Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-03-2010, 12:37   #1
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 3136 Redone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputację
[Śródziemie] U pana hobbita za piecem

Słońce, które wydaje się, że jeszcze przed chwilą było wysoko na niebie, teraz powoli kierowało się za niewielkie wzgórza tuż za wioską Tenchwindle. Jego promienie radośnie oświetlały chatki małych hobbitów i zaglądały przez ich okna na przygotowania do podwieczorka. Na palenisku woda zaczynała bulgotać, bo przecież ciastka trzeba czymś popić. W karczmie Boss'a nie było jeszcze sporego ruchu ale kilka osób się zbierało. Syn Holda, jednego z farmerów, wpadł jak zwykle zdyszany do karczmy. Straszny był z niego łobuziak, zamiast pomagać ojcu biegał po okolicy z innymi dzieciakami i tylko rozmyślał komu by tu spłatać figla. Tym razem nie o figle chodziło lecz o informacje, bo taki dzieciak biegający wszędzie, dużo wie. Tym razem miał ciekawą nowinę.





- Panie Bosso! Panie Bosso! Karawana jakaś do naszej wioseczki zajeżdża! Lada chwila tu będą. Ale jaka to karawana! Są tam ludzie, są nawet krasnoludy, a zdaje się też że widziałem elfią damę! Taką jak na książkach!


W karczmie aż nie mogli uwierzyć co to za bzdury dzieciak gada. Dziwna to karawana, co aż tyle ras w sobie ma. Takie karawany przybywają do wioski raz na kilkanaście lat, na ogół wędrują tu tylko hobbity, od czasu do czasu ludzie. Krasnoludy i elfy to rzadkość, po prostu nie mają tu czego szukać. Bo czegóż mogłyby chcieć od małych hobbitów?


Tak czy owak, Bosso miał za chwilę ugościć sporą grupkę osób, miał nadzieję, że wszyscy się zmieszczą. Już widział ten tłok w sali, gdy reszta hobbitów dowie się o karawanie. Każdy będzie chciał popatrzeć na przybyszy. Jakby nie mieli teraz ważniejszych spraw. Chociaż może będą coś wiedzieli o innych wioskach w pobliżu, może one też mają podobne problemy? A może Ci przybysze jakoś będą w stanie pomóc? Po wczorajszej nocy, każdy hobbit w tej wiosce ma tego serdecznie dosyć.


Tymczasem, gdy Bosso przygotowywał karczmę, owa karawana wjeżdżała do wioski. Hobbity gapiły się jakby nigdy w życiu elfa nie widzieli. Bo pewnie i część nie widziała. Większość karawan przejeżdża przez sąsiadującą wioskę, tylko czasem ludzie wybierają przejechać przez Tenchwindle. Każdy był ciekawy czemu akurat tutaj zjawiła się karawana. Było pewne, że większość hobbitów skończy dziś swoje prace trochę wcześniej by udać się do Largo Bosso na kufelek, albo i dwa, jakiegoś dobrego trunku.


Przyjezdni wiedzieli gdzie zmierzają, Finbrad Iomher kierował ich już jakiś czas, i do tej pory ani razu nie zmylił drogi. Tym bardziej, że był tu już kiedyś i nie mógł się doczekać odwiedzin u Jeżynki. Skierowali swe kroki prosto do karczmy, radzi, że w końcu będą mogli odpocząć, posilić się i napić w towarzystwie. Hobbity to przyjazny lud, i na ogół dobrze witali przybyszów. Kufelek piwa i fajka to wszystko co było potrzebne do przyjaznej rozmowy przy kominku karczmy U bosego Bosso.

Cytat:
Karczma "U bosego Bosso" z zewnątrz wygląda jak zwykła hobbicka chatka. Jednak w środku jest trochę inaczej. To dość duża sala, w dwóch rzędach stoją proste dębowe ławy i krzesła. W kącie pomieszczenia znajdują się drzwi prowadzące do spiżarni i pokojów do spania. Na wschodniej ścianie znajduje się kominek, niemal zawsze pali się w nim ogień. W ciągu dnia prawie nie ma gości, dopiero wieczorem schodzą się okoliczni farmerzy i po ciężkim dniu pracy piją schłodzone piwo, paląc fajkowe ziele.

 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 02-03-2010 o 21:54.
Redone jest offline  
Stary 03-03-2010, 11:56   #2
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Pewien lis mieszkający nieopodal Hobbitunu ze zdziwieniem przypatrywał się dość licznej karawanie przemierzającej bezdroże.
- Hoho, krasnoludy, ludzie, a nawet elf – konstatował ze zdziwieniem. – To nie jest zwyczajne, to stanowczo nie jest zwyczajne.
- Masz rację kochany
– elegancka lisiczka z rozłożystą kitą zgodziła się ze swoim zaciekawionym mężem. – Tyle dużych ludzi oraz innych

Zwierzęta miały rację. Trakt północny wiodący od Księżycowej Zatoki na wschód aż do Rivendell należał do słabo uczęszczanych, odkąd Północne Królestwo rozpadło się przed wiekami. Czasem samotny podróżny przemierzał go, czasem rzeczywiście jakąś niewielka grupa, czasem kupiec – ryzykant. Trafiało się także sporo myśliwych oraz dziwnych ludzi o wysokim wzroście i szarych, błyszczących oczach, którzy tygodniami i miesiącami potrafili przemierzać bezkresne przestrzenie w jakimś kompletnie niezrozumiałym celu. Jednak taka karawana składająca się w dodatku z przedstawicieli kilku ras w miarę zgodnie jadących ze sobą … niewątpliwie stanowiła rzadkość. Pani Lisiczka już zastanawiała się, jak opowie o tym kilku koleżankom, których nory znajdowały się nieco dalej na południe od traktu. To była nowina, którą warto było się podzielić …

A karawana szła spokojnie, nieświadoma wpatrujących się w nią zwierzęcych oczu. Być może tylko elfia dziewczyna była świadoma ich obecności, ale nie dawała po sobie poznać.

Drzgrzyk! Nagły chrzęszczący trzask poderwał na nogi i podróżnych zwierzęta, które aż podskoczyły zaskoczone. Okryty płótnem wóz nagle przechylił się, a znajdujące się na nim paki i beczki z winem groźnie zachybotały, jakby miały zamiar polecieć na ziemię.
- Prrr – wrzasnął ludzki woźnica ściągając lejce koni, które nagle mocniej szarpnęły. – Prrrrr! – wrzasnął ponownie, kiedy jego poprzednia komenda nie przyniosła rezultatu.

- Co się stało, Samuelu? – jeden z krasnoludów jadących na drugim wozie podszedł do furmana, któremu udało się wreszcie zatrzymać przestraszone koniki. Wydawał się znać powożącego człowieka i traktować z jaką taką zażyłością.
- Ano, zacny Dorinie, koło strzeliło pewnikiem. Zaraz obejrzę.
Rzeczywiście po chwili dął lejce pomocnikowi, pomocnikowi sam zlazł i zaczął dokładnie oglądać uszkodzoną część.
- Pękła, psia jucha – wskazał na drewnianą szprychę, która przed chwilą strzeliła z takim hukiem, łamiąc przy okazji kawałek obręczy.
- Ludzka robota – skomentował któryś z pozostałych krasnoludów pogardliwie, ale przewodzący grupie Dorin nie podjął docinków.
- Długo potrwa naprawa? – zapytał.
- Naprawić się nie da – objaśnił chłop nazwany Samuelem. Kołodzieja by trza, ale tego to w jakiej wsi by jedynie dało się odnaleźć.
- To co planujesz?
Jak żem gadał. Ano nic narychtować się nie da – pomarkotniał. – Cóżże zrobić, koło zapasowe ci mamże wprawdzie, ale rozładować wóz trza będzie, co by podnieść go nieco, stare, zepsute zdjąć i nałożyć nowe. Ech, pewnie dobrych kilka godzin zejdzie. Alboli nawet dłużej.
- Hm, a dałoby się bez rozładunku? Byłoby szybciej.
- Pewnikiem tak, ale wóz ciężki, jakże go podnieść, skoro towarów wieziem trochę na handel. Beczki winem obciążone lekkie nie są.
- Haha, dla człowieka może, ale tu masz krasnoludy pod bokiem
– zaśmiał się przyjacielsko Dorin waląc w plecy mężczyznę łapą wielką niby bochen chleba i stwardniałą od ciężkiej pracy.

- Hej ho! – czwórka krasnoludów kucnęła pod przekrzywionym wozem napinając mięśnie. Calimenthar, Larandill i poznany podczas podróży łowca, a także kilku innych podeszli przypatrując się ciekawie. Wydawało się niemożliwe podnieść tak obładowany wóz, ktoś tam nawet chciał zabrać się za ściąganie jakiejś paki, ale Dorin go powstrzymał okrzykiem.
- Patrzcie ludzie oraz ty elfia dziewczyno – rzucił dumnie, potem zaś potężne mięsnie napięły się, cztery zaś gardła nagle stęknęły, gdy wóz zadrżał, potem zaś centymetr po centymetrze zaczął wędrówkę do góry.
Reszta patrzyła niemal niedowierzając, zaś Samuel szybko rzucił się przy pomocy furmana zmieniać koło. Po czasie, który pozostałym wydał się niesamowicie długi, wszystko zostało wymienione, zaś krasnoludy zadowolone, patrząc dumnie na resztę, wydostały się spod wozu. Po chwili woźnica krzyknął:
- Hej ho! Wio! – wóz ruszony przez silne mięśnie kasztanka oraz siwka ruszył do przodu odprowadzany ciekawym spojrzeniem lisiej pary.

***

- Oni naprawdę są mali, grubi i bosi – cichutko szepnął elfinie Dunadan – oraz wydają się, no nie wiem, jak to powiedzieć, spokojni – zaryzykował. Kiedy wjeżdżali do wioski rozglądał się ciekawie, ale w miarę dyskretnie. Dorośli hobbici nie mieli aż takich skrupułów, choć też starały się trzymać jaki taki dystans. Ale dzieci to kompletnie nie przejmowały się. Karawana stanowiła atrakcję, jakiej nie widziano od dawna. Młode hobbiciątka radośnie pokrzykiwały biegając przy wozach i wymieniając jakieś uwagi na temat przyjezdnych.
- Ano tak to już jest – przytaknął mu woźnica, który widać usłyszał rozmowę Calimenthara i Larandil. – Te małe hobbisty to dziwny ludek, ale mądry. Siedzą sobie w miejscu i uważają, że głupotą jest szukać czegoś, czego nie ma poza Shire. Też bym chciał z babą siedzieć na chałupie, w polu popracować, a nie jechać, gdzie każą.
- Może tak jest
– skinął Gondorczyk – sensowny może ludek, a ich domy …
- To właściwie norki, przynajmniej tych bogatszych, ale budują także chaty. Nam się mogą wydawać maciupkie, ale dla nich chyba są dobre. Jednak my skorzystamy z gościny karczmy "U bosego Bosso". Rzecz oczywista, to największy budynek Tenchwindle. Tam jest nieco wygodniej, a i sala nieco wyższa, chociaż pewnie dla nas także wyda się niska. Ale co tam, takiego chmielu jak hobbickie piwo dawnom nie próbował. Chętnie sobie strzelę kufelek
.

Woźnica mówił, Calimenthar zaś słuchał, zawsze rady dowiadywać się czegoś nowego. Ciekawe byłoby porozmawiać z nimi. Pewnie wyjdzie w karczmie. Tego dubeltowego piwa też można spróbować, skoro takie dobre. Potem natomiast? Któż, wie, może ruszy z elfią dziewczyną do dalekiego, kuszącego Rivendell, gdzie ponoć zamieszkują elfy pamiętające jeszcze czasy wielkiej Wojny Gniewu. Może poczeka na krasnoludy, które chciały poszukać po okolicy rudy metali? Jeszcze nie wiedział, jak to się rozwinie.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 03-03-2010 o 13:57. Powód: literówki
Kelly jest offline  
Stary 04-03-2010, 15:52   #3
 
Makuleke's Avatar
 
Reputacja: 88 Makuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znany
Kiedy karawana wjechała na ubity trakt wiodący przez Ćwiartkę Północną, wierzchowiec Finbrada radośnie podrzucił głowę, wiedząc, że odpoczynek po długich przeprawach przez bezdroża jest już blisko. Tropiciel, również ciesząc się na myśl o chwili wytchnienia, poklepał konia po szyi.

- Tak Krzemień, znowu parę dni w Shire. Wypoczniemy wreszcie i porządnie zjemy.

To, co opowiadał Calimentharowi woźnica było prawdą. Ten uwielbiający ciszę i spokój ludek nie interesował się w żadnym stopniu tym, co dzieje się w świecie poza granicami jego kraju. A co dziwne - wielkie wydarzenia zewnętrznego świata nigdy nie zaglądały do Shire. Cztery Ćwiartki je tworzące otaczała jakby niewidoczna bariera i dało się to odczuć.
Gondorczyka najwyraźniej bardzo to ciekawiło i Finbrad świetnie to rozumiał - dla człowieka znającego świat po drugiej stronie Baranduiny czy jeszcze odleglejsze kraje na południu czy wschodzie spokój tego miejsca był czymś zupełnie niezwykłym.

- Skorzystamy z gościny karczmy "U bosego Bosso". - zaproponował woźnica. - Rzecz oczywista, to największy budynek Tenchwindle. Tam jest nieco wygodniej, a i sala nieco wyższa, chociaż pewnie dla nas także wyda się niska. Ale co tam, takiego chmielu jak hobbickie piwo dawnom nie próbował. Chętnie sobie strzelę kufelek.

- Rzeczywiście - przytaknął mu myśliwy, który także znał gospodę Largo Bosso. - Chociaż sami niechętnie wyruszają z domu dalej niż na popołudniowy spacer, hobbici zawsze radzi są gościom i lubią opowieści z daleka. A przy opowiadaniu historii nie ma to jak fajeczka ziela, z którego chyba najbardziej ten naród słynie w świecie.

- A jakże - włączył się do rozmowy krasnolud Dorin. - Jak prawił mój dziadunio, to niziołkowie pierwsi nauczyli się nabijać cybuch zielem, ale takich fajek jak spod Samotnej Góry i z Dale nigdzie nie robią - tu z dumą wyciągną rzeczywiście wspaniałą, misternie zdobioną fajkę.

Wkrótce też oczom wszystkich ukazało się Tenchwindle, a nim jeszcze karawana wjechała do wioski, otoczyła ją gromada kędzierzawych głów. Widok był zaiste rozczulający, ale mimo to Finbrad odpędzał co zuchwalsze maluchy sięgające, z niemałym co prawda trudem, do jego juków. Reszta podróżnych - jak na przykład krasnoludy - kwitował to zamieszanie śmiechem, przedrzeźniając dzieci albo dla żartu strasząc je groźnymi minami. Inni natomiast, którzy byli tu po raz pierwszy, przyglądali się ciekawie hobbickim norkom z okrągłymi drzwiami i oknami. I tak, pośród ogólnego zainteresowania mieszkańców wioski, karawana dotarła pod drzwi „Bosego Bosso”.
Finbrad zeskoczył z siodła i sam zaprowadził Krzemienia do stajni, rozkulbaczył i nakarmił, po czym udał się do głównej sali, w której zasiadła już reszta kompanii. W karczmie również pełno było hobbitów, wypytujących się podróżnych o drogę i o cel wędrówki. W tej gromadzie Finbrad nagle dostrzegł znajomą pyzatą twarz.

- Jeżynka! - krzyknął. Nazywany tak hobbit od razu spojrzał w jego stronę. - Jak się trzymasz bracie? Co u ciebie? - zapytał, ściskając dłoń przyjaciela.
 
Makuleke jest offline  
Stary 07-03-2010, 12:45   #4
 
Kirholm's Avatar
 
Reputacja: 299 Kirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skał
Coś niebywałego. Amdris siedział właśnie w domku ćmiąc fajkę i przeglądając oprawioną w wytartą skórzaną okładkę, gdy z podwórza dobiegły piszczące głosy hobbickich latorośli. Te młode urwisy biegały po głównych uliczkach wioski nawołując mieszkańców do wyjścia z domów.

Co się dzieje?” – pomyślał Amdris, wyjął z ust fajkę i ociężale wstał od stołu. Nim progi swego domostwa opuścił, wsadził jeszcze do ust kawałek sera i nałożył płaszczyk. Oślepiły go promienie słońca, dlatego zmrużył oczy i czym prędzej do tawerny się skierował, gdyż ku jego uciesze tam większość niziołków się kierowała.

- Karawana! Karawana jedzie! – krzyczały rozwydrzone dzieciaki energicznie gestykulując rękoma. Amdris zdziwiony uniósł brwi i przyspieszył kroku. Faktycznie, z oddali dało się zobaczyć zaprzężone w piękne rumaki koniki i siedzące na nich postaci, lecz jakoż Amdris sokolego wzroku nie posiadał, w żaden sposób nie potrafił owych przybyszy określić. Choć najprawdopodobniej byli to młodzicy z wioski pilnujący rumaków.

Chyżo mknął na wieczerzę do oberży. „Może poczciwy Bosso przygotuje coś specjalnego na dzisiejszą okazję? Wyborny z niego kuchcik
Pchnął drzwi i w głównej izbie się znalazł. Już pachniało tu pieczonym, obsypanym aromatycznymi ziołami mięsiwem. Hobbit więc radośnie się uśmiechnął i ku szynkwasowi ruszył.
- Hej, drogi Bosso! Czubate piwo dla mnie!

I wtem uradował się niezmiernie, bowiem w kącie oberży, przy okrągłym oknie siedział jego wyborny przyjaciel, wspaniały myśliwy Finbrad.
- Jeżynka! - krzyknął. Nazywany tak hobbit od razu spojrzał w jego stronę. - Jak się trzymasz bracie? Co u ciebie? - zapytał, ściskając dłoń przyjaciela.
Jak miód lany na serce, tak wielce Amdris się radował. Przeżyli razem wiele wspaniałych chwil i spożyli równie wiele znakomitych posiłków. Przyjaźnie się utulili, a hobbit dosiadł się do stolika. Rezolutny syn karczmarza przyniósł niebawem napoje i Amdris pociągnął z kufla. Piwo smakowało wspaniale, zresztą jak zawsze w tej cnej tawernie.

- Ach, drogi Finbradzie, dawno się nie widzieliśmy. Przyjdzie czas na moje gawędy o życiu w wiosce tudzież twe opowieści ze szlaku, ale przyznam iż wolałbym ich wysłuchać w zaciszu domowego ogniska ćmiąc fajkę i pijąc herbatkę. Nie muszę chyba mówić, iż tak zacny gość jak ty, łowco, zawsze ciepłe posłanie i miękkie łoże u mnie zastanie. Moja norka dla Ciebie zawsze otworem stoi – znów pociągnął z kufla i wytarł nadgarstkiem piankę która ostała się na jego wąsikach - Powiadaj, cóż to za karawana do wioski przybywa? Dzieciaki między chałupami latają i o wieściach najnowszych rozgadują. Opowiadaj, byle chyżo.

Nim Finbrad wskazał palcem wesołą gromadkę stołującą się niedaleko szynkwasu, Amdris szeroko wybałuszył oczy. Dojrzał właśnie kompanię krasnoludów i elfów. Niebywałe. Gości tak znamienitych dawno Techwindle nie widziało. Chyba grubsza afera się szykuje.
Hobbit widział już w życiu przedstawicieli ras innych niż ludzie i niziołki, acz obecność takowych zawsze napawała go ciekawością i swoistym entuzjazmem.
- Wiesz po co przybyli? – odezwał się Amdris przechylając kufel i dopijając piwo.
 

Ostatnio edytowane przez Kirholm : 08-03-2010 o 14:05.
Kirholm jest offline  
Stary 07-03-2010, 20:05   #5
 
Lhianann's Avatar
 
Reputacja: 1561 Lhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłośćLhianann ma wspaniałą przyszłość
Droga z Szarej Przystani do Rivendel nie była ani krotka ani łatwa. Nie w tych czasach...
Błogosławieństwem Valarów wręcz zdała się możliwość dołączenia do karawany kupieckiej zdążającej do Shire,a potem do Brill. Głównym gwarantem bezpieczeństwa wędrowców była obecność grupy krasnoludów chcących najwyraźniej odkryć nowe złoża rud metali.
Na razie Larandill nie wiedziała jak będzie wyglądać jej podróż z Shire do Rivendell, ale prawdą było, że będzie mieć już ponad połowę drogi za sobą.
Calimenthar okazał się dobrym towarzyszem wędrówki, z wielkim zaciekawieniem oglądał to, co dla wychowanego w odległym Gondorze człowieka bywało całkiem nowe.
Ona sama już przemierzała już szlak jakim podróżowali, lecz w zupełnie innym towarzystwie. A to było nowym, niezwykłym doświadczeniem.
Sama podroż nie obfitowała w atrakcje, co według Lary było tylko plusem. Jeśli nie liczyć drobnego problemu z uszkodzonym kołem, to wręcz można by powiedzieć, że droga była bardzo spokojna.
W samym Tenchwindle nigdy nie była, ale krajobrazy Shire wraz z jego mieszkańcami trudno było z czymkolwiek innym pomylić.
Niziołki były niezwykle sympatycznym narodem, wydawało się, że do mieszkańców Ćwiartek nie mają dostępu smutki czy zgryzoty.
W tym miejscu było coś, co sprawiało, że nawet najbardziej spieszący się wędrowcy przystawali i zwalniali tempo.
Elfka z uśmiechem przyglądał się biegającym wokół ich kawalkady niziołczym dzieciom, których kędzierzawe główki zdawały się pojawiać wszędzie wokół.
Szczerze mówiąc zaczynała coraz silniej odczuwać potrzebę kąpieli i noclegu w łóżku.
 
__________________
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I'm home again
Dear diary I'm here to stay
Lhianann jest offline  
Stary 10-03-2010, 08:30   #6
Lady Redone
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 3136 Redone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputacjęRedone ma wspaniałą reputację
Karawana w końcu dojechała na miejsce odpoczynku. Karczma zachęcała już od wejścia pięknymi zapachami, będzie się tu można posilić, porządnie popić i poplotkować. Kto jak kto ale hobbity były zawsze ciekawskie. Co baczniejszy obserwator mógł zauważyć, że mieszkańcy nie są tak radośni jak zwykle, niektórzy patrzeli nawet podejrzliwie zza swoich okrągłych okienek i wcale nie wychodzili z norek.


Co innego w karczmie, tu życie dosłownie tętniło. Ledwo weszli przyjezdni a już zebrał się tłumek miejscowych. Główna sala wypełniła się głosami, czasem nawet śmiechem, który jednak szybko przygasał. Część hobbitów wydawała się podenerwowana i co chwilę wyglądali za okienka karczmy.


Bosso zaserwował każdemu zamówione dania, a było w czym wybierać, jego zona to świetna kucharka. Syn uwijał się roznosząc dania i kufle oraz zabawiając gości. Przy przyjezdnych zatrzymywał się zawsze chwilę dłużej, jakby żałując że z powodu pracy nie może podsłuchiwać rozmów jak reszta hobbitów. Krasnoludy rozsiadły się i od razu zabrały do picia śmiejąc się na całe gardła z co lepszych opowiastek. Na szczęście pokojów starczy dla wszystkich.

[media]http://81.177.158.203/lofi/434/08-Slingshot.lofi.mp3[/media]
 
__________________
Courage doesn't always roar. Sometimes courage is the quiet voice at the end of the day saying, "I will try again tomorrow.” - Mary Anne Radmacher

Ostatnio edytowane przez Redone : 12-03-2010 o 21:36.
Redone jest offline  
Stary 13-03-2010, 13:02   #7
 
Kirholm's Avatar
 
Reputacja: 299 Kirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skałKirholm jest jak klejnot wśród skał
Amdris osuszył kufel piwa i uśmiechnął się szeroko. Dawno nie widział w wiosce tak znamienitych gości jak krasnoludy czy zręczne i piękne elfy. Co prawda obecność przybyszy nie dziwiła go tak bardzo jak pozostałych biesiadników, acz i tak nachodziły go pytania, czemuż to zawitali to Techwindle. Utkwił wzrok w karczmarzu, którego syn niebawem przyniósł mu kolejne wypełnione złocistym trunkiem naczynie. Zastanawiał się, czy przybycie karawany miało powiązanie z ostatnimi wydarzeniami, gdyż jak twierdził nic nie dzieje się przez przypadek i nie wierzył w zbieg okoliczności.

Dotychczas troski, które dotknęły Techwindle, nie wybiegały poza teren wioski, jednakże Jeżynka uznał, iż czas powiadomić przybyszy o przedziwnych wydarzeniach. Możliwe, że wiedzą to i owo i dowie się ciekawych informacji tudzież znajdzie odpowiedzi na nurtujące go pytania.
Kiedy wszyscy cni goście rozsiedli się wygodnie przy stole czekając na pachnące jadło, hobbit raz jeszcze zastanowił się, czy powinien niepokoić gości. Dopiero co przybyli, należy im się spokój, wieczerza i sen. Zapewne woleliby usłyszeć zabawne opowieści i pocieszne legendy. Chyżo jednak Blackberry odrzucił od siebie takowe myśli. Mimo wszystko od beztroskiej gawędy, ważniejsze było bezpieczeństwo. Zapewne takowe, uczestnicy karawany cenili sobie najbardziej. Nachylił się więc nad kuflem, zebrał myśli i rozpoczął opowieść.
- Dostojni goście! – zaczął donośnym głosem, tak aby przekrzyczeć gwar oberży i wesołą muzykę – Cne krasnoludy, piękne elfy, drogi przyjacielu Finbradzie – tu z uśmiechem na ustach spojrzał na siedzącego po jego prawicy myśliwego – a wreszcie mili hobbici, sąsiedzi!

Gwar w tawernie ucichł, nawet Bosso zaprzestał wykrzykiwania do synów. Oczy wszystkich biesiadników zwrócone były ku otyłemu Niziołkowi. Ten ździebko zdenerwowany postukał palcami o blat stołu, ale niebawem wznowił wypowiedź.
- Zacnemu hobbitowi, zapewne nie wypada nękać zmęczonych gości, swymi troskami i smutkami ciążącymi na sercu! Zapewne słusznie uznacie to za brak kultury i taktu, możliwe. Jednakże, drodzy sąsiedzi, podjąłem decyzję. Bezpieczeństwo karawany, a właściwie nas wszystkich, jest najważniejsze! – hobbici spoglądali po sobie, goście wyraźnie się zaciekawili, żona Bosso wyszła z kuchni by również przysłuchiwać się opowieści – Szanowni goście, cni przyjaciele. Nie jestem rad, musząc opowiadać o straszliwych wydarzeniach, które ostatnimi czasy nawiedziły naszą wioskę. Otóż, wiecie zapewne, że hobbit preferuje spokojne życie, nasz skromny lud nie lubi przygód i mrożących krew w żyłach sytuacji. Wolimy hulanki, uczty i spokojny sen. Jednakże ostatnimi czasy, ktoś spróbował naruszyć równowagę panującą w Techwindle. I niestety, ta sztuka mu się udała. Otóż, pewnej nocy, ktoś z zimną krwią napadł na farmę zacnego Fundera. Funder – hobbit, jak malowany. Żadnych zatargów z nikim nie miał. Napastnicy skradli nasze cenne zapasy, których tak ostrożnie pilnujemy po klęsce nieurodzaju sprzed lat! Pozwólcie jednak, drodzy goście, iż nie będę wracał do tych okropnych czasów. Rada wioski uznała, iż był to jednorazowy wypadek, jednakże mylili się niestety!

Po dwóch spokojnych nocach, nastąpił kolejny niespodziewany atak. Tym razem, podli szubrawcy ośmielili się użyć broni. Ofiarą stał się kolejny zacny hobbit, czyli Wegoel. Własną piersią chciał obronić swój dobytek, mało tego pomagali mu lojalni służący. Pech chciał, że obaj zostali ranni, i to ciężko! Strach obleciał całą wieś, odtąd rodzice nie puszczają swych latorośli na podwórze po zmroku, wzmożone zostały środki ostrożności. Niektórzy farmerzy boją się zasnąć. I się im nie dziwię. Zaprawdę powiadam podejrzewaliśmy, że ktoś znalazł legowisko w opuszczonej wieży maga, lecz dotychczas rezydowały tam jedynie przebrzydłe i sprytne gobliny. Jednakże, to nie one dokonały tychże zbrodni. Mamy pewność, że farmy napadli ludzie. Może również zagnieździli się w tutejszym lesie, kilku hobbitów widziało jeźdźców w szaleńczym galopie pędzących w tamte strony.
To nie koniec historii, wybaczcie, iż wciąż was nękam tymi pełnymi trwogi słowami. Ostatniej nocy nastąpił kolejny perfidny atak. Sprawców było trzech, dzierżyli miecze i łuki. Ucierpiał znakomity hobbit, Pilu się zwący. Brak podejrzeń. Chociaż może ma ze sprawą związek kupiec, którymi ostatnie dni spędził w Techwindle. Z początku nie miał mamony na nasze towary, a potem odjechał z artykułami, które ponoć sprzedał mu jakiś mag. Oczywiście, w dzień ataku na farmę. Co o tym sądzicie, zacni goście?
 
Kirholm jest offline  
Stary 15-03-2010, 12:28   #8
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7203 Kelly ma wyłączoną reputację
Calimenthar rozglądał się ciekawie po gospodzie, chociaż pewnie hobbici budzili w nim identyczne zaciekawienie, jak ich niewielka grupka, w nich. Och, Gondoryjczyk nie miał złudzeń, że to on stanowił clou atrakcji gospody "U bosego Bosso". Raczej była nią jego towarzyszka. Wprawdzie szczupła, atrakcyjna dziewczyna zapewne w ich oczach nie mogła się równać z przaśnymi, okrąglutkimi mieszkankami Shire. W jego oczach wyglądało to zdecydowanie inaczej, ale hobbitom się trochę nie dziwił. Jaki chłop chciałby ożenić się z dziewczyną przewyższającą go wzrostem o półtorej głowy i na tyle delikatną, że w łożu trzebaby chyba stosować specjalne środki bezpieczeństwa, czy rozwagi, żeby jej przypadkiem nie skrzywdzić swym solidnym niziołkowym ciężarem? Dlatego może nie sama uroda elfiny, ale jej wyjątkowość oraz nieuchwytny posmak obcości nie pasującej już do krain Śródziemia, pobudzały ciekawość miejscowych. Z tego, co zdołał się dowiedzieć od Finbarada, byli to ludkowie prości oraz konkretni, ale nawet wśród nich tak rzadki gość, jak elf, stanowił miłe oderwanie się od codzienności.

Ale nawet taki solidny naród miał swoje problemy. Hobbit, którego Finbarad nazwał Jeżynką niezwykle sugestywnie przedstawił kłopoty, które nękały ich osadę. Calimenthar musiał przyznać, że hobbit miał niemałe zdolności w zakresie przemówień. Siedzieli sobie po kilku kufelkach spodziewając się jakiejś opowieści niezwykłej lub pieśni miejscowego waganta, tymczasem on wspomniał prawdziwa historię, która realnie działa się tu i teraz właśnie. Zrobił to przy tym tak doskonale, że mimo początkowej rezerwy Dunadan mimowolnie został wciągnięty w cała sprawę i odruchowo zaczął myśleć nad możliwością rozwiązania. To było pewne, że hobbici, nienawykli do takich wypadków, jakie miały miejsce na farmach Fundera, Wegeola i Pilu. Ba, większość spośród nich nie widziała nawet powodu, żeby zamykać drzwi na noc, czy po prostu wychodząc gdzieś. Wprawdzie on tez nie zajmował się takimi sprawami, ale jego miecz mógł się w tym zakresie przydać.

- Chciałem poznać hobbitów? - zastanawiał się. - Cóż więc lepszego, niżeli wziąć udział w całej sprawie? Pomoże się tym zacnym ludkom, a i będzie okazja do zaspokojenia własnej ciekawości. Tyle że – ocenił – mój miecz to trochę mało. Napady nocą się dzieją, bystrookie więc spojrzenie elfiej dziewczyny byłoby niezwykle przydatne. Do wytropienia zaś śladów, jak nic pasowałby Finbarad, który pewnie ma, jak nikt, nocą do takich spraw. Do tego dodajmy jeszcze jednego, czy dwóch miejscowych, znających okolicę i w takim zespole podjąć by się można wytropienia owych rozbójników.

Ale to było coś jeszcze. Ta spokojna osada, miejsce, w którym nigdy nic się nie działo, nagle zamieniło się w coś niepewnego, gdzie, jak zauważył Jeżynka, rodzice bali się wypuszczać dzieci po zmroku na podwórko. Dziwne. Akie wydarzenia na pograniczu gondorsko – haradzkim mogły stań na porządku dziennym, ale wśród spokoju tej sennej oazy, wydawały się czymś szczególnym

- Mathon vorn ... - (Wyczuwam ciemność) – szepnął do siebie po sindarińsku tak cicho, że zapewne tylko czuły słuch elfiej dziewczyny mógł usłyszeć te niepokojące stwierdzenie.
- Chętnie pomógłbym naszym gospodarzom – powiedział po chwili do elfiny i tropiciela. - Jeżeli przyłączyłby się do nas jeszcze ktoś dobrze znający miejscowe ścieżki, może dalibyśmy radę uchronić tych biedaków przed następnymi napadami.
 
Kelly jest offline  
Stary 18-03-2010, 16:36   #9
 
sickboi's Avatar
 
Reputacja: 684 sickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwusickboi jest godny podziwu
Pan Blanco Twofoot oddawał się właśnie swojemu ulubionemu zajęciu- gotowaniu. Zresztą w całym Shire ze świecą szukać hobbita, który nie przepada za kuchnią i roztaczającymi się tam zwykle zapachami. Wszyscy przecież lubili smacznie i suto zjeść, a choć każda osada posiadała własną karczmę to tubylcy woleli przychodzić tam nie w porze obiadowej, lecz dopiero wieczorami na łyk gorzkiego stoutu czy słodkawego ale’a. Rzecz jasna degustacja tak zacnego trunku jak piwo nie mógł się obyć bez kilku pyknięć z fajeczki oraz śpiewów i opowieści, w czym mieszkańcy Shire nadzwyczaj się lubowali. Wróćmy jednak do imć Twofoota i jego przestronnej, dobrze oświetlonej kuchni, w której roztaczał się zapach świeżo startej pietruszki i pieczarek. Hobbit krzątał się przy garach wciąż ocierając łzy po krojeniu cebuli. Postronny obserwator mógłby to uznać za normalne, ale każdy, choć trochę znający Blanco, od razu wiedziałby, że coś jest nie tak. Nie możliwym przecież było, iż niziołek cieszący się opinią najlepszego kucharza w Tenchwindle( oczywiście nie licząc pani Bosso) popełnił tak szkolny błąd i pozwolił by kłujące opary dostały się do jego oczu.

Wszystkiemu winne były ostatnie zajścia w niewielkiej i spokojnej wioseczce zamieszkałej przez beztroskich hobbitów. Wszystko zaczęło się ledwie kilka dni temu od ataku na jednego z miejscowych gospodarzy, niejakiego Fundera, personę stateczną i cieszącą się powszechnym szacunkiem wśród innych. Sielski nastrój panujący dotychczas w Tenchwindle pękł jak bańka mydlana, a co gorsza ataki się powtórzyły. Farmy Wegoela, a potem Pilu były następnymi celami złoczyńców. Blady strach padł na pokojowo nastawionych hobbitów, zwłaszcza że za wszystkim stali Wielcy Ludzie. Biedny Blanco był tym bardziej zdenerwowany, gdyż wszystkie poprzednie ofiary były jego bezpośrednimi sąsiadami. Nie bezpodstawnie, więc obawiał się o swoje zdrowie i majątek. Stąd też tak nieostrożnie obszedł się dzisiaj z cebulą, a mało brakowało i przypaliłby gotowaną właśnie zupę pieczarkową!

-Ech, drogi Blanco, gdyby Cię teraz tylko ojczulek widział- mruknął do siebie ściągając z ognia rozgrzany do czerwoności garnuszek pełny wspaniale pachnącej potrawy.

Wnet na niewielkim dębowym stoliku pojawiła się miska oraz stalowa łyżka. Pan Twofoot z zasępioną miną zasiadł na zydlu, który zaskrzeczał pod ciężarem hobbita i niezbyt ochoczo zaczął jeść. Ten niespodziewany cios, jaki spadł na Tenchwindle strasznie go trapił i nawet jedzenie nie było wstanie poprawić mu humoru. Zostawiwszy zupę prawie nietkniętą Blanco wyszedł na ganek swojego domostwa, nabił fajkę i zaczął palić. Co jakiś czas z jego ust wydostawały się równiutkie kółka dymu, które lawirowały nad głową niziołka by po jakimś czasie rozmyć się w powietrzu. Już po pierwszym pyknięciu Twofoot poczuł się znacznie lepiej. W cudowny sposób ziele z południowej Ćwiartki ukoiło jego skołatane nerwy, a nawet pozwoliło wierzyć, że problem jakoś się rozwiąże. Jak na zawołanie do wioski wjechała właśnie karawana. Ależ cóż to był za przejazd! Wozy pełne krzepkich krasnoludów, dumni ludzie i owiana mgiełką tajemnicy elfia pani. Szczególnie ona zwróciła uwagę Blanco swoją dostojnością i pięknem. Niziołek po raz pierwszy w swoim życiu widział, bowiem jednego z Eldarów i z miejsca został oczarowany. Z szeroko otwartymi ustami spoglądał na podróżników, którzy niespiesznie zmierzali w kierunku gospody. Pan Twofoot oprzytomniał dopiero, gdy za ostatnim z przybyszów zamknęły się mocne, okrągłe wierzeje. Pchany przedziwną mocą w pośpiechu opróżnił fajkę, nawet jej nie czyszcząc, na plecy wrzucił żółtą kamizelkę i ruszył do „U bosego Bosso” z wypiekami na twarzy.

W środku raczej z przyzwyczajenia, niźli z potrzeby zamówił kufelek zimnego stouta i zanurzył usta w kremowej pianie. W karczmie było wyjątkowo spokojnie, pewnie za sprawą tak niecodziennych gości. Bodaj jedynym hobbitem, który zdawał się nie ukazywać większego zdziwienia był sam Bosso, jak zwykle zabiegany i usługujący gościom. Reszta z ciekawością, ale i nutką nieufności spoglądała raz po raz w kierunku podróżników. Wtem donośnie ozwał się imć Blackberry. Cała karczma z uwagą słuchała słów hobbita, a gdy skończył kilkadziesiąt par oczu skierowało się w stronę elfiej damy, od której pan Twofoot nadal nie mógł oderwać wzroku, i dwóch towarzyszących jej ludzi.
 

Ostatnio edytowane przez sickboi : 18-03-2010 o 21:59.
sickboi jest offline  
Stary 19-03-2010, 23:02   #10
 
Makuleke's Avatar
 
Reputacja: 88 Makuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znanyMakuleke wkrótce będzie znany
- Wiesz po co przybyli? – zapytał Amdris przechylając kufel i dopijając piwo.
Finbrad również uniósł swój kufel i z przyjemnością schłodził gardło po wielu dniach spędzonych z dala od dobrodziejstw osiadłego życia. Nigdzie nie zagrzewał miejsca na długo, ale takie właśnie powroty i chwile odpoczynku najbardziej go cieszyły.
- Różnie przyjacielu - odpowiedział. - Jedni z nich - kupcy i w większości ludzie, zmierzają do Bree a może i dalej, za Wielką Rzekę - myśliwy wiedział, że takie odległości dla hobbita są niczym więcej jak czczym wymysłem, ale wiedział też, że robią na nim niemałe wrażenie. - Krasnoludy zaś poszukują niedaleko Shire miejsc, gdzie mogłyby wydobywać metal.
Tropiciel jeszcze przez chwilę powtarzał Jeżynce to, co usłyszał od towarzyszy podróży o dalekich krajach i o tym, co ich sprowadza w te strony, nie zdążył jednak wspomnieć jeszcze ani o Calimentharze ani o Larandill, kiedy Amdris podjął wątek tego, co ostatnio miało miejsce w spokojnej okolicy Tenchwindle. Dla Finbrada było to coś niemal tak szokującego, jak dla przywykłych do spokoju i ciszy niziołków. W odróżnieniu jednak od nich na takie wieści myśliwy nie zareagował paniką lecz raczej gniewem. W pewien sposób czuł się związany z tym miejscem - w Shire od kiedy pamiętał, niemal zawsze wszystko toczyło się swoim rytmem i jeśli coś tutaj działo się nie tak, to wyglądało to szczególnie źle.
„Przecież oni tutaj nawet nie wiedzą, jak mają się bronić przed tymi bandytami. Trzeba będzie temu jak najszybciej zaradzić” - pomyślał tropiciel.
W chwilę później zwrócił się w jego stronę Calimenthar i powiedział:
- Chętnie pomógłbym naszym gospodarzom. Jeżeli przyłączyłby się do nas jeszcze ktoś dobrze znający miejscowe ścieżki, może dalibyśmy radę uchronić tych biedaków przed następnymi napadami.
Finbrad spojrzał się najpierw na niego, potem na Larandill. Taki plan rzeczywiście mógł się udać - jeśli zebrałaby się ich chociaż garstka, to i tak mogli stawić opór rabusiom i przepędzić ich z Tenchwindle.
- Na mnie możesz liczyć - odrzekł. - Wiem, gdzie znajduje się stara wieża, dobrze by jednak było znaleźć jeszcze kogoś do pomocy. Nikt z karawany zapewne do nas nie dołączy, więc trudno - trzeba będzie znaleźć kogoś z miejscowych. Nie pomogą zbytnio w walce, ale bandytów można często odstraszyć samym oporem.
Po tych słowach wstał z ławy i rozejrzał się po całej izbie.
- Drodzy nasi gospodarze - zaczął. - Opowieść mojego druha Amdrisa bardzo mnie zasmuciła i zaniepokoiła. Niektórzy z was mnie znają i wiedzą, że nigdy nie przechodzę obojętnie obok nieszczęścia innych. Nigdy też nie miałem pobłażliwości dla rabusiów i grasantów, dlatego wraz z moim towarzyszem, zasiadającym obok Calimentharem, postanowiliśmy pomóc wam na miarę naszych możliwości. Choć jednak dwóch to już jakaś siła, przydałoby się jeszcze kilka par oczu i rąk do znalezienia i przegnania bandytów. Wiedzcie, że nie będzie to ani łatwe ani bezpieczne dla kogokolwiek z nas, ale bez waszej pomocy małe są szanse, że nam się uda.
 
Makuleke jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:17.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169