Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 15-04-2010, 17:06   #1
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
[Zew Cthulhu] - Bramy raju

New Canaan 20 sierpnia 1931 r. godz. 12.20

Sklep Olivera Marshalla
Kalifornijskie słońce prażyło niemiłosiernie. Ledwo jego pierwsze promienie wynurzyły się zza horyzontu, a już w powietrzu było straszliwie duszono i gorąco. Z każdą godziną temperatura rosła, by w południe osiągnąć apogeum.
Stary Oliver Marshall spojrzał na termometr wiszący w oknie jego sklepu. Słupek rtęci wskazywał 108'F. Mężczyzna otarł pot z czoła i wrócił na ławeczkę stojącą przed sklepem.
- Jak tak dalej pójdzie, to i nas nie ominie ta przeklęta susza.
- Brat Martin mówi, że musimy się modlić. Susza w innych stanach to kara boża za grzechy nasze i naszych przywódców.
- Co? - zdziwił się Marshall - Ty też zacząłeś słuchać bredni tego kaznodziei? Myślałem, że przynajmniej my dwaj pozostaniemy nieskażeni tym szaleństwem. Wstydź się Bert.
- Nie mam czego. To ty powinieneś się wstydzić. Handlujesz w dzień święty.
- No nie, tego też mi nie wolno. - oburzył się właściciel sklepu - Nazjeżdżało się do naszego miasteczka tylu obcych, że aż żal nie wykorzystać takiej okazji na zarobek.
- Mógłbyś jednak w ten jeden dzień sobie odpuścić, wiesz.
- Nie poznaje cię Bert. Zachowujesz się, jakby ci ktoś zrobił pranie mózgu.
- Powinieneś przyjść na dzisiejsze nabożeństwo i posłuchać brata Martina. Sam byś się przekonał jak wielki z niego człowiek.
- Bert ty naprawdę zwariowałeś. Jeszcze wczoraj razem śmialiśmy się z tych wszystkich fanatyków którzy zjechali do naszego miasteczka, a dzisiaj mówisz mi, że brat Martin to wielki człowiek. To jest przerażające.
- To twoja postawa Oliver jest przerażająca....
Dalsze słowa Berta zagłuszył odgłos silnika zbliżającego się samochodu. Przed sklepem Olivera Marshalla zatrzymała się zdezelowana ciężarówka. Na pace siedziało kilkanaście osób, mężczyzn, kobiet i dzieci. Młody mężczyzna siedzący w szoferce krzyknął w stronę rozmawiających staruszków.
- Przepraszam czy to New Canaan? Szukamy farmy brata Martina.
Stary Marshall spojrzał na swojego przyjaciela i rzekł do niego z przekąsem:
- No co się tak patrzysz? Pomóż braciom dostać się do tej waszej wspaniałej komuny.
- Nie bluźnij Marshall, nie bluźnij - odparł Bert Jenkins i ruszył w stronę ciężarówki imigrantów.


Namiot modlitewny w osadzie brata Martina, wieczór 20 sierpnia 1931 r.
Ogromny namiot był wypełniony po brzegi. Rzesze wierny tłoczyły się, by być jak najbliżej pastora. Co wieczór było ich coraz więcej. W pobliżu podwyższenia na którym znajdowała się mównica, ustawiono pięć rzędów krzeseł dla osób starszy i chorych.
Mimo, że zapadał powoli zmrok upał wcale nie odpuszczał. Nadal było piekielnie gorąco, ale nie zniechęcało to ludzi. Stawili się oni licznie jak co dzień. Po ciężkiej pracy przy budowie świątyni, pragnęli usłyszeć słowa pokrzepienie i nadziei. Z utęsknieniem wyczekiwali momentu, gdy brat Martin pojawi się na mównicy.

I stało się. Powolnym, dostojnym krokiem wszedł do namiotu pastor Martin. Na twarzach wszystkich zebranych pojawiły się błogie uśmiechy i radość w oczach. Jedni klaskali na powitanie, inni krzyczeli na głos "Alleluje! Chwalmy Pana!"
Pastor wszedł na podwyższenie i gestem dłoni przywitał się z zebranymi. To wywołało jeszcze większą falę entuzjazmu. Duchowny podszedł do mównicy i z namaszczeniem położył na pulpicie Biblię. Założył okulary i spojrzał na zebranych. Jeszcze przez chwilę pozwolił im na wyrażanie swojej radości, po czym unosząc obie ręce w górę nakazał ciszę. W momencie zapanowała cisza tak wielka, że dało się słyszeć brzęczenie much, które pojawiły się w okolicy w skutek upału w wielkiej obfitości.
Pastor uniósł prawą rękę do góry i palcem wskazał na niebo:
- Braci i siostry tak mówi Pan "I uczynią kraj pustynią i pustkowiem, jego pyszna świetność będzie miała kres, a góry Izraela będą leżały odludne; nikt tamtędy nie będzie przechodził. I poznają, że Ja jestem Pan, gdy kraj uczynię pustynią i pustkowiem z powodu wszystkich obrzydliwości, których się dopuścili" (Ez 33,28-29)
Głos pastora był donośny i pełen świętego oburzenia.
- Wieki temu skierował Pan te słowa do Izraela, który popadł w grzech, a dzisiaj mówi je do nas, bo czyż można inaczej patrzeć na klęski które dotykają nasz kraj, niż przez pryzmat naszych grzechów.
- Nie! - wrzasnął brat Martin, a jego głos odbił się echem od pobliskich wzgórz.
- Nie, bracia i siostry, nie można. Powiadam wam to nasze grzechy sprowadziły na nas tę okrutną karę. Grzechy nasze i naszych przywódców.
Ludzie z aprobatą i zrozumieniem kiwali głowami. Wielu pochyliło głowy na znak żalu i pokuty. Ktoś krzyknął "Amen, bracie!"
- Czyż nie byliśmy pyszni i dumni? Czyż nie szczyciliśmy się swoimi osiągnięciami, zapominając o Tym który jest najważniejszy, o Tym od którego płynie wszelka łaska i dobroć? Zapomnielśmy o Bogu, a bożki dobrobytu przesłoniły nam prawdziwego Boga. Nasi przywódcy żerujący na wypracowanym przez nas zysku, zaczęli obrastać w piórka i żyć ponad stan. Żerowali i nadal żerują na tobie, na tobie i na tobie - brat Martin wskazywał palcem kolejnych słuchaczy - Na nas wszystkich. To ich chciwe żądze i nieczyste pragnienia sprowadziły na kraj nieszczęście i bankructwo. To oni odpowiadają za to, że miliony straciły pracę. Grzech ich tym większy, że mieli władzę i możliwości, by temu zapobiec. Zapomnieli jednak o bożym nakazie miłości bliźniego i troszczyli się jedynie o swoje tłuste tyłki. Bóg długo patrzył na tę Sodomę i nasze nieprawe postępowanie. Nadszedł jednak dzień Jego gniewu i już teraz wielu z nas cierpi głód i nieszczęście. A będzie jeszcze gorzej jeżeli się nie opamiętamy i nie nawrócimy do Boga. Żar który spopielił Oklahomę, Teksas, Nowy Meksyk, Kolorado i Kansas, zaczyna palić żyzną kalifornijską glebę.
Ludzie cały czas potakiwali zgadzając się z każdym słowem pastora. Wielu z nich zaczęło płakać, gdy uświadomili sobie ciężar swoich grzechów. Wielu upadło na kolana i błagalnym głosem zaczęli modlić się o zmiłowanie. Nikt kto był w namiocie nie pozostał obojętny na słowa pastora, którego płomienna mowa poruszała serca wiernych. Nawet ci, którzy jeszcze kilka minut temu byli sceptyczni lub nie wierzyli w wyjątkowość pastora Martina, musieli przyznać że w nich także coś drgnęło. Poczuli się współodpowiedzialni za to co działo się w całym kraju. Za bankructwa, biedę, bezrobocie, a nawet za suszę i burze piaskowe. Każdy pod wpływem słów pastora, znajdował w sobie grzech, który ciążył mu niczym kamień młyński u szyi.
- Jest jednak nadzieja, bracia i siostry - kontynuował pastor Martin, już spokojniejszym tonem - Jest nadzieja, bo my wszyscy którzy żeśmy się tutaj zgromadzili, wiemy o swojej winie i możemy swoim postępowaniem zmazać nasze grzechy i pokazać innym jak należy żyć. Możemy ocalić sobie i ich. Musimy być głosem wołającym na pustyni. Musimy żyć wiarą!
- Alleluja! - krzyknęła jakaś kobieta w pierwszym rzędzie - Święta racja bracie! Alleluja!
- Alleluja!! - podchwycili inni.
Namiot wypełnił się okrzykami i modlitwami. Pastor z zadowoleniem spojrzał na zebrany tłum wiernych, na ich szczery żal i skruchę, na ich płomienną wiarę. Gestem ręki dał znać, że chór może zacząć śpiewać.


New Cannan 20 sierpnia 1931 r., wieczór, okolice starego kościoła
Wieczorem gdy zbliżał się czas audycji "Kościół bezdomny" ulice miasteczka New Canaan pustoszały. Większość przyjezdnych oraz mieszkańców udawała się do osady założonej przez brata Martina na modlitwy oraz kazanie pastora.
Tylko gorący wiatr wzniecał tumany kurzu na pustych ulicach.
Dlatego pożar który wybuch był dla wszystkich tak wielkim zaskoczeniem.
Nagle wysokie płomienie rozświetliły noc. Cała drewniana konstrukcja zajęła się w oka mgnieniu. Języki ognia lizały ściany i dach. Słychać było trzask pękających szyb. Po chwili ciszę nocy przerwał krzyk przerażenia i bólu. Z budynku plebanii, sąsiadującego z kościołem, wbiegł jakiś mężczyzna w nocnej koszuli. Jego twarz wyrażała strach i ogromny ból. Jego włosy były lekko nadpalone, a twarz poparzona. Mężczyzna przebiegł kilka kroków po czym upadł na środek ulicy bez czucia.
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.

Ostatnio edytowane przez brody : 16-04-2010 o 05:58.
brody jest offline  
Stary 15-04-2010, 20:56   #2
 
Nadiana's Avatar
 
Reputacja: 59 Nadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodzeNadiana jest na bardzo dobrej drodze
- Kochanie, jeszcze kanapki.
Mary Elizabeth Gardner z zadowoleniem wsadziła pokaźną torbę na siedzenie obok kierowcy nie zwracając zupełnie uwagi na zirytowaną minę Kathy i charakterystyczne przewracanie oczami. Znała charakter swojej córki i wiedziała, że zaabsorbowana czymś mogła w ogóle zapomnieć o jedzeniu, dokładnie jak jej ojciec. Jednak w przeciwieństwa do ś.p. pułkownika Josepha dysponowała jeszcze sporym zasobem życiowej zaradności i zdrowego rozsądku będącym niechybnie prezentem po matce. Świadomość tego faktu nieco uspokajała Mary Elizabeth, ale nie przeszkadzała jej ciągle marudzić.
- Nie podoba mi się, że jedziesz tam zupełnie sama. Drogi są dziś strasznie niebezpieczne i doprawdy nie wiem co Bill sobie myślał posyłając cię tam.
- Prawdopodobnie, że będę bezpieczniejsza niż kręcąc się pod fabryką. Oh mamo, wszystko będzie dobrze. To tylko stowarzyszenie religijne, które udziela sobie wsparcia. Wiesz mili, ciepli ludzie szukający pocieszenia w Bogu i modlitwie.
Katharine ucałowała poorany zmarszczkami policzek i zdecydowanie wsiadła do samochodu. Rzut okiem w lusterko boczne ujawnił jej jeszcze zafrasowaną kobietę, która kochała ją jak nikt na świecie. Kathy poczuła ucisk w sercu widząc swą matkę tak strasznie zniszczoną przez życie. A jeszcze niedawno była piękną młodą dziewczyną, a później kobietą wiodącą prym w dobrych domach Sacramento. Dopiero w ciągu kilku ostatnich lat przeobraziła się w staruszkę. Odganiając smutne myśli, które niczym muchy zaczęły brzęczeć w głowie dodała gazu, im szybciej pojedzie tym szybciej wróci i będzie mogła matce dotrzymać towarzystwa.

***
Korek ciągnący się na 104 był straszny, Kathy odchyliła dach i wachlowała się ociężale gazetą konkurencji „New Sacramento”. To w nim odlazła pierwszy artykuł na temat New Canaan (napisany notabene kompletnie amatorsko) i to on przedstawił jej fenomen pastora Martina, który sama chciała zbadać. I napisać soczysty, prawdziwy, łamiący charaktery, godny Pulitzera reportaż. A kto wie, może będzie pierwszą kobietą z tą nagrodą?
Westchnęła cicho oddając się marzeniom na co został by przeznaczona oszałamiająca kwota 10 tysięcy dolarów.

Ze słodkich snów wybił ją kierowca ciężarówki jadący z naprzeciwka, który zatrąbił i głośno skomentował jej niewątpliwe wdzięki. Potraktowała go gestem, który niewątpliwie przyprawił by o zawał jej matkę i skręciła w boczną dróżkę. Miała zamiar wyminąć cały ten zator wyjechać prosto na Los Angeles. Nie to, że po raz pierwszy spotykała się z zainteresowaniem płci przeciwnej. Gibka sylwetka, rude włosy, śliczna buzia to było aż nadto dla mężczyzn. No i nie można zapomnieć o brązowych oczach w kolorze brandy jak to zwykła określać ta szuja, James. Wtedy jakoś nie interesowało ją skąd tak dobrze określa barwy trunków, no, ale jak człowiek młody to głupi. I to nic, że to młody odnosiło się zaledwie do zeszłego roku, kiedy wkrótce miała stać się panią Sandersonową. Chwała niebiosom, że uchroniły ją od tego strasznego losu. Aż się wzdrygnęła w swoim Fordzie A (pierwsze szaleństwo finansowe od śmierci taty) i z ulgą wyjechała na krajową 34. Droga tutaj była nieomal pusta i miała szczerą nadzieję dotrzeć przed zmrokiem do New Canaan i zająć czymś gorącą głowę.




***

Dojechała już o zmierzchu, w tej dziwnej godzinie, kiedy dzień przechodził w noc. Wolno sunęła autem przez opustoszałe ulice szukając kogokolwiek kto będzie w stanie wskazać jej motel. Czuła się wykończona i marzyła tylko o kąpieli i ciepłym łóżku.
Zakręcała właśnie koło drewnianego kościółka, gdy rozpoczęło się piekło. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie odbijając się w rozszerzonych z przerażania oczach Kathy. Wydawało jej się, że ktoś uciekł między budynki, ale zanim odwróciła głowę przeraźliwy krzyk dobiegł od przodu. Prawdopodobnie z plebani wybiegł mężczyzna w nocnej koszuli z straszliwymi poparzeniami i padł, ledwie trzysta metrów od jej auta. Nie zastanawiając się wiele wyskoczyła zostawiając otwarty samochód i rzuciła się do ofiary.
- POMOCY! POMOCY!

Jej wrzask przebił się przez trzaskanie ognia, a ona sama skupiła się na rannym mężczyźnie.
 
Nadiana jest offline  
Stary 15-04-2010, 21:46   #3
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10277 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Upał był nieznośny. Koszula Billa Butchera lepiła się do pleców, cala mokra od potu, kiedy opuszczał wnętrze samochodu.
- Dziękuję, John – powiedział wdychając zakurzone powietrze New Canaan. Po kilku godzinach jazdy w nagrzanym do granic możliwości Fordzie T nawet te pełne piasku i gorące jak oddech piekarskiego pieca powietrze wydawało się jednak Billowi rześkim zefirkiem.
- Nie ma sprawy, Bill – kierowca uśmiechnął się promiennie. Jego schludnie przycięte, ryżawe wąsy poruszyły się przy tym zabawnie. Billowi zawsze wydawało się to jakieś takie nie pasujące do surowego charakteru zaprzyjaźnionego z nim detektywa.
Czarnoskóry mężczyzna wyjął swoje skromne bagaże spakowane w podróżną walizkę i zakładając kapelusz na głowę spojrzał na kierowcę, który przywiózł go na te odludzie.
- Na pewno nie zostaniesz na noc? – zapytał Bill, chociaż znał odpowiedź.
- Niestety nie, koleżko – John Willis zadrgał wąsami. – Musze wracać do Frisco. A taki duży murzynek jak ty nie powinien bać się nikogo.
Oczywiście miał to być żart, ale Bill poczuł niepokój w sercu. John strzelił w sedno, jak zwykle wykazując się przenikliwością, z której słynął wśród prywatnych detektywów w San Francisko.
- Ma rację – pomyślał Bill ściskając dłoń przyjaciela na pożegnanie. – Jeszcze nie zdarzyło się, by sprawa nad którą pracował prowadziła Billa aż tak daleko poza znajome uliczki San Francisco. Z daleka od dobrze mu znanych dzielnic zamieszkanych przez „kolorowych”.
- Uważaj na siebie, Bill – powiedział John na pożegnanie. – I wyślij telegram, jak będziesz wracał lub potrzebował czegoś.
- Dam se radę – zaciągnął Bill akcentem, który zdradzał niższe pochodzenie i którego tak bardzo nie lubił. – Dobrej drogi, John
Nie było nic więcej do powiedzenia. Bill Butcher, raz jeszcze spojrzał za odjeżdżającym fordem T i ruszył w stronę motelu.



Dwaj ludzie przed wejściem patrzyli na niego nieprzychylnym wzrokiem, lecz zignorował ich. Przywykł do tego typu spojrzeń. Był czarny, wielki i niezbyt urodziwy. Zwracał uwagę. Ale dla tych typków wystarczyło, że jego skora miała odcień ciemnej czekolady. To stawiało go niżej w hierarchii, niż konia czy cokolwiek innego.

Właściciel motelu - chudy mężczyzna o wystającym jabłku Adama, tak ruchliwym, że kiedy mówił Billowi wydawało się że w gardle zamieszkało mu jakieś zwierzę – ocenił go podobnie, jak inni biali. Otaksował Billa nieprzychylnym wzrokiem i rzucił cenę za pokój dwukrotnie wyższą, niż to widniało na tabliczce zawieszonej za jego plecami. Bill nie targował się. Nie miał ochoty na sprzeczki. Zapłacił, ile zażądał chciwy motelarz. Na widok pieniędzy grdyka chudzielca o mało nie wyskoczyła na kontuar recepcji i nie zatańczyła kankana.
- Cóż – pomyślał Bill śmiejąc się w duchu. – Pieniądze nie mają koloru skóry.
Zabrał klucz i poszedł na górę.
Pokój był nieduży, ale dość schludny. Przynajmniej tyle.

Bill z przyjemnością zdjął marynarkę i zawiesił na gwoździu służącym za wieszak. Na niej powiesił kapelusz. Na niedużej szafce ustawionej pod oknem stała cynowa misa i dzban z wodą. Bill nalał troszkę wody do misy i przemył twarz. Pozwolił by woda spłukała z niego kurz i zmęczenie, a potem schował walizkę pod łóżko, siadł na nim sprawdzając wytrzymałość sprężyn, które ugięły się pod ciężarem jego masywnego ciała i wyjął zdjęcie siostrzenicy, które nosił przy sobie.



- Rosie – pomyślał smutno. – Czemu uciekłaś z domu? Czemu przyniosłaś tyle bólu mojej siostrze, a swojej matce.

Potem jednak pomyślał co sam zrobił, jak był niewiele starszy od niej i uśmiechnął się smutno. Widać, historia lubi się powtarzać. Zatacza pełen obrót i uderza w tych, którzy wcześniej zadali cios. Jak w walce na ringu, kiedy pieść przeciwnika trafia w złamany wcześniej nos. Ból jest wtedy dużo większy.
- No nic – zganił siebie w myślach Bill Butcher wstając. – Koniec leniuchowania. Podejdź do tego jak do kolejnego zadania. Pracy do wykonania. Tylko tym razem zamiast dolarów, będzie wdzięczność siostry.

- Od czego zacząć? – powiedział głośno, jak zawsze gdy rozważał jakiś problem. – Jesteś czarny, a takich nikt zapewne tutaj nie lubi. Nikogo nie znasz, a każdy biały szeryf tylko czeka by przeliczyć pałką twoje zebra. tak to już jest. Im jesteś większy, tym bardziej chcą cię sponiewierać. Pokazać gdzie twoje miejsce. Gdzie, jako czarnuch, powinieneś się znajdować.
Trzeba sprawę załatwić szybko i wracać do San Francisco. Pójść pogadać z pastorem Martinem. Pogadać z Rosie. A potem się zobaczy.

Plan był do niczego, ale Bill uczepił się go, bo to był jedyny plan, jaki wpadł mu teraz do głowy.
Założył marynarkę i kapelusz, wszak chodzenie bez nakrycia głowy było co najmniej niedopuszczalne i zszedł na dół.
Kiedy był w połowie schodów ujrzał płonący budynek.
Nie oglądając się na innych ruszył ku drzwiom.
Kiedy wybiegł na zewnątrz usłyszał, że jakaś kobieta wola o pomoc.
Ruszył w jej stronę, najszybciej jak potrafił krzycząc co sił w płucach
- Pożar! Pożar! Ludzie!!! Pali się!!!

Zatrzymał się koło kobiety, która pochylała się nad poparzonym mężczyzną w nocnej koszuli.
- Nic pani się nie stało? – zapytał kobiety kurtuazyjnie, bowiem tak naprawdę dobrze widział, że nic jej nie dolega.
- Lekarza!!! – wrzasnął nie czekając na odpowiedź! – Tutaj jest ranny człowiek! Szybko!

Uniósł głowę ze zgrozą patrząc na ognisty żywioł pochłaniający kościół. Płomienie grały na jego czarnej twarzy.
 
Armiel jest offline  
Stary 17-04-2010, 15:11   #4
 
Araks3's Avatar
 
Reputacja: 12 Araks3 nie jest za bardzo znanyAraks3 nie jest za bardzo znanyAraks3 nie jest za bardzo znanyAraks3 nie jest za bardzo znany
Panujący upał, faktycznie sprawiał, że Gregowi na myśl przechodziły straszne biblijne klęski żywiołowe, o których tak dużo się ostatnio mówiło. Widok niekończącej się pustyni zza półotwartej szyby Forda A, mógł przyprawić o niewątpliwą... nudę. Wszędzie był tylko piach, kamienie i nieliczne rośliny, które postanowiły podjąć nierówną walkę z żywiołem. Dotychczas, przez większą część drogi pojawiały się jeszcze jakieś urozmaicenia krajobrazu takie jak domy, stodoły, czy choćby pojedyncze stacje benzynowe. Teraz, przed oczyma jawiły mu się tylko rozległe pasy ziemi niczyjej. - Szlag by to. - Rzucił pod nosem, luzując kołnierz białej koszuli. Swoją marynarkę porzucił już dawno temu na tylnym siedzeniu, jednakże nie pomagało to wcale. Wciąż było cholernie gorąco i nie zanosiło się na to, by w tej kwestii miało się coś zmienić. Na szczęście powoli zbliżał się wyczekiwany przez niego wieczór. Zawsze podróżowało mu się lepiej wieczorem, przynajmniej upał nie dokuczał aż tak bardzo.
- My heart is sad and lonely. For you I sigh, for you dear only. Why haven't you seen it? I'm all for you body and soul... - Nucił sobie pod nosem, fragment piosenki "Body and Soul". Cóż... pod wieczór zawsze mu się zbierało na wspominki i melancholijny nastrój. Z reguły rozpamiętywał wtedy śmierć swojego ojca oraz sprawę morderstwa, która zakończyła się dla niego tak... niekorzystnie.



Z głębokiego zamyślenia wyrwał go głośny trzask w silniku oraz donośne, bolesne "kaszlnięcia" jakie wydawał teraz silnik jego Forda. Okaleczona maszyna przejechała jeszcze kawałek drogi, po czym posłuszna ostatnim rozkazom zjechała na boczny pas drogi, by w końcu zamilknąć bez życia.
- Cholerne ustrojstwo. - Zaklął pod nosem Greg, wysiadając z auta. Krótką chwilę zajęły mu oględziny samochodu. Po pierwsze niezbyt znał się nad tym, a pod drugie było już zbyt ciemno, aby dostrzec pod klapą jakieś poważniejsze usterki. Wiedział jednak tyle, że bez mechanika raczej się nie obejdzie, a jego przymusowy urlop w San Francisco musi poczekać przez jakiś czas. Zdenerwowany tym wszystkim, Greg wsunął się z powrotem do samochodu, sprawdzając na mapie gdzie znajduję się jakaś najbliższa ostoja cywilizacji. New Canaan jawiło się jako oczywisty punkt, w którym powinien poszukać pomocy, toteż zaczął przeszukiwać swoje auto, by zabrać ze sobą najpotrzebniejsze mu rzeczy. Wziął ze sobą zapalniczkę, trzy papierosy, złoty zegarek na łańcuszku, poręczny scyzoryk oraz 20 $. Jak na razie w zupełności wystarczyło to na jego potrzeby. Greg zarzucił na siebie ciemną marynarkę, typowy kapelusz pasujący do komplet, po czym zamknął samochód i ruszył spokojnym krokiem wzdłuż drogi prowadzącej do New Canaan. Swój rewolwer zostawił w samochodzie, wszak nie chciał by wzięto go za jakiegoś wariata z bronią, zwłaszcza że mieszkańcy mniejszych miasteczek byli bardzo wyczuleni na wszelkich "przyjezdnych wariatów".


Jego spokojny marsz, przerwała ognista łuna, która rozświetliła ciemny horyzont nad New Canaan. "Akurat teraz..." pomyślał Greg, puszczając się biegiem wzdłuż drogi. Był już dość blisko miasta i powinien raczej zdążyć na czas do palącego się budynku.


- Widać domy Boga również ogień tyka.. - Mruknął pod nosem, spoglądając na palący się kościół. Z daleka dostrzegł jakieś dwie sylwetki, które pochylały się nad leżącym człowiekiem. Stwierdził, że było to warte zainteresowania toteż ruszył dalszym biegiem, by zobaczyć chociaż co się stało. Gdy w końcu dotarł pod palący się kościół obrzucił zaciekawionym wzrokiem całą trójkę. Młoda kobieta, postawny murzyn z którym lepiej było nie wchodzić w kłótnie oraz poparzony mężczyzna, który leżał na ziemi przed palącym się kościołem.
- I tak mu nie pomożemy. Pójdę po lekarza. - Powiedział zasapanym głosem, po czym ruszył do najbliższego domu, w którym mógł ktoś mieszkać. Jego plan był nadzwyczaj prosty, otóż należało zapytać mieszkańców o jakiegoś lekarza, a następnie powiadomić wszystkich, że kościół się pali. Cóż... brzmiało łatwo, jednak w rzeczywistości mogło być znacznie trudniej, niż się wydawało.
 
Araks3 jest offline  
Stary 17-04-2010, 16:41   #5
 
Mr.Johnny's Avatar
 
Reputacja: 0 Mr.Johnny nie jest za bardzo znany
-Halo Frank to ty?
-Tak Peter co chcesz?
-Jak sytuacja?
-Nie za dobrze dwóch cyngli siedzi cały czas przed twoim domem.
-No to nie przeszkadzaj im za jakiś czas rodzinna Bonano będzie miała większe problemy niż uganianie się za mną
-Wiesz że zabójstwa capo się tak po prostu nie wybacza?
-Wiem.Ale jak ci już mówiłem zniknę na jakiś czas za chwilę wybuchnie kolejna wojenka i wtedy spokojnie wrócę do domu,ale bardziej mnie ciekawi skąd wiedzieli że to ja go właśnie zabiłem opcje są dwie pierwsza ktoś mnie widział w co wątpię bo jak wiesz jestem profesjonalistą druga ktoś cię zdradził czyli wiedzą że zlecenie jest od ciebie i to by oznaczało,że ty też jesteś na celowniku.
-Ufam moim ludziom,ale rzeczywiście lepiej jak ich sprawdzę.
-Dobra muszę już kończyć nie szukaj mnie ja znajdę ciebie.
-Wporządku do zobaczenia Frank.
Peter odłożył słuchawkę wyszedł z budki telefonicznej i ruszył dalej w drogę do New Canaan.Dlaczego akurat ta zapadła wiocha?Dlatego,że jeśli gdzieś ma być spokojnie to właśnie w takiej małej zapomnienej przez świat wiosce.Peter chciał też trochę odpoczynku po nieudanym zamachu na jego życie -ale cóż taki zawód-.Peter wiedział jednak ,że nie może po prostu wjechać do miasta w swoim fordzie modelu A bo niepotrzebnie zwróci na siebie uwagę za to rolników w łachmanach będzie tam pełno.Zostawił więc samochód kilka mil przed miastem wziął walizkę w której miał najpotrzebniejsze rzeczy i rewolwer bo "przezorny zawsze ubezpieczony"
Po jakże przyjemnym kilku milowym spacerze w ogromnym upale Peter wreszcie był w New Cananaan odnalazł motel zapłacił za pokój napił się wody i położył się spać był tak zmęczony podróżą,że nawet nie zdjął ubrań.Wieczorem obudziły go krzyki 'POŻAR POŻAR' wyskoczył z łóżka i wybiegł z motelu myślał że to motel się pali ale okazało się że w płomieniach stoi pobliski kościół ponieważ znał się trochę na pierwszej pomocy postanowił pomóc poparzonym.
 
Mr.Johnny jest offline  
Stary 17-04-2010, 20:07   #6
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1270 Eliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumny
Henry wlókł się swoim Chewroletem pośrodku palącego piekła. Słońce niemiłosiernie doskwierało a duchota jaka panowała wewnątrz pojazdu była nie do wytrzymania, nawet przy otwartych oknach. Automobil sunął jednak dzielnie po drodze, mimo iż co najmniej kilkanaście razy Henry musiał dolewać wody do chłodnicy. Pojazd sapał wolno przemierzając każdą milę, ale i tak podróż konno i to w taki upał byłaby dla Henrego ponad jego siły. Jadąc zastanawiał się jakież to myślowe pobudki skłoniły go do tak wyczerpującej podróży... miał nadzieję, że osoba - a właściwie osobowość brata Martina wynagrodzą mu trudy podróży... Same miasteczko także zdawało być się inspirującym tematem badań, Henry nie przeczuwał jednak jak bardzo. Podróż zajęła mu więcej niż przewidywał, dlatego też dotarł niemalże w nocy. Od razu skierował się do hotelu, nie mając większych problemów ze znalezieniem go w tak małej mieścinie. Zaparkował swego Chewrolta F przed hotelem po czym ruszył do recepcji, poprawiając przed wejściem garnitur i ocierając chusteczką spocone czoło.

- Dobry wieczór Pani, chciałbym poprosić o pokój, najlepiej z oknami wychodzącymi na zachód. - Powiedział nieco kłaniając się starszej pani.

Recepcjonistka zdawała się patrzeć głupio na Henrego, jakby nie słysząc co ten do niej powiedział.

- Powiedziałem... - Henry zamarł kierując się za wzrokiem recepcjonistki. Gdy obrócił się w kierunku wejścia zobaczył łunę pożaru, bijącą od płonącego kościoła. Pożar zdawał się w ciągu chwili pożerać cały budynek i nim ktokolwiek wyszedł z chwilowego odrętwienia, kościół płonął cały. Henry przyglądał się ogniu niemal z hipnotyczną fascynacją. Tak wielki pożar był przeogromną nieokrzesaną siłą natury, zupełnie jak niedawno odkryta podświadomość. Czysty i nieokiełznany... Krzyki przerażonych ludzi wyrwały Henrego z transu, szybko zrozumiał, że przedstawienie z płonącym kościołem w roli głównej, miało też swoich pobocznych aktorów, którzy najwyraźniej ucierpieli.

Słysząc nawoływania biegiem skierował się w ich kierunku, " Całe szczęście nie zostawiłem bagaży w pokoju" - pomyślał taszcząc lekarską torbę, reszta bagaży - składających się właściwie z wielkiej podróżnej walizki pozostawił w recepcji. Po chwili biegu dostrzegł leżącą ofiarę z widocznymi objawami poparzenia.

- Jestem lekarzem, niech ktoś przyniesie wodę. - Zakrzyczał przejmując kontrolę nad poszkodowanym. " Letnia woda i jałowa gaza" - przypominał sobie podstawy opieki nad poparzonymi.

Henry nawet nie musiał prosić o odsunięcie się od zwłok. Przeciętna pomocnik ofiary z wdzięcznością przyjmował pomoc niesioną przez fachowca. Pozbawiał się odpowiedzialności przerzucając ją na lekarza. Dopóki nie było lekarza w pobliżu to na najbliższej osobie spoczywał moralny obowiązek niesienia pomocy. Tylko jak tu nieś pomoc, jeśli nie wie się jak? Henry nie był właściwie lekarzem, choć znał się na rzeczy. Musiał ukończyć szkołę medyczną aby zajmować się leczeniem, choć w obszarze jego głównych zainteresowań leżał mózg a dokładniej umysł człowieka. Przyjechał tu zająć się niezwykłą osobowością brata Martina a nie by zajmować się pacjentem u którego martwica obejmuje dziesięć procent powierzchni skóry właściwej wraz z naczyniami i nerwami skórnymi wraz z podskórną tkanką tłuszczową. Skóra przybrała w tych miejscach barwę brunatną, stała się też twarda i sucha. Henry wiedział, że jeśli pacjent przeżyje to pozostaną widoczne blizny.

Rozłożył torbę lekarską, nie wyczuwał oddechu u pacjenta, przez co przystąpił do sztucznego oddychania, osłaniając usta. Gotów był na zabieg otwarcia przedniej ściany tchawicy i wprowadzenie rurki do światła dróg oddechowych i tą drogą prowadzenie wentylacji płuc. W wyniku tracheotomii zapewnia się dopływ powietrza do płuc, z pominięciem nosa, gardła i krtani. Oczywiście o ile zajdzie taka konieczność... Bardziej prawdopodobne było zaczadzenie a nie zablokowanie przewodów oddechowych, ale Henry był przygotowany na każdą okoliczność
 
Eliasz jest offline  
Stary 18-04-2010, 20:01   #7
Konto usunięte
 
brody's Avatar
 
Reputacja: 2410 brody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputacjębrody ma wspaniałą reputację
Kathrine Gardner
Kathy działała instynktownie. Porzuciła samochód i co sił, podbiegła do poparzonego mężczyzny. Był to człowiek w sile wieku, jego twarz zdobiły liczne zmarszczki, a głowę siwiuteńkie, teraz osmolone włosy. Dziewczyna nachyliła się nad rannym, widok poparznej twarzy podziałał na nią
piorunująco. Przerażenie wdarło się w jej duszę. Nigdy nie widziała tak zmasakrowanej twarzy. W świetle krwistych płomieni ognia, buchających pod
samo niebo, twarz mężczyny wyglądało okropnie. Bardziej w panice niż z racjonalnej chęci ratowania rannego, krzyknęła na cały głos:
- POMOCY! POMOCY!
Niósł się on echem wzdłuż pustych uliczek miasteczka. I wtedy usłyszała jak poparzony mężczyzna coś szepce. Głos miał słaby i bardzo cichy. Pokonując niechęć i strach pochyliła się jeszcze bardziej i dopiero wtedy rozróżniła słowa. W nozdrzach czuła nieprzyjemną woń spalonej ludzkiej skóry.
- Oni są już wszędzie.... uciekaj dziecko... uciekaj...

Bill Butcher
Gdy Bill wybiegła z hotelu nieprzypuszczał jak wielki ogień zaczął szaleć w tym małym miasteczku. Biegnąc w stronę leżącego mężczyzny i klęczącej przy nim kobiety, zdał sobie sprawę, że budynek kościoła jest już nie do odratowania. W takiej mieścinie jak New Canaan zapewne nie było straży pożarnej, która mogłaby ugasić ogień. Bill miał nadzieję, że szybko pojawią się jacyś ludzie, by chociaż nie dopuścić do rozprzestrzenienia się pożaru.Biegnąc pustą ulicą, krzyczał na całe gardło:
- Pożar! Pożar! Ludzie!!! Pali się!!!

Detektyw zatrzymał się przy kobiecie i z kurtuazją zapytał o jej stan. Wiedział, że to nie ona potrzebuje pomocy, ale czuł jakiś wewnętrzny
obowiązek, by najpierw zatroszczyć się o kobietę. Drobna dziewczyna tylko pokręciła głową i wskazała na rannego mężczyznę. Bill widział już nie raz zmasakrowane ciała, ale to było w strasznym stanie. W głowie detektywa zrodziła się myśl, że poparzenia nie wyglądają na naturalne. Gdy nachylił się nad poparzonym wyczuł zapach nafty, a na koszuli mężczyzny zobaczył tłuste plamy na rękawach nocnej koszuli.

Gregory Altan
Idąc główną ulicą New Canaan Greg zauważył nagle wybuchający u jej końca gwałtowny pożar. Ruszył w tamtym kierunku. Gdy zatrzymał się przed kościołem dostrzegł parę pochylającą się nad poparzonym mężczyzną. Zdał
sobie natychmiast sprawę, że ani kościół ani mężczyzna nie zostaną uratowani. Teraz trzeba było nie dopuścić do rozprzestrzenienia się pożaru, a do tego trzeba było wielu ludzi i wiader z wodą.
- I tak mu nie pomożemy. Pójdę po lekarza. - powiedział.
Nie czekając na reakcję dziwnej pary pobiegł do najbliższego domu. Wpadł na ganek i zaczął łomotać w drzwi. Po kilku chwilach z wnętrza wyjrzała przerażona kobieta. Greg nie musiał nic mówić. Starsza pani w lokach na głowie i nocnej koszuli, widząc łunę pożaru unoszącą się nad miastem, zapytała pierwsza:
- Co z ojcem Derekiem?
- Na ulicy leży jakiś mężczyzna, być może to on - odparł.
- Niech pan poczeka chwilę.
Kobieta zniknęła we wnętrzu domu, by wrócić po kilku sekundach z narzuconym na ramiona szlafrokiem.
- Ja pójdę po doktora Newmana, a pan niech biegnie do osady brata Martina. Tam jest teraz większość ludzi. Trzeba ich powiadomić jak najszybciej, co się tutaj dzieje.

Peter Franks
Peter nie czuł się dobrze w tych łachmanach, które kupił za niecałego dolara. Wiedział jednak, że taki kamuflaż jest konieczny, by wtopić się w tłum imigrantów jacy ściągnęli do New Canaan. Gdy dotarł do miasteczka był już poźny wieczór. Postanowił, że tę noc spędzi jeszcze w hotelu, a dopiero nad ranem stawi się w osadzie imigrantów. Gdy wszedł do pokoju odrazu położył się. Zmęczenie i potworny upał dały mu solidnie w kość. Nie spał jednak długo, gdyż obudził go krzyk z ulicy:
- Pożar! Pożar! Ludzie!!! Pali się!!!
Wyjrzał szybko przed okno, zza którym szalał wielki pożar. Drewniony kościół stojący na przeciwko hotelu stał w płomieniach. Nie zastanawiając się długo Peter zbiegł na dół. Widząc stojących na środku ulicy podbiegł do nich. Leżący na ziemi mężczyzna był strasznie poparzony. Wystarczył mu tylko rzut oka na obrażenia staruszka, by stwierdzić że ktoś podpalił jego, jak i kościół.
Sam stosował tę metodę nie raz na knąbrnych dłużnikach swoich szefów. Mieszanka nafty i saletry wypalała dziury w ludzkim ciele. Franks chciał pomóc, ale gdy zobaczył obrażenia, zdał sobie sprawę, że nie ma to sensu. Trzeba byłoby pomocy prawdziwego lekarza i szybkiej hospitalizacji, by mężczyzna mógł przeżyć.

Henry Williams
Henry właśnie meldował się w hotelu, gdy na zewnątrz wybuchło piekło. Blask ognistych łun wdarł się przez okna. Schylił się po torbę, a w tej chwili minęło go biegiem dwóch mężczyzn, jeden za drugim. Byli to prawdopodobnie goście
hotelowi, którzy także zauważyli pożar. Nie czekając dłużej Williams ruszył za nimi. Już z daleka Henry zauważył, że obaj mężczyźni są conajmniej podejrzani. Pierwszy wysoki i postawny murzyn, wyglądał jak zawodowy bokser lub zapaśnik, a drugi miał twarz jednego z tych bezwzględnych zabijaków o jakich co jakiś czas informuje prasa. Williams postanowił przejąć inicjatywę, wbiegł w małą grupkę krzycząc:
- Jestem lekarzem, niech ktoś przyniesie wodę.
Wszyscy instynktownie odsunęli się na te słowa od rannego mężczyzny.
Henry nachylił się nad nim i z przerażeniem stwierdził, że obrażenia staruszka są wręcz krytyczne. Pożar wybuchł dosłownie parę chwil temu i nie było fizycznej możliwości, by ogień w tak krótkim czasie dokonał takich zniszczeń na jego ciele. Rozłożył szybko torbę i zajął się poparzonym. Nie wyczuwał już oddechu, a to oznaczało tylko jedno. Pacjent lada chwila prawdopodobnie przejdzie na łono Abrahama. Potrzebna była szybka pomoc. Gdy wyjmował z torby skalpel i rurkę, zobaczył na rękawie mężczyzny tłustą plamę. Potarł palcami i przyłożył do nosa.
- O boże, nafta! - pomyślał.
Niezdradzając się ze swoim odkryciem, zabrał się do udzielania pomocy. Sprawnym ruchem przeciął skórę i szybko wprowadził gumową rurkę w drogi oddechowe. Płuca mężczyzny ożyły. Dawało mu to nikłą, bo nikłą ale jednak szansę na przeżycie.


Kathrine Gardner, Bill Butcher, Peter Franks, Henry Williams
Gdy lekarz zajął się udzielaniem pomocy z hotelu i kilku domów zaczęli wyglądać ludzi. Było ich tylko kilkoro i jasne było dla wszystkich, że takimi siłami nie ugaszą pożaru. Oznaczało to, że czeka ich nierówna i niebezpieczna walka z żywiołem. Po chwili do grupki znajdującej się przy poparzonym mężczyźnie dołączył miejscowy szeryf. Wyglądał na zaspanego, a jego mundur był krzywo zapięty i wygnieciony. Przyglądał się przez chwilę zabiegom Henry'ego Williams, po czym krzyknął:
- Hola, hola! Co pan wyprawia? Chce pan go zabić? Proszę się odsunąć! Doktor Newman zaraz tu będzie!
 
__________________
Konto usunięte na prośbę użytkownika.
brody jest offline  
Stary 18-04-2010, 21:47   #8
Łysa Pradawna Groza
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 10277 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Płomienie grające na czarnej twarzy Billa Butchera i płonący budynek kościoła przywołały złe wspomnienia.
Pamiętny 18 kwietnia 1906 roku, kiedy to trwające niespełna minutę silne trzęsienie ziemi oraz szalejące przez 3 dni pożary zniszczyły doszczętnie San Francisco i spowodowały śmierć 700 (być może nawet 3000) ludzi. Skutki zniszczeń usunięto bardzo szybko i w ciągu 9 lat miasto odbudowano w nowym układzie urbanistycznym, lecz tamte pamiętne trzy długie doby na zawsze odcisnęły piętno na duszy trzynastoletniego wówczas Billa.




Szalejący żywioł! Żar ognia! Zasnuwający wszystko dym, który nie pozwalał oddychać i wypełniał płuca niemocą! Pamiętał wrzeszczących ludzi! Pamiętał panikę! Ale przede wszystkim pamiętał strach i niemoc. Swój własny strach, kiedy podawał wiadro z wodą ustawiony w długim sznurze ludzi. Pamiętał omdlewające z wysiłku ręce i to, jak szybko ogień przenosił się na kolejne zabudowania.






Teraz, ten jeden trawiony przez pożar kościół mógł stać się dla New Caanan żagwią zniszczenia. Iskrą destrukcji. Najważniejszym zadaniem dla wszystkich było zorganizowanie jak największej ilości ludzi z wiadrami. Kościoła nie dało się uratować – to było oczywiste. lecz strzelające w niebo iskry mogły wzniecić kolejne pożary.
Bill z zadowoleniem przyjął pojawienie się lekarza, który zajął się ofiarą płomieni oraz miejscowego szeryfa. Nie lubił wychodzić przed szereg, szczególnie kiedy wokół byli sami biali, lecz w tej sytuacji nie było czasu do stracenia.
- Szeryfie – zwrócił się bezpośrednio do policjanta. – Ogień może roznieść się po kolejnych domach. Pomagałem w gaszeniu Wielkiego Pożaru Frisco w 1906. Jeśli czegoś nie zrobimy wystarczy jedna iskra i będzie pan tutaj miał drugie Frisco! Trzeba szybko skrzyknąć mieszkańców. Jak najwięcej ludzi! Potrzebne będą wiadra i woda! Trzeba polewać najbliższe budynki!
- Chętnie pomogę, lecz to pan stanowi tutaj władzę i to pan jako jedyny może zmobilizować mieszkańców do działania – powiedział Bill już bardziej spokojnymi ugodowym tonem.
Nie miał zamiaru zrażać do siebie żadnego mieszkańca miasteczka, a już na pewno nie szeryfa.
Zdjął zbędny w takiej sytuacji kapelusz oraz marynarkę i poszukał miejsca, gdzie mógłby ją zostawić, by nie ucierpiały za bardzo podczas akcji ratowniczej. W końcu ujrzał drewniany koniowiąz w pobliżu jednego z domostw obok kościoła. Podwinął rękawy odsłaniając muskularne, silne ramiona. Widać było, że taką siłę nabywa się jedynie przez lata długiej i ciężkiej pracy.
- Jestem gotów do pracy – powiedział spokojnie spoglądając na ludzi wokół siebie, a w szczególności na szeryfa. – Gdzie znajdę wodę i wiadra?
To ostatnie pytanie skierował do funkcjonariusza.
Planował, jak tylko otrzyma potrzebny sprzęt, rozpocząć akcje polewania wodą sąsiednich budynków. Dopiero potem powinno zacząć się gasić kościół, czy raczej to, co do tego czasu z niego zostanie. Szykowało się pracowite kilka najbliższych godzin.
Gotów do działania czekał na reakcję szeryfa i innych ludzi.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 18-04-2010 o 22:05.
Armiel jest offline  
Stary 19-04-2010, 01:13   #9
 
Eliasz's Avatar
 
Reputacja: 1270 Eliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumnyEliasz ma z czego być dumny
Henry z przerażeniem odkrył, że leżący przed nim człowiek został oblany nafta i podpalony. "Gdyby miał się zabić wybrałby mniej bolesny sposób...gdyby chciał zwrócić na siebie uwagę, coś zamanifestować, zrobiłby to... Ktoś musiał go podpalić, pewnie wraz z kościołem..." Henremu tym bardziej zaczęło zależeć na ocaleniu życia popalonemu mężczyźnie. Mógł być nie tyle ofiarą pożaru co świadkiem. " Jeśli ktoś podpalił tego nieszczęśnika i kościół to wciąż może tu być..." Henry nie zamierzał być jednak kolejną ofiarą na celowniku potencjalnego zabójcy. Póki co musiał uratować osobę która wiedziała dokładnie co się stało. Stróż prawa niespecjalnie pomógł swym nadejściem...

- Hola, hola! Co pan wyprawia? Chce pan go zabić? Proszę się odsunąć! Doktor Newman zaraz tu będzie!

- Jestem doktor Henry Williams z uniwersytetu w Chicago. Jestem lekarzem, ten człowiek udusiłby się gdyby nie trachotomia - powiedział rzeczowo, spokojnie choć głośno. Henry znał się na rzeczy, posługiwanie się półprawdami zawsze przynosiło rezultaty. Głębsze wgłębianie się w specjalizację jego zawodu mogłoby doprowadzić do problemów, gdyby wyszło że Henry jest jedynie psychiatrą. Miast bazować na wiarygodności, Henry zajął się tym co potrafił najlepiej... wmawianiem.

- Czy mam rozumieć, że mam zaprzestać pomocy temu człowiekowi? Czy może chce mnie pan zastąpić?? O proszę tu należy przytrzymywać szyję pacjenta... Henry niemal dosięgnął dłoni szeryfa, acz spokojnie, dzięki czemu ten zdążył ją wycofać. Chodziło jedynie o uświadomienie policjantowi, że w tej chwili ofiara ma najlepszą możliwą opiekę.

Henry pomimo że znał się na psychologi, swoje lekcje z łatania ludzi zawsze odrabiał. Byłby świetnym fachowcem w medycynie, prawdopodobnie jednym w wyjątkowo utalentowanych chirurgów, jednak jego fascynacja i badania pokierowały karierę zawodową Henrego w zupełnie inny rejon medycyny...

Henry wolał nie zostawiać pacjenta, potrzebował on opieki na bieżąco. Dlatego też nie zwrócił większej uwagi na murzyna i kwestię gaszenia pożaru, obecnie miał większy problem, ludzkie życie w własnych rękach.

- Proszę przynieść koce - krzyknął do okolicznych ludzi, jakieś ubrania? - zapytał, wiedząc, że pacjenta trzeba przykryć, gdyż za chwilę zacznie się telepać z zimna. Gotów był sam okryć go marynarka, gdyby nikt nie zareagował na jego "polecenia".
 

Ostatnio edytowane przez Eliasz : 19-04-2010 o 01:15.
Eliasz jest offline  
Stary 21-04-2010, 15:23   #10
 
Mr.Johnny's Avatar
 
Reputacja: 0 Mr.Johnny nie jest za bardzo znany
-Dobrze gada!Wykrzyknął Peter wiedząc jak ważny jest czas podczas gaszenia pożarów.
-Szczególnie że sam pamiętam Wielki Pożar,trzeba działać szybko ogień może przenieść się na inne budynki i wtedy dopiero będzie ciężko przyda się każda para rąk i jak mówi ten facet też jestem gotów do pracy.
Większość ludzi nie uwierzyła by że gangster nazwał czarnego "kolegą"ale Peter nie raz w pracy doświadczył braku tolerancji ponieważ był z domu dziecka i nie znał swoich rodziców nie wiedział skąd pochodził.Mógł być Irlandczykiem Włochem czy może nawet Żydem a w tym "biznesie" Włosi ufają włochom a Irlandczycy Irlandczykom co nie ułatwiało mu pracy z jakiegoś powodu w pół-świadku uchodził za Irish'a prawdopodobnie dlatego że często pijał piwo i whiskey w barach.Wieś przestała być cicha i spokojna.A może nigdy nie była?Przynajmniej przy pierwszym wrażeniu wydawała się idealna na "przymusowy urlop" ale palenie kościołów i ludzi przy tym raczej nie jest definicją słowa "spokój".Na razie jednak miał inne zmartwienia czekał na decyzje szeryfa.
 
Mr.Johnny jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:14.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166