Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 09-05-2015, 21:05   #1
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Horror - Piekło, labirynty i diabły

To miasto niemal od wieków przyciągało ludzi wszelkiej maści. Od przestępców uciekających przed prawem, poprzez wszystkich szukających szczęścia w dalekich stronach, a kończąc na zdeterminowanych ludziach sukcesów.
To tutaj krzyżowało się tak wiele ścieżek i dróg z najodleglejszych zakątków świata. Przez wielu kochany i uwielbiany, dla innych jest symbole rozkładu i upadku, niczym starożytny Babilon.
A tak naprawdę jest to po prostu kolejne, wielkie współczesne miasto. Takie samo, jak wiele innych na świecie.
Posiada ono swój specyficzny klimat, ale czyż o Londynie lub Moskwie nie można powiedzieć tego samego.
Niczym w wielkim tyglu wymieszane są tutaj najróżniejsze kultury i narody, ale czyż w Paryżu lub Berlinie nie jest obecnie podobnie.
Świat już nie tylko nazwy jest globalną wioską. Od lat współczesne miasta, niezależnie od szerokości geograficznej wyglądają tak bardzo podobnie.
Nadal jednak dla wielu Nowy Jork to miasto symboliczne. Stolica świata, współczesny Rzym i Babilon w jednym. Potężny moloch, którzy przyciąga i przeraża jednocześnie.
Duszący i ciasny, ale szczycący się nadal największym miejskim parkiem. Miasto pełne sprzeczności i paradoksów.

I to właśnie tutaj los lub złośliwi bogowie, skrzyżowały ścieżki kilku tak bardzo różnych, a jednocześnie niezwykle podobnych sobie ludzi.
Ludzi z których każdy skrywał w swej duszy mroczną tajemnicę. Ludzi, który z różnych powodów byli zainteresowani tym samym. Wszyscy oni razem i każdy z osobna, chcieli penetrować i badać najmroczniejsze zakamarki tego miasta. Zaglądać do obskurnych dzielnic i gett. Odwiedzać opuszczone magazyny i zdewastowane budynki. Spotykać ludzi wyklętych i zepchniętych na margines. A wszystko tylko po to, aby babrać się w najgorszych ludzkich grzechach i zbrodniach.
Chcieli pomagać i nieść światło nadziei wszystkim tym, którzy zostali porzuceni przez system.
Na co dzień zapewne nie myśleli o swojej pracy w tak wzniosły i idealistyczny sposób. W głębi duszy jednak tak właśnie odbierali swoją działalność. I chociaż zdawali sobie sprawę z beznadziejności tych wysiłków i niemocy naprawienia świata, czy nawet pojedynczego człowieka, to nie potrafili robić nic innego i co najważniejsze byli w tym dobrzy.

Ich zespół był nader ekscentryczny. Niczym banda wyrzutków, odnaleźli się i połączyli siły. Razem znaleźli sobie niszę w systemie, który ich odrzucił z tych, czy innych względów. W tej niszy czuli się potrzebni. W tej niszy potrafili działać i pomagać wszystkim tym, którymi wzgardził system lub tym, którzy sami przed systemem uciekali.

Veronica Bertolli była właśnie jedną z takich osób.
Zjawiła się w ich agencji późnym popołudniem. W biurze pozostał już tylko Jeremy Evans, który porządkował papiery po ostatniej sprawie. Banalne tropienie niewiernego męża, które przerodziło się w sprawę podwójnego morderstwa.


Evans właśnie wkładał zdjęcia z miejsca zbrodni do teczki i go biura weszła ona.
Wysoka, zmysłowa, szatynka w idealnie dopasowanym kostiumie, którzy przywodził na myśl strój urzędniczki lub sekretarki.
- Biuro detektywistyczne Evans i partnerzy? - zapytała aksamitnym głosem, odgarniając burzę kasztanowych włosów z twarzy. W jej spojrzeniu było coś zalotnego i kuszącego. Coś co nie pozwalało oderwać od niej wzroku.
- Czy może pan Jeremy Evans?
- Tak - odparł Evans odchylając się w skórzanym fotelu, aby dokładniej obejrzeć sobie sylwetkę kobiety.
Sylwetkę niemal idealną. Zapewne współcześni kreatorzy mody nie zaproponowaliby jej pracy modelki, gdyż nie była dostatecznie wychodzona i miała zbyt wydatne biodra. Jednak dla Evansa i zapewne tysięcy innych mężczyzn była esencją kobiecości.
- Czy mogę zająć panu chwilkę? - zapytała, siadając naprzeciw detektywa.
- Ależ proszę… - odparł wyprostowując się w fotelu.
- Chodzi o moją córkę, Pamelę. Zaginęła cztery dni temu.
- Zgłaszała pani ten fakt na policji? - zapytał automatycznie Evans.
- Oczywiście - odpowiedziała Veronica, pochylając głowę.
Zaczęła szukać czegoś w torebce. Uwadze Evansa nie umknęło logo, jakie zdobiło jej front. Louis Vuitton. Trzeba mieć spore zasoby gotówki, aby móc pozwolić sobie na coś takiego.
- Policja przyjęła zgłoszenie - dodała kładąc zdjęcie córki na biurku - ale ich zdaniem to ucieczka. Musi pan wiedzieć, że Pamela od najmłodszych lat sprawiała mi wiele kłopotów. I faktycznie nie raz już uciekała z domu. Teraz jednak czuję, że coś się jej stało. Musi pan ją odszukać lub zdobyć jakieś informacje o niej. Cokolwiek, choćby to miałaby być najgorsza prawda.
- A skąd przypuszczenie, że coś się jej stało? Ktoś jej groził? Czy może zdarzyło się w ostatnim czasie, coś co mogłoby na to wskazywać?
- Nie, nic z tych rzeczy. To zwykłe przeczucie matki.
- Rozumiem - odparł Evans, jednocześnie zapisując informacje i domysły w notatniku.
- Zajmie się pan tym? - spytała Victoria lekko drżącym głosem - Na mieście mówi się, że jest pan najlepszy.
- Pochlebia mi ta opinia, choć wcale jej nie podzielam.
- Ale nie odmówi mi pan pomocy.
Evans zawahał się na sekundę. Od tygodni marzył o choćby krótkim urlopie. Patrząc jednak w smutne, piwne oczy Veronici Bertolli, wiedział, że nie będzie potrafił odmówić.
- Zajmę się tą sprawą, ale najpierw muszę skontaktować się z moim partnerami.
- Bardzo panu dziękuję - odpowiedziała Veronica, szeroko się uśmiechając - Tutaj ma pan moją wizytówkę. Gdyby potrzebował pan, jakiś informacji lub pieniędzy proszę dzwonić śmiało.

***

Narada pomiędzy partnerami była krótka i stanowiła raczej formalność. Skoro Evans powiedział, że przyjmuje sprawę, to nie wypadało już odmawiać. Tym bardziej, że Veronica Bertolli wyglądała na zamożną, a policja niemal odmówiła jej pomocy.

Już następnego dnia cały zespół umówił się z panią Bertolli w małej włoskiej restauracji, na obrzeżach Manhattanu.
To było spokojne miejsce, gdzie w miłej atmosferze można było porozmawiać o interesach.
Plotki mówiły, że pieczę nad lokalem, trzyma rodzina Punchinello. Jedna z trzech, włoskich mafijnych rodzin, które działały na terenie miasta.
W żaden sposób nie przeszkadzało to w dobrej renomie restauracji. W porze lunchu bywało tutaj nawet sporo policjantów i to nie tylko z drogówki.
Veronica Bartolli odpowiadała na pytania detektywów szczerze i bez żadnego ociągania. Świadczyć to mogło o jej całkowitej uczciwości.
- Powiem od razu, że moja córka to trudna dziewczyna. Niemal od urodzenia sprawiała mi masę kłopotów. Być może to przez to, że jej ojciec był ciągle nieobecny. Jest on handlowcem w japońskiej firmie i często wyjeżdża w interesach. Starałam się jak mogłam, aby Pamelę wychować na dobrego człowieka, ale bez ojca to niezwykle trudne. Im była starsza tym kłopoty były coraz większe, a mój mąż wcale mi nie pomagał. Jak zaczęły się problemy z alkoholem i narkotykami to oddałam ją nawet na leczenie do zamkniętego ośrodka. Nie na wiele to się jednak zdało, gdyż Pamela uciekła stamtąd po trzech dniach i zrobiła mi taką awanturę, że pożałowałam decyzji o wysłaniu jej tam. Nie wiem skąd się to u niej wszystko wzięło. Przecież nie brakowało jej niczego. Miało niemal całe piętro naszego domu do własnej dyspozycji. Zagraniczne wakacje, co pół roku. Zaspokajałam jej każdą zachciankę. Jak tylko mogła mieć prawo jazdy, to kupiłam jej samochód. A jej i tak wiecznie coś nie pasowało. Nie chciała się uczyć, a zamiast tego wolała się włóczyć i drzeć się z tym hippisami, czy punkami. W końcu nawet to zaakceptowałam. Te dziwne stroje, makijaż jak i trupa i próby ich zespołu w moim domu. Nawet kupiłam im wszystkim instrumenty. To też nie pomogło. Już tydzień później, znowu przesiadywała w tej ich obskurnej piwnicy.
- Kiedy widziała pani córkę po raz ostatni? - zapytała Maxine - W jakich okolicznościach zniknęła?
- To było pięć dni temu. Jak zwykle wróciła późno do domu. Było chyba już po drugiej. Czekałam na nią, martwiłam się, a ona znowu wróciła pijana. Zrobiłam jej awanturę, którą to już z kolei. Wykrzyczałem je wszystkie moje żale, ale ona była taka jakąś dziwna. Normalnie to by się ze mną kłóciła i krzyczała, że krępuje je wolność i rozwój. Tym razem jednak była potulna, jak baranek, niemal nieobecna. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że w końcu coś do niej dotarło. Kazałam jej iść do swojego pokoju, aby się umyła i wytrzeźwiała. Powiedziałam, że wrócimy do tej rozmowy rano, jak wróci ojciec. Rano jej już jednak nie było. Zniknęły jej rzeczy, torba podróżna i gitara. Pomyślałam, że znowu uciekła do tego całego Beritha. To taka ksywka. Naprawdę nazywa się Thomas J. Newfield. Aby się tego dowiedzieć też musiałam wynająć prywatnego detektywa, bo sama mi nie chciała powiedzieć, jak nazywa się jej chłopak. Pojechałam do tego jego śmierdzącego klubu, ale on mi powiedział, że nie widział Lamii, tak ją nazywają ci popaprańcy, od dwóch tygodni. Ponoć zerwali ze sobą. Ten cały Berith nie potrafił powiedzieć gdzie lub z kim mogłaby teraz być. Szukałam jej trochę sama, ale nic to nie dało. Jej telefon milczał i nie dawała mi żadnego znaku. Jak na złość mój mąż musiał zostać dłużej w Tajlandii w interesach i zostałam z tym wszystkim sama.
Przygotowałam dla was listę miejsc i osób ważnych dla Pameli. Wszędzie już tam byłam i wszystkich pytałam, ale może wam się uda więcej. Proszę pomóżcie mi.

Cytat:
Lista Veronici Bartolli
Osoby:
- Berith - Thomas J. Newfield, muzyk, wokalista zespołu ANB 1022, założyciel i współwłaściciel klubu Hinnom;
- Azaral - Jim O’Brain - muzyk ANB1022, basista;
- Gherghul - Rob Nilstrom - muzyk ANB 1022, perkusitsa;
- Lidia Luthor - przyjaciółka ze szkoły, bywa w klubie Hinnom;
- pani Teresa Mitchum - nauczycielka rysunku;
- pan Michael Vistorn - psychoterapeauta;
- pani Ursula Winbrand - wróżka; nazywana madame Flawia

Miejsca:
- klub Hinnom - mieszczący się w starym magazynie na Bronxie klub muzyczny. Klub znany z profilu muzycznego zorientowanego na muzykę metalową i ambientową. W policyjnych raportach figurował w kilku sprawach związanych z handlem narkotykami na większą skalę oraz prostytucją nieletnich;
- mieszkanie Beritha, mieści się w pobliżu klubu. W piwnicy budynku znajduje się sala prób.
- gabinet psychoterapety na Manhatanie;
- prywatna Akademia Sztuki, gdzie wykłada pani Mitchum;
- mieszkanie pani Mitchum;
- sklep i biuro wróżki Flawii;
- prywatna szkoła średnia, Nightingale Bamford School;
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 09-05-2015 o 23:07.
brody jest offline  
Stary 10-05-2015, 13:08   #2
Architekt Horroru
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 3445 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=xiGKxCAg_0o&list=PLuFFFVb0mDdz1GXeWy-_k6oZsZNkssDGv[/MEDIA]

Tony był w swoim "biurze" na Manhattanie. Siedział w dużym, skórzanym fotelu obrotowym, z jedną ręką wspartą łokciem na blacie mahoniowego biurka, dłonią podpierając czoło, a między palcami tlił się papieros, wypełniając pomieszczenie przyjemnym zapachem tytoniu. Druga ręka powoli gładziła przedmiot, który leżał na biurku. Srebrną Berettę M9, z ręcznie zdobionym, drewnianym wykończeniem uchwytu.


Broń była prezentem od Rodziny z okazji awansu Tony'ego na "stanowisko kierownicze". Mimo, że ta sytuacja miała miejsce jedynie kilka lat temu, dla Ferriell'ego działo się to w tamtym życiu. Wszystko, co zdarzyło się przed ostatnią sprawą, w której pomagał Evans'owi, było odległe i nierzeczywiste. Jakby ktoś inny żył życiem Tony'ego przez dwadzieścia lat z okładem. Myśli mężczyzny krążyły wokół tego co powinien dalej zrobić ze swoim życiem. Nie widział żadnego rozwiązania, przynajmniej jeszcze nie. Od Rodziny nie da się odejść, Tony musiał grać na czas, przynajmniej dopóki nie wpadnie na jakieś rozwiązanie.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Cofnął rękę, którą gładził broń, jakby w tym momencie zorientował się co robił, a następnie sięgnął po leżącą na biurku komórkę. "Evans" głosił napis, który wyświetlał się na ekranie. Tony włożył końcówkę papierosa do ust i zaciągnął się głęboko, następnie zgasił w kryształowej popielniczce, leżącej koło broni. Wypuszczając dym z płuc przycisnął zieloną słuchawkę i przyłożył telefon do ucha.

-Halo?- odebrał rozmowę od swojego "partnera". Evans uważał go za swoją wtyczkę w mafii, lecz rzeczywistość była inna. Tony rzeczywiście pomagał detektywowi, jednak jedynie w sprawach, które nie kolidowały z interesami Rodziny. W takich sytuacjach mafioso miał za zadanie nadawać im taki tok, aby podejrzenia oddalały się od Punchinellich. W innych sprawach Tony był skłonny pomagać, a nawet korzystać ze swoich kontaktów, w celu zdobycia ważnych informacji dla śledztwa. Nie raz sam pomagał w poszukiwaniach, tak jak tamtego pamiętnego razu w piwnicy domu na Bronx'ie.

Gdy Evans opowiedział Tony'emu o sprawie zaginięcia Pameli, mafioso coś poczuł. Nie wiedział o co chodziło, ale zimny uścisk w żołądku kazał mu nadać tej sprawie priorytet. Czuł, że to ma coś wspólnego z nim samym, albo z tym co wydarzyło się lata temu na Staten Island.
-W porządku. Będę.- zakończył rozmowę z detektywem. Evans zaproponował spotkanie następnego dnia w Ai Fiori, włoskiej restauracji przy 400 5th Ave #2 na Manhattanie.

Tony odłożył słuchawkę i spojrzał przez okno, które przysłonięte było częściowo żaluzjami. Na zewnątrz panował półmrok, dzień chylił się ku końcowi, jednak miasto jak Nowy Jork nigdy nie zasypia, dlatego z poziomu ulicy dobiegało sporo dźwięków, od głośnych rozmów i krzyków, przez klaksony samochodów, aż po sygnały alarmowe karetek pogotowia. Mężczyzna wstał z fotela, wziął swoją Berettę i wsadził ją do kabury znajdującej się pod lewą pachą i zapiął skórzany zamek, zabezpieczając broń przed wysunięciem. Podniósł paczkę papierosów i wysunął z niej jednego, wyciągając go ustami. Paczkę schował do wewnętrznej kieszeni marynarki swojego skrojonego na miarę garnituru, a następnie odpalił papierosa za pomocą benzynowej zapalniczki, którą zamknął z głośnym kliknięciem. Zaciągnął się i ruszył w kierunku drzwi wyjściowych, po drodze zakładając na głowę swój kapelusz.



***

Tony po swoim "przebudzeniu", jak określał stan w jakim się znalazł, nie lubił przebywać w przybytkach Rodziny, a Ai Fiori niewątpliwie do nich należała. Mała włoska restauracja znajdująca się na Manhattanie, w której umówione było spotkanie należała do jednego z dobrych znajomych Tony'ego, również człowieka na "stanowisku kierowniczym" - Charlie Pate'a.
Gdy Ferriello przekroczył próg został rozpoznany przez kelnerów, którzy powiadomili Charlie'go o przybyciu członka Rodziny. Tony został zmuszony do wymieniania uprzejmości i dopiero wtedy mógł dosiąść się do detektywa i jego współpracowników. Wysłuchawszy zeznań matki Pameli Tony przyglądał się jej, swoim zimnym spojrzeniem. Próbował ustalić, czy kobieta faktycznie mówi prawdę, ale nie miał żadnego przeczucia. Następnie rzucił okiem na listę. Teraz zostawił wszystko w rękach Evansa, w końcu to jego biuro, jego sprawa i jego pieniądze, a Tony chciał tylko odnaleźć dziewczynę. Gdy sprawy formalne zostały już omówione mężczyzna odezwał się
- Myślę, że powinniśmy zacząć od sprawdzenia przyjaciółki, dziewczyny dzielą się między sobą swoimi przemyśleniami i planami. Może ukrywać Pamele i nie chciała nic powiedzieć jej matce. Możemy spróbować porozmawiać z nią w szkole. Mogę też poprosić chłopaków, żeby poszukali Pameli. Może im by się udało na coś trafić. Jak dziewczyna nam nic nie powie, powinniśmy przycisnąć jej chłopaka albo któregoś z członków jego zespołu.- powiedział Tony odpalając papierosa.
 
Lomir jest offline  
Stary 13-05-2015, 14:33   #3
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 4986 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
*włoska restauracja na obrzeżach Manhattanu*

- Pani Bartolli - zagadnęła Maxine - czy mogłabym obejrzeć piętro, które zajmowała pani córka? Chciałabym dowiedzieć się o niej więcej.
I jeszcze jedno - dodała szybko - czy policja próbowała ustalić miejsce pobytu Pameli na podstawie sygnału jej telefonu?
- Myślę, że możemy się umówić na taką wizytę. - odparła kobieta - Może jutro rano? Co do telefonu, to powiedziano mi tylko, że sygnał urwał się gdzieś w centrum. Obecnie ponoć nie nadaje on już sygnału
- Mam jeszcze jedną prośbę, chciałabym porozmawiać z psychoterapeutą Pameli, ale będę potrzebowała pani upoważnienia.
- Już go uprzedziłam, ale zdaje sobie pani sprawę, że obowiązuje go tajemnica lekarska i tak dalej. Nie wiem, czy dużo pani powie. Pamela miała wiele problemów, ale chyba jak każda nastolatka.
- Sama jestem lekarzem, jeśli wyrazi pani zgodę, będę mogła popytać o więcej niż inni.
- Jeśli to ma pomóc w odnalezieniu mojej córeczki, to nie ma żadnego problemu. Mogę napisać pani jakieś upoważnienie.
- Dziękuję, proszę się nie obawiać, mnie również obowiązuje tajemnica lekarska, ale chciałabym poznać ewentualne motywy Pameli.
- Motywy? - zdziwiła się kobieta - Ja wiem, że ona już nie raz uciekała, ale teraz czuje, że to coś zupełnie innego. Ktoś mógł ją porwać, albo… sam nie wiem, co jeszcze. Jak do tej pory uciekała, to po dwóch, trzech dniach w końcu się odzywała. Poza tym do tej pory nigdy nie zgubiła telefonu. Pani wie, jakie teraz są dzieciaki. Bez internetu nie ma dla nich życia
- Rozumiem panią, ale chciałabym sprawdzić różne scenariusze, a przede wszystkim poznać schematy jakimi myślała Pamela, motywy jej postępowania w ogóle.- Maxine nie powiedziała głośno, że czasem ktoś, kto chce zniknąć na dobre, pozbywa się przede wszystkim telefonu, a przynajmniej karty sim.
- Rozumiem - westchnęła Veronica - Zróbcie wszystko, co będzie konieczne aby ją odszukać.
- To mogę Pani obiecać. - powiedziała z pewnością w głosie.



Gabinet doktora Vistorna był typowym pomieszczeniem, w którym psychoterapeuci godzinami wysłuchiwali problemów innych ludzi. Stała tu kozetka, wygodny fotel, regał z książkami, biurko i kilka szafek. Nic specjalnego. Uwagę Maxine przyciągnęły jedynie posążki jakichś dziwnych bożków. Rzuciła na nie dyskretnie okiem. Coś jej przypominały… Tylko co?

- Witam.. pani Saint John – Michael Vistorn był niskim mężczyzną o sporej nadwadze. Pomimo eleganckiego ubioru Maxine dostrzegła, że doktor poci się dość obficie, a jego… zapach sprawiał, że atmosfera w gabinecie była dość nieprzyjemna.
Maxine wyjaśniła już przez telefon powód swojej wizyty, ale dopiero po okazaniu upoważnienia podpisanego przez matkę zaginionej Vistorn rozluźnił się i zaproponował żeby usiadła.

Pamela… hmmm to bardzo słodka dziewczyna - zaczął swoim specyficznym, niemal lepki głosem. - Tylko trochę zagubiona w świecie. To w dużej mierze przez jej dysfunkcyjną rodzinę. Co z tego, że mają pieniędzy, jak lodu skoro nie poświęcali córce należytego czasu. Nic dziwnego, że dziewczyna czuje się odtrącona, nie kochana i niepewna siebie.

Maxine pomyślała, że dziewczyna wychowywała się w podobnych warunkach jak i ona, ale jakże różne ścieżki życia wybrały. W czasie kiedy Max korzystała pełnymi garściami z tego co oferowało jej życie i pieniądze rodziców, Pamela wybierała ucieczki i coś czego jeszcze nie potrafiła zdefiniować.

- Kiedy była u pana ostatnio? - spytała
- Mamy umówione dwie sesje tygodniowo. W poniedziałki i czwartki. Ostatnio była u mnie w poniedziałek. Na czwartkową wizytę już nie przyszła. Z tego co wiem zniknęła w środę, prawda?
- Tak. Czy wcześniej zdarzało jej się nie pojawiać u pana czy była raczej słowna? I czy ostatnie sesje były inne niż poprzednie? Chodzi mi o zachowanie Pameli. Czy zauważył pan zmianę np. jej nastroju, jakąś nerwowość inną niż zwykle? O czym rozmawialiście?

- To zawsze pani Veronica przywoziła córkę na terapię. Pamela od samego początku była temu przeciwna. Wiele czasu zajęło mi, aby zdobyć jej zaufanie. Jednak wydaje mi się, że nigdy do końca nie była ze mną szczera. Nasze rozmowy były bardzo ogólne i zawsze musiałem się domyślać, które słowa, oceny i komentarze dotyczą bezpośrednio Pameli, a które są tylko projekcją lub próbą samokreacji na potrzeby zadowolenia mnie, czy też matki. Pamela to bardzo sprytna dziewczyna. Bardzo skryta i zdaje sobie sprawę, że przychodziła tutaj tylko, aby zamknąć usta swojej matce. Udało mi się jednak ją przekonać, że skoro i tak spędza tu tyle czasu, to może ze mną swobodnie porozmawiać. Ostatnie sesje przebiegały normalnie, jeśli tak można powiedzieć. Jedyne na co zwróciłem uwagę, to fakt, że w jej życiu chyba pojawił się jakiś nowy mężczyzna. Powiedziałbym chłopak, ale mam przypuszczenia, że to ktoś od niej dużo starszy. Oczywiście nie powiedziała mi tego wprost. Wyczytałem to z jej zachowania, sposobu w jaki mówiła i reakcji na moje pewne pytania.

- Matka Pameli mówiła mi, że dziewczyna zerwała ze swoim chłopakiem… Cóż dziewczyna miała dość mroczne zainteresowania. Sam jej nick związany był ze specyficzną postacią z mitologii. Lamia… - Maxine była ciekawa czy Vistorn zareaguje jakoś na znaczenie nicka dziewczyny.

- Mroczne zainteresowania, dziwaczny ubiór, to tylko uzewnętrznienie pewnego wewnętrznego krzyku. To, coś czym Pamela i nie tylko ona, daje światu znać, że szuka akceptacji, pomocy i przede wszystkim miłości. Tak naprawdę to nie brałbym poważnie tej jej całej przygody z subkulturą. Moim zdaniem robiła to wszystko na złość matce, która jak pani zapewne wie ma zupełnie inne podejście do świata. Z resztą każdy zdrowy nastolatek ma jakiś, nazwijmy to romans z subkulturą. W większości wypadku to szybko mija.

Gdyby tylko wiedział coś o prawdziwym mroku – pomyślała Maxine. Wcale nie była przekonana o tym, że image i zainteresowania dziewczyny były jedynie uzewnętrznieniem jej buntu.
Obawiała się raczej, że dziewczyna została wciągnięta, mniej lub bardziej dobrowolnie w świat, w którym przewodnikiem był jej nowy „chłopak”. Starszy mężczyzna mógł nieźle namieszać w głowie młodziutkiej dziewczynie.

- Cóż… - Maxine nie zamierzała dzielić się swoimi przemyśleniami z doktorkiem - Ciekawy zbiór figurek - skinęła głową w stronę kolekcji lekarza - Czy to jakieś bóstwa? Pan wybaczy, ale interesują mnie wszelkie dziwne, ale interesujące rzeźby. – powiedziała wstając i zbliżając się do półki, na której stały posążki.
Mężczyzna zbliżył się do Maxine i zupełnie dla nie spodziewanie położył jej rękę na ramieniu i objął w mocno natarczywy sposób.

- Jak tylko pani weszła - szepnął jej do ucha - czułem, że się pani tym zainteresuje. Może podejdziemy bliżej.
- Maxine spięła mięśnie, reagując z obrzydzeniem na dotyk psychologa i stanowczo, wyuczonym ruchem uwolniła się z jego uścisku. – w jego uścisku było coś obrzydliwego, coś co widziała tylko w tamtym czarnoskórym mężczyźnie z jej… incydentów.
- Ależ po co te nerwy - psychoterapeuta odsunął się od Maxine i uśmiechnął lubieżnie - Przecież nie chciałem pani skrzywdzić. Po prostu poczułem, że mamy podobne zainteresowania.
- Nie boję się pana, ale nie pozwolę nikomu naruszyć mojej prywatności.- powiedziała chłodno - Co pan sugeruje?
- Prywatności? Oj bez przesady. Przecież nie grzebał w pani sekretnym pamiętniczku - uśmiechnął się złośliwie - I nic nie sugeruje. Sami pani przecież powiedziała, że interesują panią wszelkie dziwne i intrygujące rzeźby. - Ostatnie zdanie wypowiedział naśladując ton i sposób wymowy Maxine.
- Myślę, że na razie dowiedziałam się wystarczająco wiele. Ale uprzedzam, jeśli dowiem się, że podobne gierki prowadził pan z zaginioną dziewczyną, wrócę i jeszcze raz porozmawiamy. - głos Maxine stracił całe ciepło.
- Gierki? Ależ droga pani, teraz to pani coś sugeruje. Ba.. wręcz insynuuje i to rzeczy bardzo dla mnie nieprzyjemne, wręcz obraźliwe. Proszę uważać na słowa, bo nie za takie obelgi ludzie stają przed sądem. A ja przecież nie zrobiłem nic złego, żeby mnie tak traktować.
Jeżeli jednak będzie pani chciała się dowiedzieć czegoś więcej czy to o Pameli, czy o mojej kolekcji figurek, to zapraszam serdecznie. - zakończył z szerokim uśmiechem doktor Vistron.
- Ja tylko wyciągam wnioski z pana zachowania wobec mnie. – wysyczała hamując gniew - Cóż, żegnam w takim razie doktorze.
Max musiała opuścić to miejsce, typek coraz bardziej ją drażnił i bała się, że mu przyleje.

Żeby odwrócić na chwilę uwagę od myśli o doktorku wygooglowała szybko w smartfonie posążki, które zauważyła w gabinecie Vostorna.

To były bożki voodoo! Opiekunowie płodności, żądzy …. i śmierci. Czyżby los ją prowadził? Tylko dokąd?
W drodze do domu Maxine pogrążyła się w myślach…


Powiesiła na tablicy zdjęcie Pameli i tak jak kiedyś w pracy zaczęła rozpisywać wszystko co jej dotyczyło. Nazwiska przyjaciół, psychologa, wpisała też rodziców i tajemniczego nowego chłopaka. Zapisywała też swoje spostrzeżenia i uwagi. Takie porządkowanie danych pomagało jej w myśleniu.

Maxine pociągnęła łyk dobrej angielskiej herbaty z ulubionej filiżanki. Wonny i słodki napar z odrobiną mleka uspokajał i dodawał jej wigoru. W tej kwestii była typową Angielką.
Uśmiechnęła się do siebie i usiadła w wygodnym fotelu na tarasie wynajętego mieszkania.


To, że razem z dziewczyną zniknęły rzeczy osobiste oraz gitara sugerowałoby, że Pamela dobrowolnie opuściła dom i odeszła w tylko sobie znanym kierunku.
Chyba, że ktoś świetnie potrafił upozorować ucieczkę tuszując porwanie. Ale czy dostałby się niezauważony do domu? Tego musiała się dowiedzieć. Jutro, w czasie oględzin miejsca zamieszkania dziewczyny spróbuje znaleźć odpowiedź na kilka pytań.
Bo nawet jeśli dziewczyna wyszła z domu z własnej woli, nie wykluczało to opcji, że ktoś ją porwał później. Albo skrzywdził.
Ale jaki byłby motyw? Pieniądze? Wtedy porywacze zwróciliby się do matki z żądaniem okupu. Naciski na ojca? Wtedy również pojawiłyby się żądania.

Tak czy inaczej na pewno więcej o dziewczynie dowiedzą się jutro. Maxine miała zamiar przejrzeć, zdjęcia, książki, a może jakiś pamiętnik czy zapiski….
Kiedy ostatnia kropla herbaty zniknęła w jej ustach Maxine poczuła głód.
Sięgnęła więc po telefon i menu pobliskiej chińskiej knajpki.
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!
Felidae jest offline  
Stary 14-05-2015, 18:28   #4
 
Fearqin's Avatar
 
Reputacja: 1707 Fearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłość
Noc spotkania z klientką

Jeremy zamknął drzwi za panią Bartolii wzdychając ciężko. Otworzył okno wpuszczając do środka nieco świeższe, zimniejsze powietrze i umiarkowany, spokojny hałas ulic Nowego Jorku. Po całym dniu słuchania niesamowitej kakofonii dźwięków ze strony przecznic, w nocy stawały się one kojąco ciche, choć w porównaniu z terenami pozamiejskimi była to bardzo względna cisza.
Wystawił głowę żałując przez chwilę, że rzucił palenie.
Nie chciał mieć kolejnej sprawy, jeszcze nie. Szczerze mówiąc miał nieco dość swoich współpracowników w ostatnim czasie, chociaż starał się być z wierzchu pozytywnie nastawiony. Liczył na tydzień spokoju, częstsze wycieczki na siłownię, parę walk bokserskich ze starymi kumplami sparingowymi i dużo, dużo snu poprzedzonego dobrą książką.
Nie mógł jednak winić tylko siebie za brak asertywności w stosunku do pani Bartolii. Dawno nie miał zbyt dobrych stosunków z kobietami, przez co stawał się na nie bardziej podatny. Nie miał na to czasu, ani nawet specjalnie dużo chęci. Czuł się zbytnio znużony życiem ostatnimi czasy i nie bardzo wiedział jak się z tego wyleczyć, dlatego też chciał spróbować urlopu.
Z drugiej strony jednak mógł najpierw przetestować nadmiar pracy by zająć umysł.
Skończył w biurze co miał zrobić i powoli dolazł do domu na krótką drzemkę.

Poranne spotkanie z klientką

Nie przyłożył się do ubioru. Włożył te same spodnie, starte, ciemne jeansy, które nosił już od... tygodnia? Do tego narzucił drugiej świeżości, wymiętą, białą koszulę i ciemną, przyzwoita marynarkę, szytą na miarę gdy miał więcej masy, przez co teraz nieco wisiała, bo nie był już takim bykiem co kiedyś. Po namyśle przerzucił też przez szyję stary krawat, wiązany raz jeden, około trzy lata temu. By ukryć wory pod przekrwionymi oczami, wyposażył się też w ledwo trzymające się uszu, ciemne okulary


Ruszył na spotkanie, jak prawie zawsze - piechotą.

Od samego startu Evansa zniechęciło nastawienie jego współpracowników.
Maxime odnosiła się do klientki jakby spotkały się tylko we dwójkę, a inni mieli ją najwyraźniej w dupie. Zabrania Tony'ego zresztą żałował zawsze. Gangsterek okazał się czasem przydatny, a raczej informacje, których dostarczał, ale trzeba było idioty by takiemu zawsze i bezgranicznie ufać. Zresztą nie należał do ludzi, którzy robią coś za darmo, albo za uczciwą zapłatę. Dopóki jednak nie upominał się o swoje, albo działał przy okazji, Jeremy specjalnie nie narzekał. Przynajmniej nie na głos.
Zwalił jednak niekompetencje reszty na wczesną porę, czy niezapowiedzianą sprawę. Maxime wzięła na siebie ciężar przesłuchania kobiety, albo tak jej się wydawało, nie dając innym dojść do głosu.

Evans pokiwał głową przysłuchując się rozmowie dwóch kobiet ze skrzyżowanymi ramionami.
- Dziewięć na dziesięć takich spraw okazuje się być o wiele prostszymi niż na to wyglądają. Nastolatki znikają z domu, a nikt nie może ich znaleźć bo ukrywają się u tego co nic nie mówi - powiedział uspokajająco, głębokim głosem. - Jutro z pewnością się zjawimy, warto będzie obejrzeć jej pokoje, ale pracować zaczniemy już dziś - zapewnił klientkę z szacunkiem.
- Jeszcze dziś pojadę do klubu pogadać z jej kolegami - poinformował bardziej swoich współpracowników niż panią Bartolli.
- Będę potrzebował komputera Pameli - dodał Clive krótko, krzyżując ramiona na piersi
- Postaram się poszukać, ale Pamela miała kilka urządzeń, że tak powiem. Miała komputer, tablet i telefon. Telefon jak pan wie miała ze sobą. Postaram się poszukać dwóch pozostałych.

Upewniając się, że nikt inny nie ma nic do dodania, grzecznie pożegnał się z klientką i dżentelmeńsko odprowadził ją z knajpy.
- Na razie spróbujcie się rozeznać wstępnie kim była ta dziewczyna i w ogóle. Jutro daj znać jak z doktorem - powiedział do reszty, gdy mieli się rozejść, ostatnie słowa kierując do Maxime. - Przed klubem zajrzę w sumie jeszcze do mieszkania byłego chłopaka młodej... a ty daj znać jak coś ci wpadnie w uszy - dodał niechętnie do Tony'ego.
Rozeszli się w ciszy, bo raczej nikomu nie chciało się strzępić niepotrzebnie języka o tej porze, gdy praca czekała.

Mieszkanie Beritha

Evans strasznie nie lubił tej dzielnicy. Kojarzyła mu się z miejscem, w którym się wychował. Pełne brudu walającego się po ulicach i brudnych ludzi. Wszystko śmierdziało i było albo podejrzane, albo podpadało pod jakiś paragraf.



Evans obszedł kamienicę przyglądając się jej zmęczonym wzrokiem. Nie należał do ludzi wybitnie wysokich, ale na brak predyspozycji fizycznych nie narzekał. Podstawił sobie kosz na śmieci i doskoczył do schodów przeciwpożarowych, wchodząc po nich na trzecie piętro. Przez okno łatwo było rozpoznać mieszkanie metalowca, za którego uchodził Berith. Włamał się przez okno, starając się nie pozostawić śladów po dość brutalnym otwarciu, ale udawało się je zamknąć. Gość raczej nie należał do tych, którzy specjalnie przykładali uwagę do stanu mieszkania.
Meble w salonie były tego idealnym przykładem. Zapewne pod licznymi, nierówno rozwieszonymi, albo ledwo się trzymającymi, plakatami zespołów metalowych, kryły się dziury i brudne plamy po imprezach i cholera wie co jeszcze. Całe pomieszczenie było nieudolnie wykreowane na mroczne i straszne, dla Evansa było po prostu brudne i nieschuldne.
Takie myśli wywołały u niego potrzebę samokorekty, nosił te same ciemne jeasny od dwóch tygodni, koszula była wymięta, a krawat poskręcany i poluzowany. Tylko luźna, cienka, marynarka była w miarę porządna. Powoli krążąc po pokoju zapisał sobie w telefonie notatkę “ogarnąć dupsko”.
Schował telefon do kieszeni wzdychając ciężko. Założył ulubione, lekkie i ciemne rękawiczki z podrabianej, ale wyglądającej jak prawdziwa, skóry.
Jeremy podniósł i odłożył na miejsce parę przedmiotów szukając czegoś, czegokolwiek, rozgrzewając zmysł spostrzegawczości. Niczego na razie nie przestawiał i nie zabierał.
Na dłużej zatrzymał się przy obrazie. Niby ładny, dziewczyna miała talent, choć stylistyka była odległa od gustów Evansa, który od czasu do czasu, lubił popodziwiać sztukę.
Większość ludzi po zerwaniu z partnerem czy partnerkę wyrzuca zdjęcia i wszelkie rzeczy związane z tą drugą połówką, ale ten dalej trzymał obraz. Może po prostu nie chciało mu się zdejmować, zapomniał, raczej osobą która dba o wystrój nie był jak już zdążył się spostrzec, ale mimo wszystko Jeremy uznał ten obraz za warty zapamiętania, a dalsze ślady po Lamii w mieszkaniu Beritha byłyby cennym znaleziskiem i małą podpowiedzią, że jednak dalej mu na niej zależy.
W salonie znalazł jeszcze zestaw notatek, wyglądały na wstępne szkice tekstów do piosenek, ale postanowił poświęcić chwilę na poczytanie i sprawdzenie o co Berithowi w życiu i muzyce chodziło, zresztą coś jeszcze mógł tam zanotować.
Dość szybko się zniechęcił do tego pomysłu. Beritha sukcesu w muzyce, która zaliczała się do sztuki, nie widział. Coraz bardziej był przekonania, że chłopak był potężnym idiotą.
Na kuchnię rzucił okiem i ominął ją szerokim łukiem by uniknąć odruchu wymiotnego. Takiego syfu nawet on sam nie miał w swoich najgorszych dniach.
W łazience znów zatrzymał się na chwilę, próbując rozeznać się w lekach i innego rodzaju środkach, którymi dysponował Berith.
Na koniec zostawił sobie sypialnię. Szaty i maskę uznał za przebrania do teledysków zespołu, miałoby to sens, ale na wszelki wypadek zrobił im zdjęcia, ze szczególnymi zbliżeniami na dziwaczne symbole.
Ciężko było coś znaleźć w takim bałaganie, ale może Berith po prostu nic nie ukrywał. Jednak w większości zaginięć dziewcząt, związek z tym miał jakiś mężczyzna, szczególnie ten z niedalekiej przeszłości.


Wyszedł z mieszkania tą drogą, którą wszedł, zamykając za sobą okno. W notatniku zapisał tylko parę haseł, w tym zwrot używany przez Beritha w tekstach z niezwykłą, nawet jak na tak słabego tekściarza, częstotliwością. Mianowicie "odmęty mdłości", które nie miały większego sensu. Ponadto gdzieś tam przewijał się ciągle enigmatyczny skrót SD-38 który na tę chwilę nic mu nie mówił. Ponadto zapamiętał obraz i miał zdjęcia głupich szat i maski.
Z lekkim zawodem ruszył do klubu by poznać człowieka, w którego domu dopiero co gościł.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 14-05-2015, 18:34   #5
Architekt Horroru
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 3445 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
Tony rozejrzał się po melinie, którą Berith nazywał swoim biurem. Prawie niezauważalnie skrzywił się, ale szybko jego oblicze nabrało martwego wyrazu, kompletnie wyzute z emocji.
- Rozumiem, że nie będziesz mieć nic przeciwko, jeśli zapalę- powiedział mafioso, nie czekając jednak na odpowiedź. Wyciągnął papierosa i odpalił go. Wpatrywał się w Beritha.
Coś ty za jeden i czego chcesz? - zapytał chłopak spoglądając w stronę Tony’ego.
Pierwsza zasada - ja zadaje pytania.
Pojebało cię ziomuś. - Berith wstał i zrobił krok w stronę detektywa - Na glinę mi nie wyglądasz. Gadaj coś za jeden, albo zawołam Romula. Znaczy się ochronę.
Tony wpartywał się w chłopaka swoim wzrokiem. Lekko przymrużył oczy i zaciągnął się papierosem.
Posłuchaj mnie uważnie. Nie jestem gliną, nie jestem detektywem, a ty możesz mieć przejebane, rozumiesz mnie? - mówiąc to uchylił połę marynarki ukazując zdobioną Berette. - ale jeśli porozmawiamy jak cywilizowani ludzie to zniknę stąd szybciej niż się tu pojawiłem. Rozumiesz?
Berith cofnął się, niemal potykając o własne nogi. Podniósł ręce do góry i wyjęczał.
Spoko, spoko. Czego chcesz? Pieniędzy? Źle trafiłeś. Jestem pusty. Prochów? Nie wyglądasz na takiego, ale pozory mylą. Mam trochę koki, jak chcesz i mefedronu. Mogę ci odpalić działkę. Tylko wiesz…. albo nie ważne. Bierz dragi i się zmywaj.
Berith podszedł do biurka i zaczął szukać czegoś w szufladzie.
- Gówno mnie obchodzą twoje prochy - przerwał mu Tony. - Siadaj. - powiedział stanowczo, a gdy ten usiał mafioso stanął przed biurkiem. - Gdzie jest Pamela? - zapytał
- Kto? - zapytał Berith.
- Zła odpowiedź. Dam ci jeszcze jedną szansę. Gdzie jest Pamela… albo Lamia. I nie drażnij mnie, proszę cię.
- Pamela? Lamia? Ziomek, ja nie mam pojęcia o czym ty mówisz. To jest klub muzyczny, a nie burdel. Chcesz dziewczynki, to ci mogę coś skołować, ale nie tak od razu.
- Dobrze. Dobrze. - powiedział bardzo spokojnie Tony. - Prawe czy lewe? - zapytał
- Co kurwa? O czym tym bredzisz? Romul! - krzyknął chłopak na cały głos.
- Zamknij się. - powiedział, wyciągając broń z kabury. Wiedział, że w każdej chwili ten cały “Romul” mógł wejść na zaplecze, dlatego też stanął z boku, tak aby mieć na oku i drzwi i Beritha.
- Nie wiem gościu kim jesteś i czego chcesz, ale to twoja ostatnia szansa, aby się stąd zmyć. Zaraz wpadnie to Romul i cię rozkurwi psycholu.
- Nie zrobi tego. Mówi ci coś nazwisko Punchinello? Cóż.. powiedzmy, że to mój… ojciec chrzestny. Także proszę cię, jak człowiek człowieka. Porozmawiaj ze mną, powiedz mi co chcę wiedzieć, a ja może zapomne o tym, że chciałeś nasłać na mnie swojego goryla.

W tym momencie drzwi otworzyly się z głośnym hukiem. Do pokoju wpadł Romul, który okazał się być potężnie zbudowanym łysym typem, który agresje miał wypisaną na twarzy. Zaalarmowany krzykiem Beritha wiedział, że szykuje się rozróba. Nie był jednak przygotowany na to, że ktoś będzie do niego strzelał.
Tony bez wahania pociągnął za spust. Na szczęście dla Romula, nie strzelał by zabić. Jednak po trafieniu w kolano, było bardziej niż pewne, że gość karierę w branży ochroniarskiej ma już za sobą.
Mężczyzna krzyknął przeraźliwie i zwalił się z głośnym hukiem na ziemie. Berith krzykał niczym kastrowany wieprz. Jego piskliwy głos znany bywalcom klubu z ostrych i agresywnych numerów metalowych, dopiero teraz budził prawdziwy lęk.
Chłopak był przerażony. Był pewny, że umrze. Zasłonił twarz dłońmi i czekał na śmierć.

Tony spojrzał na byka zwalonego na podłogę za pomocą wystrzału z jego Berettty. Wzruszył ramionami i przekroczył jego cielsko, podchodząc do drzwi. Zamknął je na klucz i szybkim krokiem podszedł do Beritha.
-Widzisz. Mówiłem, że nie żartuje. Teraz będziesz ze mną rozmawiał?-
Słowa Tony’ego najwyraźniej nie docierały do Beritha. Chłopak nadal zakrywał twarz i cicho jęczał pod nosem.
Tony pochylił się, potrząsnął chłopakiem, ale na niewiele się to zdało. Nawet kilka mocny “liści” nie pomogło. Berith, właściciel muzycznego klubu i wokalista metalowego bandu, pogrążył się w kompletnej katatonii. Tony był bezradny.
Tymczasem ktoś zaczął szarpać za drzwi.
Berith! Jesteś tam!
Tony widząc, że nic nie będzie z przesłuchania postanowił się ulotnić. Jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi i pewnym krokiem wyszedł z biura. W dłoni nadal trzymał Berretę. Ochroniarze spojrzeli na niego, ale nie powiedzieli ani słowa i szybko ruszyli do środka sprawdzić, co z ich szefem.
Tony tymczasem wyszedł przez tylne drzwi na wąską uliczkę na klubem.
 
Lomir jest offline  
Stary 16-05-2015, 15:33   #6
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Zaginiecie Pameli Bertolli wbrew pozorom nie było łatwą sprawą. Zespół detektywów przekonał się o tym już na samym początku śledztwa. Matka zaginionej opowiadała o wszystkim bez żadnych skrupułów i wydawała się całkowicie szczera i autentyczna. Jednak jej relacje z córką wyglądały na trudne i zagmatwane i prawdopodobnie mogły być jedną z przyczyn zniknięcia, czy też ucieczki. Gdyż w tej sprawie nawet co do tego nie było pewności.
Z pierwszych zdobytych informacji wynikało, że Pamela miała dość nietypowe zainteresowania, jak na nastolatkę. I choć pochodziła z zamożnej rodziny, to środowisko w jakim się obracała można było spokojnie nazwać zwykłym marginesem. Z drugiej jednak strony widać było w niej uwielbienie dla sztuki i niepodważalny talent artystyczny.
Zdobywanie informacji stanowiło niewątpliwie klucz do rozwiązaina tej sprawy. Niestety nadpobudliwy charakter Tony’ego sprawił, że jedno z głównych źródeł informacji zostało niemal całkowicie zablokowane. Aby zrobić kolejne podejście do przesłuchania Beritha, black metalowego muzyka, właściciela muzycznego klubu i byłego chłopaka Pameli w jednej osobie, trzeba będzie opracować dobry i subtelny plan.
Zespół detektywów czekała więc masa pracy i wysiłku, aby odszukać zaginioną dziewczyną.

Kolejny dzień śledztwa rozpoczął się od wizyty w rodzinnym domu Pameli. Choć słowo willa o wiele lepiej opisywało stan rzeczy. Pamela zajmowała niemal całe piętro w wielkim domu, który otaczała rozłożysty ogród, który pielęgnowany był przez czterech ogrodników zatrudnionych na stałe.
Rekonesans po pokojach zajmowanych przez dziewczynę potwierdzil pierwsze obserwacje. Pamela nie była typową nastolatką. Miała wiele nietypowych zainteresować i niewątpliwie kilka poważnych problemów psychicznych i rodzinnych.
Veronica Bertolli nadal była pomocna i udzielała wszelkich koniecznych informacji. Przygotowała zgodnie z obietnicą komputer i tablet używany przez córkę. Już pierwszy rzut oka, pozwolił Clive’owi stwierdzić, że dziewczyna dbała o swoją prywatność. Oba urządzenia były zablokowane i aby uzyskać do nich dostęp potrzebne było hasło.
- Muszę się państwu przyznać, że kilkakrotnie próbowałam zgadnąć hasło, ale nigdy mi się to nie udało. Na domiar złego Pamela zawsze wiedziała, że próbowałam i robiła mi wielką awanturę, że naruszam jej prywatność. A ja przecież chciałam tylko lepiej poznać…
W tym momencie zadzwoniła komórka Veronici. Kobieta spojrzała na numer, jaki się wyświetlił i wyraźnie pobladła.
- Przepraszam państwa na chwilę - wybąkała i ruszyła korytarzem przed siebie, aby po chwili zniknąć w jednym z pokoi.

Rozmowa zajęła pani Bertolli około pięciu minut. W jej zachowaniu widać było nerwowość i jakby strach. Jej twarz wyraźnie pobladła.
- Bardzo państwa przepraszam, ale otrzymałam pewną wiadomość… - zawiesiła głos i jakby szukała odpowiednich słów - Niestety muszę natychmiast wyjść z domu. Będziemy musieli dokończyć spotkanie kiedy indziej. Wydaje mi się jednak, że widzieliście już państwo wszystko. Gdybyście mieli jakieś pytania, to macie mój numer. Zawsze służę pomocą. A teraz niestety muszę państwa wyprosić.

Na tym wizyta w domu państwa Bertolli się zakończyła.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 23-05-2015, 13:14   #7
 
Fearqin's Avatar
 
Reputacja: 1707 Fearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłośćFearqin ma wspaniałą przyszłość
Po wizycie domowej

Śledzenie samej klientki było raczej łatwe, gorzej gdy przesiadła się do taksówki. Dobry kierowca nieustannie kontroluje sytuację na drodze za sobą, nawet jeśli jest pusto i jedzie wolno. Ten którego śledził może i tego nie robił, ale z pewnością nie jechał w sposób, który ułatwiał skryte śledzenie. Mimo wszystko Jeremy wyrabiał się i nie rzucał we znaki. Na jakość swojego samochodu nie mógł narzekać, a taksówkarz dysponował takim samym, żółtym śmieciem jak oni wszyscy.


Zostawił Tony'ego i Maxime by rozejrzeli się po okolicy, w której klientka się na chwilę zatrzymała, a sam ruszył dalej za nią, tylko po to by odkryć, że skierowała się już w drogę powrotną do domu. Postał chwilę pod jej willą sfrustrowany marnowaniem czasu i zostawieniem dwójki współpracowników samych w dość nieprzyjaznym otoczeniu, ale było już po fakcie. By nie marnować więcej czasu postanowił udać się do Beritha.

Klub Hinnom

Jeremy poprawił krawat i upewnił się, że wygląda przyzwoicie. Chociaż na standardy tego miejsca, odstroił się jak na spotkanie z prezydentem.
- Witam - powiedział spokojnym tonem zbliżając się do ochroniarza. - Szukam właściciela tego miejsca, Thomas Newfield? Mógłby mnie pan skierować w odpowiednim kierunku? - spytał uśmiechając się lekko.
- Tam stoi - odparł odruchowo ochroniarz, aby po chwili się skonstatować i zapytał - A kim pan właściwie jest?
- Menadżerem zespołu… właściwie zespołów - poprawił się wywracając oczami. - Ale teraz reprezentuje interesy jednego, dużego, szukamy dobrego miejsca na koncert w Nowym Jorku, czegoś z klimatem, a… - zatrzymał się na chwilę i spojrzał na ochroniarza pytającym wzrokiem, podszedł krok bliżej, zmieniając ton głosu na konspiracyjny. - Nie będę pochopnie rzucał nazwy, ale to duży zespół i wywołuje pewne kontrowersyjne emocje. Jak rozumiem ochrona na najwyższym poziomie, co nie? - spytał puszczając mu oczko.
Ochroniarz pokiwał głową i mruknął:
- Niech pan chwilę zaczeka - po czym udał się w kierunku sceny, gdzie stał Berith i kierował dźwiękowcami.
Muzyk wysłuchał słów ochroniarza i zszedł ze sceny zbliżając się do Jeremy’ego.
- Berith - powiedział mężczyzna wyciągając dłoń na powitanie - Właściciel klubu. Ponoć jest pan menadżerem jakiegoś bandu, coby chciał u nas zagrać. Co to za kapela? Może znam? Interesuje mnie każdy rodzaj współpracy, a ponoć pana pupile robią rozpierdol na scenie. To fajnie, ludzie lubią takie rzeczy i wtedy walą drzwiami i oknami. Może przejdziemy do biura, napijemy się czegoś i omówimy temat.
Rozszerzone źrenice, szybkie dynamiczne ruchy i niemal nieustający słowotok były wystarczającymi sygnałami, aby Jeremy wiedział, że Berith sobie coś przyćpał. Była to zapewne amfetamina. Z jednej strony Berith w takim stanie mógł powiedzieć wiele ciekawych rzeczy, z drugiej jednak strony detektyw mógł nie mieć szczęścia i najbliższy czas będzie musiał spędzić wysłuchując jałowej mowy nagrzanego ćpuna.

***


- Siadaj stary - powiedział Berith wskazując starą, pociętą i pozszywaną kanapę, która wyglądała niczym meblowa wersja Frankesteina - Napijesz się czegoś? Z alko w sumie nie mam nic ciekawego. Tylko jakąś resztkę Johnny’ego Walkera. Jednak jak chcesz to mam też troszkę koko, jak lubisz. Mów, opowiadaj, co to za band. Ponoć to jakaś moc, znaczy się rozkurw, nie?
Jeremy wiedział, że musi wkroczyć jeśli nie chce, aby Berith zapętlił się i zaczął tak trajkotać bez końca.
- Chłopaki są z drugiego końca kraju i do tej pory tylko tam koncertowali, dlatego teraz próbuję ich tutaj wkręcić w okolice. Mamy póki co jeden w stolicy koncert, tutaj chciałem zrobić następny przystanek… Alchemist Acid się nazywają, może i słyszałeś - powiedział rzucając pierwsza lepszą nazwę. - Ze starym menadżerem wybrali się nawet do Europy i w sumie głównie tam, ale chcieli też trochę wschodnie wybrzeże rozkurwić więc teraz mają mnie - wyjaśnił uśmiechając się cwaniacko. - Tylko no… sami też pamiętają jak to jest być pod sceną więc wiedzą jakoś jak na publikę działać, nie wiem co to jest. Dlatego przyszedłem tutaj, nie? Widać, że to miejsce z odpowiednim klimatem, odpowiednimi ludźmi.
- To super stary. Takich ludzi właśnie szukam. Masz ich jakieś demo. Chętnie bym posłuchał.
- Hehe w sumie powinienem coś wziąć, zapomniałem, że w tych stronach są mniej znani, ale później sobie możesz spokojnie w necie znaleźć, nie? - powiedział rozkładając ręce przepraszająco. - Tak w ogóle… nie macie tu może dodatkowych atrakcji? Nie żebym miał coś przeciwko kokainie czy alko, ale chłopaki bardzo lubią dziewczyny i różne, różne inne rzeczy, za które oczywiście są skłonni dobrze płacić. A i jeszcze jedno! - przypomniał sobie przekręcając się na krześle i unosząc na chwilę palec do góry. - Masz jakąś salę prób w okolicy? Mam parę mniejszych zespołów, które chciałbym sprawdzić, a że w mieście jestem stosunkowo nowy to nie bardzo mam gdzie to robić. Też za odpowiednią wpłatą ma się rozumieć - dodał uśmiechając się.
- Widzę stary, że swój chłop jesteś, he, he, he - zaśmiał się Berith i klepnął detektywa w ramię - Znajdzie się i sala prób i panienki też będą. Wiesz powiem ci w sekrecie, że mam małe grono zaufanych dziewczyn, które wiedzą bardzo dobrze, co faceci lubią. Niech twój band przyjeżdża, to się na pewno dogadamy. U nas afterparty, to naprawdę ostra orgia, więc na pewno im się spodoba. A i dla ciebie się coś znajdzie, ale czuję, że i ty siedzisz w klimacie, więc się nie zawiedziesz.
Berith ponownie klepnął Jeremy’ego w ramię i przytulił po kumpelsku.
- Nie mów o tym nikomu, ale ja naprawdę potrafię zorganizować spoko towar. Od proszku, po panienki. Mój klub może nie robi furory na mieście, ale wiesz pewne klimaty nie są dla wszystkich. Rozumiesz o czym mówię. Pewne zainteresowania lepiej zatrzymać dla siebie.
Evans ostrożnie odwzajemnił uścisk, odrywając się od chłopaka puścił mu oko, w konspiracyjnym porozumienia.
- Myślę, że rozumiem. Przyznam, że nie spodziewałem się po szefie klubu takiego porządnego gościa… zawsze są to jakieś jebane sztywniaki albo pseudo mafiozi. Stąd też sam muszę się wciskać w garniaki - powiedział rozkładając ręce.
- Dokładnie stary, nie musisz mi o tym mówić. Ja sam jestem muzykiem. Czasami koncertujemy z chłopakami, choć ostatnio rzadziej bo się nam wokalistka wykruszyła. Dobra suka tak na marginesie. To w sumie ona wpadła na pomysł organizowania tych zajebistych afterparty. Ludzie płacą spore sumy, aby się na to załapać. Kapele oczywiście nie płacą - he, he, he - zaśmiał się znowu Berith i opadł na oparcie kanapy. Widać było, że faza mu powoli mija i za parę minut będzie miał zejście.
- Powiedz mi jeszcze kiedy chłopaki do mnie zawitają, co?
- Pewnie jakoś za tydzień - powiedział szybko, usiadł znów, splatając ręce. Uniósł brew pytająco chcąc powrócić do tego o czym wspomniał ćpun. - Czemu się wam wykruszyła? Nie gracie już bez niej?
- Skomplikowana sytuacja - mruknął Berith - Ona była można powiedzieć, moją dziewczyną, choć to może zabrzmi dziwnie. Wiesz, ja to zbyt wierny i stały nie jestem, nie. Ile można w sumie jedną dupę ruchać. I wcale nie o to poszło. Bo Lamia nie miała nic przeciwko. Sama też miała skoki w bok. Poszło bardziej o ideologię. Ona naprawdę mocno wkręciła się w te wszystkie rytuały i tak dalej. Troszkę panna pojechała po bandzie. A wiesz nie wszystkim się to podoba. Klimacik musi być, ale bez przesady. To zniechęca klientów, rozumiesz. A przecież z czegoś trzeba żyć. Ideologia i wiara hajsu ci nie da, co nie?
- Księża mogliby z tym polemizować - odparł Jeremy z uśmiechem. - Szkoda laski w takim razie - Evans westchnął w duchu. Tak jak mógł się spodziewać Berith był pozerem w stosunku do hardkorowej Lamii, która wpadła w towarzystwo gorsze niż ten śmieć. Wolał nie marnować tu więcej czasu by nie wydać swojej tożsamości. Wstał otrzepując spodnie. - Dobra wiesz co, dam ci się na razie wyluzować, jak ci faza przejdzie to se sprawdź w necie nas. W ogóle - zaśmiał się krótko wyciągając rękę - Tony Blair jestem. Odezwę się jeszcze na dniach, nie? Może warto byłoby coś razem się zabawić zanim na serio byśmy z interesami polecieli. Tę salę prób też bym chętnie zobaczył.
- Jasne stary. Zostaw jakiś numer do siebie. A i może wpadniesz jutro na koncert wieczorem. Szykuje się ostra impra. Będziesz mógł obczaić klimat i kumplom z bandu opowiedzieć. Co ty na to?
- Zobaczę jak z czasem, ale postaram się ogarnąć - powiedział zapisując mu na jakimś skrawku papieru swój numer, bo i czemu nie? Nie czuł się zagrożony przez takiego śmiecia, a jeszcze kiedyś mógł być przydatny.

Dwie godziny później

Jeremy usiadł najedzony w swoim fotelu, w swoim biurze. Na szybkim obiedzie przetrawił skąpe informacje, które otrzymał od Beritha. Niestety większość śledztw sprowadzała się do wielu przesłuchań które nie dają nic, paru, które dają skrawek i jednego przełomowego. Trzeba było odbębnić te gówniane, ale póki co sprawa nie wydawała się zmierzać w dobrym kierunku. Jeśli Lamia wpakowała się w sekty i tym podobne gówna, to mogła się szybko z nich wykręcić w bardzo nieprzyjemny sposób. Berith wspominał o rytuałach, a rytuały bardzo lubią ofiary.

Na razie postanowił poczekać na resztę ekipy, by w końcu móc się jakoś skonsultować i ustalić większy plan działania, skoro już wszyscy uzbierali jakieś skrawki informacji.
 
__________________
Pół człowiek, a pół świnia, a pół pies

^(`(oo)`)^
Fearqin jest offline  
Stary 24-05-2015, 13:44   #8
Architekt Horroru
 
Lomir's Avatar
 
Reputacja: 3445 Lomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputacjęLomir ma wspaniałą reputację
Veronica wsiadła do swojego sportowego Jaguara i wyjechała z willi w stronę centrum miasta. Po kilkunastu minutach była już na Manhatanie. Poranne szczyty już się skończyły i miasto było w miarę przejezdne.
Veronica prowadziła pewnie i była żywym zaprzeczeniem opinii, że kobiety to źli kierowcy.
W pewnej chwili pani Bertolli zwolniła i zatrzymała się obok postoju dla taksówek. Podeszła do ostatniej zaparkowanej taksówki i wsiadła do niej.
Kierowca, gdy tylko zatrzasnęła drzwi ruszył gwałtownie.

Śledzenie taksówkarza nie było już tak prostym zadaniem. Mężczyzna jechał szybko i często łamał lub naginał przepisy. Jeremy musiał ostro się napocić, aby mu dorównać, a z drugiej strony nie zdradzić się, że za nim podąża.
Taksówka kierowała się wyraźnie w stronę Bronxu, dzielnicy zamieszkanej głównie przez murzynów i latynosów. Nie była to przyjemna okolica i wyprawa pani Bertolli w te rejony była nader podejrzana.
Gdy taksówka znalazła się już w obrębie Bronxu, kierowca przez kilka minut lawirował pomiędzy uliczkami. Jeremy kilkakrotnie musiał zwalniać, aby nie wzbudzić podejrzeń. W końcu taksówkarz odpuścił sobie sprawdzanie i ruszył w kierunku docelowego miejsca.

Miejscem tym okazała się stara, opuszczona kamienica na rogu ulicy. W jej pobliżu wyburzono już większość budynków i teren zawalony był masą gruzu i śmieci. Jedynie ten budynek ostał się jakimś cudem. Okna na parterze i piętrze były zabite deskami, a w kilku miejscach na ścianach przybito tabliczkę ostrzegającą, że budynek może się w każdej chwili zawalić.
Pani Bertolli wysiadła z taksówki i poszła na tył budynku. Jeremy zatrzymał samochód kilkadziesiąt metrów od budynku i z resztą ekipy obserwował swoją klientkę. Taksówkarz nie odjechał i z zapalonym silnikiem czekał najwyraźniej na powrót Veronici.
Jeremy zakrył usta dłonią opartą o boczną szybę. Po chwili zastanowienia zdjął drugą dłoń z klamki, nie chcąc wysiadać.
- Olać… poczekamy aż odjedzie i ktoś z nas zostanie, rozezna się co tu jest i po co, do kogo tam poszła. Ja potem znów za nią pojadę - powiedział mając nadzieję, że kobieta długo tam nie zabawi. Takie okolice za bardzo przypominały Jeremy dawne, nieprzyjemne czasy.

Minął kwadrans dłużącego się niemal w nieskończoność czekania. Zarówno stojącą pod budynkiem taksówka, jak i samochód Jeremy’ego zwrócił już uwagę miejscowych. Na razie jednak obserwowali oni tylko oba samochody i czekali. Tony zauważył trzy grypy, które zebraly się w pobliżu.
W końcu po piętnastu minutach Veronica ponownie pojawiła się na ulicy. Po jej ruchach i pośpiechu widać było, że jest bardzo zdenerwowana. Szybkim krokiem podeszła do taksówki i wsiadła do niej. Po chwili taksówkarz ruszył w powrotną drogę.
Teraz wasz ruch.

-Ja się tu rozejrzę. - powiedział Tony. - Może... pójdziesz ze mną? - dodał do Maxine po chwili namysłu - Jeremy w tym czasie sprawdzi czy Bertolli wraca do domu, czy jedzie gdzieś indziej. - gangster zaproponował kobiecie aby poszła z nim z prostej przyczyny. Liczył, że jej obecność pozwoli na trzymanie jego mrocznej natury na uwięzi. Poza tym, co dwie pary oczu to nie jedna. Gdy jego towarzysze zgodzili się na ten plan, Tony płynnym ruchem wysiadł z samochodu, otworzył drzwi Maxine i skinął detektywowi. Następnie ruszył w kierunku budynku, w którym Bertolli spędziła ostatni kwadrans.
Przytaknęła w milczeniu. Wystarczyło, że Jeremy podąży śladem taksówki. I tak chciała rozejrzeć się właśnie w takiej dzielnicy jak ta. Miała swoje powody... A Tony na pewno miał ze sobą jakąś klamkę. Nie żeby czuła się całkiem bezbronna, ale żelazo bywało czasem dobrym argumentem w nieprzyjemnych rozmowach.
- Dobra Tony, prowadź. - powiedziała

W zdewastowanym bloku

Tony i Maxine wysiedli z samochodu i ruszyli do budynku. Mafiozo kątem oka obserwował okolicę i z przykrością zauważył, że wszystkie trzy grupy które ich obserwowały rozpłynęły się w powietrzu. Było niemal pewne, że udali się dokładnie tam, gdzie zmierzała dwójka detektywów.

Gdy Tony i Maxine znaleźli się na tyłach budynku dostrzegli chyba jedyne wejście prowadzące do środka. Była to niewielka wyrwa w zamurowanych na głucho drzwiach. Oświetlając sobie drogę latarkami z telefonów ruszyli pewnie do środka.

Wnętrze budynku prezentowało się jeszcze gorzej niż jego elewacja. Niegdyś zapewne piękna kamienica, obecnie wyglądała fatalnie. Obdrapane tynki, połamane meble walające się na podłodze i ogólny panujący wszędzie rozkład i dewastacja.
W wielu miejscach widniały ślady graffiti. W większości były to symbole lokalnych gangów i proste sentencje wypisane przez domorosłych poetów w stylu “God Hates Us All” Wokół panowała niezmącona cisza. Można by rzec, że słuchać najdelikatniejsze uderzenie serca.
Tony i Maxine dostrzegli w zalegającym na podłodze pyle świeże ślady. Należały one niewątpliwie do Veronici Bertolli i prowadziły do piwnicy budynku.
Detektywi już zmierzali w tamtym kierunku, gdy z góry doszły do ich uszu, jakieś dziwne szmery.

Spojrzała pytająco na towarzysza wskazując oczami na sufit i potem ręką na niego i siebie. Ktoś kręcił się na górze i głupio by było, żeby z zaskoczenia odcięto im drogę powrotu albo przygotowano niespodziankę.
Tony skinął głową, dając znać, że zrozumiał przekaz Maxine. Odruchowo sięgnął do kabury, która znajdowała się pod marynarką, ale gdy położył dłoń na kolbie swojej Beretty spojrzał na dziewczynę. Adrenalina, która w nim wzbierała znalazła swoje ujście, tym razem nie przez brutalność. Gangster odpiął jedynie skórzany pasek, który zabezpieczał broń, aby w razie potrzeby mógł szybko jej dobyć, po czym ruszył powolnym krokiem ku górze, starając się zachowywać jak najciszej, aby zaskoczyć osobnika, który szukał czego lub kogoś w tym opuszczonym budynku.
Max pozostawała lekko z tyłu, po drugiej stronie schodów, tak aby ubezpieczać towarzysza.

Gdy tylko Tony wszedł na schody, stało się coś co zachwiało zmysłami pary detektywów. W powietrzu rozległ się dziwny dźwięk przypominający zwolnienie starej, analogowej migawki w aparacie. Jedno uderzenie serca później świat zakołysał się, jakby stabilną, betonową podłogę zastąpił okrętowy pokład. Tynk ze ścian począł odłazić niczym łuszcząca się skóra. Każda kolejna sekunda powodowała coraz większą dezintegrację rzeczywistości. Wszystko wokół zaczęło w oka mgnieniu ulegać dewastacji, i postępującej entropii. Stabilne i jakże namacalne jeszcze przed chwilą rzeczy nagle zaczęły przypominać przedmioty z obrazów Salvadora Dali. Schody na których stał Tony zaczęły się wyginać i falować.
Oboje detektywów stało, jak sparaliżowani. Ich umysły nie były gotowe na coś takiego. Strach dławił ich i nie pozwalał się ruszyć, choćby o krok.
Mijały sekundy, a opuszczony budynek stojący niemal w środku Nowego Jorku przestał istnieć. Roztopił się i wyparował niczym lody upuszczone na chodnik.
Tony i Maxine nadal stali w tym samym miejscu, ale rzeczywistość wokół nich uległa zmianie.

Teraz para detektywów stała pośrodku, rozległej pustyni, która przywodziłą na myśl opuszczone pole bitwy. Na ziemi, która miała rdzawą barwę walały się poszczerbione miecze, topory i włócznie. Gdzieś dalej można było dostrzec broń bardziej współczesną, ale i ona nosiły ślady postępującego rozkładu.
Co kilkanaście metrów, tkwił wbity w ziemię łopoczący na wietrze, poszarpany sztandar. Cała okolica niemal ziała grobową atmosferą.
Gdzieś na horyzoncie majaczyły ruiny potężnego miasta. Wśród masy budynków mniejszych i większych wyróżniały się dwie, sięgające niemal nieba ogromne wieże.

Z odrętwienia Tony’ego i Maxine wyrwał odgłos zbliżających się kroków. Z oddali szedł wolno w ich stronę, jakiś mężczyzna. Emanowała od niego moc, wielka charyzma i jakiś nieokreślony patos. Umysły detektywów pozostały stabilne i z niezwykłą precyzją obserwowały otaczający ich świat.

***
c.d. w poście Felidae
***

Tony usiadł i rozejrzał się dookoła. To co zobaczył zszokowało go - zmasakrowane ciała Latynosów, którzy jeszcze, zdawać by się mogło, przed chwilą grozili im śmiercią, leżały teraz na ziemi, a puste oczy wpatrywały się ślepo w sufit. Gangster poniósł się z ziemi przy akompaniamencie gruzu trzeszczącego pod jego butami, następnie pomógł wstać Maxine. Gdy jednak wyciągnął do niej swoją rękę, zobaczył, że cała jest we krwi, tak samo jak reszta jego ubrania. Gdy kobieta stała już na nogach Tony rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Nie wiedział ile tu leżeli, ale przyjechali za dnia, a był już wieczór, wnioskując po ulicznych latarniach.

-Kosmos jest labiryntem zbudowanym z labiryntów.- powtórzył za tajemniczą postacią z... wizji? - Też to widziałaś? Wszystko to samo co ja, prawda? To nie było tylko w mojej głowie? Byłaś tam razem ze mną!
Co tu się kurwa dzieje?!
- krzyknął mafioso. Czuł się bezradny, tak samo jak w swoim domu dwadzieścia lat temu. Tak jak wtedy, tak teraz siedział na podłodze, zdezorientowany i dziurą w pamięci.
-W twojej głowie też namieszał, co? Rozumiesz coś z tego? To... to nie pierwszy raz, przynajmniej dla mnie, ale nie potrafię nic z tego wywnioskować- kontynuował Tony.

-Musimy się stąd zabrać, zadzwonię do chłopaków, żeby nam pomogli - gangster wyciągnął komórkę i wykręcił dobrze znany sobie numer. Zadzwonił do swoich podwładnych, którzy specjalizowali się w brudnej robocie i czyszczenie miejsc zbrodni nie było dla nich niczym niezwykłym. Poprosił ich również o komplet czystych ubrań dla siebie i Maxine.

-Musimy powiedzieć o tym reszcie. Myślę... czuję, że to ma jakiś związek z całą sprawą. A może nie? Może tracę rozum? Ale ty też to widziałaś, prawda?- Tony nie był pewny czy to co widział było prawdą czy wytworem jego zniszczonego latami "pracy" w mafii mózgu.

Jedno było pewne, gdy tylko zjawili się jego pomocnicy, przebrał się w czyste ubrania i ruszył do biura Jeremy'ego, aby przedstawić mu to czego się dowiedzieli.
 
Lomir jest offline  
Stary 24-05-2015, 14:57   #9
 
Felidae's Avatar
 
Reputacja: 4986 Felidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputacjęFelidae ma wspaniałą reputację
późnym wieczorem... w biurze detektywa

Veronica Bertolli coś przed nimi ukrywała, a Maxine bardzo nie lubiła kiedy ktoś wodził ją za nos.
Ale to co wydarzyło się na Bronxie, w opuszczonym budynku w ogóle nie powinno się było wydarzyć...

pustynia w nieokreślonym wymiarze... w chwilę potem jak na horyzoncie pojawiła się dziwna postać

- Czy ja zwariowałam? - powiedziała cicho Maxine. W pierwszej chwili chciała uciekać, ale po pierwsze dokąd.. po drugie jej wrodzona ciekawość zaczynała wygrywać. Jeśli ten człowiek, czy raczej postać to ta sama zjawa, która pojawiała się w czasie jej ‘incydentów” to może wreszcie dowie się o co w tym wszystkim chodzi… Wszystko było lepsze niż dalsze życie z tym….darem? przekleństwem?

Mężczyzna zbliżał się wolno, ale nie ubłaganie. Szum wiatru przybierał na sile, podnosząc z ziemi coraz większe tumany kurzu. Para detektywów spoglądala co i rusz na siebie i czekała.

Im mężczyzna był bliżej, tym można było dostrzec coraz więcej szczegółów jego anatomii. A ta…. ta była tylko z pozoru ludzka.
Mężczyzna ów wyglądał tak, jakby został obdarty ze skóry. Było widać wszystkie jego mięśnie, które poruszały się zwinnie i pewnie. Przy każdym ruchu jego ciało spływało krwią. Ubrany był w skórzany, czarny płaszcz z odprutymi rękawami. Poły płaszcza powiewały na wietrze odsłaniając odrażające ciało pozbawione skóry. Twarz mężczyzny przedstawiała jeszcze gorszy widok. Trupioblada skóra wyglądała niemal groteskowo. Oblicze przybysza zdobiły dziwne skaryfikacje, które układały się w jakiś chory wzór. Rany cały czas krwawiły, jakby zostały zadane dosłownie kilka chwil temu.
Mężczyzna spojrzał na detektywów, białymi, pozbawionymi źrenic oczami.

- Kto was tu przysłał? - zapytał mężczyzna. Choć detektywów dzieliło od niego jakieś dwadzieścia, może trzydzieści metrów to jego słowa brzmiały czysty i wyraźnie.

-Co do kurwy… - zaklął pod nosem Tony. Spojrzał na Maxine. Ona też tu była, widział ją i mógł dotknąć. Coś mu to przypominało, sytuację z dzieciństwa. Strzępy obrazów powoli napływały do jego mózgu. Poczuł, że jego serce przyspiesza, a w płucach zaczynało mu brakować tchu. Oddychał szybko i płytko, podczas gdy świat wokół zmieniał się i wirował. Gdy jego wzrok spoczął na postaci w oddali Tony zwrócił się do Maxine
-Też TO widzisz?- rzucił, nie spuszczając wzroku ze zbliżającego się osobnika.

Kobieta skinęła tylko twierdząco głową. Postać mężczyzny przerażała ją i jednocześnie fascynowała.

Gdy padło pytanie Tony przechylił głowę, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi. Tym razem postawił na racjonalne podejście do nieracjonalnej sytuacji
- Nikt. Była tu kobieta, której córka zaginęła, śledziliśmy ją i chcieliśmy sprawdzić czego tu szukała. Gdzie jest to *tu* i kim jesteś? - powiedział gangster do nienaturalnie bladej postaci. Oczekując na rozwój wydarzeń przebierał palcami u prawej dłoni, jakby chcąc odpędzić jej swędzenie, a w rzeczywistości walczył z pokusą, aby wyciągnąć swoją broń i wymierzyć ja w mężczyznę.

Maxine przełykała nerwowo ślinę. To nie był czarnoskóry z jej ...wizji

- Gdzie my jesteśmy? Co tu się dzieje? - spytała prawie równocześnie z Tonym.
Jej całe ciało aż rwało się do ucieczki, ale nie ruszyła się z miejsca. Nie mogła. Stała więc tylko, cała w napięciu oczekując rozwoju wydarzeń.
Słowa Tony’ego brzmiały dziwnie w tym miejscu, jakby zakłócały panujący tutaj mimo wszystko spokój.
Mężczyzna praktycznie nie zareagował na wyjaśnienia, jakie otrzymał. Trudno było orzec, jakie wywołały one na nim wrażenie. Tony walczył ze sobą, aby sprawę rozwiązać sposobami do jakich nawykł przez lata. Na razie się jednak powstrzymał i czekał na rozwój wydarzeń.
Cisza przedłużała się, aż mężczyzna w końcu skłonił głowę i na oczach zdumionych detektywów rozpłynął się.
To samo stało się z kamienistą ziemią, jaką para detektywów miała pod stopami.
Ziemia osuwała się, jakby pod nią znajdował się ogromny lej, który wszystko wciągał.
Maxine i Tony stracili równowagę i zaczęli spadać w bezdenną przepaść.
Ich krzyki i jęki nosiły się głośnym echem i raniły bębenki.


- Coście, kurwa za jedni? - wrzeszczał młody Latynos pochylając się nad Tonym i Maxine i mierząc do nich z pistoletu.
- Mówię ci Hesus, że to jakieś ćpun.
- Ta ćpuny? W takich łachach. Jasne
Maxine i Tony leżeli przy schodach. Byli zdezorientowani i lekko przestraszeni, jednak ich zmysły nadal pozostały świadome. Nie wiedzieli tylko, czy wielkie pobojowisko i obdarty ze skóry mężczyzna byli zbiorową halucyjnacją, czy czymś zupełnie innym.
- No! - ponaglił Latynos wymachując Tony’emu spluwą przed nosem - Gadaj, coście za jedni.
Tony leżał na plecach, a za jego głową stał młody latynos, przez co gangster widział go do góry nogami. Mężczyzna mrugnął kilkukrotnie oczami, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się przed chwilą stało. Powoli usiadł, ignroując zupełnie dwójkę chłopaków, po czym podniósł się na nogi i pomógł wstać Maxine. Gdy stali już na nogach, otrzepał swoje ubranie.
-Spokojnie. - powiedział powoli, a jego głos brzmiał harmonijnie. Tony używał swoich zdolności do manipulacji ludźmi, która pomogła mu wspiąć się na szczyt drabiny kariery w Rodzinie. - Jesteśmy znajomymi, kobiety, która była tu przed chwilą. Martwimy się o nią, więc pojechaliśmy za nią, aby sprawdzić, gdzie pojechała i czy nic jej się nie stanie. Ostatnio ma problemy emocjonalne…- mówił mafioso.
Powrót do realnego świata oszołomił odrobinę Maxine i była zadowolona, że to Tony rozpoczął dialog z latynosami. Pozwoliła mu się podnieść, otrzepała spodnie, a potem zrobiła przerażoną minę udając na tyle na ile umiała przestraszoną blondynkę. Pochyliła lekko głowę, jej usta wykrzywiły się układając do płaczu, a z gardła wydobył się drżący głos:
- Kochanie - powiedziała do Tony’ego - czego chcą ci panowie?
To brzmiało tak jakby za chwilę miała się rozbeczeć.
Jednocześnie spod przymkniętych powiek obserwowała gangsterów gotowa na szybkie uderzenie, tak jak szkolono ją w MI-6.
Ledwo Tony wstał, Latynos kopnął go gwałtownie w klatkę piersiową, posyłając ponownie na ziemię. Ferriello uderzył w ścianę z głośnym hukiem. Słyszał i czuł trzask łamanych żeber. Maxine czujnie obserwowała domorosłych gangsterów gotowa w każdej chwili na reakcję. Gdy jeden z Latynosów zaatakował, rzuciła się na drugiego.
Ten jednak wykonał ekwilibrystyczny unik i ciosem z półobrotu, posłał Maxine na ziemię. W tej chwili kobieta wiedziała, że coś jest nie tak. Dwójka uliczników zachowywała się niczym wyszkoleni funkcjonarusze SWAT-u. Maxine siedziała na ziemi i z ledwością łapała oddech po ciosie jaki otrzymała szyję.
Spojrzała w górę na sufit i dostrzegła coś zupełnie nierealnego. Ze stropu leciał śnieg. Białe, drobne płatki spadały na ziemię.
Nie! To nie były płatki! To były małe, drobne, biale robaczki. Miliony robaków spadających z sufitu. Maxine złapała się za głowę i zaczęła zrzucać je z siebie, krzycząc przy tym wniebogłosy.
Tony nie spodziewał się takiego refleksu po zwykłym uliczniku. Cios Latynosa zaskoczył go zupełnie. Mimo bólu sięgnął za pazuchę i wyciągnął swój pistolet zamierzając wypalić prosto w twarz chłopaka.
Latynos jednak ponownie był szybszy.
Wymierzył w Tony’ego i oddał strzał prosto w głowę.
Krew trysnęła na ścianę, a roztrzaskana czaszka rozbryzła się po całym pomieszczeniu.
Maxine przestała krzyczeć i spojrzała na konającego partnera. Nie mogła z siebie wyydobyć słowa. Z otwartymi ustami wpatrywała się tylko w rozgrywającą się na jej oczach scenę.

Nagle Latynos się odwrócił i spojrzał w oczy Maxine. Jednak teraz nie był to już młody gangster. Zamiast pogodbnej twarzy nastolatka w twarz Maxine spoglądał wyskaryfikowany mężczyzna o oczach pozbawionych źrenic.

- Kosmos jest labiryntem zbudowanym z labiryntów. - powiedział spokojnym, wręcz monotonnym tonem
Po czym pstryknął palcami i zapanowała kompletna ciemność.


Kiedy się ocknęli było już ciemno. Przez brudne okna do środka wpadało nikłe światło latarni.
- Co....? - Maxine złapała się za głowę. Bolała jak diabli, jak na najgorszym kacu. Nie to jednak było najgorsze. Najpierw zauważyła krew na rękach i na ubraniu. Była ranna?
Potem jednak dostrzegła strzępy, tak strzępy dwóch młodych latynosów.

Zrobiło jej się niedobrze. - Tony?- zawołała cicho. Widziała jak jego głowa pękała jak dojrzały arbuz, ale mimo tego zawołała. Był. Stanął przed nią równie mocno zakrwawiony i przestraszony. Ale żywy.
Chyba dopiero teraz zrealizował co się stało.

Chciała się odezwać, uspokoić, ale jej towarzysz był w dużym szoku. Zadawał pytania, szukał potwierdzenia. a przecież ona niczego nie mogła wytłumaczyć. Czy byli ofiarą zbiorowej halucynacji? Ale skąd wtedy dwa trupy?

Trupy... O boże, to było ich dzieło? Czy może ten potwór z pustyni ponownie pogrywa sobie z ich wyobraźnią? Ale poza nimi nie było nikogo w bydynku. Panowała głucha, przejmująca cisza.
Jakby wcześniej nic się nie wydarzyło.
-Tony....daj spokój. Widziałam i słyszałam wszystko co ty. Teraz trzeba stąd jakoś wyjść, posprzątać, zawiadomić resztę. - nie mogli wezwać policji. Jak wytłumaczyliby dwa rozerwane na strzępy ciała? Co z odciskami palców?

Zadziałało. Tony okazał się być prawdziwym profesjonalistą. Wezwał chłopaków, którzy najprawdopodobniej nie raz znaleźli się w podobnej sytuacji.
Nie przyglądała się, szybko wykonała kilka telefonów do reszty zespołu umawiając pilne zebranie w biurze detektywa.
Było wiele do omówienia i do zaplanowania.

Miała ochotę przycisnąć panią Bertolli. Może kobieta wiedziała z czym przyszło im się... spotkać.
 
__________________
Podpis zwiał z miejsca zdarzenia - poszukiwania trwają!
Felidae jest offline  
Stary 27-05-2015, 22:08   #10
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 7135 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Biuro/sklep wróżki Flawii


Jessica podjechała taksówką pod sklep wróżki i weszła do środka. Przed przyjazdem zadbała o odpowiedni strój: czarne jeansy, taka koszulka, kurtka ze skaju imitującego skórę. Nieco mocniejszy makijaż, w ciemnych barwach, lekko rozmazany w okolicy oczu. Rozpuściła włosy i zaczesała je tak, aby częściowo zasłaniały jej twarz.
Otworzyła powoli drzwi, rozejrzała się niepewnie po pomieszczeniu.
- Hallo? - zawołała cicho, starając się sprawiać wrażenie nieśmiałej i zagubionej. - Dzień dobry.
Sklep madame Flawii został urządzony w schematyczny i standardowy sposób. Była to typowa newage’owska mieszanina wszelkich elementów magicznych pochodzących z różnych kultur i narodów. Pod sufitem wisiały indiańskie amulety, zwane “łapaczami snów”, na ścianach umieszczono, oprawione w gustowne ramy tybetańskie mandale, a na stolikach i szafkach ustawionych w różnych miejscach sklepu znalazły się zarówno chrześcijańskie witraże, jak i czaszki i ołtarze typowe dla kultu voodoo. Jednym słowem cała magiczna menażeria, jaka była znana ludzkości.
Pod dwiema ścianami znajdowały się dwie, długie półki na których umieszczono książki z wszelkich dziedzin zahaczających o sferę magiczną, czy też ogólnie metafizyczną.


Gdy Jessica cicho zawołała z góry odpowiedział jej kobiecy głos:
- Chwileczkę już schodzę.
Po niecałych dwóch minutach na krętych schodach ukazała się młoda kobieta, niespełna dwudziestoletnia. Uśmiechnęła się szeroko i zeszła do Jessici.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
- Szukam madame Flawii - odpowiedziała Jessica.
- Oj, przykro mi - odparła smutnym tonem kobieta - Madame Flawia jest nieobecna. Dwa dni temu miała nader wyczerpujący seans i udała się do swojego letniego domu, aby odpocząć i zaczerpnąć sił witalnych z natury. Mam jednak nadzieję, że ja będę mogła pani w jakiś sposób pomóc. Co prawda nie jestem tak doskonałym medium, jak madame Flawia, ale także posiadam dar i mogę spojrzeć w przyszłość dla pani. Mogę choćby postawić Tarot lub rzucić runy. Jaki duchowy problem panią dręczy? Jakie myśli nurtują pani duszę.
Jessica wiedziała, że to nie będzie łatwa rozmowa. Młoda adeptka okultystycznej ścieżki była nie tylko wyjątkowo gadatliwa, ale także napastliwa niczym rasowy domokrążca, czy telemarketer.
- Och - westchnęła więc tylko, przejmując wyraz twarzy na którym smutek mieszał się z nadzieją. - To taka smutna sprawa.. prywatna. Madame wiedziała… dała mi wskazówki, zastosowałam się i wszystko zaczęło obracać się w dobrą stronę. Energie się zrównoważyły. Ale ostatnio.. no, obiekt o którym rozmawiamy, zaczął równoważyć energię z inną osoba. Madame tak świetnie to rozumiała…- potrząsnęła głową, włosy rozsypały się jej po twarzy. - Wyczerpujący seans? Co to znaczy? czyżby .. jej siły się nadwątliły? Cóż za strata…
- Skoro, tak - odpowiedziała zasmucona dziewczyna - to… ja nie wiele będę mogła pomóc. A seans… to było jakieś prywatne spotkanie. Nie znam szczegółów, ale mogę zdradzić pani w sekrecie, że był to ktoś ze śmietanki Nowego Jorku. Madame zapewne wróci za dzień, czy dwa z nową energią i będzie mogła pani pomóc.
- Och, jakie to ekscytujące.. śmietanka Nowego Jorku. czy może jacyś aktorzy? Nie chciałabym być wścibska.. za dwa dni to będzie za późno, niestety. Energia całkiem się przeleje do innego naczynia .. teraz może bym jeszcze dała radę coś odwrócić.. Nie ja, Madame. Bardzo proszę mi pomóc…
- Doskonale panią rozumiem. To są bardzo ważne rzeczy, nie można lekceważyć fali pozytywnej energii. Wygląda pani na szczerą i uczciwą osobę. Nie powinnam tego robić, ale myślę, że madame mnie zrozumie. Dam pani numer do letniego domu madame. Sama się pani z nią skontaktuje i będzie mogła się poradzić. Czy takie coś panią satysfakcjonuje?
- Bardzo , bardzo dziękuję, jest pani taka uczynną osobą.. i rozumie, moje trudne położenie. czy mogę się jakoś odwdzięczyć?
- Proszę tylko kierować pozytywną energię w moją stronę i stronę naszego sklepiku. To w zupełności wystarczy. Jeżeli kosmiczna moc skupiła się na pani, to może się pani stać zwierciadłem, które będzie ją odbijać na innych ludzi. To niemal pani mistyczny obowiązek. Nie można całej energii zachować dla siebie. Wtedy kosmiczne siły mogą się od nas szybko odwrócić.
- To oczywiste - zapewniła sprzedawczynię-medium Jessica. - Absolutnie kluczowy jest poziom energii we wszechświecie. Obiecuję, ze całą nadwymiarową energię skierują na pani sklep. Dziękuje bardzo.


Jesscia opuściła sklep, pooddychała głęboko, żeby resztki kosmicznej energii (z naciskiem na duszącą woń kadzidełek, po której zawsze robiło się jej niedobrze) wywietrzały z jej mózgu. Boże, co za bzdury…Ale nastolaty w typie Pameli były podatne na tego typu bełkot. Nie raz widziała takie dzieciaki i w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, i na interwencjach w policji. Dobrze, druga runda. Wiedziała, że teraz będzie trudniej. Przyjrzała się dokładnie zgromadzonym w sklepie przedmiotom – madame Flawia zgromadziła tam wszystko, co przeciętnym ludziom kojarzy się z magią. Dla każdego coś miłego. Jak nie łapacz snów, to flakonik , lub szklana kula. Jak na nawiedzone medium madame bardzo dbała o autoprezentację. Kolekcja miała robić efekt, uwiarygadniając właścicielkę.

Weszła do pobliskiej kawiarni i zamówiła latte. Przez chwilę rozważała możliwe opcje, cos czuła, że to nie będzie łatwa rozmowa. Wybrała numer.
- Dzień dobry, tu Jessica Wiliams. bardzo zależy mi na spotkaniu. Możliwe jak najszybciej.
- Nie wiem, kim pani jest i skąd ma mój numer. - odpowiedziała madame Flawia. Jej głos był silny i pewny siebie. Czuć w nim było echo odległych epok, jakby wróżka wyuczyła się akcentu z dawno minionej ery. - Obecnie przebywam na krótkim urlopie. Proszę umówić się z moją asystentką. Znajdzie ją pani w moim sklepie. Żegnam.
Można było przewidzieć taki obrót sytuacji, więc Jessica zreagowała natychmiast.
- Ursulo! – jej głos był spokojny, ale naglący. - Pamela Bertolli... może już nie żyć. Ja albo policja. Wybieraj.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza. Jedynie szum głębokiego oddechu wskazywał, że madame Flawia nie rozłączyła się.
- Kim jesteś? - zapytała w końcu wróżka.
- Przyjaciółką. Proszę mi dać 10 minut. Nie więcej.
- Mów, zatem przyjaciółko - w głosie wróżki słychać było wyraźną ironię.
- Dziewczynka zaginęła.- powiedziała Jessica i zamilkła. Teraz ona czekała. Ale madame Flawia była twardym graczem
- To wszystko, co masz mi do powiedzenia? – dopytała tylko wróżka.
- Tobie.. tobie też coś się przytrafiło, prawda? – Jessica spróbowała z drugiej strony, ale już po pierwszych słowach pożałowała pytania.
- Wydaje mi się, że dalsza nasza rozmowa, nie ma sensu – ucięła krótko wróżka, więc kobieta wróciła do dziewczynki
- Tu chodzi o Pamelę. Powiedz mi cos, co mi się przyda. Naprowadzi na jej ślad. Chodziła do ciebie, prawda?
- Przyda? Naprowadzi? Kim jesteś Jessico Williams, abym udzielała ci takich informacji?
- Przyjaciółką, mówiłam już. Twoją, Pameli… A najbardziej jej matki. Martwi się. Masz dzieci?
- Nie kłam - syknęła kobieta, a jej głos zdawał się przeszywać Jessicę do głębi - Nie znam cię, więc nie możesz być moją przyjaciółką. Nie baw się ze mną w kotka i myszkę. Zadzwoniłaś do mnie, bo czegoś ode mnie chcesz. Zapewne informacji. Jeżeli tak to musisz zdobyć moje zaufanie, a twoje słowa w tym momencie tylko cię pogrążają. Mów kim jesteś i dla kogo pracujesz?
„Może warto było zacząć wprost?” przemknęła Jessice przez myśl. Rozmowa nie szła dobrze.
- Jessica Wiliams, biuro detektywistyczne Evans i partnerzy – przedstawiała się ponownie. - Pracujemy dla matki Pameli, ona nam płaci, oczywiście, ale prawda jest taka, że znam mnóstwo takich dzieciaków jak Pamela. Zagubienie i przerażenie zamaskowane nadmierną pewnością siebie. Poszukują, tak na prawdę siebie, prawdy o sobie, choć nie mają o tym pojęcia. Pamela tez szukała - czarna magia, i tym podobne - proszę mi wybaczyć szczerość, ale widziałam pani sklep - bzdury dla naiwniaków. Pani ją zna. Proszę mi pomóc, nawet nie mi, jej matce. Oczywiście, mogę postraszyć panią moimi znajomymi z policji, którzy przeszukają pani sklep i na pewno znajda coś nielegalnego.. a może nie znajdą, ale narobią bałaganu, spłoszą klientów.. ale pani jest za mądra, żeby się przestraszyć. No, ale ta mała ze sklepu na pewno by się przejęła. Westchnęła i kontynuowała: - Mam nadzieje, ze ta dziewczynka żyje. A przede wszystkim - że ją znajdziemy, żywą lub nie. Nie ma nic gorszego dla rodzica niż niewiedza na temat dziecka. Dużo lepiej móc pochować zwłoki, niż się zastanawiać w kółko, czy małej nie dzieje się krzywda. – znów przerwała na chwilę. - Pamela była u pani, prawda Ursulo? Czego chciała? Zdobyć uczucie chłopka, zakląć swój los?
- Biuro detektywistyczne - powtórzyła wróżka z nutką zdziwienia i niedowierzania w głosie. - Zapewne wydaje ci się drogie dziecko, że byłaś sprytna układając tę rozmowę w taki sposób. Może gdybyś w taki sposób zaczęła miałybyśmy ze sobą o czym rozmawiać. Jednak twoje kłamstwa, podchody i miałkie gierki całkowicie mnie do tego zniechęciły. A groźby do jakich się posuwasz są już kompletnym kretynizmem. Jednak za tę odrobinę szczerości, jaką mnie uraczyłaś, ja także coś ci dam. Dobrą radę mianowicie. Zostawcie Pamelę w spokoju. Dziewczyna da sobie radę, w przeciwieństwie do ciebie i twoich partnerów. Bądź zdrowa. Żegnam.

Rozmowa była zakończona. Słowa, jakie wypowiedziała wróżka rozdrażniły Jessicę. W ich tonie było coś, co uruchamiało automatyczny instynkt obronny. Dziwne i niepokojące uczucie. Przez chwilę myślała, co ją tak poruszyło. Czy rzeczywiście coś w tonie, czy raczej świadomość, ze źle wyczuła wróżkę i niewłaściwie poprowadziła rozmowę? Cóż, bywa. Trzeba wyciągnąć wnioski z porażki i iść dalej.

Jessica spróbowała zadzwonić jeszcze raz, ale madame Flawia, nie raczyła już odebrać. Wróciła więc do sklepu i wyciągnęła od dziewczyny – opisując ze szczegółami jak jej narzeczony zakłóca równowagę wszechświata szafując energią na lewo i prawo - adres leśnego domku wróżki.

Dom znajdował się w pobliżu Renovo w stanie Pensylvania. To około 250 mil od Nowego Jorku. Jessica oszacowała, że nawet gdyby wyruszyła natychmiast, to dotrze tam najwcześniej wieczorem. Musiała skonsultować się z innym, zanim podejmie taką decyzję.


Zebranie zespołu


Na wieczornym zebraniu każdy przedstawił krótki raport ze swoich działań:

Jeremy: sprawdziłem Beritha dość dokładnie, łącznie z jego klubem i domem. Generalnie chłopak zadaje się ze sporą ilością brudu, narkotyki, kurtyzany, sprzedaje i zaopatruje. Niespecjalnie mocno przywiązany do poszukiwanej, powiedział, że zaczęła przesadzać z zainteresowaniem w stronę kultów, rytuałów i tym podobnych. Sam się w to nie pakował, więc jej zaginięcie ma pewnie związek z dużą ilością stosunkowo świeżo poznanych osób i trzeba znaleźć środowisko, w które się wplątała.

Tony: byliśmy z Maxime opuszczonym budynku. Mieliśmy wizję, albo przenieśliśmy się gdzieś w inne miejsce, coś na kształt bezkresnej pustyni z dwiema wieżami. Tam zbliżały się do nas trupioblady mężczyzna, który pytał "kto was tu przysłał".
Gdy odezwaliśmy się, nic nam nie odpowiedział, a cała wizja się rozmyła i urwał się nam film. Obudziliśmy się w budynku a zamiast dziwnego mężczyzny było 2 latynosów z pistoletem pytających o to samo "kto was tu przysłał". Sytuacja potoczyła sie nie po naszej myśli, jeden z Latynosów zastrzelił mężczyznę, a do Maxine powiedział " Kosmos jest labiryntem zbudowanym z labiryntów.", pstryknął palcami i wszystko zniknęło.
Po kilku godzinach obudziliśmy sie w budynku, cali we krwi a Latynosi byli porozrywani na strzępy. Zadzwoniłem po ekipę sprzątająca mafii i udałem się do biura.

Jessica: udałam się do biura wróżki, ta jednak wyjechała odpocząć, wyczerpana sesją. W rozmowie telefonicznej usłyszałam, że powinniśmy zostawić śledztwo, bo Pamela sobie poradzi, w przeciwieństwie do nas. Mam adres wróżki, ale to 250 mil od NY, w Pensylvanii. Potrzebuje waszej decyzji, co do ewentualnej podróży.
Zanim jednak zdecydujemy, co dalej – zdecydowanie nalegam na badanie toksykologiczne krwi Tonego i Maxine, jak najszybciej - substancje wziewne krótko utrzymują się w organizmie, a wy ewidentnie się czymś zatruliście. Coś jeśliście razem? Piliście?


Po naradzie zdecydowano, że Jessica z Tonym udadzą się do letniej posiadłości wróżki. Obawy Jessici co do zdolności samokontroli Tonego zostały zlekceważone, kobieta nalegała jednak, aby przed wyjazdem Tony koniecznie zbadał krew, podobnie jak Maxine.

Jeremy – po uznaniu tropu wróżki jako rokującego – zrezygnował jednak z wyjazdu, i zdecydował rozeznać się po szkole średniej Pameli. Maxine miała odwiedzić nauczycielkę rysunku i przyjaciółkę Pameli.

Od Clive’a nie mieli żadnych informacji i powoli zaczynało ich to niepokoić….
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:50.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166