Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-11-2013, 23:54   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 14345 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
[Storytelling] Wszystkie drogi do Piekła

Rok 2005 Miesiąc lipiec dzień 20




Szpital nie jest najbardziej przyjemnym miejscem do pracy. Codziennie obcuje się z pacjentami i ogląda ich rany oraz inne ślady chorób ich trapiących. Szpital psychiatryczny...


Wydaje się być pod tym względem inny. Pacjenci nie bywają oszpeceni urazami i chorobami, które przechodzą. Przynajmniej dopóki się nie spojrzy w ich oczy. Są to ponoć zwierciadła duszy.
Jeśli jednak są… to czyż widok takiej duszy, przeżartej trawiącym ją rakiem obłędu nie jest straszliwym widokiem. Czyż spojrzenie takich oczu nie wywołuje przypadkiem ciarek na grzbiecie?

Wywołuje.
Rick coś tym wiedział. Rick Moranis od wielu lat pracował w tym szpitalu. Był jednym z najbardziej doświadczonych pielęgniarzy na oddziale psychiatrycznym dla agresywnych pacjentów.
Był masywnym Latynosem przypominającym z twarzy i postury podstarzałego bramkarza przy nocnym klubie. Za wyjątkiem oczu, te były pełne doświadczenia i mądrości. To były oczy, które widziały wielu pacjentów, wielu doktorów i wiele terapii.
Rick zbliżał się do emerytury i w zasadzie był z tego zadowolony. Ten oddział szpitalny zapewnił materiałów na nocne koszmary do końca życia.
Teraz szpitalny korytarzem prowadził stażystę, w przyszłości pracownika tego szpitala. Chłopak był wysoki i muskularny. Z wyglądu typ skinheada z którymi za młodu Rick bił się wiele razy.
Jednak ani uśmiech, ani spojrzenie nie pasowały do skinheada. Były zbyt nieśmiałe. Chłopak nie poradziłby sobie w jego dzielnicy. A Rick musiał go nauczyć wszystkiego, by poradził sobie tutaj.
Na kogo zwracać uwagę, którego pacjenta nie zachodzić od tyłu, kogo informować w razie kłopotów.
Jak postępować z niebezpiecznymi pacjentami, by nie wywołać napadów agresji. I jak radzić sobie z nimi, gdy w furii toczą pianę atakując wszystko co się rusza. Jak obłaskawiać bestie.

Jego nauki przerwało wycie, triumfalne wycie, nieludzkie.
-Cholera to chyba dwudziestka.- warknął gniewnie Rick i ruszył przodem lekko drżąc ze strachu. Nawet on… bał się dwudziestki.
-Dwudziestka?-zdziwił się stażysta.
-N.N. pacjent z izolatki numer dwadzieścia. Ekstremalnie agresywny i ekstremalnie niebezpieczny.- rzekł nerwowo Rick.- Zwykle siedzi w kącie i nic nie robi, tylko się gapi. Zwykle trzeba go karmić i przebierać, ale czasem… Czasem mu odbija i jest pobudzony cholera wie czym… za pierwszym razem zabił dwóch pacjentów. Za drugim… złamał mi nogę, zabił Charliego i okaleczył jednego z pacjentów. Powinni go usmażyć na krześle już dawno.
Dotarli do drzwi izolatki, Rick zajrzał przez wizjer.- Do tego typa nigdy nie przychodź sam. Bądź czujny i zawsze gotów do spacyfikowania oporu i nigdy się nie wahaj.
Przez wizjer widział skuloną postać w kaftanie bezpieczeństwa kiwającą się w przód i w tył. I rechoczącą ze śmiechu.
-Jest źle. Powiadom dyżurkę, że dwudziestce odbija i spytaj przy okazji, który lekarz ma teraz pieczę nad tym cholernym katatonikiem. No ruszaj się!-
warknął gniewnie pielęgniarz.
-Często mu tak odbija?- zapytał chłopak, a Rick zamyślił się.- To trzeci raz w ciągu sześciu lat i sześciu dni odkąd tu trafił…
-I pewnie sześciu godzin co?-
zaśmiał się chłopak i nie dając czasu Moranisowi na odpowiedź pobiegł wykonać polecenie.
-Nie będzie ci do żartu, gdy spojrzysz dwudziestce w oczy.- mruknął Rick pod nosem obserwując pacjenta. Po policzku sanitariusza spływał zimny pot.

A tymczasem obiekt rozmowy kiwał się niczym automat. Na jego twarzy widniał szaleńczy uśmiech, a jego spojrzenie skupiało się na obiekcie, którego pielęgniarz nie mógł dojrzeć zza pleców dwudziestki. Karcie do tarota.
-Zaczęło się…- szeptał cichutko.- W końcu nadszedł czas zabawy.

A gdzieś na centralnym Atlantykiem zaczęły powoli gromadzić się chmury…

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=2I7vPbthvWo[/MEDIA]


Annabell Clark

To był ciężki dzień. Rozmowy z wydawcą, wykłócanie się o poprawki, o promocję, o pieniądze.
Nikt nie powiedział jednak, że życie jest proste. Dobrze chociaż, że przekładało się ono na luksusowe mieszkanie, luksusowy samochód i bardzo drogi motocykl.
Annabell wróciła do mieszkania późnym wieczorem i na dziś nie miała ochoty na nic poza gorącą kąpielą, pizzą na zamówienie i długim snem. Jutro na szczęście dzień zapowiadał się o wiele bardziej przyjemniej. Żadnych ważnych spotkań, żadnych terminów, żadnych ważnych person wobec których trzeba stonować słownictwo.
Żadnych krótkich spódniczek zakładanych tylko po to by zmiękczyć serca wydawcy, kosztem utwardzenie czegoś poniżej pasa.
Buty na płaskim obcasie cisnęła w kąt. Zamówiła telefonicznie pizzę i zaczęła wypełniać wannę gorącą wodą. Należało jej się, a co?
Włączyła telewizor, akurat leciały wiadomości.


Nie przyglądała się nim, zajęta przeglądaniem poczty. Oprócz rachunków do zapłacenia i listów od wielbicieli jej talentu… jak i jej samej, znalazła czystą kopertę bez znaczka pocztowego i adresu nadawcy.
W środku był krótki liścik. Kilka dziwnych zdań.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

oraz karta tarota.


Papieżyca.

Anabell przyglądała się tej karcie, gdy do jej uszu doszedł głos z telewizora.
-Dziś w godzinach wieczornych znaleziono martwą Laurę Clark zwaną też Laurą Szczęściarą w jej rezydencji na obrzeżach Las Vegas. Kobieta została brutalnie zamordowana w sposób “bestialski” jak to określił rzecznik policji miasta. Laura Szczęściara była znana głównie z niezwykłego sposobu w jaki zdobyła swe pieniądze. Wygraną z loterii Powerball, pomnożyła w kasynach Las Vegas, z których jedno kupiła. Chodzą plotki jak dotąd niepotwierdzone, że przyczyną owego nadzwyczajnego szczęścia były powiązania Laury Clark z włoską mafią i jej śmierć wpisuje się w brutalne mafijne porachunki, pomiędzy organizacjami przestępczymi działającymi w tej metropolii.


Emma Durand


Emma lubiła takie knajpki...


Miały w sobie ten czar pierwszych występów na scenie. Publiczność bardziej kameralna i bardziej wysublimowana. Dobre miejsce by odprężyć się pomiędzy nagraniami kolejnych kawałków na pierwszą płytę. Dobre miejsce, by przypomnieć, że śpiewa się najpierw dla przyjemności, potem dla publiczności, a na końcu dla pieniędzy.
Emma.. występowała ostatnia. Był to przywilej gwiazdy wieczoru. Więc póki co słuchała i obserwowała innych wykonawców.


Jedni lepsi, drudzy gorsi. Każdy napędzany miłością do muzyki i marzeniami o sławie. Niemniej trzeba było przyznać, że klub sprosił wykonawców na poziomie. Żadna wokalista, żaden wokalista… nkt z muzyków nie schodził do żenującego poziomu. Jedni byli dobrzy, inni solidni. Słuchało się ich z przyjemnością sącząc whisky z lodem na koszt klub. A potem nastąpił jej występ… i publiczność jak zwykle słuchała z zapartym tchem. I nagrodziło ją burzą oklasków wywołując przyspieszone bicie serca.
Do pewnych rzeczy nie można się przyzwyczaić. Pewne wydarzenia zawsze wywołują rumieniec na twarzy. Owa owacja należała do takich wydarzeń.

A w garderobie na Emmę czekały oczywiście kwiaty. Mnóstwo bukietów spośród których najbardziej wyróżniał się bukiet już zwiędłych róż.


Bardzo kontrowersyjna i odważna przesyłka, ale Emma przyznała że wyróżniająca się. I przyciągająca uwagę. Kobieta otworzyła kopertę dołączoną do kwiatów. Wypadła z niej nieduża karteczka i z kilkoma słowami.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

oraz karta tarota.


Cesarzowa.
Emma kątem oka zauważyła w lustrze toaletki czyjeś odbicie. Przerażonej kobiety około sześćdziesiątki,sądząc po zmarszczkach i siwiźnie. Ale gdy spojrzała w owe lustro zobaczyła tylko jedną twarz… swoją własną.


Susan Chatiere


Budynek sądu stanowego. Susan nie sądziła, że będzie musiała go odwiedzać.


A już tym bardziej nie sądziła, że będzie musiała odwiedzać z tak niezwykłego powodu. Pół roku temu znany francuski poeta Louis Caballin zgwałci trójkę dzieci wziętych z amerykańskich sierocińców. Wywołał tym burzę w gazetach. Bo stawał przed sądem obecnie nie jako oskarżony, ale jako świadek. Ofiary bowiem dostarczyła organizacja charytatywna mająca ponoć pomagać dzieciom z rozbitych rodzin. A zamiast tego dostarczała ofiary swym bogatym klientom.
Złapany dosłownie z opuszczonymi gaciami Cabllin od razu przyznał się do wszystkiego i poszedł na współpracę. Wolał bowiem 200 lat zasądzonych mu przez sąd w ramach ugody, niż krzesło elektryczne w ramach procesu.
Problemem związanym z francuskim poetą był fakt, że Louis był dumnym ze swych korzeni Baskiem z Labourdin. Piszącym zresztą poezję w swym rodzimym języku.

Louis mówił kiepsko po francusku i w ogóle po angielsku. Susan więc została jego tłumaczem, co wymagało od niej wysiłku i sięgania po różne opracowania. Ale też podnosiło jej prestiż w wydawnictwie i przynosiło duży zarobek. Wymagało jednak sporo czasu spędzanego w sądzie. Zwłaszcza że obsługiwała też konferencje prasowe Louisa. A ten udzielał ich sporo.
Zbliżał się wieczór… który znów spędzała na tłumaczeniu kolejnego oświadczenia Luisa.
Użyczono jej jedną z sal wykorzystywanych przez ławę przysięgłych do zamkniętych obrad.
Mogła tu spokojnie zajmować się tłumaczeniem na swoim laptopie.
Nagle usłyszała pukanie do drzwi, po czym wszedł wysoki i szczupły woźny niosąc w ręku kopertę.
-Ktoś to dla pani zostawił w portierni. Przepraszam, że tak późno to przynoszę, ale musiało się zapodziać w innej korespondencji, bo dopiero teraz znalazłem.-wyjaśnił podając jej kopertę z jej imieniem i nazwiskiem.

W środku był krótki liścik.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

Dziwne, pozbawione sensu zdania. Z koperty oprócz liściku wypadła pojedyncza karta tarota.



Koło Fortuny.

Jeremy Perrier


Nie sądził, że tam wróci. Nie chciał. Mimo wszystko nie chciał tam wrócić.
Dlatego wybrał samochód. To dobry sposób podróżowania po Stanach dla kogoś kto ma dużo gotówki i jeszcze więcej czasu. No i poza tym… widoki, widoki, widoki.
Kenny Shultz chciał nowej książki, niemal o nią błagał. Albo przynajmniej opowiadanie promocyjne, które można by było dorzucić do jakiejś antologii.
Dlatego podróż samochodem była koniecznością. Samolot był zbyt szybkim środkiem transportu.
Podróż samochodem i zwiedzanie Ameryki dostarczało inspiracji.
A Jeremy’ego stać było na dobre hotele. Takie jak ten w którym obecnie przebywał i spał. Łóżko było wygodne, pokój porządny, kolacja smaczna…

Sen...głęboki. Dźwięk komórki wyrwał Perriera ze snu. Dzwonił Shultz o...


O czwartej rano?! Porąbało go? Czego mógł chcieć o tak wczesnej porze?
-Jeremy?- Perrier usłyszał w słuchawce znajomy głos Kenny’ego.- Ten kawałek który mi wysłałeś po Północy. Świetny… Naprawdę. To mogłoby być interesujące opowiadanie, ale… Zrozum. Masz już ustaloną reputację, swoje poletko. Ten tekst nie pasuje do tego co zwykle piszesz. Rozumiem, że pisarze czasem mają ochotę zabrać się za coś… innego, bardziej ambitnego. Ale wierz mi. nie warto.
Opowiadanie? Jakie znowu opowiadanie. Jeremy wszak położył się spać koło jedenastej. Niczego nie pisał, ani tym bardziej wysyłał po północy.
Nie zdążył też się spytać agenta, gdyż ten pożegnał się szybko i przerwał połączenie. Była wszak czwarta w nocy. Nie czas na długie pogaduszki.
Nagle spojrzenie Jeremy’ego spoczęło na białej kopercie podpisanej jego i imieniem oraz nazwiskiem, a leżącej na jego pościeli.
Podniósł ją i otworzył. W środku był krótki liścik.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

Dziwne, pozbawione sensu zdania. Z koperty oprócz liściku wypadła pojedyncza karta tarota.


Wieża.

Teodor Wuornoos


Konwent literatury science fiction i sensacyjnej w Phoenix w stanie Arizona.
Konwenty takie jak ten wpisywały się w coroczną rutynę Teodora. W końcu reklama jest dźwignią handlu… nawet jeśli jest się poczytnym autorem kryminałów jak on sam.


Wszystkie konwenty były takie same. Siedzenie za stołem i podpisywanie kolejnych książek. Przy okazji wysłuchiwanie uwag, komplementów i zachwytów. W zależności od tego, kto akurat z czym podchodził...Zawsze znajdą się tacy co napisaliby książkę lepiej od autora.
Należało ich wysłuchać i uprzejmie odpowiedzieć, dać dedykację i obsłużyć kolejnego klienta, których długa kolejka wydawała się nie kończyć. Ale tak kolejka była też miarą sukcesu Teodora.

O 13:00… przerwa na obiad. Chwila wytchnienia do 18:00.
Teodor usiadł przy stoliku, zajętym już przez dwóch pisarzy science fiction. Joseph William Haldeman oraz Glen David Brin. Dla zabicia czasu i nudy przy posiłku, obaj mężczyźni dysputowali o naturze rzeczywistości. Temat równie dobry jak każdy inny.
-Rzeczywistość jest fizyczna… ale czy na pewno?- pytał retorycznie Joseph.- To wszak my oceniamy jej fizyczność. Ciężar przedmiotów ich twardość, miękkość, kolor. To my czynimy jej fizyczność.
-Wchodzisz w te spory o to, czy sam akt obserwacji wpływa na wynik eksperymentu?
-stwierdził Glen.
-Nie, nie, nie… pomyśl o czymś innym. O samym mózgu, wiesz że on sam z siebie nie czuje bólu? Mózg jedną wielką niewrażliwą galaretą. Wszelkie informacje dostaje w postaci impulsów nerwowych od zmysłów. Otaczająca cię rzeczywistość wcale nie musi wyglądać jak to odbierasz. Może być… całkowicie odmienna.-odparł Haldeman nieco podekscytowanym głosem.
-Idziesz w kierunku Dicka?- zapytał zaciekawiony Brin.
-Może… wyobraź sobie urządzenia wpływające na impulsy nerwowe w mózgu wpływające na percepcję.- odparł Haldeman.
-Wiesz, że to dość ograny schemat.- stwierdził Brin podsumowując sprawę.- Musiałbyś go jakoś odświeżyć…
I rozmowa zeszła na techniczne sprawy takich urządzeń, w tym na HAARP i jego możliwe zastosowania. Dość nudne sprawy dla Wuornoosa,

Przerwa obiadowa minęła, czas było wrócić do podpisywania książek. Kolejka już się ustawiła i… jakaś jego książka leżała na stoliku. Wyjątkowa, bo pierwsza książka i pierwsze jej wydanie… jeszcze z tą trzeciorzędną okładką. „Krew tańsza niż woda” . Dawno jej nie widział.
Książka miała zakładkę zrobioną z koperty i podpisaną Teodor Wuornoos, zamiast jego literackiego pseudonimu.

W środku koperty był krótki list z kilkoma szalonymi zdaniami.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

I karta taota.


Księżyc.
-To nie moje…- rzekł fan stojący przed stolikiem i ściskający w dłoniach trzymaną przez siebie najnowszą powieść Teodora. -Leżała tu nim przyszedłem.
Na jednej ze stron książki pomiędzy którymi tkwiła koperta podkreślono jedno zdanie. Jedną z wypowiedzi bohatera książki.
W głębi ducha, wszyscy na tej wojnie jesteśmy skurwielami.


Sophie Grey


Album…
Siedzący naprzeciw niej Grigorij Szawłow był jej agentem. Choć bardziej pasowało określenie sekretarz. Zbierał zamówienia dla niej, wybierał najciekawsze i najbardziej prestiżowe...i zawsze najdroższe.
Grigorij był łysiejącym grubaskiem z śpiewnym rosyjskim, albo ukraińskim akcentem. Potomkiem emigrantów w pierwszym pokoleniu. Nowobogackim.
Co było widać po markowych ubraniach i pozbawionym gustu zamiłowaniu do złotej męskiej biżuterii.
Album fotograficzny na zamówienie Wspólnoty anglikańskiej. Album obejmujący zdjęcia różnych kościołów i kościółków protestanckich.
Propozycja Grigorija była kuszą dla Sophie. Pełna niezależność w wyborze miejsc i budynków do sfotografowania, o ile ów wybór wpasuje się w tematykę albumu. Dwa lata na jego przygotowanie i pokrycie wydatków związanych z jego przygotowaniem. Oczywiście w granicach rozsądku. No i spora sumka na koniec. Mimo wyznawanego prawosławia również Grigorij pałał szczerym entuzjazmem do tego projektu i próbował przekonać Sophie… choć nie szło mu to łatwo.
A ona sama nie wiedziała, czemu się wzdryga na myśl o tym projekcie.
-Przy okazji… znalazłem to za wycieraczką twojego samochodu.- rzekł Grigorij i podał białą kopertę podpisaną jej imieniem i nazwiskiem. W środku był był krótki liścik z kilkoma szalonymi zdaniami.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

I karta tarota.



Świat.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 31-01-2014 o 13:26. Powód: poprawki
abishai jest offline  
Stary 06-11-2013, 21:50   #2
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1956 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Czasami zrządzenia losu kierują nami mocniej, niż tego byśmy chcieli. Mocniej, niż sami się do tego przyznajemy. Jerry absolutnie nie był fatalistą, ale trudno mu było pogodzić się z odmową.
Odkąd miał u stóp cały świat, całe życie, odmowy powoli znikały z uniwersum dźwięków jakie docierały jego uszu. Nie u licha, nie był zepsuty. Ciągle był kreatywny, rozwijał się w różnych kierunkach, nadal posiadał giętkie pióro i niezwykły zasób pomysłów na to jak wzruszyć i jak dotrzeć do żeńskiej części społeczeństwa. Tej lepszej, ciekawszej i bardziej fascynującej, tej dla której każde słowo jakie zawierał w swych powieściach stanowić mogło bramę do raju, lub choć jego przedsionka. Uwielbiał rozważnie składać frazy, tak by każda kobieta, czy to babcia, czy podlotek, mogły przeglądać się w jego historiach jak w kryształowym zwierciadle, gdzie czerń jest niezbędną, ale nie dominującą barwą, a zakończenie niekoniecznie musi tę czerń eliminować. Półsłówka, niedopowiedzenia, dygresje, wyłapywane tylko przez kobiety. Przy tworzeniu włączał mu się pewnie dodatkowy procent mocy obliczeniowej mózgu, procent ulokowany w miejscu tak skrajnie sfeminizowanym, że czasem aż sam zastanawiał się, jak to możliwe, by on, zdrowy heteroseksualny samiec, z lekką inklinacją do kobieciarstwa, umiał tak dalece podążyć ścieżkami kobiecej duszy.

Sukces jego powieści w kraju był zrozumiały. Sukces na starym kontynencie zawdzięczał tylko jednej osobie. Osobie, która jako pierwsza od dawna powiedziała mu nie. Oh, nieważne że wcześniej tak często mówiła "tak". To jedno nie zdumiało go trochę, a nawet przeraziło.

Sue, genialna tłumaczka, która do translacji używa więcej serca niż szarych komórek nadała jego powieściom wyszukanego smaku i nie zatraciła w tłumaczeniu unikatowości jego prozy. Pieniądze poszły za tym ogromne, nakład we Francji dorównywał niemal pozostałym nakładom krajów anglofońskich. Sue, której uroda przełamała jego uporczywe unikanie związków trwających dłużej niż trzy orgazmy w nocy. Sue, która godzinami potrafiła paplać o sztuce, modzie , polityce, albo godzinami milczeć podczas wyprawy w góry, kiedy liczyło się tylko piękno przyrody i obcowanie z naturą. Sue, która zawsze wiedziała jaka powinna być. Sue...

Zatrzymał auto na poboczu . Krzykliwe fury, takie jak kupiony tylko dla reputacji Ferrari F12 Berlinetta z sześciolitrowym silnikiem zupełnie go nie kręciły, co brzmi nieco kontrowersyjnie, kiedy przypomni sobie, że bez zmrużenia oka podpisywał czek na 365.000 $. Auto którym jechał do rodzinnego domu wyglądało jak nieco podrasowany Mustang z siedemdziesiątego. Dokładniejsze spojrzenie ujawniało, że to spora pomyłka. Potężny muscle car, Equus Bass 770, za ćwierć miliona zielonych nie rzucał się może w oczy poprzez swoją maskującą retro-stylistykę, ale chrom, karbon i skóra, połączone z niezwykłą ramą, silnikiem V8 o mocy 640 koni, osiągającym przyspieszenie do setki w 3,4 sekundy, robiły wrażenie na każdym pracowniku stacji benzynowych od New Jersey, skąd wyruszał, aż do słonecznej Flo, której tablice powitalne minął wczoraj wieczorem.


Jechał sam. A tak bardzo chciał ją przedstawić matce. Ten staroświecki, ale cholernie symboliczny gest, miał być może charakter ostatecznego wyboru. Jeremy bał się związków. Bał się tego, że jest nie dość odpowiedzialny, że może zawieść oczekiwania, że może ranić. Nie chciał tracić tych unikatowych relacji, jakie nawiązał z Susan Chatiere, najlepszą tłumaczką na świecie i posiadaczką najpiękniejszych łydek na półkuli północnej. Nie mówił jej o miłości, nie mamił pierścionkiem z brylantem. Myślał o tym jednak od pewnego czasu. Ona traktowała go wspaniale, byli przyjaciółmi, kochankami... ale nie byli niczym więcej. Dlatego Jerry upatrywał w wizycie w Silver Ring dodatkowego znaczenia. Nie tylko pogrzeb ojca, ale też może początek czegoś nowego, czegoś wspaniale cementującego braterstwo dusz i jedność zmysłów.

Sue niestety odmówiła wyjazdu wraz z nim. Jerry wiedział, że ma poważne zajęcie, stan Nowy Jork wynajął ją do obsługi językowej kontrowersyjnej gwiazdki, zadufanego w sobie skurwysyna, mówiącego w jakimś cudacznym dialekcie. Odruchowo pogłaskał leżącą na fotelu pasażera długą torbę, właściwie futerał na Weatherby Mark V, swój ulubiony sztucer z wygładzoną długim używaniem kolbą z orzechowego drewna. Ręcznie robiona maszyna była dość niedrogim, choć cudownie niezawodnym i precyzyjnym sprzętem. Pewnie, że byłoby go stać na jakieś cacko używane przez arabskich szejków, czy europejskich arystokratów. Pytanie po co, skoro amerykańskim jeleniom, kanadyjskim karibu, czy innej czworonogiej bandzie, w zupełności wystarczały kule które wysyłał ze swego wysłużonego, ale stuprocentowo pewnego Weatherby'ego.

Wysiadł z auta, pieszczotliwym ruchem zamykając drzwi. Interstate 95 była o tej porze niezbyt zatłoczona. Usiadł na masce Equusa, wyciągnął z kieszeni paczkę Lucky Strike'ów, zapalił bez większego przekonania. Czarno biały Dodge Charger, z napisem State Trooper, autostradowy ścigacz zwolnił, przejeżdżając obok niego. Policjanci zwyczajnie wykazali troskę o obywatela na poboczu. Jerry pomachał im pogodnie ręką, by pokazać że wszystko jest ok, policjanci odjechali obdarzając go przyjaznymi uśmiechami. Jakże kłóciło się to z jego wspomnieniami. Zapamiętał Florydę jako barwny tygiel niekoniecznie skorych do integrowania nacji. Nie tak dawno gazety pisały o zaostrzeniu przepisów dla imigrantów, głośno było o zabójcy dziewięciu osób , którym okazał się być szeryf z jakiegoś małego miasteczka, a tu tacy przyjaźni policjanci dla kontrastu.

Zaciągnął się po raz ostatni papierosem, strzelił nim na pobocze, ignorując zupełnie dobre wychowanie i przepisy, po czym wsiadł do wozu, zapadając się w sportowym, kubełkowym fotelu. Dokładnie 47 sekund później wyprzedził ścigacza policji stanowej, raz jeszcze machając ręką sympatycznym gliniarzom, nim zmienił się w rozmazaną smugę na horyzoncie ich widzenia.

Postanowił zadzwonić do Sue, w idealnie wyciszonym wnętrzu auta rozmowa przez zestaw była czystą przyjemnością, ten jednak monotonnym PII-PII oznajmił, że baskijski skurwysyn nadal wygrywał z Jeremym, na liście pierwszeństwa do zajmowania czasu Sue.

Wrócił myślami do dziwnego, surrealistycznego zdarzenia w nocy. Ten koszerny ciota Schultz zaniepokoił go swoim telefonem nie na żarty. Owszem nie tylko pracowali razem, ale tez przyjaźnili się szczerze. na tyle szczerze, jak szczere mogą być relacje agenta i twórcy, który dostarcza fortunę swemu opiekunowi. Jerry nie miał złudzeń, w pewnych kwestiach zaufanie to po prostu głupota, ale do Kenny'ego zwyczajnie przywykł i polubił go. Znali się od tak wielu lat, że po prostu przestał zauważać jego wady. Jednak nadal nie rozumiał o jakim materiale agent wspominał? Może coś mu się przywidziało, w środku nocy faktycznie może się zdarzyć wszystko.

Zatknięta w szczelinie drewnianej deski rozdzielczej, kiwała się leniwie w takt nieznanej nikomu melodii karta tarota. Precyzyjnie wykonana rycina symbolizująca coś, na czym się nie znał miała w sobie dziwnie hipnotyczną moc.

Łowy się rozpoczęły... To na pewno sprawka Kenny'ego, w końcu mieli spotkać się za kilka dni na bagnach wokół Fort Lauderdale, by ukatrupić kilka aligatorów.
Co jednak znaczą owe maski i rytuał? Schulz był praktykującym Żydem, nie posunąłby się na pewno do żadnych niepokojących rytuałów.

Ech, nie ma sensu o tym myśleć.

Przyciskiem na kierownicy uruchomił zestaw głośnomówiący i cyfrowo zaczął zapisywać swój nowy pomysł na powieść, o kobiecie która wywróżyła zły los facetowi poprzez karty tarota, ale zakochała się i za wszelką cenę chce chronić swego ukochanego przed przeznaczeniem. Miał setkę pomysłów na to, jak z banału zrobić wyciskacz łez, w dodatku z klasą, bo tylko takie książki godne są jego nazwiska.

Przełączył zestaw na wybieranie głosowe, wypowiedział "Susan" i wsłuchał się w ponure PII-PII. Mila za milą połykał dystans dzielący go od dzieciństwa, od miejsca którego nie lubił, które ledwie pamiętał.

Silver Ring - nadchodzę!
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 07-11-2013 o 01:55. Powód: eliminacja niesubordynowanych literek
killinger jest offline  
Stary 07-11-2013, 16:38   #3
 
sheryane's Avatar
 
Reputacja: 788 sheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwu
Praca z baskijskim zboczeńcem, który występował obecnie w charakterze świadka, była nie lada wyzwaniem. Louis Caballin posługiwał się w swych wypowiedziach i oświadczeniach dziwną mieszaniną łamanego francuskiego z baskijskim. Mogli wziąć sobie tłumacza, który perfekcyjnie zna się na tych dziwnych dialektach. Pewnie musiałby przylecieć tutaj aż z Europy, zostawiając wszystkie swoje dziwne badania, i byłby bardzo, bardzo, bardzo drogi. Susan Chatière natomiast była na miejscu i była tylko bardzo droga, za to znano jej nazwisko zarówno tutaj, jak i w Europie. Zlecenie przyjęła po krótkich renegocjacjach kontraktu, które skupiły się głównie na wyznaczeniu odpowiedniej kwoty za tak niewdzięczne - w jej mniemaniu - zadanie. Sama praca natomiast była tym, co Susan uwielbiała. Oddawała się jej w całości, z wielką dociekliwością poszukując odpowiednich sformułowań i zwrotów, by w pełni oddać znaczenie i sens danej wypowiedzi.

Niestety było to całkowicie odmienne doświadczenie od tłumaczenia książki, a już zwłaszcza w ścisłej współpracy z autorem. Podczas gdy translacja kolejnych oświadczeń sądowych i konferencyjnych była zwykłą pracą odtwórczą, to praca nad książką miała w sobie ten cudowny polot kreatywności, którego teraz tak bardzo jej brakowało. Brakowało jej też samego autora. I to nie byle jakiego autora. Jeremy Perrier był jedyny w swoim rodzaju. Nie można było ukryć, że w zasadzie to dzięki niemu i jego twórczości znajdowała się teraz tutaj, a nie gdzie indziej. Najchętniej byłaby w tej chwili u jego boku w podróży do Silver Ring, ale tej pracy nie mogła wykonać zdalnie. Musiała mu odmówić, choć może nie powinna. Być może wspólne odwiedziny w miejscu, z którego oboje pochodzili, pozwoliłoby na jakąś decyzję... Być może jej odmowa była ucieczką w pracę przed tak poważną zmianą w życiu?

Chatière zorientowała się, że od paru minut kompletnie bezproduktywnie myśli o Jerrym, gapiąc się tępo w leniwie mrugający kursor w Wordzie. Spojrzała w prawy dolny róg ekranu, a cyfry właśnie zmieniły się, wskazując dziesiątą wieczorem. Postanowiła dokończyć oświadczenie w domu. Zapisała plik, zamknęła laptopa i włożyła go do torby. Papiery wrzuciła do teczki. Jej wzrok spoczął na karcie tarota dostarczonej z dziwną wiadomością. Ktoś chyba robił sobie głupie żarty albo zaszła jakaś pomyłka. Susan już od dziecka miała awersję do tych wszystkich przesądów - tarot, wróżby, fusy i cała reszta. Ktokolwiek przesłał jej tę dziwną wiadomość, mógł o tym wiedzieć. Pokaże ją Jerry'emu przy najbliższej okazji. Wrzuciła kartę gdzieś w papiery, upewniła się, że ma wszystko i opuściła salę, a następnie budynek, uprzejmie i z uśmiechem żegnając się z kolejnymi strażnikami i portierami.


Niecałą godzinę później biała Toyota Supra zatrzymała się na podjeździe jednego z domów w Long Island. Sue nie miała jakiegoś specjalnego uwielbienia do samochodów. Miały po prostu jeździć i dobrze wyglądać. Supra była jej wielkim marzeniem, od kiedy widziała ją w 2001 roku w rękach Briana O'Connora w "Szybkich i wściekłych". Po sukcesie powieści Jeremy'ego we Francji mogła z czystym sumieniem sprawić sobie wymarzone auto, wcale nie traktując tego jako większy wydatek. Wprowadziła samochód do garażu, a ciche szczęknięcie oznajmiło, że drzwi zamknęły się za nią automatycznie.


Uwielbiała swój dom, choć kupiła już wybudowany, nie na bazie jakiegoś wyjątkowego zatwierdzonego przez nią projektu. Urządziła go jednak w całości wedle własnych potrzeb i niczego jej tu nie brakowało. Przechodząc z garażu do dużego pokoju, minęła salę treningową z zawieszonym u sufitu workiem treningowym. Jedna ze ścian utworzona była z luster, a przeciwną stanowiło jedno wielkie, podłużne okno. Na przeciwko wejścia wmontowano wieżę Hi-Fi Philipsa. Susan przystanęła na chwilę, poważnie rozważając opcję spuszczenia łomotu workowi przy akompaniamencie "Primo Victoria" Sabatonu... Bardzo wyraźnie poczuła również ciężar papierów w rękach i wiedziała, że tym razem musi odpuścić.

Laptopa i dokumentację rzuciła na kanapę w salonie. Specjalnie kupiła dom bez gabinetu, by stworzyć sobie miejsce relaksu, w którym nie będzie musiała myśleć o pracy. Niestety los płatał różne figle i tym razem trzeba było złamać tę zasadę. Popracuje w salonie. Do sypialni brała bowiem tylko realnych partnerów, choć ostatnio ograniczało się to - o dziwo - wyłącznie do Jeremy'ego. Zresztą nie tylko w sypialni... Chatière uśmiechnęła się pod nosem, ale szybko wróciła na ziemię. Najpierw kolacja i prysznic, potem praca i sen.

Przeszła do kuchni i sięgnęła po szklankę. Wrzuciła do niej garść truskawek i zalała kefirem. Zamykając lodówkę, z przerażeniem zdała sobie sprawę, że będzie trzeba wyskoczyć jutro na zakupy, byle nie żywić się żarciem na zamówienie. Blender zaszumiał kilkakrotnie, miksując kefir z owocami, i kolacja była gotowa. Susan wróciła do salonu i w końcu sięgnęła po telefon. Nowa Nokia 6708 na Symbianie wygodnie leżała w dłoni, a kolorowy wyświetlacz wskazywał dwa połączenia nieodebrane. Spojrzała na godzinę. W zasadzie mogła do niego zadzwonić. Mogła zadzwonić nawet o drugiej w nocy i pewnie nie miałby nic przeciwko... Tyle że sama nie miała teraz czasu na dłuższą rozmowę, a nie umiałaby rozłączyć się zbyt szybko. Zamiast tego postanowiła wysłać mu SMS. Żeby wiedział...

Dopiero wrocilam. Jutro to samo. Wyjedzmy gdzies, jak juz sie to skonczy. Europa? Dobranoc.

Patrzyła na literki, wahając się przez chwilę. Ale w sumie czemu nie... Dopisała jeszcze jedno słowo.

Tesknie.

Rzuciła komórkę na kanapę, dopiła koktajl i poszła do łazienki. Gdyby nie czekająca ją nocna randka z oświadczeniem, pewnie skorzystałaby z wielkiej narożnej wanny, wypełniając ją kłębami piany i zapachowymi olejkami. Niestety miała tylko czas na szybki prysznic. Reszta wieczoru minęła w ciszy przerywanej jedynie szelestem kartek papieru i stukotem klawiatury. Susan chciała skończyć pracę jak najszybciej bez rozpraszania się czymkolwiek. Dwie godziny zajęło jej wykończenie tłumaczenia, sprawdzenie treści i wyłapanie ostatnich literówek. Ogółem była zadowolona z wykonanej pracy. Zerknęła na telefon. Brak koperty oznajmiającej wiadomość zwrotną nieco popsuł jej humor, ale zważywszy na porę nie był niczym dziwnym.

Miała już wyłączyć laptopa i pójść do sypialni, gdy tknięta dziwną myślą postanowiła sprawdzić coś jeszcze. Otworzyła Internet Explorera i wstukała w Google frazę tarot koło fortuny. Przejrzała kilka wyników, porównując ze sobą opisy. Nie wierzyła w takie bajanie, ale kto wie, co mógł mieć na myśli nadawca przesyłki. Spośród wielu różnych znaczeń wyciągnąć można było jeden wniosek - Koło Fortuny symbolizować ma zmianę powiązaną z przeznaczeniem. W złej sytuacji zapowiada zmianę na lepsze, a w dobrej na gorsze. Czy w takim razie Sue powinna potraktować tę przesyłkę jako ostrzeżenie? Wzdrygnęła się, zamknęła laptopa i poszła do sypialni.

Co ma być, to będzie. Niech już ta cała sprawa z Caballin się zakończy. Będzie mogła dołączyć do Jerry'ego. Albo niech i on wróci czym prędzej, a będą mogli wspólnie zaplanować jakiś miły weekend. Póki co Susan nastawiła budzik na siódmą rano i zapadła się w miękką pościel olbrzymiego, dwuosobowego łoża - jakże pustego tej nocy. Jutro kolejny pracowity dzień. Pomyślała jeszcze, że przydałby się jej ukryty pokój rozkoszy z jakimś tajemnym przejściem, ale to musiało trochę poczekać... Zasnęła, nim kolejne dziwne myśli nawiedziły jej umysł.

***

Poranek przebiegł swoim codziennym rytmem. Susan wzięła poranny prysznic i skomponowała śniadanie z płatków owsianych, muesli i jogurtu naturalnego. Wybrała jeden z szytych na miarę kostiumów. Miała fenomenalną krawcową, która liczyła sobie dość drogo za usługi, ale było warto. Zaopatrywała się u niej właśnie w stroje niejako robocze - do sądu, na spotkania biznesowe, etc. Sue rzuciła krótkie, tęskne spojrzenie ku sali treningowej i obiecała sobie, że dzisiaj wieczorem nadrobi zaległości. Dla odmiany upięła włosy w wysoki kok. Jeremy wolał, gdy nosiła rozpuszczone, ale dzisiaj i w najbliższym czasie i tak mieli się nie spotkać. Telefon wciąż milczał, a ona nie lubiła się narzucać, postanowiła więc poczekać na jakiś sygnał.

Zabrała papiery i laptopa z salonu, po czym przeszła do garażu. Brama zaczęła podnosić się z lekkim turkotaniem, w czasie gdy Susan uzbrajała alarm. Wsiadła do Supry, rzucając wszystkie rzeczy na siedzenie obok. Ruszyła w drogę ku gmachowi sądu.

Gdzieś między papierami, dokumentami i oświadczeniami tkwiła zapomniana karta tarota...
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 07-11-2013, 23:14   #4
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1956 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
deer hunter

Międzystanowa autostrada 95 wartko przemierza Florydę, trzymając się z maniackim uporem zachodniego, atlantyckiego wybrzeża. W sezonie wakacji, kiedy zapracowani mieszkańcy północnych stanów znajdują w końcu czas na odpoczynek, I95 zmienia się w piekło. Zwłaszcza na bagiennych terenach między Miami a Fort Lauderdale, kiedy biegnie długimi odcinkami po estakadach tnących namorzynowe rozlewiska brzytwą szarego asfaltobetonu, podróz może zdawać się uciążliwa. Najgorszy jest jednak odcinek do Orlando, gdzie ogłupione telewizją tłumy tłustych dzieciaków ciągną rodziców do Disney World, by posłuchać kaczora z poważną wadą wymowy, obejrzeć psa-idiotę, lub zrobić sobie zdjęcie ze zniewieściałym myszem.

Teraz jednak droga była nie tylko przejezdna, ale wręcz przyjemna. Niezatłoczona, szeroka, dobrze utrzymana. Przybij piątkę, gubernatorze Florydy, dobra robota.

Odkąd kupił Equusa, polubił jazdę. Co prawda w dobrym tonie byłoby pewnie poszukać oryginalnej budy na licencji forda i złożyć sobie za ciężkie pieniądze prawdziwego Mustanga Fastbacka, ale Jerry nie był pasjonatem motoryzacji. Po prostu nauczył się lubić dobre rzeczy, a Equus ze swoją dystyngowaną nowoczesnością był dokładnie tym, czego oczekiwał od auta. Mimo że studiował zdecydowanie humanistyczne kierunki, rozumiał jak wielką moc zaklętą w liczącym 819 niutonometrów momencie obrotowym objął w swe posiadanie. Upajał się równą pracą ośmiocylindrowej jednostki, wsłuchiwał się w cichy szmer dochodzący zza okien, a to ułatwiało mu wsłuchiwanie się w siebie.

Nauczył się cenić chwile totalnej swobody. Mógł sobie pozwolić na styl życia, który przeciętnemu zjadaczowi hamburgerów jawił się jako spełnienie celebryckiego marzenia. Mimo to, cierpiał czasem na brak spokoju. Intensywnie znaczy czasem męcząco, a jego życie nie obfitowało w chwile wytchnienia. Po części dlatego właśnie zamiast kilku godzin na pokładzie samolotu wybrał się w liczącą 3000 kilometrów podróż kołową. Za kółkiem czuł się jak krzyżówka Jamesa Deana z Mad Maxem. Zagwizdał w uniesieniu kilka taktów refrenu "The Battle Hymn of the Republic" ale zreflektował się, że przecież tak nie wypada w południowych stanach i płynnie przerzucił się na Dixie Land, co z resztą dużo bardziej komponowało mu się z lekkim świstem owiewanego pędem wiatru muscle cara. Wybijał palcami prawej dłoni takt, kiwał przy tym głową i oddawał się totalnemu relaksowi.

Jeleń wirginijski. Pełen gracji, lśniącooki. Białawe podgardle nadawało wykwintnego wyrazu złocistej sierści. Świetny widok, dla myśliwego prawdziwa okazja. Niekoniecznie jednak na środku autostrady.

Hamowanie, pulsacyjne, potem maksymalny docisk. Zgrzyt ciężko pracującego systemu hamulcowego Brembo, nagrzewające się do granic możliwości ceramiczno-karbonowe tarcze. Yard po yardzie, cal po calu tępy, masywny pysk Equusa żarłocznie pożerał dystans od dwustufuntowego cielaka z okazałym porożem.

Na Mitrę, Thora, Chrystusa, Allaha, Buddę! Nadęty adrenaliną umysł pracował szaleńczo, niczym w zwolnionym tempie Jerry widział wszystko wokół, niezwykła ilość precyzyjnie zarysowanych szczegółów zalewała go zewsząd. Mógł śmiało policzyć słoje na drewnianej okładzinie deski rozdzielczej, widział dokładnie ile plamek po moskitach ma na szybie, potrafiłby bez kłopotu określić położenie każdej cegły w Wieży, która gapiła się na niego z karty tarota sterczącej jak gdyby nigdy nic. Za chwilę policzy pewnie wszystkie włoski futerka jelonka, a w chwilę później obejrzy mnóstwo szkarłatnych kropli płynących w żyłach i tętnicach zwierzaka. Potem pewnie sam ubarwi pejzaż purpurą z własnego wnętrza. Niech nas chroni Aquila i imię Imperatora - przemknęło mu niedorzecznie przez rozpalony umysł. Co ja powiem Sue, kiedy już umrę? Jeszce bzdurniej dopowiedziała podświadomość.

W tym miejscu i w tej chwili nadzieja i jej brak osiągnęły stabilny punkt rozejmu. Odrętwienie jakby minęło, delikatny ruch kierownicą, nagle diabelnie podsterownego, bo sunącego nieco bokiem auta. Gwałtownie dodany gaz, maszyna rzuca się naprzód, tylne nadkola o pół stopy, a tylny zderzak o pół cala mijają pierś jelonka. Obrót o 360 stopni, efektowny jak z filmu, tyle że zupełnie niezamierzony i raczej niekontrolowany. Nagle jednak całe zdobycze cywilizacji miłujących motoryzację Amerykanów, którzy swe pasje zaklęli w magicznych systemach, o dumnie i tajemniczo brzmiących trzyliterowych nazwach, biorą w końcu w posiadanie zawieszenie, które komputer pokładowy ustawia nieco sztywniej, mechanizm różnicowy jakoś w końcu wyrównuje nierówne obracanie się kół, całość zaczyna pomału, z oporem i lekko nadąsanym przymusem, wracać pod kontrolę człowieka.

Jelonek odwraca głowę za ciemną smugą aluminiowego potwora, który bezsensownie kręci się w kółko, po czym niezrażony galowym krokiem godnym kawaleryjskiego rumaka, schodzi na pobocze, a stamtąd poprzez dziurę w ekranach dźwiękochłonnych wyskakuje z tego cuchnącego łańcuchami węglowodorowymi, głośnego miejsca.

Equus Bass okazał się być wart każdego zasranego centa z ćwierćmilionowej ceny. Stał w tej chwili co prawda przeciwnie do kierunku ruchu, ale stał cały, niedraśnięty. Z całkowicie żywym driverem inside.

Jerry poczuł że żyje dopiero wtedy, gdy zdrętwiałe od zaciskania kierownicy przedramiona zaczęły drętwieć. Obserwował przez kilka sekund lekko kpiące spojrzenie, jakim obdarzył go odchodzący jelonek. Pierwsza jasna myśl jaka się pojawiła brzmiała "A jednak powiem coś Sue".
Uwolniło to, niczym magiczne hasło otwierające zaczarowane groty, całe pokłady normalności, skurczone przez krótką chwilę w najciemniejszym zakątku mózgu.

Silnik pracował jałowo. Perrier zjechał na pobocze, wykręcił w kierunku właściwym dla swego pasa. Niestety dziwny chrobot przy próbie zatrzymania auta uświadomił mu, że dzielny Ogier* nie zakończył starcia bez ran. Dalsza jazda bez serwisu byłaby zbrodnią na ciele przyjaciela, którego jakość prawdopodobnie ocaliła mu życie.

Wydobył z portfela numer Insurance, wszelkie ubezpieczenia i odłączył numer komórkowy w swoim aucie. Zasięg powrócił do jego Nokii 9300 Communicator. Wraz z nim pojawiła się ikonka sms-a od Susan. Można nie wierzyć w znaki, ale jeśli pierwszą rzeczą po cudem ocalonym życiu jest wiadomość od kobiety, to warto chyba potraktować to w kategoriach choć trochę podbarwionych mistycyzmem.

"Tęsknię" Małe słówko na końcu message'a zabrzmiało jak najcudowniejsze wyznanie miłości.

Wezwał telefonicznie serwis drogowy. Zjawiła się laweta z Orlando. Ech, siłą rzeczy chyba i jego czeka Disneyland.

Godzinę później, zameldowawszy się w lokalnym Hiltonie, oglądał przez witrynowe okno swego salonu nieciekawą panoramę miasta. Po szybkim prysznicu i opróżnieniu hotelowego barku, mógł bez drżenia głosu podjąć próbę połączenia telefonicznego.

Kenny kazał mu iść spać i zadzwonić jak wytrzeźwieje. Po tej ilości bourbona z lodem, ginu, oraz szampana, pewnie trochę to potrwa. Zdaje się, że w takim razie lepiej nie dzwonić też do Sue, skoro wychodzi na to, że niechcący zalał się w trupa. W przypływie pijackiego geniuszu, otworzył więc Communicatora i na jego pełnej klawiaturze z lekkim mozołem wysłał sms do swojej przyjaciółki.

"Miałem mały wypadek, jestem uziemiony przez dwa dni, zanim nie sprowadzą mi części do auta. Wszystko jest w porządku, ja i jelonek mamy się dobrze. Jakbyś wolała Disneya niż zboczeńców, szukaj mnie w Orlando Hilton. Myślę, że na zawsze Twój - Jerry"


Zapadł się z rozmachem w ogromnym fotelu-leniwcu, zastanawiając się, skąd weźmie siły, by nalać sobie kolejnego drinka, z oddalonego o pół metra stolika barowego. Sięgnął rozpaczliwie ręką, z typowo pijackim brakiem koordynacji i równowagi. Jego palce zaczepiły o coś gładkiego na stoliku. Podniósł do oczu kartę tarota. "Aaaa... to znów ty...sio" Cisnął niedbale kartonik przed siebie, ten zaś z gracją rosyjskiej primabaleriny, idealnym łukiem w obrotowym tańcu z powrotem wylądował na stoliku.


___________
* Equus - łac.ogier, koń
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 07-11-2013 o 23:21. Powód: dopisek nic nieznaczący
killinger jest offline  
Stary 08-11-2013, 00:25   #5
 
Vivianne's Avatar
 
Reputacja: 3271 Vivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputacjęVivianne ma wspaniałą reputację
Dziś w godzinach wieczornych znaleziono martwą Laurę Clark zwaną też Laurą Szczęściarą.

Słowa prezentera wiadomości odbijały się echem w jej głowie długo po tym, jak ten skończył mówić. Po tym jak zakończył się program informacyjny a z wielkiego ekranu telewizora zniknął dziennikarz w eleganckim garniturze. Długo po tym, jak zastąpiły go przygłupie, ubrane w wyzywające ciuchy gwiazdki kolejnego reality show.

To przecież niemożliwe. Gdyby to była ona… - w głowie Any kłębiły się straszne myśli – gdyby to była ona wiedziałabym. Wiedzielibyśmy wszyscy. Prawda…?

Co byście wiedzieli? Przecież to może być ona – jej podświadomość jak zwykle była pesymistką.
A może chłodną realistką?

- Nie, to na pewno zwykły zbieg okoliczności! – powiedziała do siebie. Chyba trochę zbyt głośno, bo aż podskoczyła lekko przestraszona. Po chwili podskoczyła po raz kolejny, tym razem słysząc domofon.

- Tak? – spytała rozkojarzona nikogo się nie spodziewając.

- Pizza dla pani, pani Clark – usłyszała ciepły głos portiera – wpuścić?

- Ach, tak – mruknęła – tak, tak proszę.

***


Wanna pełna gorącej wody jak zwykle działała kojąco na ciało i duszę. Rozluźniała spięte mięśnie, delikatnie muskała skórę, a subtelny zapach olejku do kąpieli pozwalał się zrelaksować, odprężyć i zapomnieć o wszystkim. A do tego pyszne, kaloryczne i super niezdrowe żarcie, na które mogła sobie pozwalać bez żadnych nieprzyjemnych konsekwencji objawiających się zbędnymi centymetrami tu i ówdzie!
Można by to uznać za wieczór idealny, gdyby nie fakt, że przez jej głowę cięgle przewijało się nazwisko Clark, Laura Clark. W dodatku ta mafia, tajemnicza śmierć, gangsterskie porachunki, kasyna, Las Vegas… Nie, to mogłaby być fabuła jej kolejnej książki, a nie do cholery realne życie. A już na pewno nie życie małej Laury!

Owinięta białym ręcznikiem poszła do sypialni, która stanowiła jej ulubioną część dużego apartamentu.


Pokój był mały, przytulny i zupełnie różny od reszty nowocześnie umeblowanej przestrzeni. Po kilku minutach zapadła w twardym spokojny sen.

***

Otworzyła oczy i przeciągnęła się ziewając głośno. Promienie słoneczne wpadające przez niedokładnie zasunięte zasłony raziły ją w oczy. Już dawno nie czuła się tak wyspana. Wstała szybko, ponownie zawinęła się w ręcznik, który wieczorem wylądował na wielkim, błękitnym fotelu i ruszyła szybko w stronę lodówki.
Szklanka zimnego soku pomarańczowego stanowiła wspaniały początek dnia. Zerknęła na zegarek, by uświadomić sobie, że spała prawie do południa, po czym wyszła na balkon. Z perspektywy 9 piętra Miami wyglądał wspaniale. Nie, zawsze wyglądało wspaniale, Annabell kochała to miasto.
Dzień był piękny, wiec postanowiła pójść na plaże, by w końcu porządnie wypocząć i przy okazji złapać trochę koloru. Nazajutrz czekały ją kolejne nudne rozmowy na temat filmowej obsady adaptacji jej powieści. Nie rozumiała Hollywood. Nie zatwierdziła jeszcze poprawek do swojego scenariusza, który mimo jej oporów postanowiono uczynić „bardziej filmowym” a producenci już kompletowali obsadę.
Cóż, teraz nie miała zamiaru się nad tym zastanawiać. Przeciągając się lekko podeszła do sterty książek czekających na przeczytanie. Na jej szczycie leżał „Krew tańsza niż woda” autorstwa Teodora Wuornoosa.
Paskudna okładka – zdążyła pomyśleć wkładając do książki leżącą pod ręką kartę tarota, po czym książkę wraz z niecodzienną zakładką wrzuciła do dużej, plażowej torby.
Wzięła szybki prysznic, wskoczyła w kolorowe bikini i plażową sukienkę, zebrała potrzebne rzeczy i po 15 minutach była już w podziemnym parkingu koło swojego Jeepa Grand Cherokee.


Leżenie plackiem na plaży i błogie nicnierobienie zakłócił sygnał telefonu dobiegający z dna torby. Annabell bezceremonialnie wysypała wszystko na stojący obok wolny leżak, po czym w ogromie niekoniecznie potrzebnych rzeczy znalazła telefon.

- Hej Sophie, co słychać? Może masz ochotę przyjechać na plażę? – zapytała wesoło odpierając telefon.

- Witaj – powiedziała spokojnie. W głowie pisarki zapaliła się czerwona lampka, coś było nietakt.

- Sophie, wszystko w porządku? Masz taki… spokojny głos.


- Żartujesz, miałam cię spytać… cholera Ana, nie oglądałaś od wczoraj żadnych wiadomości co?
Przez moment panowała pełna napięcia cisza.

- Laura Szczęściara – pisnęła cicho Annabell – jak mogłam o tym zapomnieć. Dowiedziałam się wczoraj, i totalnie wyleciał mi to z głowy – jej głos zaczął się łamać. – Myślisz, że to może być ona?

- Spokojnie Ana – głos agentki był łagodny ale i rzeczowy – zleciłam już Filipowi poszperanie w sieci i w – zawiesiła na chwilę głos – przeszłości tej dziewczyny. Wieczorem cię poinformuję. I nie martw się na zapas Ana, to pewnie zwykły zbieg okoliczności – powiedziała, choć sama w to nie wierzyła.

- Mam nadzieję, Boże jak ja mogłam o tym zapomnieć. Przecież to może być…

- Nie obwiniaj się – Sophia weszła jej w słowo. – Odpoczywaj i nie martw się niepotrzebnie. Pa – rzuciła i rozłączyła się.

Uroki beztroskie odpoczynku szlag trafił. Annabell wrzuciła do torby telefon i resztę rzeczy. Wzięła do rąk książkę, musiała się czymś zająć, a dobra lektura była w tym momencie jedynym ratunkiem. Przekartkowała ją szybko. Z „Krewi tańszej niż woda” wypadła ładnie ilustrowana karta tarota – Papieżyca, przypominając tym samym o dziwacznej wiadomości, którą wczoraj odczytała.

Maski opadły. Łowy się rozpoczęły. Dopełnił się czas rytuału.

Co to do cholery oznacza? Jeśli ta karta to chwyt reklamowy a trzy krótkie zdanie są tytułami jakiejś filmowej lub książkowej trylogii to ktoś ma genialnych specjalistów od promocji.
Trzeba to sprawdzić.
 
__________________
"You may say that I'm a dreamer
But I'm not the only one"
Vivianne jest offline  
Stary 09-11-2013, 13:43   #6
 
killinger's Avatar
 
Reputacja: 1956 killinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputacjękillinger ma wspaniałą reputację
Hilton Orlando Buena Vista leży nad tym samym jeziorem, wokół którego rozłożył się gigantyczny kompleks rozrywki i biznesu stworzony przez dziwnego faceta, który miał taką obsesję, że wolał dać się zamrozić, niż w spokoju odejść ku światłu Wszechmogącego. Jerry nigdy nie rozumiał obsesji, wariaci i szaleńcy stanowili dla niego tak odrażający gatunek ludzi, że półświadomie lawirował percepcją w sposób umożliwiający ich niedostrzeganie. Walt na pewno miał nie równo pod kopułą, jednoznacznie stwierdził to oglądając szalony projekt najsłynniejszego baśniowego zamku na świecie piętrzący się niepokojącą strzelistością o jakieś pół mili przed nim.

Wybrał się do Disney World wcale nie z miłości do kreskówek. Ot po prostu Buena Vista Disney Golf Course, było najbliżej położonym polem golfowym od jego hotelu. Nie grał za dobrze, więc nie spodziewał się wyniku lepszego niż jakieś +10, ale to i tak nieźle jak na mało praktykującego amatora. Lubił ciszę, długie spacery, całkowite podporządkowanie przebiegu rozgrywki graczowi, wrażenie panowania nad wszystkim. Jerry pamiętał, że miał okazję kiedyś grać z Tigerem Woodsem. Było to na jakimś balu wydawanym przez New York Post dla vipów, na który zaproszono go, gdy "50 twarzy Blacka" sprzedało się nakładzie tak dużym, że obroty porównywalne były z rocznym budżetem Nikaragui. Statham Press, jego macierzysta firma wydawnicza, była częścią medialnego imperium Ruperta Murdocha, tak jak i sam New York Post, toczący krwawe boje na rynku z New York Timesem. Perrier czuł, że zaproszenie które otrzymał, było po prostu częścią służbowych i marketingowych działań, jakie winien jest swemu wydawcy i agentowi, więc pomimo niechęci do takich spędów założył smoking i zjawił się na przyjęciu. Tiger, który wcześniej pewnie grzecznie by odmówił, był na etapie odbudowywania reputacji, więc toczył po gościach zmęczonym wzrokiem, lecz szerokim uśmiechem starał się pokazywać światu - jest ok, ja jestem już ok. Jeremy poczuł się naprawdę bosko, kiedy Woods przywitał się z nim, wiedząc z kim ma do czynienia, a nawet pochwalił się, że jest fanem dobrej literatury, a Perrier na pewno wie jak taką tworzyć. Po kilku kieliszkach szampana, wymuszonych rozmowach, idiotycznie małych i pewnie piekielnie drogich przystawkach, urwali się we trzech, z jakimś przedsiębiorcą produkującym jakieś tajne bomby dla Pentagonu, którego nazwiska nie pamiętał. Rozegrali normalną partię na pięknym torze, bez asysty mediów, nawet bez chłopców noszących kije. Ot po prostu trzech ludzi, których połączyło braterstwo niechęci dla przejawów upierdliwego establishmentu. Piwo zastąpiło wyszukane bąbelki, pili zwykłego Millera, w dodatku nie żadną tam modną wersję Lite, a uczciwe amerykańskie sześciopaki znikały z każdym dołkiem coraz prędzej.

Jerry miał sporo czasu. Susan wysłała mu z rana SMS-a w którym dopytywała o jego wypadek, martwiła się i obiecała, że choćby świat miał się skończyć, zadzwoni wieczorem. Uwielbiał ją, dobrą samarytankę, twardą jak diamentowe wiertło. Dawało to jednak niestety cały dzień do zagospodarowania. Będąc w Orlando wybór w zasadzie był całkiem niezły. Na wieczór kupił za bandyckie pieniądze bilet do loży na nowe przedstawienie Cirque du Soleil, które miało mieć miejsce w jednej z hal Disneya, a po obiedzie mógł skorzystać z wejściówki na trening Orlando Magic w Amway Center. Co prawda Magicy z Hillem i McGradym, to nie to samo co ekipa Hardawaya i Shaqa O'Neala, ale i tak do czasu telefonu nie miał nic do roboty.

Na razie jednak, po uregulowaniu opłaty za taksówkę, zmierzał w stronę głównej bramy Buena Vista Disney World. Obserwując wielobarwną stonogę zmiennokształtnego tłumu, zastanawiał się, jak to miejsce wygląda podczas letnich wakacji. Z westchnieniem stanął po wejściówkę, do rezerwacji golfa zostało mu jeszcze trzy kwadranse, rzuci więc okiem na to psychodeliczne siedlisko sieczki dla dzieci. Pogoda była cudowna, równiutkie 77 stopni, czy mówiąc po europejsku 25 celsjuszów, leciutki wietrzyk poganiał leniwie po niebie puchate baranki cumullusów. Powoli zaczął się odprężać. Nie myślał o dziwnych telefonach, o zasranym jelonku - autostradowym zamachowcu, nie myślał o bólu głowy po wczorajszym wieczorze, o dziwnym śnie o spadaniu z jakiejś wysokiej budowli. Dawał się ponieść szczebiotowi dzieci wokół, uśmiechom rodziców, pełnych podekscytowania, ale udających spokój przed swymi pociechami.

Kupił w końcu bilet. Przeszedł bramę. Niezdecydowany sięgnął po przewodnik, jaki otrzymał w kasie, wraz z gigantyczną mapą terenu z zaznaczonymi poszczególnymi atrakcjami. Nagle powietrze przeciął przerażający, wibrujący wrzask. Dźwięk zaczął wymykać się spoza ludzkiej skali modulacji, przechodząc w pulsujące staccato bólu lub przerażenia.

Śniada kobieta w stroju cyganki, z drewnianą tacą, przytrzymywaną pasem przewieszonym przez kark, na której to tacy spoczywały kolorowe kartoniki wyła nieludzko, w jej oczach prawie nie było widać tęczówek, które uciekły jej w górę pod powieki. Mimo to Jerry czuł, wiedział... ona patrzyła swoim ślepym, mlecznym spojrzeniem prosto na niego i zawodziła jak średniowieczny skazaniec w rekach naprawdę sprawnego mistrza Małodobrego.



Kolorowe kartoniki posypały się z tacy. Wrzeszcząca Cyganka przycichła na chwilę. Jej wzniesione do rozwartych w przerażeniu ust dłonie, zdawały się szarpać ciało, próbując zerwać je z twarzy, jak jakąś niepotrzebną maskę. Jeremy nie był pewien, ale zdawało mu się, że przez moment spojrzała na niego smutnymi, smoliścieczarnymi oczyma wirginijskiego jelonka, a jej usta układały się w jakąś nierytmiczną frazę.
Nie widział więcej szczegółów, w stronę krzyczącej rzuciło się kilku mężczyzn, a z jej pobliża zaczęły uciekać niebrzydkie księżniczki i tłum dzieci. Faceci wołali "Przepuśćcie mnie, jestem lekarzem" "Z drogi jestem weterynarzem" "Proszę nie robić zbiegowiska, zabezpieczamy teren" "Byłem w Wietnamie, dobiję ją by się nie męczyła"...

Jeremy widział tylko jedno. Kosmiczną pustkę przewiercającą go niemożliwie czarnymi dziurami otchłani oczu staruchy, oraz jeden z porwanych wiatrem kartoników.

Karta z wielkich arkanów tarota. Wysoka, osypująca się, kamienna konstrukcja, wyrysowana dość umownie. Tania edycja. Wieża. Taka sama w zarysie, jak karta jaką podrzucono mu wcześniej.

O Kurwa...
 
__________________
To, co zraniło cię raz, może zranić cię dwa razy...

Ostatnio edytowane przez killinger : 09-11-2013 o 13:51.
killinger jest offline  
Stary 12-11-2013, 22:39   #7
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Teo nie cierpiał tych zjazdów maniaków fantastyki. Zawsze drażnił go ten rodzaj literatury. Miecze i potwory, szmery, bajery i lasery – to nie było dla niego.

Owszem, w jego własnych książkach pojawiały się elementy nierzeczywiste, ale raczej elementy mające związek z nieistniejącymi systemami politycznymi, sensacją lub osobami. Nigdy jednak nie szedł ani w kierunku sci-fi, ani tym bardziej w kierunku fantasy – książek dla zakompleksionych nastolatków – onanistów, w których piersiaste amazonki urągały prawom grawitacji i rozsądku krocząc u boku umięśnionych barbarzyńców, którzy z kolei przeczyli prawom anatomii człowieka.

Tym bardziej dziwił go fakt, że jego menadżer wysłał go do Phoenix. Wybaczyć mu mógł jedynie dlatego, że była tutaj jeszcze literatura sensacyjna – mimo, że w mniejszości. No i fanki cosplaya. Niestety, fani również.

Teodor lubił jednak takie imprezy. Tą mieszankę spontaniczności, taniego splendoru, chwilę oderwania, jakim ludziom dawało możliwość obcowania ze swoimi ulubionymi książkami, ze swoimi ulubionymi autorami czy bohaterami. Było w tych niewątpliwych świrach coś fascynującego, jakaś pasja, jakaś wiara w to, że młodość nigdy się nie kończy. Radość życia.

Autor siedział na swoim miejscu, podpisywał książki, zamieniał po kilka zdań ze zdenerwowanymi fanami jego twórczości i starał się każdemu dać coś od siebie. Na tym, między innymi, polegało budowanie więzi z czytelnikiem. Nie tylko na samym pisaniu, lecz również na umiejętności zjednania sobie sympatii czytelników.

Pisarze, piosenkarze, aktorzy – wszyscy jechali na tym samym wózku. Musieli zwracać uwagę publiczności. Musieli budować swój wizerunek, swój publiczny image. Teo był w tym kiepski. Był - jak do znudzenia powtarzał mu jego wydawca - zbyt otwarty, zbyt mało tajemniczy, zbyt przyjacielski. Nie budował dystansu, jak na pisarza książek sensacyjnych, które porównywano ze starą szkołą Alistaira Mac Leana, Toma Clansyego czy Ludluma. Pochlebiało mu to porównanie, ale nie uważał się za aż tak dobrego psiarza. Niemniej jednak czytelnicy byli innego zdania.

Dzień był pełen wrażeń. Teodor wziął udział w kilku spotkaniach autorskich, a w wolnej chwili wmieszał się anonimowo w tłum, ( no może prawie anonimowo, bo przecież jego zdjęcie widniało na książkach z listy bestsellerów i nie tak łatwo mógł się skryć w tłumie) i skorzystał z kilku atrakcji, kupił parę książek: zarówno nowości, jak i starszych wydań i wrócił do stolika autorskiego.

Znaleziona koperta nie zrobiła na nim większego wrażenia. Odbierał już różne listy od fanów i fanek. Niektóre normalne inne obraźliwe, jeszcze inne były wyznaniami co mógłby zrobić jednej czy drugiej fance, a czasami fanowi, albo co owi oddani mu ludzie mogliby mu zrobić. Zazwyczaj były to rzeczy miłe, niekiedy wręcz perwersyjne lub pornograficzne, a kilka razy zdarzyły się listy od jakiś psycholi – fanów krwawego kina, którzy obiecywali mu śmierć w męczarniach, za to, że opisał Talibów, jako wrogów, albo Irlandczyków z IRA jako terrorystów.

Przywykł. Chociaż za każdym razem wzmacniał swoją ochronę wynajmując stosownych specjalistów z odpowiedniej agencji.

Owszem. Tekst był czymś nowym. Kata tarota również. Świr religijny? Nawiedzony fan? Psychol. Na razie Teo postanowił sprawę zignorować, ale poinformować o tym swój kontakt w agencji ochrony „Tiger”. Gdyby miał przejmować się każdą taką sytuacją, już by chodził siwy lub przedwcześnie wyłysiał. „To cena sławy, Teo” – zwykł mawiać jego menadżer - i Wuornoos się z nim wyjątkowo zgadzał.

Konwent nie kończył się wieczorem. Dopiero wieczorem ożywał. Ale Teodor miał dosyć. Wrócił do hotelu, w którym wydawnictwo zarezerwowało mu nocleg. Po drodze zaszedł jednak do wielkopowierzchniowej księgarni, ze sporym wyborem książek, gdzie na jednym z bardziej wyeksponowanych miejsc namierzył swoją najnowszą powieść. Ale nie po nią przyszedł i po chwili, lżejszy o kilkanaście dolarów, znów kierował się do hotelu.
Przebrał się, zamówił jedzenie do pokoju, wziął prysznic a potem siadł z drinkiem w ręku i z nudów odpalił laptopa.

Przez chwilę udawał nawet, że pracuje nad najnowszą powieścią, ale szybko przestał sam się oszukiwać. Postawił pasjansa i przypomniał sobie o zakupie w księgarni. Wyjął książkę o tarocie i odszukał z wprawą informacje o podrzuconej karcie i jej znaczeniu.

Jedna z arkan wielkich. Księżyc.

Karta i jej znaczenie symboliczne: zamknięcie w świecie iluzji, marzeń, oderwanie od rzeczywistości, idealizm, napięcie, niepokój, lęk, magia, kłamstwo, tajemnica, niejasność, ukryte sprawy, pogrążenie w smutku, intuicja, marzenie o czymś nieosiągalnym. Jeśli pojawi się ta karta, to bardzo prawdopodobne jest, że widzimy sytuację w złym świetle, nie mamy wystarczających informacji, lub przesadnie idealizujemy, prawda może okazać się trudna do przyjęcia. Samooszukiwanie się, trudności z rozliczeniem się z przeszłością, podejrzliwość, również terapia, twórczość, wizje.

Karta w negacji może oznaczać:koszmary senne, głębokie lęki, choroby psychiczne, fobie, halucynacje, zagubienie, opętanie, niebezpieczeństwo, dręczące wyrzuty sumienia, brak intuicji, zaślepienie, myśli samobójcze, uzależnienie od pewnych osób, najprawdopodobniej od matki, ze relacje, toksyczne związki, nałóg, autodestrukcja.

Ciekawe.

Tknięty nagłym impulsem wybrał numer zamiejscowy i po chwili usłyszał głos brata. Dłuższy czas przegadali, jak dawniej, a po przyjemnej pogawędce Teo nalał sobie kolejnego drinka, dość mocnego i ukojony szumem alkoholu we krwi położył się spać.

Jutro drugi dzień konwentu, Musiał być „na chodzie”.
 
Armiel jest offline  
Stary 12-11-2013, 22:54   #8
 
Viviaen's Avatar
 
Reputacja: 248 Viviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie cośViviaen ma w sobie coś
Życie jest piękne...


Emma ostrożnie odłożyła szeroki pędzel na tackę i krytycznie przyjrzała się swemu dziełu. Zmarszczyła brwi i wystawiła język, oglądając obraz pod różnymi kątami. W końcu wybrała inny pędzel, jeszcze szerszy niż poprzedni, poprawiła berecik z antenką - żartobliwy prezent od Antonio, i umoczywszy końcówkę pędzla w rzadkiej, srebrnej farbie, z rozmachem godnym Zorro i równie groźną miną, namalowała na kolorowym tle iskrzący się zygzak.
Wpatrzyła się w niego i zastygła, zamyślona, nie zauważając nawet, że resztka farby spływa z pędzla na jej dłoń.

W kalejdoskopie barw pokrywającym niemal całą dostępną powierzchnię, widziała całe swoje życie. Beztroskie, szczęśliwe… przeplatające się barwne plamy to jej wie rna publiczność. Od kiedy odkryto w niej talent, nigdy nie grała ani nie śpiewała wyłącznie dla siebie. Nawet, gdy wydawało jej się, że ćwiczy w samotności, zwykle okazywało się, że ktoś przysłuchuje się jej próbom. Bardzo szybko odkryła, że podoba jej się to i motywuje… Jako dziecko zawsze irytowała się, gdy popełniała błędy. Z biegiem lat jednak nauczyła się, że popełnianie błędów jest niezbędne w procesie uczenia się. Nauczyła się panować nad swoim zachowaniem, by nawet najlżejszym grymasem nie zdradzić czegoś, czego słuchacze z pewnością nie zauważą… dlatego głupie miny robiła do siebie wyłącznie w samotności lub w towarzystwie najbliższych przyjaciół, rozśmieszając ich nimi do łez.

Jak zawsze, wśród feerii barw pojawił się monochromatyczny fragment, odzwierciedlający jej pasję… biało-czarna klawiatura tym razem wyrastała w prawego dolnego rogu obrazu na kształt nieregularnego wachlarza, miękko wtapiającego się w barwne tło. Zupełnie tak, jak jej muzyka wsiąkająca w ludzkie dusze.
Bo to potrafiła od zawsze, skupić na sobie uwagę słuchaczy i grać na ich emocjach, jak na swoim instrumencie. Kiedy chciała, wzruszała ich lub bawiła do łez. Absorbowała ich uwagę bezwarunkowo… nie sposób było porównać tego uczucia z czymkolwiek innym. Bo jak opisać komuś, kto nigdy tego nie doświadczył, jak to jest, gdy w blasku fleszy wchodzi się na scenę i zajmuje miejsce przy instrumencie lub mikrofonie? W tych pierwszych chwilach widownia była jedynie skąpanym w mroku oceanem oczekiwania. Ona, oddzielona od niej kurtyną światła - jak tym migoczącym woalem srebrnej farby, nie rozróżniała poszczególnych twarzy. Czuła jednak wyraźnie za każdym razem, że publiczność wstrzymuje oddech. Już od pierwszego kroku, obwieszczonego cichutkim stukiem obcasa, opadał na salę całun ciszy. Ciszy brzemiennej elektryzującym zmysły napięciem… które utrzyma się od teraz aż do zakończenia koncertu. Kiedy wybrzmi ostatnia nuta ostatniego utworu, nie poruszy się jeszcze przez kilka uderzeń serca, z przymkniętymi powiekami delektując się tą chwilą. W końcu otworzy oczy i spojrzy na swą widownię, niemal niezauważalnym skinieniem głowy dając znak do stopniowego wyrównania oświetlenia. Wtedy rozlegnie się burza oklasków… działająca na nią jak narkotyk… a ona z zamyślonym uśmiechem ukłoni się i wyjdzie, by po chwili wrócić jeszcze raz... i jeszcze…


Odstąpiła od sztalugi i roześmiała się głośno. Było już z pewnością sporo po północy, a ona znów bawiła się w najlepsze w malarkę, zamiast wyjść na miasto, czy choćby zejść na dół, posłuchać, jak sobie radzi wypromowana przez nią dziewczyna.
Ale bawiła się tu tak dobrze…

Jej wzrok padł wreszcie na dziewiczo białą powierzchnię pozostawioną w drugim dolnym rogu. Gdzieś głęboko w jej duszy odezwał się zapomniany ból, uśmiech zniknął z twarzy a Emma ze złością zakryła obraz, tak jak wszystkie poprzednie, i odstawiła pod ścianę, by dołączył do jego kurzących się powoli poprzedników. Dopiero teraz zauważyła zaschniętą już farbę na ręce i energicznie zabrała się czyszczenie siebie i pędzli.
Od tak dawna nie widziała rodziców… nigdy też nie wytworzyła się między nimi a Emmą szczególna więź. Z biegiem lat, mimo mieszkania pod jednym dachem, widywali się coraz rzadziej. Wspólne obiady, po których dziewczyna biegła na kolejne zajęcia a oni na popołudniowe zmiany, nie wystarczały. Pomocy w lekcjach nigdy nie potrzebowała, a jeśli miała jakiś problem, szła z nim do Madelaine. Tak jakoś… wyszło. Kiedy wyjechała, by spełniać swe marzenia, próbowała dzwonić, potem pisać… aż w końcu zrozumiała, że tak naprawdę nie zna swoich rodziców. Wiedziała, że są z niej dumni i wdzięczni, że przesyła im pieniądze, by nie musieli już pracować tak ciężko. Oboje mieli już swoje lata, należał im się odpoczynek.
Emma kochała oboje, a jednak nie potrafiła nimi zapełnić pustki na swoich obrazach. To było… dziwne. I frustrujące. Zwłaszcza, że ani razu ich nie odwiedziła…

Niespodziewane wibracje telefonu w kieszeni fartucha sprawiły, że niemal podskoczyła. Wytarła ręce i zerknęła na wyświetlacz. Anton. Niespecjalnie ją zdziwiło, że dzwonił o tej porze. Doskonale wiedział, że zwykle nie śpi do późna i odsypia w dzień… była “stworzeniem nocy”, co jej regularnie wypominał w żartach.
- Hej, Anton…
- Cześć, nocna maro. Widzę światełko na poddaszu… znów malujesz po nocy?
- Światełko...? - Emma zgasiła światło i podeszła do otwartego okna dachowego, by wyjrzeć na zewnątrz - Gdzie jesteś?
- Po drugiej stronie ulicy… - Anton pomachał jej wesoło, na co otrzymał równie radosną odpowiedź - ...nie masz ochoty na spacer? Jest bardzo ciepło, a ja mam ze sobą… - sięgnął do przewieszonej przez ramię torby i triumfalnym gestem wyciągnął z niej butelkę jej ulubionego wina - ...Frederic Chopin, jeszcze 10 minut temu grzecznie chłodzący się w mojej lodówce.
- Zaczynam podejrzewać, że tak zupełnie przypadkiem to Ty się tu nie znalazłeś… - zaczęła, ale nie pozwolił jej skończyć - Z każdą minutą robi się coraz cieplejsze… - nawet stąd widziała, że butelka jest już solidnie spocona - Dobra, zrzucę z siebie tylko fartuch… - Taaaaaaak…? - ...założę coś bardziej odpowiedniego i już schodzę. - udała, że nie dosłyszała w jego głosie nutki nadziei. Anton był jej przyjacielem i pilnowała, by tak zostało. Nie przeszkadzało im to jednak doskonale się bawić w swoim towarzystwie i spotykać za każdym razem, gdy przyjeżdżał do Nowego Orleanu. Zanim się rozłączyła, usłyszała jeszcze “tylko zabierz ze sobą berecik”, co skwitowała uśmiechem i zniknęła przyjacielowi z oczu, by zejść piętro niżej, do swojego przytulnego mieszkanka.

Chwilę później wybiegała przez bramę, ubrana w jasne obcisłe jeansy, miodowy sweterek z łódkowym dekoltem, który odsłaniał jej jedno ramię i czarne sandałki na obcasie. Czarny berecik trzymała w rękach i wręczyła mężczyźnie, by sam mógł go jej założyć. Zrobił to jedną ręką, drugą już wyciągając nieodłączny aparat fotograficzny.
- Zostań tak… teraz spójrz tam… uśmiechnij się lekko… doskonale… - jak zawsze zatracił się zupełnie, ustawiając stopień i czas naświetlenia, ostrość, fotografując ją to z dołu, au face i z profilu...
- Mój Chopin się grzeje… - wymamrotała, starając się nie poruszać ustami, by nie zepsuć żadnego ujęcia.
- Och, wybacz… ale sama wiesz, że jesteś fotogeniczna…
- Wiem, wiem. Później też nie zabraknie okazji, zostaw kilka klatek…
- Zawsze zostawiam jedną…
- Nie zrobisz mi aktu, Anton. Wybij to sobie z głowy. - roześmiała się, jak zawsze, gdy o tym wspominał i żartobliwie pogroziła mu palcem.
- Jesteś podła. Nie chcesz mi pokazać ani swoich obrazów, ani swoich…
- Anton…
- ...bliźniąt gazeli. O ogrodzie nie wspominając. - dokończył gładko i szarmancko podał jej ramię - W takim razie ja pokażę Ci swój… kolacja… a może śniadanie...? i kieliszki już czekają. I drugi Chopin w lodówce, ten zrobił się już zupełnie ciepły…


Życie jest piękne…


Czasami miała wrażenie, że to nie ona śpiewa. Że jest tylko naczyniem, przez które przepływa muzyka, którą nie sposób podporządkować sobie, nie sposób kontrolować. Na płycie, którą teraz nagrywała, znalazło się dzięki temu sporo improwizacji…. Emma momentami zdawała się nie zauważać, że utwór dobiegł końca i śpiewała dalej… a doskonali muzycy z jej zespołu bez mrugnięcia okiem dopasowywali się do jej wokalu.
Postanowiła, że gdy tylko wyda tę płytę, osobiście zawiezie ją rodzicom. Jedna z jej piosenek nosiła tytuł “Memories of Silver Ring” i była w całości po francusku. Dopiero przy nagrywaniu tego kawałka zdała sobie sprawę, że w głębi serca tęskni za swoim rodzinnym miasteczkiem. Było takie… pretensjonalne, takie… nudne. A jednak zakiełkowała w jej duszy jakaś taka tęsknota, dzięki której w oczach producenta zaszkliły się łzy, gdy śpiewała o spełnianiu marzeń i ciepłym altem dziękowała tym, którzy jej to umożliwili.
Ten utwór nagrywali jako ostatni na dziś. Kiedy technik pokazał im, że ma już wszystko, bez słowa rozeszli się, każde w swoją stronę.
Emma ruszyła do domu piechotą. Była istnym kłębkiem emocji, a spacer zawsze pomagał jej się wyciszyć. Kiedy tylko mogła, unikała poruszania się samochodem. A że do studia nagrań miała zaledwie pół godziny drogi… wybór był oczywisty. Teraz jednakże postanowiła wydłużyć spacer i zahaczyć o maleńką knajpkę, gdzie wpadała czasami na lampkę wina lub pączka. Teraz miała ochotę na jedno i drugie. Louis, jowialny, siwowłosy grubasek, jak zawsze przywitał ją ciepłym uśmiechem i poufałym objęciem ramion, gdy prowadził ją do stolika. Jedno spojrzenie w jej oczy powiedziało mu więcej, niż tysiąc słów, więc nie tracąc czasu na pytania osobiście przyniósł jej kwadratowe ciastka i kawę


a do tego kieliszek różowego wina, które robił sam - było orzeźwiające i nie za słodkie… przepyszne, choć nikt nie wiedział, z czego tak naprawdę jest zrobione.
Pogłaskał ją pocieszająco po włosach i pozostawił jedynie w towarzystwie deseru, który zniknął niemal tak szybko, jak się pojawił. Kiedy dopiła ostatni łyk wina, skinęła z wdzięcznością Louisowi, który odpowiedział jej uśmiechem i wyszła, zostawiając na stoliku banknot i zaproszenie na kolejny koncert.


Życie jest piękne…


Rozejrzała się po przestronnej garderobie i zgodnie z uświęconą tradycją milionów kobiet na całym świecie, z niezachwianą pewnością doszła do wniosku, że nie ma co na siebie włożyć. Kolekcjonowanie ubrań było jej małym uzależnieniem. Na koncertach musiała przecież prezentować się odpowiednio. Rzadko kiedy jednak zakładała tę samą suknię dwa razy. A przynajmniej suknię w żaden sposób nie zmienioną. Często zapraszała do siebie Jennę, krawcową-czarodziejkę, która za pomocą igły i nici tworzyła istne dzieła sztuki. Każdy strój potrafiła w kilka chwil przerobić nie do poznania, uzyskując nieodmiennie zachwycający efekt. Dzięku temu Emma miała jeszcze miejsce w szafach… choć uwielbiała też od czasu do czasu wybrać się na spacer, by odwiedzić urocze, maleńkie sklepiki, które miały w swojej ofercie stroje niekonwencjonalne, takie, których na próżno możnaby szukać w galeriach.
Emma Durand nie znosiła galerii handlowych i jeśli tylko mogła, omijała je szerokim łukiem.

Po chwili namysły roześmiała się sama do siebie i wyruszyła na miasto, wrzucając po drodze telefon do torebki i łapiąc czarny berecik z antenką. Do żadnego sklepu jednak nie dotarła… Nogi poniosły ją w zupełnie inną stronę, zdradziecko prowadząc nad Missisipi. Miała jeszcze ładnych kilka godzin do koncertu, więc przysiadła na betonowym murku na nabrzeżu i wpatrzyła się w odblaski słońca na wodzie. Przez myśli leniwie snuły jej się słowa i melodie, które być może wykorzysta jeszcze przy pierwszej płycie, a może zostawi je sobie jako materiał na drugą? A może zaśpiewa coś nowego dziś wieczorem? Obecne tournée było wstępem do promocji “The Ring of Silver”, a ona uwielbiała zaskakiwać swoją publiczność. Może zagra coś solo?
Przymknęła oczy i zaczęła stukać palcami o uda, jak zawsze, gdy dawała się pochłonąć muzyce, a nie miała pod ręką instrumentu. Cichutkie mormorando poniosło się po rzece, gdy do muzyki słyszalnej tylko dla niej samej, dodała wokal, cierpliwie czekając, aż słowa same wskoczą na swoje miejsca. Nie od razu zauważyła, że do jej głosu dopasowuje się drugi głos, będący z nią w idealnej harmonii. W końcu jednak tajemniczy głos zastosował dość nieoczekiwane rozwiązanie kadencji, co zmusiło Emmę do otwarcia oczu.
- Zastanawiałem się, kiedy się zorientujesz. - Mike, saksofonista z jej zespołu, wpatrywał się w nią rozbawionym spojrzeniem. Swój saksofon miał ze sobą, najwyraźniej zmierzał już na próbę… czyżby było aż tak późno?
- Zrobiłeś to specjalnie, prawda? - dziewczyna roześmiała się ciepło i spojrzała na słońce - Znów straciłam poczucie czasu… ile... - pytanie przerwał alarm ustawiony w komórce, który zawsze ustawiała na godzinę przed próbą. W sam raz tyle, by wrócić do siebie, zjeść coś, zapakować się w samochód i dotrzeć na miejsce - ...och, godzina. Skąd wiedziałeś, że tu będę?
- Często tu przychodzisz, miałem spore szanse. - uśmiechnął się w odpowiedzi - Chodź, podrzucę Cię.
Nonszalancko pomógł jej zejść i poprowadził do swojego Harley’a. Zanim usiadła, berecik schowała do torebki, którą przewiesiła przez ramię i wreszcie zajęła miejsce za mężczyzną, który troskliwie przypinał na piersi futerał z saksofonem. Gdy silnik zaskoczył, przytuliła się do pleców Mike’a i mocno objęła go w pasie. Parę minut później po raz drugi tego dnia stanęła naprzeciw swoich ubrań, krytycznie marszcząc brwi. Na zakupy nie było już czasu, musiała wybrać coś z tego, co tu ma... lub zdać się na Molly, która zawsze przygotowywała jej zapasową suknię, choć Emma nigdy jeszcze nie miała okazji jej włożyć. W końcu wzruszyła ramionami, wybrała dwie suknie, których nie nosiła - wydawałoby się, od wieków i zapakowała do pokrowca. Zerknęła na zegarek - miała jeszcze całe trzy kwadranse, więc zdąży jeszcze przed wyjściem zrobić sobie tosty z dżemem…

***

Kiedy zajechała pod Blue Nile swoim Fordem escape, z wnętrza knajpy już słychać było dźwięki muzyki. Wibrujące pod podeszwami butów basowe nuty bezbłędnie poprowadziły ją do kameralnej sali, w której jej zespół powoli zaczynał się stroić. Pomachała im wesoło na powitanie i podążyła do mikroskopijnej garderoby, którą wskazała jej czekająca już na nią Molly.
- Macie pół godziny na próbę, ja potrzebuję przynajmniej kwadransa, żeby zrobić Cię na bóstwo… - pulchna dziewczyna odebrała od Emmy pokrowiec ze strojami i zabrała się za rozładanie na stoliku przy lustrze kosmetyków i pędzli do makijażu.
- Musimy się tylko…
- ...zorientować w akustyce. - Molly weszła jej w słowo i roześmiała się - Pół godziny, potem należysz do mnie. Pamiętaj…
- Spokojnie, przecież jestem ostatnia...
- Ale musisz wyglądać odpowiednio już od początku.
- Daj mi 40 minut… - Emma uciekła za drzwi, o które uderzyło lekko coś, co brzmiało jak pudełeczko cieni do powiek. A może puder?
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Jej wizażystka już nie raz udowodniła, że jest warta swojej ceny. Potrafiła zrobić idealny makijaż dosłownie w kilka sekund, upięcie fantazyjego koka zajmowało jej co najwyżej drugie tyle. Potem dopięcie sukni, kilka kropel perfum, i obowiązkowy klaps na szczęście… całość mogła potrwać co najwyżej 5 minut.
Tym razem jednak próba potrwała obiecane pół godziny i po kolejnych piętnastu Emma wyglądała tak, że nawet Molly pokiwała z uznaniem głową. Rzadko była zadowolona z efektów swojej pracy, a jednak dziś nadszedł ten wieczór…
- Niestety, nie mogę zostać na Twoim występie… - wizażystka pakowała się szybko i z wprawą. Pozostawiła przy lustrze jedynie pomadkę, żeby Emma mogła sobie poprawić makijaż tuż przed wyjściem na scenę... i już jej nie było. Zwykle miała oko na garderobę, ale dziś miała pewne “sprawy rodzinne”… cóż, bywa.

***

Koncert był nadzwyczaj udany. Mike zrobił jej nielichą niespodziankę, gdy zamiast zaplanowanego na bis kawałka, niespodziewanie zaczął grać melodię podsłuchaną nad rzeką, a Thomas, ich pianista, ustąpił jej miejsca przy fortepianie. Bob również okazał się być częścią spisku, doskonale wyważonymi basowymi nutami kładąc fundamenty pod migotliwe pasaże fortepianu i melancholijne dźwięki saksofonu. Improwizacja nie trwała długo, a jednak poniosła wszystkich niczym sama Missisipi, zamykając w swojej toni zarówno słuchaczy, jak i wykonawców.


Bukiet wziędłych róż zaskoczył ją, ale też zaintrygował. Sugerował jakąś niespodziankę. Po otwarciu koperty okazało się jednak, że niespodzianka nie należy do szczególnie przyjemnych. Niepokojące słowa napisane na karteczce sprawiły, że po plecach przeszedł jej dreszcz. Karta tarota była dziwnie pasującym dodatkiem do równie dziwnego bukietu i tych słów… jednak bardziej przerażająca była twarz, którą zobaczyła - a może tylko jej się to wydawało? - w lustrze.
Nie, nie wydawało jej się. ONA tam była. Dziwnie znajoma, a jednak Emma nie mogła sobie przypomnieć, kto to… Sama z siebie nieszczególnie straszna, a jednak przerażająca. Z pewnością musiała ją już gdzieś widzieć… ale gdzie?
Nagle wszystkie otaczające ją kwiaty straciły swój urok, uniesienie towarzyszące jej po koncercie uleciało gdzieś bezpowrotnie. Po dłuższej chwili przyłapała się na tym, że gapi się na trzymaną w ręku kartę, usiłując zrozumieć jej znaczenie, choć o tarocie nie miała najbledszego pojęcia.

Dziwną wiadomość i kartę wrzuciła z powrotem do koperty, a kopertę do kieszeni pokrowca na ubrania, po czym zupełnie o nich zapomniała… porwana sprzed drzwi własnego mieszkanka przez Antona, wróciła do siebie dopiero nad ranem i od razu położyła się spać.
O wszystkim przypomniało jej się, gdy na wpół jeszcze śpiąca spojrzała w lustro zawieszone nad umywalką. Momentalnie się rozbudziła, zarzuciła na siebie jedwabny szlafrok i popędziła do samochodu po porzucone rzeczy. Wystarczyło kilka minut spędzonych w internecie, by dowiedzieć się, z jaką kartą tarota ma do czynienia. Cesarzowa, inaczej zwana Władczynią. Urodziwa, zmysłowa, podziwiana, szanowana… Emma wzruszyła ramionami. Karta na swój sposób do niej pasowała. Ale o co chodziło z maskami, łowami i rytuałem?
Kim była ta kobieta?


Życie jest piękne…
Ale czy na pewno?
 
__________________
Jeśli zabałaganione biurko jest znakiem zabałaganionego umysłu, znakiem czego jest puste biurko?
Albert Einstein
Viviaen jest offline  
Stary 13-11-2013, 00:39   #9
 
sheryane's Avatar
 
Reputacja: 788 sheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwusheryane jest godny podziwu
Gdzieś w głębi duszy Susan nie mogła doczekać się wieczoru. Obiecała Jeremy'emu telefon. Wiadomość o wypadku spowodowała u niej chwilowe zatrzymanie pracy zarówno serca, jak i układu oddechowego, które na szczęście przy kolejnym zdaniu SMS-a wróciły już do swego rytmu.
Czemu nie zboczeniec w Orlando Hilton?, pomyślała, nie mogąc powstrzymać się od lekkiego uśmiechu.
Mogła mu to napisać, ale będzie lepiej - zabawniej - jak powie mu wieczorem. Ostatnie zdanie było najbardziej intrygujące. Perrier musiał wypić całkiem sporo przed stworzeniem tej wiadomości. To zdecydowanie nie było w stylu trzeźwego Jerry'ego. Takie rozmowy włączały im się w stanie lekkiego upojenia alkoholowego i w odpowiednich okolicznościach - choćby u stóp La Tour Eiffel o północy. Z pustą butelką wina w ręce. Zapłacili wtedy niemały mandat, ale kto bogatemu zabroni? Z drugiej strony - czyż nie ona sama uderzyła wczoraj w taki ton ze swoim "Tęsknię."?

Chatière wróciła z chmur na ziemię. Siedziała w sali sądowej u boku Caballin, otoczona prawnikami, adwokatami, przysięgłymi, świadkami i cholera wiedziała, kim jeszcze. To nie był moment na romantyczne myśli rodem z głowy zakochanej nastolatki. Zerknęła niecierpliwie na zegarek. Została godzina do końca posiedzenia. Może trochę więcej. Sue miała nadzieję, że powoli udział baskijskiego pedofila w sprawie będzie chylił się ku końcowi. Przecież był "tylko" świadkiem, a ileż można wałkować to samo? Co prawda każdy dzień równał się dodatkowym dolarom - w niemałej liczbie - ale chciała urlopu, chciała odpoczynku, chciała po prostu do Jerry'ego, chciała Jerry'ego.

Przy nadmiarze pracy czas na szczęście leci bardzo szybko. Posiedzenie zakończono z godzinnym poślizgiem, a z braku perspektyw na translację kolejnego porywającego oświadczenia Sue była wielce zadowolona. Wszystkie dokumenty z ostatniego tłumaczenia przekazała prawnikom Louisa. Spomiędzy papierów wysunęła się karta tarota i spadła na podłogę, lądując dokładnie u stóp Susan. Czując na sobie spojrzenie prawnika, Chatière przywołała na usta całkowicie niewinny uśmiech i podniosła Koło Fortuny.
- Zakładka. - wzruszyła ramionami, wrzuciła kartę do torebki i pożegnała się z całym towarzystwem.

Drzwi białej Toyoty Supry już miały się zamknąć, gdy męskie ramię powstrzymało ruch. Susan zirytowała się lekko - nie lubiła, gdy coś w ostatniej chwili zmieniało jej plany. Obecny plan zakładał jak najszybsze ulotnienie się z sądu, szybkie zakupy w eko-sklepie i wieczór dla siebie.
- Idziemy na obiad, może skoczysz z nami? - odezwał się Matthew, jeden z adwokatów biorących udział w sprawie.
Znajomy koleżanki z pracy, Lindy, w którym to owa Linda podkochiwała się skrycie. Matt jednak albo tego nie widział, albo to ignorował. Zdawało się za to, że ma chrapkę na koleżankę koleżanki.
- Nie, dzięki. Mam na dzisiaj inne plany. - odpowiedziała uprzejmie, ale stanowczo.
- Nie daj się prosić. Obiecałem chłopakom, że cię wyciągnę. Oni cię uwielbiają.
- Jak każdą pannę.
- Nie byle jaką pannę!
- Wybacz, Matthew. Popołudnie mam dla siebie.
Mężczyzna z westchnieniem skinął lekko głową i domknął drzwi za Sue. Po chwili Supra z radosnym pomrukiem silnika opuściła parking sądu stanowego.


Pierwszą rzeczą, jaką Sue zrobiła po powrocie, było wskoczenie w dres, który zwykle nosiła po domu. Wzięła z lodówki wodę mineralną i przeszła do sali treningowej. Promienie zachodzącego słońca wpadały przez wielkie okno, barwiąc pomieszczenie pomarańczą i różem. Efekt potęgowała lustrzana ściana po drugiej stronie pokoju. Susan ustawiła na wieży odtwarzanie całego ulubionego albumu i z pierwszymi nutami, które popłynęły z głośników, zaczęła wyprowadzać kolejne uderzenia. Cios za ciosem wyładowywała stres nagromadzony w pracy przez ostatnie dni. Każda kropla potu spływająca po jej ciele była nagrodą za dobrze wykonaną robotę. Worek czasem był tylko workiem, a czasem czyjąś twarzą - dzisiaj często wyglądał jak Caballin. Nim kobieta się obejrzała ostatnie takty "Metal Machine" oznajmiły koniec treningu. Opuściła salę zmęczona, zdyszona i spocona, ale szczęśliwa. Gorący prysznic miał dopełnić radości wolnego wieczoru.

Sue lubiła zdrową kuchnię, nie cierpiała natomiast samego procesu przygotowywania potraw. Od zawsze była to dla niej po prostu strata czasu. Kiedyś myślała, że przestronna kuchnia z zestawem idealnych noży i urządzeń pomoże jej przemóc niechęć, ale niestety nic się nie zmieniło. Ideałem było zatem, gdy kuchnia była i zdrowa, i szybka. Jednym z dań spełniającym oba warunki były francuskie papillotes de saumon aux poireaux. Przygotowanie zajmowało całe pół godziny - co i tak dla Sue było górną granicą czasu przebywania w kuchni - i jak to ryba były zdrowe i smaczne.

Po posiłku i wrzuceniu garów do zmywarki, Chatière zaległa na kanapie z ukochanym tequila sunrise w ręku. Jedwabny szlafrok rozlewał się leniwie dookoła, odznaczając się śnieżną bielą na czarnym obiciu. Spojrzenie Susan przykuła karta tarota leżąca na torbie z laptopem. Nie przypominała sobie, by wyciągała ją z torebki. Wrzuciła kartę do środka i zamknęła torbę. Nie miała ochoty być przez resztę wieczoru pod obserwacją trzech nieludzkich postaci kręcących się na kole. Włączyła telewizor i puściła "Moulin Rouge!". Historia Christiana i Satine była typowym wyciskaczem łez, ale Sue ceniła sobie musical przede wszystkim za muzykę. Gdy w tle rozbrzmiewał głos Nicole Kidman w "One day I'll fly away..., Susan sięgnęła po komórkę i wybrała numer Jeremy'ego...
 
__________________
“Tu deviens responsable pour toujours de ce que tu as apprivoisé.”
sheryane jest offline  
Stary 13-11-2013, 23:14   #10
 
Zell's Avatar
 
Reputacja: 5205 Zell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputacjęZell ma wspaniałą reputację
Sophie nie była szczególnie rozradowana propozycją zamówienia, którą przedstawiał jej Grigorij. Nie umiała określić dlaczego taki prosty album wzbudzał w niej takie emocje. Było to zachowanie dobre dla dziecka, nie zaś dla profesjonalnej fotografki, napominała się. Niemniej jakkolwiek nie próbowałaby sobie tego przetłumaczyć wciąż powracało do niej to nieprzyjemne uczucie powodujące, że wszystko przewracało się w jej żołądku.
- Daj mi czas. Zastanowię się nad propozycją i zadzwonię. - odezwała się do swojego agenta po chwili milczenia. Potrzebowała tego czasu, aby ułożyć sobie wszystko, skalkulować zamówienie i określić czy warto je odrzucać tylko z powodu nieokreślonego wstrętu.

Spojrzała na trzymaną przez siebie kopertę i jej zawartość. Imię i nazwisko każdy mógł wyszukać, tylko po co? Głupi żart lub próba wzbudzenia w niej obaw. Inną sprawą było kto by wiedział który samochód jest jej? Z pewnością musiał to być ktoś znajomy, ale prawdę mówiąc Sophie nie było śpieszno do dowiedzenia się kto jest takim dowcipnisiem.
Obróciła w palcach kartę tarota z zamyśleniu po czym schowała ją do kieszeni spodni wraz z karteczką.
Dowie się w swoim czasie.

***

Sophie nie mogła narzekać na swoje warunki mieszkaniowe ani na sytuację finansową. Jej dom, chociaż bogaty, umeblowany był meblami z Ikei, której styl najbardziej odpowiadał młodej fotografce. Na ścianach uwieszone były w antyramach jej własne fotografie, które uważała za wartościowe, jednak większość z nich pochodzila spoza zleceń i stanowiła osobistą kolekcję panny Grey. Sophie nigdy nie przyznałaby przed klientami, ale większość tego, co robiła na zamówienie nie stało wysoko w jej prywatnych rankingach.

Od razu po powrocie do domu skierowała się do swojego pokoju, w którym zawsze czuła się najlepiej. Tam było jej sanktuarium, którego nie zakłócały codzienne sprawy i problemy.


Położyła się na rozkładanej kanapie stojącej przy wiszącym, dużym zdjęciu, które Sophie wykonała podczas wizyty w Seattle. Wyjęła z kieszeni spodni kartę tarota i przez dłużą chwilę wpatrywała się w nią w zamyśleniu. Uśmiechnęła się w końcu z pobłażaniem do samej siebie i pokręciła głową. Jeżeli miało to w zamyśle wywołać u niej stres czy lęk, to ktokolwiek był autorem tego listu przeliczył się i pomylił Sophie z innym typem człowieka. Potrzeba było czegoś więcej, aby zaniepokoić pannę Grey. Schowała z powrotem do kieszeni spodni kartę i złapała za swoją komórkę. Pora było oznajmić pozbawionemu gustu Griogijowi, że przyjmie to zlecenie. Było ono bardzo dochodowe i nie wymagało dużego wkładu pracy, więc czemu nie powinna? Z powodu bezzasadnego wstrętu?
Może od razu powinna bać się jednej, otrzymanej karty tarota i kilku słów jakby spod pióra szaleńca?
Niedorzeczność.
 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166