Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-03-2014, 09:27   #11
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 62670 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Świat zwariował. Gdyby jeszcze dwa miesiące temu ktoś powiedział jej, że wyląduje w kolejce do luksusowego liniowca, wyśmiałaby go i kazała odstawić na jakiś czas prochy...chociaż nie, tylko idiota pozbawia się zarobków. Lepiej zaproponować połowę. Głód, nie do końca zaspokojony, szybciutko przywiałby delikwenta z powrotem w jej czułe objęcia, a ona, z uśmiechem na ustach, podarowałaby spragnionemu następną dawkę ulotnego szczęścia. W końcu klient służył tylko jednemu: napełnieniu kabzy handlarza, nic innego się nie liczyło. Pełen portfel potrafił zdziałać cuda. Otwierał pozornie zatrzaśnięte drzwi, rozwiązywał ludzkie języki, kupował czyjąś lojalność równie dobrze co strach. Zapewniał też wolność i nadawał światu intensywności z pomocą gromady chemicznych przyjaciół. Extasy, wóda, mefedron, psychotropy, LSD, amfa, efedryna, hasz, grzybki, hera, koks - szczęście ma wiele imion.

J.J. nie była nikim istotnym, ot kolejną pasażerką chcącą po promocyjnych warunkach dostać się na karnawał w Rio, korzystając po drodze ze wszelkich oferowanych przez przewoźnika atrakcji. Na pierwszy rzut oka budziła sympatię: wysoka, uśmiechnięta brunetka o okrągłej twarzy wiecznej małolaty, wąskim, lekko zadartym nosie i wielkich czarnych ślepiach, okolonych firaną długich rzęs.
Ubiorem wtapiała się w tłum. Jeansy, lenonki, czarna podkoszulka i kraciaste baleriny - wszystko ze średniej półki sieciowych molochów. Na louboutiny, czy kiecki od Armaniego mogły pozwolić sobie laski wchodzące wejściem dla vipów. Julia działała w cieniu, zbędny przepych pozostawiając tym, których źródła dochodów nie budziły kontrowersji.
Oparta plecami o stojącego za nią latynosa bez skrępowania mogła podziwiać paradę luksusu, przewijającego się przy wejściu dla wybrańców.

Podział na równych i równiejszych był, jest i będzie na wieki wieków, Amen. Bogaci z oddaniem czcili papierowe oblicza prezydentów, modląc się do nich, śniąc o kolejnych zerach na koncie i zaklinając rzeczywistość. Ustalali reguły i wyznaczali granicę pomiędzy dobrem, a złem. Tym co dozwolone, a czynami zasługującymi na społeczny lincz. Mając odpowiednie środki nawet morderca i gwałciciel mógł chodzić wolny po ulicach, śmiejąc się szyderczo do rodzin pomordowanych. Dobra papuga, odpowiedni PR w mediach i boom! Potwór staje się ofiarą systemu, skorumpowanych glinarzy, czy bogu ducha winnych, niemających ze sprawą nic wspólnego frajerów. Kozłów ofiarnych. Zagadka na dziś: kto stanie w obronie biedaka?
Otóż biedaków każdy ma w dupie. Kolejna sprawa rozwiązana, ku chwale Ojców Założycieli, Dziewiętnastej Poprawki i bonów zniżkowych Walmartu!
Jestem szurnięta - przemknęło dziewczynie przez myśl.

Rejs zapowiadał się cudownie. Pogoda dopisywała, a perspektywa ponad dwutygodniowego zbijania bąków przy basenie, zakończona baletem w Rio przeganiała wszystkie smutki. Zero stresu, zero nerwów - tylko drinki, palemki, zabawa, małe co nieco. Pełen relaks.
Coraz trudniej było Julii ukryć podniecenie. Miała ochotę wyściskać Rodrigueza, po raz dwudziesty tego dnia. Pieprzony, ulizany meks. Gdyby nie on, siedziałaby teraz na kanapie i ryczała przy reklamie płatków śniadaniowych, a tak z bagażem pod pachą i głową pełną marzeń ruszała na spotkanie przygodzie.

Załadunek szedł sprawnie i szybko, biorąc pod uwagę ludzką masę czekającą na swoją turę, wręcz nadspodziewanie szybko. Nim się obejrzała, steward zapraszał ich na pokład. Idąc za nim strzelała dookoła oczami, nie mogąc się nasycić widokiem. Do Destiny pasowało jedno słowo - przepych. Mogłaby tak mieszkać na co dzień, otoczona polerowanym drewnem, puszystymi dywanami, oraz zgrają perfekcyjnie uśmiechniętych lokajów, gotowych spełnić jej najgłupsze zachcianki. Wreszcie nie musiałaby wysłuchiwać narzekań Diega na to, że budzi go o czwartej nad ranem i kwikiem zagania do kuchni po kanapkę z masłem orzechowym. Co z tego, że spał niecałą godzinę? Była głodna, koniec i kropka.

Przy drzwiach pożegnała stewarda, dziękując raz jeszcze za wskazanie drogi. Odetchnęła, gdy zapadki zamka zagrzechotały metalicznie, odgradzając ją od reszty statku. Poszło lepiej niż się spodziewała, bezproblemowo. Żadnych osobistych kontroli, niepotrzebnych nieprzyjemności. Z torbą na ramieniu od razu poszła do łazienki, by zmienić ubranie na bardziej wakacyjne. Wybrała małą czarną, na której nadrukowane mordki trollface’a szczerzyły szyderczo zęby w każdym możliwym kierunku, wysokie koturny i pasek z klamrą w kształcie napisu “Problem?”. Przeczesała włosy i założyła lenonki, zerkając w lusterko znad przydymionych szkieł.

Efekt końcowy był...intrygujący, o to chodziło. Chichocząc wróciła do pokoju.
Czas zacząć działać, poznać statek. Skorzystać z basenu i oblecieć sklepy. Na bank mieli tu coś ciekawego do nabycia, chociażby strój kąpielowy. Swojego nie mogła w domu znaleźć, zaginął bezpowrotnie w wielorasowej orgii brudnych ciuchów piętrzących się w rogu łazienki.
- Señor Rodriguez, dama potrzebuję drinka przed obiadem - rzuciła meksowi, stając w progu. Pierwszym przystankiem na trasie koniecznie musi być bar. Każda dobra zabawa zaczynała się od podwójnej szkockiej.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."
Zombianna jest offline  
Stary 28-03-2014, 18:00   #12
 
Ravanesh's Avatar
 
Reputacja: 2319 Ravanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputacjęRavanesh ma wspaniałą reputację
Nora Robinson stała przy oknie całkowicie ignorując stewarda pozwalając żeby to jej mąż zajął się rozmową z personelem i wręczeniem napiwku. Jak zwykle. Kajuta numer 7194 znajdowała się na bakburcie, więc zamiast oceanu kobieta widziała ludzi tłoczących się na brzegu. Część z nich usiłowała dostać się na statek i niecierpliwie kręciła się w sporej kolejce a pozostała część ustawiała się wzdłuż nabrzeża żeby pożegnać krewnych lub znajomych.

- Doprawdy kochanie? – Odpowiedziała pytaniem na pytanie nie odwracając się od okna. – Jeśli chciałeś większej przestrzeni to powinniśmy zostać w domu. Zresztą nie muszę ci przypominać, że ta wycieczka to był twój pomysł, więc…- kobieta odwróciła się w stronę mężczyzny i urwała – Ach, żartowałeś.

Richard uśmiechnął się w odpowiedzi, podszedł do żony i delikatnie ją objął.
- Ta podróż dobrze ci zrobi. Zobaczysz. Powinnaś wykrzesać z siebie trochę więcej entuzjazmu.

- Powinnam?

Oparła głowę na ramieniu męża.

- Może później jak już odpocznę, bo lot tutaj dał mi w kość.

- Powinniśmy przylecieć wcześniej tak żebyś miała jeden dzień więcej na aklimatyzację i odpoczynek.

- I zostać przez to o dzień dłużej w Miami? Nie dziękuję. Naprawdę nie cierpię tego miasta, tutaj zawsze jest za gorąco.

- Uwielbiasz Kalifornię a tam jest równie gorąco – zauważył.

- Tak, ale tutaj jest wilgotno i parno a do tego cały czas czuję smród bagien i rozlewisk. Wiem, że są daleko, ale przysięgam, że je cały czas czuję. Nawet zapach oceanu nie tłumi tego odoru.

Richard nie skomentował. Zamiast tego wrócił do miejsca gdzie steward pozostawił ich bagaże.

- Wezwę kogoś, kto rozpakuje nam walizki.

- Nie – zaprotestowała Nora – sama się tym zajmę.

Podeszła do bagaży i zaczęła odpinać po kolei wszystkie zamki.

- Dzięki temu będę wiedziała, czego zapomnieliśmy zabrać. Weź tylko z łaski swojej sprawdź czy moja rezerwacja na masaż jest ważna i dopilnuj żeby masażystka przyszła do mnie. Po zabiegu mam zamiar się od razu zdrzemnąć a do tego nie chcę wracać do kajuty ze SPA w szlafroku.

Mężczyzna podszedł do telefonu i zajął się załatwianiem spraw z personelem. Jak zwykle.

- Masz umówioną masażystkę za godzinę. Czy to znaczy, że nie pójdziesz pozwiedzać statku?

- Teraz Richardzie na wszystkie pokłady wylęgną całe masy ludzi, którzy będą biegać po wszystkich pokładach jakby nie mogli poczekać nawet pół dnia i jakby ich życie od tego zależało. Jak tylko opuścimy port ogromna rzesza ludzi postanowi sobie zrobić zdjęcia we wszystkich najbardziej absurdalnych miejscach, jakie tylko wpadną im do głowy. Dziękuję poczekam do wieczora.

Podczas całej tej rozmowy kobieta przeglądała bagaże przekładając rzeczy z miejsca na miejsce. Mąż Nory podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz.

- Sądząc po ilości ludzi nadal tłoczących się przy trapach to prędko nie ruszymy. Mam dotrzymać ci towarzystwa czy…?

- Nie, Richard nie musisz siedzieć tutaj ze mną i tak jak się rozpakuję mam zamiar wziąć prysznic i zmyć z siebie to bagno. Jak chcesz idź zwiedzaj tylko pamiętaj, że jeszcze nie ma nawet jedenastej, więc odwiedziny w barze wydają się średnim pomysłem.

- Miałem zamiar poszukać sali bilardowej i rozejrzeć się trochę.

- Ach tak, oczywiście. Idź, idź.

Mężczyzna skierował się w stronę drzwi po drodze zgarniając kartę magnetyczną.

- Richardzie? Chyba nie zamierzasz iść w tym stroju.

Kobieta uniosła do góry ubrania, które wyciągnęła z jednej z walizek. Richard wziął je i nic nie mówiąc poszedł do łazienki. Po krótkiej chwili już przebrany i odświeżony opuścił pokój. Nora przestała przerzucać bezcelowo ubrania i z podręcznego kuferka wydobyła plastikowy słoik z pigułkami. Wzięła dwie i popiła je wodą.

Kiedy pani Robinson otulona szlafrokiem wyszła w końcu z łazienki wiwatujący tłumek obwieścił wszystkim, że „Destiny” wypłynęła z portu. Nora skrzywiła się słysząc te pokrzykiwania i łyknęła kolejną tabletkę. Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Dopiero pukanie do drzwi wyrwało ją z tego stanu.
 
Ravanesh jest offline  
Stary 28-03-2014, 20:48   #13
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 6604 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
DWA MIESIACE WCZEŚNIEJ

Pogrążył randkę chyba już pierwszym zdaniem, szczerze przyznając, że jest tu bo psycholog kazał mu poznać jakichś ludzi. Dziewczyna jednak była twarda...albo zdesperowana. W bohaterskim odruchu pokusiła się o przejęcie kontroli nad rozmową i zadała pytanie.

- Nie jest tak ważne gdzie pracuję. - odparł człowiek o urodzie hitlerowskiego propagandzisty skrupulatnie wytarł kąciki ust serwetką. - Po pierwsze mi nie wolno, po drugie, nawet gdybym powiedział nazwę instytucji, te trzy literki, natworzyłoby to w twojej głowie masę fałszywych wyobrażeń. A praca to po prostu praca. Państwowa, uczciwie płatna, z ubezpieczeniem i tym nieszczęsnym prawem do urlopu. Siedząca, przed komputerem, polega… najprościej rzecz ujmując na monitorowaniu, pozyskiwaniu i analizie informacji. Tak również TAKICH, cokolwiek masz na myśli, ale nie tylko. Róznych, o rozmaitym priorytecie i stopniu poufności, zwykle ogólnodostępnych. W zależności od bieżących potrzeb.

- Rzeczywiście, miałeś rację. Nie powinnam pytać…. wiesz, oddam ci za tego drinka.

Jak postanowiła, tak zrobiła, po czym pożegnała się i w pośpiechu opuściła lokal. Nie próbował jej powstrzymać. Robert miał niesamowitą pamięć i świetne oko do detali - ale po gdyby ktoś Roberta spytał, nie umiałby nawet powiedzieć, czy była blondynką czy brunetką. Nie zatrzymywał w głowie zbędnych informacji. Przewidział to. Doskonale wiedział że tak będzie. Taką miał pracę. W zasadzie nawet się ucieszył: Odhaczył ten punkt programu, i doktorowi Barneyowi “Mózgotrzepowi” Zawadzky, biurowemu psychologowi, będzie mógł powiedzieć, że spróbował i się nie udało, że wykazał dobrą wolę i teraz Mózgotrzep może sie łaskawie od niego odpieprzyć i pozwolić się skupić na dalszej pracy.

*

MIESIĄC WCZEŚNIEJ

Temat zaległego od paru lat urlopu wisiał nad nim od dawna. I tym razem jego irytujący przełożony nie miał zamiaru odpuścić.

- Nie, nie chcę żebyś nadganiał zaległości w archiwizacji, chcę żebyś wyjechał i chociaż przez dwa pieprzone tygodnie leżał brzuchem do góry, czy to jest jasne?! Wykupiliśmy ci już bilet, twoim zadaniem jest wsiąść na pokład i dobrze się bawić. Nie wierzę, do jasnej cholery, naprawdę nie wierzę, że kogokolwiek trzeba do tego przekonywać.

- Szef nie rozumie, te papiery po aferze w NYC i jeszcze Krym…

- Zanim je dostałeś od 2012 leżały w archiwum. A nad Krymem pracuje armia skrupulantów większych od ciebie. Świat będzie istniał gdy wrócisz, gwarantuję.

- Ale...

*

DWA TYGODNIE WCZEŚNIEJ

Barney Mózgotrzep był pomysłem zachwycony.

- To niezły pomysł. Nawet twoje obwody pod czaszką nie są niezniszczalne. Zaufaj, były tu przed tobą armie takich pracoholików z misją jak ty. A za Regana nikomu do głowy nie przyszło, by kazać im wykorzystywać zaległe urlopy. Dzisiaj połowa z nich jest w psychiatrykach.

- Ty im kazałeś prawda? Słuchaj konowale, pracuję tu dwadzieścia lat, a na palcach jednej ręki mogę wyliczyć swoje pomyłki, po dalszej analizie ŻADNA nie zaszła z mojej winy i ŻADNA nie została pominięta przy drugiej korekcie.

- Ale wszystkie zdarzyły się w ciągu ostatniego roku. Widzisz wzorzec Robert? My naprawdę nie chcemy zrobić ci krzywdy.
Nie miał siły się kłócić. Barney racji nie miał, ale Robert zwyczajnie nie czuł się na siłach by go przekonywać.

*

TERAZ

Poddał się. I dlatego znalazł się w tym kolorowym piekiełku w klimacie Las Vegas. Potraktował to jak wyzwanie. Skoro miał wypocząć, odciąć się od strumienia informacji - poszedł na całość i nie zabrał ze sobą nawet telefonu. Nic poza paroma książkami i notatnikiem.
Dał facetowi od bagażu starannie odliczony napiwek po czym zamknął drzwi eleganckiej kajuty i przez chwilę napawał się namiastką ciszy. Systematycznie rozpakował walizki, układając ubrania na półkach w porządku kolorystycznym. Potem otworzył dziewiczo czysty notatnik i idealnie wyostrzonym ołówkiem napisał pierwsze słowa:
Cytat:
Zadanie: Wyłączyć mózg. Dać zwojom odpcząć.
Cel: Podwyższenie produktywności, święty spokój na parę lat.
Zagrożenia: Gorączka szałasowa. Obłęd z nudów. Prawdopodobie w pierwszym tygodniu.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 28-03-2014 o 22:50.
Gryf jest offline  
Stary 29-03-2014, 01:31   #14
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 46724 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Walka


Pociski zauważył dopiero gdy złociste smugi zaczęły przelatywać wokół niego. A na ładnym głębokim błękicie nieboskłony były ładnie widoczne. Smugi przecinały jego bezpośrednie sąsiedztwo czyli pustą przestrzeń. Czasem jednak zahaczały także o jego maszynę co odbierał jako hałas uderzenia o blachę w słuchawkach oraz jako drobne szarpnięcia w maszynie które przenosiły się na niego przez fotel i drążek sterowy. Smugi układały się pod skosem od góry i do tyłu. A więc przeciwnik był nad nim i na jego szóstej. Cholera... A myślał, że na 11 000 metrach to on będzie górą. Widać jednak obaj wpadli na ten sam pomysł...


Nie miał zamiaru dać się wstrzelić przeciwnikowi. Mógł próbować uciec w dół ale maszyna tego drugiego była szybsza od jego własnej więc byłoby to ciężkie. W takim razie... Położył maszynę w skręt i zadarł pętlę do góry. Tamten musiał stracić dogodną pozycję do strzału po smugi zniknęły. Teraz rozpoczęli walkę manewrową. Pętle, przewroty, nurkowania, beczki... Maszyny generalnie były dość wyrównane więc decydowały umiejętności pilota.


Zdesperowany Ed dał serię bardzo ciasnych skrętów. Czuł, że siła odśrodkowa może go nie mroczy ale działa bardzo nieprzyjemnie. Naprawdę się pocił, ciężko dyszał i odczuwał prawdziwy wysiłek fizyczny. Ale ten drugi jeśli nie chciał go zgubić mógł albo odpuścić albo musiał kontynuować te mordercze zmagania. Na dłuższą metę liczyła się teraz wytrzymałość i determinacja pilota. A właściwie gracza. Symulatory miały wbudowane ograniczenia by były bezpieczne dla przeciętnych zjadaczy chleba, np. turystów takich jak on. Więc na graczy działały dużo mniejsze przeciążenia niż ich wirtualnych pilotów. Niemniej działały. To się właśnie w tych symulatorach Edowi spodobało najbardziej. Bardziej niż jakieś gadki szmatki o superrealistycznej grafice czy modelu uszkodzeń. Bzdura. Każdej gry można było się nauczyć a w takich rozpykajkach trzeba było tylko rozkminić system i wprawy. Ale fizyczny wycisk jaki dawał symulator dodawał kompletnie nowy wymiar tej zabawie. Zaczynały się liczyć zdolności psychofizyczne samego gracza a nie tylko odpowiednie dobieranie dzojstika czy klawiszy. A kondycję i resztę Ed miał całkiem niezłą mimo, że grał w takie coś po raz pierwszy.

W końcu zauważył, że maszyna z białą gwiazdą odbija w lewo starając się umknąć w chmurach i najwyraźniej szykując się do kolejnego podejścia. - HA! - Ed nie wytrzymał i wydarł się triumfująco na głos jakby to już był koniec zwycięskiej walki. Ale jeszcze nie... Niemniej czuł olbrzymią satysfakcję, że przeciwnik nie wytrzymał takiej presji fizycznej. Grał już z nim trzecią grę i wiedział, że jest dobry czyli bardziej doświadczony od niego. Gdyby grali na kompie pewnie gdyby nie jakieś farciarskie trafienie nie miałby szans z nim wygrać. Ale jak zauważył tamten nie wytrzymywał zbyt długo skrajnych przeciążeń maszyny i wówczas starał się urwać walkę i spróbować jeszcze raz. Tak jak właśnie teraz.

A teraz Ed ruszył w pościg swoją Dziewiątką. Jego Messerschmitt nie był tak szybki jak maszyna ze stajni North American ale miał lepsze przyśpieszenie. Teraz to właśnie wykorzystał natychmiast dając kolejny ostry skręt na skrzydło i do góry. Tamten znikł mu w chmurach ale chmura była typowo komputerowa czyli niezbyt duża. Mieli podobne kierunki lotu więc powinni wylecieć z niej w podobnym rejonie. Ed trzymał się trochę pod chmurą by mieć lepszy widok na jej obrzeża. W końcu zobaczył wypadający samolot drugiego gracza. Na szczęście dla niego leciał normalnie czyli był spodem do niego. Czując jak żołądek podchodzi mu do gardła skierował nos maszyny na cel. Silnik zawył gdy zwiększył obroty wznosząc się jednocześnie wyżej. Wreszcie mógł przeprowadzić pierwszy atak w tej grze. Nie mógł się doczekać.


Niestety tamten jednak go w końcu zauważył zanim symulator niemieckiej maszyny doleciał na idealną odległość do oddania strzału. Taksony nie czekał tylko otworzył ognia. Tym razem z samych działek bo na karabiny raczej chyba było za daleko. Niestety mimo, że pociski obramowały wrogą maszynę nie zauważył ani dymu ani niczego co sugerowałoby trafienie. Drugi gracz zaś dał gaz do dechy i poszedł w ostre nurkowanie. Ed mu zawtórował tym razem jednak to on siedział tamtemu na ogonie. Niestety szybkość była atutem przeciwnika i w końcu urwał mu się z zasięgu ognia.


W tej grze ścierali się jeszcze trzy razy. Przeciwnik Eda zdecydowanie lepiej panował nad maszyną ale Ed był nieustępliwy i jak już wszedł w te swoje gibajstwo na symulatorze to albo się urywał z walki albo przeciwnik ustępował. W końcu za którymś razem po prostu nie zdążył i działka zamontowane na edowej maszynie po prostu pięknie rozpękły amerykańska maszynę na pół. Dostała w silnik który od razu najpierw pociągnął smugę dymu a w końcu zapłonął i odpadło jej skrzydło. Maszyna straciwszy swe zdolności lotne przeszła w niekontrolowany korkociąg nieubłaganie spadając ku ziemi. - No wreszcie... - wysapał ciężko zdyszany Ed patrząc na statystyki końcowe gry.


Odpiął się z pasów i wyszedł z fotela a potem w ogóle z symulatora na dość giętkich nogach. Od razu podszedł do niego instruktor i opiekun tych cudnych maszyn i spytał jak się czuję. Ed odpowiedział tylko, jedno słowo: - Pić... - zaraz więc sięgnął do swojego plecaka po sok. Pijąc przyjmował gratulację od instruktora które wyglądały na szczere. Mówił, że dawno nie spotkał nikogo kto "tak by się na tym gibał" i pytał czy grał już na tym wcześniej i sprawiał wrażenie szczerze rozradowanego. Choć zaraz zostawił Eda i poszedł pomóc drugiemu "pilotowi". Ed popijając sok był ciekaw jak wygląda jego przeciwnik. Na trzy walki dał mu niezły wycisk i wygrał dopiero tą ostatnią. Więc w sumie było 2:1 dla tamtego. Czekając na tego drugiego gracza jak w filmie przewinęła mu się taśma z zapisem całego dzisiejszego dnia.



Droga


Droga była długa, męcząca i irytująca. Ponieważ nie chciało mu się bulić za parking w portowej okolicy więc postanowił skorzystać z komunikacji miejskiej. Czyli autobusu. Na planie i mapie a nawet GPSie wygladało to całkiem nieźle. Na wszelki wypadek "jakby co" wziął dwa połączenia czyli łącznie prawie 10 godzin różnicy wcześniej. Zamówił sobie pokój w tani hoteliku i zamierzał z rana "na spokojnie" pojechać sobie do portu i załadować się na statek jak na białego człowieka przystało. No ale nieee... Musiało się spaprać...

Zaczęło się od tego, że bus miał awarię już na starcie. Zanim więc firma podstawiła następny to minęła dobra godzina. Wciąż jeszcze jednak miał jakieś 9 h zapasu więc zbytnio go to nie zmartwiło. No ale pod okazało się że po drodze były jakieś roboty i ruch rokadowy i w ogóle zrobił się korek i objazd i generalnie syf. Poszło w cholerę następne 3 h. Zaczął się zastanawiać czy nie zwolnić może tego pokoju bo chyba by zbytnio go nie poużywał jak miał być tam na parę nadrannych godzin może. Następnie oczywiście był wypadek i z pozostałych 6 h zapasu zrobiło się 4. Więc z planu by przejechać przez tropikalną Florydę i pofilmować dżungle i ponoć węże i aligatory łażące po drogach nic nie wyszło bo już w nocy jechali. Ledwo zaś wjechali do Miami okazało się, że festyn jakiś jest. Czytał o nim co prawda w necie wcześniej ale zakładał, że już będzie nad ranem w innej części miasta a generalnie już powinien przemykać do portu. Ostatecznie więc co prawda przemykał do tego portu nad ranem tak jak planował tylko, że taksówką ze stacji autobusowej i po prawie dodatkowym pół dniu w podróży. - Nosz kurwa czemu to zawsze przydarza się mnie? - mruknął wyciągając bety z taksówki i pędząc w kierunku trapu. A kurde miał pocykać fotki, i filmik zrobić z nadbrzeża jakim kozackim statkiem będzie płynąć... A wyszło jak zwykle...


Kabina

Stewarda wysłuchał w milczeniu potakując gdzie trzeba i dając się zaprowadzić gdzie trzeba. Wręczył mu spory napiwek. To znaczy spory jak na swoje możliwości i większy niż zazwyczaj zostawiał w knajpach. Choć nie łudził się, że w otoczeniu takich bogaczy pewnie będzie to jeden z niższych w ciągu dnia tego pracownika. Na swój sposób czuł jednak pokrewieństwo zawodów z takim przedstawicielem klasy pracującej więc odczuwał do niego pewien stopień naturalnej sympatii. Jak zresztą do większości podobnych zawodów. W końcu gdy on nie udawał bogatego turysty też w podobny sposób obsługiwał kogoś.

Swoje bety rzucił na łóżko. Cieszył się, że ma własną kajutę i nikt mu nie będzie łaził ani chrapał czy się rozbijał po nocy. Chwilę spędził na zlustrowaniu wnętrza. Było spoko jak na jego potrzeby. Teraz gdy dotarło do niego gdzie się znajduje zaczynało go ogarniać podniecenie czy wręcz euforia. - O rrrany naprawdę tu jestem! No wreszcie! - krzyknął do swojego odbicia w lustrze szafy. Właściwie rozsądek mu podpowiadał, że powinien się przespać bo noc w siedzeniu autobusu to nie to samo co wygodne łóżko. No ale nie mógł! Czuł, że energia go roznosi.

Sięgnął po folder i przeleciał go to tu to tam spodziewając się tego samego co wyczytał o tym pływającym hotelu w necie. Zgarnął kartę do portfela. Wziął prysznic i przebrał się w swoją "turystyczną koszulę". Zabrał ją specjalnie na tą okazję. Kupił ją wraz ze złotym pakietem "Far Cry" i też była taka czaderska, czerwona z białymi palmami. Podobała mu się jak jasna cholera. Przez chwilę wygłupiał się pozując do lustra w szafie w różnych "bojowych" pozach z wyimaginowaną spluwą w rękach.


Pocztówka

Może wakacje ale miał przecież swoje obowiązki! Turystyczne... Opuścił swoją kabinę zabierając jedynie podręczny plecak z paroma drobiazgami. Udał się na rufę okrętu i nacykał serię fotek majestatycznie znikającemu w oddali portowi Miami. Dobył też swojej kamery i nagrał kilka krótkich ujęć na próbę które od razu przejrzał. Zadowolony z efektu uznał, że jest gotów. Skierował obiektyw na siebie i siłą rzeczy twarz rozpromienił mu uśmiech. - Cześć, tu Ed, właśnie jest pierwszy dzień moich wakacji na które cholernie zasłużyłem! Właśnie jestem już na statku... eee... się znaczy na Destiny i właśnie wypływamy z portu Miami. A zresztą sam wam pokażę... - obraz kamery zamigotał gdy rozentuzjazmowany operator przeniósł obiektyw z własnej facjaty na obraz oddalającego się portu. Stał tak z dobrą godzinę kręcąc najpierw port, statki, magazyny, spienioną wodę, słoneczne niebo, różnobarwną sylwetkę miasta aż stwierdził, że w sumie mu wystarczy a poza tym entuzjazm już trochę mu przygasł i głodny się robił.
 

Ostatnio edytowane przez Pipboy79 : 30-03-2014 o 18:08.
Pipboy79 jest offline  
Stary 29-03-2014, 12:45   #15
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 21469 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
WSZYSCY

„DESTINY” powitał ich mnóstwem atrakcji, na które rzuciły się spragnione rozrywki i odpoczynku masy ludzi.

https://www.youtube.com/watch?v=xx-3...ature=youtu.be

Na pokładzie słychać było radosne piski,, okrzyki, szum i gwar podnieconych głosów. Pośród luźno ubranych ludzi krzątali się, niczym cierpliwe robotnice, stewardzi, opiekunowie rejsu, cały personel, którego celem było tylko – służyć i przetrwać.



MALCOLM JENNINGS


Po zastrzyku zrobionym przez Watsona Jennings poczuł się znacznie lepiej. Zyskał na tyle sił, by rzucić się w wir rozrywek, które przystawały do jego rangi i wieku. Najpierw z tarasu obserwował oddalające się Key West i budynki Miami. Mijane jachty, nawet te naprawdę sporych rozmiarów, z wysokości na której znajdowała się kabina multimiliardera, wyglądały bardziej jak dziecięce zabawki, niż prawdziwe łodzie.

Gwar ludzi dobiegający do niego z górnych pokładów okrętu działał na Jenningsa kojąco , a poczucie że to jego majątek i gest pozwoliły cieszyć się kilkunastu pasażerom spełnieniem marzenia życia, dodawały otuchy. To było ciekawe uczucie i przez chwilę Jennings rozkoszował się nim czerpiąc dawkę przyjemności. Przez chwilę nawet wydawało mu się, że usłyszał jak ktoś kilkukrotnie wykrzyknął jego imię na górze, ale zapewne wołano jakiegoś jego imiennika, lub też najzwyczajniej się przesłyszał.

Gdy już odpoczął, a „DESTINY” znalazł się już spory kawałek od Miami, Jennings podjął trud wypełnienia swoich, jak to nazywał, obowiązków.
Aż do wczesnego wieczoru towarzyszył kapitanowi na mostku, gdzie z przyjemnością wysłuchał opowieści o podróży, przygotowanych atrakcjach dla pasażerów, pogodzie i możliwościach wycieczkowca.

- Oczywiście zaszczyci pan dzisiejszego wieczoru mój stolik, panie Jennings – podsumował spotkanie kapitan.

- Oczywiście – odpowiedział z biznesowym uśmiechem bogacz.


GREGORY WALSH JR.

Gregory miał prosty, ale przyjemny plan. Wraz z tłumem innych, nie mniej luźno ubranych wycieczkowiczów, przechadzał się po „DESTINY” i szukając czegoś dla siebie. Wszędzie, w jego odczuciu, było zbyt tłoczno, zbył hałaśliwie, zbyt kolorowo.

W końcu, mając dość spacerów, „zarzucił cumę” w jednym z barów, gdzie racząc się drinkiem z palemką sycił wzrok widokami oceanu za oknem widokowym. Alkohol przyjemnie relaksował znużony umysł i ciało. Ale miał też jedną wadę – przywoływał wspomnienia Becky.

W pewnym momencie wydawało mu się, że zobaczył ją przy barze, z jakimś innym kolesiem. Oczywiście to nie była ona, tylko kilkanaście lat starsza kobieta ze swoim mężem. Potem zobaczył kogoś niezwykle do niej podobnego pośród roznoszących zamówienia kelnerek. Potem uprawiającą jogging na pokładzie. Potem przy basenach.

Tak minął mu dzień, na wspominkach, na sączonych powoli drinkach, na próbie odprężenia się i zapomnienia.

Bezskutecznie.


MALCOLM GOODSPEED

Malcolm czuł się, jak ryba w wodzie. Szczególnie, kiedy trafił do kasyna na jednym z pokładów. Projektanci starali się, żeby przypominało ono jedno z kasyn w Vegas, które Malcolm tak lubił. Te samo drewno, te same dywany, podobny wystrój wnętrza, podobne stoły do gier: poker, oczko, ruletka oraz automaty do Black Jacka.

W kasynie Malcolm zakotwiczył na dłuższy czas. Sprawdzał, zapamiętywał, poznawał ludzi, oceniał.

Znał takie miejsca. Wiedział, że poza tanimi automatami dla mas i stolikami do gier na niezbyt wysokie stawki, musiał tutaj znajdować się fragment „dla elity” i dla zawodowców. Nie pomylił się. Cesarski poker. Wysokie stawki.
Minimalny żeton to sto dolarów – wysoko, nawet jak dla niego. Spore ryzyko. Z tym, że Malcolm wierzył w swoje szczęście i swoje umiejętności. Mógł zaryzykować, ale kasyno otwierało się tak naprawdę dopiero po dziewiątej wieczór. Teraz, w dzień, służyło raczej tym, którzy nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić lub chcieli poczuć „gorączkę hazardu”. Starsze panie ciągnące za rękę Black Jacka wrzucając kolejne ćwierćdolarówki do automatu, wyłysiali nowobogaccy dający się ogrywać kasynu na umiarkowane stawki i cieszący się, jak dzieci, kiedy krupier pozwalał im zgarnąć jakąś wyższą nagrodę.
Malcolm był rekinem. Podobnie zresztą jak dwóch innych ludzi, których wypatrzył pośród podekscytowanych turystów.

Jednym z tych rekinów był szczupły Latynos w żółtej marynarce i z włosami zaczesanymi żelem. Drugim rekinem była atrakcyjna, ogniście ruda kobieta o ustach pomalowanych szminką w barwie świeżej, jasnej krwi. Widać było, że ta dwójka też szykuje się na wieczorne atrakcje, teraz tylko ocenia „teren łowiecki”.


CARRY MAY

Pozwoliła ojcu zaprowadzić się do restauracji, posadzić przy stole i odegrała rolę posłusznej, grzecznej córeczki. Czuła jego zadowolenie, oczami wyobraźni widziała uśmiech na jego twarzy, słyszała nutki radości w głosie. Nawet ją to ucieszyło. Przez chwilę czuła empatię do tego zagubionego człowieka, lecz szybko wyrzuciła z siebie te myśli.

Po lunchu odpoczęła chwilę i skorzystała z siłowni, gdzie też udało się sporo ludzi. Drobny wysiłek poprawił jej humor. Na basenie też było przyjemnie. Mimo, ze nie widziała za dobrze, gwar radosnych głosów nie przeszkadzał jej za bardzo. Nawet kiedy ktoś na nią wpadł, lub też ona wpadła na kogoś, traktowane było w formie rozrywki i przypadku. Tutaj czuła się dobrze. Nikt nie domyślał się, że ta młodziutka, rozbawiona dziewczyna jest ułomna.
Raz tylko poczuła niepokój, kiedy w zamieszaniu przy basenie wpadła na kogoś i zamiast ciepła ciała poczuła się tak, jakby zderzyła się z zamarzniętą bryłą mięsa. Od człowieka na którego wpadła wiał tak intensywny chłód, jak od otwartej na oścież zamrażarki.

Nim jednak Carry zareagowała po chwili oszołomienia, nieznajomej osoby – Carry nawet nie wiedziała czy zderzyła się z mężczyzną czy z kobietą – już nie udało się odszukać.

Zmęczona w końcu znalazła sobie jeden z wolnych leżaków i odpoczywała podając się słonecznej kąpieli wyciszając i ciesząc tą chwilą przyjemności.

Szybko zapomniała o lodowatym człowieku, na którego wpadła tak niespodziewanie.


RICHARD CASTLE


Richard cieszył się popularnością nawet tutaj. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko pojawił się na pokładzie dość szybko znalazł się ktoś, kto go rozpoznał i kazał zrewidować swoje plany.

Otoczony gromadką podekscytowanych fanów wylądował najpierw przy jednym stoliku w kawiarni odpowiadając na dziesiątki pytań i podpisując podsuwane pod nos książki. Cóż. Anonimowość to trudna sztuka.
Fani dali mu w końcu spokój, chociaż wydawało mu się, że wzbudził coś więcej niż „czytelnicze” oddanie jednej młodej, atrakcyjnej brunetki o gibkim, opalonym ciele. Coś mu mówiło, że jeszcze uda mu się z nią „porozmawiać”. Być może dzisiaj w nocy. I że będzie to niezwykle wymagająca i przyjemna rozmowa.

Potem powrócił do swoich planów.

SPA zaoferowało Richardowi saunę, aromaterapię i relaksujący masaż. Na wszystko musiał jednak dłuższą chwilę czekać, co trochę psuło mu przyjemność.

Zrelaksowany poszedł na końcu do kasyna. Pośród licznej gromadki niedzielnych hazardzistów, dzięki swojemu talentowi do ludzi, szybko wypatrzył trójkę ludzi. Wyglądali nieco inaczej, niż reszta. I nie chodziło o ubranie, czy fizyczność. Po prostu przypominali drapieżników zaznaczających swoje terytorium. Uśmiechnięty mężczyzna poruszający się z gracją polującego tygrysa, jakiś Latynos z włosami wyżelowanymi i w kamizelce niby Jim Carrey w „Masce”, oraz atrakcyjna kobieta w czerwieni, z ustami czerwonymi jak krew. Ta ostatnia poczuła jego spojrzenie i odwzajemniła je. Miała oczy jak szmaragdy – intensywnie zielone, hipnotyzujące, piękne, jak anioł. Ale było w niej coś, co spowodowało, że Castle miał ochotę rzucić się do ucieczki.

- Pan Richard Castle – jakiś miły, dziewczęcy głos wyrwał pisarza z dziwnych rozmyślań na temat „kobiety w czerwieni”.

Odwrócił się z nadzieją i zobaczył za sobą niewysoką, góra dwudziestoletnią Azjatkę.

- Tak! To pan! Jestem pana największą wielbicielką. Czy da mi pan swój autograf?


CLEMENTINE MAY


Kiedy wszyscy wokół się bawili, Clementine miała pełne ręce roboty. Pierwsze skaleczenie. Jakieś stłuczenie. Dzieciak, który pośliznął się przy basenie. Mężczyzna, który skarżył się na ból głowy – pierwsza ofiara lekkiego udaru słonecznego.

Opatrzyć, wyjaśnić, zabandażować, wyjaśnić, zaprowadzić do lekarza pokładowego.

- Nie spoufalaj się z pasażerami – przestrzegł ją jej menadżer po tym, jak wdała się w pogawędkę z jakąś dziewczyną. – Nie za to ci płacimy.

Fiut.

Szybko nauczyła się, że pogarda i wygórowane oczekiwania to najczęstsza postawa pasażerów. Traktowali ją z nieudawaną wyższością, jak coś pomiędzy leżakiem, a drinkiem. Była tutaj elementem wyposażenia, nie człowiekiem. Niczym więcej niż gaśnica.

Oczywiście nie wszyscy pasażerowie byli takimi nadętymi dupkami. Byli jeszcze podrywacze, którzy liczyli, że obciągnie im w przebieralni. A im bliżej wieczoru i więcej wypitego alkoholu, tym więcej takich fiutów się pojawiało.

Niektórzy z podrywaczy byli oczywiście subtelniejsi – zapraszali ją na drinka, oferowali swoje towarzystwo w czasie wolnym, ale na to nie mogła sobie pozwolić. Żadne kontakty pozasłużbowe z pasażerami nie były dopuszczalne.

Po zakończonej pracy miała udać się do części okrętu przeznaczonej dla personelu i tam spędzić czas do kolejnej zmiany. Po pracy cześć statku dla pasażerów, była dla niej „strefą zakazaną”. I chociaż część dla załogi i personelu również dawała sporo miejsc na dobry relaks: salę wideo, dwie siłownie, mały basen, pracownię artystyczną, dwie kawiarnie, dwa bary, dwa Fast foody, to jednak Trudno było porównywać te atrakcje z tymi oferowanymi dla pasażerów.

Kiedy przyszedł jej zmiennik zmęczona Clem z przyjemnością wróciła do swojej kabiny. To był jej pierwszy dzień, pierwszy dyżur, a już serdecznie miała dość. Menadżerów, funkcyjnych, pasażerów i samego „DESTINY”.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 29-03-2014 o 13:35.
Armiel jest offline  
Stary 29-03-2014, 12:50   #16
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 21469 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
JOHANNA BERG

Johanna uspokoiła się odrobinę i resztę popołudnia spędziła, jak większość pasażerów, na zwiedzaniu statku. Potem wróciła do siebie. Przy jej kabinie czekał Ross. Twarz miał ściągniętą gniewem.

- Wygrałaś – powiedział bez owijania w bawełnę. – Twoja nowa kabina to 6350. Nieduża, ale z pięknym widokiem za rufę. Zadowolona?

Nie odpowiedziała.

- Trzymaj – podał jej kartę. – Możesz się tam przenieść. Załatwiłem już wszystko, co trzeba z obsługą. Wieczorem dajemy pierwszy występ, więc idź się przygotuj.

Uśmiechnęła się wrednie i pokazując mu środkowy palec przemaszerowała niezbyt szerokim korytarzem na sam koniec okrętu. Co jakiś czas mijała ludzi udających się gdzieś, do części rozrywkowo – rekreacyjnej okrętu. Mijając jakieś drzwi usłyszała wyraźnie okrzyki wydawane przez jakąś parę, która najwyraźniej preferowała bardziej bezpośrednie formy relaksu.

W końcu dotarła do celu. Podana karta działała bez zarzutu. Kabina była przyjemna, a przez okno faktycznie widziała bezkres oceanu i spieniony kilwater pozostawiony przez silniki „DESTINY”.

Tak. Do tego mogła przywyknąć.

Zajrzała do toalety i humor szybko ją opuścił.

- Kutas – przeklęła pod nosem.

Na lustrze widniał wykonany szminką napis „DZIWKA”. Nie spodziewała się po Russelu takiej dziecinady.


HEATHER MOORE


Jedną z zalet aktorki jest to, że potrafi zadbać o swój wygląd, jeśli chce uniknąć tłumu fanów. Heather znała się na tym dobrze. Tylko nieliczni mijani przez nią ludzie potrafili w niej rozpoznać słynna aktorkę z pierwszych stron gazet, z telewizyjnych wywiadów, czy prosto z ekranów. Spacerując pomiędzy pokładami przyciągnęła kilka spojrzeń, ktoś zmarszczył czoło, jakby próbował przypomnieć sobie, skąd zna jej twarz, ale udało się jej uniknąć zdemaskowania. Wiedziała jednak, że kiedy wieść o tym, że kręcą kilka scen do jej nowego filmu tutaj, w kilku pomieszczeniach na okręcie, dotrze do uszu pasażerów, straci ten luksus bycia anonimową. Zapewne straci go już wcześniej, podczas kolacji, gdzie ma towarzyszyć kapitanowi przy jego stole, razem z najważniejszymi VIP-ami na statku.

Tym bardziej chciała chwilę pobyć sama.

Nawiasem mówiąc pomysł kręcenia scen filmowych na otwartym rejsie był idiotyzmem, jakich mało. W dobie green boksów i zaawansowanych technologii filmowych było to co najmniej dziwne, trącające „myszką” podejście. Gdyby wynajęli statek dla siebie miałoby to jakiś sens, ale dzielenie go z tysiącami zwykłych pasażerów było kretynizmem na wielką skalę. Kwestia bezpieczeństwa aktorów? Kwestia komfortu pracy? Idiotyzm.
Gdyby to chociaż była wycieczka, może miałoby to więcej sensu. Ale i w tym przypadku Heather wolałaby skorzystać z mniejszego, wyczarterowanego tylko dla niej i dla jej przyjaciół wycieczkowca. Albo z nowoczesnego jachtu oceanicznego. Ile to by mogło kosztować? Sto, dwieście tysięcy, góra trzysta, gdyby zaszaleli. A tak, zmuszona będzie ukrywać się w tej zamkniętej przestrzeni przed psychofanami, idiotami którzy będą chcieli napawać się jej osobą przez cały rejs. Zero prywatności. Zero odpoczynku. Zero warunków do pracy. Może pasowało to mniej znanej aktorce, ale nie jej.

Nie Heather Moore, do cholery.

Siłowania była duża i zapewniała sporo urządzeń do ćwiczeń oraz wydającą się być profesjonalistami obsługę.

Potem poszła do baru, gdzie kręciło się chyba najwięcej ludzi, a tym – niestety również jej ekipa – głownie technicy, dźwiękowcy, personel pomocniczy, wmieszani pośród „normalnych” pasażerów.

- Oto właśnie ona – wskazał ją palcem jeden z kamerzystów. – Nasza największa gwiazda. Mistrzyni kamery, zdobywczyni Oskara, Heather Moore.
Ludzie zaczęli klaskać, skandując jej imię, a ona zacisnęła zęby. Szlag trafił resztki jej anonimowości.

I wtedy go zobaczyła. Mężczyznę stojącego przy filarze obok przeciwległego wejścia do baru. Wysoki, ponury, łysy typ, na którego widok nie wiedziała dlaczego, poczuła nagły niepokój. Stał tam, całkowicie bez ruchu, kiedy inni klaskali i skandowali jej imię. Stał tam i wpatrywał się w nią. Prosto w nią. A kiedy na chwilę odwróciła wzrok by klika sekund później spojrzeć w to samo miejsce, łysego mężczyzny już nie było, lecz pozostawił po sobie jakąś zadrę w jej sercu. Jakiś niepokój, którego nie mogła się pozbyć, aż do końca dnia.


JULIA JABLONKSY

Rodriguez nie dał się dwa razy prosić i poszli razem w stronę pokładów, gdzie znajdowały się bary i restauracje. Tam Julia przyjęła w siebie potrzebną jej w tej chwili dawkę alkoholu i mogła ruszać dalej.

Na poziom, gdzie znajdowały się galerie, z cenami zaporowymi, gdzie znajdowały się kolejne lokale, sklepy, miejsca służące odpoczynkowi i wydawaniu dolarów.

Z tej perspektywy, pośród sklepów i lokali, bardziej można było uwierzyć, że człowiek znajduje się w jakiejś galerii handlowej, a nie na pokładzie luksusowego wycieczkowca. Znane marki i szyldy nęciły, kusiły, przyciągały, wabiły.

- O nie, nie, nie – Rodriguez był w dobrym nastroju, ale pewnej granicy nie dało się przekroczyć. - O nie chica, nie namówisz mnie na zakupy. Nie ma, kurwa, mowy. Poczekam w tamtym barze, aż skończysz. Masz tutaj dwa tysiączki. Zaszalej. – Wręczył jej gruby zwitek dwudziestodolarówek.

Brzmiało rozsądnie i Julia najpierw przeszła się po sklepach, a po godzinie wróciła do swojego kumpla z kilkoma torbami.

- Kurwa – Rodriguez pokręcił głową, widocznie. – Wy, laski, to chyba się nigdy nie zmienicie. Wchodzimy na statek, gdzie możemy ćpać i ruchać się bez opamiętania, a ty idziesz na zakupy.

Ostry ton jego wypowiedzi łagodził uśmiech, z jakim wypowiadał te słowa.

- Pora na basen.

- Marzy ci się długa rura, co chica,? – zażartował niedwuznacznie Latynos.

- Jasne. Lubię ostrą jazdę, przecież wiesz.

Do wieczora zdążyła przejechać się wodną ślizgawką kilkanaście razy, razem z rozwrzeszczanym jak dzieciak Rodriguezem, który najwyraźniej wciągnął troszkę towaru.

Zapowiadał się niezły rejs i sporo dobrej zabawy.


NORA ROBINSON

Masażystka była drobną, afroamerykańską kobietą, o zadziwiająco silnych dłoniach. Rozstawiła łózko do masażu, zapaliła świece zapachowe i kadzidełka, puściła relaksacyjną muzykę z małego odtwarzacza, który wyjęła z torby i zajęła się Norą. Każdy ruch masażystki emanował spokojem i profesjonalizmem i Nora „odpłynęła” podczas zabiegu.

Dopiero, kiedy masażystka zakończyła pracę, Nora „powróciła”.

Ze zdziwieniem zarejestrowała, że minęła godzina.

Po masażu pani Robinson poczuła się rozluźniona i nieco ospała. Postanowiła więc poczekać jeszcze chwilę, aż wróci Richard.

To był błąd.

Co prawda przysnęła szybko, ale śnił jej się koszmar.

Śniła, że ucieka przed czymś, lub przed kimś po pokładzie okrętu. Ściany, podłogi a nawet sufity, schlapane były krwią. Wszędzie panował nieopisany chaos i wręcz apokaliptyczny bałagan. W tym śnie Nora traciła siły, brnęła przez zimną wodę, a coś pędziło za nią, rozbryzgiwało skąpane w karmazynowej cieczy korytarze, próbowało ją dopaść, pożreć, zdusić w swoich morderczych splotach.

Gdzieś w kulminacyjnym momencie swojego snu ujrzała mężczyznę stojącego pośród połamanych resztek jakiegoś baru. Na jednym z porysowanych szynkwasów, oszlamionych jakimś nieziemskim porostem, stało szklane naczynie, w którym dostrzegła przecudny kwiat, którego płatki lśniły złocistym i srebrnym blaskiem. Po piekielnym koszmarze uciekania przez opustoszałe, zdewastowane, wąskie korytarze, ten widok był dla Nory pewnym remedium, ochłonięciem.

We śnie zawołała tego mężczyznę przy kwiecie, a kiedy ten odwrócił się słysząc jej wołanie, ujrzała młodą, smutną, lekko pokrwawioną, nieznaną jej twarz. Mężczyzna sięgnął po kwiat, a Nora zaczęła krzyczeć, aby tego nie robił z nieznanych sobie powodów wkładając w ten krzyk potężny ładunek emocjonalny.

- Nora – przez chwilę wydawało się jej, ze to nieznany mężczyzna wypowiedział jej imię, ale po chwili uświadomiła sobie, ze to Richard, jej mąż.

- Nora. Obudź się. Coś ci się złego śniło.

Obudziła się z ciężką głową powoli orientując się, gdzie się znajduje. Leżała na łóżku w ich pokoju na pokładzie „DESTINY”.

- Za dwie godziny kolacja. Mamy miejsce przy stoliku kapitańskim, jako goście prestiżowi. Myślałem, że będziesz chciała się przygotować. Nic ci nie jest?

Zapytał z troską w głosie.


ROBERT TRAMP

Zaczynało się. Po rozpakowaniu, zapisaniu planu Robert siadł na łóżku, odruchowo poprawił krzywiznę narzuty i wstał.

Przeszedł się po kabinie, dokładnie zapamiętując jej rozmiary. Sprawdził, czy nie ma założonych pluskiew, podsłuchów, kamer i upewnił się, że kajuta jest czysta. Znów usiadł. Skończyły mu się pomysły.

Przez chwilę walczył ze sobą, ale upewniwszy się do zasadności kolejnych działań, w trosce o postawiony sobie cel, wstał i opuścił kabinę.

Teraz próbował poznać statek bezpośrednio, nakładając korytarze, drzwi, przejścia do mapy, którą stworzył sobie w głowie. Mijanych ludzi traktował podobnie, jak oni jego. Niektórym odpowiadał na grzeczne powitanie. Innych ignorował.

Zapamiętywał, analizował, kodował, wyciągał wnioski.

Potem przypomniał sobie, co ma być celem jego rejsu i przestał. Wyszedł na VERANDAH DECK, ósmy pokład licząc od dołu. Przez chwilę obserwował z wysokości toń oceanu, wypatrując delfinów. W sumie to nawet poczuł dziwne pragnienie ujrzenia któregoś z tych zagadkowych, morskich ssaków, którym nauka poświęcała tak wiele miejsca w swoich rozważaniach. To by było nawet przyjemne.

Ale nie było delfinów. Tylko woda i jachty, które wyglądały jak zabawki dla dzieci wrzucone na lazurową, bezkresną toń ogromnego basenu.
Mijali go różni ludzie pogrążeni w swoich sprawach. Robert nie poświęcał im więcej uwagi niż szybkie, analityczne spojrzenie. Nie byli ważni, chociaż stanowili element wzoru, który wpisywał się w mechanizm statku.
W końcu jednak zauważył coś, co nie dało mu spokoju, trąciło jakąś strunę niepokoju w umyśle.

To była dziewczyna. Niewiele starsza, niż dwadzieścia kilka lat. Widział ją na drugim końcu pokładu. A ta odwróciła się w jego stronę, jakby z tej odległości poczuła jego wzrok. A potem, nim zdążył powiedzieć chociaż jedno słowo, rzuciła w dół z wysokości co najmniej dwudziestu pięciu metrów w taflę oceanu, znikając momentalnie pod powierzchnią wody.

Robert patrzył na to, jak bezosobowa kamera, nim dotarło do niego, że przed chwilą był świadkiem samobójczej śmierci jakiejś młodej kobiety.


EDWARD TAKSONY

Drugim graczem okazała się być …dziewczyna. Na dodatek dość młoda, góra piętnastoletnia, ale pewnie i młodsza. Obcięta na chłopaka, z zafarbowanymi na niebiesko włosami i szelmowskim wyrazem twarzy.

- Tak myślałam, że jakiś dziadek gra po drugiej stronie – zaśmiała się młoda. – Nie jesteś za stary na takie zabawy. Ile ty masz lat, człowieku. Pewnie już ze trzydzieści pięć., co. Aż dziw, ze w twoim wieku ludzie jeszcze żyją. Ciao!

Smak porażki bolał, ale Ed wiedział, że się odegra. Da radę. Miał teraz osobisty cel. Pokaże tej małolacie, na ile go stać.

Potem poszedł dalej. Zwiedził statek, pokręcił trochę filmików, wypił kilka drinków czując, jak alkohol dodaje mu animuszu. W końcu zmęczony wrócił do kabiny.

Z nudów postanowił zrzucić materiał z kamery na dysk. Zajął się przeglądaniem nagranych scenek.

Uśmiechnięci ludzie, dzieciaki, plażowicz ki w strojach kąpielowych, kolejne imprezowiczki, kolejne, zbliżenia, na co lepsze tyłeczki, na dekolty turystek. Miłe, kolorowe obrazki. Oczywiście były też szersze ujęcia. Baru, kręgielni, sali bilardowej, sklepów.

I nagle przeszył go dziwny dreszcz.

Ujrzał scenę nagraną z baru lub którejś z kawiarni.

Przy jednym stoliku siedział jakiś mężczyzna w okularach, który chyba coś do kogoś mówił, a w drugim tle … Edward nie wierzył własnym oczom.
Na drugim tle siedział jakiś zielonkawy stwór czytający gazetę.




Nie wiedząc, czemu, Taksony poczuł zimny dreszcz przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 29-03-2014 o 13:37.
Armiel jest offline  
Stary 31-03-2014, 22:06   #17
Banned
 
Reputacja: 0 Aschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znanyAschaar wkrótce będzie znany
Richard przeszedł przez część własnego pokładu, zszedł trzy pokłady w dół i ogólnie rzecz ujmując - włóczył sie po statku chłonąć jego atmosferę. Ludziom zawsze wydaje się, że pisanie jest proste. Oczywiście, że jest, jeżeli się ma co pisać. Ma sie obraz wnętrza, charaktery postaci, sytuacje; akcje... Tak, wtedy akcja po prostu płynie, kolejne tysiące znaków przelewają się przez klawiaturę do komputera i powstaje coś od czego późniejszy czytelnik nie potrafi oderwać wzroku... Niedoczyszczona plama po kawie przykuła uwagę Richarda. Przykucnął i kilkakrotnie przesunął po niej ręką. Była pod ścianą, w cieniu ozdobnego stoliczka - praktycznie niewidoczna. Być może nawet większość ludzi jej po prostu nie dostrzegała. Castle w umyśle już zamienił kawę na krew i skrzywił się - zbyt pretensjonalne. Zdecydowanie lepsza będzie kawa z relanium... albo... rozejrzał się - dwadzieścia siedem metrów do załomu korytarza i schodów w dół... Poszedł dalej i przeszedł przez niewielkie lobby pokładowe i... sie zaczęło. Ktoś z lekka zaskoczony zapytał, czy on to on; a ponieważ nie było specjalnie jak skłamać - Castle uśmiechnął się i potwierdził. Chwilę później tłum mniej lub bardziej rozentuzjazmowanych ludzi otoczył go dosyć szczelnie w pokładowej kawiarni i całość przerodziła się w niewielkie spotkanie autorskie. Pytania, autografy, uśmiechy... Nie mógł powiedzieć, Że tego nie lubił. Lubił. Sława choć męcząca była miła. Zwłaszcza te nieliczne spotkania jak to, gdzie wśród wielu miałkich prawie tekturowych cieni pojawiał się ktoś... interesujący. W ten czy inny sposób. Interesujący...

Mężczyzna pospacerował jeszcze po statku robiąc w pamięci jakieś notatki, portretując kilku pasażerów. Wrócił do kajuty i przelał część z myśli do komputera, po czym wybrał się do SPA. Również pełnego. Lekko zirytowany zajął miejsce w kolejce i odczekał swoje – zasłaniając się jakimś kolorowym magazynem i tonąc we własnych myślach. W jego głowie zbierały się różne pomysły – począwszy od zgorzkniałego małżeństwa, w którym on morduje ją, albo ona jego w zależności od tego czy na horyzoncie pojawił się steward czy… aż do rozwydrzonego synalka trującego swoich rodziców, bo nie dali mu kasy na nowy samochód… E, beznadziejnie sztampowe to wszystko… Napad na... bez.na.dziej.ne.

Kolejnym przystankiem na dzisiejszej trasie Richarda było kasyno. Pełne niedzielnych hazardzistów emocjonujących się stawianiem dziesięciu dolarów na bezpieczne czarne, czy usiłujących wyliczyć prawdopodobieństwo przestrzelenia kartą w baccaracie… Jednak w tym całym stadzie ludzi zaznaczyły się trzy osoby. Kobieta wyczuła spojrzenie i odwzajemniła uśmiech. W jakiś sposób całe to trzyosobowe towarzystwo było niebezpieczne w jakiś sposób. Tak jak na sawannie stado gazeli obserwowane było przez spokojnie odpoczywające lwy, tak tutaj ci ludzie obserwowali resztę. Byli warci uwagi… Zwłaszcza kobieta o szmaragdowych oczach. Szmaragdowych jak oczy węża…

- Pan Richard Castle – miły, dziewczęcy głos wyrwał go z rozmyślań, odwrócił się - Tak! To pan! Jestem pana największą wielbicielką. Czy da mi pan swój autograf?
- Oczywiście. Dla…? – zawiesił głos uśmiechając się serdecznie. Wyjął pióro i po imieniu dopisał - na pamiątkę przyjemnego spotkania na pięknym wycieczkowcu na początku wspaniałej podróży.
Zamaszysty podpis dopełnił reszty. Niestety w tym czasie intrygująca trójca zniknęła w tłlumie gość przewijających się przez kasyno i Richard uśmiechnął się krzywo. Cóż znajdzie ich później. Jakoś. Takie spotkania rzadko były całkowicie przypadkowe...

Castle pobyczył się dłuższą chwilę w pokoju, po czum odświeżył i powędrował na oficjalną kolację. Na szczęście niestety posadzono go przy głównym stole - tym dla VIPów. Na szczęście - bo to dawało komfort nie bycia najważniejszą osobą przy stole. Niestety, ponieważ - takie charaktery już znał. Nudne rozmowy o wskaźnikach, biznesach, od czasu do czasu wspomnienie o najlepszej szkole syna, czy talencie pisarskim córki. Wolałby więc siedzenie z mniej rozdmuchaną częścią pasażerów, ale - dla niego ta oficjalana kolacja to też był biznes. Zdjęcie na tej czy innej szpalcie towarzyskiej przekładało się na konkretną ilosć sprzedanych egzemplarzy. Castle, jesteś niepoważny... - skarcił się w myślach za całkowity materializm.
W stroju wieczorowym i z przepisowym uśmiechem Richard zameldował się na sali i został usadzony pomiędzy którymś z licznych viceprezesów Bracleys, a szefową agencji reklamowej z Miami. Mężczyzna jednak kilkakrotnie przetoczył wzrokiem po sali starająć się odnaleźć kogoś z tamtej trójki z kasyna. Bezskutecznie. Utonął więc w grzecznej rozmowie o niczym toczonej przy stole i spokojnie czekał, aż zmęczeni udadzą się na spoczynek, a spici - zaczną szaleć. Ta noc miała być długa i Richard nie zamierzał z niej zbyt wiele opuścić... To po prostu było zbyt dobre studium ludzkich charakterów i darmowe 1001 scen do książki...

- Ma pani całkowitą rację. Krewetki są doskonale przyprawione. Ja preferuję trochę bardziej pikantne co prawda, ale kucharz stanął na wysokości zadania...
 
Aschaar jest offline  
Stary 01-04-2014, 17:56   #18
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 46724 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Sala Symulatorów


Ed był trochę zawiedziony gdy ujrzał jakąś małą fioletową emogłówkę i takąż figurę i to jeszcze jakiejś małolaty. No z jakimś pilotem myśliwca czy w ogóle pilotem albo chociaż z jakimś mistrzem czegoś tam symulatorów lotniczych to by w sumie siary nawet nie było ale z jakąś małolatą? No ejjj... I jak on miał po wakacjach wrócić do chłopaków z pracy i chwalić się, że nawet jedną turę wygrał z małolatą. Już widział ich szydercze twarze i złośliwe docinki - No brawo, pokonałeś dziewczynkę, no prawie, a lizaka też jej zabrałeś? - skrzywił się w duchu z niechęci. Ale z niego bohater... Dał się rozwalić jakiejś nieletniej...


Mimo to zaczął iść w jej stronę. Zgodnie z duchem dżentelmeńskiej i sportowej rywalizacji zamierzał jej pogratulować, uścisnąć rękę, no i w ogóle spytać gdzie się małolata nauczyła tak grać. I co najważniejsze jakim cudem znosiła takie przeciążenia. Po nim w końcu widać było jakieś tam mięśnie ale ona wyglądała na jakieś chucherko. No i wtedy go wkurzyła.

- Eee... Co? Dziadku? Jeszcze żyje? - stanął jak wryty bo go takie zachowanie zamurowało kompletnie. Wkurzyło go to zwłaszcza te wspomnienie o wieku. Rozumiał, że tej nastce pewnie wydawał się starym wapniakiem ale do cholery przecież nie miał nawet trzydziestki! I to jeszcze przez pięć miesięcy... No prawie pięć... Niby tylko kolejne urodziny ale jakoś w ogóle ich sobie nie wyobrażał. A dokładniej tego co będzie potem. No bo jak to jest: mieć trzydziestkę na karku? Czekał na nią tak samo jak kiedyś na swoja osiemnastkę. Tylko wtedy to było niecierpliwe i radosne oczekiwanie a teraz pełne napięcia i frustrujące. Właściwie na ten cały rejs zdecydował się by o tym zapomnieć. A tu gówniara mu tak z bańki przywaliła bez ostrzeżenia.

- Zobaczymy jutro kto wygra! Jeśli nie wymiękniesz... - krzyknął za nią mając nadzieję, ze zabrzmiało żartobliwie. Powinno.
- No słyszał ją pan? - zwrócił się do instruktora który wciąż kręcił się w pobliżu i szykował maszyny na następnych gości. - Widział pan jaką młodzież teraz robią? Gdzie oni się tego uczą? - zamilkła trochę speszony gdy dotarło do niego, że chyba naprawdę teraz gada jak stary zgred. Dobrze, że ta mała już poszła.
- Zna ją pan? Często tu gra? - wolał się spytać. Jako przedstawiciel może i klasy śrendiej ale raczej z jej dolnej granicy wyuczył się uważać na to co mówi. Nie wiadomo było kto kogo zna a z jego "fartem" okazywało się, wcale nie rzadko, że jak już mu puściły nerwy i powiedział o słowo czy dwa za dużo to zawsze natrafiał na ryby grubsze od siebie. Poza tym był ciekaw. W końcu był to pierwszy dzień rejsu a mała grała jakby grała na czymś takim całkiem często. A nawet w obecnych czasach takie zabawki nie były codziennością.



Kajuta


Wrócił do swojej kajuty. Zastanawiał się czy się położyć spać czy wziąć prysznić. Po chwili wachania stwierdził że ma dość wszystkiego i wszystkich i idzie spać. Mógł nawet zaspać na te wieczorny wieczorek zapoznawczy. Miał to w dupie. Jednak gdy się położył mimo zmęczenia a nawet paru drinków krążących w żyłach sen nie nadchodził. W końcu drinki w połaczeniu z hydrauliką płynów naturalnych dały znać o sobie na tyle, że wstał i poczłapał do ubikacji. Gdy stwierdził, że nie zaśnie, przynajmniej od razu znużony westchnął, rozebrał się i wlazł pod prysznic.

Wyszedł całkiem odświeżony. Teraz na pewno by nie zasnął przynajmniej nie od razu. Zabrał się wieć za łądowanie baterii głównie w aparatach i kamerze. No i jak już przy nich grzebał to chciał zgrać dobie fotki z kart SD na lapa. Na lapie się lepiej oglądało i fotki i filmy.

Nie był profesjonalnym kamerzystą czy fotografem więc większość zdjęć wyszła średnio. Jednak nadrabiał ilością a mógł sobie pozwolić bo obie karty były pojemne. No i miał zapasowe.

- No co to ma być? Mamy cię? - mruknął z zaskoczeniem spoglądając na jedno ujęcie. Koleś, okulary, gada, a za nim... UFOk? Ed z niedowierzaniem wpatrywał się w ekran monitora. Potem podejrzliwie spjrzał na kamerkę a potem jeszcze raz na monitor. No ale UFOk wciąż tam był. - Niee no ludzie, ktos se pewnie jaja robi... Przecież powinien mieć ten spodek, promienie śmierci i chcieć sie spotkać z naszymi przywódcami... A nie se czytać gazetę w kawiarni... - mruczał pod nosem ale zagwostka nadal czytała gazetę na ekranie. Położył się by przemyśleć sprawę ale myślało mu się co raz ciężej i wolniej i w wreszcie zasnął.

Obudził się jak się obudził. Od razu rzucił mu się w oczy i lap i kamera i w ogóle. Może mu się przyśniło? No ale nie, jak zerknął na filmik jeszcze raz to zielony ludek wciąż był za kolesiem w okularach. Tak samo jak ściany czy niektóre fajne niunie z pasażerek czy obsługi. I co teraz? Przecież jak komuś powie to go wyśmieją a jak pokaże filmik to powiedzą, że fotoshop albo co... Sam by pewnie tak mówił w takim wypadku.


Kolacja


Było już pod wieczór. Zorientował się, że kolacja pewnie już się zaczęła ale co mu tam. Nie zależało mu. Spokojnie mógł zostać tutaj i pooglądać coś albo pograć... O! Albo mógł nawet pójść jeszcze raz na te symulatory i poćwiczyć swoją wirtualną zemstę nad tą złośliwą gówniarą. No ale... W końcu... Kolejnym powodem dla którego tu był bała cicha nadzieja, że spotka kogoś ciekawego no może przeżyje coś niezapomnianego... W końću... Jak mu się nie będzie podobać to moze zawsze tu wrócić no nie? Jak postanowił tak zrobił.

Ubrał się lekko bo w końcu akurat i ciepło było i akurat na superwystawne przyjęcia się nie nastawiał. Niestety jego superkozacka czerwona koszula po całym dniu nadawała się do prania więc z koszul została mu już tylko ciemnobrązowa i taka z czarna z białymi chlapnięciami. Reszta to podkoszulki. Po wahaniu wybrał brązową czyli swój najelegantszy element zabranej garderoby. Poza tym była lekka, przewiewna, luźna i nieźle wyglądała.

Gdy dotarł do swojego stolika jakoś od razu pożałował, że nie został w kabinie. Towarzystwo jakie przypadło mu w udziale nie wróżyło ekscytującego wieczoru. Za plecami miał prawie cały stolik oblepiony jakąś latynoską rodziną chałaśliwą jak cholera. Ze trójka dorosłych i resztamłodzieżówki i dzieciarni nie był pewny bo nie chciało mu się sprawdzać dokładnie. Decybelami na pewno wybijali się ponad tłum.

Przy jego stoliku zaś małżeństwo w średnim wieku. On "z wysokim czołem" i dziewiątym miesiącu ona w okularach jak denka i chuda jak tyka. Fizycznie wyglądali jakby chcieli udowodnić, że przeciwieńśtwa się przyciągają. On miał za to gadane i robił za ich gwiazdę wieczoru skupiajac na sobie uwagę większości stolikowych gości. Po cichu Ed go podziwiał. To znaczt te jego gadane. Koles miał niby zwykły sklep w łóżkam ale nieważne czy opowiadał o nim czy o tym co go spotkało czy akurat nabijał się z któregoś z ważniaków se strefy VIPów robił to jakoś naturalnie. Przy czym właściwie mówił o normalnych rzeczach, nie wymyślał jakiś tematów na siłe a jednak wszyscy go słuchali. Ed też. I zazdrościł mu jak cholera, że nie umie tak mówić bo przy nim wychodził na niemowę. Właściwie był jednym z cichszych gości przy stole.

Była jeszcza jakaś całkiem niezła turystka z synkiem. Co więcej złapał parę jej zaciekawionych spojrzeń czy uśmiechów. Ale ledwo zdązyli zamienić parę grzecznościowych uwag na wstępie i dzieciak się rozryczał i nie chciał przestać więc wkrótce się zmyli.

Była jeszcze jakiś Latynos ale ten właściwie wracał tylko na jedzenie i picie więc prawie go przy stole nie było. Za to co chwila obracał jakąś pannę albo i nie na parkiecie. Taniec był kolejną rzeczą jakiej Ed nigdy orłem nie był. A jak patrzył na tego latynoskiego don Juana to reprezentował taki sam poziom jak grubasek w gadaniu. W efekcie Ed siedział dość markotny przy stole jak sobie uśiwadamiał własne braki w obyciu z resztą społeczeńswtwa. Był pewnie najbardziej sprawny fizycznie, najbardziej gibki, znał mnóstwo ciekawostek i kawałów... Tylko nie wiedział jak tego udowodnić ani jak opowiedzieć w ciekawy sposób ot tak siedząc przy stoliku i po prostu rozmawiając. Właściwie błysnął tylko raz jak zaczął opowiadać o wrakach które będą mijać. Dziś wieczorem albo jutro rano będa przepływać obok wraku U - Boota który został zatopiony przez niszczyciel na wiosnę '42 po zatopieniu trzech amerykańskich i jednego angielskiego statku. Został zatopiony przez bomby głebinowe. Jeszcze chwilę opowiadał dlaczego wtedy było tak trudno trafić w okręt podwodny, o działaniu sonaru no i jak okręt podwodny był zgniatany przez fale uderzeniowe od wybuchów bomb jesli go obramowały pod wodą. Bo jeśli tylko z jednej strony to mógł być tylko uszkodzony i go odrzucić ale niekoniecznie zatopić. Nawijał tak aż całe pare minut, jednym ciągiem. Niestety gdy temat wraków wyczeprał się wyczerpał się też talent oratorski mówcy. I Ed znów musiał oddać pola innym.

Kolejnymi sąsiadami byli dwaj młodzi faceci. Od początku wyglądali mu podejrzanie ale z jednej strony nie chciał nikogo krzywdząco osądzać bo w końcu jak facet często dotyka ramienia czy pleców swojego kolegi to nic nie musi znaczyć a i za głupie gadanie to przed sądem można skończyć. A z drugiej i tak tylko obok nich było wolne miejsce. Właściwie głównymi mówcami przy stole byli własnie oni i ten grubasek. Reszta wtrącała się stosunkowo rzadko. Obaj nie wyglądali na nieszczęśliwych gdy młody, dobrze zbudowany facet bez kobiety i obrączki "przysiadł się do nich" jak to mu jego bezpośredni sąsiad powiedział po paru godzinach i kolejkach. Jakoś podejrzanie się interesowali czy Ed jest tu sam czy tylko przyszedł sam i w ogóle Ed nie chciał być niegrzeczny ale był bliski tego by im kazać się odwalić.

Spojrzał na zegarek. Nie było daleko do północy. Właściwie to się męczył a i dosłownie zmęczenie i znużenie ze sporą domieszką zniechęcenia mu się już dawało we znaki. Był zazdrosny o gadane umsy grubcia, taneczne latynoskiego ogiera i trochę przestraszony i zirytowany nadmiernym zainteresowaniem tej samczej parki. Jęknął w duchu. Właściwie to marzyło mu się nadmierne zainteresowanie młodych dobrze i zbudowanch ale do cholery przedstawicielek płci przeciwnej. Wrócił z WC z postanowieniem nagrania trochę filmu. Powinno mu to zająć czas do północy przed którą uważał, że nie wypada urywać się z imprez. Musiał w końcu pochwalić się czymś po powrocie w pracy i w ogóle... Przecież głupio się było przyznać, że wszystko było jak zwykle no nie?
 
Pipboy79 jest offline  
Stary 01-04-2014, 20:19   #19
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 238 Cold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie coś
Nowy Jork

- Heather, dobrze wiesz, że to dobry scenariusz, nawet lepiej niż dobry! - mówił męski głos w słuchawce.
- Jeff, proszę cię...
- Do tego reżyserem jest Stanley Nelson. To twój dobry znajomy, czyż nie? - dalej przekonywał Jeff.
- To za dużo powiedziane.
Heather zeszła z bieżni i sięgnęła po butelkę z wodą. W takich chwilach miała serdecznie dość zawodu, jaki wykonywała, a właściwie to popularności, jakiej się dorobiła. Ledwo skończyła pracować nad jednym filmem, a Jeff, jej menadżer, już był zasypywany propozycjami nowych ról. Rzadko zgadzała się pracować nad kilkoma projektami naraz, choć oczywiście zdarzały się wyjątki.
Otarła białym ręcznikiem twarz i stanęła przed ogromnym oknem na całą ścianę, z którego rozciągał się przepiękny widok na zachodzące słońce nad taflą oceanu.
- Wiem, że warunki pracy brzmią dziwnie, ale Stanley przecież znany jest z ekscentrycznych metod kręcenia swoich filmów. Dlatego też nazywane są później działami sztuki i z pewnością zapiszą się w historii kinematografii! - kontynuował Jeffrey.
Miał niesamowity talent w selekcjonowaniu propozycji, jakie otrzymywała Heather, to musiała mu przyznać. Była ogromną szczęściarą, że to właśnie on był jej menadżerem. Bez niego zapewne nie zaszłaby tak daleko, a tym bardziej na jej półce nie stanęłaby statuetka Oscara.
- No nie wiem... Pozwól, że to przemyślę i rano dam ci znać. Możemy się tak umówić? - zaproponowała, chcąc skończyć tę rozmowę i udać się pod prysznic.
- Dobra, niech tak będzie. Zobaczysz, zostaniesz kolejną legendą kina, jak Audrey Hepburn!
- Jeszcze się nie zgodziłam. Do usłyszenia.
Nie czekając na odpowiedź, Heather rozłączyła się i udała się pod prysznic. Cóż, musiała przyznać, że nie miała nad czym rozmyślać. Jak tylko przeczytała scenariusz wiedziała, że przyjmie tę rolę. Jednak nie mogła pozbyć się wątpliwości, co do zdjęć na pokładzie prawdziwego statku, z prawdziwymi pasażerami.

*

"Destiny"

- To tylko kilka scen... - mówiła sobie, by przekonać się do podjęcia decyzji. Mówiła sobie też tak już na pokładzie „Destiny”, kiedy zorientowała się, że tak naprawdę była uwięziona dwadzieścia cztery na dobę na planie zdjęciowym.
Nie było gdzie uciec, bo wszędzie istniało zagrożenie, że ktoś ją rozpozna. Aktorka, której twarz pojawiała się na pierwszych stronach gazet, w telewizyjnych wywiadach dla popularnych stacji, na ekranach kin, nie mogła liczyć na prywatność na tak ciasnym obszarze, jak pokład statku.

Heather dobrze wiedziała, że cała ta podróż nie będzie ani trochę przypominała wakacji. Po pierwsze, nie wybrała się w rejs dla zabawy, a dla pracy. Po drugie zdawała sobie sprawę, że kiedy już ludzie odkryją, że na pokładzie „Destiny” znajduje się ona i kilku innych całkiem znanych aktorów, nie będzie miała chwili wytchnienia i będzie musiała się naprawdę nagimnastykować, by się ukryć przed natrętnymi fanami.

Owszem, początkowo sława ją bawiła. Lubiła rozdawać autografy, robić sobie zdjęcia z ludźmi na ulicy, którzy ją o to prosili. Miło jej było, kiedy jej praca była w ten sposób doceniana. Lecz z czasem przestało ją to bawić, a stało się męczące, czego oczywiście nie dawała po sobie poznać. W jej zawodzie liczyły się pozory, których utrzymywaniem była coraz bardziej zmęczona.

Dlatego też jęknęła z niezadowoleniem, kiedy weszła do baru i jeden z kamerzystów entuzjastycznie przedstawił ją wszystkim tam zebranym.
„Cholera, a czego się spodziewałaś idąc do zatłoczonego baru?” Skarciła się w myślach, choć szybko winę zrzuciła na durnego kamerzystę, dla którego znalazło się kilka nieprzyzwoitych przezwisk w jej głowie. Zamierzała się za to odegrać w niedalekiej przyszłości, jednak teraz musiała postarać się o uśmiech numer trzy i dobry humor.

Ludzie zaczęli klaskać, ktoś nawet wstał i zagwizdał głośno. Pomyślała, że wcale nie powinna narzekać. Większość ludzi zapewne by jej zazdrościła, bo chyba każdy choć raz pragnął takiej sławy. Jednak kiedy miało się z nią do czynienia od tak długa, nie cieszyła już ani trochę.

Kiedy miała rzucić uśmiechem numer pięć i delikatnie się ukłonić uradowanym gościom baru, jej wzrok przykuł nieprzyjemny mężczyzna. Opierał się o filar na drugim końcu sali. Czuła na sobie jego przeszywające spojrzenie. Przez jej ciało przeszedł zimny dreszcz, ledwo powstrzymała wzdrygnięcie się. Momentalnie przestała się uśmiechać. Nie potrafiła dłużej wytrzymać jego wzroku, więc spojrzała na moment w inną stronę. Potrząsnęła głową, jakby chciała się rozbudzić i ponownie spojrzała w miejsce, gdzie stał mężczyzna. Nikogo tam nie było. Wyszedł? Kim był? Dlaczego ogarnęło ją takie dziwne uczucie, kiedy go zauważyła?
Przez moment przeszło jej przez myśl, że mógł to być jakiś psychofan. Właściwie zachowywał się podejrzanie. I to spojrzenie. Powinna to zgłosić?

Powróciła myślami do rzeczywistości i ponownie się uśmiechnęła, ukłoniła się jak planowała i podeszła do kilku osób, podpisując się na serwetkach, robiąc sobie zdjęcia i ściskając dłonie. Standard. Przez cały czas jednak nie mogła pozbyć się wspomnienia tego uczucia, które towarzyszyło jej przez ten krótki moment. A kiedy próbowała sobie przypomnieć, jak ponury mężczyzna wyglądał, jego obraz jakby się rozmazywał. Dziwiło to Heather, bo znana była ze swojej prawie że fotograficznej pamięci. Jednak im bardziej starała sobie wyobrazić łysego mężczyznę, tym bardziej wydawał się niewyraźny.

Z baru od razu skierowała się do swojej kajuty. Po drodze na szczęście nikomu nie udało jej się zaczepić, więc mogła w spokoju cieszyć się krótkim spacerem. Zbliżał się wieczór, więc uznała, że najwyższy czas na odprężający prysznic.
Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi kajuty, ściągnęła tenisówki i rzuciła kopertówkę wraz z okularami na łóżko. Zsunęła z siebie jeansowe spodnie, a zaraz za nimi szary t-shirt. W samej bieliźnie weszła do łazienki, z której po chwili dało się usłyszeć szum prysznica.
Kiedy wyszła, opatulona w biały ręcznik, stanęła przed lustrem i spojrzała we własne odbicie. Patrzyła na młodą kobietę o zgrabnym ciele, niewysoką, o lekko opalonej skórze. Westchnęła. Czekał ją długi wieczór, w towarzystwie kapitana i innych VIP-ów, zaproszonych do tego samego stołu.
Zsunęła ręcznik i zaczęła się ubierać w świeżą bieliznę, by potem odziać się w starannie przygotowaną przez Antonia sukienkę. Była koloru fioletowego i sięgała przed kolano. Bez żadnych efekciarskich dodatków. Prosta, elegancka, ale i zwiewna, podkreślająca sylwetkę sukienka bez pleców. Włosy zdecydowała się zostawić rozpuszczone, zaczesane na bok, jak wcześniej. Oczywiście, mogła poprosić stylistkę, by ją uczesała, ale Heather wolała jednak tym razem zająć się swoim wyglądem sama. Na prawą rękę założyła kilka złotych bransoletek, w uszy wpięła pasujące do kompletu kolczyki, a na stopy wsunęła czarne szpilki z wycięciem na palce. Aya, stylistka, byłaby zadowolona z takiego efektu.
Przed wyjściem spryskała się jeszcze perfumami, złapała za swoją kopertówkę i wtedy rozległo się pukanie do drzwi.


- Ellis – powitała swojego znajomego aktora, któremu partnerowała w najnowszej produkcji Stanleya Nelsona.
- Pięknie wyglądasz, Heather – odparł, uśmiechając się kącikiem ust, na co Moore odpowiedziała mu parsknięciem śmiechem, któremu on zawtórował. - Wybacz, nie mogłem się powstrzymać – dodał, kiedy oboje się uspokoili.
Ellisa Browna znała wcześniej, odkąd poznali się po raz pierwszy pięć lat wcześniej przy okazji kręcenia komedii romantycznej, w której oboje grali role drugoplanowe. Był on, można by rzec, jej przyjacielem. Jednym z niewielu, bo nigdy jej nie wychodziło utrzymywanie dłuższych znajomości. Media uwielbiały tę dwójkę, przypisując obojgu romanse i inne ciekawe historie. Prawdą było jednak, że Ellisa i Heather nie łączyło nic więcej prócz przyjaźni. Owszem, mogło się z tego urodzić coś więcej, lecz ani jedno, ani drugie nie wykazywało większych chęci do zmiany tego, co między nimi było.

Ellis wziął Heather pod rękę, coby ludzie mieli o czym plotkować, i razem udali się na kolację. Przy stole, oprócz nich, z ekipy filmowej znalazł się także sam reżyser, Stanley Nelson, który entuzjastycznie przywitał dwójkę swoich aktorów. Co ciekawe, ze swojego ekscentrycznego ubioru tym razem zachował jedynie śmiesznie wielką, czerwoną muchę. Nieopodal siedzieli także Susan Fisher i Olivier Peris, pozostała dwójka aktorów drugoplanowych, którzy także brali udział w scenach kręconych na „Destiny”. Rozpoznała także Richarda Castle siedzącego nieco dalej, którego ostatnią książkę miała okazję czytać w samolocie do Miami.

Przez całą kolację Heather odmawiała kelnerom napełniania jej kieliszka alkoholem. Nie zamierzała się spijać tej nocy, a jedna lampka, którą męczyła przez cały czas starczyła jej w zupełności.
Większość kolacji spędziła na rozmowach z Ellisem i Stanleyem. Susan i Olivier także do nich dołączyli. Tematy oscylowały głównie wokół marudzenia, jacy to ludzie są męczący z tymi wszystkimi autografami, pytaniami i zdjęciami. Rozmawiali także chwilę na temat zdjęć, które miały się odbywać następnego dnia.
Kiedy nadszedł czas na luźniejszą część wieczora, cała ekipa udała się na parkiet, by trochę się wyszaleć. Heather także nie omieszkała potańczyć, co było chyba najprzyjemniejszą częścią wieczoru.
Bawiła się tak do północy, kiedy to zdecydowała, że potrzebuje chwili wytchnienia. Udała się więc do najbliższego stolika, przy którym znajdowało się choć jedno wolne miejsce i usiadła, zamawiając szklankę wody.
Po wypiciu wody i odsapnięciu, zamierzała wrócić do zabawy i maksymalnie o drugiej nad ranem czmychnąć do swojej kajuty, by się spokojnie wyspać.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 01-04-2014 o 20:24.
Cold jest offline  
Stary 01-04-2014, 23:04   #20
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 324 Dziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skałDziadek Zielarz jest jak klejnot wśród skał
Mówi się, że stary pies nie zmienia swoich przyzwyczajeń i tak było też w przypadku Malcolma. Było tylko kwestią czasu nim zawita do jaskini hazardu, jednak stało się to prędzej niż przypuszczał. Chciał najpierw nieco rozejrzeć się po samym statku, przejść się po zewnętrznym pokładzie, może odwiedzić kawiarnię, albo wrzucić coś na ząb w jednej z licznych restauracji, ale nie – on instynktownie skierował się do kasyna. Tylko rzucić okiem, rozejrzeć się, pozwiedzać… przez chwilę jeszcze wymyślał podobne wymówki, ale w końcu dał za wygraną. Kogo chciał oszukać? Tylko idiota przychodzi do kasyna przez przypadek. Nie minęły dwie minuty, a on już przechadzał się po pomieszczeniu oceniając okiem konesera każdy szczegół. Wodził ręką po szorstkiej powierzchni stołów, wychwytywał ułożenie świateł, wsłuchiwał się w szelest mechanizmów w automatach. Układ pomieszczenia był kopią głównej sali słynnego MGM Grand z Las Vegas w dużym pomniejszeniu. Projektanci wyraźnie starali się przenieść każdy detal, nawet desenie na wykładzinie były rozmieszczone w podobny sposób.


Samo miejsce byłoby jednak niczym, bez obecnych w nim graczy. Godzina była zdecydowanie zbyt wczesna by siadać do stolika i choć główną populację stanowili na tę chwilę zwykli amatorzy, którym nie należało poświęcać zbytecznej uwagi, dwie osoby przykuwały spojrzenie. Piękna młoda kobieta i wymuskany Latynos. Najwyraźniej przygnała ich tutaj podobna, nieodparta potrzeba, zupełnie jakby byli sportowcami zjawiającymi się na stadionie w przeddzień zawodów, by wypróbować nawierzchnię. Niewątpliwy znak, zatem nie należało go ignorować. Rozsądek nakazywał trzymać się na uboczu i obserwować, ale pokusa była zbyt silna. Mężczyzna minął bar zwijając z kontuaru paczkę zapałek z logiem „DESTINY”. Wyłamał jedną z nich i odpalił papierosa. Ciekawe gdzie tutaj można dostać papierosy? Trzeba będzie się rozejrzeć. Malcolm bezszelestnie zakradł się do pary konkurentów i wsunął się w przestrzeń między nimi.

- Uśmiechnijcie się, jesteście na wizji. – rzucił niewinnie wskazując lekko zaskoczonej dwójce elektroniczne oko kamery monitorującej ich obecność.

Głowy odwróciły się w kierunku intruza. Wszyscy stali przez chwilę, niczym rewolwerowcy gotowi do strzału, mierząc się spojrzeniami. Jeżeli dotąd ledwie zaznaczali swoja obecność w sali, teraz przestrzeń wokół każdego z nich aż zgęstniała.

- Malcolm Godspeed. – Lekki ton przerwał moment napięcia. Mężczyzna skłonił się lekko w stronę damy, po czym skinął głową Latynosowi. Południowiec wydawał się nieco zmieszany nieoczekiwanym spotkaniem, natomiast zwiewna piękność odpowiedziała na przywitanie przeciągłym spojrzeniem i zalotnym uśmiechem właściwym kobietom o naturalnym wdzięku.

- Kalina Jegova.

Jej głosem można by wygładzać aksamit. W tonie pobrzmiewała europejska nuta, możliwe że z Rosji, albo któregoś z jej sąsiadów. Dźwięczne zgłoski komponowały się z głębokim szmaragdem oczu sprawiając, że rozmówca mógł w nich utonąć. W całej jej osobie było coś niesamowicie pociągającego. W sposobie w jaki trzymała torebkę, w geście odgarniania niesfornego pukla opadającego na czoło, czy delikatnym ruchu bioder kiedy przesuwała ciężar z nogi na nogę. Piękno podszyte było jednak czymś subtelnie niebezpiecznym. Kobieta kusiła i przerażała, jednak zamiast bać się, co byłoby reakcją właściwą ludziom statecznym, Godspeed odczuwał na jej widok ekscytację kojarzącą mu się dotąd z grą o większe stawki.

- A nasz przyjaciel? – pytanie kobiety padło w stronę milczącego dotąd Latynosa.

- Montezuma. – Szorstki ton jasno wskazywał, że ten typek nie przepada za udzielaniem odpowiedzi dłuższych niż to absolutnie konieczne. Sprawiał wrażenie jakby nie podzielał opinii, że jest czyimś przyjacielem, jednak nie wypowiedział tego na głos. Jego fikuśna kamizelka i pretensjonalna fryzura, oraz silny akcent nadawały mu charakterystyczny rys. Mężczyzna spojrzał na automaty do jednorękiego bandyty, obrzucił pozostałych ostrym spojrzeniem, po czym zerknął na zegarek niby tam spodziewając się jakiejś pomocy.

- Śpieszę się… do widzenia. – rzucił, po czym oddalił się pospiesznie.

- Niezbyt rozmowny z niego typek. – Malcolm odprowadził Latynosa wzrokiem. Coś czuł, że jeszcze się z nim spotka. – Skoro jednak Pan Montezuma wzgardził naszym towarzystwem, czuję się w obowiązku dotrzymać Pani towarzystwa i zaprosić Panią na spacer.

- Oczywiście. – kobieta uśmiechnęła się drapieżnie, po czym we dwójkę opuścili kasyno.

***

Minęli arkady i przestronne schody wiodące na wyższy pokład. Godspeed po drodze zagasił dyskretnie papierosa w jednym z metalowych pojemników na śmieci i wyrzucił niedopałek by niepotrzebnie nie narażać się na krytyczne uwagi obsługi statku. W końcu wyszli na boczny taras, obecnie skryty w cieniu balkonu tworzącego sklepienie. Malowniczy lazur otwartej toni wodnej rozciągał się po horyzont. Słońce skrzyło się milionami drobnych plamek na powierzchni falującego oceanu. W trakcie przechadzki wymienili kilka kurtuazyjnych uwag na temat statku, usłużności stewardów, przepięknej o tej porze roku pogody i innych banałów. Wszelkie aluzje kierowane w stronę samej rozmówczyni były kwitowane jedynie przeciągłymi spojrzeniami niesamowicie szmaragdowych oczu i zdawkowymi, wymijającymi uwagami. Malcolm miał okropną ochotę dotknąć zmysłowej piękności, lecz za każdym razem kiedy przysuwał się nieco, Kalina odpowiadała przeciwnym ruchem jakby nie miała ochoty na bliższy kontakt. Doprawdy zadziwiająca osoba.

Rozmawiali tak już dłuższą chwilę, a Godspeed mimo szeregu subtelnych zabiegów nie zdołał ustalić na temat rozmówczyni niczego konkretnego, za wyjątkiem oczywistego faktu, że Jegova także ceni sobie dobrą grę w kasynie i bardzo możliwe, że wkrótce się tam spotkają. Kiedy pomału zbliżali się do złotej plamy światła na końcu tarasu, piękność w czerwieni zatrzymała się, westchnęła teatralnie, po czym tym samym, jedwabistym głosem oznajmiła, że bardzo jej przykro, ale wzywają ją obowiązki. Posłała mężczyźnie ostatni, uwodzicielski uśmiech, po czym kołysząc biodrami zniknęła w bocznym wejściu.


***

Reszta dnia upłynęła Malcolmowi na słodkim lenistwie. Pospacerował chwilę po tarasie omijając co większe grupy gości. Zjadł obiad w przytulnej knajpce, wypił kawę, odnalazł nawet miejsce, gdzie mógł nabyć papierosy, choć wnosząc po cenie musiały być chyba ze szczerego złota. Nałóg jednak nie wybiera, więc z góry zaopatrzył się w kilka paczek. Sprzedawca uprzejmie poinstruował go gdzie znajdują się strefy, w których gościom wolno palić, jednak ten wcale nie słuchał. Jeśli będzie miał ochotę na papierosa to go po prostu zapali, cóż za problem. Dwójki z kasyna nigdzie już nie spotkał. O ile oschłego Montezumy jakoś mu nie brakowało, o tyle żywił cichą nadzieję, że w końcu znowu spotka zmysłową Kalinę Jegovą. Na samą myśl przyspieszało mu tętno, co ostatnio zdarzało się dość rzadko. To również był znak, choć może o nieco innym zabarwieniu niż inne.

W końcu przyszedł czas na kurtuazyjną kolacje zapoznawczą. Godspeed zjawił się tam raczej z grzeczności, choć z drugiej strony mogła być to okazja do poznania nowych osób, a znajomości pośród ludzi mediów i biznesu zawsze mogły być obrócone w konkretny pieniądz, zwłaszcza przez typów takich jak Malcolm. W sali zjawił się wcześnie, by wybrać sobie najdogodniejsze miejsce. Sącząc z wolna drink w wysokiej szklance, co jakiś czas zerkał przelotnie na tłum gości próbując odszukać wzrokiem uroczą damę w czerwieni, jednak bezskutecznie. Pewnej rozrywki dostarczyło mu wejście gali sław, których pojawienie się wywołało powszechne poruszenie i spontaniczne oklaski co bardziej służalczych obserwatorów. Rząd biznesmenów i potentatów, znana aktorka, autor poczytnych kryminałów, nawet obrzydliwie bogaty sponsor, któremu zawdzięczał darmowy bilet. Godspeed wychylił zdrowie pechowca, od którego wygrał w karty wakacje jego marzeń. Cóż, szczęście sprzyja lepszym. Hazardzista chętnie podczepiłby się pod wpływający do sali tłum śmietanki towarzyskiej i uszczknął nieco splendoru dla siebie, ale nie był na to ani czas ani miejsce. Zganił się w myślach, uśmiechając się do siebie. Jeszcze nie.
 
Dziadek Zielarz jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:34.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166