Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-10-2016, 15:29   #1
Rest In Peace
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 13510 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
All Hallows’ Eve [18+]



Halloween. Samhain. Dziady. Zaduszki. Jakkolwiek by nie zwano tego dnia, 31 października niezaprzeczalnie związany jest z duchami, strachami i… dynią. Historia ta, która zostanie opowiedziana, zaczęła się wraz z pierwszą minutą owego dnia. 30 października rozpoczął się i upłynął pod znakiem Diwali, hinduistycznego święta światła, które trwać miało pięć dni i obchodzone zawsze było hucznie.




To ostatnie słowo bez wątpienia pasowało do niedzielnej nocy, która rozbrzmiewała wybuchami fajerwerków i wesołą muzyką. Nawet w tak ustronnym i cichym zazwyczaj miejscu jak Epping Forest, nie dało się uciec przed owym świętowaniem. Niebo raz po raz rozjaśniały kolorowe światła, sprawiając że wrażliwe na głośne dźwięki zwierzęta, przeżywały swą gehennę, kryjąc się w ciemnych miejscach i piskiem oraz wyciem wyrażając agonię. Wraz z nastaniem północy, nadeszła mgła. Skradała się powoli, cicho niczym wprawny łowca podchodzący swą ofiarę. Z początku można ją było pomylić z dymem, którego nie brak było w powietrzu, a który raził nozdrza wonią prochu. Tak jednak było tylko z początku. Około pierwszej ucichły wybuchy, w jakiś czas później ucichły piski i wycia. Nastała cisza. Głucha, ciemna, lepiąca się cisza.


Podobnie rzecz się miała w jednym z domów przy Manor Rd. Nie było ich wiele przy tej wąskiej, pełnej wybojów drodze leśnej. Ot parę, odgrodzonych murami, skrytych za ciężkimi bramami, posiadłości za które zapłacić trzeba było okrągłe sumki by stać się ich właścicielem. Nawet bliskość starego cmentarza nie było w stanie zmniejszyć owej kwoty ani też odstraszyć chętnych. W końcu, jakby na to nie spojrzeć, był to Epping Forest. Świeże powietrze, masa zieleni, dobry dojazd do centrum. W okolicy nie brak było pub’ów i restauracji. Kogo było na to stać, mógł rozkoszować się naturą z grzbietu końskiego, przemierzając leśne odstępy korzystając z jednej z wielu wytyczonych ścieżek.
Powróćmy jednak do owego domu, skrytego za białym murem i takiegoż samego koloru bramą. Był to stary budynek, gustownie odremontowany i zmieniony w wygodną rezydencję przez jego obecnego właściciela.




Czas jednak, który posiadał nadal był wyraźnie widoczny, przyciągając ciekawskie spojrzenia turystów i wycieczkowiczy przemierzających leśne szlaki. Front był dobrze utrzymany, widać było wprawę i wiedzę idącą za sposobem, w jaki zieleń otaczała ceglane ściany. Żwiru, który pokrywał podjazd nie szpeciły chwasty, zamiast tego ozdabiał go lśniący, nowy i elegancki pojazd czterokołowy. Mgła, o której wcześniej była mowa, otulała go, przeglądając się w lusterkach i posuwałą dalej, ku drzwiom wejściowym, odzobionym kołatką zdobną pyskiem wilka. Za nimi znajdował się krótki korytarz, który nagle otwierał się na elegancki salon po lewej i utrzymaną w cuntry style, kuchnię. Dalej znaleźć można było pracownię i pokój gier połączony z niewielką biblioteką. Na piętrze, zapraszając swą wygodą i urządzone ze smakiem, znajdowały się cztery sypialnie, dwie z których en suite. Poza nimi była także duża łazienka z wanną wielkości małego basenu.
W jednej z owych sypialni, tej, którą zwykle określano mianem “master”, spał mężczyzna. Łóżko które zajmował, bez wątpienia nie było pojedyncze, a sądząc po zdjęciu stojącym na szafce, u jego boku powinna znajdować się kobieta, której jednak tam nie było. Było jednak coś innego. Spod poduszki, ledwie, ledwie widoczna w zimnym blasku wskazówek zegara, czerniała lufa pistoletu.
Poza owym mężczyzną, nie było w domu żywej duszy. On sam usnął niedawno. Huki i wybuchy nie działały najlepiej na jego sen, więc nawet nie próbował zmrużyć oczu póki świętowanie nie zostało zakończone. Wtedy dopiero odprawił swój cowieczorny rytuał i ułożył się do snu. Snu, z którego obudziły go dźwięk wody dobiegajacy z łazienki i cichy odgłos, jaki bose stopy wydawały w zetknięciu z chłodną, białą posadzką.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”

Ostatnio edytowane przez Grave Witch : 01-11-2016 o 12:18.
Grave Witch jest offline  
Stary 01-11-2016, 01:03   #2
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9725 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Wyobraź sobie, że żyjesz w koszmarze. Dzień po dniu. Dzień za dniem. Codziennie pośród tych samych twarzy, z tymi samymi twarzami śnisz ten sam sen. Ostatni salut. Powrót do domu. Ale nigdy nie wrócisz do domu, choćby nawet twoje ciało wróciło na znajome ulice.
Część ciebie na zawsze zostaje w koszmarze. A może to koszmar zostaje w tobie? To nieważne.

Kiedy patrzysz na szczątki i nie potrafisz rozpoznać które z nich należą do zamachowca-samobójcy, a kumpla, który jeszcze niespełna piętnaście minut wcześniej wmawiał ci:
- Mordo, niedługo to całe pierdolone gówno się skończy. Zobaczysz. Tylko mi się tu trzymaj, Bull. Jak wrócimy z tego pojebanego kraju, to zrobimy solidnego grilla, pokażę ci moją córeczkę, a potem napierdolimy się, że hej!

Wmawia tobie i sobie, bo obaj widzieliście jak głowy zespołu dziennikarzy oddzielane są od ciał tępymi maczetami. Ciągle w uszach słyszysz ten wrzask. Pierdoleni barbarzyńcy.

I przyglądasz się rozerwanym ciałom nie mogąc oderwać wzroku, choć czujesz obrzydzenie potęgowane przez fetor wnętrzności razem z ekskrementami. Gorące powietrze i prażące słońce czyni smród nieznośnym. Chcesz uciec, ale nie możesz. Nie chcesz uciekać, ale musisz. Wszystko jedno.

Twój towarzysz i druh uratował dupsko tobie i reszcie kompanii. Nikt nie dostrzegł zagrożenia w przechodniu. Nagle słyszysz przerażające zawołanie i jedyne, co możesz zrobić, to zesrać się w te prima sort portki. Wiesz, że nie możesz się ruszyć z przerażenia i zdajesz sobie sprawę z tego, że cała reszta czuje to samo. Dreszcz spływa ci wzdłuż kręgosłupa i pomimo skwaru ogarnia cię paraliżujący chłód, a potem uderza topiący kości żar. Myśli zatrzymują się jak tryby, w które ktoś wraził żelazny pręt. Potem zapierdalają jak szalone podsuwając ci wszystko, co było, jest i mogło być ci bliskie.

Tylko twój kumpel zachowuje zimną krew. Tylko twój kumpel jest szybszy niż twoje własne myśli, bo wszystko wkoło zamarło. Widzisz brodaty, zapluty ryj sięgającego pod koszulę terrorysty. I wtedy już wiesz. Do śmierci nie zapomnisz tego wyrazu ani rysów. I wiesz, że to już nie potrwa długo.

Widzisz jak twój kumpel działa, jakby wyłącznie do tego celu został zaprogramowany. Jebany Hermes. Wiesz, że w tej chwili, w pełnym rynsztunku, wyprzedziłby Bolta. Widzisz jak leci. To kurewsko fascynujące widzieć człowieka zawieszonego w powietrzu zaledwie na krótką chwilę. Potem drugie uderzenie stopą o ziemie i obraz powtarza się.

A ty zamiast ruszyć mu na pomoc, własnemu kumplowi, nie możesz się ruszyć i, przez krótką acz prawdziwą chwilę, masz nadzieję, że bomba zabije jego, a nie ciebie. Wiele dni później dalej nie możesz zasnąć z powodu tej myśli i nienawidzisz się za nią.
Żyjesz, ale jego mała córeczka nigdy więcej nie zobaczy swojego taty. Nie nauczy jej jeździć na rowerku, nie da w mordę jej chłopakowi za przyprowadzenie jej zbyt późno do domu, nie odprowadzi do ołtarza i nigdy nie zobaczy wnuków. Wiesz, że zostawił dziurę w sercach, rozpacz, cierpienie i morze łez. I będziesz żałować, że żyjesz.

Widzisz jak dwa ciała wpadają na siebie z impetem. Twój kumpel jest nie do zatrzymania. Dostrzegasz, jak na kiczowatym filmie przy użyciu zwolnionego tempa białka wybałuszonych oczu taliba niemal wyskakują z orbit po trafieniu barkiem twojego kumpla. Piach i kamienie strzelają spod podeszew brytyjskich butów taktycznych. Ręce zaciskające się na wrogu jak imadło.

Masz ochotę się śmiać, bo po całym tym wojskowym pierdolniku jedyne, co możesz zrobić, to machinalnie chwycić broń, choć w tej chwili gówno ci pomoże.

Nagle coś silnym pierdolnięciem wywala cię w powietrze. Podnosisz się i widzisz pierdolony krater, po pierdolnięciu pierdolonej bomby pierdolonego chuja. Ale nie rozumiesz na co patrzysz.
Zbierasz się z ziemi słysząc w uszach wyłącznie dzwonienie i wiesz tylko, żyjesz.

Świadomość dociera po chwili. Próbujesz zidentyfikować szczątki własnego kumpla, ale nie jesteś w stanie. Chcesz, w jakimś kretyńskim, spóźnionym odruchu lojalności pozbierać to, co z niego zostało, choć nawet jeszcze do głowy nie przyjdzie ci po co.
Wtedy zaczynasz rozumieć, że kamizelka kuloodporna uchroniła cię przed zrobieniem gulaszu z twoich wnętrzności. Wiesz też, że masz na sobie fragmenty własnego kumpla.

Kurwa mać.

Masz dług, którego nigdy nie spłacisz. Możesz się posrać, ale nie spłacisz. Jedyne, co możesz zrobić, to pozbierać te kawałki, które należały lub mogły należeć do kumpla i odwieźć je do jednostki. A potem nawet nie możesz swoim barkiem odprowadzić jego trumny, bo musisz zostać na tej jebanej wojnie.

Wiesz, że nigdy nie zapomnisz tej krótkiej chwili ciągnącej się w wieczność. I nigdy nie zapomnisz o swoim wybawicielu.

Frank Gilmour. Spoczywaj w pokoju, Jim.




Poderwał się natychmiast, jakby wcale nie spał. Jedynym odgłosem był efekt machinalnego, płynnego ruchu w postaci pojedynczego, cichego pyknięcia odbezpieczanej broni oraz dwa ciche kliknięcia sygnalizujące gotowość do wystrzału.

Bez wahania, wyuczonymi posunięciami ruszył w kierunku źródła dźwięku. Krok za krokiem, lekko zgarbiony, patrzący na świat przez muszkę i szczerbinkę poza wyprostowanymi rękami.

Przez chwilę zastanawiał się czy to przypadkiem nie Jenny. Mogła przecież chcieć zrobić mu niespodziankę i przyjechać kilka godzin wcześniej, choć bardzo w to wątpił.
Owszem, zdecydowała się spędzić z nim pierwszy dzień listopada, ale wątpił, by wpadła na tak nierozsądny pomysł, by jechać do niego w nocy.

Choć tak na prawdę cholera wie, co takim pannicom chodzi po głowie. Nie mógł przecież zastrzelić córki Franka.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 01-11-2016, 13:04   #3
Rest In Peace
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 13510 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Jego kroki oświetlał słaby, bladoniebieski blask, który wydobywał się ze szpar między drzwiami łazienki, a framugą. Był zimny, niczym lód i tak nierealny, że zajęło dłuższą chwilę nim owa nierealność do niego dotarła. Blask powinien być ciepły, przytłumiony, pochodzący z eleganckich kinkietów nad umywalkami i spotów, zainstalowanych w suficie.

Nadal słyszał odgłos wody zderzającej się z marmurową powierzchnią. Do pierwszego dołączył kolejny. Ktoś bez wątpienia był w jego łazience i właśnie odkręcił kran drugiej umywalki. Tym jednak razem nie było słychać kroków. Może stopy osoby, która nawiedziła jego dom, natrafiły właśnie na jeden z dwóch puszystych dywaników w delikatnym, kremowym kolorze, które leżały przed każdą z umywalek? Kim jednak był intruz? Drzwi do sypialni były zamknięte, tak jak je zostawił kładąc się spać. Podobnie było z oknami. W domu, poza łazienką, panowała idealna, głucha cisza. Zegar wskazywał 1:55, co oznaczało, że ze snu wyrwano go niemal dokładnie pół godziny po tym, jak złożył na poduszce swą głowę.

W jego głowie wciąż wyraźnie tłukło się pytanie o tożsamość gościa. Zaraz też dołączyło do niego kolejne. W jaki sposób ów gość dostał się do jego domu? Drzwi były zamknięte i zabezpieczone alarmem, podobnie jak brama. O ile tą drugą można było pokonać w inny sposób, tak system alarmowy, który zainstalowano w domu należał do jednych z najlepszych, jakie obecnie były dostępne na rynku. Okolica bowiem może i była cicha, nie znaczyło to wcale że bezpieczna. Kradzieże zdarzały się dość często co bez wątpienia tłumaczyło wysokość ubezpieczenia, na które nalegała Ann. I jakim cudem nie usłyszał kroków na schodach, otwierania drzwi do sypialni…?

Na owych dywagacjach upłynęły sekundy, które dzieliły wstanie z łóżka od chwili dotarcia do drzwi łazienki. Ostrożnym, wyważonym ruchem sięgnął do klamki, opierając się plecami o ścianę. Broń była gotowa do użycia, nerwy napięte, wzrok skupiony. Nie mógł popełnić błędu, od tego bowiem mogło zależeć życie córki Frank’a, o ile jego mgliste podejrzenia okażą się zgodne z rzeczywistością.

Lekki nacisk, spowodował cofnięcie się rygla i uchylenie drzwi. Blask zniknął w tym samym momencie, zmieniając się w mgnieniu oka na zwykłe, kremowe światło kinkietów. Klimatyczne, jak określiła je Ann. Woda z radosnym szumem spływała z kranów, rozpryskując się na kamieniu i znikając w mrocznym otworze otoczonym ciepłym, złotym kręgiem.
Łazienka była pusta.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 01-11-2016, 14:47   #4
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9725 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Wreszcie nadchodzi ten czas. Wracasz do domu z tej cholernej wojny, która gówno cię obchodzi.

Twój samolot ląduje na lotnisku. Ale nie taki zwykły Ryanair czy inny tani przewoźnik. Masz wrażenie, że Charon wiezie cię pod prąd Styksu. Wysiadasz w moro z samolotu moro. Wojskowy transport. Przesyłka doręczona na chwałę Królowej.

Czujesz na twarzy chłodny powiew powietrza. Przechodzi cię dreszcz, bo tak, kurwa długo należało tolerować upały, że twoje ciało zapomniało co to chłód. Schodząc po schodkach do drugiego środka transportu przyglądasz się krajowi. Własnemu krajowi. Cieszysz się, że jesteś w domu, ale...

Przez okna autobusu uświadamiasz sobie, że w porównaniu z Afganistanem, Wielka Brytania to oaza bezpieczeństwa, w której nic złego się nie dzieje. Raj zapomniany. Raj utracony, ale...

Przechodzisz pośród tych wszystkich ludzi. Czujesz obrzydzenie i jakieś irracjonalne poczucie niepokoju. Rozum podpowiada, że nie ma się czego bać, ale odruchy każą ci wydostać się stąd. Natychmiast. Natychmiast albo jeszcze szybciej. To idealny cel dla terrorysty samobójcy.
Zmuszasz się do spokojnego chodu i uśmiechów, choć zimny pot zaczyna spływać ci po plecach. Każda sekunda jest torturą.

W końcu wsiadasz do taksówki i każesz wieźć się do domu. Kolej i autobusy odpychają cię tak bardzo, że cena nie gra roli. Wolisz być na małej przestrzeni z małą ilością osób niż na dużej z tłumem. Wiesz, że tłum ma w sobie coś niekontrolowanego w każdym punkcie widzenia.

Przyglądasz się twarzy taksówkarza odbijanej przez wsteczne lusterko. Zapamiętujesz numer licencji niejakiego Billa Winsleta. Śledzisz każdy jego ruch, jakby za chwilę miał sięgnąć pod grubą kurtkę.
Wiesz, że to absurd, ale nie potrafisz nad nim zapanować, ale uśmiechasz się blado do jego paplaniny. Tyle możesz zrobić.

Przed twoimi oczami okolica się zmienia w coraz bardziej znajomą. Rozpoznajesz w końcu przemierzane niegdyś ulice i masz wrażenie, że to było w zupełnie innym życiu. Całe wieki temu.
Wszystko staje się znajome, ale...

Widzisz, że stąd trafisz już na piechotę, lecz nie ruszasz się. Patrzysz jak stara pani Hoover wyprowadza na spacer ledwie powłóczącego nogami Eda. Ten wredny jamnik, który kiedyś capnął cię w kostkę nadal żyje.
Nieco dalej pan Roth otwierał właśnie sklep. Pomimo wczesnej pory widzisz coraz więcej znanych sobie twarzy.

Wiesz już, że jesteś w domu, ale... coś jest nie tak. Uzmysławiasz sobie, że czujesz to od początku. Wszystko takie samo, a jednak zupełnie inne. Coś uwiera jak drzazga w dupie, choć nie potrafisz powiedzieć co. Po dłuższej chwili dochodzisz do wniosku, że to nie świat się zmienił, tylko ty. To ty patrzysz na świat i choć widzisz dokładnie to samo, co dawniej, odbierasz to w nieco odmienny sposób.

Wojna cię zepsuła jak drewnianego żołnierzyka. Kurwa mać.
Opadasz na siedzenie i już rozumiesz stwierdzenia kolegów po fachu. Nigdy nie wrócisz do domu. Oddasz wszystko, by tego nie rozumieć.
Rozumiesz też tych, którzy w środku nocy strzelają sobie w łeb, bo też masz na to ochotę. To znacznie prostsze niż radzenie sobie z tym wszystkim. Znajomy ciężar broni, pociągnięcie za spust częstsze niż trzymanie długopisu. Wystarczy zrobić to, co przez ostatnie, długie miesiące.

Przeklinasz w myślach tego cholernego herosa. Powinien pozwolić ci umrzeć w tym piekle. Teraz musisz żyć. Musisz choćby po to, by się zesrać próbując spłacić dług. Wiesz, że cała kompania siedzi dalej w tym pierdolonym piekle i zazdrości ci powrotu. Wiesz, że potem dochodzi do głosu sumienie przypominające dlaczego to nie oni. Wtedy czują się jeszcze gorzej, że wykazali się takim egoizmem, ale też lepiej, bo...

Mrugasz szybko, by odpędzić myśli odwodzące od celu misji. Być może jesteś jedyną osobą, która zdoła choćby spróbować odwdzięczyć się Frankowi. Dlatego wiesz co należy zrobić od razu po powrocie do domu. Zadzwonić do Elen Gilmour z Liverpoolu.
Wiesz, że nie zastąpisz ojca małej Jenny, ale wiesz też, że nie możesz zostawić jej samej. Bo właśnie w tej chwili twój osobisty bohater, Jimmy, właśnie w tym aspekcie potrzebuje twojej pomocy.

Więc chowasz do portfela kulę z własnym imieniem, wydrapanym nożem, na łusce. Ona musi poczekać.
Czujesz, że starasz się płynąć jak najszybciej, ale otacza cię smoła. Ledwie się ruszasz, ale płyniesz dalej. Bo twój kumpel potrzebuje właśnie twojej pomocy bardziej niż kiedykolwiek.

Zagryzasz zęby i płyniesz w lepkim gównie.




Wszedł do łazienki szybko i cicho. Jakby dowodził całym oddziałem szturmowym mającym odbić przetrzymywanych zakładników.

Lewo. Czysto. Błyskawiczny zwrot. Prawo. Czysto.

Wzrok jakby zespawany z bronią prześlizgiwał się po pomieszczeniu szukając śladów bytności. Opuścił broń dopiero wtedy, gdy upewnił się, iż nikogo w środku nie ma.
Nie zakręcił kranu. Byłby to szkolny błąd. Wydawanie odgłosów podobnie jak ich tłumienie dość jednoznacznie wskazywało pozycję przeciwnika.

Prócz wody lecącej z niewiadomego powodu nie znalazł zupełnie nic niezwykłego. W jakiś sposób intruz musiał wydostać się z łazienki nim Erick do niej dotarł. Ruszył więc na obchód domu. Wiele dałby w tej chwili za noktowizor, ale musiało mu wystarczyć kilka sztuczek.

Upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu zamknął oczy na kilkadziesiąt sekund, nasłuchując. Żadnych odgłosów prócz lecącej wody.
Kiedy już otworzył oczy, widział całkiem wyraźnie. Źrenice przystosowały się częściowo do ograniczonej ilości światła, choć nadal wolał polegać na własnych pręcikach w gałkach ocznych alarmujących o występowaniu ruchu na pograniczu widoczności.

Ruszył dalej, zespalając wzrok z bronią. Nie dostrzegł niczego niezwykłego. Żadnej obecności w domu. Wszystko było jak należy.
Wszedł do kuchni. Pusty kubek stał obok czajnika. Nie pamiętał, by go tam stawiał, ale może coś wczoraj odwróciło jego uwagę, postawił kubek i zajął się czymś innym. Być może.

Żadne pomieszczenie nie zdradzało śladów obecności intruza.
Szybko rozejrzał się, gdy wszedł do salonu. Czysto. Podszedł ostrożnie do stolika kawowego przed sofą. Tam dostrzegł niepasujący element. Album ze zdjęciami otwarty na miesiącu miodowym z Ann.
Pociągnął nosem kilkukrotnie. Coś wydzielało zapach podobny do zgnilizny. Choć nie był to zapach gnijącego mięsa. Ten rozpoznałby wszędzie. Podążając za intensywnością zapachu dotarł do kwiatów stojących w wazonie na stoliku.
Dałby sobie głowę uciąć, że jak kładł się spać, to wszystko było z nimi w porządku.

Wycofał się do garażu, ale tam również nie znajdowało się nic, co budziłoby jego podejrzenia. Szczególnie, iż drzwi były zamknięte jak należało. Mrugające diody sygnalizowały gotowość systemu do wszczęcia alarmu.
Sprawdził drzwi frontowe. Zamek nie sforsowany, czerwona dioda pulsowała w najlepsze. Wszystko wydawało się być tak, jak powinno być. A jednak nie było.

Musiał sprawdzić czy któreś okno nie jest otwarte.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 01-11-2016, 15:22   #5
Rest In Peace
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 13510 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Aby to zrobić, musiał odsunąć zasłony. Ciężkie, o delikatnym, liliowym kolorze, który wybrała Ann. Poświęciła długie godziny na to, by dobrać odpowiednie kolory do każdego pomieszczenia w domu, jemu zostawiając jedynie piwniczkę i garaż. On z kolei nic nie zmienił. Wszystko było tak jak kiedyś, tak jak chciała jego żona. Teraz te właśnie kotary odgradzały go od świata za oknem. Kotary, które jak dobrze pamiętał, były odsłonięte gdy kładł się spać. Za nimi, za oknami które kryły, był widok na podjazd, na białą bramę i równie biały, kamienny mur otaczający cały teren. U podstawy tworzyły go stare, duże bloki. Do nich dostawiono mniejsze, równe i zdecydowanie nowsze. Ann nalegała na to by zostawić pozostałości starego muru. Mawiała, że tworzą klimat tego miejsca, domu, okolicy. Wyszukała gdzieś, że dom ów, który obecnie był własnością Eric’a, kiedyś znajdował się w posiadaniu kościoła. Jeszcze wcześniej wchodził on w skład gospodarstwa, które kościół przejął. Wyszukała nawet wzmiankę o tym, jakoby w miejscu, w którym go wybudowano, znajdował się kiedyś stary, celtycki cmentarz, będący częścią tego, który obecnie tkwił przy kościele, znajdującym się niecałe pięćset stóp od bramy wjazdowej ich domu. W dzień można było dostrzec jego zarys między drzewami.
Gdy jednak Eric odsunął zasłony, nie ujrzał kościoła. Za oknem salonu królowała noc. Szara, lepka, cicha noc. Ledwie był w stanie dostrzec stojący na podjeździe samochód. Bramy nie widział wcale. Mgła pochłaniała wszystko, otulając świat swoimi zachłannymi mackami. Falowała, kłębiła się próbując wedrzeć do środka. Mógł niemal usłyszeć jak napiera na stare ściany, wciska się w szpary, próbuje przedrzeć przez przezroczystą zaporę szyby.

Nagle ciszę przerwał trzask, głośny niczym wystrzał, zmuszający go do odruchowej reakcji. Padnij! Kolejne trzaski raniły uszy, wgryzajac się w umysł. Odgłosy dochodziły z każdej strony. Rozległay się na piętrze, dobiegały z kuchni, biblioteki, pokoju gier… Najgłośniej jednak rozbrzmiewały w salonie. Ich źródło stało się dla niego jasne stosunkowo szybko, gdy tylko udręczony umysł zdołał dopasować je do właściwego czasu i miejsca. Szyby… Jedna po drugiej, pękały zasypując podłogi drobnymi odłamkami szkła.
Mgła natychmiast wtargnęła do środka. Jej grube, wijące się wstęgi spływały z framug ozdobionych ostrymi niczym sztylety zębami. Sunęły po lśniącym szklanymi łzami dywanie. Gęste, szare, złowrogie…
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 01-11-2016, 16:22   #6
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9725 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Stoisz w drzwiach pustego domu. Miejsca, które kiedyś było ci domem, a obecnie pustą, cichą skorupą. Zdawało ci się, że o to właśnie chodziło. Usiąść w cichym domu, z dala od wystrzałów i wybuchów. Teraz masz to i wcale nie wiesz czy to dobrze.

Jest zbyt cicho. Ten brak dźwięków rozsadza ci uszy, doprowadza do szału. Włączasz telewizor, żeby tylko coś gadało. To jednak nie wypełnia pustki. Tu powinno być coś więcej...

Z resztą nie wiesz nawet czy będziesz móc zostać w tym miejscu. Postanawiasz od jutra zacząć szukać nowego mieszkania.
W końcu dom nie jest twój. Należał do teściów, którzy przepisali go na twoją żonę. Nieżyjącą już żonę. Mają pełne prawo wyrzucić go na kopach, zaś on nie będzie się temu sprzeciwiał. Nie było go przy niej tak długi czas...

Dzwonisz do Elen Gilmour. Gdy dowiaduje się, że to ty, nie chce z tobą rozmawiać. Mówisz, że zadzwonisz później. Dzwonisz do rodziców, dając znać, że żyjesz. Dzwonisz do teściów, przedstawiasz się i odkrywasz, że więcej nie możesz mówić, bo coś ściska cię za gardło. Z drugiej strony słyszysz dokładnie to samo. Mówisz tylko, że zadzwonisz później. Teściowa odpowiada, że będzie czekała.

Opadasz na fotel przed szczerzącą perfekcyjnie białe zęby prezenterką i masz ochotę wrzucić sprzęt razem z kobietą do basenu. Tylko nie masz basenu.

Tu powinna czekać Ann. Powinna powitać cię od progu. Ale nie powita. Wiesz, że najbliższa ci osoba zginęła w wypadku samochodowym trzy dni temu i dlatego jesteś w domu, nie w piekle.
Wszędzie widzisz ślady obecności. Jakby wyszła po zakupy. Nie możesz znieść tego widoku, ale nie możesz też nic z tym zrobić. Więc siedzisz i gapisz się tępo na sztucznie śliczną lalunię.

Coś jednak nie daje ci spokoju. Od kilku dni zastanawiasz się czy nie wariujesz od tego wszystkiego. Przypominasz sobie noc trzy dni temu, nim napłynęły wiadomości z dowództwa.
Ciężko było zasnąć. Kompania miała podobnie, ale przewalający się z boku na bok, Dog właśnie poddał się zmęczeniu. Wiesz, że musisz spać, żeby przeżyć jutrzejszy dzień. Musisz przeżyć. Masz zbyt wiele powodów do życia.

I wtedy drzwi twojego baraku otwierają się. Sięgasz odruchowo po broń, choć wiesz, że to bezcelowe. Przełożony mógł wpaść o każdej godzinie żądając mobilizacji. Więc czekasz na: "Wstawać, kurwa! Ruchy, ruchy!", ale nic takiego się nie dzieje. Widzisz jak facet podchodzi do twojego łóżka i kiedy rozpoznajesz twarz, niemal z niego spadasz.

- Jim...!

- Zamknij się, mordo i słuchaj. To nie wypadek, Bull. Słyszysz? To nie wypadek.

Słyszysz ruch. To William Gray. Zając. Odwracasz się, by spojrzeć mu w oczy. Uśmiecha się do ciebie blado. Spoglądasz szybko na Franka, ale... jego tam nie ma. I już wiesz, że odjebało się całkowicie. Postanawiasz odwiedzić jutro lekarza wiedząc, że gówno ci pomoże. To lekarze polowi, a nie psychiatrzy w czyściutkich gabinecikach z kozetkami.

Zając bierze karty i proponuje ci rozgrywkę widząc, że jesteś w dupie. Zgadzasz się i wygrywasz nie mogąc skupić myśli. Wiesz, że pozwolił ci wygrać. A potem siedzisz z towarzyszem broni w całkowitej ciszy. Żadnemu z was nie chce się spać.

Następnego dnia już nie wiesz czy twoim miejscem jest wariatkowo, czy coś jest na rzeczy. Zamiast na patrol ruszasz do dowództwa. Przekazują ci list. Czytasz, że twoja żona zginęła w wypadku samochodowym. Zaczynasz się śmiać. Histerycznie, niepohamowanie. Czujesz, że rzeczywiście zwariujesz, jeśli przestaniesz się śmiać.
Kapitan ogłasza, że wracasz do domu, ze zrozumieniem patrząc na twój wybuch. Ty wiesz, że on zdaje sobie sprawę, iż w takiej chwili są trzy zachowania, których należy się spodziewać. Nie wiadomo które gorsze. Apatia, wściekłość pomieszana z rozpaczą lub histeryczny śmiech pozbawiony cienia wesołości.

Podchodzi do ciebie, gdy tylko śmiech ustał i mówi: "Pakuj się, pożegnaj i zjeżdżaj stąd."
Czujesz, że klepie cię po ramieniu, a ty masz ochotę go ugryźć, co jeszcze bardziej obciąża twoje sumienie.

Od tego momentu wiadomość Jima nie daje ci spokoju. Zbyt dobrze pasuje do tego, co ogłoszono ci kilka godzin później. Nie wiesz czy lepiej by było, gdyby Jimmy był tylko przywidzeniem, czy... duchem. Z resztą teraz już nawet nie wiesz czy powiedział "wypadek" czy "przypadek". Mógł mówić o tym cholernym talibie.

Ale teraz już niczego nie możesz być pewnym. Podnosisz słuchawkę i dzwonisz do Elen jeszcze raz.




Nikt nie podnosi się szybciej niż policjanci, strażacy i wojskowi. Oni mają to w odruchu. Od tego, ile czasu będą na ziemi może zależeć ich życie. Póki stoją, są zagrożeniem, z którym przeciwnik musi się liczyć, nie ważne czy to złodzieje, płomienie czy terroryści.

Dlatego szkolenie obejmuje trwające w nieskończoność: "Padnij! Powstań!"
To ma być odruch. Gdy trzeba wstać, żołnierz ma wstać, choćby skały srały.

Zerwał się na nogi i cofał łagodnym łukiem, by nie wejść w szkło. Omiatał salon wzrokiem i bronią. Na chwilę tylko oderwał lewą dłoń od pistoletu, by chwycić nożyczki, które zatknął sobie za paskiem. Chłodny metal parzył ciepłą skórę, lecz nie przejmował się tym. Dołożył dłoń do prawej i przystanął za fotelem, w miejscu oddalonym od okien. W miejscu strategicznie łatwym do obrony.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 01-11-2016, 20:14   #7
Rest In Peace
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 13510 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Eric
2:00 AM



Jak jednak bronić się przed mgłą? Tylko ona bowiem wkradała się do salonu, obejmując go powoli w swe posiadanie. Cisza, która zapadła po huku trzaskającego szkła, wdzierała się wraz z nią. Zupełnie jakby coś zatkało mu uszu, odgradzając od świata dźwięków. Pozostałe zmysły podpowiadały jednak, że zagrożenie nie minęło. Włoski na karku uniosły się, a przez krzyż spłynęła kropla zimnego potu. Tylko gdzie niby owe zagrożenie miało swoje ognisko? Nikt nie przeszedł przez puste oczodoły okien. Nie padł strzał. Głuchy dźwięk granatu zderzającego się z drewnianą podłogą, nie przeszył powietrza. Tylko ta mgła… I cisza… I smród gnijących roślin…





Aiden
2:00 AM





Nieco dalej od domu Eric’a, idąc wzdłuż Manor Rd, stał kolejny dom, którego właściciel miał wkrótce dołączyć do tej historii. Na zegarku, który stał przy łóżku, cyfry przeskoczyły z cichym “klik”, wskazując drugą w nocy. Nie była to godzina duchów, a jednak temperatura w sypialni wyraźnie się obniżyła. Wydychane powietrze utworzyło obłok białej pary, który uniósł się nad twarzą mężczyzny po to tylko, by w chwilę później rozpłynąć się w nicość. Okna sypialni były zamknięte, podobnie jak i drzwi. Stary dom, spadek po dziadkach, trzeszczał cicho, jak to stare domy mają w zwyczaju. Renowacja była kosztownym przedsięwzięciem. Obecny właściciel co prawda do biednych nie należał, ale kwota, która była potrzebna na doprowadzenie domu do współczesnych standardów i to najlepiej tak, by przy okazji uzyskał on nieco świeższy image, była zbyt wysoka by mógł sobie na nią pozwolić. Okazjonalnie jednak, gdy na koncie pojawiła się ekstra suma, podejmował próby reanimacji. Łazienka na piętrze poszła na pierwszy ogień, zaraz po niej kuchnia i salon. Sypialnie wciąż jednak wyglądały jak w chwili śmierci dziadków. Podobnie jak pomieszczenie gospodarcze przy kuchni i pokój na parterze który obecnie służył za skład rzeczy niepotrzebnych. Najmniejsza z trzech sypialni, wedle planów obecnego właściciela domu, miała kiedyś posłużyć za galerię dla całkiem pokaźnej kolekcji komiksów, aktualnie spoczywających w kartonach. Na wszystko miał przyjść czas. W końcu, jakby na to nie spojrzeć, miejsce to było jego własnością dopiero od dwóch i pół roku.


Poza murami domu straszył zarośnięty ogród i sad, który kiedyś był dumą dziadka, w obecnej zaś chwili groził zlaniem się w jedno z otaczającym go lasem.
Po lewej stronie od bramy stał garaż. Jako że został wybudowany niedawno, nie można mu było niczego zarzucić. Był to przestronny budynek, w którym mieściło się nie tylko BMW ale i rower. Ten drugi bez wątpienia wyglądał na częściej używany środek transportu niż samochód. Cóż, każdy ma jakieś zboczenia…


Powróćmy jednak do samego domu i śpiącego Aiden’a. Minęła kolejna minuta. Ciało skryte częściowo pod kołdrą, poruszyło się nieznacznie. Temperatura powoli wkradała się w sen, wybudzając pogrążony w błogim niebycie umysł. Coś było nie tak - alarmował, należało się obudzić. Lata spędzone w tzw świecie cywilizowanym nie wypleniły tak całkiem instynktu z człowieka i to właśnie instynkt nakazywał by otworzyć oczy i zareagować na zagrożenie.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 01-11-2016, 21:56   #8
Konto usunięte
 
Kenshi's Avatar
 
Reputacja: 11418 Kenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputacjęKenshi ma wspaniałą reputację
Był zupełnie zaskoczony spadkiem po dziadkach, a już najbardziej tym, że zostawili mu swój dom i kawałek ziemi za nim. Jasne, zawsze przyjeżdżał do nich pomagać przy drobnych naprawach, czy innych rzeczach, gdy tylko babcia albo dziadek poprosili, ale robił to zupełnie bezinteresownie i z miłości do pary staruszków, która była dla niego przykładem, że można się zestarzeć kochając do końca, jak wtedy, gdy kilkadziesiąt lat wcześniej przyrzekali sobie przed ołtarzem miłość i wierność. No i nie opuścili się aż do śmierci - zginęli w wypadku samochodowym, gdy jakiś idiota zmieniając piosenkę w telefonie wjechał ciężarówką w ich pistacjową Kię Picanto.

To było lekko ponad dwa i pół roku temu. Aiden starał się pogodzić z tą stratą, ale czas nie leczył ran, tak, jak to głosili niektórzy "doświadczeni przez los". Skupiając się na pracy w Siemens Continental i życiu, miał zamiar załatwić sobie kredyt na mieszkanie w centrum, gdy nadeszła niespodziewana wiadomość o dziedzictwie domu. Nawet nie pojawił ię na odczytaniu testamentu, bo i nie był z tych, którzy tylko czekali, aż dziadkowie zejdą z tego świata, by położyć łapska na ich posiadłości i gruntach. Wszystko dziwnie nałożyło się na siebie w jednym czasie. Niektórzy nazwaliby to przeznaczeniem.

Przejęcie domu było jednak dopiero początkiem wszystkiego. Szybko się bowiem okazało, że jest z nim cała masa roboty, nie tylko od strony wizualnej, ale i technicznej. Boiler grzejący wodę i kaloryfery pamiętały chyba drugą wojnę światową i trzeba było je wymienić na nowe, tak samo jak i całą elektryczność, by zejść chociaż o dwa poziomy z poborem prądu i gazu, inaczej rachunki od British Power & Gas go wykończą. Dziadkowie mieli wysokie pensje i emerytury, więc mogli sobie pozwolić na płacenie ponad £900 za okres zimowy, ale on miał zamiar w najbliższym czasie zejść z opłatami najniżej, jak się da. Oprócz tego część dywanów należało zerwać i położyć panele, a elewacja na tyłach domu wymagała gruntownego remontu, gdyż dziadek nie przejmował się regularną konserwacją. O ogrodzie nawet mu się nie chciało myśleć.

Najpierw jednak Aiden zajął się renowacją tego, na co miał fundusze, zatem na pierwszy ogień poszła łazienka, potem kuchnia i salon. W międzyczasie zlikwidował telefon stacjonarny i zmienił dostawcę internetu, gdyż stary provider nie zapewniał odpowiedniego sygnału sieci w całym domu, nawet przy użyciu wzmacniacza w postaci porządnego repeatera. Wraz z przyjaciółmi dokonywał drobnych napraw, by jak najwięcej zaoszczędzić na fachowców, którzy w ciągu następnego roku mieli przywrócić starej posiadłości blask. Taki był plan, choć mężczyzna nie lubił wybiegać zbyt daleko w przyszłość, w końcu życie bywało tak zmienne i nieprzewidywalne, że nie było sensu tworzyć długoterminowych scenariuszy. Po robocie, zamiast gnać na siłownię, wracał do domu i doglądał prac, a wieczorami, gdy dom pustoszał, przynosił z drewutni polana i rozpalał kominek (swoją drogą, chyba jedyną rzecz, której nie trzeba było remontować). Potem siedział do nocy, wpatrując się w strzelające płomienie, albo grając na gitarze i rozmyślając nad różnymi sprawami.


Kładąc się codziennie do łóżka na piętrze, wsłuchiwał się w trzeszczące deski domu. Jakiś mieszczuch, który spędził całe życie w nowym budownictwie bądź blokach, doszedłby do wniosku, że ktoś obcy kręci się po domu, ale takie naprężenia nie były niczym sensacyjnym w starych posiadłościach. Poza tym Aidenowi kojarzyły się jeszcze z dzieciństwem, gdy spędzał u dziadków wakacje i te trzaski pomagały mu się wyciszyć i zasnąć. Nie inaczej było tym razem. Różnica polegała jednak na tym, że ta noc była inna.

Obudził się, czując przenikliwe zimno i dałby głowę, że w ciemnościach widział obłoczek wydychanej pary. Przez chwilę myślał, że nie zamknął okna, ale gdy podszedł do niego, obawy nie potwierdziły się. Wyjrzał zza zasłonek na podwórko - było cicho i spokojnie; na ulicy w oddali lampy oddawały mdłe, blade światło. Położył dłoń na kaloryferze. Był ciepły, wręcz gorący! Dlaczego więc w sypialni było tak cholernie zimno? Rozejrzał się, mając wrażenie, że w kącie pokoju, tam, gdzie stał fotel, dostrzegł jakąś postać. Przełknął ślinę i błyskawicznie zaświecił lampkę stojącą na nocnej szafce. Odetchnął z ulgą, gdy okazało się, że to rzucony przez niego na oparcie fotela szlafrok ułożył się w ponury, dziwny kształt.

Mimo wszystko czuł się dość nieswojo. Nigdy wcześniej nic takiego nie miało tu miejsca. Okna były nieszczelne, to fakt, ale temperatura nie spadała aż tak drastycznie, nawet przy przymrozkach. Nie przy ustawionych na maksa grzejnikach! Zarzucił szlafrok na grzbiet i wyszedł z pokoju, by przejść się po domu i sprawdzić, czy w innych pomieszczeniach też jest tak zimno. Mimo iż krok miał pewny, gdzieś tam z tyłu głowy kołatały się jakieś dziwne myśli oraz ciekawość przemieszana z delikatnym niepokojem.
 
Kenshi jest offline  
Stary 02-11-2016, 17:57   #9
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 9725 Alaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputacjęAlaron Elessedil ma wspaniałą reputację
Słuchawka głosem Eleny ponownie mówi, że nie chce z tobą rozmawiać. Mówi już bez przekonania.

Bezdusznie wykorzystujesz fakt własnej paranoi, by tylko osiągnąć własny cel. Manipulujesz żoną własnego kumpla mówiąc, że widzisz go prawie co noc i czasem na jawie. Mówisz, że masz wobec niego dług, którego nie da się spłacić, ale musisz próbować.
Mówisz, że jeszcze kwadrans przed atakiem Jimmy dodawał ci sił na wojnie wizją poznania z własną rodziną, grilla i upicia się do nieprzytomności. Mówisz, że chciał przedstawić ci własną córkę.

I płynie. Potok słów, które nigdy nie powinny opuścić wnętrza, ale mówisz, bo Elen słucha tłumiąc szloch. Dość nieskutecznie.
Prosisz o możliwość pomocy. Pytasz czy nie potrzeba pieniędzy. Pytasz czy nie trzeba przyjechać i naprawić czegoś, chociaż gówno się na tym znasz. Pytasz czy możesz poznać Jenny.

Ale odpowiedzi nie nadchodzą przez długi czas. W końcu ciche podziękowanie i stwierdzenie, że może czas się spotkacie. Wiesz, że możesz traktować to jako dobrą monetę, ale wściekasz się w duchu. Mogła kazać przyjechać do siebie. Chcesz, żeby tak się stało, bo to oznacza, że możesz opuścić ten boleśnie pusty dom.

Słyszysz pożegnanie i też się żegnasz. Odkładasz słuchawkę, ale nie wypuszczasz jej z dłoni. Słyszysz trzaski i próbujesz natychmiast zidentyfikować źródło. Okazuje się, że to ściskany plastik wydaje ostrzegawcze odgłosy. Wypuszczasz go z ręki, jakby cię oparzył i wpatrujesz się tępo w przedmiot.

Ponownie chwytasz go w dłoń i wybierasz numer. Ponownie odbiera teściowa. Mówisz, że chcesz się spotkać. Proponuje wspólny obiad w sobotę, a ty się zgadzasz wiedząc, iż nie jest to najlepszy pomysł. Wiesz, że atmosfera będzie gęsta i będziesz szukać wszelkich powodów do wyjścia stamtąd jak najszybciej. Postanawiasz obmyślić jakiś zawczasu.

Kolejne pożegnanie zwieńczone odłożeniem słuchawki. I uświadamiasz sobie, że do tego momentu zostały jeszcze cztery, piekielnie długie dni.

Wychodzisz trzaskając drzwiami. Nie zamykasz nie przejmując się włamaniem. Przeciwnie. Liczysz na to, bo wtedy porządek pozostawiony przez Ann zostanie zburzony czyimiś rękami. Ty nie chcesz tego robić.

Nie chcesz zacierać po niej ani jednego śladu.




Zmusił się, żeby wyjść zza osłony fotela i schować broń za gumkę spodni od piżamy. Spojrzał na wlewającą się do pokoju mgłę.

Od dawna podejrzewał się o problemy natury psychicznej, ale nie miał odwagi iść ze swoimi problemami do psychiatry. Nawet nie ze względu na siebie. Musiał udawać normalnego, żeby dalej móc kontaktować się z Jenny. A gdyby opowiedział wszystko, co widział, to wylądowałby w wariatkowie.

Nagle postanowił zachować się jak na porządnego świra przystało. Zerwał się biegiem, unikając mgły, by dotrzeć do schodów na górę. Jego celem była łazienka, w której wciąż lała się woda.
 
__________________
Drogi Współgraczu, zawsze traktuję Ciebie i Twoją postać jako dwie odrębne osoby. Proszę o rewanż. Wszystko, co powstało w sesji, w niej również zostaje.
Nie jestem moją postacią i vice versa.
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 02-11-2016, 22:13   #10
Rest In Peace
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 13510 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Eric

tuż po 2:00 am

A przynajmniej myślał, że woda nadal się lała. Piętro bowiem pogrążone było w ciszy i mroku. Jedyne światło wpadało przez okno. Mdły, przytłumiony blask księżyca. Drzwi do łazienki były otwarte na oścież. Nie był w stanie przypomnieć sobie czy w takim właśnie stanie je zostawił, zapewne tak. Niewidzialna dłoń zakręciła miedziane kurki, odcinając dopływ wody.
Jednak to nie one przyciągnęły uwagę Eric’a. Ta rola przypadła bowiem oknu. Odsunięte zasłony powiewały lekko, poruszane ledwie wyczuwalną bryzą. Powiewały… Nie dlatego jednak, że szyby zostały wybite. Nie, szkło było całe, lśniące, szydzące z człowieka. Na dywanie nie było śladu ostrych fragmentów wybitych szyb, których tak wiele zdobiło podłogę salonu. A przecież słyszał wyraźnie, że i piętro zostało zaatakowane przez nieznanego sprawcę. Dlaczego owa osoba pominęła akurat sypialnię?
Zaraz jednak kolejna rzecz przedarła się przez mętlik i wypłynęła na wierzch, niczym rozbitek, uparcie walczący z falami. Okno było otwarte…



Aiden

tuż po 2:00 am

Drzwi sypialni ustąpiły ze znajomym, drażniącym uszy, zgrzytem. Zdecydowanie powinien zająć się albo ich wymiana, albo też naoliwieniem zawiasów. Zawsze jednak czynność ta wylatywała mu z głowy, aż do kolejnego momentu, w którym z owych drzwi korzystał. Korytarz był pogrążony w mroku. Wraz z kolejnymi krokami, temperatura panująca w domu, rosła. Zupełnie jakby jedynym miejscem, w którym panował mróz, była jego sypialnia. Zarówno nieużywane sypialnie, w których kaloryfery przecież były zakręcone, jak i łazienka, witały go może nie gorąco, ale zdecydowanie cieplej niż miejsce, w którym spoczął tej nocy.
Jako że wypadało sprawdzić także parter, skierował się ku schodom. Były to stare, drewniane schody, ozdobione palikową poręczą, z której zjeżdżał wielokrotnie jako dziecko, doprowadzając rodziców do zawału serca. Wiedział dokładnie, że trzeci stopień od góry skrzypi gdy się na nim stawało, podobnie jak szósty od dołu. Z czasem omijanie ich stało się dla niego nawykiem, kontrolowanym głównie przez podświadomość. Podobnie i tej nocy. Noga sama ominęła zdradliwy trzeci stopień, lądując dopiero na czwartym, druga od razu zajęła miejsce na piątym. Wtedy jednak, tuż za nim, rozległo się skrzypnięcie.
 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166