Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-05-2016, 00:11   #1
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
[Monster of the week]Powstańcy Warszawy [18+]

Widok za oknem był równie nieciekawy jak to, co się działo w klasie. Kiedy w Polsce były normalne zimy, zamiast czteromiesięcznego listopada? “Zimne dziady listopady”, jak to przez bite piętnaście minut komentowała Kryśka na ostatniej imprezie. Zawsze, jak sobie popaliła więcej, to ją brało na Grabaża. Zioło potrafi z każdego wydobyć wewnętrznego gimbusa.

Magister Zasadzki dalej biadolił nad ostatnimi formal letters, zwracał uwagę po raz tysięczny na użyte potoczyzmy i skróty. Z kilku prac wynotował sobie szczególnie złe sformułowania i tym swoim za bardzo przejętym, niewytrenowanym głosem zaklinał niemalże, by uczniowie się lepiej przygotowali do kolejnego writingu, który zrobi na kolejnej lekcji. Rozdał handouty ze wszystkim, co formalne, a może się trafić na maturze.

Zasadzki był jeszcze młodym facetem, ten rocznik był pierwszym, który prowadził od początku pierwszej klasy do matury, więc od wyników sporo zależało, jeśli chodzi o jego dalszą karierę, o ile oczywiście pracę w szkole można nazwać jakąkolwiek karierą. A może mu tak zwyczajnie, po ludzku, zależało? Dzisiaj jego głos jednak był jak rzępolenie źle nastrojonych skrzypiec, wwiercał się w mózg pragnący tylko przehibernować do lepszych czasów. Żeby jeszcze bliźniacy zechcieli odwalić coś, co by zakłóciło ciszę tego grobowca. Mogłyby się jełopy bardziej postarać…

Sala była niewielka. Sprawiała wrażenie jeszcze mniejszej, bo ściany zarzucono wręcz dużą ilością typowych dla sali językowej pomocy dydaktycznych, z sali historycznej wzięto też mapę Wysp Brytyjskich. Klasa była długa na tyle, by zmieściły się trzy rzędy obdrapanych ławek, ale już nie na tyle szeroka, by zrobić między nimi normalne odstępy, więc wszyscy siedzieli ściśnięci. Jedynym wyznacznikiem Lebensraumu były miejsca przy oknach, więc oczywiście Anka wywalczyła sobie miejsce przy oknie.

Niewielka brunetka bardzo nie lubiła ciasnoty tej sali. Miała wrażenie, że ściany już za chwilę zaczną się zbliżać i zgniatać wszystkich w niej razem ze sprzętami na płaski placuszek. Zazwyczaj zajęcia Zasadzkiego stanowiły przejemny sposób na odwrócenie uwagi od wyimagnowanych ruchomych ścian budynku szkolnego. Ale nie dzisiaj. Anka zamarzyła o papierosie i schowała ziewnięcie w dłoni. Wcisnęła się między oparcie krzesła a parapet okna i podparła czoło dłonią niby to udając, że notuje zawzięcie. Czuła, że oczy jej się zaczynają kleić i za chwilę zapadnie w drzemkę. Poranne wstawanie nie było jej mocną stroną a zajęcia zaczynające się o ósmej rano były jawnym działaniem dyrektorki Wodnickiej przeciwko Czernik. Anka brała tą kwestię niezwykle osobiście.

Gdzieś w świecie poza magistrem Zasadzkim i formal letters głośno zawarczał silnik samochodu. Kryśka jakby od niechcenia zanotowała na kartce służącej za przedpotopowy chat: “Pojechali już?”.

Anka wyrwana z lekkiego pół-sennego marazmu przez szturchnięcie Kryśki rzuciła okiem na ich komunikator.

Założyła pasmo włosów za ucho udając zainteresowanie marudzeniem nauczyciela i wyglądnęła przez okno. Przed szkołą dalej stał zaparkowany radiowóz. “Nie” - odpisała przyjaciółce - “Wciąż stoją”.

Nie skończyli zatem przesłuchiwać w sprawie samobójstwa Damiana. Damian chodził do tej szkoły raptem od początku roku szkolnego, przeniósł się z “Sieraka”, czyli Liceum z Oddziałami Dwujęzycznymi imienia Zygmunta Sierakowskiego, jednej z najlepszych szkół w mieście. “Sierak” to była wylęgarnia bucowstwa, a kto nie był bucem, stawał się ofiarą buców. Damian był za porządny na tę szkołę, więc przeszedł bardzo ciężkie dwa lata, zanim postanowił uciec. Skoczył w ubiegłym tygodniu z mostu kolejowego przy Cytadeli. Ciało wyłowili dwa dni później.

W szkole huczało od plotek. Że zostawił list pożegnalny, że na jego ciele znaleziono ślady pobicia i podduszania, że w jego płucach nie było wody, czyli, że nie żył w momencie upadku w nurt Wisły.

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich wicedyrektorka, przerywając monolog Zasadzkiego. Poprosiła anglistę, by poszedł z nią. Chwilowa wolność.

-Ej, chodźcie go wyciągniemy… to ostatnie zajęcia dzisiaj. Może da się namówić na skrócenie i spacerek? - rzuciła hasło ekipie przytłumionym szeptem - Ostatnio się udało, może numer przejdzie raz jeszcze? Nie wytrzymam jego przynudzania przez następne 25 minut - dodała sprawdzając godzinę na komórce. Przy okazji sprawdziła też smski, Facebooka i wiadomości z ostatniej chwili. Liczyła na jakiś wywrotowy numer bliźniaków, ale ci akurat dzisiaj postanowili być wyjątkowo grzeczni.

- Czernik, ty naprawdę postradałaś zmysły - mruknęła Kryśka ziewając zaraźliwie. - W taką pogodę wychodzić.

- Kryśka… Ty nie zamierzasz skakać z mostu, co? - spytała z nosem w komórce i jak można było przewidzieć również ziewając okropnie. - No lepsze to niż słuchanie jego marudzenia chyba nie? - próbowała się uśmiechnąć.

- Skakać z mostu? Do tego ścieku? - Kryśka wzdrygnęła się z odrazą. Spojrzała na Ankę trochę przytomniej… Ale tylko trochę. - To beznadziejny rodzaj śmierci. Beznadziejny. Jak już to chyba bym sobie żyły podcięła - zamyśliła się na chwilę. - Zajebiste pytanie, swoją drogą.

- Które? - próbowała uściślić Anka - O rodzaj śmierci, które sama zadajesz - dała dziewczynie lekkiego kuksańca - czy moje o skakanie z mostu. - po czym nagle spoważniała - Myślisz, że on faktycznie sam skoczył? Czy że go zabito? - uniosła pytająco jedną brew.*

- Ostatnio z “Jezusem” było o samobójstwach - ożywiła się Kryśka. “Jezusem” nazywali szkolnego katechetę, który bardziej przypominał hipisa niż inkwizytora, prowadził lekcję siedząc po turecku na nauczycielskim biurku i w sumie to bardziej prowadził religioznawstwo niż katechizm. Nie żeby to było warte zostawania dwóch godzin w piątki. - I Damian się przejął mocno. Nie, nie sądzę, by miał się sam zabić.

- Przejął jak? - Anka nie przypominała sobie zajęć z tą tematyką - Nie wiedziałam, że znałaś go jakoś bliżej.

Wzruszyła ramionami.

- Moja siostra chodzi do klasy z jego siostrą, parę razy po nią przyszedł, gdy siedziały dłużej nad wywoływaniem duchów, czy czym tam zajmują się dwunastolatki - uśmiechnęła się złośliwie - A nie, zaraz, tym to my się zajmujemy… Zamiast pytać mnie to nie możesz zapytać jego? To mogłoby być ciekawe - chyba ostatecznie się rozbudziła, co można było stwierdzić po kolejnym zwrocie w rozmowie. - No, przejął się. “Jezus” stwierdził, że jednak katolik nie powinien się zabijać. Damian myślał, że już Kościół dozwala, że jak ktoś się zabija, to jest to zawieszenie wolnej woli czy jakoś tak. Czyli, że grzechu nie ma - zamyśliła się znowu. - Kurde, dużo z tego czarnego bełkotu zapamiętałam. Tak jakby to się miało do czegoś przydać.

- No to przejął się tak, że jednak by mógł się zabić. Skoro uznawał, że samobójstwo zawiesza wolną wolę. - Anka zastanawiała się na głos - A w kwestii ducha… hm… może - odpowiedziała zdawkowo, zastanawiając się, czy miejsce na moście będzie dostępne czy tez może odgrodzone dla ruchu.

- Ten “Jezus” to gadał z Damianem po zajęciach?

-Na lekcji na pewno, czy po lekcjach to nie wiem… Czernik, ty nie za dużo ode mnie wymagasz? Chodzę na tę cholerną religię, bo mam być chrzestną kuzynki i muszę zbierać podpisy do tego pieprzonego dzienniczka na bierzmowanie, ale nie będę zostawać po lekcjach, by sprawdzać z kim gada “Jezus”. Tej szopki zostały mi raptem dwa miesiące. Dwa miesiące - powtórzyła. - Jakoś to przeżyję chyba…

- Moja droga, KTOŚ - stwierdziła z ironicznym naciskiem - musi od Ciebie czegoś wymagać, skoro sama tego nie robisz - Anka naśladowała gderliwy ton matki Kryśki, wykrzywiając się nieco i lekko zezując. - A na poważnie… to myślałam, że zauważyłaś coś po prostu, marudo.

- Sorry, to twoja działka. Następnym razem jak ktoś będzie się dopytywał, za co trafi do piekła, będę uważała bardziej - przewróciła oczami.

Drzwi do sali otworzyły się, wrócił Zasadzki.

-Ania Czernik - zwrócił się, bardzo przejęty. - Jesteś proszona do gabinetu pani dyrektor.
Wszyscy skierowali wzrok na Ankę. Wiedzieli, że policjanci prowadzący śledztwo urzędują u Wodnickiej.
 

Ostatnio edytowane przez Cooperator : 17-05-2016 o 00:39.
Cooperator jest offline  
Stary 16-05-2016, 19:57   #2
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 23729 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
Brunetka westchnęła głośno.
- Znowu? - mruknęła do Kryśki - Ratunku…
Wstała niechętnie, zabierając swój plecak. Liczyła, że wizyta u Wodnickiej się przeciągnie i nie będzie musiała wracać już do klasy. Poczłapała do drzwi, wciąż w duchu marząc o papierosie i zastanawiając się o co będą pytać policjanci.
Zastanawiała się też co stało się z Danielem i jego duchem.
Korytarz szkoły był wymarły. Mijając zamknięte drzwi sal lekcyjnych słychać było przytłumione dźwięki, ale stanowiły część jakby innego, obcego świata. Tylko jeden dźwięk, nienaturalnie głośny, odpowiadał odgłosowi butów na drewnianej, skrzypiącej klepce po której szła Ania. Było to cykanie zegara, który stał przy sekretariacie, w przepastnym holu.

Gmach liceum Powstańców pamiętał jeszcze czasy carskie, służył wtedy za szpital, prywatna fundacja arystokratów. Na szkołę powszechną zmieniono go dopiero pod koniec międzywojnia, by Niemcy przystosowali go ponownie do przyjmowania rannych z Frontu Wschodniego w 1943. Dlatego przetrwał Powstanie i wyburzanie Warszawy. Był to stary budynek, który w swych ścianach widział wiele bólu i cierpienia. Ciekawe, czy ten zegar był równie stary? Czy zawsze tak głośno cykał? To było piętro niżej…
Zawsze, ilekroć przechodziła koło niego w głowie jej rozbrzmiewała aria Skołuby ze Strasznego Dworu.
I za każdym razem miała ochotę zażyć tabaki…za każdym razem obiecywała też w duchu opowiedzieć o zegarze dziadkowi Gienkowi.

Lekko zeszła po schodach. Odgłos jej kroków niósł się echem po klatce schodowej, jak gdyby nie tylko jedna osoba szła, ale cała grupa… Wyobraźnia potrafiła spłatać niejednego figla w tych starych murach.
Anka obejrzała się dwa-trzy razy przez ramię. Z nawyku, bo przecież nie ze strachu, pff! W końcu była w tej szkole od jakiegoś czasu już… Odepchnęła od siebie zmyślone wizje i ruszyła dalej.
Kiedy doszła do holu na parterze, właśnie dochodziło w pół do drugiej. To był jeden z tych zegarów, który co kwadrans przypominał o swoim istnieniu głośnym biciem. Otworzyła drzwi opatrzone napisem “Sekretariat”.

Dyrektor Wodnicka została zdetronizowana, musiała siedzieć przy biurku w sekretariacie. Za otwartymi drzwiami do jej gabinetu siedziało dwoje policjantów w mundurach oraz starszy mężczyzna w cywilnym ubraniu. To właśnie cywil przykuwał największą uwagę. Przechadzał się swobodnie, niespiesznie po gabinecie. Zapalił papierosa, nie przejmując się zupełnie pełnymi potępienia spojrzeniami sekretarki.

- Se potem wywietrzycie - mruknął. Kiedy Anka weszła do sekretariatu, zmierzył ją uważnym, chłodnym spojrzeniem. - Usiądź. Papierosa? - zaproponował dziewczynie. Zanim dziewczyna zdążyła zareagować wcięła się Wodnicka.
- Chyba nie proponuje pan uczennicy papierosa w moim gabinecie?! - zapytała oburzona dyrektorka. - To placówka oświaty! Tu nie można palić!
- Chyba właśnie zaproponowałem.
- odparł obojętnie starszy mężczyzna, zamykając drzwi gabinetu, czym nieco zapunktował u nastolatki. Skierował wzrok na Ankę. - Nazywam się Kosecki, to jest nadkomisarz Wierzejska i starszy aspirant Wasik. Jak się nazywasz? Ile masz lat? W której jesteś klasie? Znałaś Damiana?

Na biurku leżało kilkanaście przedmiotów w woreczkach strunowych. Uwagę Anki przyciągnęły przede wszystkim telefon, zegarek na rękę i przemoczony notatnik. Prawdopodobnie należały do Damiana. Bliżej policjantki rozłożono kilkanaście zdjęć. Chyba pochodziły z autopsji, tłem było posiniałe, wzdęte ciało. Na fotografiach przedstawiono jak gdyby wypalone ślady po palcach i chyba pazurach.

- A jaki jest pana stopień? - spytała z niewinnym uśmiechem nastolatki (swoją drogą zastanawiała się jak długo jeszcze będzie mogła go wykorzystywać) i sięgnęła po oferowanego jej parę sekund wcześniej papierosa. Zupełnie nie zwróciła uwagi na pytania Koseckiego. Za to spojrzenie uciekło jej do zdjęcia ze śladami po palcach i ...pazurach na odętym ciele. Dłoń dziewczyny zamarła na chwilę. Zamiast usiąść i grzecznie odpowiadać na pytania sięgnęła po właśnie to zdjęcie.
-Przed weryfikacją miałem stopień majora - odparł Kosecki, zupełnie niezrażony zachowaniem Anki. Usłużnie włączył zapalniczkę, zapalił papierosa dziewczynie i sobie kolejnego.- Widziałaś takie pazurki wcześniej? - kontynuował. - Przeżyłaś jakąś rodzinną tragedię?
Anka w końcu zaciągnęła się długo oczekiwaną fajką. Przez unoszący się dym tytoniowy spojrzała to na majora to na zdjęcie to na pozostałą dwójkę.
- Nie i nie. - odpowiedziała koncentrując się by sięgnąć ku myślom Koseckiego i nie mając zamiaru opowiadać się mu ze swoich rodzinnych tragedii bądź ich braku.

Cytat:
Sięgając do myśli Koseckiego nagle znalazła się w innym pomieszczeniu. Pokój ten, obdrapany i brudny, nie miał żadnych okien. Jedynym źródłem światła była żółta, niemal pomarańczowa żarówka zwisająca z sufitu, jakieś półtora metra wyżej. W pokoju stał stół, do stołu przykuto kajdankami dziewczynę mniej więcej w wieku Anki. Trzy stołki i kaloryfer stanowiły resztę wyposażenia pokoju. Po kiepsko dobranym, niemodnym ubraniu przykutej poznała, że musiało być to stare wspomnienie. Dziewczyna miała podbite oko, była blada i ręce jej drżały, patrzyła jednak hardo dwóm mężczyznom, którzy byli z nią w pokoju. Jednym z nich był ubrany w garnitur Kosecki, młodszy o jakieś 30 lat. Anka była w jego wspomnieniu, więc zapewne w rzeczywistości nie wyglądał równie dobrze - przeszłość zawsze wspominamy lepszą niż była. Drugiego mężczyznę można było nazwać tylko drabem, miał na sobie tylko bawełnianą podkoszulkę - żonobijkę, kontrastującą z mundurowymi spodniami.
- Natka, nie wygłupiaj się - Kosecki uśmiechnął się uprzejmie do przesłuchiwanej dziewczyny. - Łyżeczki se kurwa powyginasz, będziesz nie patrząc od koleżanki ściągać na maturze, zmienisz se siłą woli kolor włosów, ja mam to w dupie. Możesz sobie być takim dziwadłem, jakim sobie kurwa wymarzysz. Ja chcę tylko adresu. Powiesz mi adres i już sobie wyjdziesz razem ze swoim chłoptasiem. No, Natka?

Dziewczyna dalej patrzyła na niego hardo. Nieoczekiwanie tak mocno dostała w twarz od drugiego draba, że prawię przewróciła stół. Łapiąc spazmatycznie powietrze, zagryzła wargi tak mocno, by nie krzyknąć, że poleciała stróżka krwi. Patrzyła na Koseckiego wzrokiem rozwścieczonego bazyliszka. Major uśmiechał się dalej.
- Twarda jesteś dziewucha. Do Virtuti Militari cię przedstawię. Breżniew dostał to i ty dostaniesz. Ale może twojemu chłoptasiowi pała zmięknie, co? Przemyka kojarzysz? Też wierszyki pisał - chuchnął jej w twarz papierosowym dymem. - Jego matka przynajmniej mogła potem go zidentyfikować i pochować. Szczęściara - wystudiowanym, powolnym ruchem zaczął gasić zapalonego papierosa o jej policzek.
Identycznym ruchem zgasił papierosa o otwarty futerał na pióro wieczne na biurku Wodnickiej.

- Smakuje papierosek? - spytał przyjaźnie.
Wtedy zdała sobie sprawę, że rzeczywiście, coś z tym papierosem jest nie tak. Najpierw myślała, że to kwestia jakiegoś innego tytoniu, ale ten gorzki posmak… Naszprycował go czymś?
- Ujdzie, to jakaś własna recepturą na tytoniową mieszankę? - odparła równie przyjaźnie starając się otrząsnąć po walnięciu wizją z przeszłości. - A wracając do pytań to Damiana nie znałam. Tyle o ile z widzenia, ze szkoły. Podobno się zabił, ale te zdjęcia raczej świadczą o czymś innym? - spojrzała na starszego mężczyznę. - Jakaś broń? Wygląda jak Wolverine…

- Widzisz, lalka? - Kosecki roześmiał się do nadkomisarz, która najeżyła się wyraźnie. - Nawet licealistka widzi, że to ślady po czymś. Według naszych kochanych służb, moja droga, to są wybroczyny. Położył się nagi na torach, alergiczna reakcja na jakieś świństwo, potem się ubrał i skoczył z mostu. Fajnie, nie?

Przyglądając się zdjęciom, Anka zwróciła uwagę jeszcze na jeden szczegół - coś, co wyglądało na piasek. Przyjrzała się przedmiotom leżącym w woreczkach strunowych na biurku dyrektorki. Tam też coś takiego było. To chyba siarka. A jeśli siarka, to pewnie były to jakieś demony. Nie żeby to było specjalnie odkrywcze…
- Wolałabym, komisarzu Kosecki - Wierzejska z pewnym naciskiem zaakcentowała stopień po weryfikacji - żebyś nie dzielił się z przesłuchiwaną teoriami, by nas zdyskredytować - zwróciła się do Anki. - Czekamy na wyniki pewnych badań, by potwierdzić źródło tych obrażeń. Nie są to pierwsze takie zjawiska, jakie widzimy. Sporo obrażeń może rozbudzić wyobraźnię i kojarzyć się z dosyć… - szukała słowa - spektakularnymi wyjaśnieniami.
Kosecki parsknął śmiechem.
- Wyszczekane, uładzone, a gówno wie tak naprawdę - mruknął. - Ale chyba nie usłyszałem twojego imienia, dziewczyno.

Anka obserwowała scenkę odgrywającą się przed jej oczami, zastanawiając się jak bardzo Wierzejska nie znosi Koseckiego i dlaczego ta dwójka została wrzucona do jednego wora.
- Anka…- mruknęła zawieszając dłoń z dziwnym papierosem w powietrzu.
- Aniu, zatem tak, wracając do twojego pytania… Tak, to jest dosyć szczególny papieros. Na początku myślałem, żeby dorzucić tam opium, przynajmniej byłby to najczystszy towar, jaki w życiu brałaś, w przeciwieństwie od tego gówna z trocinami i Dosią, które wciskają wam na boiskach. Nie takie rzeczy robiłem, by pobudzić mózgownice do działania - uśmiechnął się promiennie, wyłamując sobie palce, aż trzasnęły niepokojąco.- Ale nie tym razem. Widzisz, to jest jeden z papierosów Damiana. Podobno przedmioty należące do zmarłego potrafią zbudować więź, a co dopiero, jeśli je sobie wdmuchasz w płuca… Poczekamy chwilę i zobaczymy, co nam będziesz potrafiła powiedzieć.
- Komisarzu, użył pan dowodów w sprawie, by wesprzeć swoją nawiedzoną teorię? -
Wierzejska już nawet nie była zła, po prostu patrzyła na Koseckiego jak na wariata. - Kim w ogóle jest ta dziewczyna i po co tu przyszła?
- A to też jest ciekawe. Aniu, czemu przyszłaś do tego gabinetu?
- Na wezwanie zastępcy dyrektorki.
- wzruszyła ramionami brunetka - Przerwała zajęcia angielskiego i kazała mi się stawić tutaj. I nie bardzo rozumiem, o co chodzi z budowaniem więzi ze zmarłym? Co to za jakieś wampiro-emo-gotyckie wymysły? - wydęła usta spoglądając tym razem na Wierzejską, a potem na fajka. - Mam to oddać?
- Tak
- powiedziała kategorycznie Wierzejska, wyciągając rękę.
- Nie - powiedział w tym samym czasie Kosecki, stając tak, by zagrodzić sobą wyjście z gabinetu. Czernik pokręciła głową jakby naśladowała grę ping-ponga i w końcu oddała fajka policjantce. Kosecki parsknął znowu, kręcąc głową.
- Widzi pani, nadkomisarz Wierzejska? - syknął. - Jaka sprytna dziewczynka? Ona o niczym nie wie, nic nie widzi. Was by nabrała.
- Kończmy już tę farsę…

Dziewczyna zaczęła się podnosić, gdy upierdliwiec znowu zaczął swoją przemowę:
- Za chwilę. Bo widzisz, Aniu, nikt po ciebie nie przychodził, nikt nie przerywał zajęć, by cię tu wypuścić - uśmiechnął się złośliwie. - Trochę pomajstrowałem przy waszym zegarze. Działa to jak rodzaj przywołania wszystkiego, co jest parapsychicznie aktywne i na tyle nieopierzone, by się nie zorientować, że to blaga. Przyjrzyj się zatem tym przedmiotom. Czujesz coś? Możesz coś o nich powiedzieć?
Anka zakładała właśnie ramiona na piersi i otwierała usta by odpowiedzieć mu co myśli o jego pułapce gdy zaczął dzwonić telefon, znajdujący się w jednym ze strunowych woreczków. Telefon Damiana. Wibrował i dzwonił głównym motywem “Piratów z Karaibów”. Nie byłoby to może takie dziwne, gdyby nie to, że bateria telefonu leżała w woreczku obok.
- A to jak wyjaśnicie? - spytała patrząc kolejno na zebranych w gabinecie. - Kolejna sztuczka? I co to za dziwne śledztwo? - rzuciła wzrokiem na Wierzejską - Grozi coś komuś? Grozi coś mnie? Domagam się wyjaśnień, skoro nie jestem ani podejrzaną ani świadkiem?
Zacięte usta, lekki rumieniec wypływający na policzki i szyję były świadectwem narastającej irytacji policjantki. Czernik w zasadzie sama nie była pewna czemu nie chce pomóc akurat tej trójce - może przez wspominki Koseckiego? - i czemu rosnące rozdrażnienie nadkomisarz sprawiło jej lekką frajdę. Policjantka podniosła się również ze swojego miejsca i ruszyła w kierunku drzwi. Ewidentnie natarczywa obrona “rozbrykanej nastolatki” działała jak w większości wypadków - irytacją, ciężką.
- Na razie tylko rozmawiamy, nic więcej - rzuciła Wierzejska, siląc się na spokój. - Twój kolega z klasy zginął. Jeśli to nie samobójstwo, to musimy się czegoś dowiedzieć, mieć jakiś punkt zaczepienia. Wparowałaś do tego gabinetu bez zaproszenia, a teraz zachowujesz się tak, jak byśmy cię tutaj trzymali siłą.
- Pan Kosecki sam właśnie przyznał, że mnie tutaj ściągnął w jakiś dziwny i podejrzany sposób. Mam całą grupę uczniów jako świadków, że nauczyciel mnie wywołał do odwiedzin gabinetu tutaj.
- Zdziwisz się, co ci powiedzą
- mruknął Kosecki.
- I raz kolejny pan Kosecki stoi zastawiając drzwi. Jakby pani to wszystko odczytała? Zaproszenie do królowej angielskiej na herbatkę? Czy może trójka funkcjonariuszy nadużywających władzy w liceum i oferujących opium nastolatce bez opiekuna prawnego?
- Dziewczyno, nikt ci tu nie podał żadnej substancji psychoaktywnej, nikt cię tu nie zaprosił i nikt nie przekroczył swoich uprawnień
- warknęła Wierzejska. Telefon dzwonił i wibrował przez cały czas, ale chyba nikt poza Anką tego nie dostrzegał. - Kiedyś cię jakiś nadgorliwiec potraktuje zgodnie z uprawnieniami policji, posiedzisz sobie dwa-cztery i przestaniesz być tak roszczeniowa.
Anka w czasie wypowiedzi przybrała minę znudzonej dziewczynki, która chętniej sprawdziłaby swój telefon niż stała tutaj. Wiedziała z doświadczenia, że martwota i bezdenny brak zainteresowania okazywany, gdy ktoś się piekli, działa najczęściej jak płachta na byka. Kątem oka próbowała dostrzec numer przychodzący połączenia.
- Kosecki, możemy kończyć tę farsę? - zwróciła się do starszego mężczyzny. Usłużnie przesunął się kilka kroków. - Jakbyś coś sobie przypomniała to jest tu moja wizytówka - niechętnie dodała nadkomisarz.
- Ja, jeśli będzie trzeba, sam cię znajdę
- mrugnął okiem Kosecki.
Anka wróciła do poprzednio zajmowanego miejsca po swój plecak. Z tej pozycji sprawdziła raz jeszcze numer na telefonie. Zmiana pozycji ułatwiła sprawę. Anka grzebała się przez chwilę podnosząc kilka razy ramię plecaka powtarzając w myślach wyświetlony numer. Gdy była pewna, że nie pomiesza cyfr, zarzuciła plecak na ramię i opuściła gabinet, po drodze zgarniając wizytówkę policjantki.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda! Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda...
corax jest offline  
Stary 22-05-2016, 01:41   #3
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
Przed gabinetem Wodnickiej Ania zobaczyła czekających na nią Kryśkę i bliźniaków. Chłopaki miały na twarzach złośliwe uśmiechy, ale przyjaciółka wyglądała na zaniepokojoną. Anka za to miała niezbyt miłe przeczucie, że głupia zapowiedź Koseckiego zaraz się sprawdzi. Podeszła do trójki.

- No, musimy ci pogratulować stylu - rzucił Witek na powitanie. - Zasadzkiego trochę szlag trafił. Wiesz, różne rzeczy już chłopak zobaczył, różne kity mu wciskano, ale żeby po prostu spakować się i wyjść w środku lekcji…

- “Spierdalamy z tej cwelowni? No chodź, zrobimy to…” - jego brat zaśpiewał fałszywie na melodię “Ulepimy dziś bałwana” z “Frozena”. Cover wywołał cichy śmiech u Czernik.

- Ale spoko, wszystko wyjaśniliśmy. Powiedzieliśmy, że cię opętało - mówił dalej lekko Witek.

- No serio?! - fuknęła oburzonym tonem spoglądając na chłopaka - Nie mogłeś powiedzieć, że mam zapalenie pęcherza czy coś?

- Dodaliśmy, że jak cię coś opętuje, to masz siłę piętnastu chłopa, a nas kręci, jak dziewczyny nami miotają po ścianach. To chyba i jego kręci, bo nas wtedy puścił.

- Zaraz ja wami miotnę - warknęła Kryśka. Zwróciła się do Anki. - Powiedziałam Zasadzkiemu, że czekałaś na ważny telefon z domu, że coś ze zdrowiem dziadków, kupił to. Coś mu naściemniasz jeszcze i będzie spoko. Czernik, wszystko gra?

- Ok, dzięki. Nie wiem… był tam jeden taki sadysta, dosłownie mówiąc, co wywołał we mnie ból plomm… - urwała.

Zasadzki widocznie stracił serce do prowadzenia lekcji, bo w holu na dziesięć minut przed dzwonkiem pojawiła się reszta grupy. Zanim przeszli do szatni, rzucili w kierunku Anki znaczące spojrzenia. Jeden z chłopaków puścił z telefonu motyw główny “Z Archiwum X”, co grupka dziewczyn uznała za bardzo zabawne.

Anka pociągnęła Kryśkę za sobą, chcąc wydostać się z budynku szkoły. Bliźniaki radośnie rycząc wypadły za dziewczynami.
- Słuchaj… Damian się nie zabił. Coś go dopadło. - mówiła cichutko wystukując po drodze numer zapamiętany z gabinetu Wodnickiej. - Ten sadysta dużo wie o takich rzeczach i bardzo chciał … - przyłożyła telefon do ucha, otwierając bramę szkoły. Wsłuchiwała się w dźwięk połączenia ze zmarszczonymi brwiami.

Biip, biip, biip, biip.. Dźwięk był zupełnie czysty, podobnie jak każdy inny, który rejestrował umysł Anki. Przejeżdżający samochód. Szelest foliowej siatki w śmietniku przy wejściu. Skrzypnięcie zamykanych drzwi wejściowych do szkoły. Każdy krok i oddech towarzyszących jej ludzi. Wszystkie te odgłosy rejestrowała z całkowitą uwagą, jakby były niesłychanie istotne.

Wreszcie po drugiej stronie ktoś odebrał.

- Dobrze, że nie odebrałaś w szkole - powiedział cichy głos w którym rozpoznała Damiana. - Wpuściłabyś ich do środka.

Prawdziwy telefon z zaświatów.

Ance zrobiło się naraz zimno. Zadygotała stojąc jedynie w swetrze. Nie była do końca pewna, czy chłód jaki ją przeniknął miał więcej wspólnego z niską temperaturą czy wywołany był wrażeniem rozmowy z Damianem.

- Do środka czego? Gdzie jesteś? Co się stało? - zacisnęła mocniej dłoń na aparacie, czując, że zaczyna szczękać zębami. Drżącą dłonią wyszperała fajka i nie przejmując się bliskością szkoły zapaliła, zaciągając się mocno.

- Nie mam dużo czasu - głos w słuchawce rzeczywiście jakby przyspieszył, przez co kolejne zdanie przypominało raczej przewinięcie taśmy w słuchawce niż ludzki odgłos. - Myślałem, że oni są tylko w “Sieraku” - głos znowu wrócił do normy - ale przeszli za mną - nastała chwila ciszy w słuchawce, znowu pojawiły się różne trzaski. - Powinniście być bezpieczni, jak długo nie weźmiecie moich rzeczy. Cokolwiek znajdziesz w mojej szafce to spal. Moja siostra… Ona chyba też jest w niebezpieczeństwie - głos przeszedł w zupełną obojętność. - Ale na to raczej nic nie poradzisz.
- Kim są oni? - dopytywała się dziewczyna Damiana - Przejść dokąd? Mogę do Ciebie dzownić czy sam mnie będziesz szukać? - wiedziała jak iracjonalnie to brzmi ale cóż… wolała się upewnić.

- A rozpoznasz, jeśli to będę ja, czy oni, jeśli się będą pode mnie podszywać? - w głosie Damiana słychać było coś na kształt wisielczego rozbawienia. - Podejmiesz to ryzyko? Jeśli tak… to możemy spróbować, póki tu jestem. Nie wiem, jak długo tu będę. Oni nawiedzają “Sieraka”... Z życia tych, co giną, dają sukcesy reszcie… Tym, którzy pójdą na współpracę.

- Dobra, zróbmy tak. Idę sprawdzić szafkę, a Ty mi powiedz, gdzie byłeś szczęśliwy. Spróbuję odnaleźć to miejsce. Powinno nam wtedy pójść najłatwiej? - zaproponowała Anka.

- Szczęśliwy? - z każdym kolejnym słowem głos Damiana tracił na jakimkolwiek zabarwieniu emocjonalnym, słowa następowały po sobie jak z syntetyzatora mowy. - Dostałem stypendium dwa lata temu. Fundacja “Dobra Nowina”. Duże pieniądze. Wtedy czułem. Szczęście. Ale im lepiej, tym gorzej. Nie idź tam. Tam się coś czai, teraz to widzę. Nie zabiło mnie, ale znieczuliło. Ale dom miałem dobry. Może coś zostało. Pod warstwą smutku.

- Odwiedzę rodziców… - rzuciła Anka całkiem trzęsąc się z zimna. - Jakiś kod do szafki mi dasz?

- To będzie znak dla was - rozległ się w słuchawce zupełnie inny głos niż Damiana, parodiujący tonem czytania w kościele. - Znajdziecie szafkę otwartą.

Telefon Anki rozładował się.
Czernik zaklęła paskudnie pod nosem.
Pędem wpadła do budynku szkoły rozcierając ramiona byleby szybciej się rozgrzać. Zbiegła do szatni by złapać zapomnianą kurtkę i szalik.

U "Powstańców" szatnia wyglądała w ten sposób, że para uczniów miała swoją szafkę do której musieli kupić własną kłódkę. Oczywiście, malowanie i mazanie po ławkach było surowo zakazane, więc, równie oczywiście, większość szafek pomalowano na pstrokate kolory i opatrzono różnymi napisami. Szafki często zmieniały właścicieli - przeważnie w wyniku zawierania i zakończenia poważnych, licealnych związków - było ich też więcej niż uczniów, zatem nie trzymano się ściśle, że jakiś rząd szafek należał do konkretnej klasy. Wszyscy byli porozrzucani wszędzie.

Kryśka i Anka miały zatem szafkę w rzędzie oddalonym od reszty klasy, bliźniacy byli daleko, tuż pod pomieszczeniem dawnej kotłowni, gdzie razem z gościem od PO i sprzątaczkami łamali nagminnie zakaz palenia tytoniu na terenie placówki oświaty. Swoją szafkę usprawniły na początku pierwszej klasy, przyklejając po wewnętrznej stronie lustro. Niestety, super glue był super tylko do klejenia palców, więc w trzeciej klasie lustro było w paru miejscach popękane. Widząc, jak Anka konspiracyjnie rozgląda się po korytarzu, Kryśka z westchnieniem zapytała:

-Nie zamierzasz mnie wprowadzić, co?

- Wprowadzić w co? - nie zrozumiała Czernik - Przecież mówiłam Ci co w kwestii D. Muszę sprawdzić jego szafkę. Gdyby Cię przypadkiem przesłuchiwano jutro, nie zabieraj żadnej z jego rzeczy. To super, uber ważne. - Anka zamotała długi czarny szalik wokół szyi, zasłaniając dolną część twarzy, tylko po to by natychmiast go poluzować. - Przypilnuj czy nikt nie idzie, ok? - ruszyła wzdłuż szafek w poszukiwaniu tej otwartej.

Szafka rzeczywiście była otwarta, ale dlatego, że współużytkownik szafki, Marcin, akurat wyciągał z niej mnóstwo książek. Nie był sam. Obok niego stała Aśka, chyba najmniej lubiana przez Ankę osoba w klasie.

Zanim Anka wycofała się, usłyszała jeszcze pytanie Aśki:
-Jak ci poszło?

-Apolińsko - odpowiedział Marcin, a chłód w jego głosie mógłby odwrócić tendencję topnienia lodowców na biegunach.

Z kolei Kryśka zapytała:
-Niby jak mam odwrócić jej uwagę?

-Zapytaj czy by się nie umowiła z Witkiem? - uśmiechnęła się Anka. - Albo spytaj gdzie kupiła te zajebiaszcze kozaczki, bo szukasz podobnych. No przecież szukałaś ostatnio jakichś butów… - udała poważną minę.

-Przy Marcinie o Witka jej nie spytam, chyba by się na mnie rzuciła - mruknęła Kryśka.

Marcin przez właściwie całe liceum chodził z najlepszą przyjaciółką Aśki, Andżeliką. Andżelika jednak wyjechała na stypendium do Wielkiej Brytanii i pierwsze, co zrobiła, to znalazła tam sobie nowego faceta, o czym Marcin dowiedział się z Facebooka. Nie trzeba było umiejętności czytania w myślach, by odczuć, jak bardzo chłopaka to zabolało. Aśka z kolei należała do tego typu osób, które żyją tylko po to, by być słabszą stroną w relacji z kimś obdarzonym silną osobowością. Całe życie poświęcają najlepszej przyjaciółce, choć traktowani są często per noga i stają się ofiarą niewybrednych żartów. Andżelika należała do tego typu dziewczyn, które w stosunku do innych przedstawicielek płci pięknej odznaczają się złośliwością aż do granic perfidii i okrucieństwa, za to wobec chłopaków zachowują się super. Aśka była jej nieudolną kopią, więc o ile Andżelika zachowywała się jak wyrafinowana socjopatka, o tyle Aśka była zwykłą zołzą. W każdym razie, skoro Andżelika opuściła posterunek, Aśka uznała się spadkobierczynią dziedzictwa, w tym i Marcina.

Dziewczyny ruszyły z powrotem wgłąb szatni. Najpierw słyszały tylko szczebiot Aśki, przerywany czymś, czym mogły być tylko mrukliwe odpowiedzi Marcina. Gdy podeszły naprawdę blisko, usłyszały łomot o podłogę wielu ciężkich rzeczy.

-Ooo, pomogę ci! - zaoferowała się Aśka.

- Poradzę sobie, dzięki - mruknął Marcin, solidnie rozeźlony. - Przynajmniej chociaż raz Platon dotknął ziemi…

-Będziesz jutro na próbie? - szczebiotała dalej Aśka. Kryśka już zbierała się, by wyjść zza węgła, by coś rzucić, kiedy dziewczyna dodała: - Może przemyślisz zmianę partnerki, co?

Na próbach do studniówki to Anka była partnerką Marcina. Kryśka spojrzała na Czernik wyczekująco, bezgłośnie pytając, czy nie odwlec chwili wejścia, by podsłuchać dalszej rozmowy.
Anka pokiwała głową zaciskając lekko usta. Aśka zaczynała zbierać coraz więcej i więcej minusów w jej notatkach.

Nadstawiła uszu ciekawa odpowiedzi.

-Chyba nie widzę lepszych kandydatek - mruknął Marcin.

-Masz dziwne poczucie humoru - rzuciła mu niefrasobliwie, ale w jej tonie dało się słyszeć nutę urazy.

-No daj spokój - wybuchnęła po chwili. - Co ty będziesz robić z tym dziwadłem? Lewitować nad parkietem? Dzisiaj sobie po prostu wyszła w połowie lekcji, bo ją coś podobno wołało. To wariatka.

Zapadła chwila ciszy. W końcu rozległ się głośny trzask zamykanych drzwiczek.

- Skończyłaś już? - warknął Marcin. - Jeśli chodzi o robienie dziwnych rzeczy na parkiecie to może chcesz się podzielić doświadczeniem? To tobie udało się zostać obrzyganą przez partnera na balu gimnazjalnym. Nawet jest pasująca scena w "Pogromcach Duchów" - zakpił.

- Jesteś śmieszny - wycedziła. Rozległy się szybkie, odchodzące kroki. Drzwiczki szafki zostały znowu otwarte, widocznie Marcin czegoś zapomniał. Skrzypnięcie nieoliwionych od nowości drzwiczek stłumiły przekleństwo, które niewątpliwie mu się wyrwało.

Anka wyjrzała zza rogu oceniając sytuację. Machnęła tylko do Kryśki, uśmiechając się przepraszająco i sygnalizując, by przyjaciółka zaczekała chwilę na nią. Kryśka spojrzała na nią wymownie i westchnęła teatralnie. Anka ruszyła do chlopaka. Nie wiedziała, czemu stawał w jej obronie. A może jedynie stawał w obronie samego siebie?

-Hej, Marcin. - zaczęła dość nieśmiało - Masz chwilkę? Możemy porozmawiać?- spojrzała na niego pytająco.

Marcin w pierwszej chwili wyglądał na zmieszanego,pewnie zastanawiając się ile Anka usłyszała z poprzedniej rozmowy. Spojrzał też na zegarek. Po czym uśmiechnął się i odparł:

-Jasne.

Gdy Czernik zobaczyła Marcina z Aśką,ten miał jeszcze na sobie kurtkę. Teraz zobaczyła,że ubrany był w garnitur. Mgliście sobie przypomniała,że Marcin brał udział w jakiejś olimpiadzie.

-Jak olimpiada? - spytała udając, że nie słyszała nic - I jak przemyślenia z dzisiejszej wizyty policji w szkole? Dziwne uczucie, nie? - spojrzała na chłopaka spod ciemnej grzywki sięgając ku jego myślom.

-Była policja w szkole? - Marcin wybałuszył oczy. - Po co?

Cytat:
W przeciwieństwie do Koseckiego, myśli Marcina były bardziej pogmatwane, przez chwilę ciężko było choćby wyśledzić główny wątek. Wracał myślami do dzisiejszego egzaminu, rozmowy kwalifkującej do wielkiego finału. Po chwili jednak skupił się na rozmowie z Anką, po głowie chodziły mu pytania o to, czemu właściwie była jeszcze w szkole, skoro było po lekcjach i o co chodziło z tą policją? Czy było to związane z rzeczami, które znalazł w szafce, którą dzielił z Damianem?
-Wypytywali o Damiana. Znaleźli jego rzeczy, pokazywali zdjęcia z autopsji. Szukają czy popełnił samobójstwo. Potrzebują informacji, więc zaczęli od szkoły. Jeden z nich to niezły gagatek. - Ania obserwowała Marcina bawiąc się bezmyślnie zapalniczką - Mówił dziwne rzeczy.
Jest tutaj jeszcze? - Marcin wyraźnie się ożywił. - Ten policjant? Jest w szafce kilka rzeczy, które… no, dziwne są.
-Mogę rzucić okiem? Ten policjant… Marcin… - dziewczyna urwała na chwilę szacując chłopaka wzrokiem uważnie - ...Mogę?

- Mieszasz się w takie rzeczy, bo lubisz, czy co? - Marcin się zmieszał wyraźnie i odwrócił w kierunku szafki. Odłożył na ziemię torbę z książkami.

Drzwiczki skrzypnęły niepokojąco. Wyciągnął leżącą na dnie szafki czarną reklamówkę i uchylił tak, by Anka zobaczyła zawartość. Na pierwszy rzut oka, wyglądało to na jakieś dragi. W woreczkach strunowych znajdowały się różnobarwne proszki. Ale czy Damian byłby tak głupi, by przechowywać narkotyki w miejscu do którego właściwie każdy miał dostęp? Przecież te zawiasy można było rozkręcić nawet nie śrubokrętem, a skuwką długopisu…
- Hmmm - mruknęła brunetka sięgając do reklamówki i wygrzebując po kolei torebeczki - Nie lubię, po prostu ...serio chcesz wiedzieć? - zatrzymała się w pół gestu - Czy chcesz mieć pewność, że nie zadajesz się z wariatką? - uśmiechnęła się lekko.

Marcin skrzywił się.

- Słyszałaś wszystko? Świetnie. Nie rozgłaszaj tylko z tym balem gimnazjalnym, dobra? Nie chcę wojny. Chcę tę budę skończyć i iść dalej… - westchnął. - Ale chcę wiedzieć. Nie przyjaźniłaś się z Damianem, raczej tania sensacja tobą nie kieruje… Więc co? To trzeba oddać, niech się zajmą tym odpowiedni ludzie. Chyba, że coś więcej o tym wiesz? - rzucił wymowne spojrzenie na reklamówkę. - Może to dla Kryśki? Ona lubi takie rzeczy…

-Nieeee, nie dla Kryśki - Anka zmarszczyła zabawnie nos - A chcę dowiedzieć się w jakie gówno władował się Damian, ochronić ludzi ze szkoły i jego rodzinę. - spojrzała buńczucznie na Marcina spodziewając się kpin i wybuchu śmiechu - A tym się zajmę...zaufasz mi?

Wbrew oczekiwaniom Anki, Marcin przyjął jej oświadczenie z pełną powagą. No, może w oczach można było zauważyć wesołe błyski i lekko drgnęły mu kąciki ust.

-Jasne. Tego tutaj nigdy nie było - podał jej całą reklamówkę. - Zmieniając temat, choć w sumie nie do końca. Jutro mam ten finał olimpiady. Odbywa się on w “Sieraku”, co samo w sobie jest dziwne, biorąc pod uwagę okoliczności… Ale to prywatna inicjatywa, ta olimpiada, więc może nie aż tak - podrapał się po brodzie, zamyślony. - W każdym razie, mogę zabrać kilka osób na finał, Wodnicka musi dać zwolnienie, tak jest w regulaminie. Byłoby miło, gdyby ktoś na finale ziewał i spał poza bucami z “Sieraka”, więc, skoro już prowadzisz śledztwo, to… - uśmiechnął się.

- Hmmm do tej pory nikt nie zaprosił mnie na randkę w stylu 100 pytań do… - starała się zachować pokerową minę.

-Ta, mogłem to inaczej rozegrać i uzależnić danie ci tej reklamówki od twojej zgody - jego uśmiech stał się bardziej złośliwy. - Jestem beznadziejnym szantażystą.

-Po prostu jesteś stworzony do innych celów. I nie jest tym taniec - Anka zacisnęła usta by się nie roześmiać. - O której ten finał?

-Zajmie w sumie cały dzień, dziewiąta - trzynasta. Wymyślili sobie formę publicznej dysputy filozoficznej. I będziemy mieli od nas “Jezusa” jako przyzwoitkę, on nadzoruje tę olimpiadę ze strony szkoły, więc jest jeszcze ryzyko nawrócenia. Ale ty chyba lubisz wyzwania. Nie tylko taneczne.

-Dla mnie za późno na nawrócenie - stwierdziła Czernik grobowym tonem steranej przez życie kobiety - Dobra, zobaczę czy uda mi się ogarnąć jakieś pompony i strój cheerleaderki - spojrzała po swoich czarno- czarnych ciuchach. Zabrała reklamówkę z rąk Marcina. - A co do wyzwań… Lubię takie, gdzie jestem pewna wygranej - błysnęła kpiąco zębami.

-Czasami dużo zależy od grania światłem - mruknął, chyba bardziej do siebie niż do Anki. Spojrzał na zegarek. - Dobra, skoro już podsłuchałaś moje rozmowy, przekonałaś do zatajenia potencjalnie nielegalnej substancji mogącej rozwiązać zagadkę śmierci kolegi z klasy i zagroziłaś przyjściem w stroju cheerleaderki, co podchodzi chyba pod groźby karalne, to pozwolisz, że dorwę “Jezusa” zanim pójdzie do domu. Muszę mu dzisiaj powiedzieć, kto ze mną idzie, by mógł wypisać przepustkę do wyjścia z tego ponurego lochu… Fajnie, że się dałaś przekonać - powiedział po chwili. Ze strasznym zgrzytem szafka zamknęła się znowu, przez chwilę siłował się z ciężką, żeliwną kłódką, absolutnie nie pasującą do niewielkiej szafki.

- Jasne. I dzięki razy dwa. Jutro opowiesz mi co jeszcze skrywasz w szafce.- Anka załadowała reklamówkę do plecaka i zapięła kurtkę. - Do zobaczenia jutro w takim razie.

Pomachała krótko na odchodnym i wróciła do Kryśki, zgarniając ją ku wyjściu.
 
__________________
"Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje"
Jan Kochanowski
Cooperator jest offline  
Stary 26-05-2016, 12:26   #4
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 23729 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
Mikołaj odebrał po czwartym telefonie, a głos miał zupełnie nieprzytomny. Zabalował i spał, Anka go obudziła. O 14tej. Siedział w mieszkaniu ciotki Julii. Julię od biedy można by było nazwać dziewczyną Mikołaja, gdyby dorosła do takiego pojmowania relacji damsko - męskich. Mało która chłopczyca trwała w swoim uporze wobec oczekiwań patriarchatu aż do klasy maturalnej, zwłaszcza, jeśli była atrakcyjna fizycznie (choć raczej byłaby - pod warunkiem przyswojenia sobie minimalnej wiedzy o ubiorze i makijażu), ale Julia dzielnie opierała się wszelkim wpływom. Spekulowano w szkole, co założy na studniówkę, bo nawet na uroczystości szkolne zakładała do białej koszuli czarne bojówki i glany. Była typem dobrego kumpla, potrafiła też przywalić i odpysknąć, a o jej mocnej głowie krążyły legendy, które chyba jednak niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. W każdym razie, od pewnego czasu wszędzie pojawiała się z Mikołajem, zaprosiła go na studniówkę, a skoro Mikołaj trzymał łapy z daleka od innych dziewczyn (przynajmniej na trzeźwo), to można to uznać za jakąś formę związku. Mieszkali teraz oboje u ciotki Julii, która będąc księgową rozszerzyła swoją działalność o Grecję i teraz więcej przebywała pod Salonikami niż w Warszawie. Póki nie sprzeda mieszkania (a słaba sytuacja na rynku nieruchomości ją od tego powstrzymywała), za opłatę czynszu i mediów pozwalała bratanicy tam mieszkać. Fajnie jest mieć takie ciotki.

Minusem mieszkania (łyżka dziegciu) było to, że znajdowało się na czwartym piętrze, a w budynku nie było windy. Julia lubiła stać oparta o balustradę schodów i wsłuchiwać się w coraz głośniejsze sapanie nadchodzących gości, by potem rzucać złośliwości pod adresem ich kondycji - ona sama oddawała się namiętnie różnym sportom, a głównie biegała. Ciekawe, czy przekona kogoś tak leniwego jak Mikołaj do jakiegokolwiek ruchu…

Tym razem jednak Ance oszczędzono złośliwości. Julia otworzyła drzwi po chwili, trzymając w rękach kota, który niechybnie postanowiłby wyzyskać możliwości poszerzenia horyzontów. Ubrana była w szary sportowy dres z zarzuconą na to czerwoną koszulę w czarną kratę. Długie włosy wydawały się nieuczesane, a tylko spięte gumką w długi warkocz. Z kuchni dochodziło głośne bulgotanie i zapach przypraw. Z pokoju brzdąkanie gitary.

- Coś mnie ominęło? - spytała Ankę. Rzeczywiście, tego dnia nie było jej w szkole. Im bliżej matury, tym zdarzało się to zresztą częściej.
- Nieeeee - Anka nabrała głębszego oddechu i pogłaskała kota po miękkim łebku - w zasadzie nic. A co? Pilnujesz lebiegi, że do budy nie wpadłaś?
- Po co go pilnować? W tym stanie jest niebezpieczny tylko dla siebie. W robocie byłam
- wzruszyła ramionami. - Animacja kulturowa, uczyłam przedszkolaki o dinozaurach.

Mikołaj leżał w barłogu z gitarą. Ubrany był chyba zresztą w to samo, co wczoraj, prześmierdnięty był zapachami tytoniu, alkoholu i potu, włosy przetłuszczone. Nie ogolił się dzisiaj na pewno. Spojrzenie miał mało przytomne, ale uśmiech taki jak zwykle.
- Stęskniłaś się za rodakami, siostrzyczko? - spytał po ukraińsku. W zależności od humoru ta jego “siostrzyczka” potrafiła mieć bardzo wiele znaczeń. - Ominął cię wczoraj całkiem niezły bal. Dobra załoga przyjechała do tego miasta. Kijów, Charków, Iwanofrankowsk, jakieś dierewnie- użył rusycyzmu - od Dniestru po Dniepr… Można było poczuć się jak w domu, dużo alkoholu od nas było, najlepszy możliwy kombinat - ceny ukraińskie, a portfel polski…
Anka machnęła dłonią z miną niezbyt ciekawą:
- Bratyku najmileńszy, później, później Cię okrzyczę, że mi o tym teraz mówisz. - odpowiedziała po ukraińsku na przechwałki Mikołaja i z uśmiechem poczochrała grzywę chłopaka - Pomocy mi trzeba.
Wyciągnęła reklamówkę Damiana i wygrzebała jeden woreczek:
- Wiesz co to może być bez otwierania? Na zioło nie wygląda, hmm? - spojrzała na zaflejonego gitarzystę.
- Mówiłem ci, ale nie chciałaś przyjść - a więc to był ten pijacki telefon bez ładu i składu wczoraj wieczorem.- Nie wiem co to - powiedział po chwili tytanicznego wysiłku skupienia wzroku na zawartości woreczka. - Ale jeżeli potrzebujesz ochotnika, by przetestować to na ludziach, to mogę się poświęcić… dla dobra ludzkości.
- Co tutaj macie?
- spytała Julia wchodząc do pokoju. Można było wyczuć chłód w jej głosie. Typowe konserwatywne skrzywienie - wóda może lać się strumieniami, wypal karton fajek - spoko, ale machnij kilkoma gramami dragów, a już włącza się tryb, że to niezdrowe, nielegalne i uzależniające. Po chwili jednak parsknęła. - O, to mu możesz dać do zajarania. Może mu język i zęby zafarbują - przez chwilę napawała się zdziwionymi spojrzeniami. - To przecież hematyt. Dziwny trochę ma kolor, może z czymś wymieszany. Mogę? - przyjrzała się bliżej. - Hm, nie powiem z czym to wymieszali, ale to zdecydowanie jakiś barwnik na bazie żelaza. Myślałam, że w końcu pogodziłaś się z losem i coś na poważnie zaczęłaś malować, to by mogło dać całkiem fajny kolor. Tylko ostrożnie trzeba używać, bo to praktycznie nie schodzi. Jak sobie ufajdasz paluchy to potem trzeba potraktować pumeksem i schodzi ze skórą. To co, Mykoła, chcesz mieć czerwono-czarne ząbki? - zakpiła.
Chłopak wyraźnie stracił zainteresowanie wypaleniem zawartości torebki.
- A skąd to wiesz, że hematyt? - zdziwiła się Czernik. Zaczęła wygrzebywać pozostałe torebki z reklamówki - To też hematyt? - wyciągnęła rękę ku Julii dociekając z ciekawością.
Julia znowu wzruszyła ramionami - w ogóle, był to jeden z przejawów jej nerwicy, często to robiła. Czasem, w połączeniu z zupełnym lekceważeniem na twarzy potrafiło to doprowadzić dorosłych do furii w ciągu kilku sekund. Sama zresztą to nazywała “przyspieszeniem do dwóch setek w sześć sekund”, oczywiście chodziło o ciśnienie.
Anka z resztą znała to z autopsji. Nie tak dawno sama zastosowała podobną metodę na policjantce.
- Jeśli jesteś pół wakacji w ciemnym lesie i poddają cię nieustannie proekologicznej propagandzie i na przykład nie możesz używać normalnych farb do barwienia materiałów, to potem ogarniasz ochry, hematyty i inne rozgniecione robale. Z rozpoznawania przypraw też jestem dobra - mruknęła. Potrząsnęła zawartością drugiego woreczka, otworzyła i powąchała. - To jest jakieś kadzidełko. To z kolei… - wzięła trzecią torebkę. Zawahała się. - To chyba jest dorzucane do olejków. Pachnie trochę lawendą i jaśminem, więc może być tam jeszcze wszystko, ale te wiórki - wyciągnęła jeden pokręcony malutki listek - to może być żeń-szeń. Jest dosyć charakterystyczny, no i te wszystkie Feng-shui się opierają na żeń-szeniu. Odpędza tygrysy, zmienia twojego faceta w cywilizowanego człowieka - tu rzuciła ciężkie spojrzenie na Mikołaja - wszystkie wegańskie burgery idą w cycki i w ogóle… - czwarta torebka, biały proszek też nie sprawiła jej problemu - to jest pokruszona kreda. Konsystencja trochę dziwna, ale jednak kreda. A to piąteeee - przedłużyła, przyglądając się zawartości torebki. Wzruszyła ramionami. - to nie wiem, co to jest. To może być jakiś drag.
Mikołaj znowu się zainteresował, po chwili przyglądania się zawartości torebki mruknął:
- To może być coś na kształt opium, albo inny halucyn. Ale nie jestem pewien… Julcia, może zadzwonisz do twojego Waltera White’a? Ona z pewnością to oceni i jeszcze ci rozpisze skład chemiczny…
- Jeszcze raz usłyszę od ciebie “Julcia” to cię zrzucę z wyra
- warknęła Julia. - I nie zadzwonię do niej. Nie ma opcji.
- Dlaczego? Przecież już wyszła z psychiatryka, nie?
- Bo tak powiedziałam
- spojrzała na niego gniewnie. - Ona jest już czysta, rozumiesz? Wypakowała się z tego gówna i ma nie mieć z tym nic wspólnego! Kurwa, twoi kumple sami sprzedawali jej dragi. Piętnastolatce.
Mikołaj uczynił obronny gest ręką.
- Ej, zejdź ze mnie. Nie wiedziałem, ile ona ma lat i ja nic jej nie sprzedałem. Nie diluję.
Niedilowanie Mikołaja nie wiązało się z żadnymi moralnymi przeszkodami, po prostu w przypadku wpadki by go deportowano na Ukrainę, więc jak ognia unikał pakowania się w podobne przedsięwzięcia.
- No tak, kurwa, ona rzeczywiście wygląda jakby była pełnoletnia, nie?
- Zejdź z nich. Mają dowody sprawdzać? Miała kasę, dostała towar.
- I na koncie ma teraz detoks, kradzieże, anoreksję i pół roku w psychiatryku
- Julię z każdym słowem ogarniała coraz większa furia. - Zniszczyliście ją.
- Żytja take. Jakby nie u nich kupiła to u kogo innego, i jeszcze by jej wjebali wybielacz z trocinami. Weź kurwa oprzytomnij, co? Mamy jak Jehowi każdej gówniarze opowiadać o dobrym Jezusie? Przecież ją normalnie kurwa bili w tym domu, nie? Sama to mówiłaś. Nic dziwnego, że chciała uciec.
- I w co kurwa uciekła? Ona sama zaczęła gotować kompot. Widziałeś ją w ogóle ostatnio? Widzisz jak wygląda?
- Za przeproszeniem, Jul… Julia, ale wiesz co przez ciebie przemawia?
- Mikołaj usiadł na łóżku, a z jego twarzy zniknęło zwyczajowe zblazowanie. - Pieprzona hipokryzja. Ile podobnych do niej gówniar widziałaś odkąd się ze mną szlajasz? Na Wiatraku, na Chmielnej, na Patelni? Każda z nich ma mamusię, tatusia, niektóre mają kotki i pieski, może niektóre też były harcereczkami i rozgniatały robale na barwniki. I co? Za każdą łezkę ronisz i mówisz, jak to mają zjebane życie? To w czym ona lepsza? - i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wrócił na jego twarz wyraz hedonistycznego kpiarstwa. - Ona potrafi w wieku piętnastu lat ugotować zajebisty kompot. Ty wiesz, jaka to góra hajsu? Ona se w życiu poradzi…
Brunetka nie wtrącała się w kłótnię kochanków, za to zapaliła papierosa próbując przeczekać nagłą burzę z piorunami.
- Ej… - wtrąciła się w końcu - … to jak nie ona to może ktoś inny? I nie muszę mieć składu chemicznego, wystarczy mi działanie pi razy drzwi. I nie… ty nie będziesz próbował, Mykoła. Twojej opinii eksperta zawierzę, ale kiedy indziej.
Przez dym papierosowy, spojrzała to na Julkę to na chłopaka.
Mikołaj uśmiechnął się wyrozumiale.
- Siostrzyczko, lekcja dla ciebie od pana profesora Mikołaja: ćpuny kłamią. Dilerzy tym bardziej. Nawet jakbyś mi powiedziała skąd to masz i czyje to, to bym latał po różnych zakręconych typach, wydałbym kupę hajsu, bo nic nie ma za darmo i po tym wszystkim nie byłoby żadnej gwarancji, że by dowiedzieć się, co tutaj masz. Bo że to nie jest zwykły drag, to widzę. Rozpoznałbym jak Julka he… he…, no ten szajs, co przyniosłaś.
- To trochę lipa
- Anka zmarkotniała i popatrzyła na woreczek z “czymś” jak na coś nie z tej ziemi - No dobra. To nie. - zawahała się - Co robisz dzisiaj wieczorem? - spojrzała na chłopaka.
- To i owo, trochę słabo z hajsem stoję, a ciut za zimno, by grać na zewnątrz… Ludziom się nie chce z kieszeni rąk wyjmować, by kopsnąć jakimś drobniakiem… Ta tutaj proponuje mi jakąś uczciwą robotę - wzdrygnął się - ale chyba poradzę sobie jeszcze jak zwykle… A co? Narobiłem ci smaka jak to zajebiście wczoraj było?
- Nie o to chodzi…
- zaczęła dziewczyna - Nie przeszedłbyś się ze mną w jedno miejsce? Potrzebuję męskiej ochrony… - uśmiechnęła się wydmuchując dymek.
Julia parsknęła śmiechem.
- Chyba takiej, że sama go znokautujesz i zostawisz, by dać sobie czas na ucieczkę - zakpiła.
Mikołaj spojrzał na nią wzrokiem urażonej męskiej dumy.
- O, no tak, Czarna Julia, postrach Ochoty, myśli, że tu prawdziwe slumsy, ta? Byś się na Bogdanówkę przeszła, na Narodną, byśmy inaczej pogadali.
Uśmiechnęła się słodko, bo przecież udało jej się go sprowokować. Westchnął.
- Ot, baby. No dobra, siostrzyczko, możemy się przejść.
- Zadzwonię i dam znać gdzie i kiedy się spotkamy. Tylko odbieraj telefon!
 
__________________
A God Damn Rat Pack
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda! Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda...
corax jest offline  
Stary 06-06-2016, 20:35   #5
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
-Pierworodnej córce moich rodziców to chwilę zajmie, więc lepiej wejdź na górę - rozległ się w domofonie głos Magdy, młodszej siostry Kryśki. Ładny, wyremontowany blok na Mokotowie przynajmniej miał windę. Drzwi otworzyła również Magda, uśmiechając się promiennie.

Magda z pewnością miała predyspozycje na wyrośnięcie na piękną kobietę, zresztą, miała rodzinne predyspozycje. W tej chwili jednak swoją cherubinową słodkość wykorzystywała z całą perfidią, jaką mogą tylko mieć dwunastoletnie dziewczynki. To jeszcze nie ta wystudiowana, grillowana szalejącymi hormonami interesowność i intryganctwo gimnazjalistek - to niczym nie sprowokowana, często bezmyślna złośliwość, radosne dowalanie ludziom tylko z tego powodu, że uzyskało się nad nimi jakąś przewagę. Kryśka nazywała swoją siostrę “metrem pięćdziesiąt czystego zła”.

-Kryśka myśli, że w drodze do Pauliny spotka gorącego Latynosa, więc nakładając wiadro make-upu próbuje z siebie wydobyć naturalne piękno - rzuciła na tyle głośno, że z pewnością pomimo lecącej z łazienki wody jej siostra wszystko słyszała. Aż strach było pomyśleć, co też Magda nagadywała chłopakom, których Kryśka sprowadzała do domu.

Usłyszała to również matka Kryśki i Magdy, która właśnie wyłoniła się z pokoju, obrzucając córkę karcącym spojrzeniem. Oputana jedwabnym szalem, poruszająca się z pewną pretensjonalnością, dość łatwo wchodziła w stereotyp artystki. Karcące spojrzenie zmieniło się tylko trochę, gdy przeniosła je z dwunastolatki na Ankę. Skinęła jej ledwo głową i przeszła do kuchni.

Magda przekrzywiła głowę, stanęła naprzeciwko Anki i wbiła w nią nieruchome, wręcz pożerające spojrzenie, które mogło wzbudzić niepokój. Gdy po chwili jej matka wyszła z kuchni z filiżanką herbaty, aż przystanęła, by spytać.

-Magda, jesteś w stanie powiedzieć mi, co robisz?

-Czekam, aż Ania zacznie mnie deprawować i wywierać na mnie zły wpływ, jak na Kryśkę - odpaliła bezczelnie Magda, uśmiechając się słodko. Trzeba przyznać, że matka miała niezłe nerwy - wyglądała jakby szlag ją trafił tylko przez kilka sekund. Anka przełknęła uśmieszek i pokazała uniesiony kciuk Magdzie, tak by jej starsza go nie widziała.
W martwej ciszy, która zapadła, matka Kryśki odchrząknęła i zaczęła:

-To może napijesz się… - w tej samej chwili z łazienki wypadła Kryśka (należała do tych dziewczyn, które przygotowując się do wyjścia nie chodzą i niczego nie odkładają na miejsce, tylko biegną, miotają się po mieszkaniu, a kiedy w końcu wyjdą zostawiają po sobie krajobraz przypominający skutki wybuchu granatu), czyniąc zaproszenie nieaktualnym. Chyba matka Kryśki i Magdy odetchnęła z ulgą.

-No, młoda, ruszaj zwały, idziemy - rzuciła Kryśka groźnie do siostry, która tylko uśmiechnęła się kpiąco.

Otworzył im ojciec Damiana. Był blady i opanowany, można było się spodziewać, że płakał tylko wtedy, gdy nikt nie widział, nawet najbliżsi. Był mężczyzną z tego głupiego rodzaju mężczyzn, którzy strach, smutek i niepewność uważali za słabość - przez lata udawali więc, że wszystko jest w porządku, nigdy nie brali chorobowego, a własne niedomagania próbowali przezwyciężyć jeszcze większym wysiłkiem. Anka dobrze znała ten typ - jej ojciec był dokładnie taki sam.

-Tylko bądźcie cicho, dziewczyny, proszę. Moja żona właśnie zasnęła - mocny zapach waleriany unoszący się w całym mieszkaniu zdradzał, że potrzebna była pomoc medycyny.

Paulina, młodsza siostra Damiana, w przeciwieństwie do ojca niczego nie wypierała. Oczy miała zapuchnięte od płaczu, była potargana i z cierpieniem wypisanym na twarzy. Przytuliła się mocno do Magdy i obie poszły do jej pokoju.

-Czernik, wszystko w porządku? - szepnęła Kryśka.

Anka wtedy rzeczywiście nie czuła się dobrze. Całe mieszkanie było przesiąknięte mroczną obecnością. Wręcz widziała przenikające ściany niematerialne, bezkształtne stworzenia, które dość mętnie utożsamiała z “larwami astralnymi”, które miały żywić się poszczególnymi emocjami. Było ich tutaj zdecydowanie więcej niż w normalnym mieszkaniu, ale to nie one sprawiły, że Ance zabrakło tchu. Był to cień, który towarzyszył Paulinie, niemal niewidoczna, zlepiona z półmroku skumulowana nienawiść i złośliwość. Na jego widok odruchowo zrobiła krok do tyłu, wybałuszając oczy. Cień skumulował na niej spojrzenie pełne nienawiści. Maska opadła. Kimkolwiek są oni, oni już wiedzą, że ona wie.

Anka stała jak skamieniała przez chwilę tocząc spojrzeniem za pasożytującym na dziewczynie stworze. Usilnie próbowała główkować.
W tej chwili zasady dobrego wychowania i kwestia Damiana zeszły nieco na dalszy plan.

Czernik zacisnęła odruchowo dłoń na ramieniu Kryśki by powstrzymać dziewczynę przed wkroczeniem dalej. Trochę też dla otuchy dla siebie samej.

- Aha - wyśpiewała niemalże z ukraińskim zaśpiewem, przełykając ślinę.

Ojciec Damiana przyjął wahanie Anki jako zwyczajne opory przed wejściem do pokoju zmarłego. W jego oczach zalśniły równocześnie łzy i zrozumienie. Przeszedł przez przedpokój i otworzył drzwi do jednego z pokojów i zapalił tam światło.

-Kilka osób już tu przyszło - powiedział tonem, który mimo wszystko ciężko było nazwać zachęcającym. - Przychodzą odebrać rzeczy, które pożyczył Damian. Czasem oddają też to, co pożyczyli… - chyba zorientował się, że to, co mówi, jest mało istotne i służy tylko zabiciu martwej, niezręcznej ciszy. Nim wycofał się do salonu, rzucił jeszcze tylko do Kryśki: - Cieszę się, że przyprowadziłaś Magdę. Paulina nie powinna być teraz sama.

Cóż za nieświadoma ironia.

Dziewczyna ruszyła bez słowa rozglądając się uważnie. Pociągnęła przyjaciółkę za sobą.

Niczego nie dotykała i szeptem przestrzegła o tym samym Krychę:
-Niczego tutaj nie dotykaj.

Nie żeby było dużo do dotykania. Pokój, zresztą stosunkowo niewielki, został już uprzątnięty przez rodziców najprawdopodobniej. Nie wyglądał już jak miejsce, gdzie się mieszka, raczej jak muzealna wystawa. Kto wie, czy czegoś nie wyniesiono. Jedyną rzeczą, która wydawała się nie na miejscu była niepozorna książeczka leżąca na biurku. Wyglądała, jakby została celowo pozostawiona… Choć nie, z drugiej strony raczej to wyglądało jakby ktoś ją przeoczył. Wzrok Anki przez chwilę ślizgał się jakby po książce, tak jakby… hm, książka starała się ją “przekonać”, by jej nie dostrzegła?

Dziewczyna podeszła do biurka i stojąc na odległość ramienia przyjrzała się “przekonującej” książce.

Nie spuszczała jej z oka, na wszelki wypadek. Nie chciała jej stracić z oczu ani tego cuda ani pozwolić dostrzec ją Kryśce.

Wyciagnęła zza swetra niewielki wisiorek. Zdjęła go z szyi i przez chwilę skupiała się, zamykając turkusowe piórko w dłoniach. Nie była do końca po co. Jakiś czas temu doszła do wniosku, że przekazanie cząstki swej energii pomaga. Tej wersji się trzymała póki co.

Spuściła wisiorek powolnym ruchem tak by opadł luźno i zwisł na jej rozszerzonych palcach. Przez chwilę podskakiwał szaleńczo by za chwilę się uspokoić i… znowu ruszyć w nieregularnym rytmie. Lotka piórka muskała lekko książkę wskazując na znaki ochronne nałożone na wolumin. Anka pochyliła się nieco by rozoszyfrować litery na okładce. Znała ten alfabet, widywała go dość często na ikonach, jednak nie była w stanie rozszyfrować więcej niż słówko “Christou” na końcu tytułu.

Ściągnęła szalik i opatuliła książkę nie dotykając jej bezpośrednio. Zapakowaną pozycję, wsunęła do plecaka. I wtedy to poczuła. Jakieś spojrzenie przewiercające ją na wylot, pełne nienawiści. Z chwilą gdy zdała sobie z niego sprawę, straciło ono jednak wiele na intensywności.

“Schowało się?” - zadumała się Anka analizując siłę obserwujacej jej istoty. Nie miała jednak wrażenia, by obserwator był w stanie coś jej zrobić, był na to za słaby.

Rozejrzała się ponownie po pokoju i skierowała tym razem wzrok ku podłodze. Czuła też i drugie spojrzenie. Kryśki. Dziewczyna stała w pokoju obserwując Ankę niczym małpkę w zoo. Jej spojrzenie jednak nie niosło w sobie pokładów nienawiści, lecz ciekawości i zaintrygowania.

Anka powoli odsunęła dywan starając się stawać poza tym, czego aurę wyczuwała. Jeżeli była w stanie wyczuć ją bez problemów, znaczyło to, że lepiej nie rzucać się od razu.

Odsunęła zwinięty dywan i spojrzała ponownie na podłogę.

Na podłodze wyrysowany był krąg w który wpisana była sześcioramienna gwiazda i kilka greckich słów z których Anka na pierwszy rzut oka rozpoznała jedynie “Arche”, “Początek”, również często wykorzystywane w ikonach i cerkiewnych freskach. Przynajmniej wiadomo było, do czego Damian wykorzystał kredę, rozpoznaną przez Julię. To zdecydowanie był ochronny krąg, mający chronić pomieszczenie przed wejściem mrocznych sił.

Cytat:
Anka przez chwilę przyglądała się kręgowi. Widziała równocześnie jak był rysowany i jak wyglądała kartka papieru z której został przerysowany. Z drugiej strony była kartkówka z matematyki, przebijał długopis, więc odczytała pomimo odwrócenia wykaligrafowane, staranne pismo. “Marcin Rudawski”. Czyjaś ręka, z pewnością Marcina, starannie wyrysowała gwiazdę i słowa, używając zarówno cyrkla, jak i ekierki i kątomierza.

-To jest moja przestrzeń, skurwysyny - usłyszała wyraźnie głos Damiana. Zobaczyła jak chłopak bierze kropidło z wodą święconą i zamaszyście skrapla pokój. Zrobiło się w nim jaśniej. Damian odetchnął z ulgą.
Anka zamruczała pod nosem do siebie po ukraińsku:

- Się czepiły, psie juchy, jego najpierw, potem jej. Coś zabrała, coś dotknęła, trzeba zniszczyć, by ją uwolnić z nawiedzenia.

- Kryśka, poproś Magdę, dobrze, kochanieńka? - zakryła dywanem podłogę. - Potem mnie trzeba pomówić z Pauliną.

-Coś, co należało do Damiana? - Kryśka ostentacyjnie rozejrzała się wokół. - To ułatwia sprawę. Może być to dosłownie wszystko w tym pokoju. A ten pentagram to po co? Nie powinnyśmy go zniszczyć, czy coś?

- Nie, to ochrona. Niech zostanie. - wyjaśniła Anka.

Gdy młody cherubinek wkroczył do pokoju zwróciła się do dziewczyny:
- Magda, słuchaj no. Potrzeba mi, żeby pomogła Paulinę na duchu potrzymać, zgodzisz się? Jej trzeba teraz dużo dobrych myśli. Zabierz ją stąd gdzieś, na spacer, lody, cokolwiek. Dasz radę? - spojrzała na młodą. - Myślisz, że Paulina zgodzi się ze mną pomówić? Hm? - spojrzała ciemnymi oczami na rosnącą piękność, która w tym momencie możlliwe, że poczuła się deprawowana przez brunetkę.

Magda rozejrzała się ciekawie po pokoju, ale w sumie niewiele było tam rzeczy, które mogłyby przykuć na dłuższą chwilę uwagę dwunastolatki.

-Robię co mogę - mruknęła.-A na dworze teraz jest równie paskudnie i ponuro jak tutaj. Chwilę posiedzę i chyba będziemy spadać, nie? - spojrzała na siostrę z wyraźną nadzieją. W sumie, Kryśka też wyglądała, jakby miała dość atmosfery tego mieszkania. Ostatecznie, ciężko się dziwić.-Mogę Paulinę do nas zaprosić jutro… Albo pojutrze - mruknęła niechętnie.-Teraz to z nią chyba nie pogadasz, rozkleiła się, ojciec ją pociesza…

Rzeczywiście, zza ściany, gdzie znajdował się pokój Pauliny,słychać było przytłumione dźwięki.

-Mamy książkę i pentagram, Czernik - odchrząknęła Kryśka.-To chyba starczy jak na jedno popołudnie, co?

- Hmm…- Anka nie była pocieszona, chciała załatwić jak najwięcej. Ale stan tak Pauliny jak i reszty rodziny nie pozwalał na super szczegółowe badania. - Dobra. Spadamy. Trzeba ojcu powiedzieć, że wrócimy jutro.

Oprócz przygotowania transparentu, musiała się przygotować na interesujacą rozmowę z Marcinem. Wyglądało, że olimpijczyk wiedział więcej niż jej się zdawało.

Zanim ruszyła jednak przystanęła na chwilę. Mimo wszystko nie chciała zostawiać Pauliny tak zupełnie bez żadnego wsparcia.

- Magda, chcesz pomóc Paulinie, nie? - nie czekając na odpowiedź ciągnęła - To weź no mi pożycz swój medalik komunijny. O ten co to na szyi nosisz - Anka wskazała łancuszek połyskujący spopod swetra. Nadstawiła dłoń, w którą pełna ciekawości dziewczynka wrzuciła pamiątkę komunijną.

Odsunęła ponownie dywan, stanęła tuż obok kręgu ochronnego rysowanego ręką zmarłego brata nawiedzanej obecnie dziewczyny. Skoncentrowała się przez chwilę na odczuciach Damiana z wizji. Chciał ochrony. W rozmowie z nią, chciał też ochrony dla siostry.

Anka z zamkniętymi oczami chwilę “odlatywała” koncentrując się na wydobyciu pokładów opiekuńczości. Powtarzała pod nosem imię Pauliny i tworząc, rysując w myślach ochronną bańkę pełną ochronnych symboli, takich samych jak w kręgu na podłodze. Po chwili poczuła włoski na rękach stojące na baczność i wiedziała, że jej działania zaczynają odnosić skutek. Zdecydowania do postawienia “tarczy” wokół Pauliny dodawał przenikający mieszkanie smutek i negatywne odczucia.

“Niech choć ona będzie wolna od przygnębienia i bezpieczna.”
W dłoniach jakby na ironię złożonych do modlitwy i przytniętych do czoła, trzymała medalik Magdy.

Po paru chwilach, poczuła ponownie, że zrobiła co mogła. Zwizualizowała sobie bańkę do końca i otworzyła z wolna oczy. Spojrzała na dziewczyny i oddała Magdzie medalion.

- Dzięki. - miała wrażenie, że “zaklęcie” wyszło jej dobrze. Niczym jeszcze nie oberwała, ale to nie przesądzało powodzenia. Niemniej jednak, jej samej poprawił się nieco humor, a dobre przeczucie nie opuszczało. Rozłożyła dywan na koniec.

- Idziemy?
 
__________________
"Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje"
Jan Kochanowski
Cooperator jest offline  
Stary 24-06-2016, 23:08   #6
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 23729 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
Zdecydowanie coś było nie tak. Owszem, to, że Mikołaj nie przyszedł sam, tylko z Julią, już w jakiś sposób stanowiło rys w planach Anki.
Brunetka spojrzała pytająco to na Mikołaja to na Julkę.
- Nie to, że marudzę, ale… - zaczęła.
-Ten mieszczuch przecież nie ma nawet latarki - mruknęła Julia wpadając jej w słowo i jakby usprawiedliwiając swoją obecność, ale zwykłemu przekomarzaniu się przeczyło pełne niepokoju i napięcia spojrzenie, jakie rzucała na swojego faceta. Mikołaj był cichy, spokojny i poważny, ze spojrzeniem mocno zatroskanym. Zupełnie jak nie on. Jeden rzut oka wystarczył, by Anka mogła stwierdzić ponad wszelką wątpliwość - cokolwiek w jasny, manifestujący sposób związało się z Pauliną, miało dostęp, choć dużo mniejszy, do Mikołaja. Julia patrzyła czujnie na Ankę, jakby chcąc wyczytać, czy dziewczyna również zauważyła coś niepokojącego. Nie umknęło jej zmartwienie pojawiające się na twarzy Czernik. Dziewczyna przez kolejną chwilę spoglądała na rodaka próbując zorientować się co się stało.

Tereny przykolejowe w miastach zawsze stanowią swoiste pustkowie, strasząc opuszczonymi, obdrapanymi budynkami o niejasnym przeznaczeniu, zarośniętymi bocznicami i górami śmieci. W końcu to ziemia niczyja, więc ludzie pokroju tych, co wyrzucają odpadki do lasów, by zaoszczędzić na wywozie śmieci, tym mniej mają oporów, by wyrzucić je na ugór przy torach. Miejsca blisko kolei kojarzą się ludziom z brudem i smrodem, bezpańskimi psami i pijaną żulernią.

Warszawska kolej obwodowa od strony Żoliborza dodatkowo jeszcze oddzielała się od cywilizowanej dzielnicy wysokim parkanem. Pierwsze, co zrobili deweloperzy zagarniający tereny blisko Dworca Gdańskiego to załatanie wszystkich dziur w tym płocie. Trzeba było przejść na drugą stronę wiaduktu i zeskoczyć z betonowych peronów dworca. Światła miasta odbijały się w ołowianych chmurach nadając im charakterystyczny, brudnożółty kolor. Mżyło, więc na pewno żadnemu nadgorliwemu SOKiście nie chciałoby się iść za trójką licealistów. Tylko od strony mordowni przytulonej do wiaduktu kilka pijanych okrzyków zachęcało dziewczyny do podejścia bliżej.

Idąc wzdłuż płotu dobre kilkaset metrów, minął ich podmiejski pociąg do Legionowa, który ze strasznym jazgotem i łomotem przemknął obok nich. Błoto przy torach zasysało buty, grożąc przemoczeniem. W końcu znaleźli się na nasypie prowadzącym bezpośrednio na most. Po lewej ręce mieli mroczne kaponiery Cytadeli, które w daleko niewystarczającym świetle latarni rzucały upiorne cienie.

Czernik rozejrzała się wokół:
- Dziwne, że nie oznakowano dokładnie miejsca, w którym go znaleziono…- mruknęła - Daj tą latarkę, Julka. - odruchowo zapaliła fajka i wyciągnęła dłoń nie spoglądając na stojącą obok dwójkę. Przez dym papierosowy wpatrywała się w okolicę mostu.

-To raczej miejsce, gdzie wskoczył, nie gdzie go znaleziono - trzeźwo zauważyła Julia. - Te, artysta - rzuciła do Mikołaja, który zupełnie cicho wpatrywał się również w okolice mostu. - Anka chciała, byś jej pokazał miejsce znalezienia Damiana, nie… to.

Widać było, że przebywanie w miejscu, gdzie ktoś się zabił, Julii nie podobało się zupełnie.

Oczy Mikołaja w świetle latarki błyszczały gorączkowo.

-Pójdziemy i tam… Wyłowili je przy Spójni, niedaleko. Po prostu my powinni tu być. Żeby zrozumieć.
- Skąd wiesz, że akurat my? I zrozumieć co, bratyku?
Na moście palił się pojedynczy znicz, przyciągając uwagę Anki. Nie dojrzała nikogo, ale miejsce było przesiąknięte czyjąś obecnością. Coś było też nie tak z torami kolejowymi. Zionęło od nich chłodem, z pewnością było w nich coś, do czego nie warto było się zbliżać. Nie wiadomo dlaczego, Anka pomyślała o ciekawostce z lekcji biologii, że pajęcza nić jest mocniejsza od stali. W tych torach było coś pajęczego, coś, co niosło dalej informacje do twórcy sieci, aby informować, że ofiara okazała się na tyle głupia, by wejść na jego terytorium.

Ofiary zdobywano nie tylko torami. Jedna z nich, Mikołaj, przecież spoglądał teraz na Ankę z takim smutnym, zrezygnowanym uśmiechem.
-Właściwie to nie wiem.- przyznał. - Ale skoro ty nas tu chciała, to warto byśmy wiedzieli, co nas czeka. Nie, Julka? - rzucił do swojej dziewczyny. - Można przyzwyczaić się do bycia martwą? - spytał cicho.
Julia zesztywniała.
-Co powiedziałeś?
-Tutaj też wieszano ludzi na drzewach. - wskazał w kierunku Cytadeli. -Znasz, Drzewo Wisielca.
Julia patrzyła na niego nieruchomo. Anka tymczasem dostrzegła cień na moście. Czy to był… Damian?
- Jula, masz jakiś medalik? - Czernik poczuła chłód gdy okazało się, że niebezpieczeństwo czai się od Mikołaja i od Damiana? Ktokolwiek stworzył to miejsce… wykorzystuje go? Anka miała lekki mętlik w głowie.

Julia zawahała się przez chwilę, rozpięła kurtkę i wyciągnęła niewielki medalik, który błysnął w świetle latarki, a przynajmniej tak wydawało się na początku. Po chwili Anka mogła stwierdzić, że medalik świeci własnym światłem.
-Oddaj mi go tylko, przez ostatnie kilka lat chyba go nigdy nie zdejmowałam… A nie, rentgena miałam, to raz - Julia zdjęła medalik z szyi, po czym wybałuszyła oczy. Najwyraźniej ona też widziała to światło. - Kurde, nie kitował. - mruknęła. Drżącą ręką podała świecący medalik Ance.
Anka zabrała medalik oglądając go wokół. W końcu ujęła go w dłonie, zamykając je jak do modlitwy. Miała wrażenie deja vu z niedawnego rytuału odprawianego dla Pauliny.
Tym razem nie musiała specjalnie daleko sięgać do swej troski i opiekuńczości o bratyka. Mikołaj był jej jedną z najbliższych osób. Rysowanie mentalnej bariery i nakładanie na niej znaków ochronnych przychodziło brunetce bez najmniejszych problemów.
Oddała medalik Julce:
- Poczekajcie chwilkę - kucnęła by sięgnąć do plecaka i namacała książkę, którą zabrała z domu chłopaka. Skoncentrowała się przytrzymując się jej jak ostatniej brzytwy… Co tu się do cholery stało? Co stało się w noc, gdy Damian skoczył? Był sam? W stanie jak Mikołaj?

Cytat:
W tamtą noc nie padało, ale wcale nie było przyjemniej. Brunatnożółte chmury wisiały nisko nad miastem, ciszę co i raz przerywał jazgot przejeżdżającego sąsiednim mostem tramwaju.

Damian stał przed wejściem na most. Miał przy sobie duży, turystyczny plecak z którego wyciągnął podłużny przedmiot. Miecz? Miecz. Chyba jakaś zwykła kuta replika jak dla bractw rycerskich, nie wyglądało to jakoś specjalnie antycznie czy średniowiecznie. Na mieczu były wymalowane litery, taki sam grecki alfabet jak w książce.

Damian wszedł na most licząc kroki. Wyglądał na zdeterminowanego, w niczym nie przypominał rozdygotanego Mikołaja. Szeptał coś, dopiero po chwili mówił na tyle wyraźnie, by usłyszeć…
-...z prędkością błyskawicy, z szybkością wiatru, z głębokością morza, ze stabilnością ziemi, z twardością skał…

Damian się zatrzymał w miejscu, gdzie w czasie teraźniejszym stało widmo, więc Anka podeszła na tyle blisko, by słyszeć, ale by nie alarmować widziadła, które wpatrywało się nieruchomo w kierunku Śródmieścia. Przeszły Damian dalej mówił modlitwę - bo chyba to, co mówił, było modlitwą - ale wiatr połykał słowa.

W końcu usłyszeć można było stuk torów, które drżały zauważalnie. Wystukiwały dziwny rytm, który nie zwiastował jednak pociągu. Damian, choć stał na tyle daleko, by nie dostrzec jego wyrazu twarzy w ciemności, drżał zauważalnie. Z oddali słychać było tylko jego powtarzające się “Chrystus… Chrystus…”. W końcu stukot ucichł tak nagle jak się zaczął. Ze zmartwiałej ręki Damiana wypadł niewykorzystany miecz, który odbił się od barierki i wypadł. Łomot po chwili świadczył, że nie spadł do rzeki, a zatrzymał się na kładce technicznej poniżej.

Nagle rozległa się istna kanonada dźwięków na torach, stukania, jazgotu i szurania. Damian wytrzymał może minutę, zanim zaparłszy się na barierce skoczył. Czy celował w kładkę techniczną ciężko powiedzieć, w każdym razie ześlizgnął się po metalowych rurach i runął do Wisły.
Anka spojrzała na towarzyszącą jej parkę. I ponownie w kierunku, w którym wpatrywało się widmo. A potem ponownie na zapalony znicz pod torami. I kładkę techniczną.
- Zaczekajcie tutaj. Nie idźcie za mną i nie zbliżajcie się do torowiska! - rzuciła szybkie spojrzenie na Mikołaja.
- Co ja, durny, co by się pod pociągi pchać? - odparł Mikołaj. - Po jakichś obsranych torach łazić…
Wyglądał lepiej. Nie żeby to wystarczyło na dłuższy czas, ale przynajmniej bezpośrednie zagrożenie minęło.

Ruszyła w kierunku miejsca, w którym Damian upuścił miecz. Kładka techniczna, stalowy mostek między dwiema grubymi rurami ciepłowniczymi z kilkoma balkonami, które można było opuszczać na grubych linach, mogła i przyprawić o klaustrofobię, i o lęk wysokości naraz. Każdy krok odbijał się echem, tak, że Anka kilkakrotnie zatrzymywała się, bo wydawało się, że ktoś za nią idzie. Daleko pod nią kotłowała się Wisła.

Miecz leżał na wysokości znicza, mokry od wody, która na moście właściwie zawsze powodowała wręcz dławiącą wilgoć. Przy okazji została rozwiązana kolejna zagadka. Hematyt posłużył jako barwnik do greckich liter, które wypisano po obu stronach klingi.
Poszukała czegoś co mogłoby robić za tymczasowy uchwyt i powoli, powolutku niemalże przyklejona do kładki sięgnęła po miecz. Chwyciła go powoli w dłoń i zważyła. Znowu się obejrzała za siebie i podpierając mieczem zaczęła wracać do Julii i Mykoły.
- Chodźcie stąd. - stwierdziła, gdy dołączyła do przyjaciół. Lekko przymierzyła miecz do swojego plecaka ale nijak nie wyglądało by się tam zmieścił. Zostało im jeszcze jedno miejsce do sprawdzenia. - Jeszcze tylko do Spójni i wracamy.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda! Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda...
corax jest offline  
Stary 11-07-2016, 17:43   #7
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
Zejście z nasypu okazało się szybsze i bardziej dramatyczne niż się zapowiadało. Cywilizowanego zejścia nie było - przecież pieszym nie wolno było w ogóle przebywać na moście - jedyna droga wiodła po rozmokłym, śliskim zboczu. Pierwsza zeszła Julia, której trapery miały odpowiedni do tego bieżnik, więc poszło jej sprawnie. Przypatrywała się z dołu próbom Anki i Mikołaja, którym szło zdecydowanie gorzej. Gdyby był śnieg czy chociaż szron, pewnie można by powiedzieć, że gwiazdy tańczyły na lodzie - tutaj tańczyły w błocie.

Mikołaj poślizgnął się pierwszy, ukazując przy tym postępy własnej polonizacji. Ze wszystkich ukraińskich, rosyjskich, angielskich i polskich przekleństw jakie znał, nieoczekiwany kontakt z ziemią powitał przaśną mazowiecką “kurwą macią”. Julia zareagowała głośnym śmiechem.

Również Anka nie miała szczęścia, nawet podpierając się mieczem. W pewnym momencie poślizgnęła się, przenosząc cały ciężar ciała na drugą nogę, wykrzywioną pod dziwnym kątem. Przeszył ją ból. W końcu wyszła na chodnik mocno utykając.

Spójnia rzeczywiście była niedaleko, nad dzikim brzegiem Wisły. Mieli do przejścia kilkaset metrów ponurego niby to parku ciągnącego się wzdłuż kaponiery i murów Cytadeli. Minęli schody wiodące na symboliczny cmentarz i Bramę Straceń. Zeszli do przejścia podziemnego i w końcu znaleźli się nad Wisłą. Od momentu zejścia na tory do chwili obecnej nie spotkali żywej duszy, tylko Wisłostradą przejechało kilka samochód. Ich krok dudnił i odbijał się echem. Teraz jeszcze doszedł do tego porywisty, lodowaty wiatr ze strony Wisły.

Dawniej, za komuny, w okolicach Spójni były domki letniskowe, zrobione z płyt wiórowych o jakości oscylującej między mocnym kartonem a kiepską terakotą. Ich pozostałości służyły czasami bezdomnym za miejsca noclegowe, choć ostatnio zniszczenia zostały poczynione do takiego stopnia, że raczej już tylko jako śmietnik i źródło opału. Na porośniętym drzewami brzegu dymiło się jeszcze drewno, gazety i kartony, ale po bywalcach zostały tylko puste, potłuczone butelki po wódce.

Mikołaj stanął na pomoście, który bardziej pasowałby do mazurskich jezior niż środka Warszawy, wchodził on w rzekę na jakieś 6 metrów.
- No i jesteśmy - mruknął. - Tu go znaleźli.

Anka kuśtykając i posykując, zaczepiła Julkę:
- Od kiedy on taki?- upewniła się, że Mykoła nie słyszy jej pytania.

Julia przez chwilę nie odpowiadała, jakby bijąc się z myślami. W końcu potrząsnęła głową.
-To w sumie ciebie powinnam spytać, co mu zrobiłaś - mówiła przez zaciśnięte zęby, mocno wzburzona.-Odkąd przyniosłaś te cholerne dilerki, coś go zaraziło. A to coś na moście? - przysunęła się tak blisko, by pomimo mroku dostrzec oczy Anki - cóż, nigdy nie była dobra w trzymaniu przestrzeni osobistej innych ludzi - Skoro chciałaś się dowiedzieć czegoś od Damiana, czemu go po prostu nie zapytałaś? Przecież tam stał.

- Na razie widziałam co potrzebowałam. - zamyśliła się Anka - A wolałam nie narażać ani Ciebie ani jego bardziej. Obserwuj go przez jakiś czas. Jeśli by się pogarszało daj mi znać natychmiast. I widziałaś Damiana? - dopiero teraz dotarło do niej co powiedziała Julka.

- Nie pochowali go jeszcze, więc to nie mógł być on, tylko coś, co się pod niego podszywało. Pewnie mimik - Julia odparła nad wyraz rozsądnie i spokojnie.- Ale kiedy do niego zaczęłaś podchodzić, straciłam pewność. Ja raczej takim rzeczom schodzę z drogi… O ile się da. - oczywiście, zaraz potem wzruszyła ramionami.-Ale to wszystko jest bez sensu. Jeśli by to było coś w tych cholernych dilerkach, to przecież ja też je miałam w rękach. I ty. Czemu akurat jego dorwało? - przygryzła wargę, obserwując Mikołaja, który palił papierosa na pomoście.

- Może dlatego, że ćpa? Jest bardziej otwarty na pewne ...wpływy. A może zostawił sobie co nieco jak nie patrzyłam? - Anka ściągnęła brwi.

-Pilnuję go ostatnio, przecież chłopaki z którymi grywa mają teraz sprawę o posiadanie - wyjątkowo durna sprawa, 0,8 grama marihuany. Zapomnieli, że mają w kieszeniach towar i jak ich przypadkowy patrol wziął na kontrolę to po prostu wyciągnęli z kieszeni wszystko, co mieli.-A u mnie też ćpać nie może, nie życzę sobie syfu w moim mieszkaniu… - przez chwilę zastanawiała się, ale ciężko stwierdzić, czy nad prochami, czy nad wydarzeniami sprzed kilkunastu minut. Nagle roześmiała się.-To będzie dobre, jak go zaciągnę do spowiedzi - śmiała się na tyle głośno, że Mikołaj odwrócił się i w końcu zszedł z pomostu.

-Fajna ta rzeka, ale twarz mi zamarza. Co z tymi duchami, siostrzyczko? Wywołujesz jakieś?

Czernik poprawiła plecak i wsunęła miecz między buty by stanął na baczność.

Zapaliła papierosa i wypuszczając dym wpatrzyła się w okolicę.

Tknięta przeczuciem mruknęła do Julki:

- Miej oczy otwarte - i ponownie namacała książkę Damiana by sprawdzić i w tym miejscu ślady jakie zostały po wydarzeniach z nocy jego… zabójstwa.

Przez chwilę nic się nie działo. Wiatr mocniej dmuchał może niż przed chwilą, ale przecież nad Wisłą zawsze dmuchało. Julia spoglądała to na Ankę, to na Mikołaja z niepokojem. W końcu odeszła od nich i zajęła się niewygaszonym do końca miejscem ogniskowym. Cóż, każdy ma chyba sposób na radzenie sobie ze stresem.

Cytat:
Tymczasem, w noc zabójstwa z pomostem zderzyły się zwłoki Damiana. Słowo “zderzyły się” nie było żadną przenośnią, bo uderzyły ze sporą siłą. Siedząca przy ognisku grupka bardzo pijanej młodzieży nie zauważyła nic na początku, dopiero po pewnym czasie jeden z chłopaków odszedł w kierunku rzeki i zobaczył unoszące się ciało. Po chwili paniki, dzieciarnia odbiegła. Nie wyglądało na to, by ktoś powiadomił kogokolwiek o makabrycznym odkryciu.

Może potem powiadomili? Ostatecznie przecież pojawiła się policja, która wyciągnęła zwłoki z wody. Zanim wsadzili ciało do worka, na miejscu pojawił się Kosecki.

-Dobry wieczór -mruknął emeryt, zapalając papierosa.-Któryś z was jest tutaj od Wierzejskiej?

Policjanci nie przejęli się za bardzo jego towarzystwem, chyba wzięli go za zwykłego w ich pracy natręta.

-Nadkomisarz Wierzejskiej - uzupełnił Kosecki, niewzruszony.-Powiedziałem jej, że dzisiaj znajdziecie tu zwłoki. Powiedziałem też, gdzie ten gówniarz skoczy.

-Jak chcesz pan złożyć zeznania, to na komendzie - widocznie topielec nie stanowił na tyle istotnego wydarzenia, by zadać człowiekowi, który twierdził, że przewidział wszystko, choć kilka podstawowych pytań. Ci goście na pewno nie byli z CSI.

Ciało zostało wyniesione i wizja urwała się.
Ognisko płonęło, Julia bezmyślnie grzebała w nim patykiem. Mikołaj stał obok i się grzał. W tym ogniu było coś dziwnego - płonął zdecydowanie za jasno. Zobaczyła, że przy ogniu leżał gruby kij owinięty szmatą, chyba przygotowany, by go podpalić. Anka słyszała kiedyś o świętym ogniu, ale nie widziała tego w praktyce - Julia zdecydowanie znała kilka sztuczek.
Anka zaczynała być też zmęczona. Wrzuciła książkę do plecaka i podkuśtykała bliżej ognia:

- Julka… jesteś pełna niespodzianek - uśmiechnęła się do dziewczyny. - Wracamy. - zarządziła.

Julia uśmiechnęła się mimowolnie, zanim wróciła do swojej “profesjonalnej” powagi i - oczywiście - wzruszyła ramionami.

-Może to i nie moja sprawa - tak się nie zaczyna rozmów - ale poczułabym się lepiej, gdybyś powiedziała mi, czego się dowiedziałaś. Znam… kogoś - lekkie zawahanie - kto się zna na takich sprawach - spojrzała wymownie na miecz, a potem na Mikołaja.-Kogoś, kto mnie nauczył tych kilku niespodzianek…

Czernik przez chwilę się zastanawiała.

- A jak się nazywa? Skąd go tego kogoś znasz? - spojrzała na dziewczynę uważniej.

- Tomek. Był moim drużynowym - Julia uparcie wpatrywała się w płomień. - Opowiadał różne historie o tym, co można zobaczyć i co spotkać w Bieszczadach… Nie wszystko to ściema. Raz widziałam go w akcji. Jak chcesz, dam ci do niego numer.

- Jasne… powołam się na Ciebie?

Anka postanowiła wrócić tutaj sama zaraz następnego dnia rano. Jak się już wyśpi i przed olimpiadą nastoletniego podrywacza. Czekało ją jeszcze przygotowanie transparentu oraz upojna noc w szperaniu po necie.

Chciała dowiedzieć się przede wszystkim o początkach obydwu miejsc. Z jakiegoś powodu Damian postanowił zagrać chojraka i nie wyszło mu to na dobre. No i ten Kosecki… skąd on się urwał? Może na necie będzie o nim coś więcej.

Zamyślona nawet nie zauważała dziwnych spojrzeń w autobusie w drodze powrotnej do domu.
Babcia przywitała ją zwyczajową litanią wymówek zanim Anka zdążyła zamknąć za sobą drzwi wejściowe.
Zamiast się z nią przekomarzać, dziewczyna podeszła do starszej kobiety i cmoknęła lekko pomarszczoną twarz.
Przez chwilę na obliczu Babci gościł wyraz bezbrzeżnego zdumienia i jakby czułości. Szybko jednak pokryła to gderaniem:

- Znowu śmierdzisz papierosami. Paliłaś!

Anka jednak nie słuchała. Przywitała się z dziadkiem, który na widok miecza uniósł nieco brwi.

- Co? … Aaaa to? To do szkoły… atrapa… - mruknęła dziewczyna czując się niewymownie głupio kłamiąc dziadkowi Gieńkowi.
Żeby nie musieć się więcej tłumaczyć ruszyła do swojego pokoju. Rzuciła plecak w kąt i na chwilę padła na łóżko.

Przez parę minut po prostu nic nie robiła wślepiając się w sufit i wyposażenie pokoju.

- Kolaaaaaaaaaaaacjaaaaaa! - krzyk Babci obudziłby nawet zmarłego. Anka niechętnie ruszyła się z łózka i podreptała na bosaka do kuchni.
Pytania “jak w szkole?”, “co dzisiaj robiliście” załatwiała z automatu.
“W porządku”, “uczyliśmy się” - standardowe odpowiedzi nie zniechęcały Babci przed zadawaniem ich uparcie dnia następnego.

W końcu dziadek się wmieszał zagadując żonę na temat drugiego dania w dniu jutrzejszym. Babcia zagmatwała się pomiędzy wyborem ziemniaków a klusek tudzież kopytek i Anka widząc mrugnięcie dziadka szybko uciekła do swojej samotni zostawiając w powietrzu:

-...uje - wymruczane pod nosem by zwyczajowi i manierom stało się za dość.

Nastawiła muzę i ślepiąc się przez chwilę w komórkę wysłała smsa do Tomka
Cytat:
“Hej! Jestem znajomą Julki. Czy można zatelefonować i pomówić na temat ….”
Przerwała. Na jaki temat? Zabójstwa? Samobójstwa? “Akcji”?
Wykasowała ostatni kawałek.
Cytat:
“Hej! Z tej strony Anka. Jestem znajomą Julki. Kiedy można zatelefonować, by krótko pomówić? Dość ważne... Pzdr.”
Przez parę minut, gdy przygotowywała się do malowania transparentu, spoglądała na komórkę. Gdy odpowiedzi nie było, skoncentrowała się na kiczu wychodzącym spod jej pędzli.

W końcu, gdy ilość kwiatuszków, serduszek, motylków i gwiazdek przekroczył nawet jej limit zostawiła cudo by wyschło. Rano wystarczy je zwinąć do tuby i będzie dobrze.
Z budzikiem nastawionym na 6 rano, padła twarzą w poduszkę…
 
__________________
"Nie porzucaj nadzieje, jakoć się kolwiek dzieje"
Jan Kochanowski
Cooperator jest offline  
Stary 01-09-2016, 17:18   #8
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 23729 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
To była męcząca noc. Ciężko było Ance przypomnieć sobie treść snów, ale te urwane obrazy nie łączyły się w żadną przyjemną całość. Kiedy zadzwonił budzik, prawię była wdzięczna za to, że musi wstać - o ile człowiek o szóstej rano jest zdolny odczuwać jakąkolwiek wdzięczność za cokolwiek.

Babcia zdecydowanie była zdania, że Anka powinna być wdzięczna za śniadanie. Starsi ludzie zwykle potrzebują niewiele snu, a babcia pod tym względem była bardzo zwykłym starszym człowiekiem. Nie rozumiała zupełnie, jak wnuczka może być nieszczególnie rozmowna i nieszczególnie głodna. Tylko napięty plan poranka spowodował, że nie zaczął się awanturą.

Z tubą pod pachą, fajką w dłoni i poczuciem spełnienia jaki daje fajek o poranku, Anka ruszyła na ponowne spotkanie miejsc śmierci Damiana.

O 7.00 jeszcze było ciemnawo, a szarzejąca pod mostem Wisła wyglądała jeszcze mniej zachęcająco niż nocą. Na moście jednak nie spotkała niczego nadprzyrodzonego, co mogło być i dobrą, i złą wiadomością. W sumie, to nie znalazła też nic przyrodzonego, czego nie zauważyłaby wcześniej. Na kładce technicznej poza walającymi się paczkami po papierosach i butelkach tudzież puszkach nie znalazła żadnych przedmiotów dotyczących jakiejkolwiek ludzkiej aktywnością poza uleganiem nałogom.

Przypatrywanie się torom kolejowym również nie natchnęło jej niczym, co mogłoby rozwiązać zagadkę istot, które zdecydowanie wykorzystywały do czegoś sieć dróg żelaznych.

Akurat schodziła, tym razem ostrożniej niż poprzedniego dnia, kiedy telefon zawibrował na SMSa. Po zejściu na chodnik odczytała wiadomość od Tomka:

Cytat:
Hej. Jeśli Julia podała Ci mój numer, musi być poważna sprawa. Nie odpisałem Ci wczoraj, przepraszam, ale dopiero przed chwilą przekroczyłem granicę, a ukraiński roaming jest morderczy. Dzwoń, kiedy Ci wygodnie. Pozdrawiam. Tomek.
Zatrzymała się i od razu wybrała numer. Nie miała na co czekać a miała sporo czasu aby dotrzeć do szkoły. No jeśli nie wpadnie gdzieś w korek kiblując w autobusie.
Odczekała aż znajomy Julki odbierze połączenie i starając się nie brzmieć jak niedojda wionęła w słuchawkę:
- Cześć! Tu Anka. Zajmę Ci niedługo. - podjęła powolny marsz w dół - Chodzi o mojego znajomego ze szkoły. Zginął parę dni temu...
-Zrobiłaś może zdjęcia gwiazdy na podłodze i napisów na mieczu? - spytał po dłuższej chwili milczenia. W czasie, kiedy Anka opowiadała mu historię ostatnich dni, nie odezwał się ani słowem, co spowodowało nawet, że Anka przez chwilę podejrzewała, że połączenie przerwało. Ale jednak nie:
- Jeśli to jest to, co myślę, to użycie tych narzędzi było krokiem w dobrą stronę, sam pewnie bym zaczął od tego. Ale to wymaga sporej staranności, najmniejszy błąd sprawia, że to nie działa tak jak powinno. - znowu dłuższa pauza. - Nie chcę cię straszyć, ale jest coś, co mnie najbardziej niepokoi. Jeśli to, z czym się mierzysz, żywi się ludzkimi emocjami, otrzymuje dostęp przez epifimię, pożądanie, chęć. Nie słyszałem jeszcze o przypadku, żeby takie istoty mogły być widziane przez kogoś, kto sam nie jest przez nie niewolony. Możesz być oczywiście zarąbistym medium i tyle - rzucił żartobliwie - ale dobrze byłoby wykluczyć, że też jesteś zarażona, tylko… hmm… jesteś dalej na liście dań, więc tego tak nie odczuwasz. Są proste i prawie - prawie?! -bezbolesne sposoby, by to sprawdzić. Jeżeli masz dobre relacje z Julią, to możesz ją poprosić, wie jak to się robi - gdy wspomniał Julię, głos trochę mu się zmienił.-W gruncie rzeczy to wdychanie różnych kadzidełek, nic strasznego. Jeśli nie, to porozmawiam ze swoją panią i władczynią, że będziemy mieli dzisiaj gościa, bo obawiam się, że będziesz zmuszona zawrzeć ze mną bliższą znajomość… Swoją drogą, ta książka, którą wzięłaś. Zrób zdjęcie okładki i mi wyślij. Nie otwieraj jej.
- Kręgu nie, ale mogę go odtworzyć. Napisy na mieczu mam. Tam na moście coś sprawiło, że Damian odpadł. W sensie skupienia. A co do Julki… to wolę jej i Mykoły nie narażać za bardzo. Mykoła już zaczął przejawiać objawy. Jula będzie potrzebować sił by go ogarnąć. Mogę co prawda…. - zasępiona Anka urwała. Do tej pory nie tłumaczyła się ze swoich umiejetności nikomu - ...nooo spowolnić działanie. Zdjęcie książki zaraz zrobię i wyślę. O której dzisiaj? I gdzie? - spojrzała na zegarek powoli dreptając w stronę autobusu do szkoły.
-Wszyscy jesteście narażeni - głos po drugiej stronie słuchawki stał się oschły i dobitny.-Przyzwyczaj się do myśli, że w najlepszym razie konsekwencje tego, co was spotkało, będą was jeszcze dotykać przez kilka lat. Przy takiej ingerencji tworzy się wyłom w który wchodzi różne robactwo. Dobrze, by do Julii w końcu dotarło, że w takich sprawach jest jak z udzielaniem pierwszej pomocy - jeśli widzimy taką sytuację, mamy OBOWIĄZEK pomóc. Porozmawiamy jeszcze o tym dzisiaj, a zapraszam do siebie, moje mieszkanie jest zabezpieczone - podał adres i późnowieczorną godzinę.
Anka spojrzała z niejakim zdziwieniem na trzymaną słuchawkę wysłuchując wykładu nieznajomego.
- Ok, Tomek. Będę. Do zobaczenia później.

Rozłączyła się i ruszyła do Sieraka dźwigając pod pachą zwinięty transparent. Ciekawa była reakcji Marcina na jej wypociny – jesli jakąkolwiek reakcję okaże.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda! Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda...
corax jest offline  
Stary 11-09-2016, 15:05   #9
 
Cooperator's Avatar
 
Reputacja: 822 Cooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwuCooperator jest godny podziwu
Wysiadła przy pl. Krasińskich i zagłębiła się w uliczki Nowego Miasta, gdzie pomiędzy dużo młodszymi budynkami znajdował się ostaniec przedwojennej Warszawy - gmach liceum im. Zygmunta Sierakowskiego. Wiele podobieństw łączyło go z liceum “Powstańców”. Jeszcze XIXwieczny, służący za czasów carskich jako szpital dla żołnierzy stacjonujących na Cytadeli. Sporo śmierci widział ten gmach, który przetrwał dwie wojny światowe. Może dlatego wyglądał tak ponuro? Wielkie okna zdawały się nie wpuszczać zbyt wiele światła do środka, na żadnym z parapetów nie stały kwiaty, jako, że okna wychodziły na północ, nikt nie kłopotał zawieszając firanki czy vertitale, a szkoda, bo może choć w ten sposób rozjaśniłyby ogólną surowość tego miejsca. Kraty na parterze zdecydowanie nie służyły temu celowi.

Przed wejściem stały dwie osoby paląc papierosy. Jedną z nich był “Jezus”, katecheta. Anka chyba po raz pierwszy zobaczyła go w garniturze, nawet na uroczystości szkolne przychodził w dżinsach. Długie włosy miał związane w kucyk, co też wyglądało dziwnie, a wytarta, skórzana kurtka narzucona na marynarkę dopełniała tego bardzo oryginalnego widoku.

Druga osoba stała w samym garniturze, pomimo ogólnego chłodu. Chłód jaki poczuła Anka, kiedy jej wzrok padł na tego mężczyznę, nie miał jednak niczego wspólnego z pogodą. To było bardzo subtelne uczucie. Mężczyzna ten, na oko trochę po czterdziestce, niedbale opierał się o ścianę paląc papierosa. Na myśl przyszedł Ance leniwy tygrys, który w jednej chwili spokojnie leży, by w przeciągu kilku sekund skoczyć i zabić nic nie spodziewającą się ofiarę. Mężczyznę otaczał mrok, którego nigdy wcześniej Anka nie odczuła z taką intensywnością. Na myśl o tym, że mogłaby sięgnąć do tego umysłu, przeszły ją ciarki. Jej wzrok napotkał oczy tego mężczyzny, głębokie, bardzo ciemne, niemal czarne. Błysnęło w nich rozpoznanie, mężczyzna uśmiechnął się lekko i chociaż był to bardzo ładny, sympatyczny uśmiech, poczuła, jakby miała w żołądku bryłę lodu.

-O, Aniu, jesteś - zawołał na widok Czernik “Jezus”.-Marcin się spóźnia, miałem nadzieję, że po prostu zabraliście się razem…

Anka otworzyła usta by odpowiedzieć “Jezusowi”, gdy palący obok mężczyzna wciął się w rozmowę:

-Pan się nie martwi, profesorze - odparł grzecznie drugi mężczyzna.-Bez pana Marcina Rudawskiego nie zaczniemy. Powiem nawet, że całe to dzisiejsze spotkanie byłoby absolutnie bez sensu, gdyby pan Rudawski nie mógł się na nim pojawić - powiedział to tonem, jakby opowiadał jakiś żart sytuacyjny, który tylko on potrafił zrozumieć. “Jezus” w każdym razie wyglądał na zaskoczonego. Czernik zaś zmarszczyła brwi nie spuszczając mężczyzny z oka:

-Jestem pewien, że to kwestia kilku minut i się pojawi. - dopalił papierosa, wypuścił z płuc wielki kłąb dymu. Spojrzał jeszcze na Anię, a w jego oczach błyskało złośliwe rozbawienie.

-Tymczasem muszę dopilnować paru rzeczy. Wszyscy tu jesteśmy w pracy. - skłonił głową w kierunku katechety i zniknął za drzwiami.

“Jezus” spojrzał na zegarek i westchnął.

- A ten pan to kto to, panie psorze? - dopytała Anka sama sięgając po papierosa. W ostatnim momencie wstrzymała ruch, łypiąc na “Jezusa” spod oka.

Zamiast fajek wciągneła komórkę.

Katecheta wyciągnął kolejnego papierosa.

-Ten pan to prezes fundacji “Dobra Nowina”, daje stypendia zdolnej młodzieży - zapalił. Ance przypomniało się, że o tej fundacji wspominał duch Damiana w rozmowie telefonicznej.-Nazywa się Zenon Boruta i był przez lata prezydentem Łęczycy.

Czernik jednak postanowiła olać udawanie przed katechetą dobrej dziewczynki:
- Aha… i ten.. - wsadziła papierosa między zęby i pomacała kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki - czenszto biesze ucział w olimpiatach? - wymamrotała przez zaciśnięte kurczowo szczęki.

Katecheta użyczył jej ognia.

-Parę razy go widywałem. Głównie na konkursach biblijnych, czasami na różnych eventach robionych przez “Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Jest ostatnią świecką osobą, którą Jan Paweł II odznaczył Orderem św. Grzegorza Wielkiego, sporo działa przy tych inicjatywach okołokościelnych - spojrzał jeszcze raz na zegarek i wychylił się w kierunku ulicy.-No, dawaj, Marcinie. Potrzebujesz tej kasy przecież…

- Może jednak nie potrzebuje tak bardzo… - Anka mamrocząc zaciągnęła się papierosem aż rozżarzył się do czerwoności. Skoncentrowała się na umykającym dymie.[/i]

Cytat:
Zenon Boruta uśmiechał się i uścisnął dłoń Marcinowi, który wyglądał, jakby w tym roku była kolejna Gwiazdka.

-Panie Rudawski, cieszę się, że mogę wyrównać pewne niesprawiedliwości społeczne - obaj byli w szkolnym korytarzu. Boruta patrzył z miażdżącą pogardą na przechodzących obok uczniów “Sieraka”.-Mają kasę swoich rodziców, panie Rudawski, więc będą mogli wywrzeć wpływ na swoje pokolenie. Pan, pomimo swoich zdolności, mógłby mieć z tym problem. A tak, to wolna wola. Jak powiada Pismo, czyń sobie ziemię poddaną. - zrobił przerwę, po czym dodał cicho.-Twój dziadek byłby z ciebie dumny - Czernik w dymie zobaczyła jeszcze zdziwioną twarz Marcina, zanim pojawiła się kolejna scena.

Marcin wszedł do bardzo zagraconego pokoju, wypełnionego książkami. To chyba stamtąd pochodziła książka, którą pożyczył Damianowi, bo wszystkie tomiszcza wydawały się traktować na podobne tematy. Mężczyzna w średnim wieku o zgorzkniałym wyglądzie mówił do niego:

-Jeśli nie weźmiesz wszystkich tych śmieci, to je wyrzucę zaraz po tym, jak przestąpisz próg tego domu.

Marcin uśmiechnął się.

-Spokojnie, znalazłem osobę, która odpowiednio zajmie się moim dziedzictwem.
Mężczyzna parsknął.

Całą wizję przesłoniła twarz Boruty. Pomimo tego, że tylko z dymu, robiła przerażające wrażenie.

-Co mogę ci powiedzieć, Marcinie? Ostrzegałem cię przecież lojalnie, że wyniesienie tamtych książek spowoduje przerażające konsekwencje. Pewnych drzwi nie wolno otwierać.

-Nie możesz ich przywrócić? - rozległ się stłumiony głos Marcina.

-Chłopie, ty wiesz o co prosisz? Dopiero co użyłem bardzo trafnego porównania z drzwiami. Ludzie umierają, pogódź się z tym. Czasami jest to nasza wina.

-Ale możesz?

-Jasne, że mogę. Ale ty nie chcesz tego tak naprawdę. Wiesz, jak straszne rzeczy musiałbym zrobić? Jest równowaga, którą trzeba zachować. Odpowiednia liczba dusz…

-Weź moją.

Boruta uśmiechnął się trochę szerzej.

-Nie, to byłoby wykorzystywanie twojej słabości, Marcinie. Trzeba mieć klasę. Zresztą, powiedz mi… Masz pewność, że jeszcze jej nie mam?
Anka ocknęła się czując się jakby to wizje ją wypluły a nie jakby to ona miała nad nimi kontrolę. Oddychając szybko wysłała smsa do Marcina:

Cytat:
Gdzie jesteś? Bardzo potrzebuję pogadać. Bardzo.
Chłopak zapewne potraktuje eskę jako żarcik szalonej kumpeli vel randki szkolnej ale liczyła przede wszystkim na odwrócenie uwagi od czegokolwiek co robi w tej chwili Marcin.
Zagryzając wargę na przemian z obłupywaniem zębami lakieru z paznokci rozglądała się za Borutą.

- Panie psorze, zaraz… zaraz wrócę. - nie czekając na odpowiedź katechety ruszyła powoli w ślad za Zenonem.

Idąc w ślad za Borutą, przestąpiła próg “Sieraka”. Wydało jej się, że na dworze jest cieplej niż w środku. I jaśniej. Odczuła na sobie od razu mnóstwo natarczywych spojrzeń czegoś, co kryło się gdzieś na granicy pola widzenia. Po lewej ręce miała sekretariat i dalej ciągnący się korytarz, na którym było sporo uczniów - chyba akurat trwała przerwa, chociaż dzwonka nie słyszała. Już miała przejść dalej, kiedy usłyszała:
-Hej, pozamykajcie wszystkie okna! Jest tu siostra Damiana, może i ona będzie skakać?

Przed sekretariatem rzeczywiście siedziała Paulina, siostra Damiana. Dwunastolatka wyglądała tu na bardzo zagubioną, a zagubienia dodawała leżąca na jej kolanach męska teczka, zapewne należąca do ojca, który pewnie coś załatwiał w sekretariacie. Anka z pewną dumą wpatrywała się w jaśniejącą poświatę, która świadczyła, że dziewczynka dalej jest chroniona przed cieniami. Niestety, nie była chroniona przed hołotą z “Sieraka” w ten sposób.

Grupka licealistów zebrała się wokół niej, a na uwagę jednego ze starszych chłopaków zareagowała głośnym śmiechem.

-Co, pewnie tęsknisz za braciszkiem, nie? - kontynuował chłopak, zbierając w nagrodę kolejny wybuch śmiechu.-My nie.

Anka stanęła w niezbyt wielkiej odległości i wpatrzyła się w prowodyra “zabawy” palącym spojrzeniem w kark.

Chłopak spojrzał na Ankę, uśmiechając się szyderczo.

-O, widzę, że cyrk dzisiaj przyjechał. Ty raczej nie na filozofię, co?
Czernik postanowiła kuć żelazo póki gorące i łamaną polszczyzną, mocnym ukraińskim akcentem odpowiedziała z nieśmiałym uśmiechem:

- Ne widala żadnego cyrka. Ja tu na konkurs - uśmiechnęła się szerzej jakby zupełnie nieświadoma była szydery. Kątem oka rzuciła spojrzeniem na Paulinę. Postąpiła dwa kroki w kierunku “szefunia” koncentrując się ponownie:

- Ty tu … no… szkolnyj prezident, da? - wyciagnęła dłoń w kierunku chłopaka - Czeszcz. Anka. Duże pryjemno. - Błysnęła czarnymi oczyskami spod grzywki - Szkoła wasza fajna. - nie odpuszczała spojrzenia z chłopaka - I dużo słyszała ja o prezidentcie szkoły u Sieriaka. To Ty? - dopytywała nadając słowom nieco zachwytu. - Pokażesz mnie gdzie tu konkurs? - kolejny krok postąpiła w jego stronę obserwując sytuację i zachowanie klakierów “prezidenta”.

Ekipa uczniów nie spodziewała się takich atrakcji na tej przerwie. Właściwie po każdym zdaniu wybuchali śmiechem, dorzucali coraz to bardziej głupie i podsycane erotyzmem komentarze. Gdy Anka stanęła obok prowodyra grupy, otworzyły się drzwi do sekretariatu i zrobiło się wyraźnie ciemniej. Z pokoju wyszedł Boruta.

-Przeważnie kiedy tytułuje się kogoś prezydentem, nadstawiam ucha - mruknął, patrząc na Ankę. Potem swój wzrok przeniósł na chłopaka.-A więc to mój kolega po fachu? - położył mu rękę na ramieniu.-No, chłopie, wielka przyszłość przed tobą. Może warto by się zachowywać tak, jak należy reprezentować godny urząd? - uśmiech na twarzy Boruty zniknął.-Na przykład wobec tej młodej damy. Wydaje mi się, przepraszam za wyrażenie, że przed chwilą zachowałej się wobec niej jak skończony gnój, a nie jak prezydent. Zgodzisz się ze mną, synu?

Chłopak wyraźnie zbladł. Dłoń prezesa dalej ciężko opierała się na jego ramieniu. Skamieniał. Z wyraźnym wysiłkiem zaczął dukać w kierunku Pauliny:

-Prze...pra...szam. To...było… podłe.

Boruta puścił chłopaka, który by upadł, gdyby go nie podtrzymali koledzy. Z udaną troską Boruta podał mu chusteczkę, bo strasznie zaczęła lecieć mu krew z nosa.

-Wydaje mi się, że starczy tej lekcji - rzucił “Sierakowcom”. Oddalili się spiesznie.

Zenon spojrzał na Ankę.
-Szlachetnie ze swojej strony, ale czasami przemoc jest po prostu szybsza. Wiesz, Ciemna Strona Mocy z Gwiezdnych Wojen i tak dalej… Podoba ci się przyszłość? Chcesz może o niej porozmawiać?

- …. - Anka przez chwilę stała z otwartymi ustami przyglądając się Borucie - To nie jest przyszłość. To tylko jej wariant. - stwierdziła cicho i nie do końca pewnie - A Ty chcesz, żeby tak wyglądała. - miała wrażenie, że pełza po omacku. Cisnęły jej się na usta kolejne słowa ale tylko zacisnęła usta. Gdy myśli zamieniają się w słowa, czasem nabierają zbyt wielkiej wagi i realizmu.

- Wariant przyszłości. Szach-mat, kalwini i ich predestynacja - Boruta uśmiechnął się.-Powiem ci, droga Aniu, choć zapewne mi nie uwierzysz, że jest mi to całkowicie obojętne. Powiem więcej - pozwolę ci zdecydować.

- Zdecydować? Skoro jest Ci to obojętne, to czemu mam decydować?

- Daj spokój. Pierwsi Rodzice zostali wygnani z Raju, żebyście mogli decydować! Poza tym, wtedy nie będzie na mnie. Będziesz mogła powiedzieć sobie, że dokonałaś kluczowego wyboru, dotyczącego - tu jestem śmiertelnie poważny - życia kilkorga ludzi. I naprawdę, kibicuję ci, abyś wybrała mądrze.

- Zatem nie jest Ci obojętne. Chcesz poczekać na …. - Ance zabrakło polskiego słówka. Zaklikała palcami - … dożynki i nie musieć się namęczyć. - spojrzała na rozmówcę. - Dlaczego miałbyś się męczyć, hm? - tym razem przez jej głos przebiła ciekawość. Mimo to wcale nie czuła się pewnie w obecności prezesa.

-Dożynki? Na Boga, mówimy o ludzkim życiu, Aniu! I być może - uśmiechnął się -i o życiu pozagrobowym. Myślisz, że jest to forma jakiejś gry? Zakładu? Źle mnie oceniasz. Cóż, jezuicka prasa. Jesteście w dużym niebezpieczeństwie i chociaż szerszy obraz się nie zmieni, to jestem waszym osobistym fanem. Ale to wy jesteście bohaterami, więc jako fan powinienem oddać wam zaszczytne miejsce. Uważam, że każdy powinien przeżyć historię na miarę swoich możliwości. Jest w tym i oczywiście trochę mojej natury - bezpośrednie interwencje to zdecydowanie nie moja działka.

Anka wyszczerzyła się w uśmiechu:

- Przed chwilą bezpośrednio zaingerowałeś. Czemu?

Westchnął.

-Bo to był śmieć, który nie szanuje kobiet. Mam dla takich specjalne miejsce. Ona ma dwanaście lat i myśli, że jej brat się zabił - spojrzał na Paulinę, która wydawała się zupełnie nieświadoma ich obecności.-Wiesz, że ona myśli, że to może i po części przez nią? Bo bywała dla niego niemiła? Jak można mówić dziecku takie rzeczy? - zadumał się przez chwilę.-Takie interwencje się nie liczą. - stwierdził stanowczo.

- Nie możesz się bawić w kota Shrodingera. Albo nie interweniujesz wcale albo interweniujesz. Nie ma tak, że ochronisz dwunastolatkę i będziesz twierdził, że to się nie stało. Na co Ci Kosecki? - zmieniła temat nie dając się wciągać na haczyku.

-E, skoro można dać człowiekowi wolną wolę, a potem jeśli jego wybory się nie spodobają, to wysłać go na wieczność do piekła, to można i trochę pointerweniować - Boruta usiadł na krześle obok Pauliny.-A Kosecki mi zupełnie po nic. Pewnie trafi do mnie - nie ja o tym decyduję, sama rozumiesz - a na razie dobrze się bawi. Zresztą, Koseckim się przejmujesz? Przejmuj się tymi, których życie jest w stawce. O, Pauliną się przejmuj. Mikołajem. Kryśką. Julią… I Magdą. W tej chwili najbardziej Magdą. - podrapał się po podbródku.-Marcina życie w stawce nie jest. Tylko jego przyszłość, która zależy od ciebie.

- Wolałabym, żebyś się obszedł bez jego duszy - Anka wzruszyła ramionami chcąc zapalić - A skoro jest Ci to obojętne, to tym lepiej. Mam nieodparte wrażenie, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, co?

-Jasne, że nie. Wiesz, ile kosztowało wysiłków, żeby wszystkich was tutaj ściągnąć? To niech się chociaż pocieszę w tych ciężkich czasach taką zacną młodzieżą. Jak to Zamoyski ujął, takie będą Rzeczpospolite… Dobrze, przekonałaś mnie. Duszy pana Rudawskiego nie wezmę, jeśli będzie chciał mi ją sprzedać, ani sam nie zaproponuję takiej transakcji. Pieniądze mogę mu dać?

Czernik zmrużyła oczy:

- A co za nie będziesz chciał? Duszę jego pierworodnego? - rzuciła z przekąsem. - Albo co to tam było… to co pierwsze zobaczy po powrocie do domu? - postukała papierosem o pudełko. Świeżbiło ją by zapalić. - Wybacz jeśli Cię to urazi ale w czyste intencje nie wierzę.
Serio musiałeś podpuszczać Damiana?
- spojrzała ze smutkiem na Zenona.

-Gdyby to ode mnie zależało, Damian by żył. Miał wszystkie atuty, by przeżyć, ale jeden z tych atutów postanowił udawać, że nas nie ma - Boruta miał poważne spojrzenie.-Dlatego pojawiam się tutaj, żeby już nikt z was nie musiał umierać. Damian był dobrym dzieciakiem, kupę miał życia przed sobą. Jego śmierć skomplikowała bardzo wiele spraw. Gdyby nie to, że dałem szlacheckie słowo, już bym się zemścił straszliwie na tym parszywym miejscu. - spojrzał z odrazą na otaczające ściany szkoły.

- Was? - Anka chwyciła się niewinnego zaimka.

-Cóż, kiedy interweniujemy, przeważnie mamy do tego powód. Rozumiesz, my, co złego pragnąc, dobro czynimy. Przede wszystkim, jeśli ktoś przeżywa taką interwencję, to przeważnie jest wyczulony, jak widzi kolejną… W tym przypadku jednak, cóż. Inni szatani byli tam czynni, a warta zaspała. I jest to spory problem - bo ta, która próbuje teraz się uwłaszczyć na waszych duszach, ma za nic honor szlachecki. Lepiej wam ze mną, zaufaj mi.

Anka uniosła brew.

- Urok przedwojennego dandysa to Twój trademark, hmm? - spojrzała na Borutę - Ale mrok to mrok mimo, że udający coś innego, Boruto.

-Mów mi Zenon. Cóż, mrok to mrok. PR mamy nienajlepszy, fakt. W każdym razie, na ile mogłem to ustawiłem scenę tak, abyście przeżyli. Będziesz musiała z tym żyć, albo kto wie, może wrócimy do rozmów o mroku? Twoje zdolności na przykład. Jakaś pewność, że wykorzystujesz je w jasny sposób? Może warto zastanowić się nad zadbaniem o reputację w miejscu, gdzie możesz trafić? - wstał. Spojrzał na Czernik z góry.-Ostatecznie, wieczność to strasznie długo. - spojrzał na zegarek.-Pan Rudawski zaraz dotrze. Musiał odwieźć brata do szkoły. Była to bardzo złośliwa intryga jego ojca, by tu nie dotarł na czas. Jest świetny we wzbudzaniu poczucia winy. W ogóle, kawał z niego sukinsyna. W każdym razie, mam prośbę. Jeszcze dzisiaj usłyszysz, że to już szczęśliwy koniec. Nie ufaj temu uczuciu. Słowo szlachcica, że to, co wam się uda odegnać dzisiaj, to tylko nieistotne szczury, które weszły mi w paradę tylko dlatego, że zaufałem za bardzo w możliwości jednej zasmarkanej harcereczki - mrok bardzo rozrósł się, kiedy na jego twarzy zagościło rozgoryczenie.

Anka poczuła się przytłoczona.

Nawet nie przez rosnący wokół prezesa mrok. Raczej przez ilość informacji i fakt, że na podstawie jego opisu poczuła się jak nieznaczący pionek.

- Nie przeliczasz się w moim wypadku? - dodała kąśliwie - Głupio by było zacząć potencjalną karierę piekielną z plamą w kartotece. - westchnęła - Znaczy się, namieszałeś, napaćkałeś i ja mam posprzątać - zakpiła lekko próbując usunąć narastającą presję i cmoknęła zębami. - Ojciec Marcina... Skąd ma taką bibliotekę?

-Nikt nie jest doskonały… A ja po prostu szczerze i niezłomnie wierzę w ludzkość. To największy projekt od czasu stworzenia pszczół. Myślę, że wszystko jest do naprawienia. A ojciec Marcina odziedziczył książki po swoim ojcu, Gedeonie. Jest ktoś, kto bardzo się ucieszy na wieść o tym, że ten księgozbiór przetrwał… A ty, Aniu, nabierz odwagi i nadziei. Bo skoro istnieje Piekło, to czy nie jest to znak, że istnieje również Niebo? - uśmiechnął się.-A to, co będzie przed wami postawione to nic jak walka z mrokiem o życie niewinnych. Myślę, że na górze zaplusujecie. A tymczasem, cóż, czas na uczciwą olimpiadę filozoficzną.

Anka ruszyła się lekko robiąc krok w stronę siedzącej nadal cicho Pauliny.

- Hej. Długo już czekasz? - uśmiechnęła się do dziewczyny wyciągając komórkę z kieszeni.

-Mhm. - dziewczynka spoglądała w ścianę przed siebie.-Mój tata wszedł jakieś dwadzieścia minut temu. Chciałam tu przyjść, żeby, no wiesz. Nie był sam - spojrzała na Ankę i uśmiechnęła się smutno.-Super mi wyszło, prawda? Teraz oboje jesteśmy sami…

- To posiedzę chwilkę z Tobą, chcesz? - Anka przysiadła obok młodej - Też czekam na kogoś. Poczekamy razem.

W korytarzu pojawił się Marcin. Nie miał na sobie kurtki, pewnie przyjechał samochodem. Zmierzwione włosy, dość dziki wzrok, krzywy krawat. Razem z nim szedł “Jezus”. Czernik usłyszała fragment, gdy Marcin klarował katechecie:

-...wszystko się dzisiaj sprzysiężyło przeciwko mnie. Jak jeszcze zobaczyłem tę stłuczkę na Konwiktorskiej, myślałem, że sobie w łeb strzelę...O, cześć - uśmiechnął się do Anki.-Przynajmniej jedno z nas dotarło tu bez przygód…

- Cześć. Słuchaj - Anka pociągnęła chłopaka nieco w głąb korytarza - Dostałeś mojego smsa? - palnęła się lekko w głowę - Pewnie nie miałeś jak odczytać. Chodzi o to… chodzi o to… czy Ty na pewno chcesz startować w tej olimpiadzie? Ja wiem, że kasa i w ogóle… ale … - Anka spojrzała na Marcina - … nie startuj, co? - poprosiła po prostu.

Spojrzał na nią jak na zupełną wariatkę. Gdy próbowała dotknąć jego myśli, natknęła się na mur. Nie spotkała się z tym wcześniej, ale źródło chyba nie ciężko było wyczuć. Aż miała chęć odwrócić się, czy zobaczyć, czy czai się tam Boruta.

-Ty wiesz, co ja mogę zrobić z tymi pieniędzmi? - odparł cicho. - Mogę się wyprowadzić. Mogę poszukać jakiejś pracy, która nie będzie roznoszeniem pizzy. Mogę pójść na dobre, interesujące mnie studia… Czemu miałbym nie startować?

Dobiegł ją wyraźny zapach tytoniu i czegoś jeszcze. Siarki?

Ja wiem, że kasa otwiera okna czy tam drzwi naróżne opcje. Ale nie ta. Damian też korzystał z dobrodziejstw tej fundacji i kasy a zobacz co się stało. Nie chcę, żeby Tobie przydarzyło się coś, Marcin. - spojrzała na chłopaka poważnie - Kasę zawsze można zdobyć. Jakoś. Tylko … najłatwiejsza kasa zawsze ma ukryty haczyk. Proszę. Jeśli musisz się wyprowadzić, to pomogę Ci poszukać czegoś. Są inne sposoby na niezależność…

-Co ma Damian do tego? Przez nadmiar pieniędzy skoczył z mostu? - Marcin zakpił.-Spokojnie, ja nie zamierzam skakać. Rany, Anka. - spojrzał na nią z wyrzutem.-Zajebista z ciebie cheerleaderka, nie ma co. Wiele mogłem sobie wyobrazić, ale nie to. Przynajmniej ty nie mówisz, żebym nie startował, bo się zbłaźnię - w jego głosie czuć było bardzo dużo goryczy.-Trochę więcej takiego dopingu, a nie musicie się martwić, że cokolwiek wygram…

Anka schwyciła dłoń Marcina i mocno uścisnęła:

- Oboje wiemy, że się nie zbłaźnisz. Oboje wiemy, że jesteś inteligentny i możesz dokonać co chcesz. Wystartuj w innym konkursie, innej olimpiadzie. Nie w tej. Proszę. Gdybym wiedziała to wszystko wczoraj, powiedziałabym o tym wcześniej. Nie czekała na ostatnią minutę i nie przygotowywała tego cholernego transparentu. Nie jestem Twoim wrogiem. Proszę nie oceniaj tego w ten sposób, nie przez pryzmat oj…. innych osób. O Damianie chciałam pomówić, bo to ...eh… dłuższa historia.

Marcin intensywnie myślał, wpatrzony gdzieś w dal. Nie mogła zajrzeć do jego myśli, ale to, co mówił o przygodach dzisiejszego dnia, musiało mu się złożyć w jakąś całość. Odwrócił się. Kilknaście kroków dalej stał “Jezus”, taktownie czytający mapę kolei w Królestwie Kongresowym w XIX wieku.

-Panie profesorze? - rzucił Marcin. Katecheta skrzywił się.

-Rudawski, ile razy mam ci powtarzać, byś tak do mnie nie mówił? Naprawdę wyglądam ci na profesora?

Marcin mimowolnie uśmiechnął się lekko.

-Tak się zastanawiam… Mówił pan kiedyś o rozeznaniu duchów…

-To jest ten moment, kiedy wszystko, co powiedziałem, zostanie wykorzystane przeciwko mnie?

-Poniekąd… Bo dzisiaj wszystko się tak sprzysięga przeciwko mnie, no, jakby mnie ostrzegało. To może być Prawo Murphy’ego, ale… sam nie wiem - spojrzał niezdecydowanie na Ankę.

-To musi być twoja decyzja - katecheta wzruszył ramionami.-Jedni mówią, że człowiek na łożu śmierci żałuje raczej tego, czego nie zrobił, niż tego, co zrobił, ale to zależy od tego, co się zrobiło - uśmiechnął się ciepło.

-Żądam wyjaśnień - rzucił Marcin do Anki, ale w jego głosie nie było nic żądającego, tylko pełna smutku rezygnacja.-Ale nie tutaj. Chodźmy stąd… Rezygnuję z udziału w olimpiadzie - powiedział “Jezusowi”. Czy na twarzy katechety pojawiła się ulga?

-Jasne. Oczywiście. Powiem organizatorom. Tylko nie ważcie się iść do szkoły - ostrzegł ich.-Mam wolne dzisiaj i nie zamierzam tego marnować.

Kiedy ruszyli do wyjścia dobiegł ich odgłos nadjeżdżającej karetki. Po chwili wparowali ratownicy.

-Gdzie jest ten chłopak? - rzucił do ciecia. Podeszła do nich zapłakana dziewczyna, jedna z tych, co naigrywała się z Pauliny.

-Tam, szybko… On się dusi, pluje krwią…

Szybko dwóch kolejnych ratowników weszło do szkoły z noszami. Oddalając się coraz bardziej, Czernik usłyszała coś o defibrylatorze.
 

Ostatnio edytowane przez Cooperator : 11-09-2016 o 23:39.
Cooperator jest offline  
Stary 29-10-2016, 22:35   #10
Krucza
 
corax's Avatar
 
Reputacja: 23729 corax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputacjęcorax ma wspaniałą reputację
Dochodziła dziesiąta, kiedy Anka wyszła razem z Marcinem z “Sieraka”. Lekarz w karetce stwierdził zgon chłopaka, który naśmiewał się z Magdy. “Jezus” zgodził się spotkać z Anką o czternastej na Freta, w dawnej wieży dominikańskiego kościoła św. Jacka była herbaciarnia. Katecheta wydawał się być nieco zaskoczony pytaniem o spotkanie. Anka zaczynała przyjmować zdziwione twarze już jako pewnik swojej “profesji” i dopisała do telefonu termin i adres spotkania. Przedtem jednak na ekranie komórki zobaczyła, że ma 9 nieodebranych połączeń od Kryśki. Zanim się zdążyła porządnie zdziwić, czemu nie zauważyła tego wcześniej albo, co się stało, dostała SMSa od przyjaciółki.


Cytat:
Zadzwoń do mnie. Żyjesz w ogóle??????
Cytat:
Żyję. Co się stało? Jestem w Sieraku z Marcinem.

Marcin zaś powoli szedł w kierunku swojego samochodu, bardzo używanego Volkswagena Golfa. W otoczeniu dużo lepszych samochodów należących do maturzystów z “Sieraka” wyglądał dość biednie. Niedoszła chreeleaderka szła koło niego wstukując smsa i obserwując kolegę kątem oka. Chłopak emocje trzymał na wodzy, jego opanowanie w przeciągu kilku minut było tak całkowite, że aż niepokojące. Błysk w oku i lekki, złośliwy półuśmieszek, które go charakteryzowały nawet w toku prób niełatwego przecież (w ogóle, a co dopiero dla niego) walca angielskiego teraz zniknęły całkowicie.


-Podrzucić cię gdzieś? - spytał beznamiętnie.


- Marcin, a może skoczymy na jakąś kawę? Opowiem Ci wszystko, co? - pociągnęła chłopaka lekko za rękaw - I ja też mam parę pytań do Ciebie. Dasz radę? - popatrzyła na niego spod ciemnej grzywki.


-Okej. - wzruszył ramionami. Z samochodu wyciągnął kurtkę, naciągnął rękawiczki.- Blisko stąd na starówkę, znam fajne miejsce.


Ance zadzwonił telefon. Kryśka.
Czernik zrobiła przepraszającą minę do Marcina i kliknęła by odebrać połączenie:
- Hej. Co się dzieje? - spytała zaniepokojona.


-Słuchaj, ja przepraszam, że tak wydzwaniam. Totalnie zapomniałam o tej olimpiadzie i jak rano przyszłam do szkoły i widzę - ciebie nie ma, Julki nie ma, Marcina nie ma, to poczułam się nieswojo. Jeszcze w nocy Magda dała taki koncert, tak nam spać nie dała, że w ogóle nieprzytomna jestem… - Kryśka nawijała z prędkością karabinu maszynowego.-Ledwo się dało młodą przekonać, żeby poszła do szkoły, straszne koszmary miała przez całą noc, dostała histerii. Matka użyła argumentu, że jak Paulina przyjdzie do szkoły, to by miło było, żeby miała z kim pogadać. Magda dała się przekonać, że Paulina ma bardziej przejebane od niej. Ale nic, Paulina nie przyszła do szkoły i poczułam się tak, jakby wszyscy zamieszani zniknęli. Dzwoni młoda teraz ciągle do mnie, żebym ją zabrała do domu. Dziwnie jest. W naszej szkole też. Wiesz no, ja ci oczywiście wierzę, że widzisz i słyszysz różne rzeczy, ale kurde, nigdy mnie to jakoś nie ruszyło tak, no, osobiście. Nie bardziej jak po obejrzeniu “Ringa”. A teraz… Tutaj… Też kurde coś jakbym czuła. Czuję jakby się coś na mnie gapiło, w kiblu boję się spojrzeć w lustro, że coś zobaczę… To śmieszne, wiem… Ja nie wiem kurde jak bez telefonów ludzie żyli, przecież bym sfiksowała zupełnie, jakbym nie mogła się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku. Do Mikołaja dzwoniłam, mówi, że Julka też ma za sobą straszną noc, że to miejsce, gdzie się Damian zabił na nią tak podziałało, że ma teraz doła, że to niby jej wina, że nie żyje. I siedziała po nocy rycząc jak bóbr i dopiero jak się zmęczyła to poszła spać. Kurde, Czernik, w życiu bym się posądzała Julki o takie emocje. Zresztą kurde, on się zabił przecież sam. Widziałaś w ogóle, żeby oni rozmawiali ze sobą jakoś bardziej? To jest głupie. Był znowu w szkole ten stary co z tobą gadał wczoraj, ganiał z jakimś wahadełkiem jeszcze godzinę temu po głównym hallu i wpatrywał się w zdjęcia z powstania. - tak naprawdę dopiero teraz zrobiła większą przerwę, by Anka miała szansę odpowiedzieć.


- Spokojnie Kryśka, głęboki oddech. Paulina była z ojcem dzisiaj w Sieraku, ja jestem teraz z Marcinem. Słuchaj cokolwiek czujesz, postaraj się nie dopuszczać tego do siebie, nie poddawaj się emocjom. To się żywi uczuciami. Po szkole zgarnij Paulinę, spotkamy się przed waszym domem. A ja pogadam tutaj z naszym olimpijczykiem i pojade do Julki i Mykoły. - Anka rzuciła spojrzenie na Marcina.


Było strasznie ślisko. Kostka, którą wybrukowano uliczki Nowego i Starego Miasta potrzebowała niewiele, by zamienić się w przyczynę wizyty na SORze lub u ortodonty. Gdy przeszli obok klasztoru dominikańskiego, Marcin wskazał Ance miejsce, gdzie potem miała spotkać się z “Jezusem”, kawiarnię w dawnej kościelnej wieży. W czasie powstania warszawskiego w kościele mieścił się szpital powstańczy, który Niemcy wysadzili z około tysiącem ludzi w środku. Nie odgruzowano potem tych piwnic.


Przeszli przez Barbakan. Pomimo kiepskiej pogody i dnia roboczego, można było kupić tam pamiątki i niskiej jakości rękodzieła. Już stąd słychać było, że staromiejski rynek odwiedzała włoska wycieczka, mieszkańcy słonecznej Italii zawsze krzyczą tak, jakby chcieli, by ich słyszano w Wiecznym Mieście.
Ania dreptała w milczeniu obok chłopaka, czując się jakby była odpowiedzialna za całe zło jakie kiedykolwiek spotkało chłopaka.
Przy samej Świętojańskiej, blisko Krzywego Koła, gdzie w jednej z piwnic rzekomo miał urzędować Bazyliszek, mieściła się kawiarenka. Było to klimatyczne miejsce, ciemne, z dużą liczbą świeczek. Z dziewczyną za ladą, mniej więcej w tym samym wieku co oni, przywitał się Marcin prostym “cześć”. Dziewczyna przyjrzała się ciekawie Ance.


Marcin szedł dalej wgłąb kawiarni, gdzie w rogu pomieszczenia, pod wysoką na metr rzeźbą anioła z dzwonkiem w ręku znajdował się mały stolik. Sączyło się na niego światło z niewielkiego okienka wychodzącego na podwórko - studnię. Przy stoliku siedział na oko trzydziestoletni facet z laptopem, wyglądający na hipstera.


-Ooo, siema, chyba cię podsiadłem, co? - rzucił wesoło do Marcina.-Dawno cię nie było, więc wiesz, stwierdziłem, że mogę to miejsce po tobie odziedziczyć.


-Daj spokój, zmieścimy się, pusty lokal jest- bronił się Marcin.Hipster jednak już złożył laptopa.


-Nie no,stary, umowa to umowa. Co u Andżeliki? Podoba jej się ta Anglia?


Marcin zmieszał się wyraźnie. Hipster dopiero teraz jakby zauważył Ankę i uśmiechnął się dość głupio, szczególnie, że Ania uśmiechu nie odwzajemniła.


-No nic, pozdrów ją przy okazji. - i zniknął na schodach prowadzących do piwnicy.


Marcin powiesił kurtkę na wieszaku stojącym w rogu. Wyglądał na złego na samego siebie.Trzeba było znaleźć miejsce, to je znalazł, ale chyba nie przemyślał wszystkich konsekwencji. Z piwnicy po chwili wyszły dwie licealistki z wielkimi teczkami na prace, najwyraźniej z bliskiego liceum plastycznego. One też znały Marcina, przywitały się, a przechodząc obrzuciły Ankę taksującym spojrzeniem. Czernik zaczęła powoli nabierać dystansu do całej sytuacji.


Marcin poluzował krawat w marynarce. Dalej wyglądał dosyć ponuro.


-Jestem do dyspozycji.
Wyciągnęła papierosy i nie czekając na nic, zapaliła jednego. Przez dym łypnęła na nabzdyczonego chłopaka. Nadal bez słowa wyciągnęła z plecaka kawałek papieru i długopis by szybkimi ruchami dłoni naszkicować krąg ochronny Damiana. Podsunęła papierek ku Marcinowi.
- Możesz mi powiedzieć skąd znasz taki wzór? - obserwowała chłopaka przez papierosowy dym.


-To jest Gwiazda świętego Jana, wpisanie w symbol ochronny wezwania do Logosu, Słowa Bożego - poprawił kilka linii, w środku zaś wpisał słowa alfabetem greckim.-En arche en o Logos kaj o Logos en pros ton Theon kai Theos en o Logos utos en en arche pros ton Theon - i chociaż chyba on tego nie zauważył, dla Anki symbol zaczął się jak gdyby żarzyć.-Na początku było Słowo, i Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo. To swego rodzaju odwołanie się do pierwotnego zamysłu Bożego do nas, do Jego miłości. Jest opisany w kilku książkach poświęconych chrześcijańskim, ortodoksyjnym metodom walki z udręczeniami szatańskimi.


- Domyślasz się oczywiście, że ciekawi mnie sprawa Damiana. Ale to nie jest tylko kwestia jego zabójstwa. To jest dużo większa sprawa niż Ty czy ja czy Damian. - Anka skrótami opowiedziała Marcinowi o odkryciu kręgu ochronnego w domu Damiana, o demonach mających dostęp do jego siostry, rodziny. O powiązaniach między Sierakiem a organizacją Boruty. - Tu chodzi o życie ludzi, konkretnie kilku osób Pauliny, Magdy, moich przyjaciół.
Po części i Twoje, bo chcąc czy nie chcąc jesteś w to zamieszany. Masz oczywiście kilka wyjść: uznać, że oszalałam i wyśmiać i dalej się burmuszyć jakby nagle nic nie miało sensu, albo uwierzyć mi, że nie chciałam Twej krzywdy i pomóc mi. Osobiście wolałabym tę drugą opcję
- uśmiechnęła się krzywo, zapalając kolejnego papierosa.


Marcin nie przerywał Ance, na jego twarzy odbijały się różne emocje.


-Ładnie - skwitował. - Od wczoraj zatem dwukrotnie spotkałaś się z istotami demonicznymi, w ramach obrony mnie przed samym diabłem przekonałaś mnie, bym zrezygnował z olimpiady, a teraz chcesz, żebym cię wsparł w prowadzeniu paranormalnego śledztwa, bo inaczej zginą kolejni ludzie. - spojrzał na nią z lekkim uśmieszkiem.-Zakładając nawet, że ci uwierzę - zarówno ton głosu, jak i wyraz twarzy temu przeczył -nie za bardzo wiem, co mógłbym zrobić. Gwiazda świętego Jana zdecydowanie nie podziałała, miecz nie podziałał. Mam kupę książek na ten temat po dziadku, ale większość z nich jest w obcych językach. Na całe szczęście, nie obraź się, nigdy nie spotkałem nic, co bym zidentyfikował jako szatana we własnej osobie. Zatem chyba poza burmuszeniem - uśmiechnął się -mogę co najwyżej za was się modlić. Jest kilka modlitw na taką okazję. Wiesz, “oblec pełną zbroję Bożą, bym mógł się ostać wobec podstępnych zakusów diabła” - i chociaż Marcin wypowiedział to zupełnie lekko, a nawet z pewną ironią, wyczuć można było moc w jego słowach.


- Może pomodlić się i pomóc nałożyć symbole ochronne w mieszkaniach moich przyjaciół i na nich samych. - Anka postukała palcem w okrąg ochronny jaki lśnił leciutkim blaskiem. - Możesz pomóc z wyszukiwaniem informacji w książkach i znalezieniem tłumaczeń. I przede wszystkim nie pozwolić na przeniesienie książek z mieszkania… te książki są ważne. I ważne jest miejsce ich pobytu.


- Te rzeczy nie podziałały, nie dlatego, że same w sobie są nieprzydatne, tylko dlatego, że wątpliwość lub brak wiary w ich skuteczność zniweczył efekt. A krąg ochronny działał. W mieszkaniu Damiana można to z łatwością wyczuć. Kwestia znalezienia sposobu na wersję przenośną.


Westchnęła:
- Dzisiaj wieczorem spotykam się z kimś. Pójdziesz ze mną? I mimo, że wiem jak to może wyglądać z Twojej strony, to nie próbuję…. - skrzywiła się - … Cię na nic nabierać. Nawet bez uwierzenia mi, zdaje się masz talent. - rzuciła okiem na rysunek.

-Nie wiem, czy będę mógł, ale spróbuję, daj mi adres - odpalił kalendarz w telefonie.-Jeśli chcesz wersję przenośną Gwiazdy św. Jana, to pewnie na dzisiejsze spotkanie byłbym w stanie coś takiego przynieść… Jeżeli będziesz się mierzyć z jakimiś poruszeniami dzisiaj, które chcesz rozeznać, skąd pochodzą, to jest modlitwa, którą mógłbym odmówić już teraz…


Wtedy Anka poczuła na sobie krótkie spojrzenie, krótkie, ale nienawistne. Przez chwilę zamarła już-już mając pokiwać na zgodę głową. Pociągnęła wokół wzrokiem. Spoglądając w tym kierunku, zobaczyła, że przy wejściu do kawiarni stoją dwie niewielkie postacie, przyciskając twarze do szyby, zostawiając na niej krwawy ślad. Wyglądały na nie więcej jak trzynaście lat. Spod poszarpanych spódnic wyzierały kości i ledwo trzymające się ich poszarzałe ciało. W kłębach długich włosów było mnóstwo popiołu. Gorejącym wzrokiem przypatrywały się, ale nie jej - wpatrywały się w Marcina.
Czernik zmarszczyła brwi i zaciągnęła się mocno papierosem. Wydmuchując go cienką nitką zaczęła pleść ciche zaklęcie jak babki - szeptuchy. Zasłaniała dymem Marcina, odgradzając chłopaka przed widokiem zjaw. Sama nie odrywała wzroku od postaci powoli się prostując, na koniec szepnęła zdecydowanym głosem:
- Światłem rozbijam mrok - i z głośnym prztyknięciem zapaliła zapalniczkę.


Chłopak chyba odczuł na sobie to nienawistne spojrzenie, bo rozejrzał się niespokojnie. Przyjrzał się swojej drżącej dłoni. Słowa zaklęcia jednak zadziałały inaczej niż Anka sobie wyobrażała. Przez dym najwyraźniej zobaczył, co na niego czyhało. Gwałtownie odsunął się od stolika i wstał, patrząc na postacie za oknem, które dalej stały, wlepiając się i w niego, i w Ankę, ale w niego szczególnie. Krew spływała po szybie, gdzie dotknęły ją palce i twarze potępieńców, była ona bardzo materialna.


Czernik nieco zaskoczona wynikiem swoich czarów-marów, przyglądała się bacznie Marcinowi.
- Myślę, że to dobry znak na odmówienie tej modlitwy, o której wspomniałeś… - szepnęła półgębkiem.
Pobladła, trzęsąca się wewnątrz z nerwów, zaczęła się rozglądać po pubie próbując znaleźć sposób na odwrócenie uwagi stworów i odegnanie ich. Jedyne co przychodziło jej do spanikowanej głowy to podobny atak na szybę i .... nawrzeszczenie na nie. Podobno najlepszą obroną jest atak… Stanęła przed Marcinem by go zasłonić przed ich wzrokiem. Wpatrując się z zaciętą miną spod ciemnej grzywki w widok jak z koszmarów, powoli zbliżała się do okna, unosząc ramiona by zdawać się większą.
- No dalej, spróbuj tę modlitwę...


Marcin przez dłuższy czas wpatrywał się w blat. Drżącą dłonią położył przed sobą niewielki różaniec. Wolno przeżegnał się i zaczął mówić:


-Staję przed obliczem Jezusa Chrystusa i poddaję się Jego władaniu. Oblekam pełną zbroję Bożą, bym mógł się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. Nie ustąpię przepasawszy biodra prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość. Niosę wiarę jako tarczę, aby zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. Przyjmuję hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże.


Anka od razu poczuła, że ta modlitwa działa, ale blask, który zaczął bić od Marcina wcale nie kojarzył jej się z bezpieczeństwem. To światło było ostre, niemal zimne. Czuła ponadto, że postacie zza szyby wywierają swój wpływ, czuła się przewiercana przez ich wzrok, by sięgnąć dalej, ku Marcinowi.


-W imię Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego, zmarłego i zmartwychwstałego wiążę wszystkie dusze w powietrzu, atmosferze, wodzie, ogniu, wietrze, na ziemi, pod ziemią i w piekle. Udaremniam także wpływ każdej zagubionej i upadłej duszy, która może być obecna i wiążę wszystkich wysłanników siedziby szatana lub sabatu czarownic lub czarowników lub czcicieli szatana, którzy mogą być obecni w jakiś nadprzyrodzony sposób. Proszę o Krew Chrystusa w powietrzu i atmosferze, wodzie, ogniu, wietrze, na ziemi i w jej owocach otaczających nas, pod ziemią i piekle.

Naraz poczuła smród krwi wszędzie, niemal czuła jej smak. Blask kaleczył ją prawię tak samo jak dziecięce upiory. Te spoglądały teraz z jeszcze większą nienawiścią, jak gdyby przylepione do szyby. Anka poczuła przy tym, jakby w jej płucach coś się paliło. Z trudem łapała powietrze.


-W imię Jezusa Chrystusa, zakazuję wszystkim wymienionym przeciwnikom komunikowania się lub pomagania sobie wzajemnie w jakikolwiek sposób lub komunikowania się ze mną lub uczynienia czegokolwiek z wyjątkiem tego, co rozkażę w imię Jezusa.


Ból w płucach rwał coraz mocniej, czuła się przypiekana przez blask spowodowany przez modlitwę, ale naraz stwierdziła, że atak potępieńców zupełnie zelżał. Próbowały odkleić się od szyby na której pojawiły się pierwsze pęknięcia.


Marcin wstał z trudem, ciężko oparł się o stolik. Pot ściekał mu po brodzie, zapach potu niemal przykrył smród krwi. Chłopak spojrzał na upiory i wycedził przez zaciśnięte zęby:


-W imię Jezusa Chrystusa, zamykam we Krwi Jezusa to miejsce i wszystko co jest w nim obecne, całą rodzinę i towarzyszy obecnych tutaj, ich domy, posiadane własności i środki materialne. W imię Jezusa Chrystusa, zakazuję wszystkim zagubionym duchom, sabatom czarownic, grupom satanistycznym i wysłannikom szatana lub jakimkolwiek ich towarzyszom, podmiotom lub zwierzchnikom, ranienia lub dokonywania zemsty na mnie, na mojej rodzinie i znajomych lub przyczynienia się do uszkodzenia lub zniszczenia czegokolwiek, co posiadamy.


Anka poczuła się ogłuszona, w uszach dudnił jej odgłos dzwonów. Serce jej łomotało. Czuła, że coś wypala jej płuca. Marcin, mokry jakby wyszedł z kąpieli, kontynuował już mocniejszym głosem:


-W imię Jezusa Chrystusa przez zasługi Jego drogocennej Krwi, zrywam i niszczę każdą klątwę, zaklęcie, tajemny znak, urok, czar, kajdany, sidła, pułapkę, fortel, kłamstwo, zawadę, przeszkodę, oszustwo, dywersję lub odwrócenie uwagi, duchowy łańcuch lub wpływ, a także każdą chorobę ciała, duszy, umysłu lub ducha umieszczoną w nas lub w tym miejscu lub w jakiejkolwiek z osób, miejsc i rzeczy wymienionych, przez jakiegokolwiek wysłannika lub sprowadzone na nas przez nasze własne błędy lub grzechy - po każdej wymienionej diabelskiej pułapce robił długą pauzę. Mniej więcej w połowie Anka zaczęła kaszleć. Poczuła coś gorącego, co w końcu oderwało się od jej płuc i raniąc jej gardło, przełyk i język mogła wypluć. Był to popiół, nie więcej niż szczypta. Z papierosa...? Przypomniały jej się słowa Tomka: “Nie słyszałem jeszcze o przypadku, żeby takie istoty mogły być widziane przez kogoś, kto sam nie jest przez nie niewolony”. Papieros od Koseckiego?


Poczuła się zupełnie wolna od natarczywego spojrzenia. Na popękanej szybie widziała ślady krwi, ale potępieńców już nie dostrzegała. Nogi uginały się pod nią, czuła się przypalona i od środka i od zewnątrz. Blask spowodowany modlitwą zanikł i zrobiło się zarówno ciemniej, jak cieplej. Marcin wyszeptał niemal z czułością w chropowatym języku:
-Chaire, Marija, kecharitomene, ho Kyrios meta su. Eulogemene sy en gynaiksi, kai eulogemenos ho karpos tes koilias su, Jesus.
Hagia Marija, Meter tu Theu, proseuchu yper hemon ton amartolon, nyn kai en te hora tu thanatu hemon. Amen.



Marcin opadł na krzesło. Wyglądał jakby przebiegł maraton. Spojrzał jednak przytomnie na Ankę, a oczy mu błyszczały.


-Chyba podziałało, co? - uśmiechnął się z dumą. Po chwili jednak na jego twarzy odmalowała się troska.-Dobrze się czujesz?


- Chyba… chy...ba tak - Anka klapnęła ciężko na najbliższym krześle i zacisnęła drżące dłonie - N..nie całkiem dobrze - szepnęła pobladła - Daj chwilę - czuła się dość słabo, jak przedziurawiony balonik, z którego ucieka powietrze. Uśmiechnęła się kurczowo do chłopaka i zacisnęła oczy. - Zaraz… zaraz mi przejdzie.

Nie była tego pewna. Zamknięte powieki miały jej pomóc ukryć prawdę i pozbyć się zawrotów głowy.


Przez dłuższą chwilę nic nie mówiła koncentrując się na uspokojeniu i złapaniu kontaktu z rzeczywistością.


- Dałeś czadu, Marcin. - pokazała chłopakowi wzniesiony kciuk - Przykro mi, że musiałeś się w taki sposób przekonać o “tej drugiej stronie” - zażartowała bez przekonania. - Co to było? - popatrzyła na niego z zastanowieniem starając się ignorować ciekawskie spojrzenia ludzi w knajpce. - Widziałeś tę poświatę?


-Poświatę? - zagapił się na Ankę, nierozumiejąco.-Nic nie widziałem. Ale czułem… ciepło - zastanowił się. Spoglądał dalej na nią z troską.-Podwiozę cię do domu, co? Wyglądasz jakbyś potrzebowała zawinięcia się w koc, kota na kolanach i kubka gorącej czekolady w ręku - uśmiechnął się.


- No.. poświii…- Czernik machnęła ręką. - Ok, podwózka mile widziana. - odpowiedziała uśmiechem, już nie tak kurczowym jak chwilę temu.


-Nie próbujesz za dużo wziąć na siebie? Nawet jeśli te modlitwy pomogą - już stał się sceptyczny co do własnych możliwości? -to przecież wystawiasz się na duże niebezpieczeństwo. Może warto pójść do egzorcysty po prostu?
- Nie znam żadnego, któremu bym zaufała. To raz. A dwa, chyba trzeba by było małej armii. - rzuciła grobowym tonem, zbierając swoje rzeczy. - To przyjedziesz dzisiaj wieczorem? - odwróciła się raptownie w stronę Marcina. - Chyba, że masz ochotę posłuchać tyrady na temat wychudzonych młodych ludzi, zostać nakarmiony rosołem - przypomniała sobie plany obiadowe babci - i kurczakiem w potrawce? Kryśka ma wpaść… - spojrzała na Marcina z oczekiwaniem owijając szalik wokół szyi jak koło ratunkowe.


-Tak, wydaje mi się, że wpadnę wieczorem… - powiedział po dłuższej chwili, kiedy wyszli na ulicę.-Co do rosołu, dzięki, ale chyba potrzebuję trochę czasu dla siebie. Wprowadziłaś sporo mroku w moje życie - dorzucił, a potem dodał szybko -Nie bierz tego zbyt personalnie do siebie. No, ale… muszę pomyśleć.


W samochodzie rozmowa też niezbyt się kleiła.
 
__________________
A God Damn Rat Pack
Niech żyje wolność! Wolność i swoboda! Niech żyje zabawa i dziewczyna młoda...
corax jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166