Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 08-05-2008, 14:55   #1
 
Pan Starosta's Avatar
 
Post [DP] Swawole Panów Braci

"Kto szlachcic, abo Panów Graczy przedstawienye"




Imć Błażej Kazimierski h. Bibersztyn, najmłodszy syn podczaszego głogowskiego Mikołaja Jana Kazimierskiego, pan na Chyżnem.

Zawołany bibant i zawadiaka, a przy tem wielce śmiały i honorowy szermierz, wielki miłośnik wdzięków niewieścich.


Razu pewnego na sejmik Tenczyński zajechawszy pan Błażej wyzwał na pojedynek jakowegoś Niemca, któren to pludrak umyślił sobie że po Polsku potrafi gadać i dalej bezwstydnie swoje umiejętności walki rapyerem ją zachwalać kalecząc przy tym szpetnie mowę ojczystą.
Takoż już pojedynek miał się rozpocząć, gdy pan Błażej dziewkę jakąś w karczmie zdybawszy całą noc z nią spędził o szlachetnej sprawie całkiem zapominając.

Rano, gdy złość panu Błażejowi przeszła przyszli pachołkowie o powód jego absencyi dopytywać, a ten im rzekł w te słowa: "okrutnie żem zmęczony, bom całą noc wroga na szablę nabijał, niech więc i pludrakowi dziewkę przyślą skoro taki w bodzeniu rapierkiem wprawny!"

Zaiste, niewyczerpana u pana Błażeja fantazya szlachecka…jego zdrowie!


__________________________________________________ ___________


Imć Jacek Małachowski h. Rawicz, syn Jana Małachowskiego, żołnierza tyleż znakomitego, co okrutnego.



Pan Jacek jak i ojciec, okrutnik straszliwy i gwałtownik nieprzejednany, chociaż szpetnego wzrostu i marnej kondycyi (aby od długów się ratować majętności swoje musiał żydom przedać) że chociaż szlachcic to wygląda jakoby się gdzie sposobił pańszczyzną odrabiać.

Ale po prawdzie, pierwszy on w szabli i nie wielu jest takich którzy pola mogą mu dotrzymać.
No, chyba że który z braci Leszczyńskich co ogromnie parol na pana Jacka zagięli, śmierć mu obiecując, po tym jak ten po pijaku w trakcie zwady karczemnej usiekł najstarszego z nich- Mateusza…
"Waść to chociaż piwo dopij, bo jak cię posiekam to już tak dobrze może ci nie smakować!"- opowiadali niektórzy, że Mateusz takie to słowa tuż przed śmiercią z ust pana Jacka usłyszał.

Zaiste, ma pan Jacek fantazyę…jego zdrowie!


______________________________________



Imć Paweł Żebrowski h. Wieniawa, syn pułkownika Stefana Żebrowskiego, któren moc zasług oddał ojczyźnie walcząc ze sprośnym szwedem o Inflanty.


Wielce dumny jest pan Paweł, nie ustąpi drogi nikomu kogo nie uzna za godniejszego od siebie, a zaprawdę nie wielu takich potentatów się znajdzie, przed którymi pan Paweł pierwszy uchyli czapki.
Ale dumy swej ma oczywiste powody, żołnierz to wyborny i znakomity strzelec, któren rzadko chybia celu.

Zważcie sobie waszmościowie, jak pewien łyk na rynku w Poznaniu wychyliwszy kilka garnców piwa nabrał pewności siebie i począł ubliżać panu Pawłowi że to nie przystoi szlachcicowi z łukiem na plecach paradować, bo broń to wielce nieskuteczna i przestarzała.
Pan Paweł że tegoż dnia był w dobrym humorze- a i natury jest wesołej- posłał łykowi strzałę prosto w zad! i w te słowy rzecze: ”a dajcież mi tu szybko rusznicę!...Zaraz to mój przyjacielu porównacie, kiedy was bardziy zaswędzi!”

Zaiste, wielkiej fantazyi to szlachcic…jego zdrowie!
 

Ostatnio edytowane przez Pan Starosta : 11-05-2008 o 12:18. Powód: Połączenie dwóch, bo skasowanie pierwszego powoduje skasowanie tematu.
Pan Starosta jest offline  
Stary 11-05-2008, 17:56   #2
 
7raul7's Avatar
 
Historia Jacka Małachowskiego, herbu Rawicz

Rodzinne włości rodziny Jacka Małachowskiego, to niewielki zaścianek pod Krakowem. Tam Jacek spędził pierwsze lata swojego życia. Ojciec Jan, znany jako wyborny podjezdnik służył w różnych chorągwiach, Pod Janem Zamoyskim w wojnie polsko-szwedzkiej, na którą wybrał się także ze starszym bratem Jacka, Rafałem.

Za zasługi wojenne rodzinie Małachowskich został nadany skromny majątek pod Wilnem, gdzie wkrótce się przeprowadzili. Niestety, podczas wypraw do Inflant podczas jednego z podjazdów zaginał brat Jacka. Ojciec, nie mogąc porzucić służby, zaciągnął spore długi na utrzymanie posiadłości, bowiem na nowych ziemiach dopiero trzeba się było zagospodarować, a niespokojne czasy nie pozwalały na zajęcie się własnym majątkiem. Wojna jednak nie przyniosła poprawy kondycji Jana, przez co termin spłaty długu musiał przełożyć, dając pod zastaw całą posiadłość.

Jacek, urodzony w tak rycerskiej rodzinie mógł być pewny, że i jego czeka żołnierska przyszłość. Od najmłodszych lat, jak tylko szable zdolny był unieść, ćwiczył, walczył, konno jeździł na złamanie karku. Pod wprawnym okiem ojca i starszego brata wyrastał na znakomitego żołnierza, już jako siedemnastoletniemu gołowąsowi mało kto potrafił w szabli dotrzymać, choć wyglądał wyjątkowo niepozornie, natura bowiem marnym wzrostem go obdarzyła. Co jednak miało i swoje zalety, bo przy małej posturze Jacek od zawsze odznaczał się kocią zwinnością.

W wieku 18 lat Jan zabrał syna na pierwszą wyprawę. Zaciągnęli się obaj do chorągwi Aleksandra Lisowskiego, w 1608 roku biorąc udział w wyprawie cudownie ocalałego cara Dymitra na Moskwę. W 1609 roku razem z resztą chorągwi dołączyli oni do wojsk Zygmunta III, walcząc miedzy innymi pod Smoleńskiem. Jacek mimo młodego wieku szybko udowodnił, że nie ustępuje w umiejętnościach starszym towarzyszom spod chorągwi. Gdzie trzeba było ochotnika, Jacek zawsze był pierwszy, w podjazd się puścić, podejść obóz przeciwnika, języka zaciągnąć... Choć i również nieprzyjemności miewał, bowiem z racji swej gwałtownej natury często przeciwko swoim za szable porywał, i zniewagi żadnej płazem nie puszczał. W jednym pojedynku na tamten świat wyprawił pana Leszczyńskiego, który znaczną personą był na Litwie.

A i w tej wojnie Małachowscy szczęścia nie mieli. Podczas jednego zwiadu ich oddział wpadł w zasadzkę. Ojciec zginał od kuli, A Jacek z trudem wydostał się z okrążenia, z licznymi ranami, zajeżdżając konia przedarł się do polskiego obozu. Rany okazały się poważne, i w dalszej części kampanii wziąć udziału nie mógł, Po miesiącu spędzonym w bandażach, wrócił więc do matki, która długo przeżywała śmierć męża. Spłacić długów nie było z czego, więc Jacek musiał oddać dwór, a i tak do spłaty pozostało mu jeszcze 100 złotych polskich,, w ciągu najbliższego roku. Cóż było robić, Jacek zabrał matkę do rodziny w Krakowie, nie mając innego wyjścia, a sam obmyślał już, do której chorągwi się zaciągnąć, tak, żeby dług spłacić na czas, i w kontrybucje nie popaść. A i plotki chciał sprawdzić, jakoby jeden z towarzyszy elearskich zdrajcą miał być, i w Krakowie przesiadywać.
 

Ostatnio edytowane przez 7raul7 : 11-05-2008 o 18:06.
7raul7 jest offline  
Stary 12-05-2008, 18:07   #3
 
Kaleson's Avatar
 
Błażej Stefan Kazimierski herbu Bibersztyn

Mikołaj Jan Kazimierski – ociec mój ślachcicem był zacnym, jako w słowach tako i w czynach. Do wielmożów nie należał, ale i hołyszem nie był – dwie wsie i dworek miał w posiadaniu. „Był” piszę, bo dziś Panem Ojcem nazywać go byłaby hańba dla mnie. Żywot pośród pludraków i z niego uczynił pończosznika im podobnego. Dusza ma sarmacka, którą podczaszy kształtował od powicia mego, a u niego samego w otchłań się zapadła, znieść tego mi nie pozwalała, toteż do Krakowa uciekłem.

Miałem natenczas czternaście wiosen, ale już jako taki gołowąs niejednemu pola dotrzymywałem w szabli, a i z pistoletu, jeśli w ręce obie chwyciłem, strzelałem dobrze. Kiedy więc raz pierwszy podczaszego w pończochach i z rożnem przy boku ujrzałem, chwyciłem szabelkę moją najpierwszą oraz bandolet ze stołu, wypadłem na obejście i jakżem stał - w żupan szary i buty skórzane jeno odziany – na koń skoczyłem i do Krakowa ruszyłem.

W Krakowie bowiem ekonom Mikołaja zamieszkiwał, któren nad wsiami jego obiema – Chyżnem i Tenczynem – pieczę miał. W stolicy też brat mój najstarszy – Zygmunt, niech w pokoju spoczywa, nauki brał na Akademji Krakowskiej. Sprawę bratu, światłość wiekuista niechaj mu świeci, wyłożyłem, ten z umysłem trzeźwym koncept obmyślił, jak podczaszemu dobra odebrać. Dokumenta pismem Mikołaja spisał, żeby wsie jego między nas rozdzielić. Parafy postawił i z papierami do rządcy ruszyliśmy. Kiep na machlojstwie się nie poznał, a myśmy po wsi bogatsi z biura jego wyszli. Jednakże zagwozdka wypłynęła. Ja żem gołowąs był i kiep w materyji wsią rządzenia. Na takie dictum acerbum edukacyja Zygmunta, niech ziemia lekką mu będzie, się przydała. Najsampierw Chyżnem, to jest wsią która mnie przypadła, on rządził niewielką lichwę z zysków pobierając, potem mnie począł uczyć mezaliansów ekonomji. Ja żem do genijuszy nigdy nie należał, to i po próżnicy wykładał. Ostatecznie, za pieniądze zyskane z folwarku, ekonoma nająłem, by ten cyferkami się zajmował, a mnie odciążył i na biesiadowanie pozwolił.
 

Ostatnio edytowane przez Kaleson : 01-06-2008 o 15:06.
Kaleson jest offline  
Stary 12-05-2008, 22:12   #4
 
Paweł Żebrowski's Avatar
 
Skrócona historia życia Pawła Żebrowskiego, herbu Wieniawa

A więc… Zacznę może od początku… A zatem… Pewnego pięknego dnia, a był to prawdopodobnież 14 octobris roku pańskiego 1589 na świat przyszedł jedyny potomek rodziny Żebrowskich, czyli moja skromna osoba. Pan Ojciec mój, posiadający takież samo imię, postanowił z tej okazyi urządzić wielką ucztę. Zaproszeni na nią mieli być wszyscy sąsiedzi, rodzina z najdalszych okolic naszego wspaniałego kraju, jakim jest Rzeczpospolita, a także biskup krakowski, bliski przyjaciel mojego szanownego rodziciela. Zapomniałem dodać, iż całe to zamieszanie miało miejsce we wsi Wiśnicz, należącej do mojego Pana Ojca, w której mieszkałem zresztą przez większą część swojego życia. Uczta ponoć udała się znakomicie (Żałuję, iż mnie wtedy tam nie było. No logicznie rozumując byłem, alem przecież jeszcze w pieluchy owinięty wtedy i do gorzałki mnie jeszcze nie ciągnęło.) Najlepsza w tym wszystkim była ta rzecz, że piwo tam się lało w takich ilościach, iż biskup, jako że słabą głowę miał, legł twarzą w swą misę i jeszcze potrącił kufel sąsiada, a potem zasnął nieszczęsny. Po tym wszystkim, świadkowie tego wydarzenia nie chcieli już do spowiedzi iść do biskupa Adama. A taki z niego zacny człowiek… A że pić nie umie… To już nie jego wina. Choć ojciec zawsze mówił mi: „Synu zapamiętaj to zdanie: Trening czyni mistrza”. I oczywiście posłuchałem rady ojca i od tamtego czasu piłem tyle trunków, ile się we mnie zmieściło. Po wieloletnim treningu jestem prawdziwym mistrzem w spożywaniu wszelkiego rodzaju alkoholi.

W lecie, trzy wiosny temu, porzuciłem swawolne życie i do lekkiej chorągwi wołoskiej się zaciągnąłem. No bo w końcu już czas nadszedł sposobny po temu, by śladami ojca swego podążyć i takoż szablę i umiejętności w darze Rzeczpospolitej oddać na usługi. No bo ile lat swego życia można poświęcać na naukę? Jam pobierał nauki, udzielane mi przez wuja profesora – Jędrzeja Żebrowskiego – który zaś uczył się w Szkole Głównej Koronnej zwanej inaczej Uniwersytetem Jagiellońskim, przez długi okres dziesięciu lat. Natomiast umiejętności walki każdą bronią: zarówno białą, jak i również czarną, tfu… chciałem powiedzieć „palną” pobierałem od mego szanownego Pana Ojca. I jestem mu za to bardzo wdzięczny, ponieważ niejeden teraz żołnierz, jak i zabijaka, potrafi mi dorównać.

Teraz może coś o moim wyglądzie… Zbudowany jestem jak każdy człek: dwie ręce mam, nogi także na swoim miejscu… Szlachcicem jestem wysokim, także niejednemu konusowi na czubek jego szanownej głowy za przeproszeniem napluć mogę. Przy swym boku zawsze noszę szabelkę husarską, odziedziczoną po ojcu, bogato zdobioną, ze szlachetnej stali zrobioną. Na plecach przewieszony mam łuk, wykonany z najlepszego drzewa cisowego i kołczan strzał. Natomiast półhak mój wisi u siodła mojego konia. Polskiego konia oczywiście, bom patriotą całym swym sercem i całą swą duszą. Jedynie Boga, naszego Stworzyciela i Pana, miłuję bardziej niż Rzeczpospolitą.

I to może na tyle o mojej skromnej osobie. Resztę dopowiedzieć można w trakcie historyi, którą tworzyć mamy. No bo w końcu zniknięcie ekonoma Pana Błażeja (wraz z jego pieniędzmi) to nie błaha sprawa i trzeba ją rozwiązać.
 
Paweł Żebrowski jest offline  
Stary 12-05-2008, 22:24   #5
 
Pan Starosta's Avatar
 
Dyariusz abo prologus czyli rzeczy początek





Anno Domini 1615, zdawał się wyjątkowo dobrze panu Błażejowi układać mimo że całe lato na gospodarstwie spędził nudy przy tem zażywając okrutnej, tyle jeno zabawy, co któren chłop w polu przysypiał skórę mu na chamskim grzbiecie nakarbować.
Ale i to po prawdzie marne było igrzysko dla szlachcica z tak diabłą fantazyią jak pan Błażej. A jeszcze na domiar złego, co poniektórzy ze szlachty okoliczney ze skargami do iudex terrestris- to jest, sędziego ziemskiego- zajeżdżali jakoby podobno wyćwiczeni przez pana Błażeja chłopi na ich polach gorzyj pracowali.
Pan Błażej nie chcąc się sąsiadom zanadto narażać oraz aby jakowe konfliktum- z tej błachej przecież sprawy- nie wynikło i tą jedyną rozrywkę jaka mu pozostała musiał porzucić.

Dalibóg!, ale to przecie miałem rozprawiać o sprawach dobrych, które rok ten zesłał, takoż...

Czy przez dobre klimatium i pogodę odpowiednią czy dzięki opaczności przychylnej, czy też może jeno przez samą obecność gospodarza, któren wśród pól się przechadzał i wszystkigo doglądywał…tak czy siak, ziemia obrodziła nadzwyczajną mnogością pięknego krągłego ziarna- dobrą, grubą białą pszenicą…eh, jak pan Błażej zbiory zobaczył zaraz przypomniała mu się pewna gruba dziewka co ją…



Niemniej wielce ta obfitość pana Błażeja ukontentowała i za to monotonium osiadłego życia z nawiązką odpaciła.

Na jesieni- tuż po żniwach –znowuż fortunium uśmiechać się poczęło, bo oto w Chyżnem niespodziewanie zawitał pan Paweł Żebrowski, przyjaciel pana Błażeja wielki i kompan jego oddany, któren to przed trzema wiesnami porzucił swawolne życie i do lekkiej chorągwi wołoskiej się zaciągnął- bo jak sam powiedział- „to już czas nadszedł sposobny po temu by śladami occa swego podążyć i takoż szablę i umiejętności w darze Rzeczpospolitej oddać na usługi.”, że przy tem można na łupach się wzbogacić?...i cóż z tego! Za służbę niebezpieczną należą się specjalne frukta i ...

Ale, ale…nie zbaczajmy zanadto od sednum sprawy, bo czy my do szweda podobni żeby rzeczy proste mącić i ponad miarę komplikacyum wszędzie wynajdować? Takoż…

Chorągiew pana Pawła na zimowanie wcześniej niż zazwyczaj rozpuszczona została, wtedy to pan Paweł zamyślił do przyjaciela- którego dawno na oczy nie widział- w gościnę się udać, bo nowin okrutnie był ciekaw jako druhowi się wiedzie, a i służąc ciągle na Podolu cno mu się zaczęło robić do ojczystej małopolskiej ziemi, gdzie nie bywał już od dawna.

(Bo zważcież sobie i tą sentencyją:
„Nawet żołnierz musi kochankę wojaczkę ostawić, aby się do swojej matki udać”- takoż i pan Paweł uczynił kierując się na Małopolskę.)

Radości spotkania , zabawom i wesołej biesiadzie nie było końca, a piwniczka- niestety- u pana Błażeja skromna toteż prędko opustoszała jako nie przymierzając wioska przez którą czambulik tatarski przeszedł.
Ale długo pan Błażej się nie namyślał co począć w tej trudnej sytuacyi.
Postanowił zbiory ze żniwów spieniężyć, co by zboże na klepisku bezczynnie nie zalegało tylko pożytek przynosiło.
Ot, i tak, umyślił pan Błażej inwestycyjum wyborne, aby przyjaciel nadal mógł miło pobyt u niego wspominać- bo to prędzej wypada szlachcicowi duszę diabłu zaprzedać, niżliby zacni goście od ławy mieli o suchym pysku wstawać, a i nie daj Bóg! z pustym żołądkiem.
Ekonom, nijaki Michał Skorczyński, któren chleb od ubiegłej wiesny u pana Błażeja bierze za trzymanie pieczy nad dobytkiem, szybko z tranzakcyją się uwinął i po dobrej cenye posłał wozami zboże do stołecznego Krakowa.

I tutaj kres rzeczą dobrym tego roku został postawion, bo tuż na progu historyi czekała tragedyia, która wesołym kompanom dziegciu miała zadać, humor im odbierając i spokój.

A było to tak…

Dwa dni drogi konno od obejść chyżneńskich do samego rynku krakowskiego- a i spieszyć się nie trzeba- a tu już szósty dzień jak nie widać, ani wozów, ani pachołków co wozy mieli w Krakowie odstawić i z gotowizną wrócić.
Nawet żadnej wieści co mogło się wydarzyć w tej arcybezpiecznej przecież drodze, jednym słowem wozy przepadły jak kamień w wodę… a wraz z nimi pieniądze, które za zboże miały zostać zapłacone.
Wpadł tedy pan Błażej w pasyją straszliwą i- nie mogąc już dłużej czekać- na trakt co do Krakowa wiedzie pospiesznie wyruszył, kląc się przy tem na wszystkie diabły, że jeśli pachołkowie za jego pieniądze w krakowskich karczmach zalegają, to pasy s kurwichsynów zedrze i łby parszywe poucina, a wiadomo że kto jak kto aleć pan Błażej słów na wiatr nie rzuca i jeśli sposobność po temu się zdarzy karę sprawiedliwa hultajów nie ominie.

Takoż i pan Paweł dla przezorności żołnierskiej wolał nie puszczać pana Błażeja samego w drogę i z nim do pomocy, towarzystwa, a i ochrony- jeśli zajdzie potrzeba- tegoż samego dnia wyruszył.
16 octobris obaj kompanioni pędzili już, co koń wyskoczy po trakcie z nadzieją że zwiedzą się czego od kupca któren miał za zboże zapłacić- żyda krakowskiego Isaka Szynberga…


A cóż w tym czasie działo się z panem Jackiem?
Czyżby ten łeb starościński już tako przez sklerozis był przeżarty, że o trzecim bohaterze ni pamięta?!

Nic z tych rzeczy! Zaraz obaczym…






Oho!, jest i pan Jacek...właśnie konno minął bramę krakowską i niespiesznie wjeżdża na bruki miasta.

Niechybnie kogoś szuka…


...
 

Ostatnio edytowane przez Pan Starosta : 03-06-2008 o 19:51.
Pan Starosta jest offline  
Stary 14-05-2008, 15:48   #6
 
Kaleson's Avatar
 
Nogi z rzuci psubratom powyrywam! Łby poobcinam! - Wrzeszczałem pełen wzburzenia i nienawiści. Ki diabeł podkusił mnie, żeby pończosznika na rządce wziąć!? - Złość pałała ze mnie niczym płomień. Wiśta! Ruszże kobyło swój cuchnący zad! - Ryczałem konia popędzając. Brama miejska zbliżała się.
 

Ostatnio edytowane przez Kaleson : 15-05-2008 o 13:57.
Kaleson jest offline  
Stary 15-05-2008, 15:10   #7
 
Paweł Żebrowski's Avatar
 
Niech Pan poczeka! Panie bracie! Tutaj trzeba rozwagi! Musimy pomyśleć, co robić mamy! - Krzyczałem za nim co tchu w płucach. Przeważnie jestem praktyczny, natura moja spokojna, acz czasem trochę porywczym zdarza mi się być w nerwowych sytuacyjach. Dlatego zawsze, odkąd pamięć moja sięga, powstrzymywać musiałem Pana Błażeja przed jego głupimi wybrykami. I krzycząc tak ciągle gnałem na złamanie karku za nim.
 
Paweł Żebrowski jest offline  
Stary 15-05-2008, 15:24   #8
 
Pan Starosta's Avatar
 
Azali prawda to że Pan Błażej z kompanem Pawłem Żebrowskim już niedaleko od Krakowa, ale jako w samey stolicey sprawy się mają warto by sprawdzić.


.
.
.


Kraków co każdy wiedzieć musi stolica to Rzeczpospolitej, a i najwspanialsze miasto na świecie, a mnie jako nikomu innemu można w tej materiy dawać wiarę, bom stale za młodu w podróżey bywał i siłę przepychu i wykwintu widziałem, a wszystko to przy naszyj stolicey zdaje się jeno chudą przygrywką.

Życia mało żeby wszystkie wyborności wspomnieć, a wspaniałości żadnyj nie pominąć.

Co tylko można sobie umyślić to tutaj na pewno się znajdzie, a i do gospody wstąpiwszy- których tu bez liku na każdej ulicy znajdziesz- można o wiele więcyj niż żeś szukał znaleźć…
Jako to niejaki Michał Polenko, któren z karczmy łeb potrzaskany wyniósł, ot! zabawa.

Ale, ostawmy Polenkę, bo jego dziurawy łeb nam do niczego nie przydatny.

Pan Jacek wjechał za mury miasta od strony północnyj, to jest, ode traktu któren na Kleparz wiedzie…a co to Kleparz?

Jak kto kiep to wiedział nie będzie…a dla takich jedna tylko rada, lepij na kołku szablę odwiesić i do jakiego kolegium się udać, co by u jezuitów żakowski surdut przybrać, bo kto szlachcicem się mieni temu oleum we łbie potrzebne, i basta!

Takoż jeszcze dobrze nie południe a już tłumy na ulice wyległy nieprzebrane, wielkie rzesze przeróżnych ludzi, a najczęściej plebsu i pospólstwa- którego pełno po klepaskich ulicach- jedni sprzedają jakoweś towarum, inni zaś jak co im potrzebne to kupują, a wszyscy przy tem wrzaski z siebie wydają i pokrzywiwania gwar przy tem czyniąc, a nie rzadko i grubymi przekleństwami się obrzucają, gdy któremu tranzakcyjum się nie uwidzi.
A jakich to języków sprośnych, a obcych można się na Kleparzu bawiąc nasłuchać, ino ucha dobrze nadstawić, a już i tatary i Wołosi i żydy i Ormiany i Turkowie bisurmańce, wszystkie chyba narody można tam posłyszeć.

Zaiste ciekawe to wielce tematum, ale wróćmy do Pana Jacka…

Któren mijał właśnie bramę, gdy jakowyś żebrak, których to wielu po Kleparzu łazi, Pana Jacka wypatrzył.
Pan Jacek zamyślon, wysoko na końskim grzebcie to i w pierwszyi chwili zawodzenia żebraczego nie posłyszał, ale prostak widać zanadto rozbestwion przez dobroduszność podróżnych wykoncypował sobie co by Pana Jacka za nogawicę hajdawerów pochwycić i tym jego uwagę na swojej parszywey osobie skupić.
Jak w kaprawym łbie umyślił tak uczynił, i dalej w lamet, i płacz wszczynać począł nad swoim losem, co by serce, a i kieszeń szlachcica rozmiękczyć.

Tako dziwne mu się wydało że na to dictum żebracze żadnego responsu nie otrzymał, zdziwiony zaraz do góry spogląda usta rozwiera żeby coś rzec i na wzrok Pana Jacka natrafił.
Co tu gadać dużo, to jakby gdzie w ciemnym gąszczu zając wilcze ślepia ujrzał.

Haha! zając czy nie zając, ale krotochwilum się uczyniło nie małe!...bo to w tej samej chwili żebrak z chamską łapą odstąpił, pobladł jakoby samej śmierć w oczy spojrzał i dalej nogi za pas! Jak piorunem uderzon między ludzi skoczył, kulasy co je do podpierania nosił pogubił i na koniec w pysk wziął od jakowego łyka, którego uciekając potrącił …haha! To ci szopka!...

…ale ad rem- to znaczy, do rzeczy.

Pan Jacek dawno tylu ludzi w kupie nie widział, no, może ino gdy w pole do bitwy wyjeżdżał, ale żeby w mieście?...Oj, zrobił na nim ten kolorowy gwarny tłum niemałe wrażenie.

Jechał tak przez chwilę, chłonąc arcymiłe powonieniu aromatum smażonej kiełbasy, które poczęło dobywać się od straganów, gdzie przekupki osobliwe niemieckie grillum rozstawiły…
Wiercił ten zapach nozdrza okrutnie, a jeszcze okrutniej żołądek, którego samo tylko aromatum nie jest w stanie napełnić.
Kiedy to Pan Jacek zjadł ostatnio choćby łyżkę ciepłey strawy?...chyba sam tego nie pamięta.

Po chwili spomiędzy ław oddzielających stragany wydobył się człowiek, któren jeno tym szczegółem odróżniał się od zebraney wokół straganu hałastry, że wyszełszy na ulicę począł machać w kierunku Pana Jacka.
Gdy tylko spostrzegł iż szlachcic go zauważył, podbiegł natychmiast, ukłonił się uchylając futrzanej czapki, którą miał naciągniętą na poznaczonym bliznami łbie i rzecze:

- Witom jaśnie pana- ponownie się pokłonił, tym razem niżej niż poprzednio.
Widza że jaśnie pan dopiro przyjechali, to eee… pewnikiem potrzebujo przewodnika- spojrzał pytającym wzrokiem na Pana Jacka.

.
.
.
 
Pan Starosta jest offline  
Stary 16-05-2008, 17:06   #9
 
7raul7's Avatar
 
- Gdzie tu karczma jakaś? Strudzonym, konia napoić mi potrzeba, a i podjeść do syta nie zawadzi. - Powiedziałem, rozglądajac się z zaciekawieniem po ulicy.
 

Ostatnio edytowane przez 7raul7 : 16-05-2008 o 17:12.
7raul7 jest offline  
Stary 16-05-2008, 17:16   #10
 
Pan Starosta's Avatar
 
- Tych no, karczmów u nos wiela wszędzie, ja moga zaprowadzić jaśnie pana- tu spojrzał za siebie i machnął ręką do kogoś kogo pan Jacek nie potafił spostrzec- dyć, ruszta paniczu za mną, poprowadza.
 
Pan Starosta jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172