziemi i spuszczając wąż ogrodowy domorosłym sposobem dotankują tego smoka oraz zaleją baniaki, które sobie pożyczą z niej. I fajki. Jak trafi się apteka to będzie szaber. Żarcie i ciepłe ciuchy już mieli, pomyślał mrugając wycieraczkami, które odgarniały marznącą mżawkę z szyby Hummera.

- Rozglądajcie się za wszystkim co na ropę. Jedziemy na północ. W góry. Jak najdalej. - powiedział Jorgensten sprawdzając mapę czy po drodze jest stacja.

- Jak jest apteka lub weterynarz po drodze to mówcie. - rzucił Goran przez ramię do Indian.

- Zatrzymamy się. - dodał Swen ruszając z miejsca.

Biali, czarni i czerwoni. Kurwa. Do wyboru do koloru. Młody, stary i najstarszy. Dobry, zły i brzydki. Heh. Wirus nie wybiera.
 
__________________
"Lust for Life" Iggy Pop
'S'all good, man Jimmy McGill
Nie ma mnie tymczasem Campo Viejo
Campo Viejo jest offline  
Stary 24-09-2011, 12:29   #7
 
Widz's Avatar
 
Reputacja: 198 Widz ma wyłączoną reputację
Zimno, ciemno i nieprzyjemnie. Cud, że był tu w ogóle jakiś asfalt. Thomson przeklinał wszystko, robiąc to cicho lub zwyczajnie w swoich posranych myślach. Fakt faktem - przeklinał wszystko. Zaczynając od tych idiotów, którzy musieli sprawy załatwiać za pomocą ostrej amunicji. Do tego właśnie doprowadziło liberalne prawo dotyczące posiadania broni. Pewnie tacy jak ci z motocyklowego gangu i tak by mieli do niej dostęp, nie mówiąc już o ochroniarzach. Świry i tyle. A Greena nie żałował, czarnuch i tak kumał się nie z tymi, co powinien. Nie miał żadnego pojęcia o tym, dlaczego ktoś taki, kto ma kilka kropel oleju we łbie, próbuje udawać przyjaciela czy kogo tam przed dwoma bandziorami. Pal licho sam fakt, że bandziorami. Detektyw żałował tylko, że nie spytał tamtego o to, ilu kiedykolwiek widział czarnych na harleyach. I nie dodał pytania, co to oznacza. Miłosiernymi samarytanami to oni kurwa nie byli nawet w najlepszych swoich chwilach, takich jak mniej więcej ta. Gdzie świat się zmienia, zmuszając do zmiany także ludzi.

Tylko dlaczego myślał o Greenie? Powinien raczej o tej rodzince, która tam została. Z drugiej strony to murzyn pobiegł mu na pomoc, zanim reszta zawróciła samochody. Że to było głupie, to inna sprawa.
A Radcliffowi, Jorgowi czy Goranowi nie poświęcił żadnej myśli, przynajmniej nie pozytywnej. Skupił się na ich wyklinaniu, bo to przez nich narażał życie swoje, kobiet i dzieci, próbując nie spaść z tej cienkiej, krętej dróżki. W takich warunkach doskonale widział jak wielkie było to stalowe bydle, którym jechał. I jak ciężkie. Wątpił, by te bariereczki miały jakiekolwiek szanse na zatrzymanie kilku dobrych ton, które prowadził.
Kobiety i dzieci.
Wolał już przeklinać tamtych, niż myśleć nich. Za cholerę nie wiedział co zrobić, idiotycznie było się czuć za nie odpowiedzialnym. Miał inne plany, myśli i nie wierzył w szczepionkę. Boven mogła sobie mówić co chciała, on nie wierzył. Gdyby miała się im udać, zrobiliby już ją dawno w tych swoich wielkich, wycackanych i zajebiście drogich laboratoriach.

Natłok myśli wyzerowała tabliczka z nazwą miejscowości. Widział ją pierwszy raz w życiu, nigdy wcześniej nawet nie słyszał o tym zadupiu pośród gór. Dawało teraz chwilę ułudy, spokoju i nadziei na jakiś odpoczynek. Oczy już mu się kleiły, a mózg rozsadzało dosłownie wszystko, na czele z płaczem tego bachora na kolanach matki. Skręcił więc od razu jak tylko zobaczył oznaczenie jakiegoś motelu, przybierającego kształt łóżeczka w kwadraciku, wymalowanego na drogowym znaku. Plus przynajmniej taki, że mógł jechać ze wszystkimi możliwymi światłami tej bestii. Potoczyli się po bocznej dróżce, zatrzymując przy budynku. Sam nie wiedział, czy palące się światło było tą lepszą, czy gorszą wiadomością.
Potem potoczyło się szybko.

Jasne było, że ten koleś, co wyglądał jak ostatni menel lub członek jakiejś popieprzonej sekty, nie podobał mu się w żadnym stopniu. Nie okazywał tego zbytnio, zdając się na to, że z Marią faktycznie znali się na tyle, aby się nie pozbijać w najbliższym czasie. Gdy skończyli rozmowę, Thomson rozejrzał się raz jeszcze. Brak prądu to kolejna zła wiadomość. Ciekawe czy dożyje pierwszej lepszej.
Skinął na Liberty, jej siostrę i dzieciaki. Cholera, było tego za dużo, potrzebowali dodatkowego wozu.
- Znajdźcie największy pokój, nie powinniśmy się rozdzielać.
Nie wspomniał o tym, że główny powód stał tuż obok. David jeszcze przed epidemią ufał niewielu osobom, teraz ta lista była prawie pusta. Obcy z takim wyglądem nigdy się na nią nie zapisze, zwłaszcza od pierwszego wejrzenia.
- Ukryję samochód i sprawdzę czy nie zostawili jakiegoś świeżego jedzenia.

Wsiadł do Humvee, poczekawszy aż pozostali znikną w środku motelu. Potem podjechał na jego tyły, starannie wybierając miejsce. Od strony rzeki wóz był w oczywisty sposób widoczny, ale dopiero po wschodzie słońca. Natomiast od strony drogi motel wyglądał na całkowicie opuszczony. Ze śladami nic nie zrobił, wątpił, by ktokolwiek ich wypatrywał. Nie wpadł za to na pomysł, jak zabezpieczyć przed kradzieżą tę kupę stali na kołach. Poprzestał więc na zwykłym zamknięciu i zabraniu kluczyków.
Potem zahaczył jeszcze o kuchnię w restauracji. Była tuż obok, a jeśli mieli znaleźć coś świeżego to właśnie tam. Niestety miejsce to nie przyciągało najwyraźniej turystów o tej porze roku, więc nici ze świeżego żarcia. Zamiast tego wziął trochę długoterminowego. Była też zamrażarka, ale ona potrzyma temperaturę jeszcze przez chwilę. Zdawał sobie sprawę, że żywność może okazać się kluczowa, ale żaden z niego był ekspert od przetrwania. Potrafił tylko odczytać datę przydatności na konserwie.

Wrócił do motelu, po odgłosach orientując się, gdzie są pozostali. Obcego na szczęście już nie było w ich pobliżu, więc skierował spojrzenie na Marie.
- Nie wiem kto to jest, nieszczególnie mnie to obchodzi, ale proponuję podzielić się wiedzą i puścić go samego. Jak chce się zabić to jego sprawa.
Dzieci były już ułożone spać, Thomson przetarł zmęczone oczy.
- Nie powinniśmy sypiać wszyscy razem. Już kilka razy nas zaskoczyli.
O tym, że zaskoczyć ich może też ten dziwak nie wspomniał. Odczekał jeszcze chwilę, a potem wyciągnął Liberty na zewnątrz pokoju. O planach Boven wiedział, ale co z Montrose i jej rodziną?
- Musimy się zastanowić co dalej. Wiem, że jest późno, ale to dobry czas bo twoja rodzina nie słucha. Co planujesz? Ja przestaję wierzyć, że Boven da radę ze szczepionką. Zwłaszcza, gdy wciąż mają tyle środków do szukania jej samej. Dzieciaki nie zniosą ciągłej ucieczki, zresztą nie mamy już gdzie uciekać. Ale ich nikt nie ściga.
Pozostawił tę kwestię niedopowiedzianą.
- Zaryzykowałabyś pozostawienie ich gdzieś tutaj? Mnie ciągnie na wybrzeże, próbować sprawdzić, czy ktokolwiek przeżył. Wielu ludzi ma radio, na krótki dystans powinno się udać skontaktować. A jeśli dorwiemy większą radiostację to i na długi. Tyle, że to skurwysyńsko niebezpieczne. Zacząć należałoby od lotnisk i placówek publicznych, tu lub dalej na południe.
Nie wspomniał o Marie, ale wiedział, że nie chce zostawić tej kobiety. Nawet jak nie wierzył, to jakaś iskierka zawsze się tliła głębiej w umyśle.
 
Widz jest offline  
Stary 24-09-2011, 15:13   #8
wiedźma
 
Eleanor's Avatar
 
Reputacja: 2553 Eleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputacjęEleanor ma wspaniałą reputację
Ucieczka... stała ucieczka... byle dalej... z miejsca na miejsce...
Czy tak miało wyglądać teraz życie? Czy była jeszcze jakaś szansa na normalność w świecie, w którym martwi już nie leżeli spokojnie w swych grobach, a żywi próbowali się nawzajem pozabijać z powodu jakichś bliżej niesprecyzowanych nieporozumień? Co stało się w motelu? Zaczęła sobie to pytanie zadawać dopiero po kilku minutach jazdy. Gdy budynek i jego otoczenie dawno rozmyły się w mrokach nocy. Potem pomyślała o czarnoskórym, rannym turyście, który został tam prawdopodobnie bez szansy na pomoc.
Zostawili go na pewną śmierć... chociaż może pomogą mu właściciele motelu? Było to marne usprawiedliwienie. Wiedziała o tym i przestała szukać usprawiedliwień. Od dwóch dni pozostawiała przecież kolejnych, niewinnych ludzi nieznanemu losowi, nie oglądając się za siebie...
Przed jej oczami przewinęli się kolejno Maggie Patterson od której pożyczyli łódź, ludzie biegnący w ich kierunku, gdy odbijali od brzegu rzeki i błagający o ratunek, ten staruszek ze stacji benzynowej po drodze, ludzie w rezerwacie Sauk-Suiattle, mieszkańcy Darrington... pracownicy w supermarketu...
Potem pojawiły się twarze martwych... pana MacGregora... jeszcze raz zobaczyła jak spogląda przez dziurę w jego czaszce na ostrzeliwującą ich łódź straży. Ponownie usłyszała przedśmiertne rzężenie jego wnuka, zobaczyła jak wygłodniały las rąk żywych trupów wyszarpuje z samochodu wrzeszczącego reportera, a potem dosłownie rozrywa go na strzępy... straszna śmierć nieśmiałego mechanika po raz pierwszy dotarła w pełni do jej przesłoniętej mgła świadomości.
Przycisnęła pięść do ust by powstrzymać krzyk, który narastał w niej niczym wielka kula śniegu tocząca się ze stromej góry. Nie mogła okazać słabości. Musiała być silna. Nie dla siebie, ale dla Dorothy, dla Nathana i swoich siostrzeńców.
Śmierć osaczała ich ze wszystkich stron. Czaiła się na nich gotowa zaatakować w chwili słabości.
Zwątpienie zabijało równie skutecznie jak kula.
Przetrwać mogli tylko najsilniejsi.
Musiała być silna nie dla siebie, ale dla tych których kochała ponad wszystko...
Odetchnęła głęboko.
W ciemnościach nikt nie zauważył chwili jej słabości. Płacz Ethiena był jedynym dźwiękiem rozrywający straszliwą przestrzeń ciężkiej ciszy, oplatającej myśli stłoczonych w wojskowym samochodzie osób.
Przez całą drogę do kolejnego motelu, nikt nie wypowiedział ani jednego słowa.

Głos Thomsona wytrącił ich z letargu w jakim nieświadomie trwali. Poruszyli się rozglądając po okolicy. Dotąd ciemność za oknami nie pozwalała niczego dojrzeć. Jedynie to, co światła samochodowych reflektorów wyrywały z jej zachłannej czerni. Teraz pojawiły się jakieś zabudowania, latarnie w potem wytarty szyld, który dawał nikłą nadzieję na chwilę spokoju i wypoczynku. Jedyny rozświetlony pokój wywołał mieszane uczucia.
Zombie nie potrzebowali światła... jak dotychczas jednak to żywi ludzie stanowili dla nich większe niebezpieczeństwo...
Zdecydowanie wolałaby nikogo już dziś nie spotykać.
Jej zmysły rejestrowały fakt, że David wysiada z samochodu i odbezpiecza broń. Ze zdziwieniem popatrzyła na swoją dłoń w której ściskała berettę. Musiała po nią sięgnąć do plecaka, ale nie pamiętała nawet kiedy... fakt że sięgała po broń instynktownie... zjeżył włoski na jej karku. Strach i przypływ adrenaliny zaczynały stawać się codziennością.
Gdy światła zgasły co do jednego mogli mieć pewność:
Ktokolwiek tam był i właśnie wychodził na zewnątrz z pewnością był żywy. Zombie nie przejmowały się takim drobiazgiem jak blask światła w którym można by je zobaczyć.

Nawet, kiedy w ślad za reporterem z samochodu wysiadła młoda biochemiczka, nie ruszyła się z miejsca. Czekała.
Wiedziała, że nikt z zewnątrz nie widzi tego co dzieje się w ciemnym wnętrzu samochodu, ani kto znajduje się w środku.
Słuchała dziwnej rozmowy i obserwowała mężczyznę. Jego strój nie wzbudzał zaufania... z drugiej strony w tych szalonych czasach... czy byłby jakiś strój, który wzbudzałby zaufanie? Mundury, które kiedyś dawały poczucie bezpieczeństwa, napawały dumą i szacunkiem, teraz niosły za sobą realne zagrożenie...
Popatrzyła na jego twarz... zmrużyła oczy. Miała wrażenie, że kiedyś, gdzieś w innym świecie, widziała już tę twarz. Była chyba jednak zbyt zmęczona, by zmusić umysł do odkurzenia pamięci, a może to była tylko jej wyobraźnia? Może po prostu kogoś jej przypominał?

Nie dane jej było długo się nad tym zastanawiać. Ciemność, która nagle zapadła nie pozwolił jej na dalsze wpatrywanie się w obcego człowieka. Nie było sensu dłużej siedzieć we wnętrzu humviee. Otworzyła drzwi i wysiadła na zewnątrz. Zaraz za nią wysunęła się Nathali kurczowo trzymając się jej swetra, a potem Nathan. Z drugiej strony wysiadła Dothy z Ethanem na rękach.
- W lewej kieszeni tamtego plecaka są latarki – Liberty skinęła na chłopca, który bez słowa wyciągnął przedmioty i podał jej jedną, a potem sam zapalił drugą. Oświetlając sobie drogę ruszyli do motelu i zaczęli przeglądać pokoje.
Znaleźli spory apartament z kuchnią i niewielką osobną sypialnią. Pomieszczenie było czyste i zadbane, a przy kominku ustawiono spory zapas drewna.
Dorothy ułożyła dzieci do snu w sypialni, a potem położyła razem z nimi, bo dziewczynka zaczęła płakać gdy chciała się oddalić. Byli zbyt zmęczeniu by odczuwać głód. Jednak Liberty doszła do wniosku, że pomysł by rozejrzeć się za czymś do jedzenia na kolejny posiłek jest bardzo rozsądny. Miała właśnie zapytać o to Thomsona gdy niespodziewanie wyciągnął ją na zewnątrz z pokoju.

Jego pytania obudziły wszystkie lęki i emocje, które kotłowały się w jej sercu i umyślę od dłuższego czasu.
Przez chwilę milczała, a potem odezwała się cichym głosem:
- Nie mogę ich zostawić jeśli nie będę miała pewności, że są w miarę bezpieczni. Choć pewnie sama i tak bym nie była w stanie ich obronić... jednak myśl, że ich zostawiam w potencjalnym zagrożeniu... chyba bym tego nie przeżyła... Gdybym miała pewność że są bezpieczni... to co innego. Nie możemy ich tym bardziej zostawić z sama Marią skoro jest ścigana...
Dotknęła jego rękawa i popatrzyła mu w oczy:
- A czy... czy potrafilibyśmy ją świadomie pozostawić zupełnie samą? Jak pana Greena? Nie pomyślałam wtedy o nim. Wszystko działo się tak szybko... ale zrobić to na zimno... przekalkulować i zostawić? Mam już dość zostawiania za sobą kolejnych ludzi. Zbyt wielu ich było...
Na chwilę zamknęła oczy i westchnęła. Potem popatrzyła na niego ponownie:
- Nasi rodzice... uciekli na łódź swoich przyjaciół i przebywają na środku zatoki Hutson... powinni tam być w miarę bezpieczni... jeśli nie dopadnie ich wirus... albo wojsko... - odetchnęła głęboko. – Mój... mój narzeczony jest Seattle... rozmawiałam z nim gdy komórki się odblokowały. Są w biurowcu jego firmy. Uwięzieni i okupowani przez zombie, ale chyba wolni od wirusa...
Popatrzyła na niego niepewnie:
- Tutaj niedaleko jest lotnisko... myślałam że może... będzie tam ktoś kto potrafi pilotować helikopter... a może pan potrafi? - Tym razem w jej oczach mógł zobaczyć nadzieję – Łatwiej byłoby chyba uciec... albo znaleźć bezpieczne miejsce... albo spróbować się dostać w jakieś inne miejsce i komuś pomóc...
Nie zauważyła że jej palce, kurczowo zaciśnięte na jego ręce, zbielały. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że może mu zadawać cierpienie.
 
Eleanor jest offline  
Stary 24-09-2011, 18:05   #9
 
Libertine's Avatar
 
Reputacja: 42 Libertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodzeLibertine jest na bardzo dobrej drodze
Był zdruzgotany, zmarznięty, zmęczony. Schodząc zboczem góry próbował ułożyć ostatnie wydarzenia w jakiś jasny, przejrzysty sposób. To wszystko wydawało mu się na tyle surrealistyczne, że robił kolejne kroki nie zgłębiając się nawet w fakt, czy zmierza w dobrą stronę. Otaczający go świat zmienił się, z uporządkowanego, pełnego nieruchomych zasad w kompletnie inny, mroczny, pozbawiony wszelkich moralnych ograniczeń. Kiedy stawiał kolejne kroki na coraz to mniej pionowej powierzchni czuł się jakby płynął pośród tych wszystkich drzew, które dostrzegał jedynie za pomocą niewielkiego światła latarki. Odczuwał już kiedyś takie uczucie. Podobne emocje towarzyszyły mu kiedyś przy zmianie miejsca zamieszkania, czuł się wtedy obco, dziwnie, jakby wszystkie te budynki, rzeczy nie znajdowały się na swoim starym, odwiecznym miejscu. Teraz dosięgały go podobne odczucia, jednak dużo potężniejsze, a szczególnie z każdą chwilą wzmagał się strach. Jakby krok po kroku powracał do prawdziwej, twardej i okrutnej rzeczywistości, w której był kompletnie sam. W tym momencie zdawał się nie przyjmować do siebie tych wszystkich faktów, jakby jego świadomość odrzucała gorzką i ciężką prawdę. Gdyby ktoś był go w stanie teraz dojrzeć, spostrzegłby wrak człowieka, ślepca, który mimo braku laski kroczy przed siebie. Czuł się dokładnie tak samo, nie miał już żadnego celu, nie miał nawet poszlaki, po której mógłby do takiego dążyć.

Z zamyślenia wyrwało go twarde podłoże pod stopą. Stał właśnie na poboczu asfaltowej drogi. Spojrzał w lewo, potem w prawo, jednak nie miał bladego pojęcia, która ścieżką winien kroczyć. Przed oczyma błysnęło mu wspomnienie.

***

I rozpoczęli. Podanie do Hellingtona, rozbiega defensywę, mija dwóch tygrysów pięknym zwodem, przerzuca na drugie skrzyło. Wspaniała pozycja dla lwów, co zrobi Williams. Na drodze do punktów stoi mu tylko jeden obrońca, a na podanie wysuwa się Hellington. Czy zdobędą punkty? Poda, kiwnie? Ach! Mają go, zaszarżowany, lwy powstrzymane. Skuteczna defensywa Willshere’a. Koniec czasu.

- Charlie! Chodź tutaj.

Rozpłakany chłopiec, który mógł przed chwilą zdobyć punkty potrzebne do zwycięstwa podbiegł do niego.

-Słuchaj synku. W życiu mężczyzny najważniejsze jest podejmowanie męskich decyzji. I nieważne czy są one dobre czy złe, najistotniejsze, żebyś podejmował je szybko!

Uśmiechnął się, potargał chłopca po włosach, potem wcisnął mu na głowę kask i klepnął w plecy.

- A teraz pokaż im, co potrafią prawdziwe lwy!

***

Uśmiechnął się przez grymas i przez napływające do oczu łzy, po czym skręcił w prawo. Szedł jakieś pięć minut krawędzią drogi zaciskając zęby i powstrzymując łzy. Wydawało mu się, że w niekończącej się ciemności słyszy jakieś dźwięki, głosy, wszystko to coraz intensywniej nękało jego umysł. Chwilę później kroczył już z wyjętą naładowaną bronią, potem postanowił biec truchtem, a gdy już brakowało mu sił i twierdził, że dookoła czai się stado zarażonych, zobaczył ślady opon prowadzące w gąszcz. Tam musiał stać jego samochód. Przedarł się przez gęstwinę by odetchnąć z wielką ulgą i dojrzeć, co prawda porysowaną, brudną i podniszczoną karoserie swojego samochodu. Nigdy się nie spodziewał, że ucieszy go jego bryka w takim stanie. Sięgnął do kieszeni, nie miał kluczyków. Wszedł przez otwarte drzwi i usiadł na siedzeniu kierowcy. Kanapa z tyłu wyglądała jakbyś ktoś tam zrobił porządną rzeźnie. Na szczęście zostawił wcześniej kluczyki w stacyjce. Odpalił silnik uradowany i od razu włączył maksymalne ogrzewanie. Schodząc ze wzgórza zabrał ze sobą suchą kurtkę z naszywką Umbrelli, jednak z powodu mokrej podkoszulki nie dała mu wiele ciepła. Teraz wreszcie mógł poczuć jak do jego przemarzniętych kości docierają jakieś bodźce. Wcisnął sprzęgło, wrzucił wsteczny, wycofał. Potem pojechał przed siebie, nie wiedząc, w która stronę, po co ani dlaczego. Miał jednak wielką nadzieję w tym koszmarze spotkać jakiś ludzi. Pokonywanie zakrętów z jedynie działającym prawym reflektorem po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło tworzyło strasznie psychodeliczną atmosferę. Mimo to czuł się o dziwo bezpiecznie, bowiem ten samochód był ostatnim znanym mu miejscem, które brało udział w tworzeniu tego horroru. Z jego odtwarzacza poleciał specyficzny kawałek, dzięki, któremu kompletnie rozpłynął się w drodze przed sobą.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=DKbPUzhWeeI[/MEDIA]
 
Libertine jest offline  
Stary 02-10-2011, 22:01   #10
Szara Eminencja
 
Sekal's Avatar
 
Reputacja: 3266 Sekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputacjęSekal ma wspaniałą reputację
Czwartek, 27 październik 2016. 02:14 czasu lokalnego.
Okolice Winthrop, gdzieś w górach stanu Waszyngton.



MONTROSE, THOMSON, JILEK

Decyzje, jakiekolwiek by nie były, wciąż mogły być podjęte dopiero rankiem, kiedy to otępiałe umysły otrzymają trochę odpoczynku po kolejnym paskudnym dniu. Marie Boven nie słyszała rozmowy toczonej poza pokojem, ale nie musiała być geniuszem, aby wiedzieć czego mogła dotyczyć. Gdy ją skończyli, obdarzyła ich bardzo niepewnym spojrzeniem.
- Wiem, że przebywanie ze mną jest niebezpieczne. Chciałabym coś na to poradzić, ale nie mogę. Uważam też, że nie ma sensu, abym teraz zatrzymywała się w jakimś konkretnym miejscu, nie gdy wciąż są tak aktywni w ściganiu mnie. Dopiero, gdy... trochę bardziej ucichną będę mogła zaryzykować jakieś laboratorium. Inaczej wszystkie przygotowania pójdą na marne. Jeśli znalazł mnie Jilek, nie wiem czy przypadkowo czy nie, to oni wciąż także są w stanie to zrobić. Do tego czasu muszę się poruszać i uciekać. Zrozumiem, jeśli nie chcecie się narażać z mojego powodu.
Było to jawne "chciałabym z wami zostać, ale to musi być wasza decyzja, bo ja nie odpowiem za złe rzeczy które z tego wynikną". Czy coś w tym stylu. Ale ona także była częścią decyzji, które musieli podjąć.
Ustalili warty, po niedługim czasie już tylko jedno z nich nie spało.
No i jeszcze może Jilek, do którego sen nie przychodził już za często, a już na pewno nie przychodził szybko. Zamknięty w innym motelowym pokoju słyszał tylko bardzo ciche szmery, które były ich rozmowami, zagłuszanymi na dodatek przez trzaskające w kominku drwa.
Robiło się coraz zimniej i coraz mniej przyjemnie. Warta Thomsona minęła, zaczęła się półtoragodzinna zmiana Montrose.
Nawet Jacquelyn usnął.
Wydawało się, że świat na zewnątrz uspokoił się trochę. Że cisza zapowiada spokój.
Nic bardziej mylnego.


JORGENSTEN, GREEN, CARTER

Taksówka łatwo dała się przesunąć, lekko stuknięta zderzakiem wojskowego wozu. Mieli trochę szczęścia, bowiem zaraz za mostem był zakład "Winthrop Motors", który oprócz ustawionych tam kilku starych wozów miał także chyba jeszcze starszy dystrybutor, który wciąż miał pompę ręczną. Zamknięte to było na cztery spusty, ale przestrzelenie zamka w drzwiach nie stanowiło najmniejszego problemu. Wszystkie domy były tu drewniane, w starym stylu, nie wyglądając na solidne. Inna sprawa, że znalezienie wszystkiego, w tym także kilku kanistrów i kluczy do dystrybutora, zajęło im kilka dłuższych chwil. Mieli tu na szczęście także ropę, która nie została jeszcze rozkradziona przez takich ludzi, jakimi byli oni sami.
Był jeszcze jeden problem. O ile napełnienie baku nie stanowiło problemu, to już pojemność wozu takim się stawała. Humvee w wojskowej wersji miał całkiem spory bagażnik, tyle, że był już w dużęj mierze zapakowany. Udało im się wcisnąć jeszcze pięć dwudziestopięcio litrowych kanistrów i było to wszystko, bowiem nie mogli wieźć ich na kolanach w zapchanym samochodzie. Mogliby wyrzucić część wyposażenia, ale jeśli chcieli zaszyć się gdzieś w górach, to mogłoby okazać się niezbyt rozsądne.
A najzabawniejsze w tym wszystkim było to, że wszystko to robili tuż obok komisariatu policji, ciemnego tak, jak reszta miasteczka. Tylko raz mieli wrażenie, że dostrzegli jakieś poruszenie, ale okolica pozostała cicha i nikt najwyraźniej nie zamierzał im przeszkadzać.

Żaden z Carterów nie kojarzył jednakże ani apteki, ani weterynarza. Rzecz jasna znali dokładnie te, które były w Twisp, gdzie znajdowało się nawet całe centrum weterynaryjne, ale tutaj, w Winthrop, najwyraźniej nie było nic konkretnego. Nie zauważyli po drodze żadnych szyldów, jedynie w niewielkim centrum handlowym czy tutejszych sklepach mieli coś takiego, jak leki na przeziębienie i przeciwbólowe odpowiedniki paracetamolu. Wiele z nich miało oznaczenia Umbrelli, ale ich prawdziwa skuteczność była dość wątpliwa, zwłaszcza przy sprawach poważniejszych niż katar. Na ból przeciwko poważnym ranom pomagały tyle co nic. Jorg ani jednak myślał cofać się aż do miasteczka na południu, kierując samochód na północ, na drogę oznaczoną jako E Chewuch Road, prowadzącą według mapy całkiem głęboko w tutejsze góry.

Winthrop oraz jego okolice, znajdowały się w sporej dolinie, na płaskowyżu, który kończył się kilka kilometrów na północ. Szosa, którą jechali, była wąska i kręta, ale na początku ciężko było się w ogóle zorientować, że są otoczeni górami, które sięgały trzech tysięcy metrów i wyżej, chociaż obecnie znajdowali się na wysokości około siedmiuset metrów. Droga na północ prowadziła w górę, tyle wywnioskować mogli. Czerń nocy i uciążliwy deszcz niweczył inne plany sensownego rozpoznania i musieli polegać wyłącznie na mapach oraz drogowskazach.
Wyjechali spomiędzy zabudowań bardzo szybko, teraz mijając pola i znajdujące się tu i ówdzie farmy, do których prowadziły boczne dróżki. Po jakimś czasie także one się skończyły i już myśleli o tym, gdzie dokładniej się skierować, gdy oślepił ich ustawiony na drodze reflektor, a raczej halogen. Jorg zaklął i dał po hamulcach, jeszcze kilkadziesiąt metrów przed ustawionymi w poprzek drogi pojazdach. Mimo światła dostrzegli, że były chyba dwa, w tym przynajmniej jeden wojskowy. Według mapy zaraz za nimi znajdować się miał most, a potem droga na której się znajdowali powoli odbijała także na wschód. Oświetlili ich, ale długie światła Humvee na pewno także i im utrudniały rozpoznanie.
- Tu armia Stanów Zjednoczonych Ameryki. Drogi są zamknięte dla wszystkich bez upoważnienia rządowego. Zawróćcie. Jeśli tego nie zrobicie, mamy upoważnienie do otwarcia ognia.
Najwyraźniej nie zorientowali się jeszcze, że wóz, który się przed nimi zatrzymał, także jest wojskowy. Światło kierowali jednak dokładnie, oślepiając i dzięki temu uniemożliwiając stwierdzenie, kto tak naprawdę blokował tę drogę.


WILLIAMS

Jechał powoli, uważnie wybierając drogę. Nie był złym kierowcą, ale to były góry, a najwyraźniej łapał lekki mróz i jego samochodem zarzucało na każdym zakręcie. Na dodatek widoczność była prawie zerowa, nawet po wjechaniu pomiędzy pierwsze zabudowania Twisp. Całkowicie czarnego, wyglądającego wręcz na wymarłe miasta. Na ulicy nie było żywej duszy, nie paliły się żadne światła - ani latarnie, ani te w domu. Nie wypatrzył nawet płomienia świeczki, bo łatwo było się domyślić, że to prąd padł. Nic.
Aż do czasu, jak dojechał do dwudziestki, głównej drogi prowadzącej tu z północy i kierującej się dalej na wschód. Muzyka pozwoliła zagłuszyć myśli, ale zagłuszyła także samochody, które nagle pojawiły się od południa, oślepiając go swoimi reflektorami. Migali, krzyczeli, wreszcie jakiś ciężki pojazd nawet zajechał mu drogę. Było tego pięć wozów, wszystkie z ludźmi. Jeden z nich, trzymając w rękach coś wyglądającego na uzi zapukał w szybę, szczerząc zęby.
- Daj se siana koleś. dalej drogi zablokowane, z wojskiem nie będziemy się strzelać. Jeszcze nie ochujeliśmy.
Zarechotał, a gdy Robert przyjrzał mu się trochę lepiej, dojrzał, że podkrążone oczy wyglądają na zapite lub odurzone jakimiś narkotykami.
- Zapal se skręta i jedź z nami. Zabawimy się w Winthrop a potem w stronę Kanady. Nic tu po nas, wszystkich popierdoliło!
Rzucił mu skręta, chyba z maryśką i odszedł. Terenówka wciąż blokowała przejazd, jakiś koleś celował też do niego ze strzelby. Zanim zdążył cokolwiek postanowić, na siedzenie wpakował się jakiś śmierdzący farmer z wielką dubeltówką.
- No nie mazgaj się, dawaj! Co tu tak cuchnie?
Było na szczęście ciemno. Nie zauważyli krwi na tylnym siedzeniu, nie przyjrzeli się jego kurtce. Mógł się teraz zastanawiać, czy warto było ją zakładać. Umbrella to Umbrella, w końcu każdy wiedział, że robili też taki syf jak ten wirus.

Williams błyskawicznie doszedł do wniosku, że nie ma obecnie możliwości na negocjacje czy pryśnięcie. Całą kawalkadę prowadził ten, który z nim rozmawiał. Musiał być tutejszy, bo mimo pogody jechał szybko, niebezpiecznie pokonując zakręty - i gdyby nie znał ich od bardzo dawna, nie miałby szans. Pozostali mogli kierować się za nim, więc było znacznie łatwiej, ale to wciąż była szaleńcza jazda. Osiemdziesiąt kilometrów na godzinę było prędkością średnią po tej górskiej, krętej i śliskiej drodze i można było wyczekiwać nieszczęścia. Zanim dojechali do Winthrop, jeden z samochodów, Robert nawet nie zauważył jaki, wypadł na jednym z ostrzejszych zakrętów, dachując i zatrzymując się gdzieś na drzewach. Nikt nawet nie zwolnił, więc i on tego nie zrobił. Farmer obok niego tylko zaśmiał się, wspominając coś o nieudacznikach. Nie tylko ten pierwszy był naćpany.
Pasażer kazał mu jechać za pickupem, więc zignorował fakt, że pozostałe wozy rozjechały się na boki, gdy dotarli wreszcie do miasteczka. Przewodnik jechał dalej, przejeżdżając przez most, na którym leżała na dachu jakaś taksówka, zepchnięta teraz na bok. Był także prawie pewien, że prawie rozjechał martwego dzieciaka, leżącego na ziemi. Nie zdążył się nad tym zastanowić, gdy zjechali w lewo, na boczną drogę. Wcześniej było oznaczenie jakiegoś motelu, ale nie zapamiętał jego nazwy. Kilka czarnych budynków, tak jak wszystko wokół. Zatrzymali się i wysiedli.

ŁUP!

Gdzieś za nimi pojawił się błysk a potem mała łuna, ledwo widoczna we wciąż padającym deszczu. Ktoś z pozostałych rozwalił coś w mieście, farmer nawet na to nie mrugnął. Z pickupa wylazł ten facet z uzi, a także drugi, niższy i bardziej "nabity", wyciągając za włosy jakąś dziewczynę. Noc rozświetlały tylko światła reflektorów i latarka trzymana przez jednego z facetów.
- Lubiłem to miejsce, gospodarz ma niezłą rodzinkę. A i laseczki się zatrzymywały. To koniec Winthrop, mam zamiar się zabawić, więc jak tu nie będzie nic ciekawego to się będziemy wracać.
Zarechotał, a dziewczyna krzyknęła, przez co dostała po twarzy. Farmer popchnął Williamsa do przodu.
- No rusz się. Jak się dobrze sprawisz, to też się zabawisz.
Chyba już wiedział, po co go wzięli. W końcu miejscowi też mogli mieć broń, a lepiej było, gdy odstrzelą tylko pierwszego wchodzącego. Czyli jego.


MONTROSE, THOMSON, JILEK

ŁUP!

Głuchy wybuch od strony miasta dobudził wszystkich, którzy jeszcze nie spali po pojawieniu się dwóch samochodów, podjeżdżających pod budynki motelu. Tylko dwójka najmłodszych wciąż spała. Ogień szybko został zgaszony, przyciąganie uwagi było ostatnim, czego pragnęli. Niestety ci, którzy przyjechali, mieli całkiem inne zamiary. Ci, którzy wysadzili coś w mieście najwyraźniej także. Nie było policji, anarchia była tylko kwestią czasu.
Była ich piątka i niezbyt się kryli. Czterech mężczyzn i kobieta. Trzech uzbrojonych - strzelba, krótki pistolet maszynowy i rewolwer w ręku ostatniego. Dziewczyna wrzasnęła, ale szybko została uciszona. Olbrzym ze strzelbą pchnął do przodu jedynego nieuzbrojonego faceta, który najwyraźniej także nie przebywał tu zgodnie ze swoją wolą.
Nie zauważyli ognia, nie widzieli także jeszcze schowanego na tyłach Humvee. Byli nachlanymi albo naćpanymi facetami, którzy chcieli się zabawić. Do cholery, słyszeli nawet ich słowa!
- Lubiłem to miejsce, gospodarz ma niezłą rodzinkę. A i laseczki się zatrzymywały. To koniec Winthrop, mam zamiar się zabawić, więc jak tu nie będzie nic ciekawego to się będziemy wracać.
To najwyraźniej mówił ten z czymś, co wyglądało na karabinek uzi, rechocząc przy tym wesoło.
- No rusz się. Jak się dobrze sprawisz, to też się zabawisz.
To z kolei głos olbrzyma. Pchnął jeszcze raz kierowcę drugiego samochodu. Podłazili od przodu, zupełnie nie dbając o pozostanie niezauważonymi. Ostatni z nich, ten przysadzisty z rewolwerem, pociągnął za sobą dziewczynę, zataczając się lekko.
 
Sekal jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 12:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166