Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 19-02-2013, 21:42   #1
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
[Cthulhu Pulp] - "Na ratunek"

Wśród członków Królewskiego Klubu Ekscentryków, nie trzeba było długo szukać chętnych na tak nietypową i zorganizowaną na biegu wyprawę. Wszyscy członkowie klubu to zapaleni miłośnicy podróży i przygód. Ledwo sir Samuel Faulkner odczytał tajemniczy telegram, a już grupa ochotników wypytywała o szczegóły wyprawy i potrzebne rzeczy.
Na błyskawicznej naradzie postanowiono przystąpić do działania niemal od razu. Każdy z członków zajął się inną częścią przygotowań. Jedni zajęli się prowiantem, inni niezbędnym w sprzętem, a jeszcze inni bronią. Nikt bowiem nie miał wątpliwości, że broń wcześniej, czy później będzie im potrzeba. Lepiej, więc było się w nią zawczasu przygotować niż potem starać się o nią na miejscu.

Już następnego dnia wszystko było gotowe. Sir Samuel Faulkner przekazał grupie ratunkowej zarówno tajemniczy telegram od sir Charlesa Leonarda Woolleya, a także kilka cennych wskazówek i informacji.
- Jak wiecie zapewne moi drodzy, sir Wooley prowadzi obecnie wykopaliska w rejonie Tall al-Mukajjar, przeszukując ruiny starożytnego Ur. Ekspedycja ta prowadzona jest British Museum i Uniwersytet Pensylvani. Tam zapewne odnajdziecie sir Wooleya. Co prawda to, że nadał telegram z Bagdadu może też świadczyć o tym, że przebywa w tym mieście. Ekspedycja ma tam wynajęte pokoje w hotelu “Imperial” A sam Charles ma też własny dom na przedmieściach miasta, niestety nie udało mi się ustalić dokładnego adresu. Z tego co wiem, to sir Wooley ma na terenie wykopalisk zaufanych ludzi i pewnie na ich pomoc też będziecie mogli liczyć. Uważajcie jednak na miejscowych z tego, co się dowiedziałem w ostatnim czasie członkowie ekspedycji narażeni byli na liczne nieprzyjemności z ich strony. Wiadomo, że coraz głośniej mówi się o niepodległości tego kraju i wśród miejscowych coraz częściej widać wyrazy otwartej niechęci, czy też nienawiści wobec Brytyjczyków.

Prezes klubu podszedł do prostej drewnianej skrzyni, zbitej z kilku desek, stojącej w rogu jego gabinetu i otworzył jej wieko.
- A to jest kamień z Niniwy o który prosił w telegramie nasz przyjaciel. To niezwykle cenne znalezisko. To taki sumeryjski odpowiednik kamienia z Rosetty. W kilku językach zapisano prawdopodobnie ten sam tekst. Część zapisana jest pismem klinowym a dokładnie, jedną z jego pierwszych odmian. Jest to jeszcze moment, gdy dominują piktogramy. Dwa pozostałe języki nie są nam niestety znane, a na domiar złego część zapisana pismem klinowym jest najbardziej zniszczona, co utrudnia jego rozszyfrowanie. Przypuszczam, że to właśnie z nim związane jest odkrycie sir Wooleya. Wam moi drodzy powierzam ten skarb i proszę, byście mieli na niego baczenie. Wiele mnie wysiłku kosztowało, by uzyskać zgodę na jego wywóz z kraju.

Na koniec narady ustalono, że ekspedycja ratunkowa wyruszy jutro rano z lotniska Croydon, zaraz o świcie.

Londyn, sobota 14 IV 1923 r.
Lotnisko Croydon

Wiosenne promienie słoneczne ledwo przebijały się przez gęste chmury i unoszące się nad ziemią wstęgi mgły. Kropił lekki deszczyk i było dość chłodno. W jednym z budynków biurowych lotniska zebrała się cała szóstka ruszająca na ratunek słynnemu archeologowi. W tym czasie dwie ekipy tragarzy ładowało ich bagaże do stojącego już przed hangarem samolotu, Handley Page 45, zwanego popularnie Heraklesem.
Nowiną jaka rozpalała wszystkich zebranych w budynku, były wiadomości z porannych gazet. Na wszystkich pierwszych stronach, krzyczały sensacyjne tytuły.

“Znany archeolog uznany za złodzieja”

“Sir Wooley złodziejem?”

“Archeologiczna ekspedycja zawieszona”

“Skandal! Archeolog złodziejem”

Z uzyskanych przez dziennikarzy informacji wynikało, że sir Wooley zniknął w tajemniczych okolicznościach, a wraz z nim pewne znalezisko. Gazety nie podawały o co dokładnie chodzi, ale ton wypowiedzi zarówno poproszony o wypowiedź naukowych autorytetów, jak i przedstawicieli władzy, był bardzo ostry i krytyczny. Tylko bardzo nieliczne głosy apelowały o rozwagę i umiar w osądzaniu dopóki cała sprawa się nie wyjaśni.

Dyskusję na temat najnowszych wieści przerwało przybycie policyjnego samochodu, który przywiózł cenny eksponat z siedziby klubu na lotnisko.
Wszyscy ruszyli asystować przy wyładunku. Tragarze widząc, że będzie miał ich kto wyręczyć wycofali się pod dach hangaru i z odległości obserwowali, jak arystokracja i policjanci wypakowują ciężką skrzynię.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser
Pinhead jest offline  
Stary 21-02-2013, 10:16   #2
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Przystojny, dwudziestokilkuletni brunet palił papierosa, spoglądając z zaciekawieniem na zbierającą się resztę zespołu. Duże, inteligentne, szare oczy ze spokojem lustrowały każdego z przybyłych.
Ubrany był w idealnie skrojony garnitur, który podkreślał jego szczupłą sylwetkę. Ze spokojem czekał aż wszystkie rzeczy zostaną wypakowane z jego Bentley’a 3, co jakiś czas odgarniając ciemne włosy, opadające mu na czoło.

Widać było na pierwszy rzut oka, że młodzian lubi się afiszować ze swoim pochodzeniem i bogactwem. Ci, którzy często obracali się w wysokich kręgach lub czytali gazety od razu wiedzieli kim ów młodzieniec jest. Lord Thomas Tempelton, jedyny żyjący potomek rodziny Tempeltonów.
Ostatni spadkobierca wielkiej fortuny, a także częsty gość pierwszych stron gazet. Jednym słowem: młody, nieopierzony fircyk, lubiący ryzyko i kobiety, do którego los się uśmiecha. Mający fortunę i znajomości w wielu krajach.

Gdy skończył palić o dziwo sam zaczął wyjmować bagaże z samochodu, mówiąc coś po Nepalsku do swojego służącego, który tylko skinięciem głowy przytaknął swojemu “Panu”. Młodzieniec nie wyglądał ani zdenerwowanego ani zniecierpliwionego, lecz raczej na zadowolonego. Zaczął sam sprawdzać swój podręczny plecak do którego, przede wszystkim "załadował" liny, których używało się do wspinaczki górskiej, haki i buty z podeszwą filcową czyli to co mogło przydać by się w górach lub jaskiniach. Następnie zapakował niezbędne ubrania i dokumenty. Na końcu zajął się bronią. Pierw dokładnie obejrzał swój karabin Gewehr 98L z celownikiem optycznym Zeiss under. Fabr. 1910. Poza karabinem i nabojami do niego, Thomas schował do plecaka także dwa noże kukri. Więcej broni nie zamierzał brać.
Gdy uznał, że jego rzeczy i w tym walizka pełna koszul i garniturów oraz dodatkowych par butów zostanie również nie pominięta przy załadunku, udał się do budynku biurowego przywitać się z członkami wyprawy. Szedł powoli, dystyngowanie, a w dłoni trzymał laskę, której rękojeść przypominała dłoń z pazurami zaciśniętymi na kuli. Sama dłoń i kula została wykonana ze srebra. Pod pachą niósł gazety wraz z najświeższymi informacjami.



Gdy wszedł do środka ukłonił się lekko i rzekł:

- Witam Szanownych Panów i Panie. Jestem Thomas Templeton, rad jestem, że możemy razem wyruszyć na ta wyprawę - podszedł spokojnie do biurka, kładąc na nim gazety. Nie zdążył jednak nic więcej powiedzieć bowiem właśnie trzeba było zabrać się za załadunek skrzyni.

Gdy skończyli załadunek wyjął białą chusteczkę z kieszeni marynarki i otarł spocone czoło. Zapalił kolejnego papierosa i zaciągnął się mocno. Choć pogoda nie zapowiadała się najlepiej nie zamierzał rezygnować z wyprawy, tym bardziej że cała ta sprawa z zaginięciem Sir Wooleya była naprawdę tajemnicza.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)

Ostatnio edytowane przez valtharys : 22-02-2013 o 10:32.
valtharys jest offline  
Stary 21-02-2013, 22:46   #3
 
Hawkeye's Avatar
 
Reputacja: 5926 Hawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputacjęHawkeye ma wspaniałą reputację
Czarny samochód z zawrotną prędkością mknął ulicami Londynu. Raz po raz lawirował między dorożkami, karetami i innymi automobilami. Jego kierowcy zdawał się nie przeszkadzać ruch, jaki występował o tej porze w stolicy Imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodziło. Wprost przeciwnie, uśmiech na jego ustach wskazywał na to, że był to pożądany dodatek.

W końcu wjechał na ulicę prowadzącą do lotniska, nie zwalniając zaciągnął wajchę hamulca ręcznego i dokonując zwrotu o 180 stopniu zaparkował w wolnej przestrzeni, pomiędzy innymi wozami. Nie czekając na reakcje gawiedzi wyskoczył z samochodu, rozpinając skórzaną kurtkę pilotkę, oraz zdejmując czapkę i gogle tego samego rodzaju, Poprawił swoje zmierzwione, blond włosy i posłał ciepły uśmiech parze dam obserwujących go z niejakim rozbawieniem.

Wkrótce dobiegł do niego pasażer
-Świetna jazda wasza lordowska mość, po prostu wspaniale -

-Dziękuję Eryku, ale nie musisz mnie chwalić - odpowiedział mu dobiegający 30 mężczyzna. Był członkiem klubu ekscentryków i osobą, która w pełni zasłużyła na to miano. Był III hrabią Bothwell z rodziny Ross. Członkowie śmietanki towarzyskiej i ci zainteresowani życiem szlachty wiedzieli, że tytuł ten spadł na niego niespodziewanie. Drugi syn Jasona Micheala przeżył swojego brata, który zginął we Francji w roku 1916, a gdy dwa lata później jego ojciec oddał życie za ojczyznę, gdzieś na rozległych terenach Afryki, tytuł przypadł mu.

Z pewnością nie należał do typowej arystokracji. Jednakże sam jego tytuł i ziemia z nim związane, zrobiłyby z niego świetną partię, dla każdej młodej damy z towarzystwa. Nadto Bothwell był człowiekiem bogatym. Mówiło się jednak, że rodzina fortuna, również nie interesuje go za bardzo. On sam powtarzał, że oddał je w zarządzenie swojej rodzinie, czyli ludziom, którym ufał i którzy byli zdecydowanie bardziej kompetentni w dziedzinie ekonomi od niego.

Ludzie zdawali się go poznawać. Nie było w tym jednak nic dziwnego. Malcolm Kyle Ross, nie raz i nie dwa znalazł się w artykułach w prasie. Opisywały go zarówno te szanowane gazety, jak lubujące się w skandalach brukowce.

Na pewno przyczynił się do tego jego styl życia. Każdy choć trochę bardziej zainteresowany wiedział, że ten Szkot był asem podczas I Wojny Światowej. Dosłużył się stopnia Majora w Royal Flying Corps, a za zasługi na polach bitew otrzymał wiele medali, w tym DSO.

Po wojnie z niewiadomych przyczyn zrezygnował z pracy w nowo powstałym RAF. Prawie natychmiast zwrócił na siebie uwagę prasy startując w wielu Grand Prix i odnosząc najwyższe podium w Hiszpanii i Francji. Trzy lata temu stał się sławny dzięki zdobyciu głównej nagrody Daily Mail, w dziedzinie lotnictwa, za okrążenie Afryki.

Od tego czasu wiele podróżował, startował w wielu innych wyścigach i o dziwo ... przynajmniej dla części osób, pracował przy historycznych wykopaliskach. Ci, którzy go znali wiedzieli jednak, że historia była jego konikiem, ukończył ją zresztą na Kings College. Cokolwiek można było powiedzieć o Malcolmie Kyle Rossie hrabiemu Bothwell, to to że był postacią nietuzinkową.

Teraz zaczął pomagać swojemu służącemu w wypakowaniu rzeczy.
-Dobrze Eryku, po moim odlocie odstawisz samochód. Skontaktujesz się z Aston Martinem i powiesz mu, że jestem bardzo zadowolony. Mogą na mnie liczyć w przyszłym roku. Potem zajmiesz się mieszkaniem w mieście. Skontaktuję się z tobą, żebyś mógł mi przekazywać najważniejsze wiadomości -

-Oczywiście, Sir - odpowiedział mu jego służący zadowolony, że sam nie musi uczestniczyć w tej wyprawie.

Malcolm poprawił swój pas z rewolwerem Webley'a Mk VI tego samego, którego używał w służbie Jego Królewskiej Mości. Lubił mieć go przy sobie, gdyż wydawało mu się, że dodaje mu pewnego prestiżu i w pewien sposób uzupełnia jego obraz. Do odpowiedniego pokrowca został wrzucony SMLE Mk III. Poza tym znalazła się cała reszta potrzebnych rzeczy, łącznie z garderobą na zmianę, w której panowała oczywista utylitarność (szyta na miarę i specjalne zamówienie u najlepszych producentów i krawców Europy).

Hrabia po krótkiej chwili dołączył do towarzyszy podróży, po drodze witając się z pewnymi damami, jednym przedstawicielem Izby Lordów, i kilkoma pilotami, którzy go poznali. Gdy wszedł do poczekalni, przywitał się ze znajomymi i przedstawił tym osobom, które nie znał.

-Mam nadzieję, że podróż okaże się spokojna - powiedział do towarzystwa, zamieniając czapkę pilotkę na bardziej elegancki kapelusz w typie Fedory.

-Drodzy państwo, powinniśmy jak najszybciej dotrzeć do pięknego i starożytnego Bagdadu, gdyż prasa nie ułatwi nam naszego zadania - widocznie chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie przyjechał artefakt, który mieli dowieźć i mężczyzna poszedł asystować przy wyładunku, przerywając na razie rozmowę z innymi członkami towarzystwa ... zapowiadała się ciekawa przygoda ...
 
__________________
We have done the impossible, and that makes us mighty
Hawkeye jest offline  
Stary 24-02-2013, 20:22   #4
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 546 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Na szerokim biurku leżała mapa całego globu, pod nią kilka otwartych książek, zaś podłogę zaściełały pojedyncze kartki papieru: niektóre całe zapisane pochyłym, chaotycznym pismem, inne zawierające wzory chemiczne czy szkice fauny i flory, z krótkimi opisami. Było nawet kilka zdjęć pająków i węży w ich naturalnym pustynnym środowisku.

– ما عنكبوت جميلة. ما هو اسمه؟ – spytał na głos Bucket. Przechadzał się po gabinecie i studiował swoje zapiski, tym razem dotyczące języka arabskiego. Już od jakiegoś czasu planował odwiedzić bliski wschód, lecz rozpoczęcie nauki ichniejszego języka było jedynym krokiem, jaki poczynił do tej pory. Wyznawcy islamu nie pałali miłością do niewiernych, delikatnie mówiąc, a w szczególności napięte były stosunki mieszkańców Iraku i Brytyjczyków. Normalnie Edgar jeszcze raz zastanowiłby się nad miejscem swojej kolejnej wyprawy, i prawdopodobnie znalazłby ciekawsze i mniej złowrogie miejsce, jednak obecna sytuacja do normalnych nie należała. I właściwie to go podkusiło – tajemnicza misja na bliskim wschodzie, bardziej niebezpieczna i mniej przemyślana od tego, do czego przywykł ostatnimi laty. Powiedzmy sobie szczerze – kiedy mężczyzna dobija 40-stki, musi udowodnić sobie samemu, że nadal na dużo go stać. Fakt, wyglądał znacznie młodziej, a liczne piesze wędrówki zarówno przez dżungle jak i zdradzieckie góry zahartowały jego ciało, lecz czy duch był w nim ten sam? Czy w trudnej sytuacji, na obcej ziemi, będzie potrafił odpowiednio zareagować, zachować zimną krew i rozsądek? Dlatego jechał do Iraku. No, ale jeśli spotka na przykład jeden z niezbadanych jeszcze podgatunków solfugi, albo efy piaskowej... Nie można go będzie winić, jeśli poświęci im nieco czasu.
Co do samej kultury arabskiej, nie liczył na wiele. Miał nadzieję, że jeśli będzie darzył ich należytym szacunkiem, zdoła się do nich zbliżyć, jednak nawet wtedy nie mogli być tak interesujący jak choćby Achuar, Matis czy Aborygeni. Nie była to kultura prymitywna, odizolowana od reszty świata, zapomniana. Islam jest drugą co do ilości wyznawców religią na świecie, jeśli wierzyć szaleńcom, którzy podjęli się zliczeniem tych wartości. Bliski wschód jest traktowany przez Europejczyków po macoszemu, jednak nie można tego nazwać oderwaniem od cywilizacji. Cóż, może czegoś ciekawego dowie się na wykopaliskach w Ur, w końcu zaginione cywilizacje mogły zostawić po sobie ciekawe ślady, zapieczętować swoją kulturę by uchronić ją przed wymarciem.
Do pomieszczenia wszedł młody chłopak, Indiana, nowicjusz w Lidze Dżentelmenów. W gorącej wodzie kąpany, bez dwóch zdań.

– Doktorze – skinął głową, unosząc brązowy kapelusz. Rozejrzał się po pomieszczeniu, nie ukrywając zdziwienia. – Doktorze, wszystko w porządku?
– Cóż… Zbyt dużo czasu spędziłem w szałasach bez drzwi, żeby przejmować się tym, czy ktoś puka przed wejściem, więc… Tak, wszystko w porządku. Chociaż żadnemu z lordów by się takie zachowanie nie spodobało, zapewniam Cię – uśmiechnął się Egdar. Indiana był jego nieformalnym podopiecznym. Doktor zobligował się mieć oko na młodzieńca, służyć mu pomocą i radą, a z czasem zabrać na wyprawę w najdziksze zakątki świata. W młodziku wprost gotowała się krew na samą myśl o przygodach, a archeologię studiował głównie przez to, że w młodości nasłuchał się od ojca o ukrytym skarbie króla Salomona, zaginionym mieście ze złota, i tym podobnych bajek. Przygoda była tym, co go nakręcało. A teraz, kiedy dowiedział się o sir Wooley’u, chłopak nie mógł spokojnie usiedzieć, tym bardziej że wiedział, iż na tę wyprawę się nie wybierze.
– Tak, przepraszam. Ma doktor tę listę?
– Owszem – Edgar zaczął przekopywać stosik papierów leżący na fotelu, aż wyciągnął z niego białą kopertę.
– Załatw wszystko jeszcze dzisiaj, żeby jutrzejszy załadunek poszedł sprawnie. W środku masz też adresy, gdzie powinni to wszystko mieć. A teraz leć, na skrzydłach wiatru, dziecino.
– Nie jestem dzieckiem
– rzucił na odchodne Indiana, jednak zatrzymał się w drzwiach.
– A złapie mi pan jakiegoś pająka? Zawsze chciałem…
– Są tam pająki, które zjadają wielbłądy
– odrzekł Bucket z pełną powagą. Chłopak uśmiechnął się kpiąco, jednak z każdą chwilą gdy wpatrywał się w grobową minę doktora, uśmieszek zdawał się znikać. W końcu wyszedł, nic już nie mówiąc.

– To nawet nie było kłamstwo, tylko żart, prawda? – Edgar rozłożył niewinnie ręce, chcąc się usprawiedliwić. – Wszyscy tutaj zdają się być tacy spięci, że to aż grzech choćby nie spróbować ich rozweselić. A może bym wziął taką fedorę, jaką miał ze sobą Indiana? – Pogładził podbródek, spojrzał zamyślony w kąt pomieszczenia. – Duże rondo ochroni przed słońcem, przy tym jest lekki i giętki. Idealnie nada się na tamtejsze warunki – Pokiwał głową i podszedł do pułki zapełnionej kapeluszami wszelkich krojów, rozmiarów i kolorów.
Edgar nie mówił do siebie, nie był wariatem. Po prostu jego rozmówców nie było akurat w pobliżu.

Sprzętem medycznym nie zaprzątał sobie głowy, Indiana na pewno załatwi wszystko jak trzeba. Lista zawierała zarówno bandaże i maść na poparzenia słoneczne, jak i surowice na wszelkie jadowite zwierzęta, jakie mogą spotkać na swojej drodze. Były tam środki przeciwbólowe, maść na stłuczenia, opaski elastyczne, woda utleniona i gaza, a nawet środki na biegunkę. Było wszystko, co mogło być im potrzebne, kilkanaście lat doświadczenia w podróżach do najbardziej niegościnnych rejonów kuli ziemskiej pozwoliły przygotować się na każdy wypadek. Oczywiście nie zabrakło przyrządów do przeprowadzania operacji w warunkach polowych, bezpośredniej konfrontacji zbrojnej z tubylcami wykluczyć niestety nie mógł. Żelazne racje żywieniowe oraz manierki również znalazły się na liście, zaś na jej końcu było wszystko związane z higieną, jak mydło, pasta do zębów, szampon… W końcu nie wiedzieli, jak długo tam zostaną, a lepiej mieć zapas.

Zostały mu tylko osobiste bagaże do spakowania. Trwało to dość długo, jednak zdołał się zdecydować na wygodny lecz mało elegancki zestaw ubrań w kolorze piaskowym. Łącznie z kapeluszem, tym, o którym myślał od wyjścia Indiany, z szerokim, nisko opuszczonym rondem. Oczywiście na lotnisko pojedzie ubrany elegancko, w grafitowym garniturze i meloniku, pod krawatem, jak to miał w zwyczaju. Spakował też najpotrzebniejsze notatki, oraz sporo czystych arkuszy i kieszonkowy notatnik, kilka ołówków i pióro wieczne, z zapasem atramentu.
Spojrzał na wiszący nad kominkiem karabin Lee-Enfield, niesprawną pamiątkę po Wielkiej Wojnie. Nigdy z niej nie strzelał, jako nadzorca i chirurg szpitala polowego nie musiał, jednak chciał mieć jeden taki egzemplarz, właśnie do powieszenia na ścianie. Nie było jednak wątpliwości, że jakąś broń mieć musi, wyciągnął więc schowanego dobrze Webley’a M1909 z zapasowym magazynkiem i pudełkiem naboi. Pistolet był właściwie zakonserwowany więc mimo iż nie strzelano z niego od kilku lat, technicznie był bez zarzutów. Może i Bucket był nieco roztrzepany, jednak dbał o swoje rzeczy. Broń, razem z nożem myśliwskim, kompasem, zapałkami w wodoszczelnym opakowaniu i goglami (które mogły mu służyć zarówno do pływania, jak i jako osłona przeciw wiatrowi niosącemu ziarenka piasku) wylądowała w jego podróżnym plecaku. Po spakowaniu paru osobistych drobiazgów mógł się wreszcie położyć spać. Tak, jutrzejszy dzień będzie początkiem czegoś wspaniałego, bez dwóch zdań…

Edgar Bucket nie był osobą publiczną. Owszem, pochodził ze znanego rodu lekarskiego wywodzącego się z Oksfordu, jednak ani nie miał tytułu szlacheckiego, ani nie udzielał się politycznie czy społecznie. Dlatego też, po przyjeździe na lotnisko miał święty spokój. Nie było tu nikogo, komu znane byłyby jego prace, przynajmniej nie pośród gapiów. Przeciętnych ludzi nie obchodziły dzikie plemiona zamieszkujące inne kontynenty, ani trujące rośliny czy zwierzęta. Sama chemia ani układ nerwowy i pobudzające go substancje również nie należały do zainteresowań londyńczyków, ani nawet przedstawicieli żadnego konkretnego państwa. Zaś jako neurolog i neurochirurg nie odniósł żadnych spektakularnych sukcesów, które mogłyby rozsławić jego imię, o ile w ogóle to możliwe w przypadku lekarza praktykującego. Dzięki temu tylko znajomi zwrócili uwagę na niskiego, drobnego mężczyznę w meloniku zbliżającego się sprężystym krokiem w ich stronę.

– Uszanowanie, droga pani, panowie. Pogoda od rana nam nie sprzyja, ale to znaczy tylko tyle, że zazdrości nam tej wyprawy – rozłożył ręce, jakby chciał powiedzieć „Oto cała prawda”. – Edgar Bucket, pokładowy konował, do usług – pokłonił się i zdjął melonik, wszystko to z rozbrajająco szczerym uśmiechem. Wyprostował się i wyjrzał przez szybę, na młodego Indianę, który nadzorował ładownie zdobytych wczoraj medykamentów, jak i prywatnych bagaży Bucketa. Przyjechał po niego dziś rano i zaoferował podwózkę na lotnisko, doktor nie miał sumienia nie skorzystać z oferty pomocy.
Kątem oka pochwycił tytuł jednej z leżących gazet.
– Pismaki z gazet to najlepsi dramaturdzy, zawsze dorobią tragiczny kontekst do najbardziej błahych sytuacji – zwrócił się do towarzyszy, na chwilę przed przywiezieniem kamienia z Niniwy. Czas wziąć się do roboty.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 24-02-2013, 23:45   #5
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7135 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
- Kotek, nie ma takiej możliwości, żebyś ze mną leciał – głos był stanowczy i zdeterminowany. Granitowa pewność, która z niego przebijała nijak nie pasowała do smukłej dziewczyny, która właśnie wygłosiła wspomnianą kwestię.
Postawny Jankes przeciągnął się i usiadł wygodnie na krześle, opierając stopy w kowbojkach na blacie niskiego stolika, o misternie rzeźbionych nóżkach.
- Bo? – zapytał krótko, strzepując popiół na dywan. Nie był zbyt wymowny. Też nie wymowność była atrybutem, dla którego Laura wybrała go na obecnego narzeczonego.
- Przecież wiesz… - głos jej zmiękł i pojawiły się w nim uwodzicielskie nuty – Papcio.. papcio nie przepada za tobą. Niestety.
-Ale przecież nie z papciem sypiam
– Mężczyzna zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony subtelnością swojego żartu – Poza tym, nie dałaś mu szansy mnie poznać. Pogadalibyśmy, oprowadziłbym go po moich szybach naftowych, postrzelaliśmy by do kojotów.. ja się szybko zaprzyjaźniam. A papcio, jak czytałem – hm, nie żeby osobiście – dość rozrywkowy jest. Jak na sztywnego angola. Chyba, ze odziedziczyłaś temperament po szanownej mamusi.
- Oj kotek…
- usiadła mu na kolanach – Przecież ci tłumaczyłam, tak? Jesteś czującym mężczyzną i świetnym towarzyszem, bez dwóch zdań, i papcio na pewno doceni wszystkie twoje zalety, ale...
- No, wszystkich to nie… mnie tylko kobitki interesują.
- Wszystkie twoje zalety jako kompana.. jak tylko cię pozna. Ale wiesz, że jest uparty jak stary osioł i .. uprzedzony do innych narodowości, i przewrażliwiony na moim punkcie.. po tym nudnym Lordzie Somerstby, ty możesz być dla niego.. nieco zbyt ekscentryczny.
- jaki?
– zmarszczył brwi.
- Za mało angielski.
- Ale zaginął, tak? Odnajdę go i przekonam do siebie zobaczysz
. – Postawił ją, wstał i poklepał – No, idziemy.

Westchnęła, z widoczną rezygnacja. Widać było, jak traci nadzieję na przekonanie mężczyzny.
- Wiec dobrze… Wylot jest jutro po południu.
- Nie wspominałaś, ze rano?
- Po południu, jestem pewna. Mamy mnóstwo czasu. Idź, kotku
– obrzuciła go powłóczystym spojrzeniem - Ja się odświeżę i zaraz do ciebie dołączę.

-----
Taksówka wjechała na lotnisko, zaraz po wozie policyjnym, który przywiózł skrzynię z kamieniem. Dziewczyna, która z niej wysiadła, była średniego wzrostu, smukła, ubrana w wysokie buty, spodnie, koszulę, marynarkę i ocieniający twarz kapelusz. Wszystko z najlepszych materiałów, szyte na miarę, ale widać było, ze rzeczy nie są nowe, choć bardzo dbano o ich stan.
Wydała instrukcje odnośnie bagażu, i dała kierowcy napiwek, niesatysfakcjonujący, sądząc po jego minie. Podeszła do zgromadzonych przy skrzyni mężczyzn.

- Panowie – przywitała się miłym głosem. Osoby, mające kiedykolwiek styczność z działalnością sceniczna, określili by jej głos jako „szkolony”.
Inni uznali by po prostu, że mają do czynienia z czarująca młodą damą.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
Stary 25-02-2013, 00:43   #6
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 3103 merill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputacjęmerill ma wspaniałą reputację
Taksówka spokojnie zmierzała na lotnisko Croydon, a on wpatrywał się w widoki przesuwające się za oknami samochodu marki Rolls – Royce. Obok siedział Narayan jego wierny sługa i wieloletni przyjaciel. Gurkha był starszy od niego może o dwadzieścia lat, ale sprawności fizycznej i hartu ducha mógł mu pozazdrościć niejeden młodzieniaszek. Był weteranem słynnego Sidmoor Rifles, byłym oficerem służącym jeszcze ojcu Richarda, Sharp wiedział, że jeśli będzie taka potrzeba oddałby za niego życie, wiele razem przeszli.

Jeszcze pół godziny temu gościł w biurze Sir Jamesa Cragmoor – szefa Biura Tajnej Służby. Jego wyprawa do Bagdadu, w poszukiwaniu znanego archeologa, była świetnym pretekstem dla wywiadu. Rejon Środkowego Wschodu, był ważnym ogniwem w interesach Imperium Brytyjskiego. W ostatnim czasie w Bagdadzie zginął tamtejszy rezydent... a centrala była informowana o coraz aktywniejszej działalności sowieckiej agentury. Ogólnie cały teren Persji był ostatnio niespokojny, Korona chciała mieć aktywniejszy wpływ na politykę zarówno Bagdadu jak i szacha Persji. Sharp jako osoba znająca miejscowe zwyczaje, języki i tradycję, mająca doświadczenie i znająca okolicę, był idealną osobą do badania terenu pod przyszłe działania rządu Jej Królewskiej Mości.

Sam sobie czasami zadawał pytanie jak to się stało, że dał się wplątać w działalność szpiegowską? Wprawdzie po ukończeniu Oxfordu odbył służbę wojskową, gdzie dorobił się nawet kapitańskiej szarży, jednak kariera wojskowa niespecjalnie pociągała Richarda. Jego ojciec, który służył w korpusie dyplomatycznym wicekróla Indii, był wojskowym, od najmłodszych lat znał tylko ciągłe podróże i zmiany miejsca zamieszkania, praktycznie wychował się wśród mundurów i musztry. Miało to swoje zalety, nauczył się świetnie strzelać, fechtować i jeździć konno. Szybko też uczył się języków, jeszcze w Indiach nauczył się biegle hindi i pendżabskiego, potem podczas studiów przyszła pora na francuski, rosyjski i niemiecki, a podczas licznych podróży starał się w stopniu co najmniej komunikatywnym poznać miejscowe języki. Prócz wyżej wymienionych biegle włada także arabskim, potrafi porozumiewać się w suahili, jak również rozmówi się z Kurdem czy Pasztunem.

Kiedy kiedy jednak odszedł ze służby zajął się podróżami. Uczestniczył w kilku wyprawach badawczych w głąb Czarnego Lądu, zajmował się organizacją safari, miał nawet przyjemność polować z Theodorem Roosvelltem. Myślistwo, zaraz po podróżach było jego największą pasją. Jego posiadłość w Anglii zdobi kilkadziesiąt okazałych trofeów, a on sam ma nadzieję, że jeszcze kilka ich przybędzie. Sporo podróżował po Bliskim Wschodzie i Indiach. Ten drugi kraj traktuje jako swoją drugą ojczyznę, tam spędził dzieciństwo i młodość. Dzięki obszernym i wyczerpującym reportażom, uzyskał członkostwo w Królewskim Towarzystwie Geograficznym, co dało mu bodziec do kolejnych wypraw. Polował na tygrysy ludojady z radżą Pendżabu, wędrował z kurdyjskimi nomadami, przebywał wśród surowych i twardych Pasztunów podczas podróży po Kaszmirze. Słowem realizował swoje pasje, na co Los mu łaskawie pozwolił. O pieniądze nie musiał się martwić, dzierżawa z kilkuset akrów żyznej ziemi w hrabstwie York, w zupełności wystarczała by pokryć koszty jego wojaży.

Teraz szykowała się nowa przygoda, dodatkowo wzbogacona zadaniem z Tajnych Służb. Wprawdzie bywał już w Bagdadzie, ale samo miasto znał jedynie pobieżnie, nigdy też nie udało mi się zwiedzić starożytnego Ur czy Niniwy, teraz nadarzała się ku temu wyśmienita okazja. Narayan jeszcze wczoraj zajął się przygotowaniami do podróży, Richard nawet nie musiał mu robić listy potrzebnych rzeczy. Po tylu podróżach nepalczyk wiedział już, co powinien zabrać a co miało okazać się zbędne.

Podróżnik zajął się doborem broni, jaką zamierzał zabrać ze sobą. To była jedna z jego pasji. Cenił zarówno dobrą broń palną jak i białą. Z każdej podróży przywoził sobie pamiątkę w postaci jakiegoś rzadkiego okazu. Miał całą kolekcję sztyletów, szabel czy mieczy, niektórymi z nich władał bardziej niż biegle. Do skórzanego futerału na broń spakował ciężki sztucer myśliwski, dwie litery na mosiężnym okuciu kolby HH mówiły wszystko. Firma Holland i Holland z Londynu, produkowała najlepszą broń myśliwską i ... najdroższą rzecz jasna. Ekspress Sharpa był robiony pod zamówienie w morderczym kalibrze .600 Nitro. To właśnie pod jego lufą padło najwięcej myśliwskich zdobyczy Richarda, w tym cała Wielka Piątka. Choć był dość ciężki, to jednak w rękach wprawnego strzelca potrafił siać spustoszenie. Zabrał również dwa karabiny Remingtona model 8, które reprezentowały mniejszy kaliber ale oferowały większą szybkostrzelność. Solidna, choć musiał przyznać ze smutkiem, że jankeska robota. Dla siebie wziął jeszcze pistolet automatyczny Browninga i zdobiony kindżał, który swego czasu otrzymał w prezencie od macharadży Czandigarh, w podzięce za uratowanie życia jego następcy. Długie na trzydzieści parę centymetrów, zakrzywione ostrze z damasceńskiej stali było warte małą fortunę, nawet nie licząc sporego rubinu, który wściekłą czerwienią błyszczał osadzony w rękojeści. Jeszcze lornetka polowa Zeissa i niezawodny australijski kapelusz z szerokim, chroniącym od słońca rondem.

Z zadumy wyrwały go słowa Nereyana: - Byłbym zapomniał, przed wyjazdem telefonowała lady Britton, sir. Czterdziestolatek drgnął na dźwięk tego imienia, co by nie było, te kilka upojnych nocy w jej ramionach wspominał bardzo przyjemnie, tyle, że ona chyba spodziewała się czegoś więcej... - Zostawiła jakąś wiadomość dla mnie? Sługa przez chwilę patrzył na niego z uśmieszkiem błądzącym po wąskich ustach: - Tak, ale nie wiem czy mi wypada powtórzyć? Sharp odparł: - Mów, nie krępuj się. Nepalczyk zacytował: - Przekaż swojemu panu, że jest cholernym skurwysynem, że nawet nie pofatygował się jej pożegnać. Przytoczyła jeszcze kilka cięższych epitetów, których naprawdę nie chciałbym lordowskiej mości przekazywać. Podróżnik uśmiechnął się pod nosem, wiedział, że odpowiednich momentach pani Britton potrafiła być bardzo bezpośrednia... teraz akurat był to szczegół, którym nie warto było zaprzątać sobie głowy. Jakoś nie miał szczęścia do kobiet i tyle.

Na lotnisko przyjechali kilkanaście minut przed czasem, ale w sam raz by zobaczyć jak ciężka skrzynia z kamieniem z Niniwy, jest właśnie wyładowywana z półciężarówki. Ubrany był w jasny strój podróżny, elegancko skrojony, ale jednocześnie pozwalający zachować swobodę ruchów, przy pasie miał kaburę z pistoletem i pochwę z kindżałem oraz nieodłączny kapelusz. Resztą bagaży i broni zajął się Nereyan, sir Sharp miał pewność, że w całości znajdą się w odpowiednim miejscu.

Podszedł do zgromadzonych wokół starożytnego artefaktu ludzi, zapewne członków ekspedycji. Niektórych poznawał o innych słyszał, niemniej wypadało dokonać odpowiedniej prezentacji. - Witam szanowną Damę – skłonił się młodej kobiecie – i Panów. Jestem Sharp. Richard Sharp. To jest jak mniemam ów sławny kamień z Niniwy? - wskazał na wnoszoną na pokład skrzynię. - Czy ktoś z Państwa był już w Bagdadzie?
 
__________________
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, Czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce i jak bezsilnie zaciskamy ręce pomocy prosząc, podstępny oprawco. GG:11844451

Ostatnio edytowane przez merill : 25-02-2013 o 00:46.
merill jest offline  
Stary 25-02-2013, 20:50   #7
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
Bezcenne znalezisko zostało bezpiecznie ulokowane na podkładzie samolotu. Policyjne eskorta pożegnała się z podróżnikami, życząc udanej wyprawy i bezpiecznego lotu.
Tragarze z niechęcią wrócili do pracy i pakowali ostatnie bagaże, które zostały dostarczone przez wielmożnych państwa.
Malcolm Ross zauważył w pewnym momencie, że jedne z tragarzy o dość podejrzanej aparycji zachowuje się bardzo nerwowo. Rozgląda się wokół, jakby sprawdzał czy nikt go nie obserwuje. Bardzo uważnie też przyglądał się każdej skrzyni, pakunkowi, czy torbie, którą pakowano na samolot.
Ross obserwował go uważnie, ale poza nadmierną nerwowością i ciekawością nie zauważył nic więcej niepokojącego w zachowaniu mężczyzny.

Gdy wszystkie bagaże były już załadowane i Ross przymierzał się, by odpalić silniki na płytę lotniska wjechały dwa samochody. Jeden z nich był pocztowym furgonem, a drugi należał do prezesa Klubu Ekscentryków sir Samuel Faulkner.
- Dobrze, że was jeszcze złapałem - rzekł ciężko dysząc prezes - Jest mała prośba ze strony naszych ukochanych pocztowców. Z racji tego, że lecicie do Bagdadu, to możecie zabrać co tygodniową pocztę dla naszych żołnierzy, jak i oficjeli. Z tego, co wiem nie ma tutaj, żadnej tajnej dyplomatycznej poczty, więc nie powinno być żadnego problemu.

Tragarze na powrót przystąpili do pracy, a lot opóźnił się o kolejny kwadrans.
Pogoda była jednak na tyle stabilna, że Ross postanowił zaryzykować przelot nad kanałem Angielskim. Prognozy przemawiały za tym, a jakakolwiek zwłoka mogła sprawić, że lot zostanie przełożony na kolejne dni, co było ze wszech miar niepożądane.

Zagrały silniki i potężna machina wypełniona po brzegi bagażami i pocztą wzniosła się w powietrze. Ross pilotował ogromny samolot pewnie i z wielką lekkością. Zrobił jeszcze pożegnalne kółko nad Londynem i skierował maszynę wprost na Paryż.

Mniej więcej w połowie drogi do artystycznej stolicy Europy, Laura Woolley usłyszała niepokojący dźwięk dobiegający z ładowni. Dźwięk ów przypominał ni to kwilenie dziecka, ni płacz rannego mężczyzny.
Zaciekawiona udała się do ładowni, by sprawdzić skąd ów niepokojący odgłos dobiega.
Jak się okazało źródło hałasu pochodziło z jednej z wielkich skrzyń, które dostarczyli ludzie z poczty.
Laura przez kilka chwil nasłuchiwała odgłosów dobiegających ze skrzyni. Teraz nie miała wątpliwości, że jest to pojękiwanie kogoś bardzo cierpiącego.
Po krótkiej chwili namysłu poszła po doktora Bucketa i razem z nim otworzyła skrzynie. To, co oboje znaleźli w środku zdziwiło ich niepomiernie.
Bowiem w skrzyni leżał, poskręcany niczym francuski bajgiel, elegancki młody mężczyzna. Na jego twarzy malował się potworny grymas bólu. Doktorowi Bucketowi wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że przyczyną cierpienia mężczyzny jest złamana prawa ręka, która dyndała mu w nienaturalnej pozycji.

- Dzień dobry - mruknął mężczyzna zaciskając zęby - Alfred Irving, dziennikarz, niespełniony pisarz oraz amator nietypowych podróży. Do usług.
Kończąc swoją wypowiedź mężczyzna spróbował się uśmiechnął, ale wyszła z tego tylko koszmarna karykatura dobrego nastroju.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser
Pinhead jest offline  
Stary 04-03-2013, 00:41   #8
 
Baczy's Avatar
 
Reputacja: 546 Baczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnieBaczy jest jak niezastąpione światło przewodnie
Wszystko poszło gładko - załadunek, start maszyny oraz sam lot. Edgar co prawda wolał podróże drogą morską, jednak nie było czasu na taką wyprawę, musieli dostać się do Dubaju jak najszybciej, nie proponował więc nawet takiego rozwiązania. Mimo swojego zamiłowania do morza, często podróżował samolotem, z tego samego powodu, co obecnie - czas - i potrafił docenić finezję, z jaką sterował maszyną sir Ross. Lot był na tyle przyjemny, że doktorowi udało się nawet zapomnieć, w jakim celu udają się na Bliski Wschód i po prostu rozkoszować łagodnym lotem. Do czasu.

Panna Woolley nie wyglądała na zdenerwowaną, jednak Bucket wiedział, że nie prosi go na stronę tylko po to, żeby porozmawiać. Miała jakieś obawy i wybrała akurat jego na "powiernika", co niezmiernie mu schlebiało, niezwłocznie udał się więc za nią do ładowni. Przyczyna jej niepokoju znajdowała się w skrzyni, dosłownie. Dźwięki z niej dochodzące dobitnie wskazywały, że w środku znajduje się żywa istota, zaś jej rozmiar... Cóż, pierwszą myślą doktora było "Spokojnie bym się tam zmieścił, chociaż niewątpliwie byłoby mało wygodnie. Chyba, że poduszki...".
Zżerani przez ciekawość zgodnie zdecydowali się niezwłocznie otworzyć skrzynię. Doktor przez moment wahał się, czy nie zawołać najpierw pozostałych, jednak tym razem ciało było szybsze od umysłu i rozmyślania przerwał, nierozstrzygnięte, odgłos upadającej drewnianej ścianki.

W paczce pocztowej takich rozmiarów można spodziewać się znaleźć najróżniejsze rzeczy - od marmurowych rzeźb ogrodowych, przez egzotyczne owoce aż po nagiego mężczyznę. W ich paczce nie było nic takiego. Był co prawda mężczyzna, lecz ubrany, i to dość elegancko, jak na kogoś podróżującego w skrzyni. Miał też pewną cechę szczególną - złamaną rękę, która to była bez wątpienia przyczyną, dla której wydawał z siebie tak jękliwe odgłosy.

Mężczyzna, mimo mało korzystnego położenia, nie zapomniał o manierach. Przedstawił się, czym pozytywnie zaskoczył Bucketa. "Zapamiętać - jeśli postąpię kiedyś niegodziwie i zostanę złapany za rękę, powinienem być uprzejmym. To zbija z tropu i może działać na moją korzyść. A na pewno nie zaszkodzi."

- Pane Irving. Cóż za niespodzianka. Chyba będę musiał przejrzeć swój bagaż podręczny, Bóg raczy wiedzieć, kogo tam znajdę.- Chociaż zdziwienie jego było jak najbardziej autentyczne, wykonał kilka teatralnych gestów, jak to miał w zwyczaju. Po tym wtręcie skupił się na bezwładnej ręce gapowicza.
- Nie mam pojęcia, co pan sobie wyobrażał, ani co z panem teraz mamy począć, ale najpierw sugerowałbym pozwolić mi nastawić sobie rękę. Jestem doktor Edgar Bucket, gdyby pan nie wiedział, i sumienie każe mi się panem zająć, nawet gdybyśmy mieli pana zaraz potem wyrzucić za burtę. Czy co tam ma samolot zamiast burty. Czego oczywiście nie zrobimy. Ale jednak. Proszę poczekać.

Lekarz zwrócił się do młodej kobiety kładąc jej delikatnie rękę na ramieniu.
- Moja droga, bądź tak dobra i powiadom resztę towarzystwa o naszej nietypowej sytuacji. Poradzę sobie, na tę chwilę.

Zdjął marynarkę, którą do tej pory cały czas miał na sobie, i przykucnął przy mężczyźnie. Podwinął mu rękawy i sprawdził dokładniej miejsce złamania. Gdzieś w ładowni powinna być apteczka pokładowa, o ile nie było to złamanie otwarte czy z pęknięciem, powinna wystarczyć. Z nastawieniem jej powinien dać sobie radę sam, ale w razie czego może poczekać na resztę.

Irving z przerażeniem w oczach słuchał słów doktora. Wyraził tylko milczącą zgodę na operację nastawienia ręki. Wprawne ręce doktora, szybko wymacały miejsce złamania. Na szczęście nie bylo to otwarte złamanie i jeden szybki ruch, jeden okrzyk bólu pasażera na gapę i ręka była nastawiona. Oczywiście wymagała jeszcze usztywnienia i rekonwalescencji, ale zagrożenie zostało zażegnane.

- Bardzo panu dziękuję, doktorze - wyszeptał mężczyzna - Ja bardzo przepraszam za moje zachowanie, ale rozmawiałem z prezesem i on nie zgodził się na obecność prasy w wyprawie. Musiałem, więc uciec się do podstępu. Zapewniam pana, że nie będę dla was ciężarem, a wręcz przeciwnie, postaram się być pomocny.

- Bez wątpliwości
- powiedziała Laura, która od kilku chwil zza ramienia dr Bucketa przyglądała się całej “operacji”. Sir Wooley zawsze miał problem ze zdecydowaniem, czy zimna krew córki bardziej go zachwyca (“Poradzi sobie w każdej sytuacji”) czy przeraża (“ Zniechęci każdego potencjalnego kandydata na męża” ).
- Bez wątpliwości - powtórzyła, usmiechając się - Pana złamana ręka nie będzie żadną przeszkodą. W niczym.

- Teraz kiedy jestem w rękach takiego fachowca?
- odparł z uśmiechem - Zapewniam uroczą pannę, że zrobię wszystko, by być użytecznym dla waszej ekspedycji.

- Najpierw, drogi panie, musi nas pan przekonać, że nie powinniśmy wysadzić pana w Paryżu i zostawić samego sobie. Z całym szacunkiem, ale skoro prezes nie wyraził zgody, musiał mieć ku temu powód, tudzież nawet powody. I nie wiem, czy możemy tak po prostu przyjąć pana do ekspedycji.
Edgar wyprostował się i rozejrzał w poszukiwaniu apteczki. Będzie musiał usztywnić rękę, choćby bandażem.
W międzyczasie zachęcił dziennikarza do odpowiedzi, wykonując wymowny gest.


Głośny i urywany krzyk z luku bagażowego wyrwał Richarda z zadumy. Podziwiał krajobrazy przesuwające się pod brzuchem samolotu. Pilot prowadził maszynę nad wyraz pewnie. Odłożył na bok gazetę, którą dotychczas miał na kolanach i ruszył na tył maszyny.

Doktor Bucket właśnie kończył nastawiać rękę nieznajomemu mężczyźnie. - Pasażer na gapę jak widzę? - Mężczyzna na oko trzydziestoletni spojrzał na niego ze zbolałą miną. - Pan zdaje sobie sprawę, że brak akceptacji prezesa naszego Towarzystwa, nie była bezpodstawna. Nieprawnie wtargnął Pan na pokład naszego aeroplanu. Mam nadzieję, że w Paryżu się Pan szybko ulotni nam z oczu.

Obecność dziennikarza była Sharp`owi bardzo nie odpowiadała. Jego zadanie od Tajnych Służby mogło być narażone na ujawnienie przez tego durnego pismaka. - Cenię Pana pomysłowość, ale nawet poświęcenie w postaci złamanej kończyny nie przekona mnie do pańskiego udziału w wyprawie. Nie śmiem nawet przypuszczać, że reszta z Państwa myśli inaczej? Pracujemy dla Towarzystwa i powinniśmy trzymać się zaleceń prezesa. Zresztą Drodzy moi towarzysze podróży, widzieliście dzisiaj te obrzydliwe i kłamliwe nagłówki? Zwłaszcza panna Wooley powinna poczuć się urażona, dotyczyły bowiem Pani ojca.

Dziennikarz spojrzał na obu nagabujących go mężczyzn. Na jego twarzy pojawiło się autentyczne oburzenie i złość.
- Sir Faulkner jest po prostu do mnie uprzedzony i nie potrafi docenić moich zasług i talentów. Jednak dlaczego panowie tak mnie oceniacie? Tego doprawdy nie mogę pojąć. Fakt, przyznaję, że wtargnąłem na pokład podstępem. Jednak każdy z panów zrobiłby, to samo na moim miejscu, gdyby zależało mu na udziale w tej wyprawie. Nie mogłem tego zrobić w oficjalny sposób i dlatego musiałem się uciec do tego typu wybiegu. Uważam, że dobitnie to pokazuje, jak wielkim dysponuje sprytem i zaradnością. A zapewniam wszystkich państwa, że to nie jedyne moje talenty. - zakończył z dumą w głosie gapowicz.
 
__________________
– ...jestem prawie całkowicie przekonany, że Bóg umarł.
– Nie wiedziałem, że chorował.
Baczy jest offline  
Stary 04-03-2013, 09:47   #9
 
valtharys's Avatar
 
Reputacja: 2801 valtharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputacjęvaltharys ma wspaniałą reputację
Sir Richard Sharp był już autentycznie wyprowadzony z równowagi. - Pana relacje z Sir Faulknerem są mi obojętne, szczerze mówiąc, mam je w głębokim poważaniu. Co do pańskiej zaradności, aż boję się pomyśleć w jakich jeszcze dziedzinach się przejawia. Honorowy meżczyzna nie wkradałby się na pokład podstępem, jak nie przymierzając zbój jakiś. W Paryżu Pan wysiada... chyba że woli Pan wcześniej - wskazał ręką okno samolotu.

- Pańskie słowa to zniewaga czystej wody. W innych okolicznościach żądałbym satysfakcji, ale jak pan spostrzegł jestem niedysponowany. Poza tym musi mieć pan wyraźne braki w wykształceniu i nie zapoznał się pan jeszcze z działami Machiavelliego, który powiada, że trza być i lisem i lwem.
Dziennikarz rzucił butnie i zaczął podnosić się z podłogi.

- A groźby, które pan wobec mnie stosuje nieprzystoją, ani dżentelmenowi, ani członkowi Klubu Ekscentryków, drogi panie. Milczeniem oczywiście zbędę fakt, że raczej nie dałby pan rady jej zrealizować.

- Hahaha - zaśmiał się serdecznie Sharp. - Satysfakcji? Takowoż daję tylko tym, którzy na nią zasługują. Pana w tym gronie nie ma, z Machiavellim proszę mi tu nie wyjeżdżać, mi zwykły kodeks szlachecki wystarczy. Nie ma w nim nic o wkradaniu się potajemnie na pokład samolotu. Jeśli tak bardzo chciał Pan polecieć, wystarczyło znaleźć nas w Bagdadzie i racjonalnie wyłuścić nam argumenty za pańskim towarzystwem. Póki co proponuję, żeby dał się Pan do końca opatrzyć doktorowi Bucketowi i nie unosząc się grzecznie czekać na wysiadkę w Paryżu. I suponuję o większą rozwagę w doborze słów, bo naprawdę o moim honorze gotów zapomnieć.


- Niestety mimo szlacheckiego urodzenia, nie dane mi było odziedziczyć żadnej fortuny i ze smutkiem muszę wyznać, że nie byłoby mnie stać na przelot do Bagdadu. Okoliczności życiowe i kłopoty finansowe, nie zniechęciły mnie jednak do podróżowania i odkrywania świata, drogi panie. I to zapewne jest jednym z powodów dla których sir Faulkner nieprzerwanie odmawia mi członkostwa w Klubie Ekscentryków. Na koniec pozwoli pan, że wyrażę nadzieję, że to nie pańska osoba ma w tej ekspedycji decydujący głos.
Dziennikarz z nadzieją w oczach spojrzał na pozostałych członków wyprawy.

- Nie mam, ale widocznie prasa z jakichś względów jest na naszej wyprawie niepożądana. Nie są to moje decyzje. Wobec tego proponuję trzymać się zaleceń naszych mocodawców. Tyle miałem do powiedzenia. Teraz jestem ciekaw zdania innych członków wyprawy.

-Nikt, nikogo nie będzie wyrzucał z pokładu samolotu, którym dowodzę drogi panie Sharp - powiedział Ross, który chwilę przysłuchiwał się rozmowę
- Pański żart, gdyż za to mogę uznać pańskie słowa, nie był w najlepszym tonie. - słowa szlachcica były spokojne, chociaż dało się w nich wyczuć pewną przyganę
- Wielu dzielnych ludzi straciło swoje życie nad tymi ziemiami, a ja nie zamierzam powiększać tej listy o kolejne nazwiska - dodał i skinął głową dziennikarzowi. Musiał przed sobą przyznać, że facet był odważny i zdeterminowany, cechy które można było podziwiać u drugiego człowieka
- Jeżeli o mnie chodzi, to o naszej wyprawie dostaliśmy raczej zalecenia i nie widzę powodu, dla których nie mielibyśmy skorzystać z dodatkowej pary rąk

- O widzi pan, panie Sharp. Z miejsca da się zauważyć, że pan kapitan to człowiek z klasą i o szlachetnym sercu - rzekł przymilnie dziennikarz - Proszę mi zatem wybaczyć moje naganne zachowanie, panie... - mężczyzna zawiesił wymownie głos i spojrzał na Rossa.

- Proszę mi wybaczyć ten brak manier. Malcolm Kyle Ross - przedstawił się szlachcic
- Alfred Irving, miło mi - mężczyzna wyciągnął dłoń i wymienił uprzejmości ze wszystkimi obecnymi, poza oczywiście panem Sharpem, którego tylko obrzucił wilczym spojrzeniem.
- Bardzo się cieszę, panie kapitanie, że będę mógł wziąć udział w tej jakże ekscytującej wyprawie. Jak już wspomniałem wcześniej, nie będę dla nikogo ciężarem i postaram się na każdym kroku dowodzić swojej przydatności. - uśmiechnął się szeroko, ale uśmiech szybko zgasł przez atak bólu złamanej reki.

-Mi również miło poznać pana panie Irving. Jednakże pragnę zauważyć, że to tylko mój głos. Jednakże będzie pan musiał posłuchać decyzji większości naszej “drużyny”, jako iż nikt z tutaj obecnych nie może sobie rościć prawa, do dowodzenia nami jak oddziałem wojskowym - uśmiechnął się lekko - Poza tym, proszę wybaczyć moim towarzyszom, wszelkie ostre słowa. Prasa niezbyt przychylnie zareagowała na ostatnie wieści z Bagdadu i wszyscy możemy być lekko poddenerwowani, nie jest to normalna sytuacja -
-No chyba nie będziemy się bawić w demokrację, panie Ross. Skoro jest pan kapitanem, to pan tu decyduje.
Teraz mina szlachcica była minimalnie inna - Panie Irving, ma pan po części rację, bo kapitan na pokładzie swojego samolotu jest, jak to bywało dawniej na okrętach “pierwszym po Bogu”, jednakże nasza wyprawa, nie ogranicza się tylko do pokładu tego samolotu. Nie zamierzam pana wyrzucać na siłę, ba jeżeli pan chce mogę zabrać pana nawet do Bagdadu, ale obawiam się, że bez zgody reszty naszej wyprawy, podróż do Bagdadu może okazać się bezowocna. - szlachcic zamilkł na chwilę strzepując jakiś niewidzialny pyłek ze swojej kurtki
- Podziwiam pańskiego ducha i pańską determinację, dlatego jestem bardziej przychylnie nastawiony do tej sytuacji.

- Może nie mam wielkiego doświadczenia w tego typu wyprawach, ale wiem jedno. Na każdej ekspedycji musi być jakiś przywódca, lider. Ktoś kto tupnie nogą we właściwym momencie i wskaże innym drogę. Skoro jest pan kapitanem tego samolotu, to moim zdaniem także całej wyprawy. Jednak skoro nie ma innego wyjścia, to głosujcie drodzy państwo.
- Irving zakończył wbijając wzrok w nieprzychylnego mu Sharpa.

Thomas przez znaczną część podróży siedział czytając książkę. Chciał jak najwięcej dowiedzieć się o Bagdadzie, tamtejszej kulturze i zwyczajach. Lekturę przerwała informacja o “nieproszonym” gościu. Młodzieniec milczał przysłuchując się dość zabawnej wymianie zdań. Co jakiś czas lekko uderzał laseczką o pokład aż w końcu rzekł, uśmiechając się przy tym szeroko:

- Panie Irving skoro przyznał się Pan, że nie ma Pan doświadczenia w tego typu sprawach,a w dodatku zakradł się Pan tu jak szczur toteż nie widzę najmniejszego powodu by mógł Pan zostać z nami. Z uwagi na Pański stan , Pańska obecność może co najwyżej nas spowalniać a skoro szacowny Sir Faulkner nie docenił Pana to znaczy, że miał ku temu powód i to mi wystarczy - Thomas nie miał nic przeciwko dziennikarzom ale nie kiedy “pracował”. Trzeba czasem odpuścić sobie blask fleszy na rzecz bycia bardziej wydajnym.

Przedstawiać mu się nie zamierzał, bowiem nie sądził, by dziennikarz nie wiedział z kim ma przyjemność. Młodzieniec wyjął papierosa i zaczął się nim bawić. Na razie nie zapalał, bowiem mogło to po nie którym przeszkadzać.

Doktor skończył usztywniać złamaną kończynę dziennikarza.
- Wyjdźmy może na moment z ładowni, niech sobie tutaj pan Irving posiedzi, poczeka, odpocznie. Jak tylko podejmiemy konkretną decyzję, damy panu znać, na pewno- zakończył zwracając się do dziennikarza.

Gdy wszyscy opuścili pomieszczenie i zamknęli za sobą drzwi, doktor jako pierwszy zabrał głos.
- Rozumiem podziw, sympatię, wyrozumiałość i całą masę pozytywnych odczuć, którymi można darzyć naszego gapowicza, wszakże w innych okolicznościach mógłby być ciekawym towarzyszem. Aczkolwiek, musimy pamiętać, że nie lecimy na wakacje. Mamy na pokładzie cenny artefakt, a misja, jaką nam przydzielono wymaga nie tylko sprytu i determinacji, ale i dyskrecji. Nikt spoza naszego grona nie powinien o niej wiedzieć, włączając w to pana Irvinga. Nie chcę go przekreślać, ale jednak nie zaryzykowałbym brania go ze sobą, gdyby to ode mnie zależało. Nie znamy jego prawdziwych intencji, ani też... granicy przyzwoitości. Bo przyznam, że nie wyobrażam sobie siebie wślizgującego się na pokład samolotu. Człowiek taki jest zdolny, w moich oczach, do wszystkiego, żeby tylko osiągnąć swój cel. A jaki jest prawdziwy cel pana Irvinga, tego nie wiemy.
Mały człowieczek zmierzył wszystkich wzrokiem. Był jak najbardziej poważny, co zbyt często mu się wcale nie zdarzało.
- Z przykrością, ale proponuję wysadzić naszego ponadprogramowego pasażera w Paryżu. Nawet ofiaruję się opłacić mu bilet powrotny do Londynu.*

Thomas nie lubił się powtarzać, i rzekł krótko:
- I tu zgodzę się z doktorem. Zainteresowanie dziennikarzy może tylko nam utrudniać zadanie, choć jestem ciekaw co nasza Dama sądzi o tym ? - spojrzał uśmiechając się do Laury.

- Myślę, że gazety już dość kalumnii i bezpodstawnych oskarżeń powypisywały o moim biednym papciu. - powiedziała Laura - On już nie potrzebuje więcej rozgłosu. Ani on, ani my. Szczególnie od osoby, która nie miała dość honoru ani odwagi, żeby się do nas zgłosić i otwartym tekstem poprosić o możliwość udziału w wyprawie.

Richard nie bez satysfakcji spojrzał na Irvinga po wypowiedzi panny Laury. - Zarzucał mi Pan, Panie Irving braki w wykształceniu. Nie będę Pana naśladował, stanowiska wszystkich zainteresowanych są jasne. Zakładam, że potrafi Pan liczyć, także przyjdzie nam się pożegnać w Paryżu. Doradzałbym zaprzestanie nachodzenia nas, czy dalsze śledzenie. Pan Nereyan - Sharp wskazał suchego jak wiór, ale żylastego Gurkhę - dopilnuje, żeby w Paryżu nie udała się Panu sztuczka ze skrzynią. Swoją drogą szkoda by było drugiej ręki, nieprawdaż? W końcu jakoś artykuły trzeba napisać?

Sharp nie czekał już na komentarz Irvinga. Pogratulował pozostałym decyzji i zaproponował ponowne zajęcie miejsc. W końcu niedługo mieli lądować w Paryżu.

Irving był autentycznie przerażony. Przez kilka chwil trawił słowa, jakie właśnie usłyszał.
W końcu padł na kolana i ze łzami w oczach wyjęczał:
- Błagam was mili państwo. Ja muszę wziąć udział w tej wyprawie. Muszę... Blagam zabierzcie mnie ze sobą. Pomogę wam, naprawdę. Jeżeli nie wezmę udziału w tej wyprawie moje dalsze życie nie ma sensu. Błagam was. Wiem, że moje zachowanie było niewłaściwe, ale naprawdę nie miałem wyjścia. Myślałem, że dzięki temu zyskam w waszych oczach. Życie... życie cały czas kopie mnie po dupie, a ja nie umiem sobie z tym poradzić. Pragnę tak, jak wy zwiedzać świat, odkrywać nieznane miejsca i wieść życie pełne przygód. Niestety jedyne, co mi się udaje to nietypowe podróże. Błagam was. Błagam.

Thomas spoglądał z politowanie już na błagającego Irvinga i cały czas bawił się papierosem. Im bardziej błagał tym bardziej mężczyzna błaźnił się w jego oczach. Nie obchodziło go to zbytnio, cenił sobie ludzi szczerych ale i umiejących znosić trudy życia. Fakt jemu się poszczęściło choć musiał nie raz stawać na głowie by swoją pozycję utrzymywać na topie. Obraz płaszczącego się i łkającego Irvinga odrzucał go i rzekł:
- Panie Irving... proszę przestać bo wyrzucę Pana z pokładu. Proszę mieć trochę godności. Widząc coś takiego..tym bardziej skłaniam się ku temu że nasza wspólna decyzja była słuszna i właściwa.. Poza tym jest tu dama, toteż warto by zachować się jak mężczyzna - usiadł na swoim miejscu i zapalił papierosa. Nałóg czasem bywa zgubny.

Słowa Tempeltona tylko jeszcze pogłębiły desperację dziennikarze.
- Ja wiem... ja wiem, że to żałosne i niegodne mężczyzny. Musicie jednak państwo zrozumieć, że ja już obiecałem naczelnemu relacje z tej wyprawy. Jak tego nie zrobię, to mnie wywali na zbity pysk i będzie już po mnie. Błagam was, zlitujcie się nade mną. Zabierzcie mnie ze sobą. Ja naprawdę nie będę wam przeszkadzał.

Ton Thomasa stał się chłodny i zimny:
- Właśnie Pan to robi. Życie nauczyło mnie jedno: nie składaj obietnic których nie możesz dotrzymać Panie Irving...Proszę się już uspokoić.. Ja zdania nie zmienię, chyba że moi towarzysze postanowią inaczej... - dodał spoglądając na resztę drużyny

Irivng zamilkł i z nadzieją w oczach spojrzał na resztę grupy.
 
__________________
Dzięki za 7 lat wspólnej zabawy:-)
valtharys jest offline  
Stary 18-03-2013, 18:14   #10
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 199 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
Samolot całkiem miękko wylądował na ziemnym pasie zbudowanym w pod paryskiej wsi. Prywatne lotnisko nie było duże, ale umiejętności Malcolma Rossa były na tyle wysokie, że bez większych problemów posadził na ziemi potężny samolot, którym podróżowała ekipa ratunkowa.
Na miejscu czekał już na wszystkich profesor Lombard. Od razu zaprosił wszystkich na kolację, która była już przygotowana.
Służba profesora zajęła się bagażem podręcznym podróżników. Także Irving, korzystając z zamieszania jakie panowało po wylądowaniu, została zaproszony na wieczerzę.

W czasie wytwornej kolacji, która była niczym balsam dla zmęczonych lotem podróżników, profesor Lombard podzielił się kilkoma cennymi wskazówkami, jak postępować i jak się zachowywać w krajach arabskich. Irving dodał kilka uwag od siebie, przy czym wykazał się dużą znajomością tematu, co nie umknęło uwadze profesora.
Drażliwy temat roli Irvinga w wyprawie został sprytnie przemilczany.

Nazajutrz rano cała drużyna ponownie znalazła się na pokładzie samolotu. Doktor Edgar Bucket zgodnie z tym, co obiecał wręczył dziennikarzowi niewielką sumę pieniędzy na bilet powrotny do Anglii.
Irving ze smutkiem pożegnał się ze wszystkimi i ruszył w swoją stronę.

Dalsza część podróży minęła bez dalszych przygód. Po dwóch kolejnych międzylądowaniach, ekipa ratunkowa wylądowała w końcu na wojskowym lotnisku w Bagdadzie.
- Witam szanownych państwa - przywitał się kapitan brytyjskiej armii, który wyszedł na przeciw grupie - Rad jestem, że to właśnie mnie przypadł zaszczyt powitania państwa w tym pięknym i egzotycznym kraju. Wiele słyszałem o państwa wyczynach i rad jestem, że mogę poznać państwa osobiście. Kapitan Lincoln Radclif, do usług. Zapraszam na mały powitalny poczęstunek w czasie którego będzie mogli państwo odpocząć, a ja udzielę wam kilku informacji.

Grupa ruszyła za kapitanem do niewielkiego budynku na płycie lotniska. Poczęstunek faktycznie był skromny i można było rzecz, że wręcz iście wojskowy. Składał się on głównie z owoców, świeżych soków schłodzonych lodem i arabskich słodkości, baklawy i chałwy.
Gdy podróżnicy gasili pragnienie i kosztowali owoców, kapitan Radclif przemawiał:
- Muszę państwa ostrzec, że obecnie miasto, jak i cały kraj z resztą nie jest miejscem bezpiecznym. Miejscowi się burzą i coraz głośniej mówi się o niepodległości. Wszyscy Brytyjczycy traktowani są, jak wrogowie. Różnie jest ona okazywana od zwykłej ignorancji do otwartej niechęci. Proszę, więc byście państwo w kontaktach z miejscowymi byli bardzo ostrożni. Ja ze swojej pomocy oczywiście służę wszelką pomocą i radą. Dodatkowo sprawa dla której państwo przybywacie do Bagdadu nie jest łatwa. Sir Charlesa Woolley otwarcie nazywany jest złodziejem i przestępcom. Nasze służby dyplomatyczne starają się wyjaśnić sprawę i zachować powściągliwość w komentarzach, ale nie jest to łatwe. Sir Woolley zniknął, jak kamień w wodę. Przepadł bez wieści, a wraz z nim ponoć cenne znalezisko. Dlatego jeszcze raz proszę państwa o zachowanie ostrożności i daleko posuniętą rozwagę. Obecnie jedno nie opaczne słowo może być iskrą zapalną do zamieszek i buntów. Jak już państwo odpoczniecie mój adiutant odwiezie was do hotelu.
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser
Pinhead jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:40.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166