Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-03-2015, 21:31   #1
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 14345 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Plaga w The Motor City [Horror 18+]

DETROIT LATO 2010 dzień -2


Wstawał nowy dzień w Detroit...


w 2010, w drugim roku pod rządami Obamy. Microsoft zapowiada nową wersję Slim swoje 360-tki, oraz rozpoczął marketingowy atak, mający rozpalić wyobraźnię graczy. Kinect! Gdzie kontrolerem jest całe ciało. Kinect… rewolucja w graniu. Nie można się było ruszyć na ulicy, by nie zobaczyć.


Reklamy tej nowej formy rozrywki. Bill Gates i jego dyrektorzy niewątpliwie robili wiele, by każdy zapragnął posiadać kinecta. I wydawało się, że właśnie kolejki po ten towar będą największą bolączką Ameryki. Bo przecież nie Obamacare… w końcu prezydent rok wcześniej dostał pokojowego Nobla za… dobre chęci. Niemniej nobliście wszystko powinno się udawać, prawda?
Co prawda niedawny kryzys finansowy zataczał coraz szersze kręgi w Ameryce, ale póki co był jeszcze tylko drobną zmarszczką na kondycji finansowej miasta, a obecny burmistrz Dave Bing z pewnością zadba, by nie odbiło się to na kondycji miasta. W końcu Detroit było stolicą amerykańskiej motoryzacji, a obywatel USA nie mógł się obyć bez samochodu, prawda?

Dla George’a Harrisa kolejny dzień oznaczał kolejną udrękę w bibliotece miejskiej. Praca która go nie satysfakcjonowała w miejscu, które go nie pociągało i zmuszało do stykania się z ludźmi których nie lubił i z ludźmi których nie znał. A skoro nie znał to nie lubił. Prosta reguła. Praca w bibliotece była frustrująca, więc nic dziwnego że w Harrisie narastała powoli chęć zmiany pracy, tylko na jaką?

Dla Tary Lantana ten dzień oznaczał szansę. Tym razem jej klientami nie była drobnomieszczańska parka z śródmieścia, ale bogacze z przedmieść Detroit. Tym razem mogła wkroczyć w świat grubych ryb. To zlecenie mogło by być jej wizytówką. Jeśli ślub i wesele olśnią nie tylko parę małżeńską, ale i gości… to mogła liczyć, że jej nazwisko dotrze pocztą pantoflową do kolejnych potencjalnych klientów. Ale… z dużą szansą łączyła się duża presja.

Dla Terrence’a Cartera kolejny dzień oznaczał wyścig szczurów, tym bardziej nerwowy, że dla ostatnich szykowano pułapkę na myszy. Już bowiem od końca wnioski po redakcji krążyły plotki na temat słabej sprzedaży czasopism, kłótni wśród akcjonariuszy i widma sprzedaży gazety. A co najgorsze… mówiono o redukcji personelu redakcji. Oczywiście najlepsze nazwiska pracujące w gazecie miały gwarantowane zatrudnienie. Terrence się jednak do nich nie zaliczał. Nie był najpoczytniejszym autorem, plasował się raczej pośrodku. Co jednak nie znaczy, że mógł się czuć bezpieczny. Dlatego potrzebował dobrych tematów, by się utrzymać na powierzchni.

Dla Karla Hobbsa to był kolejny dzień wojny jaką prowadził. Wojny na śmierć i życie. Wojny o przetrwanie. Wojny z “Happy China Meal’s” Gui Menga, restauracją powstałą ledwie półtora roku temu naprzeciw “Karl’s Food”. Gui Meng bowiem podbierał mu klientów niższymi stawkami za alkohol i ostatnio większym telewizorem plazmowym. Była to bitw w której nie brano jeńców. Zresztą ten konusowaty chińczyk już się uważał za króla tej ulicy. Ale Hobbs nie zamierzał dać się wygryźć z interesu byle żółtkowi o aparycji kujona.

Dla Charlie’go Belangera był to parszywy dzień. Zaczął się bowiem od maila od Boba Parkera, jego ostatniego klienta. Ten typek nie dość, że zgnoił całkowicie projekt strony jaką dla niego Charlie przygotował, to jeszcze zapowiedział że nie zapłaci ani centa. Chyba, że Charlie poprawi wszystko co mu się w tej stronie nie podobało. Cholera.. dwa dni wcześniej wersja pre-beta była cacy, a gotowa strona już nie? Załączona lista zażaleń pozwoliła stwierdzić Charliemu, że będzie musiał robić całą stronę od nowa. Zajmie to nawet cztery dni, lub dwa intensywnej roboty.

Dla Alistaira Dowsona dni były czekaniem. Będąc na emeryturze miał więcej czasu na rozmyślania, więcej czasu na czytanie, więcej czasu na nudę. Więcej czasu na Wade’a, Bersteinów, Woodsa i karty. Bądź co bądź w bloku było nieco ludzi w podobnym niemu wieku, a Wade zarządzał domem tak, że mieli okazję co wieczór jak nie pograć w karty, to w bilard, to w mahjonga którego zasady Aiko próbowała wpoić pozostałym mieszkańcom. Ale do mahjonga ciężko się było przyzwyczaić, jak playstation 2 na którym najczęściej Aiko z J.C. grywały.
Dla Alistaira dni były czekaniem na spotkanie z Carmen. Ostatnie spotkanie.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 06-03-2015 o 21:08.
abishai jest offline  
Stary 08-03-2015, 10:09   #2
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Alistair Dowson popatrzył przez okno na zalaną światłem ulicę. Na szczęśliwych, chociaż zaganianych ludzi, na śpieszących się do pracy, do szkoły, do bliskich.

On już tego nie miał i nie musiał robić. Nie miał pracy, szczęśliwe dożywszy i wypracowawszy sobie dobrą, solidną emeryturę, jak większość ciężko i uczciwie pracujących w USA ludzi. Szczególnie w jego zawodzie. Bliskich też już nie miał. Tak chciał los i Dowson pogodził się z tym faktem dość szybko. Ludzie nie byli jak rury w instalacji. Nie dało się ich wymienić, czy zastąpić innymi. Ludzie, to byli ludzie. Niepowtarzalni. Niewymienialni.
Nieuprzdmiotowieni.

Alistair Dowson nawet nie wiedział, czy istnieje takie słowo, jak „nieuprzedmiotowieni”. Pewnie nie. Ale cóż on, prosty hydraulik na emeryturze, mógł wiedzieć o języku Szekspira?

Przez chwilę Dowson połaził po mieszkaniu. Tak bez celu. Potem ubrał się i przed lustrem krytycznie obejrzał rezultat ej czynności.



Kiedy żyła Carmen, wtedy potrafiła mu powiedzieć, czy wygląda tak, jak powinien wyglądać mężczyzna o jego statucie społecznym i w jego wieku. Teraz pozostała po niej bolesna pustka i pełna szafa zapewnie źle dobranej garderoby.

Pogoda była naprawdę dobra, więc emeryt postanowił skorzystać z ej dobrodziejstw. Wyszedł z domu upewniając się czy powyłączał wszystkie media, a potem wsiadł do swojego wysłużonego Forda rocznik 1987.

Pewnie inni wyrzucili by ten samochód, ale dla Dowsona był on czymś niezwykle ważnym, niezwykle sentymentalnym. To właśnie te auto miał otrzymać jego syn w prezencie. W tym dniu, kiedy wracając z pracy do domu, jakiś sfrustrowany kierowca dostał zawału za kierownicą i staranował kilku przechodniów na przejściu pieszych. W tym ich syna – Tomyego. To, że syn i kilku kolegów zwyczajnie było pijanych i wszyło prosto pod koła rozpędzonego samochodu przy ograniczonej widoczności, nie miało znaczenia.

Ford działał bez zarzutu i Alistair pojechał do Stony Creek Metropark na północ od miasta. Miał ochotę na wyciszenie i odpoczynek na łonie przyrody. Na długi, kilkumilowy spacer wolnym tempem pozwalającym na podziwianie dobrze znanych zakątków. Zielone drzewa, leśna ścieżka pod butami i możliwość pobycia pośród tych wszystkich drzew działała na niego kojąco.

Na koniec zjadł obiad w pobliskiej restauracji – jak zawsze dbając o to, by zostawić dobry napiwek, dzięki któremu był tutaj rozpoznawanym i mile witanym gościem. I była to dla niego okazja do porozmawiania z obsługą – młode kelnerki traktowały Dowsona, jako sympatycznego staruszka i trochę z nim kokietowały, co podnosiło męskie ego emeryta.

Wracając późnym popołudniem do domu Alistair zajechał jeszcze na cmentarz, by pogadać z Carmen i złożyć jej mały bukiecik zerwanych podczas spaceru kwiatów i liści. Kiedy żona żyła, często razem wybierali się na takie spacery po lasach i zawsze wracali do domu z takim właśnie bukiecikiem. Co prawda paluchy Alistaria, nieco męczone reumatyzmem po pracy w zimnej wodzie, nie wiązały tak ładnych kompozycji, jak smukłe palce Carmen, ale emerytowany hydraulik był pewien, że i tak doceniłaby jego starania. Zawsze go doceniała.

Wrócił do domu, po drodze tankując jeszcze samochód do pełna, bo wskaźnik paliwa zbliżał się do rezerwy. Zrobił też lekkie zakupy na najbliższe dwa dni, w sprawdzonym spozywczym. Zaparkował na wyznaczonym miejscu dla mieszkańców. To dzięki Wedowi zawsze można było liczyć na miejscu. Właściciel był naprawdę twardym facetem ze zmysłem organizacyjnym.

Kiedy tylko Alistair wysiadł, Wed pojawił się przed budynkiem.

- Cześć Alistair – już dawno byli z właścicielem na ty.

- Cześć Wed.

- Pokerek dzisiaj, jak zawsze? – zapytał Wed.

-Nie wiem czy dam radę – odpowiedział Alistair robiąc poważną, zmartwioną minę. Mam dzisiaj bingo w mojej grupie przykościelnej.

Wed spojrzał na niego swym twardym, przeszywającym wzrokiem, a potem uśmiechnął się szeroko, co przy jego wysuszonej i pomarszczonej twarzy sprawiało naprawdę dziwne wrażenie.

- Ty i te twoje żarty, Dowson.

- Jasne że będę. Kupiłem na tą okazję sześcioraka.

- Jak udał się spacer?

- Norma. Bez szaleństw. Sporo biegających, młodych, zgrabnych panienek. Sam musisz kiedyś musisz spróbować.

- Dzięki, stary – Wed uśmiechnął się ponownie – ale w lycrze nie wyglądam już najlepiej.

Rozstali się pod drzwiami mieszkania Dowsona.

Wieczór Alistair spędził nad książką, ale zdążył przeczytać jedynie pół strony, nim zasnął na fotelu. Jak zawsze wybrał sobie po prostu za trudną lekturę, ale był uparty i przed śmiercią chciał dowiedzieć się jak najwięcej o sprawach ważnych. Sprawach, z których niewiele jednak rozumiał.



Obudził się, kiedy na dworze świeciły się już latarnie. Ogarnął krótką chwilę, poprawił włosy, zabrał piwo z lodówki i poszedł do sąsiadów na pokera. Lekko tylko spóźniony, miał doskonałe wejście z piwem i drobnymi monetami w starej, wysłużonej portmonetce, którą zawsze zabierał na pokera.

Nie grali o duże stawki. Raczej były to spotkania, na których mogli znów pośmiać się, pożartować, zapomnieć o chorobach, które ich trapiły: prostacie, nietrzymaniu moczu, problemach z sercem, nadciśnieniem, cukrzycami, cholesterolem. Grupką młodych, wesołych kumpli, zamkniętych przez jakieś nieporozumienie w stare, wysłużone, pomarszczone, sflaczałe ciała.

Przez chwilę mogli zapomnieć o tym, że czarny został prezydentem, że ich ulubione gwiazdy kina i muzyki już dawno nie żyją, że stracili bliskich i osiągnęli lub nie postawione sobie w życiu cele.

Liczyły się tylko żarty, sztuczne szczęki zagryzające niezdrowe i niewskazane przez lekarzy przekąski (w umiarkowanych jednak ilościach) i słabe, amerykańskie piwo, którego nie zmieniliby na żadne inne na świecie. No i liczyły się karty i emocje, jakie dawało wygranie wysokiej stawki równej sześć i pół dolara.

Grali do późna w nocy. Jak zawsze. I tak nikt z nich nie musiał wstawać rano. A starsi ludzie potrzebowali mniej snu.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 08-03-2015 o 18:21.
Armiel jest offline  
Stary 08-03-2015, 17:13   #3
Majster Cziter
 
Pipboy79's Avatar
 
Reputacja: 28606 Pipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputacjęPipboy79 ma wspaniałą reputację
Karl Hoobs - zapracowany optymista



Karl zaczynał swój dzień raczej nieco wcześniej niż większością ludzi w mieście. Razem z sobie podobnymi ludźmi stanowił tę żywą ludzką falę mrówek którzy zajmowali się obsługą i usługą innych mrówek specjalizujących się w czym innym. Tak to właśnie działo w tym systemie. Rola klienta czy petenta była zmienna i każdy prędzej czy później stawał po drugiej stronie lady czy biurka, z dostarczyciela towaru czy usługi zmieniał się w jego odbiorcę, z nadawcy w adresata, tak, tak to właśnie było poukładane i to nie tylko w tym mieście ale i na całyśm świecie. Czasy uniwersalnych, znających się na wszystkim dzikusów z dzidami skończyły się już dość dawno. Obecne dziedziny wiedzy i życia wymagały znalezienia swojej niszy i specjalizacji w niej. Karl znalazł taką swoją niszę w postaci prowadzenia swojego lokalu. No i czuł się w tej roli i niszy świetnie.


---



- Dzień dobry panie Hobbs - rano jak zwykle powitał go w pracy Larry, młody czarnoskóry chłopak którego Karl zatrudniał w swojej firmie. Przerwał mu rzut oka na "knajpe - tego - cholernego - żółtka". Karl przyjął Larry'ego z dużym wahaniem. Jednak podczas rozmowy chłopak sprawiał pozytywne wrażenie. Nawet jego przeszłości i papierów. Larry bowiem był na warunkowym i podlegał jakiemuś nowemu programowi resocjalizacji. Wieźniowie którzy sprawiali nadzieję, na bezkonfliktowy powrót na łono społeczeństwa dostawali możliwość spróbowania swych sił poza kratami. Więzienie pozbywało się pensjonariusza, pensjonariusz pobywał się więzienia a taki pracodawca jak Karl który go zatrudniał łapał się na ulgi za to, że szedł Systemowi na rękę. Tylko własnie sam pracodawca mógł mieć opory przed zatrudnianiem więźnia na warunkowym.

Jednak Karl wierzący, że każdy zasługuję na swoją szansę a postanowił zawierzyć swojej intuicji co do ludzkiej natury i dać szansę chłopakowi. I na razie, po paru miesiacach ten go nie rozczarował. Przychodził punktualnie, był sumienny i pracowity a z natury małomówny i jakby wciaż trochę przestraszony. Jeśli dalej by tak wszystko poszło to za miesiac gdy kończył się obecny półroczny okres tej obupólnej współpracy chętnie by ją przedłużył a i opinię do zakładu resocjalizacyjnego zamierzał wystawić mu bardzo dobrą.

Drugą która przyszła zaraz potem jak już wchodzili do środka była Christa. Zaledwie parę lat młodsza od szefa ale z typową, azjatycką urodą pozostawała w jakimś nieokreślonym wieku "srednim". W przeciwieńśtwie jednak do azjatyckiej średniej był z niej kawał baby. Była jednak z powodu silnego charakteru, zdolności organizatorskich no i doświadczenia prawą ręką Karla. Szefowała reszcie z gracją i wprawą urodznego lidera dbając o lokal by był jak należy. Do tego miała trzęźwy osąd no i oko i rozum przeciętnej kobiety i matki które Hoobs bardzo sobie cenił. Dlatego właściwie wszelkie zmainy w menu czy wystroju albo grafiku nastawionego pod klientów lubił wysłuchać co ona ma do powiedzenia.

Trzecia z porannej zmiany Danielle, przyszła gdy już reszta załogi krzątała się po lokalu, zdejmując i krzesła ze stołów, szykując lady, lodówki i kuchnie na przybycie pierwszej, porannej fali klientów. Danielle była ich lokalna ksieżniczka. Była, młoda, ładna i bezczelna. To Karl mógł znieść. Ale jej nonszalancki ocierający się o lekceważący stosunek do pracy a więc i jego lokalu wkurzał go. Nawet to jej przychodzenie na końću ocierało się już o reguralne spóźniaianie. Jej akurat nie zamierzał przedłużać umowy choć ta jej blongłówka jeszcze nie była skalana tą informacją. Nie miał pojęcia czemu miałby zatrudniać kogoś kto się wyraża o pracy jaką oferuję jak karze za jakieś grzechy czy coś w ten deseń. Jak słyszał z raz czy dwa od niej w jakiejś rozmowie jak bajerowała klientów czy choćby Larry'ego,że chciała być modelką to w sumie patrząc na jej figurę Karl mógł przyznać, że chyba się nadaje. Nie był pewny jak to z obecnymi kryteriami mody i standardów dla modelek ale na jego oko na pewno by się nadawała. No ale jak chce być modelką to niech zasuwa do jakiejś agencji modelek a nie zajmuje tu u niego miejsce gdzie mógłby zatrudnić kogoś użyteczniejszego. Leniwa, rozwydrzona suka... Jak na nia patrzył zbierało mu sie na klasyczne utyskiwanie na tę młodą generację. Miał nadzieję, że żadne z jego dzieci nie wyrośnie na kogoś takiego.


---



Choć Danielle jeszcze i tak nie pobiła rekordu niechęci szefa do swoich pracodwników. Rekord bezprzecznie należał do Tej - O - Której - Się - Nie - Mówi. Z dopiskiem, "by nie wkurzyć szefa". Czyli Marii Ortedze. Wyrolowała go. Przypominał sobie o tym regularnie co miesiac jak widział listę płac na której okrągła sumka wędrowała na jej konto. Za każdym razem, co miesiac szlag go trafiał z tego powodu. Bo Karl starał się być w porządku dla ludzi i świata ale oczekiwał tego samego. Wiedział, że ludziom należy się zapłata za pracę i uważał, że to w porządku i właśnie część systemu. Co więcej uważał, że płacił swojej załodze ciut poniżej sredniej właśnie by być w porządku i zmotywować ich do wydajniejszej pracy. Pieniadze były dobrym motywatorem. To w połączeniu z nienaganną opinią jaką miał jego lokal i właściciel sprawiało, że gdy potrzebował kgoś nowego czy choćby na zastępstwo to nie miał problemów ze znalezieniem rąk do pracy. No ale właśnie, do pracy a nie do pasożytniczego skubania go z kasy.

Maria jednak pod tym względem pobiła wszelkie rekordy pasożytnictwa. Ta pulchna, zdredowana Murzynka, przypominała taką współczenego, społecznego szczura zdolnego przemykać pomiędzy lukami systemu. Przyszła do pracy po rozmowie z nim i prawie od razu dała się poznać jako osoba bardzo roszczeniowa i względem jego i reszty załogi. Bo jest czarna, bo jest samotną matką, bo coś tam i coś tam... Wzbudzłą w nim niechęć ale jeszcze szło to przeżyć. I wówczas po 3 tygodniach pracy przyniosła mu papier, od lekarza, że est w ciąży i idzie na zwolnienie. Że jest w czwartym miesiacu ciąży i ma jakies komplikacje czy co i idzie na zwolninie. Rżnęła go w żywe oczy, po trzech tygdniach! Karl wówczas naprawe się wkurzył ale wyjścia nie miał. Poszła więc na zwolnienie na resztę ciąży. A potem na macierzyńśki. I przez ten cały czas Karl musiał płacić jej pensję jego zdaniem niezasłużoną bo kto kurwa idzie na wolne w 4-tym miesiacu ciąży?! Znaczy teraz już Maria pokazała mu kto... Jakby było mało jeszcze co pare miechów dostawał jej podania, że należy jej sie dodatek na coś tam, że na świeta czy jakieś wyrównanie. Co za pasożytnicza menda! A traz gdy zbliżał się okres gdy powinna wrócić do załogi i Karl z chęcią by ją spotkał by jej powiedzieć z dziką rozkoszą, że jej nie przedłuża umowy przysłała suka - bitch rezygnację odbierając choćby przyjemność wywalenia ją na tę jej spasioną, czarną, pasożytniczą mordę! Teraz więc już był pewien, że z premedytacją zaplanowała ten numer od samego początku. Dwa lata platnych wkacji. Jego kurwa kosztem! Były organizacje i związki chroniące pracowników a gdzie są organizację chroniące pracodawców do cholery?!


---



W ten piątkowy już dzień miał trochę roboty. Musiał nie tylko jak co tydzień przygotować się na weekend więc i dostawy i już wieczorem obrobic zaczynającą się weekendową gorączke klientów ale i podłubać przy wentylatorach. Nie widział sensu wzywania serwisu póki sam mógł coś zrobić. Okazało się, że jeden wentylatorów rzęzi strasznie głośno i irytująco co jak wiedział sprawiało niekorzystne wrażenie i wzbudzało nieufność klientów, że niby coś jest nie tak. Więc go wczoraj wyłączył ale dziś musiał się za to zabrać w swoim mikrobiurze na zapleczu. Zajęło mu to dłużej niż się spodziewał. Nie znalazł usterki. Zgadywał, że coś musiało się dostać do środka obudowy bo gdy ą zdjąl, pooglądął mechanizmy, przeczyścił i złozył z powrotem wentylator działał jak nowy. No i dzięki temu znów zaoszczędził parę dolców.

Dlatego za analizowanie ofert nowego dostawcy pieczywa zabrał się trochę później niż zamierzał jeszcze rano. Facet od pieczywa przedstawił rozsądną ofertę i miał tych bułek i bagietek naprawdę sporo a co wiecej był sklonny robić nawet kształtem czy rozmiarem albo i złozyć jakiś włany zestaw pod konkretnego klienta. To bardzo kusiło Karla. Kosztowało swoje ale i nadawało wyjątkowego ksztaltu dla jego bułkowych dań. Z drugiej strony wyroby Hobbsa były przede wszystkim proste, zwłaszcza w odbiorez dla klienta. Celował w tym by się kojarzyły ludziom z prostotą i spokojnym, nieskomplikowanym szamaniem w zaciszu jego knajpki. Tak by sobie mogli porozmawiać w spokoju podczas przerwy na lunch czy wpadajac po pracy albo wieczorem ci którym nie chciało lub nie mogli stołowac się w domach. Tak, Karl stawiał na prostotę. Prostota była nieskomplikowana i niezawodna. Dlatego nie był zainteresowany typem lokalu dla snobów z wykwintymi daniami. Wolał prowadzić solidny, firmowy lokal dla codziennych ludzi którzy wpadali się nasycić, pogadać, złapać oddech w codziennym potoku zajęć. Ale innowację się przydawały. Wcześniej rozmawiał o tym z Christą i też uważała, że warto spróbować. Zadzwonił więc do faceta i umówił się na spotkanie w poniedziałek. Mieli obgadać co właściwie mogliby nowego zaserwować w "Karl's Food".


---



Drugą ważną sprawą tego dnia, tym razem nie związaną w ogóle z pracą był występ jego dwunastoletniej córki w konkursie tańca dla dzieci. Obiecał jej, że będzie. No i był. Tylko wcześniej musiał z Mel ustalić jak to zorganizować by się nie musieć widzieć i spotykać nawzajem. Nie, nie rozstał się ze swoją ex w pokojowy sposób. I mimo, że mogliby się nie widziec pewnie z czystym sumieniem do emerytury to jednak nadal mieli ze sobą ograniczony kontakt ze względu właśnie na dzieci, które mieszkały z matką. I jej nowym facetem.

Mel miała więc załatwić przywiezienie Kim na występ. Widzieli się tylko przelotnie, wymieniając przelotne uwagi i grzeczności jak para niezbyt bliskich znajomych a nie ludzie którzy mieszkali ze sobą przez pół życia. Większość zresztą rozmowy dotyczyła detali odwiezienia córki bo Karl nawet o swojego syna Al'a wolał się podpytać córki. Jakos też mu się nie usmiechało, że mając tę piątkową okazję do spotkania Al, nie mógł czy nie chciał jak to Mel tłumaczyła, przyjechać tutaj. Ukłuło go to ale trzymał to dla siebie. Może dorastajacy młodzian faktycznie nie chciał oglądać "dziewczyńskich" zajęc bo przecież taniec nie jest dla prawdziwych facetów. A 15-latkowi ostatnio bardzo zależało by być supermęski i maczo i w ogóle. Efekt zdaniem Karla wychodził trochę groteskowy czy zabawny no ale mając go tylko z doskoku nie bardzo miał jak go naprostować. I to go martwiło.

Kim bardzo się przejmowała rolą przed występem ale jak już zaczęła te swoje latynoskie harce ze swoim partnerem to poszło jej oczywiście świetnie. Karl czuł prawdziwą radość i ocjcowską dumę widząc jak daleko zaszła odkąd ją kiedyś lata temu, prawie, że siłą zawiózł na pierwszą lekcję. A teraz coś tam z dzieciecą jeszcze, pewnością mówiła, że albo zstanie tancerką albo nauczycielką tańca. Nie mogła się jeszcze zdecydować. Karl nie wiedział jeszcze czy zostanie bo jako dorosły miał świadomosć, jak to się w życiu układa ale już widział, że taniec na pewno pozostanie bardzo ważnym elementem przyszłego życia Kimberly.

Na koniec wszyscy ucestnicy zebrali medale i dyplomy za udział w konkursie. Pierwszych i ostatnich nie było, liczył się sam występ i możliwość pokazania się i oswojenia z samymi tego typu imprezami. Karl był zachwycony, reszta rodziców zresztą też. Po konkursie musiał chwilę pogadać z nauczycielką Kim i pochwalić, że odwaliły obie kawał dobrej roboty. Nie zapomniał też o Juan'ie parnerze Kim, który tańczył jakby się z tym urodził więc i z jego rodzicami też pogadał chwilę. Własciwie to razem po imprezie wyskoczyli do sąsiedniej knajpki gdzie dorośli się nagadali i nachwalili swoimi pociechami a dzieci były zajęte pałaszowanie lodów i desrów no i śmiechem, zdrowym, nieskrepowanym, dzieciecym śmiechem który rodzicom potrafił dodać nadziei i chęci do życia z czymkolwiek by nie przyszło im się zmierzyć.


---



Te radosne i przyjemne pooudnie, przechodzące w wieczór skończyło się zdecydowanie szybciej niż Karl by sobie zyczył. Musiał jednak odwieźć Kim do domu. Pożegnali się w samochodzie bo Karl by się chyba skręcił jakby miał wejść do JEJ domu a jeszcze gadać z nią czy tym jej gachem... Po co mu te nerwy? No i musiał jeszcze wrocić do firmy by pozamykać wszystko i dopilnować by wszystko było w porządku na jutro rano.

Wszystko było w porządku więc pożegnawszy się z drugą zmianą ruszył z powrotem do domu. Była już z połowa piątkowego wieczoru gdy zajechał w końću swoim eleganckim, czarnym Voyager'em pod przydomowy parking. Humor po popołudniu z Kim bardzo mu dopisywał i miał ochotę jakoś uczcić ten dzień. Wchodząc do klatki rzucił mu się w oczy ich prywatny "klub" i właściwie postanowił skorzystać z zaproszenia. Musiał tylko skoczyć do siebie i zostawić swoje "pracowe" graty.
 
Pipboy79 jest offline  
Stary 08-03-2015, 21:11   #4
 
Affek's Avatar
 
Reputacja: 0 Affek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodzeAffek jest na bardzo dobrej drodze
Nie znoszę tej roboty. To były pierwsze myśli George'a za każdym razem, gdy zmierzał do pracy. Na tym, jak to kiedyś ktoś określił, "śmiesznym rowerku". Niezmiernie go to irytowało. Zresztą, jak te głupie twarze swoich współpracowników, które musiał widzieć sześć dni w tygodniu. I ci ludzie, którzy przychodzili do biblioteki. I zapłata. I... tak można wyliczać bez końca. Po prostu tego nie lubił.

- Cześć George, weźmiesz dziś dział młodzieżowy. - oznajmiła Martha, jego współpracownica.


Można powiedzieć, że była jednym z głównych powodów, dla których jego nastawienie do tej pracy jest tak negatywne. Szczebiotliwa i głupiutka, tak ją może określić. Jej sztuczny uśmiech i ogromny, zapewne równie prawdziwy entuzjazm sprawiały, że George'owi robiło się niedobrze. Jest jednak promyk nadziei, że dzisiejszy dzień nie będzie tak okropny jak zazwyczaj - dział młodzieżowy był zazwyczaj pusty. Dzięki temu będzie miał czas na rozmyślania i może w końcu podejmie jakieś decyzje, które zmienią jego strasznie nudne życie. Tak, to by było wspaniałe! Tylko, jaką robotę znajdzie po germanistyce? To dobre pytanie. Już wcześniej próbował zostać tłumaczem, ale ze względu na brak doświadczenia nie dostał pracy w żadnym wydawnictwie. Myślał też o zostaniu nauczycielem, ale biorąc pod uwagę, że jego nastawienie jest tak negatywne nie tylko do dzieci, ale też ogólnie do ludzi to jest spora szansa, że będzie jeszcze bardziej nienawidził tej pracy niż innych. I pewnie też będzie mu brakowało jakiejś pedagogiki, czy coś w tym stylu. Więc... utknął tutaj. Zawsze może jeszcze raz spróbować z tłumaczeniem, ale... ech. Nie ma za bardzo co ze sobą zrobić.

W gruncie rzeczy kulał też w innej sferze swojego życia. Nie miał przyjaciół, znajomych, a rodzice dawno o jego istnieniu zapomnieli. Wieczory spędzał samotnie przy konsoli, ewentualnie czytając jakąś książkę. To też zasługa jego niebywale trudnej osobowości. Wytykał wszystkim każdy najmniejszy błąd. Ludzie tego nie lubili, mimo, że George był otwarty na krytykę. Widocznie nie każdy chce stawać się coraz lepszy. Szkoda, jakże piękny wtedy byłby człowiek! Niestety, chyba był osamotniony w swoich poglądach. Pomyślał, kto z jego towarzystwa mógłby się z nim zaprzyjaźnić. Na pierwszy ogień poszli współpracownicy. Oprócz wspomnianej Marthy, której nie znosił całym sercem w bibliotece pracowały cztery osoby, włącznie z nim. Pierwszy, który mu przyszedł do głowy, to Steven. Pamięta go głównie dlatego, że zawsze się pytał, czy zaparzyć George'owi herbatę. Wygląda na to, iż miły z niego gość. Zawsze otwarty do ludzi, chętny do pomocy. Wzorowy pracownik. Zapewne też świetny mąż i przyjaciel. Karierowicz, pnie się w górę po szczeblach hierarchii pracowników. Nie zdążysz zauważyć, a już wbił ci nóż w plecy. Ten człowiek zapewne zrobiłby to i w przypadku Harrisa. Dalej... Dorothy. Chyba najstarsza osoba pracująca w bibliotece. Grubo po siedemdziesiątce, ciągle narzeka na George'a, że "ta dzisiejsza młodzież już taka bez zapału do pracy" i "że nie kocha książek". Podobnie jak Martha, sprawia, że jeszcze bardziej nic się nie chce robić. Chyba najbardziej zrzędliwa osoba, jaką znał. Narzeka na niemalże wszystko. Nawet George nie ma tak w zwyczaju. Dalej już nawet mu się nie chce wyliczać. Dwójka pozostałych to tak nijacy ludzie, że rozmawiał z nimi chyba tylko raz, na imprezie z okazji pięćdziesięciolecia założenia biblioteki, która odbyła się rok temu. Było tam zdecydowanie za dużo ludzi - przybył właściciel budynku i inni ważni ludzie. George się zmył, mimo tego, że pracuje tam od paru lat, wciąż nazywali go "młodym" i z niego szydzili. Nie była to konstruktywna krytyka, jaką Harris lubi. Wyśmiewali go.

To zanurzenie w myślach zostało przerwane przez jakiegoś młodzieńca. Wyglądał na zagubionego.

- Pomóc ci w czymś? - George już przeczuwał, że będzie to kolejny irytujący człowiek.

- Szukam... yyy... Co pan poleci? - wyraźnie nie wiedział, co powiedzieć.

Taaak, pięknie. George miał rację.

- A jakie gatunki lubisz? Może coś z fantastyki?

Chłopak się z jakiegoś powodu speszył i wyszedł. Różni ludzie chodzą po tym świecie. Jako, że został wyrwany ze swojego zamyślenia, George poszedł zrobić herbatę. Bibliotekę zamykają o piątej, a była druga. Nie wiedział, co będzie później robił. Zapewne po powrocie do domu będzie grał na swoim Playstation. Myśli Harrisa wróciły jednak na tor znajomych. Coś mu się obiło o uszy, że w bloku są jakieś rzeczy, gdzie ludzie się spotykają. Może kiedyś tam wpadnie. Jednak jego sąsiedzi pewnie nie są zbyt chętni aby spotkać gościa, który okupuje swoje mieszkanie od dobrych paru lat i nawet nie powie im na klatce "dzień dobry". Zawsze jest chyba czas, aby coś w swoim życiu zmienić. Dlatego George poprzysiągł sobie dwie rzeczy - wieczorem będzie integrował się z sąsiadami, zaś w przyszłym tygodniu się zwolni i zacznie szukać pracy jako tłumacz z języka niemieckiego.
 
__________________
It all makes perfect sense. Explained in dollars, centes, funts and pense.
Affek jest offline  
Stary 09-03-2015, 12:27   #5
 
Reinhard's Avatar
 
Reputacja: 2489 Reinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputacjęReinhard ma wspaniałą reputację
Gadający budzik z animowanej bajki irytującym tonem ojca wygłaszał pogadankę:
-Nie po to cię z matką wychowaliśmy, urabiając sobie ręce po łokcie, a tu taki wstyd. Po co w ogóle zadajesz się z takimi śmieciami? Tyle pracy włożone w twoje maniery, a słowa lecą ci z ust jak gnój ze stajni…
Terrence, skruszony i sfrustrowany jednocześnie, niemalże czuł ten gnój na języku, wykręcający kubki smakowy opar powstający z nagrzanego pola…słowa ojca dochodzące z budzika zmieniały się w jednostajny, narastający terkot…
To był budzik, wdzierający się w sen. A gnój w ustach…fakt, wczoraj przeholował z drinkami w Sport Pubie. Już miał zareagować na dźwięk jak zwykle, gdy przypomniał sobie, co kiedyś Sara powiedziała na temat wiązki przekleństw, którą tradycyjnie otwierał dzień, i zmilczał. To chyba pokrętna logika snów połączyła ojca, Sarę i budzik. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny…
Terrence dokonał wysiłku, by nie skupiać się na przeszłym wspomnieniu, więc jedynie przemknęło przez jego umysł, odświeżając jednak przygnębiające fakty. Szefa, mówiącego o kryzysie w branży, konieczności reorganizacji redakcji, w końcu wypowiadającego kluczowe słowa:
-Najlepsi nie mają się czego obawiać…
Kluczowe – to, co nie zostało powiedziane. Terrence nie był najlepszym. Był średniakiem, zbierającym siły u podnóża góry dziennikarstwa, której krętego szlaku pilnowały zasadzki, zastawiane przez weteranów. Posiadał jednak wystarczająco wrażliwy dziennikarski nos, by wiedzieć, że w nadchodzącej powodzi jedynie nieliczni, stłoczeni z nim na tym podnóżu, na nim pozostaną. Niestety, ojciec, sarkając na niepewność profesji opartych na naukach humanistycznych, miał rację…
Ruch. To, co najlepiej działało na przygnębienie – ruch, działanie. Terrence wziął szybki prysznic na rozbudzenie, umył zęby i wcisnął się w strój do biegania. Zamierzał zrobić rundkę rozszerzoną, po całym kwartale, żeby się zdrowo zmęczyć. Postanowił też, że tym razem nie zabierze odtwarzacza. Ostatni wieczór i rozmowa z Raymondem Phelpsem, dziennikarzem śledczym, któremu whisky nieco rozwiązała język, sprawiła, iż nieco ostrożniej niż inni ludzie podchodził do kwestii bezpieczeństwa. Raymond twierdził, że ludzie są nieco bardziej nerwowi, że zwiększająca się ilość drobnych wykroczeń prognozuje co najmniej kilka ciężkich przestępstw popełnianych w afekcie przez osoby nieodporne na stres. Sąsiedztwo Terrence’a było względnie bezpieczne, ale licho nie śpi.. Poza tym, potrzebował kontaktu z ludźmi.
Nie, odezwał się doktor Sinelli w głowie Terrence’a. Przed sobą powiedz prawdę.
I zgodnie z zaleceniami terapii, którą przeszedł po rozpadzie związku z Sarą i uświadomieniu sobie pustki w życiu, powiedział sobie prawdę. Byt ludzki jest intencjonalny, powie filozof. Wszystko, co robi człowiek, mu się opłaca, przetłumaczy biznesmen. I dziennikarz.
Potrzebował tematu.
Częściej niż zwykle pozdrawiał innych biegaczy. Z kilkoma, biegnąc w miejscu, porozmawiał chwilę, mając nadzieję, że zauważy coś pod pancerzem „small talk”. Biegać mógł każdy. Znał – z przelotnych pogaduszek – studentów, prawników, robotników, emerytów. Jego imiennik, Terry, już z daleka krzyczał o okazji, jaką ma specjalnie dla niego w salonie samochodów używanych. Starsza pani Abrams zagadnęła go o Katie, ewidentnie próbując pociągnąć za język w temacie Sary i stworzyć jakąś plotkę. Podziwiał dziennikarskiego ducha tej kobiety, realizującego się w klubie seniora i klubach bingo, więc wyłgiwał się używając profesjonalnego słownictwa, by mogła się czegoś nauczyć. Zak, nerwowy student wylewający z siebie kleisty pot, zaproponował zakup po okazyjnej cenie leczniczej trawki – „takiej, jaką palą na raka, mówię ci, samo zdrowie!”. Samo zdrowie jednak z niego nie wychodziło, wyglądało na to, że niedługo Zak będzie musiał sobie odpowiedzieć na pytanie – sport czy imprezy na wspomagaczach.
Jak na złość, nie działo się nic ciekawego. Nawet pojedynczego wozu policyjnego, odwożącego zapitego włóczęgę. Nawet kota, którego trzeba zdjąć z drzewa. Słoneczko, uśmiechy, żwawy i zdrowy kapitalizm.
Kurwa.
Coś zgrzytnęło.
Biegaczka przed Terrence’em źle postawiła stopę, uraziła kostkę. Podbiegł, podtrzymał, pomógł przykuśtykać do ławki. Podbiegł po lód do sklepu.
Ładny uśmiech, zgrabna figura. Annabelle Clarkson, asystentka prawnika w firmie consultingowej. Wyraziło się troskę o jej nogę. Obiecała zdać sprawę z wizyty u lekarza na kolacji o ósmej wieczór.

Godzinę później dobry nastrój wyparował bez śladu. Bruce Goldberg pakował rzeczy osobiste do tekturowego pudła. Reorganizacja firmy stała się faktem. Kilka biurek od niego Terrence obdzwaniał wszystkie swoje kontakty. Zdesperowany, zadzwonił nawet do swojego brata, ale ten, jako DJ, zapewne odsypiał noc. Odsłucha wiadomość pewnie dopiero koło szóstej wieczorem, jak mu przejdzie kac…chociaż nie. Ostatnio zapisał się do jakiejś popłuczyny New Age’u i chyba się w to wkręcił. Wegetarianizm, żadnych używek, medytacje. Ostatnio nawet sam zadzwonił i gadał jak nawiedzony, chciał zapraszać na jakiś wykład. Może pójść na ten wykład? Zawsze to jakiś temat…Terrence zostawił mu wiadomość, że chętnie pozna tę jego religię.

Pozostali – czy to ludzie poznani przy różnych sprawach i wiszący mu przysługę, czy kilku, którym gazeta zdecydowała się zapłacić – na bieżąco nie mieli nic ciekawego, choć obiecywali dać znać, gdy tylko coś się stanie.

Terrence obejrzał wiadomości na kilku kanałach, przewertował fora, na których poruszano sprawy ekonomiczne w Detroit. Napisał kilka newsów, ale nic elektryzującego, zwykła robota. Potrzebowałby informacji, która rozbija generalną tendencję – tendencję do reorganizacji, inwestowania poza Detroit, zwyżkę cen złota, rozbudowy struktur filialnych. Wszystkie te drobiazgi, które przeciętnemu człowiekowi, nieprzyzwyczajonemu do analizy dziennikarskiej papki nic nie mówią, niepokoją za to zawodowców. Potrzebował rozrostu jakiejś firmy w Detroit, powstania tu filii jakiejś korporacji, rozpoczęcia inwestycji. Takich informacji nie było. Gdyby taką znaleźć… Musiał pojechać do urzędu miasta. Jeżeli powstaje cokolwiek, tam będą wiedzieli. Tyle, że, jak zwykle, trzeba im to będzie wyszarpnąć z gardła.

Grupka dziennikarzy zbierała się na wspólny lunch. Terrence wymówił się jakąś sprawą i uciekł na parking. Ostatnim, czego mu było trzeba, to grupowe rozgryzanie sytuacji, ustalanie prawdopodobieństwa zwolnień i tak dalej. Musiał odświeżyć głowę. Poza tym, przygoda z Annabelle pozbawiła go czasu na śniadanie. Usprawiedliwiona była wizyta we włoskiej knajpce i porządna porcja spaghetti. Tym bardziej, że głośni klienci tego przybytku mieli w zwyczaju nieskrępowanie komentować aktualne wydarzenia, a dobry dziennikarz nie zaniedbuje żadnego tropu.

Po kilku godzinach wychodził z urzędu miasta. Trochę plotek, trochę gładkich banałów. Jedynym sensownym materiałem była burzliwa dyskusja, która przerodziła się w kłótnię, podczas wystąpienia inżyniera Marka Stevensona, który przyjechał z Japonii, z fabryk Toyoty, by opowiedzieć o zastosowaniu zasad kaizen w działaniu fabryk samochodów. Wystąpienie nie było obstawione przez dziennikarzy, gdyż notable na czele z burmistrzem otwierali dziś jakiś kompleks sportowy. Kłótnia rozgorzała po tym, jak Greg Stafford, lobbysta związków zawodowych, zarzucił Stevensonowi uczestnictwo w drenażu personalnym firm motoryzacyjnym, zorganizowanej akcji headhunterskiej, zachęcającej ludzi do pracy dla Toyoty w Japonii. Terrence pilnie nagrywał kłótnię, nie wierząc, że trafiła mu się taka perełka. Udało mu się zadać kilka pytań Staffordowi i parę „bez komentarza” od prawnika wspierającego Stevensona. Pędząc do redakcji, układał sobie w głowie artykuł. „Kaizen made in USA”. Pilnował się, by pozostać bezstronnym i nie używać mowy zależnej, lecz pełnych cytatów. Do artykułu dodał króciutkie bio obu stron – inżyniera i związkowca. Całość już zredagowaną podesłał szefowi na maila. Odpowiedź nadeszła po trzech minutach – przepuścić przez dział prawny i do druku.

Rzut oka na zegarek. Nie zdąży pojechać do domu. Na szczęście w redakcji, gdzie praca nigdy nie zamiera, była kabina prysznicowa, miał też zapasowe, eleganckie ubranie. W świetnym humorze, spędził uroczy wieczór z Annabelle. Jakby samo wyszło z rozmowy, że chętnie wybrałaby się gdzieś potańczyć, lecz nie w ciągu tygodnia, który ma dość zajęty. Wróciła do domu taksówką. Terrence’owi wyśmienity humor wystarczył za napoje wyskokowe, więc do domu dojechał samochodem.

Była już niemal dwunasta. Na podłodze salonu zastał puste pudełko po chipsach – Sara nie pozwalała Katie na ich jedzenie, ale sekretna umowa dziewczynki z Terrence’m obejmowała korzystanie przez nią ze słodyczy i przekąsek, pod warunkiem, że mama się nie dowie. I Terry wolałby, żeby się nie dowiedziała, co to za przyjemność mieć zmytą głowę.

Prysznic, ten cholerny budzik…
 
Reinhard jest offline  
Stary 13-03-2015, 00:20   #6
 
Molkar's Avatar
 
Reputacja: 1220 Molkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumnyMolkar ma z czego być dumny
Charlie wstał dość wcześnie, miał dziś zajęcia i choć bardzo nie chciało mu się już na tą uczelnie chodzić bo w końcu po co skoro wie wszystko czego próbują go nauczyć. Grafiką i komputerami interesował się od dziecka więc od małego zdobywał wiedzę w tym kierunku.
Jak zawsze wstał odpalił laptopa i miał zamiar zjeść przy nim śniadanie i wyjść na uczelnie, gdy zasiadł spostrzegł maila od ostatniego klienta któremu robił stronę internetową. Zdecydowanie mail od tego dupka był lepszy niż kawa bo jak tylko zaczął czytać od razu się rozbudził. Jak może mu nie pasować strona która jeszcze dwa dni wcześniej spełniała 110% oczekiwań i do tego cham ma jeszcze czelność pisać, że nie zapłaci mu ani grosza.
Szybko przejrzał listę rzeczy które Bobowi nie pasowały, jakim cudem ta lista jest aż tak długa pomyślał Charlie przecież to praktycznie robienie strony od początku z wykorzystaniem elementów z już tej istniejącej.

- Ehh co najmniej z cztery dni zmarnowane a nie odpuszczę przecież tych pieniędzy – stwierdził Charlie

- No cóż już wiem co w takim razie będę robił na uczelni i po zajęciach, do jasnej cholery tyle czasu zmarnować na nic

Zjadł na szybko to co przygotował, zgarnął laptopa do torby i ruszył na uczelnię na którą miał kilka minut plus stanie w korkach od rana, ale cóż taki koszt luksusu jak się chce jeździć samochodem. Wychodząc na schodach spotkał Sarę Harper ze swoją córką Katie którą jak co rano zawoziła do szkoły. Uśmiechnął się i przywitał nie zatrzymując po czym pognał do samochodu.

Charlie nie przepadał za większością ludźmi z uczelni, większość z nich to osoby które trafiły tu z przypadku albo dlatego, że sporo grali na komputerze jak byli mali więc myśleli, że znają się na komputerach. Widział, że sporą część osób przerastał niektóry materiał ale nadal jakoś ślepo trwali na zajęciach. Nie był też osobą która w takich miejscach zawiera nowe znajomości, zwykle to były 1-2 osoby bo przecież jak skończy szkołę to i tak nie utrzyma z nikim dłużej znajomości tak było w każdej poprzedniej szkole. Na uczelni do tych osób należał Leo Hicks który tak jak on na uczelnie przyszedł praktycznie tylko po dyplom, jego ojciec był dobrze zarabiającym informatykiem i większość wiedzy już mu przekazał, dogadywali się dobrze jak na dwóch nerdów jak to ich określali. Drugą osobą była Olivia Smith dziewczyna z którą od ok roku Charlie zależnie od dnia mniej lub bardziej udanie romansował. Od Leo dowiedział się, że podoba się Olivii lecz ona nie za bardzo chce się angażować po dość paskudnym ostatnim związku, Charlie był cierpliwy i miał czas, tego jednego mu nie brakowało.

Na uczelni jak sobie obiecał zajął się wstępnie poprawą strony dla Boba, nie lubił robić dwa razy tego samego przez głupotę innych ludzi a tu zmarnuje cztery wieczory na to aby wszystko poprawić. Charlie stwierdził, że musi zacząć brać większe zaliczki może wtedy bardziej marudne i niezdecydowane osoby nie będą się trafiać. Na ilość zgłoszeń przecież nie narzekał.

Po zajęciach Charlie jak zawsze w piątek odwiedził siłownię. Wiedział, że przy jego trybie pracy i spędzania wolnego czasu musi dbać o ruch. Jak zawsze na siłowni odciął się od otoczenia dzięki słuchawką w uszach i dobrej muzyce ze swojego telefonu.

po siłowni w drodze do domu wjechał do sklepu, nie przepadał za częstymi zakupami więc jak zawsze kupił jedzenia na kilka dni oraz dodatkowe jedzenie na weekend bo jak wiadomo, nigdy nic nie wiadomo co w weekend spotka młodego człowieka który mieszka samemu można na przykład spędzić całą noc grając na konsoli a wtedy człowiek robi się głodny.

Po powrocie do domu zabrał się za dalsze poprawianie zlecenia. Wieczorem przypomniał sobie jak ktoś mówił o pokerze na dole, wypadało by chociaż zajrzeć nawet jak nie będzie chciał zagrać. Wziął sześciopak piwa po czym ruszył na dół w końcu zawsze może posiedzieć i posłuchać co ciekawego się wydarzyło i pograć na konsoli.
 
__________________
„Dlaczego ocaleni pozostają bezimienni – jakby ciążyła na nich klątwa – a poległych otacza się czcią? Dlaczego czepiamy się tego, co utraciliśmy, ignorując to, co udało nam się zachować?”
Steven Erikson, „Bramy Domu Umarłych”, s. 427
Molkar jest offline  
Stary 13-03-2015, 01:50   #7
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 43205 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Każdy w mniejszym, bądź większym stopniu jest więźniem własnych przyzwyczajeń. Tara Lantana nie stanowiła wyjątku.Codziennie powtarzała ten sam ciąg porannych zadań, zaprogramowanych w podświadomości, wypalonych w mózgu na wzór ścieżek z płyty cd.
Rytuał.
Zawsze to samo, w tej samej kolejności i o identycznej porze. Czysta automatyka, dzięki której ciało wykonywało szereg podstawowych czynności bez udziału otępiało umysłu. Ten budził się powoli, opornie osiągając coraz wyższe obroty, aż do wielkiego przełomu w postaci pierwszej, porannej kawy.

Otworzyć oczy, sięgnąć lewą ręką pod poduszkę, by wyciągnąć hałasujący telefon. Wyłączyć budzik, jak zwykle wyświetlający 5.45 i odrzucić irytujące ustrojstwo na drugi koniec łóżka. Zastanowić się nad dniem wolnym, wzięciem dłuższego urlopu i zmianą branży.
A może wyjadę na Alaskę? - mózg tworzy pierwszą, w miarę spójną myśl, podczas gdy ciało podnosi się do pozycji pionowej i idzie w stronę łazienki, naciskając po drodze guzik ekspresu.

Przecież istniało tyle ciekawszych zawodów. Spokojniejszych. Bez konieczności użerania się z coraz to bardziej absorbującymi klientami...lub co gorsza niekompetentnymi podwykonawcami. Mogłaby pracować zdalnie z niewielkiego domku, ukrytego gdzieś pośrodku mroźnej głuszy...gdyby dochodził tam internet, albo telewizja. Albo cywilizacja ogólnie.

Strugi zimnej wody zmywają resztki snu, do głosu dochodzi bardziej pragmatyczna część rozumu. Tara uwielbiała swoją pracę, ale jak każdy miewała czasem wątpliwości. Szczególnie przed ciężkim, nerwowym dniem.

Klienci pokroju przyszłych państwa Mansonów nie trafiali się ot tak - to już była wyższa półka. Magiczny klucz otwierając wrota do zleceń trzy razy lepiej płatnych niż te, które Lantana realizowała do tej pory. Wreszcie nie będzie musiała martwić się niskim budżetem, szukaniem tanich ale wyglądających ekskluzywnie zamienników. Skończy się gimnastyka i płaszczenie przed jaśnie państwem z salonów sukien ślubnych, byle tylko wcisnęli jej klientkę w jakiś sensowny termin.

Jeszcze tylko jedno zlecenie i biorę urlop - obiecała sobie, zakładając szlafrok. Zawsze tak mówiła, a potem łapała kolejną fuchę i następną. I tak w kółko. Od pięciu lat.

Kawę wypiła z laptopem na kolanach, robiąc przegląd prasy codziennej. Przelatywała kolejne nagłówki artykułów, wyszukując co ciekawsze informacje, sprawdziła też pogodę. Co prawda ilu synoptyków, tyle prognoz na nadchodzący dzień, jednak z pięciu, czy sześciu dało się wyciągnąć jakąś średnią. Wszyscy zgadzali się co do jednego - będzie słonecznie i ciepło.
Parasolkę można zostawić w domu.

Raz jeszcze rzuciła okiem na maila od Alice-prawie-Manson, upewniając się co do czasu i miejsca dzisiejszego spotkania, choć obie informacje wyryły się kobiecie w pamięci w chwili gdy pierwszy raz przeczytała wiadomość. Gdyby ktoś obudził ją w środku nocy bez zająknięcia wyrecytowałaby “piątek o 9.30 w Michael Symon's Roast”.

Po kawie przyszedł czas na lekkie, zdrowe i pożywne śniadanie - przynajmniej takie zawsze planowała. Śniadanie jest podstawowym i najważniejszym posiłkiem, dającym energię na cały nadchodzący dzień...bla, bla, bla - pierdoły.
W praktyce łapała w przelocie dwie garście chrupek kukurydzianych i zapijała je sokiem pomarańczowym, o ile upolowała jakiś w lodówce. Kiedy Lilly przypadał obowiązek robienia zakupów, Tara miała całkowitą pewność, że oprócz przeklętych kukurydzianek nie znajdzie nic, co mogłaby zjeść bez ryzykowania reakcji alergicznej.

Następnym punktem planu było zaszpachlowanie niedoskonałości twarzy i przykrycie grzbietu warstwą ubrań. Koszula w białe pasy, ołówkowa spódnica, rajstopy i buty na obcasie - wszystko w ciemnych, stonowanych kolorach. Przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Może i powinna założyć coś optymistyczniejszego?
W końcu był piątek.
Po chwili zastanowienia dorzuciła do kompletu jedwabną apaszkę w barwie soczystej zieleni, przełamującą powagę i surowość stroju. Zadowolona z efektu spojrzała na zegarek. Do spotkania zostały raptem dwie godziny - akurat, by przed wyjściem spakować katalogi, fotoalbumy i wpić jeszcze jedną kawę.

***

Rozmawiając z młodą parą, Tara nie mogła z początku pozbyć się natrętnej myśli.
Jak wychodzić za mą, to tylko bogato.
On był dobrze zbudowanym, zadbanym brunetem po pięćdziesiątce, wyciśniętym w garnitur od Armaniego i ze złotymi RayBanami na nosie, ona niespełna dwudziestoletnią siksą ze zoperowanym biustem, tlenioną blond grzywą i obowiązkowym miniaturowym pieskiem na kolanach. Za kieckę, którą nosiła, normalny człowiek przeżyłby trzy miesiące i nie ograniczał się jedynie do kromki chleba i kubeczka wody. Patrząc na nią Tara popadała w kompleksy. Sama dobijała pod trzeci krzyżyk, a jej największym osiągnięciem życiowym była spłata kredytu na rozruch firmy. Jednak sposób w jaki ta dwójka na siebie patrzyła, przeczył pierwszemu wrażeniu odnośnie celu ich związku.

Przeciwieństwa się przyciągają, nie ocenia się książek po okładce - powiedzenia może i wyświechtane, lecz wciąż pozostawały aktualne. Stosując się do nich szybko złapała kontakt zarówno z Alice jak i z jej przyszłym mężem Adamem. a każdy dobry sprzedawca wiedział, że znalezienie wspólnego języka jest kluczem do sukcesu.

-O to, to mi się podoba! - blondynka trajkotała jak najęta, celując palcem w zdjęcie, przedstawiające bukiety panny młodej. Dwusetny w ciągu ostatniej godziny - Nie całość, bo jest jakaś taka za skromna... ale te kwiatki są urocze. Jak róże, ale nie do końca. Chcę takie, tylko w bardziej…- zawahała się, szukając odpowiedniego słowa.

- Wyjątkowym wydaniu? - Tara podpowiedziała i widząc potwierdzenie w postaci szerokiego uśmiechu klientki, kontynuowała - Nie ma najmniejszego problem. Każdy jest robiony indywidualnie. Pełny, czy zwisający - dobierzemy tak, żeby wszystko dobrze współgrało i z suknią i z dodatkami..a piwonie rzeczywiście są piękne, do tego w tym sezonie wyjątkowo modne. A jeśli chodzi o całą oprawę ceremonii? Macie już jakieś wyobrażenie?

Właścicielka kieszonkowego pieska zaczerwieniła się i rzuciła mężowi niepewne spojrzenie.
-No bo wiesz… - zaczęła nieśmiało -To najważniejszy dzień w naszym życiu. Chciałabym, żeby wyglądał jak z bajki.

- Plener w ogrodzie i kareta ciągnięta przez białe konie?

Energiczne potrząsanie głową i szeroki uśmiech starczył za najlepszy komentarz.
Piętnaście minut później podpisali kontrakt.


***


Spotkanie przeciągnęło się i nim ostatecznie uścisnęli sobie ręce na pożegnanie, wybiła piętnasta. Jeśli Tara chciała coś jeszcze tego dnia załatwić, musiała spiąć się w sobie. Co z tego, że był piątek? Dla niej wszystkie dni tygodnia wyglądały tak samo - składały się z przeplatających się ze sobą faz snu i pracy. Nie pamiętała kiedy ostatni raz wyrwała się z przyjaciółmi do klubu, czy kina. O tym kiedy ostatnio była na jakiejkolwiek randce wolała nawet nie myśleć. Podobne wydarzenie śmiało dało się datować na wczesny mezozoik.

Nie brakowało jej towarzystwa - cały czas z kimś rozmawiała, żartowała i prowadziła negocjację. Czasem wystarczyło, że przysiadła gdzieś na chwilę i zaraz obok mościł się całkiem obcy człowiek, by zacząć gadać, ot tak. Lilly żartowała, że Tara przyciąga do siebie ludzi...ale żaden nie zostaje na dłużej.
- Po tym zleceniu skombinuję sobie życie prywatne...jakiekolwiek. - powiedziała do swojego odbicia w samochodowym lusterku i momentalnie parsknęła śmiechem.
Zawsze tak mówiła, a wychodziło...jak wychodziło.

Żeby nie myśleć o pustym mieszkaniu, sięgnęła po telefon. Sprawdziła szybko która z godnych polecenia cukierni znajduje się najbliżej. Następne doradztwo z Mansonami co prawda miało się odbyć dopiero w niedzielę, ale pierwsze wywiady i wstępne terminy u fotografów, cateringowców i cukierników lepiej zaklepywać zawczasu, coby potem nie obudzić się nagle z ręką w nocniku.
Dobrze chociaż, że suknię klientka miała już sprowadzoną, a jakże, z Europy.
Kto bogatemu zabroni?
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 13-03-2015 o 01:53.
Zombianna jest offline  
Stary 16-03-2015, 23:09   #8
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 14345 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację

-Grasz tymi kartami, czy zamierzasz się do nich modlić?- zrzędliwy głos Wade’a przerwał skupienie graczy, wszystkich poza adresatem pytania.
-Nie muszę się modlić o sukces. Bóg jest po mojej stronie.- odparł z ironicznym uśmieszkiem Bert. – W końcu przetrwałem piekło na ziemi. A ty chcesz się przekonać, czy mówię prawdę?
- To zamierzasz podbijać stawkę, wymieniać karty czy…-
burknął Wade.- Chłopie, nie mamy całej nocy na twoje dumanie.
- Niektórzy już ziewają z nudów. Chłopie. Zastanawiasz się, jak baba przy wyborze butów.
- Zażartował Alistair.
- Nie popędza się geniusza.- odparł głośno Bert.
-Nie jesteś geniuszem.- burknął Wade.
- Twoje żetony twierdzą inaczej.- skontrował Bert kartami wskazując sporą pulę żetonów, z których duża część zaczynała jako pula Wade’a.
- To jak obstawiacie jutrzejszy mecz? Detroit Pistons zwyciężą… w końcu grają u siebie.-wtrącił ostrożnie Brian zerkając na Wade’a. Kowalsky tylko parsknął ze śmiechem.- Nawet nie wiem czy mi się chce o tym gadać. Koszykówka to nie sport dla mnie… Baseball to sport. Football amerykański to sport. Koszykówka to wariactwo. Banda kolesi w krótkich spodenkach gania od kosza do kosza.
- Soccer… też jest podobny. Banda kolesi gania od bramki do bramki…-
wtrącił Bert.
- Soccer to inna sprawa. Kwestia patriotyzmu.- mruknął Wade… fan europejskiej piłki nożnej.
- Nie rozumiem tego twojego patriotyzmu. Soccer, siatkówka…i to europejskie ligi.- westchnął Brian. – I football amerykański oraz baseball. Ale nie koszykówka i boks. Dziwne.
- A hokej? -
Dodał swoje trzy grosze i jeden żeton do pokera Alistair. - W Kanadzie za nim szaleją? Albo ten, no, jak mu tam, ten gdzie gania się za piłeczką z siatką na kiju jakby hokejowej. Pokręcone, kanadyjskie gry. Z tymi Kanadyjczykami zawsze było coś nie tak. inaczej. Za dużo francuskiej krwi, ot co.
- To kwestia różnego rodzaju patriotyzmu… Ciężko to wam zrozumieć. Z pewnymi rzeczami trzeba się urodzić po prostu. Wypić z mlekiem matki.-
speszył się Wade.
- Kanadyjczycy są dziwni, ale czego się spodziewać pod odszczepieńcach od żabojadów.- Bert sarknął gniewnie. -Ale i tak lepsi od tego kainowego plemienia.
Z jakiegoś powodu Bert i Rose Bernsteinowie nie cierpieli Francuzów, mimo że znali ów język i Bertowi zdarzało się kląć po francusku.
- Dobry wieczór. - rzekł wchodząc do środka uśmiechający się, mężczyzna w okularach. Wiekowo przy zebranych graczach zaniżał raczej średnią ale w całym domu zaliczał się raczej do górnej półki wiekowej. Zdecydowanie było mu bliżej wieku emerytalnego niż poborowego.
- Znalazłoby się jeszcze jedno miejsce? - zaczął podchodząc i wymieniając uśmiech z resztą zebranych sąsiadów. Widać było, że ma dobry humor bo zazwyczaj po pracy wracał do siebie. Dziś też wrócił ale nabuzowany pozytywną energią po popołudniu z Kimberly jakoś nie miał ochoty go spędzać sam w czterech ścianach. Przebrał się wiec tylko w bardziej domowe dresy, zabrał na dół czteropak piwa, dwie butelki wina, różowego bo lubił, i paczki jakiś snaków które trzymał “dla gości” i w końcu zazwyczaj sam je zjadał gdy odleżały swoje. Rzadko bowiem miał gości. A w domyśle trzymał je dla swoich dzieci bo może jakby kiedyś tak wpadły…
- Sypnij dolarami… żetony po jednym. Nie wolno kupić więcej niż 200 dolców, to w końcu rozgrywka towarzyska.- odparł przyjaźnie Wade.- A nie poker na prawdziwe pieniądze.
-Gdyby był na porządne sumy, to byśmy gospodarza kamienicy puścili w skarpetkach. Nieprawdaż Bert?-
zażartował Brian, a Bert tylko skinął głową.
- Witajcie, zdecydowałem się wyjść ze swojej nory. Znajdzie się miejsce? - pod usłyszeniu tych słów w drzwiach można było zobaczyć chudą sylwetkę pewnego młodzieńca. Świeża twarz, mimo, że mieszkał w bloku od paru dobrych lat, większość jego interakcji z sąsiadami sprowadzała się do “dzień dobry” na klatce schodowej. Był wyraźnie speszony i raczej nie wyglądał na specjalnie społeczną osobę. Jego ubranie wskazywało, że niedawno wrócił z pracy - w niewygodnej marynarce i dopasowanej do niej spodniach dość mocno wyróżniał się n a tle zgromadzonych osób. Na jego twarzy pojawił się niezręczny uśmiech.
- Jeśli coś się znajdzie, to… y… poczekajcie chwilę, przebiorę się w coś normalniejszego.
Wyszedł.
- Im więcej…- tyle zdążył powiedzieć Wade nim Harris zawrócił nagle. A Bert wzruszył ramionami dodając.- Nie ma się co dziwić. Wydukał więcej niż dzień dobry, więc jest postęp.
- Takie pokolenie…-
wzruszył ramionami Wade.- Nic tylko ten internet i telewizja. Nie potrafią docenić starych dobrych zabaw.
- Hej, wróciłem. -
George wrócił, ubrany już bardziej “po cywilnemu”, w bluzę oraz stare, znoszone dżinsy.
- W co grywacie? Widzę, że w pokera. Chętnie pogram. - zajął miejsce na najbliższym krześle. Szeroko uśmiechnięty, popatrzył na innych graczy. Zdecydowanie odstawał wiekiem.
- Sportowe rozgrywki, młody człowieku. - Powitał go Alistair.
- Nie strasz go sportem… toż to chudzina.- zażartował Wade.
- Gdyby to był prawdziwy sport, to byś ty wygrywał Wade.- sprostował sytuację Bert tasując karty.- A nie ja… Poker to gra umysłu, kontroli nad sobą, taktyki, pamięci i odrobiny szczęścia.
- Albo tylko szczęścia.-
dodał Wade.
- Generalnie też kontroli pęcherza, panowie - uśmiechnął się Dowson. - A propo... przepraszam na chwilę. Przy okazji zrobię miejsce nowym graczom.
- Och, jak wspaniale. Kontrola umysłu i farta to coś, co lubię. Tak, świetnie. -
George zatarł ręce.
- Sportowe rozgrywki w drobnych stawkach - rzucił Charlie wchodząc do ich mieszkania rozrywki.
- Znów ten poker, eh pamiętam jak ostatnio z wami zagrałem, musiałem przyjąć kilka projektów więcej i zarwać trzy noce aby wyjść na swoje, więc dziś chyba sobie odpuszczę rozgrywkę ale chętnie popatrzę jak inni grą
- Ee… Co będziesz tak stał i patrzył? Usiać i zagraj z nami. Może tym razem pójdzie ci lepiej? Trzeba myśleć pozytywnie. Jak ktoś jest nastawiony negatywnie to już jakby w połowie oddawał zwycięstwo. No ale… Może ja za bardzo jestem nastawiony ostatnio na walkę z tym cholernym Chińczykiem… Wiecie, że kupił nowy telewizor? Na pół ściany! No jak on mógł?! Jak ma takie dobre te swoje sajgonki i inne takie to po co ludzi mami telewizorem na pół ściany co? - początkowo Karl mówił żartobliwie ale pod koniec gdy temat zszedł na “tego cholernego Chińczyka” już tak z wyczuwalną nutą pretensji i żalu do Skośnookiego za jego “oszukańczy” numer z telewizorem.
- Nie dziękuje, na prawdę nie mam dziś nawet nastroju na grę w której trzeba zgrabnie blefować. Za dużo na głowie, posiedzę, pogram na konsoli i to wystarczy. Następnym razem się skuszę na partyjkę.-dodał jeszcze Charlie.
- Jeszcze trochę a prawdziwe Chińczyki nas najadą. Wtedy tym twoim nie będziesz się musiał martwić.- wtrącił ponuro Wade.
-Bzdura… Ty i twój defetyzm. Chiny się teraz bogacą nie w głowie im wojna.-wzruszył ramionami Brian, po czym zwrócił się do Karla.- To może ty zrób to… jak to się nazywa.... karaoke?
-Nie słuchaj go… Karaoke? Banda pijaków fałszujących do muzyki, to już lepiej załatw jakiegoś komika ze stand-upem co wieczór.- mruknął Wade z wyraźnym niesmakiem na obliczu. Widać nie lubił karaoke.
-Jeśli ten Chińczyk potrzebuje telewizora do prowadzenia knajpy, to długo nie pociągnie.- zawyrokował Bert i zmienił temat.- To co jutro. Poker?
-Poker… Koszykówka to nie dla mnie.-
stwierdził Wade.
- Na mnie nie licz. Mam rocznicę.- stwierdził Bert, a Brian dodał.-Ja tam koszykówkę lubię, ale oglądnę u siebie.
-Alistair? Karl? Charles?- spytał Wade zerkając także George’a czekając na ich deklarację w kwestii jutrzejszego wieczora.
- Jako, że dziś sobie odpuściłem to jutro chętnie zagram, z góry zaplanuje sobie dzień tak żeby wieczór mieć wolny.- stwierdził Charlie.
- Ja jeszcze nie wiem. Nie mogę obiecać. - odpowiedział z zastanowieniem w głosie właściciel “Karl’s Food”. Zastanawiał się. Karaoke? Komik? Nawała Chińczyków opanowujących to miasto? Miał nad czym rozmyślać na resztę wieczoru nawet jeśli większość z tego to w sumie żarcik.
- Tak, chętnie i jutro z wami posiedzę - George skrzywił się na samą myśl o następnym dniu. Biblioteka, ech. Nie znosi tego miejsca.- Co do chińczyków - wszyscy wiemy, że małe to, wredne i wszędzie tego pełno. Takie małe pchły.

Na stole bilardowym obok grających w pokera mężczyzn leżała przyniesiona przez Berta gazeta. Pozostawiona zresztą przez niego później. Zapomniana. Tak jak artykuł na pierwszej stronie.



Z wyjątkowo krzykliwym tytułem przyciągającym uwagę do mniej sensacyjnej treści.
W kierunku Ziemi zmierza meteor. Czy będzie ona przyczyną zagłady ludzkości?
Zauważony niedawno przez teleskopy obiekt niebieski jest o połowę mniejszy niż szacunkowy rozmiar meteoru, który przyczynił się do wymarcia dinozaurów. Wedle astronomów nam jednak nic nie zagraża. Obiekt powinien minąć Ziemię w wystarczającej odległości. Tym razem przynajmniej.
Problemem bowiem jest fakt, że ów meteor został zauważony zbyt późno, by można było zareagować na jego obecność w układzie słonecznym. Co się stanie następnym razem, gdy obiekt takiej wielkości będzie podążał trajektorią oznaczającą uderzenie w naszą planetę? A taka możliwość istnieje, bowiem ów meteor pochodził prawdopodobnie z obłok Oorta, sferycznego obłoku, składającego się z pyłu, drobnych okruchów i planetoid obiegających Słońce w odległości od 300 do 100 000 jednostek astronomicznych. Obszaru którego najwyraźniej my nie potrafimy nadzorować, mimo posiadania dziesiątek teleskopów i radioteleskopów. I mimo że problem takich meteorytów jest znany nam od wielu lat, ani rząd USA ani ONZ nie wypracowało żadnych porozumień międzynarodowych i planów na wypadek takiego zagrożenia.

Bo cóż sensacyjnego jest w stwierdzeniu oczywistości?

DETROIT LATO 2010 dzień -1


Przelatujący meteor był więc jedynie czymś co mogło ekscytować jedynie fanów astronomii. I trafił do gazet głównie ze względu na swe rozmiary. Znawcy tematu wiedzieli, że trzecią planetę od słońca co jakiś czas bombardują różne meteory które najczęściej giną po drodze do jej powierzchni spalając się w wyniku tarcia w atmosferze. Podobnie jak czasem ludzkie wytwory pozostawione na orbicie lub różne kawałki śmieci. Tak czy siak meteor trafiał do wiadomości jako egzotyczna ciekawostka. W 2010 świat miał ciekawsze rzeczy do robienia niż gapienie się w niebo.

Na przykład Terrence Carter miał “utarczki” z prawnikami. Sprawa utknęła w dziale prawnym. Ktoś doniósł szefostwu Toyoty o pyskówce Stevensona, a ci poprzez swych prawników zaczęli działać na rzecz wytłumienia smrodku legalnymi środkami naciskając na gazety, których dziennikarze uczestniczyli w tej niefortunnej konferencji. W końcu koncern nie chciał być kojarzony z jakimiś nielegalnymi praktykami.
Tyle że niewiele mógł zrobić. Poza składaniem oczywiście deklaracji iż ewentualne działania inżyniera Stevensona są jego osobistą inicjatywą, a nie są oficjalną polityką koncernu i wszelkie insynuacje tego typu będą automatycznie skutkowały pozwem sądowym. I oznaczało to stępienie wymowy artykułu jaki przygotował Carter. Perełka nie błyszczała już tak pięknie, zwłaszcza gdy na głównej stronie pojawił się artykuł Hernando Cortiza dotyczący nepotyzmu i korupcji w Department of Motor Vehicles. Terrence mógł sobie pluć w twarz. Poszedł bowiem po najmniejszej linii oporu. Zdobył bowiem ciekawy materiał i zamiast dalej drążyć temat, odwalił fuszerkę i dał prościutki artykulik.
Ale na swoje usprawiedliwienie Terrence miał długie i zgrabne nogi… należące oczywiście do Annabelle Clarkson.
W ramach “pokuty” dostał specjalne zadanie od szefa. Ponieważ specjalistka od kujonów i nerdów miała akurat urlop macierzyńsk , ktoś inny musiał odbębnić okolicznościowy artykuł do naukowych ciekawostek. Wypadło na Terrence’a. Ot, przejazd do najbliższej uczelni, wywiad z jakimś jajogłowym na temat meteorytów, parę fotek...ot, artykuł zapchajdziura. Wpierw jednak musiał przysiąść przy telefonie i ustawić sobie ten wywiad z jakąś poważaną uczelnią.

Alistair Dowson znalazł się w sytuacji dość niespodziewanej, gdy do jego drzwi zapukała Mindy Hoover z wyraźnie strapioną miną. Ważne sprawy wzywały ją na rajd po miejskich urzędach czy szpitalach. Alistair nie do końca to rozumiał, bowiem Mindy tłumaczyła sytuację dość nerwowo i chaotycznie. W dodatku w tej rozmowie przeszkadzała jej nieco trzpiotowata i bardzo żywiołowa Alice. Dziecko które było powodem pojawienia się Mindy w mieszkaniu Alistaira. Potrzebowała bowiem, by ktoś zajął się Alice podczas, gdy ona uda się na miasto. A ponieważ sytuacja w jakiej się znalazła zaskoczyła ją z przysłowiową ręką w nocniku… Mindy w swej desperacji zwróciła się do Alistaira właśnie.
I rzeczywiście wydawała się zdesperowana. Zostawienie swej pociechy z sąsiadem nie było pewnie jej pierwszym pomysłem. Ale zawiodły zapewne inne alternatywy i Mindy znalazła się pod ścianą. Była wyraźnie zestresowana tą sytuacją. Dłonie jej drżały, usta drżały… wypowiedzi się rwały.
Czy więc Alistair mógł w takiej chwili odmówić pomocy tej kobiecie?

Charlie Belanger siedział w domu podczas tego weekendu.Pisanie od nowa strony okazało się zajęciem żmudnym i nużącym. Nie miało żadnego powiewu nowości jakim było jej tworzenie od podstaw. Nie było w tym żadnej kreatywności, nie było zabawy. Było tylko benedyktyńskie wręcz przeszukiwanie kodu strony i przerabianie jego fragmentów, by wreszcie zadowolić klienta. Człowiek… zwłaszcza młody i energiczny jak Charlie, nie mógł tego robić przez kilka godzin z rzędu. Więc urozmaicał sobie tą katorgę przerwani na surfowanie po necie, granie w gry MMO i inne rozrywki. Do czasu aż internet się urwał, a jego próby zaowocowały okienkiem.


WTF.?!

Rankiem Tara Lantana poznała Gregory’ego Lardetsky’ego… Podczas śniadania, nigdy go nie spotykając, nigdy z nim nie rozmawiając, nie widząc go ani raz na oczy. Wystarczy że Lilly się w nim zadurzyła, od pierwszego wejrzenia i od trzeciej wspólnej kawy. Musiała się swym szczęściem podzielić z rodziną, toteż Tara wysłuchiwała dość długiego i szczegółowego monologu na temat “jeszcze nie, ale wkrótce może chłopaka lub byłego chłopaka” swej kuzynki. Nie nowina. Lilly umiała podrywać chłopaków. I szlifowała tę umiejętność regularnie się zakochując. Tak… z miesiąc, dwa po rozstaniu z poprzednim. Tak więc Tara musiała wysłuchać jego wszystkich zalet podejrzewając, że za tym monologiem kryje się coś więcej. Tym razem Lilly starała się wyraźnie podkreślić, że ten… może być tym ostatnim. Co prawda poprzedni też niby mieli być, ale…
Prawdziwe intencje kuzynki pojawiły się pod koniec monologu.
- Zaprosiłam go na kolację do mnie… to jest do nas, więc… Możesz tak na wieczór, znaleźć sobie coś do roboty... poza domem?- zapytała ostrożnie Lilly z niewinną minką.

George Harris musiał uznać ten telefon za nieoczekiwany. Po pierwsze nie spodziewał się telefonu od starego przyjaciela ze studiów jakim był Henry Bowman. Tym bardziej, że przyjaciel było w tym przypadku określeniem na wyrost. Bardziej kolega pasowałoby, choć… to też nie odpowiadałoby rzeczywistości. Idealnym określeniem byłoby, “osoba która studiowała to samo co ja w tym samym czasie i miejscu”. Ot, rozmawiali wiele razy, wymienili się kilkanaście razy notatkami, pomagali sobie czasem, ale po za tym… Harris nie potrafiłby powiedzieć, o Bowmanie nic poza jednym faktem. Był przebojowy, już na studiach zdobył stypendium zagraniczne, a także dziewczynę. Harris nie widział Bowmana od czasów studiów, nie słyszał o nim nic. I zapewne Henry również nic nie słyszał o Harrisie. A jednak… zdobył jego numer i zadzwonił do George’a. Czemu teraz właśnie? I czy Harris powinien zgodzić się na spotkanie?

Kłopoty, kłopoty, kłopoty… ostatnio było to słowo prześladujące Karla Hobbsa. Kłopoty z konkurencją, kłopoty z pracownikami… właściwie z jedną pracownicą, ale taki przykład demoralizował.Póki co nie było jeszcze kłopotów z płynnością finansową firmy, ale Hobbs był pewien, że i te wystąpią z czasem. Szlag.
Dość. Nie zastanawiać nad tym, nie stresować, nie denerwować. Karl co prawda był zdrowy jak koń, ale miał też swoje lata. Nie warto testować wytrzymałości organizmu niepotrzebnym stresem, zwłaszcza, że weekend i tak był ciężkim wyzwaniem dla jego baru. Wyzwaniem, które należało podjąć i pokonać. Zysk bowiem uzyskany na weekendzie, był wystarczającą nagrodą. Bowiem właśnie weekendowe zyski pozwalały zarobić Hobbsowi na tyle by utrzymać pasożyty i wytrzymać nacisk konkurencji. Dlatego też ten okres, był tak ważny i jego ekipa musiała się na zadaniu. Cóż, przynajmniej ta pracująca część ekipy.
Obecnie Karl zajmował się sprawdzaniem stanu spiżarki, by w razie czego zamówić brakujące produkty, gdy podszedł do niego Larry wyraźnie zmieszany i próbujący o czymś powiedzieć. W końcu poruszył temat mówiąc.
- Bo… Ja rozmawiałem na dzielnicy i… można by spróbować załatwić sprawę Marii. Znaczy… jest taka osoba, dość dobra… tak słyszałem. Prywatny detektyw. Można by… popytać czy dałoby się coś zrobić.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 26-03-2015 o 21:03.
abishai jest offline  
Stary 24-03-2015, 16:25   #9
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 16118 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Wieczorny poker był dla Alistaira formą aktywności przed snem. Szansą na pośmianie się w zacnym gronie równolatków, czasami okazją do ponarzekania lub wspominek. Dobrze się czuł z tymi ludźmi i cieszył, że w tych rozszalałych czasach, gdy królowała przeklęta technologia komunikacyjna, ludzie mieli jeszcze ochotę siedzieć ze sobą i rozmawiać.

Piwo, nawet pite w umiarkowanych ilościach, miało jednak negatywny wpływ na jego podstarzały pęcherz i kiedy do stolika dosiedli się nowi, młodzi gracze, Dowson skorzystał z okazji by udać się do miejsca, które przez całe życie zawodowe naprawiał i remontował. Prosta kiedyś czynność oddania moczu przeciągała się w lekko irytującą ceremonię pojękiwań, pluśnięć i zmuszania pęcherza do tego, by słuchał reszty ciała. Kiedyś Alistaira wkurzało to szczanie kropla po kropelce. Teraz już przywykł.

Niemniej jednak do stołu gry nie wrócił. Przebrał się w pidżamę, pooglądał jakiś durny program o zdradzonych żonach w TV i zdegustowany poszedł spać nie zapominając o wieczornej dawce radosnych pigułek.

Wesołe jest życie emeryta. Nie ma co.

* * *

Rano wstał w dobrym humorze. Może to kwestia wieczornego pokerka, a może ciśnienia lub pogody. Alistair nie wiedział. Przywitał się ze zdjęciem żony ustawionym przy łóżku w sypialni. Wstał i poczłapał do łazienki.
W nieco gorszym nastroju, po kilkunastu minutach, wyszedł i zajął się przygotowaniem do wyjścia z domu.

Śniadanie, prawie jak co dzień, zjadł w barze dwie przecznice dalej. Serwowali tam wyśmienite placki i kawę. Poczytał gazetę czekając aż kelnerka wypełni zamówienie, ale nie znalazł w niej nic wartego uwagi. Zjadł i spacerkiem wrócił do domu. Dzisiaj miał w planach przejść się do parku i pokarmić kaczki, potem chciał podjechać do dawnej pracy, zobaczyć jak sobie bez niego radzą Jim i Edgar, dwaj najlepsi kumple, którym do emerytury zostały jeszcze dwa lata. Szczęściarze. Przynajmniej ich życie ma jakiś cel.

* * *

- Dziecko. Ja - Alistair zmieszał się, kiedy sąsiadka wyłuszczyła mu swoją prośbę. - To ... no nie wiem. Nie mam wprawy w opiece nad dziećmi. Szczególnie małymi dziewczynkami. Czy nikt inny nie może? Naprawdę? Lubię pani córeczkę, naprawdę. Ale nie wiem czy sobie poradzę. No wie pani.

- Wade gdzieś wyszedł. Nie mam pomysłu z kim innym mogłabym zostawić.- w jej głosie słychać było desperację.

- Tylko ja zupełnie nie znam się na małych dzieciach - bronił się Dowson rozpaczliwie. - Ile bym musiał jej pilnować?

- Tylko dwie godziny… Przecież nie zostawię mojego skarbu na dłużej.- rzekła zrezygnowanym tonem głosu Mindy.- Postaram się wrócić jak najszybciej.

- No dobra. Dwie godziny, nie ma sprawy. Ale powiedz mi, co takie małe damy robią w wolnym czasie. Dać jej coś do czytania. Nie wiem. No wiesz - zmieszał się wyraźnie.

-Masz jeszcze wideo? Mam kasety VHS z teletubisiami, to powinno ją zająć.- zamyśliła się Mindy przytrzymując lekko pociechę, która najwyraźniej garnęła się do eksploracji nowego terytorium.

- Mam. Niech więc będą te całe teletubole. Tylko czy pomożesz mi włączyć to ustrojstwo. Jakoś rury czy inne śruby nie stanowią dla wyzwania ale ta cała elektronika. Brrr. Nigdy nie miałem jakoś do niej przekonania.

-Dobrze… to jaki masz model?- zapytała nieco niepewnym tonem głosu Mindy. Najwyraźniej i ona nie czuła się pewnie jeśli chodzi elektronikę.

- Czarny. - odpowiedział emeryt z uśmiechem wzruszając ramionami.

- To źle… lepiej sobie radzę z szarymi.- zażartowała Mindy podchodząc do wideo Alistaira.- Uruchamiałeś to kiedyś? Jest to podłączone w ogóle?

- Kiedyś działał. Ostatnio nawet oglądałem na nim film z narodzin syna i wesele kuzynki. wszystko chyba jest jak należy. Wystarczy wrzucić kasetę i tyle.

Wzruszył ramionami ponownie.

- Przynieś te telemisie i zobaczymy.

Mindy pospiesznie pognała do domu pozostawiając Alistaira sam na sam z ciekawską istotą wpatrującą się w niego i ssącą kciuk. Po czym po przyniesieniu kasety zaczęła majstrować przy wideo, by puścić owe telecośtam na telewizorze Alistaira. Po jakimś czasie się udało, choć emeryt niewątpliwie nie był przygotowany na te dziwne różnokolorowe koszmarki tak dalekie od znanych mu tworów Jim Hensona. Dzieci naprawdę lubią takie rzeczy?

- A jakieś jedzenie dla niej czy coś? Co jedzą takie małe dziewczynki?

- Zaraz wszystko przyniosę. I przeciery i resztę.- rzekła Mindy patrząc z zadowoleniem na to jak jej pociechę pochłonęły obrazki z telewizora, po czym szybko znikła pozostawiając Alistera sam na sam z dzieckiem.

Czekał aż wróci z rezerwą obserwując dziecko. na razie musiał oswoić się z myślą, że bawi się w baby-sitter. uśmiechnął się do swoich myśli. On, prosty hydraulik na emeryturze. Wkrótce Mindy wróciła z przygotowanym naręczem różnego rodzaju przedmiotów, w tym pieluch, zabawek, smoczków… Alistair tylko przez chwilę zastanawiał się czemu nie przyszła z tym wszystkim, skoro najwyraźniej miała ot już przygotowane. Doszedł jednak do wniosku, że najpierw chciała go przekonać, a dopiero potem pokazać mu bagno w jakie wdepnął. Podczas gdy jej pociecha śmiała się do kolorowych koszmarków gaworzących na ekranie Mindy szybko i nerwowo wykładała mu sto i dziesięć zasad opieki na dzieckiem w nadziei, że choć z dziesięć z nich spamięta, na czele z najważniejszą. Nigdy nie spuszczać dziecka z oka.

Potem wyszła. Alistair i mała zostali sami.

- Cześć – powiedział, kiedy dziewczynka spuściła wzrok obrazków na ekranie. – Dziadek Alistair będzie musiał się tobą zająć.

Dziewczynka nie odpowiedziała. Patrzyła na niego swoimi wielkimi, ufnymi, sarnimi oczami.


* * *

Nie było tak źle, jak Alistair się spodziewał. Dziewczynka była co prawda strasznie żywym dzieckiem i wszędzie jej byłe pełno, ale też odczuwała chyba pewną obawę co do starszego mężczyzny i zachowywała się nad wyraz grzecznie, jak na takiego berbecia oczywiście.

Najpierw Dowson miał trochę czasu na zaklimatyzowanie się do nowej sytuacji, bo małą pochłonęły bajki. Obserwowała dziwaczne, kolorowe stworki skaczące po zielonej łące i co chwili wskazywała paluszkiem któregoś z powagą mówiąc do Alistaira coś, co brzmiało jak: „mimi”, „bubu” czy podobne zlepki sylab. Na każde szczebiotliwe stwierdzenie małej Alistair odpowiadał poważnym uśmiechem i stwierdzeniem „tak, skarbie”.

Problemy zaczęły się, kiedy bajka znudziła się małej. Z typowym dla dziecka w jej wieku zainteresowaniem zaczęła obchodzić mieszkanie Alistaira interesując się wszystkim na wysokości jej noska. Starszy mężczyzna z trudem nadążał za dziewczynką, która – miał wrażenie – dwoiła się i troiła będąc w kilku miejscach na raz.

W końcu znalazł jednak sposób. Piłeczki. Stare pamiątki po synu, których nie wyrzucił. Piłki do bejsbola. Alistair turlał pił kępo podłodze, a mała ganiała za nią ze śmiechem. Potem, kiedy się zmęczyła, nakarmił ją przecierem zostawionym przez Mindy. Istny Armagedon. Jedzenie było wszędzie, łącznie z włosami małej i Alistaira.

Po jedzeniu znów turlali piłeczkę… Ta zabawa, miał wrażenie, nie była w stanie znudzić się małej. To zadziwiające jak dziecko potrafi zafiksować się na jednej, zdawało się nudnej i powtarzalnej, czynności.

Mindy wróciła, tak jak obiecała. Alistair oddał małą i rzeczy nie zapominając o kasecie z dziwnymi stworkami. Podarował też dziewczynce piłkę, którą bawili się tak dobrze pod nieobecność mamy.

- Masz świetną córkę. Bardzo grzeczną – pochwalił Alistair dziewczynkę odprowadzając obie panie do schodów.

Wrócił do mieszkania, które teraz znów wydawało mu się takie puste i ciche. Włączył telewizor, na jakimś programie z rozmawiającymi ludźmi i zajął się porządkowaniem po wizycie małej. Zaczął od swoich włosów.

Popołudniem wybrał się na obiad i karmienie kaczek w parku. Wizytę w starym zakładzie pracy postanowił przełożyć na inny dzień. Wracając zahaczył o sklep z zabawkami i kupił wielką, przytulaną lalę zamiarem podarowania jej małej córeczce Mindy przy pierwszej sprzyjającej okazji.

W domu zasiadł fotelu i zajął się czytaniem książki. Z tym samym co zawsze, dość miernym, skutkiem. Chyba jednak był za głupi na dzieła filozofów klasycznych. Może powinien przerzucić się na literaturę, która sprawiała mu frajdę za dzieciaka. Albo na Playboye.

Postanowił dać jeszcze jedną szansę tym cholernym filozofom.
 
Armiel jest offline  
Stary 24-03-2015, 19:57   #10
Szpieg Reptilian
 
Zombianna's Avatar
 
Reputacja: 43205 Zombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputacjęZombianna ma wspaniałą reputację
Jeśli Tara dostawałaby pięć dolców za każdym razem, gdy jej kuzynka wpadała w ramiona jakiegoś faceta, byłaby już bogata. Potrafiła zrozumieć wiele: młodość co musi się wyszumieć, chęć czerpania z życia pełnymi garściami i tą specyficzną, szaleńczą pogoń za związkiem idealnym. Docierało do niej, że prócz pracy, ludzie miewają jakieś inne zajęcia, rozrywki, ba! Sama miała ich kilka zaplanowanych na ten wieczór. Przygotowanie wstępnego kosztorysu dla Mansonów, zebranie w kupę ofert i przerobienie ich w zgrabną prezentację. Poza tym chciała porządnie wypocząć przed szalonym tournee, czekającym ją następnego dnia. Kiepski wygląd dało się zamaskować odpowiednim make-upem, ale złego humoru już nie.
-Kolację u ciebie- powtórzyła za Lilly niczym zacięta płyta, wpatrując się w nią uważnie. Zakochała się...po raz kolejny, a zauroczony człowiek dostrzegał tylko to, co dostrzec chciał. Jeśli młodej stałaby się krzywda, zarówno ciotka jak i rodzona matka obdarłyby Tarę żywcem ze skóry. Przed wyrażeniem zgody na cokolwiek, musiała chociaż zobaczyć gościa. Spojrzeć mu w oczy, chwilę porozmawiać. Upewnić się, że nie jest jakimś psychopatą, ćpunem, albo złodziejem - Na którą go zaprosiłaś?

-Na ósmą wieczorem… kolacja przy świecach… wino.. ooo… wino też muszę kupić, czy może został tobie jeszcze jakiś dobry rocznik ?- świergotała niczym wróbelek Lilly zupełnie ignorując ukryte przytyki Tary. Wpadła jak śliwka w kompot… znowu. Przynajmniej wychodziła równie szybko i gładko z kolejnych związków, jak w nie wpadała.

- Z winem bym uważała. Człowiek po alkoholu traci hamulce i może zachowywać się mniej czarująco niż normalnie. - Lantana sięgnęła po kubek z kawą, posyłając blondynce jeden ze swoich czarujących uśmieszków. Ciekawiło ją, czy mała potrafi jeszcze na tyle przytomnie myśleć, by wyłapać aluzję odnośnie jednego z byłych partnerów. Terry, Larry, Gary...kto by ich zliczył i przede wszystkim spamiętał jak się po kolei nazywali?
Zwinięty na jej kolanach pyton otworzył leniwie jedno oko, wystawił rozwidlony jęzor, po czym ponownie zapadł w drzemkę, gwiżdżąc na trudną sytuację rodzinną i cały otaczający go świat. Ubrany był w gustowny, różowy sweter, pokrywający połowę jego długiego ciała. Nazwa “sweter” co prawda średnio pasowała, ale brzmiała o wiele lepiej niż “ocieplacz na węża”. Kobieta pogłaskała trójkątny łeb, uśmiechając się pod nosem. Gadzina robiła się coraz większa. Jeszcze trochę i będzie potrzebowała większego terrarium.

- No… trochę na to liczę… już zbyt długo patrzyłam na to ciasteczko. Czas się poczęstować.- zachichotała Lilly, po czym westchnęła.-Gregory jest prawdziwym dżentelmenem, ale trochę robi się to nudne. Wino mogłoby nieco go rozruszać.

Wbrew sobie Tara parsknęła, kręcąc z politowaniem głową. Miała się zachowywać jak relikt przeszłości, skamielina wykopana z głębi ziemi przez grupę archeologów. Głos rozsądku, niedoceniany w dzisiejszych czasach i powoli odchodzący do lamusa. Hopkins wiedziała jednak, jak przebić się przez jej maskę opanowania.

- Czyli nie chcesz się mnie pozbyć na sam wieczór, tylko całą noc. Lilly...mówiłam ci przecież, że jestem w trakcie bardzo ważnego zlecenia. Jutro mam drugie spotkanie z klientami i masę pracy przed nim. Przygotowanie wszystkiego poza domem...odpada. Nie mogę tego zawalić - tłumaczyła spokojnie, nie spuszczając oka z rozmówcy - Czy ta kolacja koniecznie musi się odbyć dzisiaj?

-Taaaraaa… to może być ten jedyny.- odpowiedziała smutno Lilly wyginając usta w podkówkę.- Może...wiesz… spróbujemy jakoś załatwić ci inne lokum? J.C. wieczorami pracuje w rozgłośni. Może byś dogadała się z nią, albo coś innego byśmy wymyśliły? Taki facet trafia się raz w życiu.
Co prawda Lilly trafiał się zwykle raz na kwartał w różnej odmianie, ale kuzynka ten detal jakoś wypierała ze swej pamięci.

-Umówmy się w ten sposób - Tara upiła łyk kawy, zmieniając ton głosu na taki, którego używała zazwyczaj do rozmów z podwykonawcami i resztą petentów, próbujących wcisnąć jej zamiast obiecanego towaru jakiś kit lub tandetę - Powiedz Gregoremu, że kuchenka się zepsuła, albo mamy awarię kanalizacji w bloku. To nie jest penthouse, podobne wypadki zdarzają się często. Ewentualnie zwal winę na mnie - mogłam zjeść nie to co potrzeba i się rozchorować. Z tego co mówisz jest mądrym facetem, będzie kojarzył czym jest nietolerancja glukozy. Jeśli nie...wytłumacz mu, że uwieszony na muszli klozetowej członek rodziny nie sprzyja aurze romantyzmu i intymności. W ramach rekompensaty zaproś go do restauracji, a ja ogarnę co mam do ogarnięcia i po niedzieli zniknę na dzień-dwa, zostawiając ci klucze do mieszkania, pełną lodówkę... nawet załatwię klimatyczną dekorację na stół: świece, kwiaty i zastawę. Zrobisz obiecaną kolację, albo ugadamy catering. - ponownie sięgnęła po kawę, obserwując uważnie młodą znad krawędzi kubka.

- Ale ale….- ta argumentacja załamała Lilly. Wizja romantycznej randki doprawionej szczyptą pikanterii rozwiewała się przed jej oczami, co sprawiało że zbierało się jej na płacz. Nie tak sobie wyobrażała ten wieczór.

- Ale i tak kolacja z noclegiem ci nie ucieknie - Tara kontynuowała łagodnie, przywołując na twarz uśmiech. - Do tego zamiast kilku godzin będziecie mieć dla siebie całą dobę. Brzmi rozsądniej, mam rację? Idź dziś z nim do restauracji, a w przyszły weekend zaproś do nas. Jeden tydzień...to nie tak długo wobec prawdziwej miłości, prawda? - zakończyła, skutecznie ukrywając całe morze sarkazmu, które się w niej przelewało. Może utrzymałaby faceta u swego boku dłużej, jeśli poznałaby jego charakter przed wyskoczeniem z majtek..a nie potem.

- Pogadam z nim…- rzekła tak jakoś bez entuzjazmu w głosie.-Ale wtedy pewnie wrócę wcześnie. Robimy babski wieczór?

-Jakoś wygospodaruję czas, żeby obejrzeć z tobą te dwa filmy - odpowiedziała patrząc na młodą z bólem w sercu. Nie znosiła podcinać jej skrzydeł, ale termin wybrała sobie fatalny i nie do przeskoczenia. Naraz kobieta drgnęła - A nie możesz zaprosić Gregorego mimo mojej obecności? Jeśli obiecasz, że hałas nie przekroczy dozwolonej ilości decybeli, to zamknę się w pokoju i nie będę wam przeszkadzać. Mieszkanie jest dość duże, ja i tak pracuję ze słuchawkami na uszach...a jeśli Gregory okaże się maniakalnym mordercą, to poszczuję go Kwadratem - mrugnęła, spoglądając w dół na śpiącego węża.

-Jeśli ci to nie przeszkadza… wiesz że ściany są…- wskazała ręką na sufit i przypomniała jej tym, że Tara wielokrotnie słyszała kłótnie sąsiadów nad sobą. I ich godzenie… mimo skrzypiącego ich łóżka dobrze słyszała ich jęki. Byli głośni i w kłóceniu się ze sobą i w godzeniu.

- Nie przeszkadza - zapewniła - I tak pewnie położę się spać dopiero koło drugiej.

- Dzięki, będę miała u ciebie dług.- kuzynka rzuciła się na Tarę i tuląc cmoknęła w policzek dodając entuzjastycznie.-A teraz idziemy do mojej szafy, musisz mi pomóc wybrać coś od czego opadły by mu spodnie na sam widok. I podniosło coś innego.

Pozytywny nastrój młodej udzielił się również Tarze. Przynajmniej zobaczy tego całego don Juana na własne oczy, chwilę z nim porozmawia. Może naprawdę był miłym gościem? Ludziom trzeba dać szansę.
-Niech będzie, tylko daj mi dopić kawę...

Co prawda Lilly pokiwała swoją blond główką na zgodę, lecz po minucie już ciągnęła Tarę do swojego pokoju, trajkocząc przy tym pełnym ekscytacji i podniecenia głosem. Kolejne trzy godziny zleciały im na wyciągnięciu i przymierzeniu wszystkich kiecek, jakie znajdowały się w ich domu. Na warsztat poszły nawet ubrania Lantanty, z powieszonych w karnym rządku kreacji zmieniając się w wielką górę różnokolorowego materiału, rzuconą na środek pokoju. Kobieta patrzyła na to ze zgrozą, nie komentowała jednak, godząc się z losem zarówno swoim, jak i uporządkowanej do tej pory garderoby. Cierpliwie podawała i doradzała, aż finalnie znalazły “tą jedną” - ciemnoczerwoną, koktajlową sukienkę z półokrągłą, odcinaną pod biustem górą i diagonalnie wszytymi dla ozdoby suwakami u dołu.
Zadowolona z efektu Lilly wyściskała starszą kuzynkę i szczebiocząc wesoło wyleciała z domu, krzycząc w progu coś o fryzjerze i makijażu.

Tara wreszcie została sama, a cisza która nagle zapanowała na polu bitwy uradowała ją niezmiernie. Czuła się zmęczona, choć dopiero zbliżał się wieczór. Posprzątała pospiesznie bałagan i założywszy mało wyjściowy dres, stoczyła się po schodach do jaskini hazardu , jak nazywała przerobione na blokową świetlicę mieszkanie. Pograła chwilę z dozorcą w karty, ściągnęła J.C. na kawę do siebie.
Potrzebowała oczyścić myśli przed pechową kolacją. Trochę zazdrościła młodej umiejętności, czasu i zacięcia w wyszukiwaniu korowodu facetów.

Po tym zleceniu naprawdę przystopuję z robotą - mruknęła ponuro, zakładając na grzbiet przygotowaną dla siebie małą czarną. Pierwsze wrażenie było najważniejsze, nie chciała narobić Lilly wstydu, paradując przed jej potencjalnym przyszłym chłopakiem w mało wyjściowym opakowaniu. - Wrócę do hobby, weekendy poświęcę na relaks i odpoczynek…

Dałaby obciąć sobie rękę, że zwinięty na łóżku wąż uśmiechnął się ironicznie.

- I ty, Brutusie…


***


Opis jaki zaprezentowała Lilly pasował do mężczyzny, któremu Tara otworzyła drzwi. Ot, typowy menedżer i… playboy.


Wysoki, przystojny i specjalnie nieogolony, by podkreślić iż nie jest milutkim chłoptasiem, tylko miejskim drapieżnikiem. Szarmancko ucałował Tarę w dłoń, co mogłoby doprowadzić każdą feministkę do gorączki… choć nie z powodu przekonań.
-Ty musisz być ta wspaniała kuzynka Tara. Lilly mi tyle o tobie opowiadała.- zaczął mówić. I na pewno nie kadził jej. Hopkins pewnie powiedziała jemu wszystko o swej współlokatorce.

Tara nie miała pojęcia skąd młoda wytrzasnęła podobną zdobycz, ale wiedziała już dlaczego tak mocno wierciła dziurę w brzuchu i panikowała przy szafie. Rzadko się zdarzało, by ich mieszkanie odwiedził wolny samiec...do tego 10/10 i chyba dobrze sytuowany, sądząc po jakości garnituru. Kobieta musiała przygryźć wnętrze policzka, żeby przypomnieć sobie czyim gościem jest ów przystojniak.
- Miło cię poznać, Gregory- odpowiedziała, spoglądając mu prosto w oczy - Mam nadzieję, że nie wypaplała niczego kompromitującego.

-Ależ skąd. Nie wiedziałem czy przynieść kwiaty czy wino. Przyniosłem oba.- wyjaśnił jedną ręką podając bukiet kwiatów, a drugą sięgając w bok. Tuż przy drzwiach postawił bowiem ciemne czerwone wino. Był grzeczniutki. Nic dziwnego, że Lilly chciała go nieco rozruszać.

-Rozbieraj się i wchodź śmiało - uśmiechnęła się, wskazując brodą wnętrze mieszkania - Napijesz się czegoś, nim Lilly skończy przygotowania? Kawa, herbata...coś mocniejszego?

-Zdam się na twoją propozycję. Szczerze powiedziawszy… nie spodziewałem się, że tak ładną kuzynkę ma Lilly. W ogóle nie spodziewałem się spotkać jej kuzynki.Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotu?- zapytał ostrożnie, możliwe że domyślał się iż ten wieczór mógł obfitować w atrakcje.

- Specjalnie zgoliłam brodę i schowałam do szafy miotłę wraz z innymi wiedźmowatymi akcesoriami, żeby młodej wstydu młodej nie narobić. Nie przejmuj się, jeśli znajdziesz gdzieś oko traszki, albo skrzydło nietoperza. Zazwyczaj nie gryzą - ze śmiechem ujęła faceta pod ramię i poprowadziła do salonu - Nie jesteś problemem, spokojnie.

- Żeby wszystkie wiedźmy były tak ładne jak ty to by nie miały tak paskudnej opinii. A co do napitku, to co zaproponujesz?- zapytał Gregory całkowicie oddając się w ręce Tary.

-Uważaj, bo naprawdę wylądujesz w kotle i co wtedy? Szkoda by trochę było- odcięła się z rozbrajającym uśmiechem, sadzając gościa na kanapie. - Wolisz szkocką, bourbona...a może tequilę?

-Bourbona z lodem jeśli można… przy takim uśmiechu, nawet kocioł brzmi zachęcająco.- komplementował Gregory. Trzeba było przyznać, że umiał zarzucić haczyk z przynętą.

-Poczekaj więc chwilę- Tara w trybie pilnym przeszła do kuchni. Będąc za bezpieczną zasłoną ściany, oparła się o nią plecami i zamknęła oczy, próbując uspokoić rozbiegane myśli. Zbyt dawno nie miała nikogo w swoim życiu i najzwyczajniej w świecie dostała kociokwiku, na widok samca, a ten skurczybyk jeszcze to wykorzystywał. Swoją drogą dobry był z niego numerant.
-Wdech, wydech, pełna kontrola - - upomniała się, otwierając oczy. Byłaby ostatnią mendą i świnią, gdyby próbowała wyrwać kuzynce faceta...do tego na ich randce. Wszystkie lustra musiałaby rozbić, jako ze na gębą swą po podobnym numerze nie mogłaby spojrzeć. Wyciągnęła z zamrażarki woreczek z lodem, z szafki szklankę wraz z butelką i spreparowawszy drinka wróciła do gościa.
Młoda mogłaby się pospieszyć...co ona robiła w tej łazience, na miłość boską?

To zdecydowanie trwało zbyt długo, czyżby coś się stało w łazience? Bo przecież nie mogła tam utknąć tam. Tara sama była kobietą i wiedziała że Lilly przeciąga strunę z przygotowaniami. Na szczęście Gregory cierpliwie czekał na drinka dając Tarze azyl od swej obecności. Sytuacja mogłaby się kiepsko potoczyć, gdyby Gregory podążył za nią.
-Dziękuję… sama się nie napijesz?- zapytał z ciepłym uśmiechem Gregory kosztując napitku.-Dobry rocznik.

- Wiedźmy nie piją tego, co same przygotują. Testują to na nieświadomych niczego śmiertelnikach. Cieszę się, ze smakuje. Pij spokojnie, ja sprawdzę co z Lilly. Może sukienka się nie dopina...albo coś - popatrzyła przepraszająco na Gregorego - Zajmiesz się sobą jeszcze przez minutę-dwie?

-Będę pamiętał, żeby sam przygotować… jeśli przyjdzie mi ugościć wiedźmę tak uroczą jak ty.- odparł żartobliwie Gregory po czym skinął głową dodając.-Jasne… jestem dużym chłopcem. Nic mi się chyba nie stanie tutaj przez te kilka minut.

-Czy dużym nie wiem. Nie sprawdzałam - palnęła, nim zdążyła pomyśleć i momentalnie zrobiła się czerwona. Obróciła się więc na pięcie i podreptała pod łazienkę. Policzki piekły jak jasna cholera.
-Młoda, wszystko w porządku? - zapukała w drzwi trochę zbyt natarczywie. Po tym całym cyrku znajdzie sobie własne życie prywatne. Tym razem bez wymówek.

- Ja chyba stąd nie wyjdę… moja piękna fryzura.. ona się rozsypała. Wyglądam jak szczotka.- zaczęła się żalić przez drzwi Lilly. A więc taki był problem. Misterna konstrukcja z którą przyszła od fryzjera oklapła. A przecież nie było sensu ryzykować z nową fryzurą przed taką randką.

Tara zacisnęła szczęki, odliczyła powoli do dziesięciu i wypuściła powietrze przez zęby. Oto nadszedł moment, w którym przyszło jej pożałować zgody na urządzenie w domu całej tej szopki. Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie jej kuzynką została największa pierdoła po tej stronie oceanu?
-A mogłam teraz spokojnie i bez stresu robić kosztorys dla Mansonów - mruknęła pod nosem i dodała głośniej - Podtapiruj górę i utrwal lakierem. Tym czarnym, jest najmocniejszy. Parę godzin wytrzyma, a potem to jak wyglądają twoje włosy nie będzie miało większego znaczenia. I nie panikuj. Poradzisz sobie?

-Eeee.. tak.. zagadasz go jeszcze z pięć minutek?- zapytała ostrożnie Lilly wiedząc, że już i tak zaciągnęła spory dług u kuzynki.

A mam wybór?- jęknęła w duchu, waląc głową w ścianę. Ruski cyrk...po prostu ruski cyrk. Na głos odpowiedziała -Jasne młoda. Nie spiesz się.

-Dzięki. Odwdzięczę ci się jakoś.- odparła cicho Lilly.

-Wystawię fakturę - słowom towarzyszyło zrezygnowane prychnięcie.
Do salonu wróciła z profesjonalnym uśmiechem i cichą nadzieją, że wszystko się zaraz skończy. Nadzieja jest matką głupich, ale każda matka kocha swoje dzieci. Znając młodą fryzura stanowiła preludium apokalipsy, mającej rozegrać się w najbliższych godzinach.

-Wszystko w porządku?- zapytał Gregory zaskoczony pojawieniem się Tary samej. Uprzyjemnił sobie czekanie wypiciem połowy drinka.

-Tak, nie przejmuj się. Lilly za parę minut przyjdzie - usiadła na tej samej kanapie, tyle że po drugiej stronie - O ile niczego nie podpali, nie wysadzi w powietrze...nie połamie, ani nie potnie. Siebie na przykład.

Mężczyzna był trochę zdziwiony zachowaniem Tary,-Chyba cię nie uraziłem moim zachowaniem. Lilly wspominała, że jesteś bardzo opiekuńczą osobą. Zapewniam cię, że ja nie zamierzam jej zrobić krzywdy. To taki aniołek.
Widać że jeszcze dobrze jej nie znał.

Lantana drgnęła, unosząc pytająco lewą brew. Po chwili dołączyła do niej druga, a twarz rozjaśniło zrozumienie. Facet rzeczywiście połknął kij. Ostrożnością dorównywał saperowi, a ona zapomniała o manierach - karygodne. Z przepraszającą miną przetransportowała tyłek bliżej niego.
-To nie tak. Wybacz Gregory - powiedziała szybko - Przez swoje poczucie humoru wyląduję kiedyś na stosie...ale cieszę z zapewnień. Musiałbyś się bardzo postarać, żeby mnie urazić. Wyluzuj. Nie wiem co ci naopowiadała młoda, ale nie gryzę. Serio...chyba że to środa, w środy pluję kwasem.

- Wspomniała że ma starszą acz ładną kuzynkę, która się nią opiekuje. Że mieszkacie razem i że jest bardzo z niej dumna.- stwierdził z uśmiechem mężczyzna nieco się odprężając.-Skłamała jeśli chodzi o wiek. Wyglądasz jak jej równolatka. Gdy usłyszałem… słowo “starsza kuzynka”, oczami wyobraźni widziałem czterdziestoletnią bizneswoman. Teraz opowieści o tym, jak wiele robicie razem… budzą nieco inne skojarzenia. Wybacz... bourbon zaczął przeze mnie przemawiać.- zaśmiał się nieco niezręcznie próbując zamaskować tą wpadkę.

-Taaak...a jakie to skojarzenia zamiast dziergania na drutach połączonego z wspólnym sączeniem herbaty masz teraz? - parsknęła, szczerząc bezczelnie zęby. Alkohol zaczynał działać i dobrze. Miała w głowie kilka doraźnych pomysłów jak rozruszać tego drewniaka...ale żaden z nich nie spodobałby się Lilly. Musiała ograniczyć się do gadki i donoszenia drinków.

-Wiesz… eeemm… takie tam męskie fantazje. - zaśmiał się wesoło Gregory na którego alkohol i obecność Tary działały rozluźniająco. I nie przeszkadzało mu już schodzenie na swobodne tony. Choć trzeba mu było przyznać… ręce trzymał przy sobie i skończywszy drinka dodał.- To teraz moja kolej na drinki?

-Męskie fantazje powiadasz - Kobieta kiwnęła głową - Z chęcią o nich posłucham...w kuchni, patrząc jak rozlewasz nową kolejkę.

-Nie wiem… czy to dobry pomysł. Zresztą bądźmy szczerzy, pewnie słyszałaś o takim pomysłach nie raz. Nie jestem chyba jedynym facetem który fantazjuje na temat ładnej kobiety, ani też za bardzo oryginalnym w twych fantazjach.- najwyraźniej Gregory starał się wymigać od opowiadania takich historyjek.-To w końcu są tylko fantazje, które zostają tylko w naszych głowach.
Ruszył do kuchni, by spełnić prośbę Tary jeśli chodzi o drinki.-Zresztą zapewne ty też masz jakieś, prawda?

- Słyszałam...ale co z tego? - Kobieta zaśmiała się szczerze - One nie należały do ciebie. Każda osoba ma swój prywatny, unikalny tok rozumowania. Wiesz Gregory, człowiek uczy się przez całe życie. Nie ma dnia, by nie dowiadywał się czegoś nowego, a pogłębianie wiedzy kształtuje charakter oraz światopogląd. Postęp jest dobry, o wiele lepszy niż marazm i zastój, cofające nas do epoki ciemnoty, gdzie każdy sądził że to ziemia jest epicentrum kosmosu. Trzeba więc korzystać z każdej okazji na poszerzenie horyzontów. - nawijała beztrosko, pokazując gościowi gdzie ma szukać poszczególnych składników. - I jasne, że różne rzeczy chodzą mi po głowie. Cogito ergo sum

- Z sumy dwóch ładnych kuzynek wychodzą w męskiej wyobraźni, nagie sytuacje pod prysznicem.- mruknął trochę cicho Gregory mieszając sobie trunek.- Jeśli wiesz co mam na myśli. A na co ty masz ochotę?

- Wiesz, nie raz się z młodą razem kąpałyśmy gdy wymieniali rury w bloku i woda leciała z kranu tylko przez godzinę dziennie. Mogłyśmy albo się pozabijać, albo współpracować. Rzeczywistość jest daleka od wyobrażeń, uwierz mi.- skrzywiła się, przypominając sobie spartańskie warunki w jakich musiały egzystować przez bity miesiąc - A jeśli chodzi o twoje pytanie - ciekawi mnie czy równie zręcznie jak robić drinki, potrafisz inne rzeczy. - zakończyła wzruszając ramionami, a w jej głowie zalęgła się pewność, że na sto procent wyląduje w piekle.

-Oczywiście… zdaję sobie sprawę, że to co jest męską fantazją nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Niby każdy marzy o blondynkach bliźniaczkach w łóżku… ale fantazja sobie, a realia takiej sytuacji nie przypominałaby tego co puszczają na kanale Playboy’a.- zaśmiał się Gregory smakując swojego drinka.-Nie powiedziałaś co chcesz do picia, ani o jakie rzeczy ci chodzi?

- Robić masaż na przykład - Lantana przeszła przez pokój i podskakując lekko usiadła na kuchennym blacie. Chciała mieć pełen widok na poczynania gościa. Śledziła każdy jego ruch, upewniając się że prócz standardowego składu napój nie będzie zawierał żadnych dosypanych ukradkiem substancji. Może i rozmowa przebiegała w dość przyjemnej atmosferze, ale o tym co przystojniakowi siedziało pod kopułą wiedział tylko on. Od dmuchania na zimne nikt jeszcze się nie sparzył. - W wyborze drinka zdaję się na ciebie. Tylko nie przesadzaj z cyjankiem i arszenikiem, jestem na diecie.

- Masaż? Nie wiem… Nigdy nie byłem masażystą, medycyna natura...aaaa… mówisz o masażu ramion, czy… bardziej… ogólnym.- zamyślił się Gregory robiąc dość prostego drinka Tarze.-Myślę, że radzę sobie z masowaniem. Jakoś nie miałem z tego powodu kłopotów.

Ruda miała już absolutną pewność, że Lilly ją zamorduje, ale w takiej chwili nie mogła położyć po sobie uszu i uciec z podkulonym ogonem. Po prostu nie mogła -godziłoby to w jej dobre samopoczucie.
- Chodziło mi o barki - mruknęła, wyciągając rękę po szklankę - Ostatnio łupie mnie w karku. Ach, ta starość.

-Acha barki… No to odwróć się?- zasugerował w końcu Gregory przyglądając się Tarze i jej szyi.
Nasłuchując, czy drzwi od łazienki nie wydadzą z siebie charakterystycznego chrobotu otwieranego zamka, kobieta stanęła na podłodze, plecami do Gregorego - Zaczynaj waść. Zobaczymy, czy to czcze przechwałki, czy rzeczywiście nie masz na co narzekać.

Miał silne dłonie i zaczął nieporadnie… delikatnie dotykał nie bardzo wiedząc jak zacząć. Chyba nie był tak dobry… Kolejne ruchy palców jednak przynosiły ukojenie. Gregory poczynał sobie coraz pewniej, może nawet zbyt pewnie pieszczotliwie wodząc i po barkach i po podstawie szyi i po samej szyi Tary.
-Ładnie pachniesz, to perfumy czy szampon?- zapytał wesoło… ale szeptem do jej ucha. Sytuacja więc robiła się trochę… intymna. Stał za blisko, jego silne dłonie masowały jej barki coraz bardziej stanowczymi ruchami rozmasowując zmęczenie i podsuwając nieodpowiednie skojarzenia z grą wstępną.

- Nie jest najgorzej - przyznała, przymykając oczy. Wydawało się jej, czy nagle temperatura w kuchni wzrosła o kilkanaście stopni? Gość miał talent w dłoniach...albo najzwyczajniej problem leżał w niej samej. Nie pamiętała kiedy ostatni raz była w podobnej sytuacji, a złośliwa podświadomość podsuwała usłużnie coraz to pikantniejsze obrazy. Przesycony bourbonem oddech łaskotał odsłoniętą szyję i policzek, przyprawiając serce o stan przedzawałowy. Skupiała resztę woli, by nie rozpłynąć się na podłodze, lecz rejestrować co dzieje się w najbliższej okolicy.
-Pakiet mieszany - westchnęła, gdy zręczne palce natrafiły na napięty mięsień i stanowczo go ucisnęły.

-Czy przeszedłem już test?- zapytał zaciekawiony, po czym zatrzymał na chwilę moment.-Nie wiem czy rozmasowałem już wszystko, ale zwykle… potem posuwam się niżej z masażem. Nie jestem zawodowcem jeśli chodzi przynoszenie ulgi mięśniom.

-A co, zmęczyłeś się? - rzuciła zaczepnie - Jeszcze nie zdecydowałam. Możesz kontynuować, pozwalam.

Dłonie Gregory’ego bezczelnie zsunęły się z barków na piersi Tary, na moment jednak tylko. Chwilę zaczepnie krążyły po jej biuście po czym wróciły na barki. A adrenalina w żyłach Tary podskoczyła gwałtownie…. sytuacja robiła się dwuznaczna.Trudno było stwierdzić, czy już podrywała chłopaka Lilly, czy jeszcze była niewinność w tych żartach. Skrzypienia nie dosłyszała jednak, zamiast tego ciche przeklinanie. Młoda pewnie nie radziła sobie z tapirowaniem sama tak dobrze jakby chciała. A niewątpliwie chciała olśnić Gregory’ego, który posłusznie wrócił do roli niewolnika rudej.

-A drink smakuje madame?- zapytał żartobliwie.

- Mhmmmm - wymruczała. Jeszcze tylko chwila...krótka chwila i wróci do szarej codzienności tabelek, papierzysk, oraz marudzących klientów. Wciąż tego samego rytuału i pustki, wypełnionej natłokiem pracy. Przecież obiecała młodej, że zajmie się gościem, rozrusza go...tylko nie zauważyła momentu w którym to on przejął kontrolę, a może nie chciała zauważyć?
-Wrócimy do salonu? - westchnęła ciężko, otwierając oczy z prawie fizycznym bólem.

-Nie powiedziałaś, jak mi poszło z masażem.- nadal szeptał jej do ucha, nadal masował jej ramiona.

- Całkiem nieźle- jęknęła -Jeśli nie przestaniesz, to zaraz wyciągnę cię z tego opakowania...a to by było niewłaściwe.

- Ehmmm… to… ciekawy pomysł. Ale zostawmy moje fantazje na boku.- zaśmiał się wesoło Gregory biorąc jej słowa za żart.-Chyba że to jakiś kolejny test?
Na szczęście odsunął dłonie od Tary.-Przyznaję, że niewątpliwie jesteś… pokusą kuzynko Taro i naprawdę ciężko trzymać ręce przy sobie w twej obecności. To był pomysł Lilly z tym testem na wierność? Udany… naprawdę z trudem ci się opieram.

- Test? Nieee, to żaden test tylko zwykły OZN - przeleciało kobiecie przez myśl, gdy poprawiała bluzkę. Dopiero po chwili zorientowała się, że powiedziała to na głos. Odchrząknęła, maskując zmieszanie solidnym łykiem alkoholu.

-OZN?.. nie rozumiem.-zapytał zaskoczony Gregory przyglądając się działaniom Tary.- Wybacz ten chłopięcy wybryk… jakoś nie mogłem się powstrzymać.

- Nie ma czego wybaczać, było miło. Dzięki...może to kiedyś powtórzymy - machnęła ręką, jakby chcąc dać wyraźny znak, że nic niezwykłego, czy gorszącego się nie stało. Przez chwilę biła się z myślami, po czym obróciła się na pięcie i stając oko w oko z mężczyzną wyjaśniła znaczenie skrótu -Ostry Zespół Niedorżnięcia.

-Acha… acz trudno mi w to uwierzyć.- stwierdził z uśmiechem Gregory.-Nie wyglądasz na taką, która miałaby problem z zaciągnięciem faceta do łóżka. No cóż… wiem, że kobiety są bardziej skomplikowane. Uczucia się liczą i te sprawy. Znam wielu facetów, dla których wystarcza ładny wygląd. Ja oczywiście taki nie jestem.
Zaprzeczał, ale niezbyt żarliwie. Może nie był z Lilly tylko dla łóżka, ale na pewno miewał samcze momenty… w swej głowie przynajmniej.

-Są cuda na tym świecie, które się filozofomm nie śniły - odpowiedziała wymijająco, pochylając ciało delikatnie do przodu - Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz.

- To już torturowanie z premedytacją.- oczy mężczyzny przykuł wyraźniejszy obecnie dekolt Tary i nawet nie próbował tego ukrywać. Skrzypnięcie drzwi świadczyło o tym, że Lilly wyszła już z łazienki.

-Co poradzisz? - przygryzła wargę, robiąc krok do tyłu -Wiedźmy już tak mają…
- Znaczy... ładny biust?-odparł żartem Gregory i ruszył do pokoju gościnnego od czasu do czasu zerkając na Tarę, czy podąży za nim. W końcu dość dużo czasu spędzili w kuchni. Tara znała mieszkanie na tyle dobrze, by zorientować się po odgłosach kroków, że młoda udała się do swego pokoju, by doszlifować urodę.

- Może...kto wie? Nie potrafię ocenić go obiektywnie. - Tara dopiła drinka, pustą szklankę odstawiając na szafkę. Obiecała sobie, że gdy to wszystko się skończy, dokona na młodej aktu przemocy fizycznej. Jeszcze nie wiedziała jakiego, będzie myśleć na bieżąco...łamiąc Lilly kołem, ćwiartując, albo przypalając rozpalonym żelazem. Na razie jednak poprowadziła gościa na powrót do salonu, usadziła na kanapie i rzucając zdawkowe “poczekaj chwilę” ulotniła się do siebie. Ten wieczór nie należał do niej...znowu.
Była wolna wreszcie. Kilka chwil po zamknięciu drzwi usłyszała wesoły szczebiot blondyneczki przepraszającej, że ta długo musiał czekać, oraz jego odpowiedzi, że nic nie szkodzi, że warto było. Teraz mogła skupić się na swym zleceniu, na kosztorysach i na całej swej robocie. Tylko czy po tej całej rozmowie pełnej lekkiego napięcia była w stanie się na tym skupić?
W uszach wciąż słyszała głośny szum krwi, tętno rozsadzało żyły od środka...w takim stanie ciężko było się jej skupić na czymkolwiek, prócz wspomnień sunących po ciele dłoni.
-Zamorduję cię Lilly - obiecała czterem ścianom i z cichym westchnieniem zamknęła drzwi na klucz. Szybkim krokiem przemierzyła pokój i zasłoniwszy okno, ze złością ściągnęła z siebie sukienkę. Ciuch wylądował na podłodze smętną czernią jedwabiu szpecąc idealnie biały dywan. Kobieta położyła się na łóżku, sięgając dłonią między uda i pięć minut później byłą gotowa do pracy. Kosztorysy wymagały pełnej sprawności umysłowej.
Po tym zleceniu NAPRAWDĘ załatwię sobie życie osobiste - pomyślała po raz kolejny tego dnia....i nie ostatni.
 
__________________
A God Damn Rat Pack

"I am the bad one, distant and cruel one.
I am the dream that, keeps you running down."

Ostatnio edytowane przez Zombianna : 24-03-2015 o 21:01.
Zombianna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:15.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166