Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror > Archiwum sesji RPG z działu Horror
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 22-12-2010, 20:52   #1
 
Endless's Avatar
 
Reputacja: 31 Endless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodze
Highschool Scream! - "To dopiero początek..."






[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=N2NDYru46os[/MEDIA]

Fell's Tomb, Washington

29 października 2010 r.

W końcu nadszedł piątek, długo wyczekiwany dzień, będący błogosławieniem dla wszystkich uczniów, zmęczonych całym tygodniem ciężkiej pracy. Poranek zapowiadał się wyjątkowo ładnie. Po niebie kłębiły się duże chmury, ale nie zakrywały je ciężką, szarą masą, przez które Słońce przebijało się z mozołem, co było w okolicy nadzwyczaj częstym widokiem. Piątkowe niebo było błękitne i słoneczne. Chociaż temperatura na zewnątrz nie była zachęcająca, to wesołe promienie słońca wywoływały w ludzkich sercach radość i rodziły życzliwość.

Zbliżała się godzina 9.00, toteż grupki uczniów przemieszczały się w kierunku szkoły, mieszczącej się na zachodnim krańcu miasteczko. Fell's Tomb nie było dużym miastem, więc miejscowy ośrodek szkolny wystarczał dla wszystkich młodych mieszkańców, a nawet uczęszczała do niego spora część młodzieży z pobliskich miejscowości. Uczniowie z Fell's Tomb mieli dwie, stałe drogi do szkoły, z których jedna prowadziła na skróty przez miejscowy las, a druga - nieco dłuższa, biegła przy wijącej się ulicy, z której korzystali wszyscy kierowcy udający się na teren szkoły. Piątek zapowiadał się wyjątkowo przyjaźnie, do czego również przyczyniła się prognoza pogody, obwieszczająca ku uciesze ludności dwa tygodnie wolne od opadów.


Timothy Scheungreber:


Obudziłeś się z długiego, przyjemnego snu, aby leniwie przywitać ostatni dzień przed długim weekendem. Po odprawieniu porannych obrządków, samotnie zjadłeś śniadanie, wypiłeś kawę i po chwyceniu plecaka i kurtki z wieszaka, wymaszerowałeś z domu. Upewniłeś się, że zamknąłeś drzwi po czym zbiegłeś po kilku stopniach i wyruszyłeś dobrze znaną ci drogą. W piątki twój plan lekcji składał się tylko z pięciu pozycji - zaczynałeś od 9.00 lekcją matematyki, następnie czekała cię fizyka, nudna do granic możliwości historia, monotonny wykład na angielskim i, na samym końcu, aby ucelebrować zakończenie tygodnia - informatyka. Krótki plan lekcji, oraz zbliżająca się szkolna impreza z okazji Haloween, były tym, co sprawiało, iż z chęcią udałeś się do szkoły. No właśnie... Haloween. Po trzech długich latach, Haloween miało być miłym wydarzeniem, przygotowanym przez władze szkolne z wyjątkową dbałością o bezpieczeństwo uczniów.

Sam Everett:


Piątkowy poranek - ostatni dzień przed długim weekendem, w którym trzeba było wstać wcześnie. Na dole, w kuchni zjadłaś śniadanie z Davidem, twoim najstarszym bratem, który leniwie przeżuwał swoje tosty. Najwyraźniej nie spieszyło mu się do pracy. Po tym, jak skończyłaś wszystkie niezbędne rankiem czynności, dostałaś sms'a od Matt'a, który wyczekiwał na ciebie przed twoim domem. Widząc twój pośpiech, David wyburkał kilka komentarzy odnośnie Matt'a i twojego zachowania. Zgarnęłaś do torby rzeczy, bez których nie można było się obejść w szkole, po czym zaszczyciłaś chłopaka swoim widokiem. Razem ruszyliście doskonale znaną wam drogą, żywo dyskutując o zbliżającej się imprezie, a zwłaszcza o waszych strojach i spekulacjach na temat tegorocznej pary królewskiej straszydeł, której wyłonienie było tradycją w społeczności Fell's Tomb.Twój plan lekcji nie był zbyt długi, kończyłaś szkołę po sześciu lekcjach. Historia, geografia, matematyka, angielski, wiedza o kulturze i obyczajach i francuski - to było szkolne "menu" na dziś. Przypomniałaś sobie także, że na dzisiaj umówiłaś się z Caroline Fester, przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Caroline zebrała kilka ogólnie znanych osób do pomocy, w planowaniu wystroju szkoły na zbliżającą się imprezę. Caroline to miła dziewczyna, doskonale sprawdzająca się w roli przewodniczącej samorządu. Liczyła się ze zdaniem uczniów, a każda jej decyzja poprzedzona była badaniami opinii szkolnego środowiska. Miałyście spotkać się po południu, o godzinie 17, przed szkołą.

Ann Stevens:

Tego dnia obudziły cię delikatne promienie słońca, które w jakiś tajemniczy sposób zdołały przedostać się przez zasłonięte okno. Zerknęłaś na jaskrawe cyfry, lśniące na ekranie elektronicznego zegarka. Była 07.37 - najwyższa pora na pobudkę. Wstałaś i powędrowałaś do łazienki, w której oddałaś się odwiecznemu kręgu porannych rytuałów. Po zejściu do kuchni, przywitał cię zwyczajny widok ojca szykującego jedzenie, z pewnym miłym, nowym szczegółem - do kuchni przez okna wpadały promienie słońca, radośnie tańczące na gładkich powierzchniach. Słońce w Fell's Tomb było nieczęstym gościem, ale wszystko wskazywało na to, że to właśnie dzisiaj nastał dzień jego wesołych odwiedzin. Zjadłaś wraz z ojcem kilka tostów, po czym chwyciłaś swoją torbę i wyszłaś do szkoły. Tego dnia miałaś tylko cztery lekcje - matematykę, historię, chemię i angielski, ale po szkole, o 17 miałaś obiecane spotkanie z Caroline Fenster - przewodniczącej samorządu szkolnego, w celu zaplanowania wystroju na niedzielną imprezę. To nie były przelewki, przy planowaniu wystroju potrzebne są zarówno dobre pomysły, jak i tęgi umysł, aby wszystko zaplanować jak najdokładniej.

Scott Winden:


Piątkowy poranek rozpoczął się dla ciebie miłą pobudką w wykonaniu słońca, którego promienie sączyły się przez okno i padały na twoją twarz. Początkowo dziwiła cię taka zmiana w pogodzie, ale przypomniałeś sobie prognozy pogody zapowiadające dobre warunki pogodowe w najbliższym czasie. Bez pośpiechu przygotowałeś się do szkoły - umyłeś się, zjadłeś śniadanie i spakowałeś książki do szkoły. Wyruszyłeś w codzienną wędrówkę na zachód, do szkoły, po drodze rozmyślając o nadchodzącej imprezie. Bal z okazji Haloween będzie wspaniałym tematem do nowego numeru gazetki szkolnej, jak i miejscowej gazety.To pierwsza tak duża zabawa od czasu tragedii sprzed 3 lat, która wstrząsnęła całą społecznoscią Fell's Tomb i okolicznych miejscowości. Piątki były dla ciebie pracowitymi dniami - miałeś dużo lekcji i musiałeś zostawać na zajęciach dla członków szkolnej gazetki. Po historii, matematyce, geografii, angielskim, sztuce, wiedzy o kulturze i obyczajach, miałeś zostać, aby poskładać artykuły i zaplanować ich rozmieszczenie, a następnie wydrukować gotowy pierwowzór listopadowego numeru. Nie było to najłatwiejsze zajęcie, ale jako uczeń z dziennikarskimi ambicjami, byłeś gotowy stawić czoło temu wyzwaniu.

Matt Lewis:


Wczesne wstawanie nie było dla ciebie żadną niespodzianką, odkąd chodzisz z Sam. Obudziłeś się wypoczęty, odprężony i gotowy do rozpoczęcia nowego dnia. Wykonałeś wszystkie niezbędne przed wyjściem czynności higieniczne, zjadłeś śniadanie, spakowałeś się i wyszedłeś. Udałeś się pod dom Sam, która dołączyła do ciebie trochę spóźniona, a następnie razem obraliście kurs na szkołę. Zbliżało się haloween, więc tak samo jak wszyscy inni, poddaliście się imprezowemu nastrojowi. To pierwsza zabawa w mieście, od czasu wypadku, który miał miejsce 3 lata temu. Zapowiadał się ciekawy weekend, ale odgradzały cię od niego całe 5 lekcji - chemia, fizyka, informatyka, angielski i matma, a po zajęciach - dwugodzinny trening piłki nożnej. Dzień zapowiadał się ładnie, więc najpewniej dzisiejszy trening odbędzie się na szkolnym boisku zamiast na hali.


***



Główny gmach szkolny był imponującą konstrukcją, składającą się z dwóch pięter i trzech skrzydeł. Cały kompleks Sutherland High składał się z kilku budynków, wśród których był internat, biblioteka, hala gimnastyczna, skrzydło szpitalne oraz budynek mieszczący sale przygotowane na potrzeby nauk ścisłych. Był to spory ośrodek, zważywszy na wielkość miasta. Sutherland High stało na zachodnim krańcu miasta. Cały kompleks niedawno otoczono wysokim ogrodzeniem, uniemożliwiającym wtargnięcie tam nieproszonych gości i zwierząt. Dodatkową barierą był las otaczający teren z trzech stron.


Przed pierwszym dzwonkiem rozpoczynającym lekcje o godzinie 9, korytarze były już wypełnione uczniami, którzy podążali w różne kierunki. Mimo różnorodności w stylach ubioru, sposobów zachowania, na ustach całej społeczności szkolnej panował jeden temat - niedzielny bal z okazji haloween. Wśród żywo dyskutujących uczniów, nikt nie zdawał się pamiętać o straszliwym zajściu, które miało miejsce 3 lata temu, a tym bardziej nikt nie zauważał snującej się po szkole czarnowłosej dziewczyny, która stawiała swoje kroki w taki sposób, jakby sama nie wiedziała o swojej egzystencji. Tamara Fringe, córka dyrektora Fringe'a, po trzech latach w ośrodku dla ludzi z problemami psychicznymi powróciła do szkoły, aby dokończyć edukację. Wraz z ojcem mieszkała w apartamencie mieszczącym się w budynku internatu na terenie kompleksu szkolnego. Dziewczyna pomimo powrotu do zdrowia, zdawała się nie móc nawiązać kontaktu z rzeczywistością, ale kiedy w ostateczności ktoś się do niej zwracał, dziewczyna unosiła swoje puste spojrzenie i odpowiadała niepewnie. W szkole uważano ją za dziwaczkę, ale z powodu ojca nikt nie odważył się otwarcie ją ośmieszać, czy poniżać. Ta niewysoka, drobna dziewczyna dopóki pozostawała nieszkodliwa, dopóty nikt nie zwracał na nią uwagi.
 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....

Ostatnio edytowane przez Endless : 22-12-2010 o 22:12.
Endless jest offline  
Stary 23-12-2010, 14:19   #2
 
JanPolak's Avatar
 
Reputacja: 49 JanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodze
Godzina 8.20. Wyszedłem z łazienki i w korytarzu przyłożyłem ucho do drzwi dziadka. Głośne chrapanie. Cholerka, dziadek ostatnio coraz częściej spał do późna, nie chciał się przebierać ze szlafroka i w ogóle wyglądał jak opona, z której spuszczono powietrze. Brakowało mi wspólnych śniadań. Pomyślałem sobie, że to smutno patrzeć, jak taki łebski facet coraz bardziej dziadzieje. „Lepiej, żeby coś zjadł” – zostawiłem mu na stole dwie kajzerki i wyjąłem mleko z lodówki, żeby nie pił zimnego.

Zacząłem upychać gadżety do kieszeni obcisłych, dizajnerskich dżinsów. Już dawno stwierdziłem, że nie znam się na modzie, więc na wszelki wypadek będę zamawiał na necie najdroższe ciuchy. Skoro są drogie, to pewnie są dobre. Zarabiam, to mnie stać. Tylko, kto wymyślił te obcisłe portki? Obcisłe portki nie dość, że powodują spadek ruchliwości plemników, to jeszcze w kieszeniach nic się nie mieści! Ledwo upchnąłem klucze, portfel, smartphone’a, słuchawki, moduł bluetooth, scyzoryk z pamięcią flash i LEDową latarkę. Na koszulkę z Mistrzem Yodą narzuciłem kurtkę Hugo Bossa, chwyciłem torbę z notebookiem i jakimiś książkami i wybiegłem przed dom.

Spacer do szkoły to akurat czas, by skorzystać ze smartphone'a. Jestem świetny w multitaskingu, podzielność uwagi na poziomie epickim. Odpalam soundtrack z Matrixa i na raz mailuję z klientem, ściągam „Jolly Roger’s Cookbook”, flejmuję na alt.comp.os.linux.slackware i aktualizuję trasę w GPSie.

W szkole zjawiłem się bezszelestnie, jak ninja w trampkach Conversa. Uśmiechnąłem się szeroko do cheerleaderek. „Laski lubią, jak się do nich uśmiecha. A może nie? Może lubią jak się gra twardziela?”. Zachichotały. Po chwili dostałem z bara od kogoś. ”Patyk ci w oko, dryblasie!” – pomyślałem odważnie i poszedłem do szafki.

W szafce mam zawsze porządek. Na drzwiczkach dumnie prężą się półnaga Księżniczka Leia, półnaga Pam Anderson i całkiem ubrany Stallman. Z torby wyjąłem wypracowanie Annie Fitzgerald, ładowarkę do smartphone’a i paczkę saletry potasowej podpisanej jako nawóz do kwiatków. Wszyscy mówili o Halloween, o tej wielkiej imprezie, pierwszej od trzech lat. Pytam czy nie wiedzą, co i jak, mówią, że samorząd szkolny dziś się spotyka ustalić. Zamykam szafkę.

Halloweenowa impreza! Taka okazja wymaga jakiegoś niezłego bajeru. Coś co najmniej na poziomie suchego lodu z mydłem pod podium dyrektora. Obiecałem sobie, że wpadnę na spotkanie samorządu i ruszyłem na lekcje.

Najpierw była matematyka, czyli język jakiego bóg użył do opisania wszechświata, oczywiście, jeśli przyjmiemy możliwość racjonalnego udowodnienia istnienia boga. W sam raz na rano, człowiek rozrusza sobie umysł. Potem fizyka, doświadczenia z magnetycznością, jakie sam przeprowadzałem w klasie juniorów. Na historii było coś o Marszu Shermana do Morza. Zgłosiłem się i mówię, że zgodnie ze wydajnością XIX-wiecznej technologii, Lee byłby w stanie poprzez system konnych posłańców, patrole, wykorzystanie kolei żelaznej, balonów i grupy uzbrojonych w broń maszynową dywersantów paraliżować ruchy Shermana. Dostałem minusa. Dostałem papierkiem w łeb. Resztę lekcji spędziłem zastanawiając się, jaką bieliznę ma psorka.

Dzwonek wyrwał mnie z przemyśleń. Zebrałem się z ławki - teraz angielski w grupie z Sam, Ann i jak im tam było… Scottem i Mattem.
 
__________________
Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań.
JanPolak jest offline  
Stary 23-12-2010, 16:07   #3
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Reputacja: 13 Gratisowa kawka ma wyłączoną reputację
O zgrozo kochana, wstałam. Jak zwyczajnego poranka, tak samo w ten piątek pierwsze moje myśli kręciły się wokół paradoksu porannego budzenia się przy okazji tylu urządzeń elektrycznych ile jest potrzebnych (jak zazwyczaj, komórka mnie nie zawiodła a Justin Bieber rozbudził na tyle, kiedy starałam się go wyłączyć, aby pierwsze rozumowania były całkiem składne. Właśnie za to kocham szajs.) aby pokazać zegarowi biologicznemu środkowy palec. Jak zwykle też pierwsze "bejbe, bejbe" zazgrzytało w mojej głowie punkt siódma, a ostatnie wyłączyłam dopiero wpół do ósmej. No i klasycznie dla siebie, zaczęłam się spieszyć. Zważywszy na godzinę, ojciec właśnie zwalał się z łóżka z bolącą głową i poczuciem kompletnej beznadziei.
Nie myśleć o tym. Wskoczyłam do łazienki, załatwiłam swoje sprawy, zrobiłam wzorek na kabinie prysznicowej i wyszłam, zaplatając wilgotnawe włosięta w dość ciasną, wysoką kitkę. Potem przetarłam jeszcze raz okulary i nieomal się wywaliłam na schodach. Brawo, Ann. Robisz postępy. Moja koordynacja ruchowa...
Śniadanie, ojciec robiący tosty, kuchnia, krzesła, stół. Aromat przypiekanego chlebka wywołał u mnie nagłe uczucie głodu, przez które śniadanie... wchłonęłam. Może po drodze przywitałam się z rodzicem prostym "hejho", może nie. Zazwyczaj i tak nie było to konieczne aby dopełnić codziennego rytuału porannego, zwieńczonego zazwyczaj lekkimi mdłościami po kawie. Zawsze mnie mdliło po kawie i zawsze ją musiałam wypić.
- To na razie! - zakrzyknęłam, wychodząc.
- Tak, na razie.
Bardzo miły głos mnie pożegnał, kiedy wychodziłam zarzuciwszy na siebie niedbale płaszcz i zawiesiwszy ramiączko plecaka na jednym ramieniu. Od razu założyłam słuchawki, przeszłam trzy kroki i obróciłam się na pięcie i wrócić po teczkę. Zaiste, chaos w mym umyśle był wielki... ale samorząd by raczej nie odpuścił, gdybym się tłumaczyła egzystencjalnym uporządkowaniem. Włączając muzykę, chowałam więc teczkę do teczki (Kocham synonimy) i szłam chodnikiem, z którego w pewnym momencie omyłkowo zboczyłam. Zirytowana wróciłam na dobry tor i spojrzałam na zegarek. Wyszłam wcześnie, postanowiłam więc przejść się wzdłuż drogi aby poobserwować zabudowania. Fell's Tomb cały czas było dla mnie zupełnie zamkniętą księgą więc w sumie droga przez miasto była bardziej edukacyjna. Rozglądałam się po drodze jak turystka, lekko stukając palcami o zawieszoną przy pasku MP3, jakby próbując skoordynować muzykę z krajobrazem. Co jakiś czas omijałam też jakieś utwory, ot, nie pasowało do scenerii. I tak dalej.

Dotarłszy do szkoły, pierwsze co zrobiłam, to rekonesans w szafce. Otworzyłam ją, jakoś uporządkowałam książki i chwyciłam w locie wypadającą kartkę, którą zaraz zgniotłam i cisnęłam do kubła na śmieci. Lepiej żeby tego nikt nie oglądał. Teczkę też schowałam do szafki, podobnież sporą część książek.
Matematyka... esz, szlag. Nie byłam ścisłowcem, musiałam się więc skupiać na absolutnie wszystkim co do mnie mówili lub co czytałam, wzory przepisywać dwa czy trzy razy aby je choćby zapamiętać i bardzo uważać aby czegoś nie pochrzanić. Tymczasem wszystko wydawało się takie... nielogiczne. Skąd oni wiedzieli, że objętość stożka się liczy jak walca tylko trzy razy mniej? Moja wyobraźnia przestrzenna zawodziła i nie była w stanie zmieścić trzech stożków w walcu. Beznadzieja. A co lepsze, nawet nie o tym był temat czyli rozkojarzyłam się i na to konto, wyrwana nagle do odpowiedzi na pytanie o funkcjach trygonometrycznych, uniosłam brwi i powiedziałam:
- Potrzebuję tego jak tlenu a nie mam pojęcia. Duszę się w swojej niewiedzy, proszę pani.
Gdyby nie brzmiało to jak jęk rannego karibu, pewnie wylądowałabym na dywaniku, tak, dostałam soczystą jedynkę, która pięknie ozdabiała mój szereg ocen w dzienniku. Uczeń bez lacza to żołnierz bez karabinu, co...?
Nie zepsuło mi to jednak nastroju, gdy, radośnie ignorując większą część otoczenia (no dobra, pomachałam Scottowi na korytarzu, koniec), wybrałam się na następną lekcję. No a potem następną. Historia była prawie tak wciągająca, że ziewnęłam na niej, spokojnie przypatrując się wyczynom Tima. W myślach ich nawet nie skomentowałam, szczerze, miałam je gdzieś. Uznałam tylko, że lubię imię Timothy. Było po prostu... ładne. Może tak nazwać syna? Tymoteusz. Scheungraber łaskawie ofiarował mi kilka minut podczas których nie musiałam się przejmować tematem zajęć. To całkiem miłe.
Gdy zadzwonił dzwonek, wstałam z pewnym opóźnieniem i ustąpiłam dokładnie wszystkim. Po co się pchać do tych drzwi? Zresztą, mogłam wtedy uprzejmie powiedzieć "do widzenia" i poprawić zapewne nastrój nauczycielce, dla której zawód nauczycielki był prawdopodobnie skutkiem jakiegoś poślizgu na studiach i ewidentnym niespełnieniem. Będzie miała kryzys średniego wieku i wyrzuci sobie, że nie poszła na tę podyplomówkę, czy coś... No dobrze, wyszłam z klasy. Wtedy też wewnętrznie się skupiłam na wystroju sali, zastanawiając się czy postawić raczej na prostotę i uniwersalną formę, czy też pomyśleć bardziej o czymś wystrzałowym. No dobra, nie moja odpowiedzialność, niech przewodnicząca zdecyduje. To jaka była potem lekcja? A, angielski. No tak. Moje ulubione zajęcia, nie licząc wszystkiego co miało w nazwie "sztuka".
 
Gratisowa kawka jest offline  
Stary 23-12-2010, 20:16   #4
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 237 Cold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie coś


Lustro. Niby zwykły kawałek jakiegoś szkła, a jednak ma w sobie to coś. Podchodzisz, spoglądasz, a z drugiej strony patrzy na ciebie taka sama osoba. Czy aby na pewno? Zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje, kiedy przytkniesz do siebie dwa lustra? Co wtedy się w nich odbija?
Stałam przed lustrem i przyglądałam się młodej dziewczynie, wciąż nastolatce, o nienagannej, mlecznej cerze i krótkich, czarnych włosach w nieładzie. Spoglądała na mnie jeszcze zaspanymi, czekoladowymi oczyma, kiedy swoją smukłą dłonią przeczesała czuprynę na głowie. Westchnęłam, ona również to zrobiła, lecz bezdźwięcznie.
Była ładna, ale czy zdawała sobie z tego sprawę? Czy podobało jej się to, że była ładna? A może czuła się brzydką osobą, marzyła o długich włosach, niebieskich oczach i opalonej skórze? Czy w ogóle myślała? Przecież to było tylko lustrzane odbicie mnie samej. Każdy normalny człowiek nie zastanawiałby się pół godziny przed lustrem nad biografią swojego lustrzanego ‘ja’. Czy byłam więc nienormalna? Czy zatem powinnam spakować swoje rzeczy i czym prędzej udać się do zakładu dla obłąkanych? Czy kaftan bezpieczeństwa to było moje przeznaczenie, które odziedziczyłam w genach, czy tylko przeżywam kryzys typowej, zagubionej w swoim własnym świecie nastolatki?

W kuchni siedział już David. Był to mój starszy brat, to jest - najstarszy. Zbliżał się powolnymi krokami do trzydziestki, zostało mu jedynie dziewięć miesięcy i trzy dni. Posturą przypominał typowego mężczyznę z filmów klasy B. Wysoki, krótko ścięty brunet o zielonych oczach i kilkudniowym zaroście. Biała koszulka, dżinsy i ciężkie buty. Dobrze zbudowany. Był mechanikiem, więc zazwyczaj widywałam go w miejscowym warsztacie, który prowadził. Na dodatek zawsze ubrudzony był smarem. Tym razem siedział czysty, a po całej kuchni rozprzestrzenił się mocny zapach wody kolońskiej wymieszany z zapachem spalonych tostów.
- Dzień dobry, Sammie. - Uniósł jedną rękę w geście powitania i uśmiechnął się zawadiacko. Dzięki temu udało mi się wywnioskować, że święciło się coś ciekawego.
- Przesadziłeś z wodą kolońską. Jeśli na randce nie odrzuci twojej dziewczyny ten zapach, to bierz ją za żonę - stwierdziłam, wyciągając z szafki chleb tostowy.
- Jakiej randce? - spytał z udawanym zdziwieniem, wpychając do ust tosta z serem.
Westchnęłam głośno i odwróciłam się w jego stronę, opierając się o blat. Oprócz Davida był jeszcze Nathan, który jednak po ukończeniu liceum wyjechał studiować prawo. Rzadko wpadał do domu. Zresztą, nigdy nie trzymał się jakoś blisko ze mną i Davidem. Miał swój świat, swoje zabawki i nie chciał nas do nich dopuścić. Ja natomiast zawsze byłam zafascynowana Davidem. Wydawał się taki fajny, buntowniczy, odważny. Nadal taki jest i ciągle potrafi mnie zachwycić swoją osobą. To właśnie on ukształtował we mnie tą osobę, którą teraz jestem. To David zasiał we mnie ziarnko buntu, które w końcu wykiełkowało i dało mi szansę stania się kimś więcej, niż tylko typową licealistką bez większych ambicji na przyszłość. Ale to także on straszył każdego chłopaka, jakiego tylko przyprowadziłam do domu. To on ich krytykował, to on im dokuczał, to przez niego nie wpuszczałam żadnego do domu.
- Normalnie o tej porze siedzisz w warsztacie albo umawiasz się z kumplami. A na te spotkania nie zużywasz połowy buteleczki wody kolońskiej - dodałam, zanim zdążył zaprotestować.
- Dobra, masz mnie.
- Czy to nie za wczesna pora na randkę? - spytałam, odwracając się, by dokończyć smarowanie kromek.
- Później ona nie ma czasu. W końcu bizneswoman! - zaśmiał się. Bizneswoman? No, tego się po moim braciszku nie spodziewałam. Zawsze gustował w tępych laluniach, które mógł z łatwością zaciągnąć tu i ówdzie, a teraz miał randkę z kobietą sukcesu?
Zanim jednak zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, telefon komórkowy, który trzymałam w kieszeni, zaczął szaleńczo wibrować. Pośpiesznie wyciągnęłam go i spojrzałam na wyświetlacz. Przyszedł sms od Matthew. Stał już na podjeździe i czekał na mnie. Odkąd poznał się z moim bratem, nigdy nie ryzykował zapukania po mnie. Nie dziwiłam mu się.
- No, to ja się już zbieram. Zjem coś w szkolnej stołówce dzisiaj - stwierdziłam, a posmarowane kromki rzuciłam na talerz bratu. Ten tylko odchylił się na krześle i spojrzał przez okno.
- Znowu ten typek? Dziwny gość. Normalny człowiek zapukałby do drzwi, a nie wysyłał smsa - mruknął, przyglądając mu się. - Wygląda podejrzanie, może...
- Zamknij się już - rzuciłam, zawiązując drugiego trampka. Zarzuciłam jeszcze na siebie czarny, cienki płaszcz, którego już nie zapięłam. Pogoda nie była urzekająca, ale aż tak zimno nie było, bym chodziła opakowana jak świąteczny prezent. Przez ramię przerzuciłam na koniec swoją znoszoną torbę, która dostała wdzięczne imię “Szmata”. Znajdowało się w niej kilka zeszytów, odtwarzacz mp3, piórnik z masą wypisanych długopisów, połamanych kredek i mazaków, arcygruby podręcznik do historii i kilka innych, mniej istotnych przedmiotów.
Wybiegłam, jak zwykle spóźniona, przed dom, trzaskając za sobą drzwiami. Tak właśnie żegnałam mojego ukochanego braciszka.
Na podjeździe stał już Matthew. Wcisnęłam dłonie w kieszenie płaszcza i podbiegłam truchtem do niego.
- Długo czekasz? - spytałam na powitanie, choć w zasadzie nie była to najważniejsza sprawa w moim życiu.
- Niedługo - odpowiedział z uśmiechem i schylił się, żeby mnie pocałować. - Ale nauczyciele mogą już nie być tacy cierpliwi, pośpieszmy się.
Stanęłam na palcach, by nasze usta mogły złączyć się w krótkim, acz czułym pocałunku. Mimo tej nieprzyjemnej, chłodnej pogody, Matt miał ciepłe usta. Zawsze miał ciepłe i takie miękkie. Przyznam, że trochę mu zazdrościłam - kiedy przychodziła zima, moje zaczynały pękać, jeśli nie używałam bezbarwnej pomadki. Jego wciąż były takie same.
Matthew był wyższy ode mnie. Dobrze zbudowany, w końcu trenował piłkę nożną, czy coś podobnego, związanego z kopaniem piłki. Blond włosy i wieczny zarost na twarzy - uwielbiałam to. Wyobrażenie tego chłopaka ogolonego przekraczało granice mojej dziwnej wyobraźni. A może po prostu nie chciałam sobie tego wyobrażać?
- Mnie się nie śpieszy, zaczynam historią - stwierdziłam, kiedy chwyciłam jego dłoń. Również była wiecznie ciepła, w porównaniu do mojej - lodowato zimnej. Miał szorstką skórę, ale nie było to nieprzyjemne, wręcz przeciwnie.
- Chemia również może poczekać - odpowiedział i powoli zaczęliśmy iść w stronę szkoły. - Zdecydowałaś już, za kogo się przebierzesz? Zostały tylko dwa dni do imprezy...
Halloween. Pierwsze od kilku lat... Od pamiętnego, acz przemilczanego zdarzenia, jakie miało miejsce w naszej szkole. Czyżby Fell’s Tomb w końcu otrząsnęło się z tej krwawej tragedii? Przestałam się tym interesować tak szybko, jak zaczęłam.
- Owszem, ale to niespodzianka - odparłam, uśmiechając się do niego tajemniczo. Wszyscy spodziewają się mnie zobaczyć przebraną za coś, co do mnie pasuje. Czarownica, wampirzyca. Choć nie dbam o to, co o mnie myśli ta zgraja nastolatków, postanowiłam tym razem ich zaskoczyć. W końcu nie muszę robić tego, czego ode mnie oczekują. Moje życie jest tylko i wyłącznie moje. - A ty?
- A ja z niecierpliwością wyczekuję pełni księżyca.
- Pełni księżyca? - Spojrzałam na niego, podnosząc jedną brew. - Ach, rozumiem. Będziesz wielką, owłosioną bestią, wyjącą do księżyca? Idziemy lasem, prawda? - dodałam po chwili, choć raczej było to pytanie retoryczne. Nigdy nie przepadaliśmy za tłumami, a leśną ścieżką uczęszczało zdecydowanie mniej uczniów naszego liceum. Szczególnie teraz, kiedy kończył się październik.
- Nie miałem czasu, żeby wymyślić coś lepszego, a strój wilkołaka leżał w szafie.
Nie mogłam się powstrzymać i prychnęłam, powstrzymując napad śmiechu. Próbowałam sobie wyobrazić Matta jako wilkołaka, lecz nie zakończyło się to zbyt urodziwym obrazem. Postanowiłam poczekać na efekt do Halloween.
- Sama nie wiem, po co my tak właściwie tam idziemy - mruknęłam, gdy weszliśmy na leśną ścieżkę. - Będą tam... wszyscy, dosłownie.
- To pierwsza taka impreza od lat, na pewno zdarzy się coś ciekawego, co dostarczy ci tematów na kilka kolejnych dni, jeśli nie tygodni. - Ostatnie słowa wypowiedział już w otoczeniu półnagich drzew.
- Prędzej widziałabym w czymś takim Scotta Windena, on lubi takie rzeczy. Ja się nie zajmuję plotkami. Ja ukulturalniam muzycznie nasze miasteczko - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Być może powinnaś była zostać DJ-em? - chłopak wyszczerzył kły, jakby ćwicząc na niedzielny wieczór. Miał cudowny uśmiech. Taki charakterystyczny.
- Żeby jeszcze bardziej być rozpoznawalną na szkolnych korytarzach? Spasuję.
Minęliśmy kilku uczniów naszej szkoły, których tak właściwie w ogóle nie kojarzyłam. Jak większości. Co jeszcze dziwniejsze, oni znali mnie bardzo dobrze, a przynajmniej tak im się wydawało. Dwie dziewczyny, tleniona blondynka i farbowana szatynka, zmierzyły wzrokiem Matthew. Przez chwilę, wpatrując się tak w nie, zaczęłam zastanawiać się nad tym, jaką to nową plotkę puszczą na mój temat po szkole, lecz później doszłam do wniosku, że owe dziewczyny bardziej zaabsorbowane były moim chłopakiem, niż mną. Właściwie trochę się zawiodłam. Po ostatnich plotkach, jakie o sobie usłyszałam, byłam ciekawa, co jeszcze przyjdzie innym do głowy. Gdyby wszystkie te plotki okazały się prawdziwe, moja biografia byłaby z pewnością bestsellerem.
- Ugryzę cię, jeżeli tylko tego zechcesz. W ten sposób będą się od ciebie trzymali z daleka - zaproponował niedoszły wilkołak, udając, że wgryza się w moją szyję.
Ja natomiast zaczęłam się śmiać, a mój śmiech rozniósł się echem po lesie. Szyja to był mój czuły punkt. Dwie dziewczyny minęły nas, przyśpieszając kroku.
- Bestia - skwitowałam, nadal się śmiejąc, a Matt mruknął coś niewyraźnie pod nosem.
Nim się obejrzeliśmy, stanęliśmy na parkingu Sutherland School, gdzie wymijały nas tłumy licealistów żywo ze sobą dyskutujących.
- To widzimy się na angielskim? - zwróciłam się do chłopaka, odwracając się do niego przodem i unosząc wzrok, by móc spojrzeć mu w oczy. W odpowiedzi kiwnął głową, do czego zdążyłam się już przyzwyczaić. Znów stanęłam na palcach i musnęłam jego ciepłe wargi, w ostatnim momencie unikając schwytania w namiętny pocałunek na środku parkingu.
- Do zobaczenia - powiedziałam, po czym oddaliłam się samotnie w stronę wejścia, wciskając zmarznięte dłonie w kieszenie płaszcza.
Piątek rozpoczynający się historią zapowiadał piękny początek weekendu. Idąc przez jeden z korytarzy prowadzący do sali historycznej, radowałam się na myśl o kolejnej lekcji z niesamowitą Claudine McFreud. Zanim weszłam do sali, spotkałam Scotta, który siedział w ławce za mną.
Niedługo po dzwonku obwieszczającym początek lekcji, do sali wparowała McFreud. Kobieta średniego wzrostu o ciemnoczekoladowej skórze. Jej oczy, jak zwykle, były rozbiegane i lustrowały każdego z osobna. Włosy, czarne jak smoła, miała spięte w kok. Claudine była kobietą, która z pewnością nie mogła narzekać na brak ciała.
- Jak zwykle, biali dostają lepsze miejsca parkingowe! - krzyknęła piskliwym głosem na powitanie. Ubóstwiałam świdrujący dźwięk jej głosu w mojej głowie. Muzyka dla uszu!
Gdy tak skupiona byłam na kontemplowaniu mojej idolki, ta zatrzymała się w pół kroku i wpatrywała się we mnie. A właściwie nie we mnie, co w moją czarną koszulkę z wielkim napisem BLACK SABBATH.
- To jakaś prowokacja, Everett?! - rzuciła w moją stronę.
- Słucham? - spytałam zdziwiona. Kompletnie nie wiedziałam o co jej tym razem chodziło. Może po prostu nie przepadała za mną i zawsze znajdowała powód, by się przyczepić do mnie. Co dziwne, ja naprawdę lubiłam historię, choć rzeczywiście - za panią Claudine nie skoczyłabym w ogień.
- Do Perkinsa, już - warknęła, dysząc ciężko.
- Znowu? - zapytałam, nie dowierzając. To już miał być trzeci raz w tym miesiącu, kiedy miałam udać się do szkolnego pedagoga, wysłana przez nauczycielkę historii.
- Nie dyskutuj ze mną, dziecko, bo sprawa skończy się u dyrektora! Powinni zabronić noszenia TAKICH koszulek!
Tym razem postanowiłam darować sobie kłótnię. Sięgnęłam po swoją torbę, rzuciłam wymowne spojrzenie Scottowi.
- Coś CZARNO to widzę, Sam - powiedział dosyć głośno, na co nauczycielka od razu zareagowała.
- Winden, ty również! - krzyknęła, wskazując na drzwi.
Oboje wyszliśmy, a gdy już zamknęłam za nami drzwi, nie mogłam się powstrzymać przed wybuchnięciem śmiechem.
- No to Perkins się ucieszy - powiedziałam do Scotta.
- Z pewnością. Wiedźma jest przewrażliwiona i ma zerowe poczucie humoru. - Chłopak przewrócił oczami, poprawiając torbę na ramieniu.
- Ciekawe czy napisał jakąś nową powieść... - Zastanowiłam się przez chwilę, po czym jednak doszłam do wniosku, że nie chciałam wiedzieć nic na ten temat.
Po krótkim spacerze dotarliśmy pod gabinet pedagoga. Stanęłam przed drzwiami i spojrzałam na Scotta.
- Błagam Cię.- Scott wzdrygnął się teatralnie na samą myśl o "książce" Perkinsa. Na jego ustach pojawił się ostrożny uśmiech, gdy sięgnął do drzwi i zapukał. - Ostatecznie mogę spróbować przekupić go publikacją jednego z jego "dzieł" w gazecie, gdyby próbował robić jakieś problemy.
Nacisnął klamkę, otwierając drzwi i puszczając Sam przodem.
John Perkins, średniego wieku mężczyzna. Łysiejący. W wolnych chwilach pisywał powieści erotyczne. Żadna z nich nie została do tej pory opublikowana. Trafiały do niego najgorsze przypadki i ci, którzy zdenerwowali panią McFreud.
- Ach, Everett i Winden, cóż za urocza para - powiedział sam do siebie, zapisując od razu coś w swoim laptopie. Nie próbowałam nawet domyślać się, co takiego tam wypisywał po tym 'powitaniu'. - Czym żeście podnieśli ciśnienie naszej kochanej pani McFreud? - spytał, kiedy podniósł wzrok znad laptopa. - Scott, jaki ty właściwie masz kolor oczu? - dodał nagle, przyglądając mu się badawczo.
Odwróciłam pośpiesznie wzrok w inną stronę i zasłoniłam się dłonią, próbując powstrzymać napad śmiechu.
- Proszę Pana?- chłopak przez chwilę miał minę, jakby pedagog zwrócił się do niego w conajmniej starożytnej grece. Zrozumienie musiało dotrzeć do niego dopiero po chwili, bo po jego twarzy przemknął cień uśmiechu pełnego niedowierzania, który ustąpił miejsca udawanej powadze, gdy zdecydował się podjąć jego grę. - Brązowe, sir. Pokusiłbym się na stwierdzenie "w kolorze ciemnych kasztanów", brzmi bardziej poetycko.
- Mhm, świetnie, świetnie - mruknął sam do siebie, stukając energicznie swoimi chudymi palcami o klawiaturę laptopa. Od czasu do czasu spoglądał to na mnie, to na Scotta.
- Możemy mieć to już za sobą? - przerwałam ciszę, jaka zapanowała w gabinecie.
- Co? Ach, a więc panna Everett znowu zalazła za skórę pani McFreud. A pan, panie Winden? - zapytał, uśmiechając się w dziwny sposób.
- Obawiam się, że też.
- Wiecie, że tworzylibyście świetną parę królewską na balu z okazji Halloween? - wyskoczył nagle ni stąd ni zowąd, mrugając dwukrotnie powiekami. Każdy wiedział, że Perkins nie był osobą zrównoważoną, a w swoje cudowne powieści lubił wplatać postaci uczniów. Ale tych insynuacji miałam już serdecznie dość.
- Och, błagam... Idę na geografię - rzuciłam jedynie, przewracając oczami i szarpnęłam za klamkę. - Scott, idziesz?
Chłopak spojrzał krótko w stronę pedagoga, a potem z powrotem na mnie, po czym kiwnął głową.
- Pewnie - odpowiedział, wychodząc zaraz za mną.
- Nie wiedziałem, że Perkins potrafi mieć takie dobre pomysły - zażartował, gdy już znaleźliśmy się na korytarzu.
- To poczekaj aż skończy to, co dzisiaj pisał. Założę się, że właśnie dopisuje dalszy ciąg łóżkowych przygód niejakiego Scotta i Samanthy. Zbieżność imion oczywiście “przypadkowa” - powiedziałam. - To, do zobaczenia na angielskim? - Po tych słowach na kortarzu rozległ się dźwięk dzwonka.
- Kusząca wizja. Do tego pierwszy egzemplarz powinien posłać twojemu Matt'owi. - Scott skrzywił się na długi i wysoki dźwięk, który rozszedł się po korytarzu. Kiwnął głową na pożegnanie, spoglądając w stronę, gdzie powinien pójść na swoje zajęcia.
- Ta, do zobaczenia. O ile przeżyję matmę- rzucił posępnym tonem na odchodnym.
- Powodzenia - odparłam, po czym zniknęłam gdzieś w tłumie.
Przeciskając się pomiędzy rówieśnikami, moją głowę zaprzątały kolejne dziwne, niepotrzebne myśli. Czemu właściwie Perkins sugerował, że tworzyłabym świetną parę ze Scottem? Czy nie powinnam była jakoś na to zareagować? W końcu od prawie dziewięciu miesięcy byłam w związku z Mattem. Ale do tej pory nadal nie byłam pewna tego, co właściwie do niego czułam. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak miłość? I dlaczego, do cholery, moja wyobraźnia podsuwała wizje mnie samej u boku Windena? Byłam zdecydowanie osobą, która miała ze sobą poważne problemy. Biały kaftan był mi pisany. Tego mogłam być pewna. Zaczęłam także zastanawiać się, z kim chciałaby być dziewczyna, którą zawsze widzę po drugiej stronie lustra. Wybrałaby Matthew czy może Scotta? A może zostałaby z narkomanem? Czy też była lesbijką?
Samantho Everett, skończ z tymi bzdurami, jesteś ponad to!” Z taką myślą trafiłam na geografię. Obyło się bez nieprzyjemnych sporów z nauczycielem. Szczerze mówiąc, to tylko McFreud tak mnie nienawidziła.
Matematyka okazała się katorgą. Spędziłam całą godzinę lekcyjną nad pierwszym przykładem, usilnie próbując go zrozumieć, kiedy to reszta klasy zdążyła przerobić piętnaście następnych zadań. Z sali wyszłam dowartościowana jak nigdy dotąd, gdyż rozwiązałam samodzielnie półtorej przykładu.
Zbliżał się angielski. Jeden z niewielu przedmiotów, na które chodziłam z pozytywnym nastawieniem. Żadnych problemów, najlepsze oceny i zero Perkinsa.
Wtedy dopiero przypomniałam sobie o spotkaniu z niejaką Caroline, przewodniczącą samorządu uczniowskiego. Nie bardzo mnie interesował wystrój szkoły na zbliżający się bal, ale skoro zgodziłam się przyjść, postanowiłam dotrzymać danego słowa. Obojętne mi było, czy ten bal w ogóle się odbędzie, szczerze wolałabym posiedzieć w tym czasie w rozgłośni.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.

Ostatnio edytowane przez Cold : 23-12-2010 o 20:46.
Cold jest offline  
Stary 23-12-2010, 23:05   #5
 
Delta's Avatar
 
Reputacja: 63 Delta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znanyDelta wkrótce będzie znany
Dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Zaczęło się od przyjemnej pobudki i jeszcze lepszej pogody, która nadeszła zgodnie z radiowymi prognozami. Czyste, lazurowe niebo i promienie słońca były naprawdę miłą odmianą po szarówce, która towarzyszyła miastu przez ostatni okres, i chociaż termometr za oknem uparcie zgłaszał niską temperaturę, zawsze był to jakiś postęp. Niemal z przyjemnością opuściłem ciepłe łóżko, chociaż zwykle z ogromnym oporem podchodziłem do zrezygnowania z tych dodatkowych kilkunastu minut snu i do powrotu do zimnej, jesiennej rzeczywistości.
Jeżeli po wstaniu pozostała we mnie jakakolwiek część, która chciała zrezygnować z dzisiejszych zajęć i zostać w łóżku, to szybko zniknęła pod strumieniem gorącej wody pod prysznicem. Gdy przetarłem zaparowane lustro, na jego mokrej powierzchni ukazało się zniekształcone przez wodę moje odbicie; zmierzwione, mokre włosy straciły cały swój urok potarganego gniazda, jaki reprezentowały tuż po obudzeniu, a w ciemnych oczach dostrzegłem - nie bez zaskoczenia - ochotę na stawienie czoła dzisiejszym wyzwaniom. Wizja lekcji matematyki wcale tej ochoty nie umniejszyła, co było miłą odmianą po całym tygodniu ciężkich zajęć. Co też odrobina słońca może zrobić z człowiekiem.

Nie chcąc budzić matki zjadłem śniadanie po cichu w kuchni, poświęcając połowę uwagi swojemu laptopowi i przeglądaniu nowych artykułów na aol.com i stronie CNN, szukając czegoś co by mnie zainteresowało i pomogło w znalezieniu chwytliwego tytułu na artykuł o Halloween, który napisałem kilka dni temu. "Cukierek albo psikus!" brzmiało zbyt typowo, ale póki co nie miałem lepszego pomysłu, więc musiało wystarczyć do czasu aż nie dostanę nagłego olśnienia. Dopiłem do końca jogurt i wyrzuciłem opakowanie do kosza, składając wcześniej ręce jak do rzutu osobistego.
Za trzy punkty! LeBron mógłby się ode mnie uczyć, a ja chyba zacznę oficjalnie twierdzić, że minąłem się z powołaniem.
Po powrocie do swojego pokoju spakowałem laptopa do torby, wrzucając do środka książki i, w ramach drugiego śniadania, dwa pitne jogurty o jagodowym smaku. Urodzinowy dyktafon od matki trafił do bocznej kieszeni spodni, a komórka do kieszeni sztruksowej marynarki, którą narzuciłem na plecy. Jeszcze tylko torba z moim ukochanym Nikonem i... Rozejrzałem się ostatni raz po pokoju, chcąc skierować się do wyjścia. Dopiero brak lekkiego ciężaru na piersi przypomniał mi o rzeczy najważniejszej- szybko podszedłem do biurka i zabrałem niedziałające wieczne pióro po ojcu, wkładając je na swoje miejsce. Czarnoatramentowa obudowa, ze srebrną zapinką, prezentowała się pięknie nawet po tylu latach, za nic sobie mając działanie czasu i warunki w jakich kiedyś przyszło jej być. Stara, metalowa stalówka lśniła, gdy zdjęło się skuwkę i chociaż pióro było zapchane, wciąż wyglądała jakby była gotowa do pisania, niezrażona dobą elektronicznych notesów i netbooków.


Drogę do szkoły wybrałem przez las- nie dlatego, że było krócej, ale ze względu na okolicę. Drzewa, częściowo pozbawione liści i igliwia, przepuszczały przez swoje korony promienie słoneczne, barwiąc ścieżkę złotymi smugami; czerwone, pomarańczowe i kasztanowobrązowe poszycie, szeleściło cicho pod każdym krokiem, unosząc się w górę, gdy zawiał mocniejszy wiatr. Po prostu nie mogłem przepuścić takiej okazji, nawet jeżeli zdjęcia nie zostaną wykorzystane w żadnym artykule. A może gdzieś na ostatniej stronie wrzucić jakąś wzmiankę? "Ostatnie podrygi lata"? Aparat raz za razem wydawał z siebie ciche kliknięcie migawki. Nie, "podrygi" to złe słowo. W ogóle cały tytuł jak z jakiegoś szmatławca. Może "Jesień nie taka straszna"? "Druga strona Halloween"?. Już lepiej. I mógłbym poprosić Ann o narysowanie jakiegoś Halloweenowego truposza, albo kobiety w sukni z liści.
Klik klik. Klik klik.
Para sikorek przemknęła tuż nad moją głową, zmuszając mnie do szybkiego podniesienia aparatu. Klik klik. Sikorki zamarły w locie, uwiecznione na zdjęciu. Miały ładne, bladobeżowe brzuchy i ciemnoszare skrzydła o czarnych końcówkach; drobny dziób jednej z nich, umieszczony na ciemnej główce z białym pasem, był półotwarty i trzymał coś co wyglądało jak ziarno albo kawałek słoniny wydziobany z miejscowych karmników. Urocze, Scott. Kiedyś się nawet zastanawiałem czy by się nie zacząć interesować ornitologią, taki pomysł zaświtał mi w głowie w pierwszych dniach, gdy dostałem aparat. Żeby tak wstawać rano, jeszcze zanim słońce wstało nad horyzont i iść do lasu albo na pola, szukać modeli do swoich zdjęć, którymi potem bym zapychał grube albumy i chwalił się przed znajomymi. Cała koncepcja miała jednak jedną, poważną wadę- godzinę wstawania. Nie byłem typem, który chętnie zwleka się z łóżka o poranku, a tym bardziej żeby pofotografować dzikie, rozwrzeszczane ptactwo. Co innego, gdyby to było jakieś spotkanie do wywiadu, to już inna sprawa, bo w końcu trzeba mieć swoje priorytety. Pulitzer sam się nie dostanie.
Klik klik. Klik klik.

Gdy w końcu zerknąłem na zegarek, była już 8.50. Dziesięć minut do zajęć, a Scott dalej w lesie. Zasłoniłem obiektyw i schowałem aparat do oddzielnej torby, ruszając szybkim krokiem w stronę szkoły. 8.57 przeszedłem pod łukiem wejścia, widząc że znaczna część uczniów czeka już pod salami, albo w środku, a ja jeszcze nawet się nie rozpakowałem. Ale może to i nawet dobrze? Tłumy, które zjawiały się kilka minut wcześniej były męczące, a spokojne dostanie się do swojej szafki graniczyło z cudem.
Uśmiechnąłem się do ładnej, rdzawowłosej dziewczyny, która pozdrowiła mnie przy wejściu, odpowiadając jej tym samym i nijak nie mogąc sobie przypomnieć czy powinienem ją skądś znać. Impreza z zeszłej niedzieli pojawiła się w mojej głowie dopiero, gdy wkładałem pospiesznie książki do szafki, drugą ręką starając się powstrzymać wypadające stosy kartek z zapisanymi "chwytliwymi" tytułami oraz nagłymi pomysłami, na które kiedyś wpadłem. Imię już się jednak pojawić nie chciało.
Uporawszy się z szafką, zdążyłem na historię akurat w momencie, gdy na korytarzu pojawiła się pani McFreud. Już w drzwiach przywitałem się z Sam i ciesząc się kilkunastosekundową przewagą nad czarnoskórą nauczycielką, położyłem torbę na swojej ławce i usiadłem. Historia nie była taka zła, chociaż Claudine McFreud z całym swoim uporem starała się ją uprzykrzyć swoimi nawykami, do których należała wyjątkowa wrażliwość na swoim punkcie. I Samanthy, do której wyraźnie coś miała. Wystarczyło się jednak nie wychylać, a wszystko powinno być dobrze, może nawet przyjdzie mi się dowiedzieć czegoś ciekawego...
Wstęp jaki nauczycielka zaserwowała siedzącej przede mną Sam, pozbawił mnie wszelkich złudzeń.
- Nie dyskutuj ze mną, dziecko, bo sprawa skończy się u dyrektora! Powinni zabronić noszenia TAKICH koszulek!
"Takich" koszulek? Oh jak chciałbym widzieć minę dyrektora, któremu McFreud tłumaczy dlaczego wysłała do niego niesforną uczennicę. "Z całą pewnością byłby zachwycony, ale znając standardy szkoły, Sam też by się dostało", przemknęło mi przez myśl. Z drugiej jednak strony dziewczyna regularnie odwiedzała pedagoga, nieustannie odsyłana przez nauczycielkę historii, więc prawdopodobnie weszło jej to już w nawyk. A przynajmniej powinno.
Pochyliłem się do przodu, uśmiechając się pod nosem.
- Coś CZARNO to widzę, Sam.- rzuciłem do Samanthy żartobliwie. Dopieo chichoty jakie rozległy się dookoła i wściekły wzrok McFreud, który na mnie spoczął, uświadomiły mi, że powiedziałem to odrobinę za głośno.
I szlag trafił moje "niewychylanie się". Dobra robota, Scott.
- Winden, ty również! - krzyknęła nauczycielka, wskazując na drzwi. Ze zrezygnowanym westchnięciem podniosłem się z ławki, narzucając torbę na ramię. Dyskutowanie z McFreud nie miało sensu.
Gdy znaleźliśmy się na korytarzu Sam zamknęła drzwi i wybuchnęła śmiechem, sprawiając, że również mimowolnie się uśmiechnąłem.
- No to Perkins się ucieszy. - powiedziała do mnie, wyraźnie rozbawiona.
- Z pewnością. Wiedźma jest przewrażliwiona i ma zerowe poczucie humoru. - przewróciłem oczami i poprawiłem pasek torby z książkami na ramieniu, który nieprzyjemnie wbijał mi się w bark.
- Ciekawe czy napisał jakąś nową powieść...
- Błagam Cię.- wzdrygnąłem się teatralnie na samą myśl o "książce" Perkinsa, chociaż szczerze mówiąc nie było to aż tak udawane. Mężczyzna uważał się za pisarza i chociaż żadna z jego powieści nie została nigdy wydana, wątpiłem żeby kiedykolwiek to się zmieniło. W porównaniu do mojego ojca Perkins był tylko zwykłym pisarczyną o marnym talencie, który musiał przelewać swoje fantazje na papier, bo w żaden inny sposób nie mógł ich spełnić. Nawet nie musiał szukać materiałów, bo prawdopodobnie wszystkie jakie potrzebował miał w swojej głowie. A te, których wyobrazić sobie nie mógł, znajdował pewnie na stronach mających w adresie potrójny "x" i witających każdego użytkownika prośbą o potwierdzenie swojej pełnoletności.
Uśmiechnąłem się ostrożnie, odsuwając na bok osobitą niechęć do tego typu ludzi i pukając do drzwi jak tylko dotarliśmy pod gabinet Perkinsa.
- Ostatecznie mogę spróbować przekupić go publikacją jednego z jego "dzieł" w gazecie, gdyby próbował robić jakieś problemy.
W przypadku niektórych pozostałych nauczycieli to działało.
Otworzyłem drzwi i puściłem Sam przodem, wchodząc tuż za nią. Widok Perkinsa piszącego "w trakcie pracy" wcale mnie nie zaskoczył.
- Ach, Everett i Winden, cóż za urocza para. - powiedział sam do siebie, zapisując od razu coś w swoim laptopie. Boże, czy właśnie zrobił to o czym myślę? - Czym żeście podnieśli ciśnienie naszej kochanej pani McFreud? - spytał, kiedy podniósł wzrok znad laptopa. - Scott, jaki ty właściwie masz kolor oczu? - dodał nagle, przyglądając mi się badawczo.
Nie wierzę.
- Proszę Pana?- przez chwilę miałem wrażenie, że męzczyzna mówi do mnie w innym języku, bo pytanie było tak niespodziewane, że początkowo go nie zrozumiałem. Dopiero, gdy kątem oka dostrzegłem nagłą wesołość jaka ogarnęła Sam, zorientowałem się, że prawdopodobnie się nie pomyliłem co do intencji starego pryka. Mając do wyboru oburzenie i rezygnację, wybrałem to drugie i uśmiechnąłem się lekko, nie chcąc denerwować pedagoga i tłumaczyć mu, że nie mam ochoty występować w jego fantazjach.
- Brązowe, sir.- odparłem z udawaną powagą.- Pokusiłbym się na stwierdzenie "w kolorze ciemnych kasztanów", brzmi bardziej poetycko.
Znaj mój gest, perwersie. Dzięki mnie twoja powieść będzie przynajmniej odrobinę lepsza.
- Mhm, świetnie, świetnie.- mruknął sam do siebie Perkins, stukając energicznie swoimi chudymi palcami o klawiaturę laptopa. Od czasu do czasu spoglądał to na mnie, to na Sam.
- Możemy mieć to już za sobą? - przerwała w końcu ciszę dziewczyna.
- Co? Ach, a więc panna Everett znowu zalazła za skórę pani McFreud. A pan, panie Winden? - zapytał, uśmiechając się w dziwny sposób.
- Obawiam się, że też.- Pani McFreud nie ma za grosz poczucia humoru. Szczególnie na swoim punkcie.
- Wiecie, że tworzylibyście świetną parę królewską na balu z okazji Halloween? - wyskoczył nagle ni stąd ni zowąd, mrugając dwukrotnie powiekami. Niemal zaśmiałem się na ten pomysł, bez względu na to jak był obiecujący. Matthew, facet Sam, mógłby mieć na ten temat odmienne zdanie.
- Och, błagam... Idę na geografię. - rzuciła w odpowiedzi dziewczyna, przewracając oczami i szarpnęła za klamkę. - Scott, idziesz?
Spojrzałem krótko w stronę pedagoga, a potem z powrotem na nią, po czym kiwnąłem głową. Perkinsowi chyba było obojętne czy ich tu przetrzyma, czy nie.
- Pewnie.
Gdy zamknęły się za nami drzwi i znaleźliśmy się na korytarzu, pokręciłem głową do własnych myśli.
- Nie wiedziałem, że Perkins potrafi mieć takie dobre pomysły. - zażartowałem, spoglądając na Sam.
- To poczekaj aż skończy to, co dzisiaj pisał. Założę się, że właśnie dopisuje dalszy ciąg łóżkowych przygód niejakiego Scotta i Samanthy. Zbieżność imion oczywiście “przypadkowa”. - odpowiedziała. - To, do zobaczenia na angielskim?
- Kusząca wizja. Do tego pierwszy egzemplarz powinien posłać twojemu Matt'owi.- dźwięk dzwonka, który rozległ się nad ich głowami, był wysoki i nieprzyjemny, jak rozwrzaszczane, małe dziecko, i skutecznie wybił mi z głowy rozważanie prawdopodobieństwa spełnienia się pomysłów niezrównoważonego pedagoga. Skrzywiłem się i kiwnąłem głową na pożegnanie Sam, spoglądając w stronę, gdzie powinienem pójść na swoje zajęcia.
- Ta, do zobaczenia. O ile przeżyję matmę. - rzuciłem posępnym tonem w odpowiedzi, odwracając się i ruszając korytarzem. Machnąłem przez ramię do Sam, słysząc jej ostatnie słowa i jak znika w tłumie, który nagle pojawił się dookoła nich; ludzie wylewali się z sal jak morskie fale, zalewając liczną masą przejścia i zmuszając do podążania ich nurtem. Gdzieś wśród nich zauważyłem Ann, która zamachała do mnie na powitanie i zdążyłem odpowiedzieć jej tym samym, zanim żywy strumień ludzi popchnął mnie dalej.

Lekcja matematyki była dokładnie taka jak za każdym razem. Usiadłem pod oknem i wyciągnąłem zeszyt, przez następne dziesięć minut starając się uważać na to co mówi nauczyciel i notować ze zrozumieniem. Jednak słowa zawsze przychodziły mi z większą łatwością niż cyferki, dlatego moje chęci prędko zostały zamienione przez nasilającą się nudę. Widząc, że mój wzrok ucieka w stronę widoku za szybą, spróbowałem raz jeszcze skupić się na tym co pojawiało się na tablicy.


Zaraz, moment. W którym momencie nauczyciel przeszedł z funkcji trygonometrycznych na staroegipski dla zaawansowanych? Wzory, które błąkały się po tablicy wyglądały zupełnie niezrozumiale i miały dla mnie tyle samo sensu co iPad dla jaskiniowca, z tym zastrzeżeniem, że czułem się dokładnie tak samo jak wspomniany neandertal.
Nggghhh?
Moje myśli uciekły w stronę zbliżającego się Halloween. Zdołałem przerobić w myślach wszystkie tematy z nim związane, zaczynając od pomysłu na strój - zapewne wampir, w końcu każdy dziennikarz to krwiopijca - a na wspomnieniu wydarzeń sprzed trzech lat kończąc. Z tych rozważań wyrwał mnie dopiero dzwonek na przerwę, który uświadomił mi, że miałem szczęście nie zostać wywołany do odpowiedzi, ani tym bardziej pod tablicę, co by się skończyło tragicznie. Czym prędzej spakowałem swoje rzeczy i czmychnąłem na korytarz, kierując się w stronę sali gdzie odbywała się lekcja geografii.

O tyle o ile matma była istną męczarnią dla mojego mózgu, tak geografię przyjąłem z pewną ulgą. Wszystko co nie wymagało ode mnie sięgnięcia do tabliczki mnożenia było fajne, albo przynajmniej znośne, dlatego nawet z entuzjazmem podszedłem do wyszukania w atlasie Wysp Salomona i przeczytania kilku stron informacji o nich w podręczniku. Gdy zadzwonił dzwonek na przerwę zdążyłem już postanowić, że mój następny artykuł będzie o wielkich, kamiennych głowach.
Zabierając swoje rzeczy wyszedłem z sali, od razu zahaczając po drodze o szafkę, żeby zostawić podręczniki z których już korzystałem i zapisać na samoprzylepnej kartce wiszącej na wewnętrznej ścianie drzwiczek "Sezon na strach rozpoczęty! <- !". Dopiero po tym udałem się w stronę sali od... zaraz, a, od angielskiego. Lekcja czwarta. Półmetek.
 
__________________
"I would say that was the cavalry, but I've never seen a line of horses crash into the battle field from outer space before."
Delta jest offline  
Stary 28-12-2010, 14:52   #6
 
Baranio's Avatar
 
Reputacja: 18 Baranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znanyBaranio nie jest za bardzo znany
Równo o szóstej trzydzieści z telefonu wciśniętego gdzieś pod poduszkę rozległy się pierwsze tony budzika, zmuszające mnie do wybudzenia się z sennych marzeń. Usiadłem na brzegu łóżka i przetarłem oczy. Po podłodze walały się wczorajsze resztki popcornu, rzucone tam przez moją młodszą siostrę podczas naszego małego, wieczornego seansu, zakończonego zbyt późno, żeby zająć się sprzątaniem.
Podszedłem do okna i odsłoniłem żaluzje, wpuszczając do środka odrobinę więcej jesiennego światła. Widok za oknem był dość optymistyczny, liście powoli opadające z drzew w blasku jasnego, październikowego słońca nabrały żywszych kolorów. Jaka miła odmiana... pomyślałem ziewając.
Kilkanaście kolejnych minut spędziłem pod prysznicem, odświeżając się w strumieniach naprawdę gorącej wody. Po wyjściu z kabiny przetarłem zaparowane lustro, by spojrzeć samemu sobie w ciemne oczy, jak co dzień wesołe, trochę nieobecne. Chwilę później zmazałem obraz, pozostawiając na nim kilka wodnych smug, powoli ściekających po powierzchni szkła, a sam, z ręcznikiem opasanym w biodrach, wróciłem do pokoju, gdzie ubrałem się i sprawdziłem maila. W skrzynce znalazłem kilka reklam i list od Davida, w którym przesyłał mi pozdrowienia z wakacji spędzonych gdzieś w Europie.
Gdy nareszcie zszedłem na dół, zwabiony uroczymi zapachami, spowodowanymi obecnością Lily w kuchni, była za piętnaście ósma. Zjadłem śniadanie w towarzystwie siostry, śmiejąc się razem z nią ze skeczy, właśnie puszczanych w telewizji i krótko po posiłku wyszedłem z domu, wcześniej zarzuciwszy skórzaną kurtkę i szkolny plecak na plecy.
Lekki dreszczyk przeszedł moje ciało w chwili, gdy zamknąłem za sobą drzwi. Było chłodno, ale ciepłe promienie słońca, ślizgając się po mojej twarzy, przyjemnie ją ogrzewały. Ruszyłem ulicami Fell's Tomb, o tej porze przemierzanymi przez uczniów Sutherland High, cichutko pogwizdując. Lubiłem codzienne poranne spacery do szkoły wraz z Sam, przywykłem do nich i przywiązałem, mimo iż rutyna na ogół nie działa na mnie zbyt pozytywnie.
Stojąc na podjeździe Samathy wyjąłem telefon i wysłałem jej krótką wiadomość, żeby się pośpieszyła. Zwykle chłopak powinien po prostu zapukać do drzwi, ale po przywitaniu przez kogoś pokroju Davida Everetta i nastawieniu co najmniej pit bulla, nie zrobi tego nigdy więcej. Najstarszy brat Samanthy nigdy nie zaakceptował żadnego faceta siostry, ma do nich nieuzasadniony uraz. Parę minut później frontowe drzwi domu gwałtownie się otworzyły, żeby za sekundę zostać zatrzaśnięte z hukiem przez niewysoką istotę o krótko obciętych, czarnych włosach, która, wcisnąwszy zmarznięte już dłonie w kieszenie płaszcza, wolno do mnie podbiegła.
-Długo czekasz?- zapytała.
-Niedługo - odpowiedziałem, lekko naginając prawdę i schyliłem się, żeby skosztować jej ust w pocałunku -Ale nauczyciele mogą już nie być tacy cierpliwi, pośpieszmy się – dodałem. Samantha Everett, dziewczyna niejakiego Matta Lewisa od dziewięciu miesięcy, chwyciła mnie lodowato zimną (zgodnie z moimi oczekiwaniami) dłonią, twierdząc, że nigdzie się jej nie śpieszy. Stała się osobą wyjątkowo mi bliską i ciepłą. Jako dość introwertyczna osobowość, rzadko mam sposobność zbliżyć się z kimś tak, jak z nią – buntowniczą nastolatką o czekoladowych oczach i niemałych wymaganiach od życia.
- Zdecydowałaś już, za kogo się przebierzesz? Zostały tylko dwa dni do imprezy... - spytałem.
- Owszem, ale to niespodzianka - odparła, okraszając wypowiedź tajemniczym uśmiechem. Ciekawe, czym mnie zaskoczy – zastanawiałem się, wyobrażając ją sobie w różnych, mniej lub bardziej skąpych, kostiumach haloweenowych. Impreza, na którą napaleni są wszyscy nastolatkowie w tym mieście będzie nielada wydarzeniem.
-A ty?
-A ja z niecierpliwością wyczekuję pełni księżyca.
-Pełni księżyca?-- jedna z brwi Sam uroczo podniosła się do góry w pytającym geście. -Ach, rozumiem. Będziesz wielką, owłosioną bestią, wyjącą do księżyca? Idziemy lasem, prawda?
-Nie miałem czasu, żeby wymyślić coś lepszego, a strój wilkołaka leżał w szafie – odparłem, gdy zmierzaliśmy w kierunku drzew przy akompaniamiencie szczerego śmiechu Sam. Prawdę mówiąc, nie miałem ochoty przebierać się w ogóle, ale uległem protestom Lily, która oszczędzając mi kłopotu, odnalazła stary strój wilkołaka naszego starszego brata.
-Sama nie wiem, po co my tak właściwie tam idziemy- mruknęła, gdy weszliśmy na leśną ścieżkę. -Będą tam... wszyscy, dosłownie. - Nie zdziwiła mnie jej niechęć, jako że nie zawsze toleruje innych ludzi, a już szczególnie wszystkich uczniów na raz zgromadzonych w jednym miejscu.
-To pierwsza taka impreza od lat, na pewno zdarzy się coś ciekawego, co dostarczy ci tematów na kilka kolejnych dni, jeśli nie tygodni.- przekonywałem ją wchodząc pośród ogołocone z liści drzewa.
--Prędzej widziałabym w czymś takim Scotta Windena, on lubi takie rzeczy. Ja się nie zajmuję plotkami. Ja ukulturalniam muzycznie nasze miasteczko- odpowiedziała mi, znowu się uśmiechając.
-Być może powinnaś była zostać DJ-em?- zaproponowałem, próbując wyszczerzyć kły niczym wilk.
--Żeby jeszcze bardziej być rozpoznawalną na szkolnych korytarzach? Spasuję.
- Ugryzę cię, jeżeli tylko tego zechcesz. W ten sposób będą się od ciebie trzymali z daleka-- zaproponowałem wielkodusznie, udając, że wgryzam się w szyję Sam, całując ją i łaskocząc zarostem. Dziewczyna roześmiała się serdecznie, a echo spróbowało swych sił, by jej dorównać. W tym momencie wyprzedziły nas dwie dziewczyny, szepcąc coś między sobą. Im bliżej byliśmy szkoły, tym więcej uczniów nas mijało. Droga przez las była popularną alternatywą dla szarych uliczek Fell's Tomb.
-To widzimy się na angielskim? - spytała Sam, gdy stanęliśmy na parkingu szkoły. Kiwnąłem głową, nie widząc potrzeby używania słów. Stanęła na palcach i musnęła moje usta, żeby po chwili mi uciec, drażniąc się ze mną. Rzuciła krótkie 'do zobaczenia' na odchodne i ruszyła ku wejściu. Obserwowałem ją przez krótką chwilę, jak trzęsąc się z zimna, wciskała dłonie głębiej w kieszenie płaszcza. Mój zmarzluch.
Z zamyślenia wyrwał mnie Colin, trącając mnie i śmiejąc się na przywitanie. Wszyscy byli w doskonałych humorach. Zaczynał się ostatni dzień przed tak wyczekiwanym weekendem. Ramię w ramię z kumplem z drużyny piłkarskiej ruszyłem na zajęcia chemii. Gdy patrzyłem Colinowi, wysokiemu brunetowi o ciemnozielonych oczach, w twarz, przychodziła mi na myśl pantera. Być może dlatego, że na boisku bawił się piłką jak kot, zręcznie nią żąglując. Na zabawę miał przyjść w przebraniu postaci z filmu, o którym w życiu nie słyszałem i w towarzystwie swojej nowej dziewczyny, którą obiecał mi przedstawić. Dzwonek i wejście profesora na chwilę przytłumiły jego gadatliwość, gdy nauczyciel tłumaczył temat zajęć i sposób, w jaki powinniśmy wykonać ćwiczenia. Moja podzielność uwagi została jednak poddana ciężkiej próbie, gdy próbowałem jednocześnie zrozumieć i zapamiętać instrukcje podawane przez pana Gary'ego Close'a i nie ignorować Colina, któremu w głębi ducha byłem wdzięczny, że nie oczekuje ode mnie rozbudowanych zdań i nadmiernego entuzjazmu – który ukryty był gdzieś w moich nieobecnych oczach. Po upływie godziny zdołaliśmy we dwóch przebrnąć przez połowę eksperymentów i ćwiczeń, przewidzianych przez profesora. Na boisku szło nam znacznie lepiej i tam też mieliśmy się spotkać ponownie za parę godzin, po tym jak każdy z nas odbędzie swoje zajęcia.
Po kilkunastu minutach fizyki nie miałem bladego pojęcia, o czym jest mowa na lekcji, dlatego zająłem się robieniem papierowych zwierzątek z kartek zeszytu. Pod koniec zajęć na mojej ławce znajdował się mały zwierzyniec. Najzgrabniejszego słonia postanowiłem oszczędzić, resztę zaś zgniotłem i wyrzuciłem do kosza. Kolejne minuty dnia zabijałem przysłuchwaniem się rozmowom o nadchodzącej imprezie, czasami samemu się do nich włączając. Kilka razy wspomniano o dziwnym incydencie, który wydarzył się kilka lat temu, ale nikt nie znał szczegółów i nie chciał sobie nimi zawracać głowy.
Jeszcze dwie godziny – stwierdziłem w myślach, opuszczając budynek przeznaczony do przedmiotów ścisłych i kierując się do głównego budynku szkoły, gdzie miała się odbyć lekcja angielskiego, przedmiotu cholernie przeze mnie nienawidzonego.
 
__________________
.
Baranio jest offline  
Stary 29-12-2010, 13:57   #7
 
Endless's Avatar
 
Reputacja: 31 Endless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodzeEndless jest na bardzo dobrej drodze
Głośny dzwonek obwieścił koniec krótkiej przerwy, a tym samym początek czwartej lekcji. Tłum młodzieży szkolnej zwiększył swoje rozmiary, ale po krótkiej chwili miażdżyca w szkolnych arteriach przerzedziła się i stopniowo zanikła. Uczniowie pędzili do swoich klas, trzymając pod pachami szkolne podręczniki i notesy. Wrzawa na korytarzach wygasła, a jedynym dźwiękiem było nieprzyjemne buczenie lamp. Gdzieniegdzie zza drzwi dobiegały monotonne głosy nauczycieli prowadzących swoje wykłady.

Dla Timothy'ego, Sam, Ann, Scott'a i Matt'a rozpoczęła się lekcja angielskiego. Odnaleźli planowo przypisaną klasę nr 115 na drugim piętrze głównego budynku, w jego zachodnim skrzydle. W niewielkiej, ale przytulnej klasie zgromadzili się już wszyscy uczniowie. Klasa 115 była pomieszczeniem zadbanym i ozdobionym w nieco staroświecki sposób. Na bladożółtych ścianach wisiały portrety słynnych literatów Ameryki oraz najznamienitszych przedstawicieli tej dziedziny z Wielkiej Brytanii, a dokładniej z Angllii. Oprócz nich, ściany zdobiły różnorodne reprodukcje znanych malarzy i mapy Starego Świata. 16 pojedynczych ławek ustawiono w czterech rzędach, oddalonych od siebie tak, żeby ułatwić dostęp do tablicy. Po lewej stronie klasy, przy ścianie z dużymi, przejrzystymi oknami, z których roztaczał się widok na zieloną trawę i wysoki las, stała imponująca katedra nauczyciela i równie nietypowe, wysokie krzesło. Na drewnianej powierzchni biurka leżały długopisy, ołówki i małe stosiki książek, wszystkie odpowiednio uporządkowane. To miejsce było królestwem Mrs. Proudville, jednej z najlepszych nauczycielek języka angielskiego w Sutherland. Kobieta miała w zwyczaju zjawiać się kiedy wszyscy już zasiedli w swoich miejscach, toteż piątkowa lekcja nie była wyjątkiem. Wkrótce niewysoka, szczupła kobiecina otworzyła drzwi do klasy, wkroczyła do środka dumnym krokiem i zamknęła za sobą drzwi. Clarice Proudville, kobieta zbliżająca się do pięćdziesiątki, z całą pewnością nie wyglądała na swój wiek. Każdego dnia przychodziła do pracy w starannie wykonanym, nienagannym makijażu, maskującym na twarzy wszystkie ślady minionych lat. Kobieta ubrana była w popielaty komplet, składający się z żakietu i spódnicy za kolana, a jej szyję oplatał granatowy szal. Jej eleganckiego wyglądu dopełniały krótkie, pofarbowane na kasztanowo włosy. Pani Proudville postrzegano jako wymagającego i sprawiedliwego nauczyciela, który potrafił zmusić uczniów do nauki i wręcz chorobliwie nie cierpiał braku dyscypliny. Mimo wszystko Proudville potrafiła wynagrodzić za ciężką pracę, a poza lekcją, podczas zajęć redaktorskich szkolnej gazetki, ta wymagająca kobieta całkowicie się zmieniała.

Kobiecina zasiadła przy biurku i położyła na nim swoją torebkę, z której wyjęła etui z okularami i gruby notes, nazywany przez uczniów "Notes Mroku". Notes Mroku był przerażającym narzędziem tortur, stworzonym specjalnie przez panią Proudville, w którym mieściły się wszystkie oceny i uwagi jej uczniów, oraz znane tylko nauczycielce komentarze i zapiski. Mimo niepozornej, jasno-fioletowej, skórzanej oprawy, Notes Mroku krył na swoich stronicach przerażające sekrety i tajemnice, wzbudzające w uczniach pożądanie. Mimo wielu prób kradzieży tego okrutnego notatnika, nikomu jeszcze nie powiodło się i za pewne nigdy się to nie uda, a Notes Mroku pozostanie, aby siać terror i pogrom w nowym pokoleniu uczniów Sutherland.

Sprawdziwszy listę obecności, Mrs. Proudville rozpoczęła swój wykład. Kobiecina przez pół godziny z fascynacją opowiadała o angielskich poetach epoki renesansu, wśród których najwięcej uwagi poświęciła oczywiście Shakespeare'owi. Pomimo iż nie był to temat interesujący wszystkich uczniów, to młodzież słuchała w ciszy i notowała słowa swej nauczycielki. Pani Clarice w przerwach między mówieniem, przechadzała się wzdłuż klasy, pomiędzy rzędami, aby sprawdzić czy wszyscy wykonują wskazane przez nią ćwiczenie w podręczniku, powstrzymując się jednak od zbędnych komentarzy, a jedynie upewniając się, że wszystko jest zrozumiałe, a zadana przez nią praca napisana. Następnie przychodził czas, w którym przez ostatnie 10 minut lekcji, nauczycielka prowadziła dialog z uczniami, odnośnie fragmentów tekstu w podręcznikach. Wtedy atmosfera zazwyczaj ulegała rozluźnieniu, i co bardziej odważniejsi uczniowie rozmawiali ze sobą. Właśnie w takiej sytuacji znalazła się Sam i Matt. Wrażliwy słuch Proudville natychmiast wychwycił zbyt długo prowadzoną przez nich rozmowę, a Notes Mroku został otwarty na odpowiedniej stronie.
- Może panna Everett powie nam, dlaczego dzieła Shakespeare'a były rewolucją w angielskim teatrze? - jej poważny głos skierowany był do dziewczyny, a ostre spojrzenie niemal wwiercało się w mózg Sam.
- Tak myślałam, nie wie. - powiedziała do siebie, nie dając nawet szansy Sam na odpowiedź. A pan, panie Lewis, będzie znał odpowiedź?
Po kilku sekundach ciszy, nauczycielka odnotowała uwagę w Notesie Mroku, po czym rozbrzmiał długo wyczekiwany dzwonek, kończący sesję tortur w królestwie Clarice Proudville.
- Zanim pójdziecie... - jej głos zatrzymał wszystkich w miejscu. Widzę, że niektórzy nie zrozumieli znaczenia Shakespeare'a w angielskim teatrze, więc we wtorek... - rozbrzmiały oburzone głosy uczniów.- we wtorek oddacie mi prace o rewolucji w angielskim dramacie i teatrze shakespeare'owskim. Dziękuję, koniec zajęć. - kobieta odłożyła okulary i wraz z Notesem Mroku, schowała je w swej czarnej, skórzanej torebce.

Nadeszła przerwa na posiłek. Zawsze pomiędzy czwartą, a piątą lekcją w szkolnej stołówce na uczniów czekał posiłek, oferowany z funduszu miasta. Stołówka była duża i mieściła się na końcu środkowego skrzydła Sutherland, skąd prowadziła droga do innych części kompleksu szkolnego. Przerwa na lunch trwała 30 minut, i była okazją do załatwiania wszelkich potrzeb i spraw towarzyskich. Jedzenie w szkole może nie było popisem zdolności kulinarnych, ale można było je zjeść bez wstrętu i obrzydzenia.

Ann Stevens i Sam Everett:


Nim na dobre oddaliłyście się od sali lekcyjnej, zatrzymała was Caroline Fenster. Upewniwszy się, że pamiętacie o umówionym spotkaniu, dziewczyna pożegnała się z wami i ruszyła w swoim kierunku. Ann odeszła pospiesznie, a do ciebie dołączył Matt, z którym ruszyliście do stołówki.

Timothy Scheungreber:

Po dzwonku zgarnąłeś swoje rzeczy jednym ruchem i czym prędzej wymknąłeś się z sali. Lekcja z panią Proudville była ekstremalnym wyzwaniem dla każdego matematycznego umysłu, a zwłaszcza gdy kogoś nie interesowała literatura, na której punkcie kobieta miała obsesję. Kierując się w stronę stołówki mijałeś tłumy młodzieży, którym towarzyszyła ta sama, codzienna wrzawa. Po zejściu na parter spotkałeś dwie zgrabne dziewczyny, rozdające wszystkim broszury z informacjami o nadchodzącej imprezie. Gdy przechodziłeś obok nich, wcisnęły jedną i tobie. Spojrzałeś na fioletowy badziew.

"Halloween, bal strachu!
Przybywajcie, piekielne bestie i przerażające stwory!
" - stylizowany, pomarańczowy napis kontrastował z ciemnym fioletem. Poniżej, drobną czcionką zapisano informację, iż bal zaczyna się o 18 na Sali Gimnastycznej, a przebrania są obowiązkowe.

Straciwszy na chwilę kontakt z rzeczywistością (dwie blondynki miały wdzięczne nie tylko uśmiechy na twarzy), wpadłeś na kogoś, posyłając tę osobę na ziemię. Odzyskałeś trzeźwe spojrzenie i ujrzałeś na ziemi dziewczynę w granatowej, luźnej bluzie i dżinsach. Czarne, faliste włosy zasłoniły jej twarz, a gdy je odgarnęła, przeszyło cię dziwne uczucie. Jej szare, błyszczące oczy Tamary Gringe wpatrywały się w ciebie z jakąś nieskrywaną złością. Nim cokolwiek zrobiłeś, podniosła dwie książki, które jej wypadły i wyminęła cię, pospiesznie znikając we drzwiach damskiej toalety. Gdy odeszła, w twoim sercu pojawiło się poczucie ulgi. Nie miałeś pojęcia, dlaczego twoje nerwy były tak napięte, ale nie towarzyszyły temu zbyt przyjemne wrażenia.

Matt Lewis:

Wyszedłeś z klasy i zastałeś Sam wraz z Ann Stevens, słuchające słów Caroline. Poczekałeś, aż skończą rozmowę, po czym udałeś się z dziewczyną do stołówki na lunch. Przechodziliście przez tętniące życiem korytarze, a przed stołówką wciśnięto wam broszurę z informacjami o balu Halloween.

Scott Winden:

- Scott, pozwól na chwilę. - zatrzymała cię władcza prośba profesor Proudville. Dzisiaj po zajęciach chciałabym sprawdzić ostatnie artykuły do gazetki i zaplanować jej rozkład. Trochę nam to zajmie, bo wydrukujemy całość. Tylko jeden egzemplarz, resztę skopiujemy w następnym tygodniu. - powiedziała łagodnym tonem. Chciałabym też, aby w następnym numerze ukazał się artykuł o niedzielnym balu. Przydałoby się kilka zdjęć załączyć do niego.
Przytaknąłeś nauczycielce i wraz z nią opuściłeś klasę, a następnie udałeś się do stołówki, gdzie zazwyczaj jadłeś lunch. Mijając po drodze grupki rozdające broszury o balu, bez problemów dotarłeś do przeszklonego pomieszczenia ze stolikami i krzesełkami, będącego szkolną stołówką.

 
__________________
Come on Angel, come and cry; it's time for you to die....

Ostatnio edytowane przez Endless : 29-12-2010 o 16:21.
Endless jest offline  
Stary 30-12-2010, 10:46   #8
 
JanPolak's Avatar
 
Reputacja: 49 JanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodzeJanPolak jest na bardzo dobrej drodze
Zanim lekcja się zaczęła, grzecznie zaczepiłem Ann. Uśmiechnąłem się szeroko, bo laski to lubią i mówię, że jakby trzeba było coś pomóc na Halloween, jakieś dekoracje, czy coś tego zrobić, to ja chętnie. Ona się brechta i spławia mnie, że „odezwiemy się do pana później”. W poczuciu odtrącenia zająłem się tym, co umiem najlepiej na lekcjach angielskiego. Czyli umieraniem ze strachu przed Panią Proudville.

Pani Proudville. Zawsze zastanawiało mnie, jak kobieta o tak uporządkowanym umyśle zajęła się tak niekonkretną i pełną niejasności dziedziną jak literatura. Wyobrażałem ją sobie w fartuchu laboratoryjnym, wśród równych rzędów fiolek jak obsługuje wagę mikroanalityczną. To to tak! Może miała jakąś namiastkę pracy badawczej analizując jedenastozgłoskowce Szekspira. O cholerka, zbliżała się! „Szekspir wielkim poetą był. Szekspir wielkim poetą był.” Powtarzałem w myślach regułkę, na wypadek jakby mnie zapytała. „Cholerka, a może był dramaturgiem?”. Przeszła, czepiła się tej Sam, co jest trochę świrnięta. Muszę przyznać, czułem jakiś respekt do Pani Clarice. Miała charyzmę i wiedziała, czego chce. Ja to chyba lubię silne kobiety.

Pani Proudville odnotowała uwagę w Notesie Mroku. Notes Mroku! Notes Mroku był Świętym Graalem, Jedynym Pierścieniem i Skarbem Króla Salomona dla każdego kawalarza. Ile razy marzyłem, żeby dorwać go w swoje ręce i móc wysyłać właścicielce jego zdjęcia w kopertach podpisanych wyciętymi z gazet literami. Ale nawet ja znam swoje możliwości – za wysokie progi, za niski level – nie chcę skończyć, jak ci naziści z Indiany Jonesa, co otworzyli Arkę Przymierza.

Na lekcji dalej było o Szekspirze. Tak się zastanawiałem, ile razy zbiór analiz Szekspira przekracza zbiór utworów Szekspira. Czytałem nawet takie opowiadanie w starym magazynie sci-fi, że facet zbudował maszynę czasu i ściągnął do naszych czasów Szekspira. I Szekspir poszedł na uniwersytet i oblał, bo nie znał wszystkich interpretacji swoich sztuk. Tego właśnie nie lubię w naukach humanistycznych . Humaniści wiecznie wszystko interpretują i reinterpretują. Nie mówię, że nie cenię wyobraźni. Uwielbiam, ale my, ścisłowcy wytwory naszej wyobraźni wpierw weryfikujemy metodami naukowymi, zanim je komuś pokażemy. A humaniści ledwo coś wymyślą, zaraz to publikują i wkrótce każą uczyć o tym w szkołach. Jak ja tak próbuje strzelać, to kończy się jak z tymi dywersantami generała Lee.

Moje myśli przerwało kolejne pytanie Pani Proudville. Tym razem przepytywała Matta, chłopaka Sam. Co się tak na nich uwzięła? Pewnie się macali pod ławką. W efekcie tego wszystkiego dostaliśmy wypracowanie na weekend. Czy ona nie wie, że w niedzielę jest Halloween? Ale nic to, kolejny raz przetrwałem lekcję angielskiego – powinny być za to achievementy. Zabrałem się na stołówkę, bo coś głodny byłem. Na stołówce wezmę podwójną porcję ziemniaków. U mnie w domu zawsze jadało się dużo kartofli. Dziadek opowiadał, że w 1945 był taki głód, że sadzili kartofle w przylaboratoryjnym parku. Z tych ambitnych przemyśleń wyrwał mnie widok sympatycznych dziewczyn rozdających ulotki. Dziewczyny miały bardzo kształtne nogi, naprawdę uważam, że dopuszczenie noszenia krótkich spódniczek w szkołach musiało pozytywnie wpłynąć na frekwencję wśród męskiej części populacji.

Jebudu! Mój baniak zderzył się z czyimś baniakiem i zgodnie z prawami fizyki, posiadacz drugiego baniaka wylądował na glebie. Posiadaczka – sprecyzowałem, gdy już poprawiłem okulary. Powinienem być przyzwyczajony do dziewczyn patrzących na mnie wzrokiem mordercy, ale widok Tamary Fringe mnie zmroził. W szarych, błyszczących oczach psychicznej córki dyrektora zobaczyłem tyle gniewu i złości, że stałem tak przez kilka sekund jak ta pała. „Ale freak” – rzucił ktoś z tłumu. Tym razem chyba nie było to o mnie.

Po lunchu jako ukoronowanie dnia czekała mnie informatyka. „Czego chce się pan dziś dowiedzieć, profesorze?” – zacząłem od drzwi. Nie żebym go nie szanował, fajny gość. Po lekcjach zostałem jeszcze trochę skonsultować z nim moją nową grę. Tę, gdzie chodzi się oddziałem aliantów po hitlerowskim bunkrze na Antarktydzie. Profesor miał uwagi do algorytmów sztucznej inteligencji, nawet spoko. Spytał mnie, co chcę robić po liceum, czy dalej myślę o MIT. Ja na to, że fajnie by było, ale kto się zajmie dziadkiem? Może zostanę w Fell's Tomb i będę biznes rozkręcał. Trochę nam czasu zleciało, więc gdy wychodziłem ze szkoły już się ściemniało.

Szedłem uliczką, gdy w kieszeni odezwał się smartphone. Ojciec. U niego jest teraz rano. „Halo. Tak, ojcze. Ze szkoły wracam. Nie, niewiele” – głos zaczynał mi się łamać – „Minusa. Z historii. Tak. Tak jest. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Tak jest! Dziadek zdrowy. Obiad mu zro… Tak. Zrozumiałem. Rozumiem, że musisz kończyć. I… eee… bądź bezpieczny.”

Dziwna sprawa z tymi ojcami - myślałem rytmicznie kopiąc coścoleżało. Mój stary nienawidzi swojego starego za to, że był intelektualistą i zmienił obywatelstwo. Ja nienawidzę mojego starego za to, że jest tępym trepem i ma flagę amerykańską wytatuowaną na dupie (tu przesadziłem – ma tylko orła na ramieniu). Więc analogicznie mój syn (którego mieć nie będę, w końcu od dwóch lat noszę prezerwatywę w portfelu) powinien znienawidzić mnie i zostać zawodowym wrestlerem. Czy to tak nie powinno być – zastanawiałem się? Czy stary nie powinien być modelem wychowawczym i wzorem mężczyzny dla syna? Kto dla mnie był wzorem mężczyzny? Na pewno dziadek, który dał mi pierwszy mikroskop i pokazywał swoje dyplomy z gratulacjami od prezydenta. A kto był dla mnie wzorem kobiety? Cholerka, może moje problemy z dziewczynami wynikają z tego, że wychowywałem się bez matki? Że mój obraz kobiety ukształtowała Pam Anderson i sąsiadka podglądana przez zestaw małego astronoma? Tak sobie czasem myślę, czy miłość to w ogóle w życiu jest możliwa. Czy to w ogóle jest takie coś. W tym momencie coścoleżało poleciało w krzaki, a ja wyrwałem się z refleksji. Dziwne, jak moje myśli oderwały się od konkretu i empirii.

Wyczułem to. Rozpoznałem, jak lis nagonkę. Uliczką zbliżał się radiowóz, sunąc powoli z prędkością patrolową. Zmroziło mnie normalnie i nie wiem dlaczego – w końcu saletry rano się pozbyłem, a do nielegalnych treści na notebooku nie mogliby się dokopać. Ale instynkt lisa działał niezależnie od warstw świadomości – bezszelestnie skoczyłem za żywopłot – w krzaki i do domu wróciłem bocznymi alejkami.

Wróciłem do domu, dziadek czytał wczorajszą gazetę. Odpaliłem kompy, zrobiłem zapiekankę ziemniaczaną. Przy obiedzie dziadek opowiadał anegdoty o Oppenheimerze – znałem je na pamięć, ale nie przerywałem. Potem pozmywałem, umyłem zęby i zamknąłem się w Labie. W Labie, czyli w laboratorium, czyli u mnie na strychu. Nie pamiętam, o której zasnąłem.
 
__________________
Jestem Polakiem, mam na to papier i cały system zachowań.

Ostatnio edytowane przez JanPolak : 30-12-2010 o 15:28. Powód: plany uniwersyteckie Tinheada
JanPolak jest offline  
Stary 30-12-2010, 15:33   #9
 
Gratisowa kawka's Avatar
 
Reputacja: 13 Gratisowa kawka ma wyłączoną reputację
Angielski. Przed angielskim jest przerwa, którą spędza się ze znajomymi, eksploatując czas możliwie produktywnie.
Gdybym więc chciała się uprzeć na odwalanie uczniowskiej normy i dodawanie sobie specyficzności bytu, ujęłabym swoje zajęcie podczas oczekiwania na angielski jako "rozwijanie myśli artystycznej podczas obserwację obiektów codziennego użytku przez pryzmat surrealistycznej wizji otoczenia". Gdybym zaś miała być zupełnie szczera, nazwałabym to gapieniem się bez celu na szafkę. Nie ruszyłam książek, nie przejrzałam obrazków (choć do tej pory robiłam to co przerwę i dodałam tu i ówdzie jakąś linię, jeśli starczyło mi czasu), nie sprawdziłam czy mam wszystko, czego potrzebuję na najważniejszy show humanistyczny, jaki może zapewnić amerykańska szkoła. Ponoć w innych krajach są wyższe wymagania, taka Rosja na ten przykład...

Mało rzec, że na zajęcia szłam z pustą głową. Myśli o szafce pomalowanej na zielono się wyczerpały, minęła chęć nerwicowego zdrapywania niewielkiego bąbla z farby w ramach upiększania świata, po prostu weszłam, rozejrzałam się i, nie do końca notując to, co zobaczyłam, usiadłam w ławce. Usłyszałam nad sobą odchrząknięcie.
- Przepraszam... - mruknęłam, wstając. Pomyliłam rzędy, od czasu do czasu się zdarza a ja dzielnie dążę do zawyżania statystyk tego typu idiotycznych błędów w myśleniu.
Kiedy usiadłam w swojej ławce, poczułam nagły powiew humanizmu. Dosłownie. Otworzyłam podręcznik i zaczęłam wręcz pożerać tekst, kiedy Timothy się odezwał. Kiedy patrzył na mnie, miałam wrażenie, że właśnie stałam się babeczką z rodzynkami, które to denat, w przeciwieństwie do mnie, zapewne uwielbiał.

- Moja droga koleżanko Anno - mówił pośpiesznie. -5 do charyzmy. - Doszły mnie słuchy, że maczasz palce w organizacji ten tego imprezy halloweenowej. Jakby coś potrzeba było, jakieś dekoracje zrobić, coś zamontować - to ja jestem zwarty, chętny i gotowy. Wpadnę, pomogę.
Orientowałam się, że Timothy mieszkając bez ojca sam musiał zajmować się remontami w domu, więc miał opinię zręcznego majsterkowicza (nie przede wszystkim wprawdzie...). Jakby chcąc potwierdzić ten pogląd na swój temat chłopak kręcił w powietrzu wyciągniętym ze scyzoryka śrubokrętem.
- Ee... - zaczęłam dość sceptycznie. - Oczywiście wiesz, że impreza za trzy dni? W tym czasie doszywa się ostatnie plastikowe klejnoty do wampirzej pelerynki z poliestru...
Pomyślałam potem jednak przez chwilę. W sumie, przydałby się ktoś a i to chyba dobrze, że taka osoba jak Timothy chce coś potraktować poważnie?
...to było bardzo naiwne. Uśmiechnęłam się uroczo.
- Jak to mówią w rozmowach kwalifikacyjnych: zadzwonimy do pana - powiedziałam i odwróciłam się przodem, aby nie tracić więcej angielskiego. W końcu, czekała mnie niesamowita przygoda z Szekspirem w roli głównej.

Monumentalna postać anglistki wkroczyła do środka, całą swą postawą nakazując wyznawanie jej. Spoglądałam na nią z jakimś głupawym oczarowaniem osoby która nie wie o co jej chodzi, kiedy wyobrażałam sobie jej pomnik w wielgachnej, pseudogreckorzymskoegipskomezopotamskiej świątyni. A to by było ciekawe...



Lekcja była dla mnie koszmarnie niekonkretna. Wystarczyło, że padło w podręczniku słowo "chmura" a już gdzieś myślami odpłynęłam, chociaż byłam dość przygotowana aby coś tam powiedzieć. Pokazać.
W ciągu ostatnich dziesięciu minut byłam dość aktywna, próbując się rozwodzić nad przełamywaniem kanonu greckiego przez teatr szekspirowski a przede wszystkim, z czysto altruistycznych pobudek, próbując odwrócić uwagę belferki od rozmawiających. Zazwyczaj tak robiłam jak coś wiedziałam. Albo mnie nie wyszło coś w wypowiedzi, albo powinnam była bardziej teatralizować bowiem anglistka dostrzegła dwójkę, która przegięła z wolnością osobistą na lekcji. No cóż, ich wybór.
...i nasze wypracowania. O losie!

Gdy wyszłam z klasy, nie wiedząc nawet czy zarobiłam upragnionego plusa (choć mniemam, że przy okazji odpowiedniej kary belferka wpisała też odpowiednią nagrodę), czułam się... dobrze. Nawet nie dlatego, że skończył się wreszcie angielski. Ja już miałam weekend, czyż to nie piękne? No, dobra, nim weekend przybył i przyklęknął u mych nóg, nadeszła panna Caroline i, pytając o spotkanie, wywołała chwilową integrację słowną między mną a Sam. Ciekawie pewnie ze sobą kontrastowałyśmy, mnie bowiem wzięła nagła radość i uśmiechałam się bardzo wesoło.
- A już zaczynałam mieć nadzieję, że zapomniała - mruknęła Samantha, wzdychając ciężko.
Ja w tym czasie przez chwilę oglądałam się za szanowną przedstawicielką samorządu szkolnego. Potem spojrzałam na Sam i wzruszyłam ramionami.
- Wiesz, nikt nas do niczego nie zmusza - powiedziałam i zakręciłam palcem w powietrzu. - Więc jeśli nie tknęła cię charyzma naszej koordynatorki...
Wskazałam w trochę teatralnym geście kierunek, w którym oddalała się Caroline.
- ...to zniszczysz jej entuzjazm. Czy coś.
- Sądzisz, że to w ogóle możliwe - zniszczyć entuzjazm tej dziewczyny?
- Wielu niezwykle utalentowanych ludzi krąży po tym świecie - odparłam szybko. - Zresztą, mówisz jakby coś złego było w tym, że dziewczyna jara się Halloween.
- Po prostu mam gdzieś te całe przygotowania i nie rozumiem, czemu zostałam w to wciągnięta. - Sam wzruszyła ramionami, idąc za moim przykładem (smirck). Na to odpowiedziałam na początku wyłącznie dość znaczącym uniesieniem brwi.
- Bo wszyscy cię kochają za to jak ociekasz sympatią do otaczającego cię świata - rzekłam trochę ironizując, a trochę sobie żartując (żeby to oddzielić). - I ktoś wpadł na to, że przyda się ta iskierka na balu, kiedy wszyscy będą odwalać szalony cosplay. To samo w sobie jest ciekawe!
- Sprawiłaś, że poczułam wewnętrzną potrzebę zjednania się z tym światem! - odparła Sam słodkim głosem i z wymuszonym uśmiechem. - Ech, w każdym bądź razie, zobaczymy się na spotkaniu - dodała po chwili już normalnym tonem, bez sztucznego uśmiechu. - Mam nadzieję, że panna Przewodnicząca nie będzie nas tam trzymać przez całą noc.
- W każdym razie - poprawiłam ją automatycznie. - Nigdy nie ciągnęło cię do zwiedzania szkoły nocą?
- A kto powiedział, że tego nie robiłam? - Samantha uśmiechnęła się tajemniczo.
Och, ażeby mnie to interesowało. Szczerze mówiąc, nigdy nie chciałabym się znaleźć w szkole nocą. Pewnie była jak labirynt, z którego nie można wyjść, jakieś głupie Silent Hill. Obróciłam się więc na pięcie w kierunku szafki, nadal prezentując swoją mimiką skądś wzięte rozradowanie.
- Na razie! - zakrzyknęłam wesoło i odeszłam, choć Sam mogła jeszcze usłyszeć krótkie "o, życie" które powiedziałam do siebie cicho. A było ono elementem bardziej złożonego:
- O życie, kocham cię nad życie.

Powrót do domu był tak samo interesujący jak transport do szkoły. Rozglądałam się, obserwowałam, notowałam kształt cegieł, jednocześnie uważając aby się za bardzo zbliżyć do drogi. Niezależnie od zaćpania otoczeniem trzeba było starać się nie wpaść pod samochód, chociaż pewnie zdarzali się idioci, którzy dawali się potrącić aby zobaczyć jak to jest. Potem już nic nie czuli. Ja czułam, że muszę dopiąć płaszczyk, uczyniłam to więc. A potem po prostu wróciłam do domu, zapominając co myślałam pięć sekund temu, kiedy zamykałam drzwi. Każdy tak miał, że nieważne wytwory umysłu mu uciekały, tylko nie każdy to notował. Ja notowałam, że notowałam, że notowałam, że... o, mamy makaron, można zrobić spaghetti.
Po wykonaniu i spożyciu domowego obiadku skierowałam się na górę i zaszyłam w pokoju, gdzie dobrą chwilę najpierw rozkładałam wszystkie papiery, a potem wręcz tańczyłam z ołówkiem, omyłkowo gniotąc stopą jedną z kartek. Zaklęłam, wygładziłam, dokończyłam, było wpół do. O, wspaniale. Zebrałam się pospiesznie, może znowu coś przygniotłam i, tym razem dzierżąc torbę a nie plecak, wystrzeliłam w kierunku szkoły, tym razem maszerując przez las bardzo dzielnie. No, czas na przedsmak Halloween! No i spytam o tego Tima. Może się przyda, a chyba go nie zaboli dodatkowy telefon w piątek, skoro już zaoferował swój czas. Tylko kto miałby jego numer?
 
Gratisowa kawka jest offline  
Stary 01-01-2011, 15:04   #10
 
Cold's Avatar
 
Reputacja: 237 Cold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie cośCold ma w sobie coś
- McFreud znowu wysłała mnie do Perkinsa - szepnęłam do Matta, kiedy Proudville w końcu skończyła swój nudny wykład. Nie tyle co nudny, ale kiedy słyszy się po raz któryś te same słowa, mimo że z ust tak zafascynowanej osoby, to można się znudzić. - Ta kobieta mnie naprawdę nienawidzi.
- Przeskrobałaś coś konkretnego? - zapytał w odpowiedzi.
Wskazałam wymownie na nadruk mojej czarnej koszulki, nietrafionego prezentu urodzinowego od ojca, mając nadzieję, że Matt zrozumie przekaz.
- Poza tym dostało się też Scottowi. - Matt uniósł brwi w pytającym geście. Wyglądał zabawnie, jak tak robił, ale było to urocze. I mimo tego, że swoje związki przestałam traktować poważnie, to musiałam przed samą sobą przyznać, iż Matthew Lewis przywracał moją wiarę w coś takiego, jak miłość. I choć nie do końca jeszcze wiedziałam, co to jest ta miłość, czułam ‘motylki w brzuchu’ i to nie tylko z głodu.
- Chyba nie nosiliście jej we dwoje?
- Nie, w ogóle jej nie nosiliśmy. Zamiast do Perkinsa, trafiliśmy do męskiego kibla - odpowiedziałam, ironizując. Czasami jednak też potrafił uderzyć mną o twardy grunt, zwracając mój umysł ku rzeczywistości. Westchnęłam. - Po prostu coś powiedział o czarnym kolorze, McFreud to usłyszała i wysłała go zaraz za mną do pedagoga.
- Zostaliście recezentami jednej z jego nowych “powiesci”?
- Lepiej - odparłam bez entuzjazmu, przypominając sobie zdarzenia sprzed dwóch lekcji. - Zostaliśmy jej bohaterami. Na dodatek przez cały czas DELIKATNIE sugerował, że razem tworzylibyśmy świetną parę na Halloweenowym balu. - Matt spojrzał się w kierunku Scotta. Nie wiem czemu, ale zaczęłam się zastanawiać czy poczuł się zazdrosny. Ale o co? Cholera, znów się przyłapałam!
- To prawda, jeżeli tylko przebierzesz się za jakiegoś rozkładającego się trupa... - uśmiechnął się kwaśno. Bingo! Był zazdrosny, aczkolwiek nie wiedziałam do końca, czy to powód do radości. Czyżby Matthew coś wyczuł, czy to tylko i wyłącznie zadziałało poprzez sugestię? Zaraz, zaraz. Samantho, ale cóż takiego miałby wyczuć? Sama poddałaś się działaniu sugestii Perkinsa. Ty ofiaro!
- Hm? - spojrzałam na niego pytająco. - Czemu akurat rozkładający się trup?
- Nie wiem... tak mi przyszło do głowy... - Proudville zmieniła rozmówcę na dziewczynę siedzącą nieopodal, więc Matt zniżył ton głosu do szeptu. - Poza tym, nie oznajmiłaś jeszcze jako kto pojawisz się na balu, a mięso i świeża krew to coś, czego będę tej nocy pragnął. - Chłopak uśmiechnął się łobuzersko. Lubiłam, kiedy to robił. Uwielbiałam jego uśmiech. Taki charakterystyczny, tylko jego i tylko dla mnie.
Zmiana tematu. Sto procent pewności, że był o mnie zazdrosny. Z jednej strony to miłe uczucie, kiedy jest ktoś, komu na tobie zależy. I zaczynałam dochodzić do wniosku, że mi również zależało na nim. O tak, byłam trudną dziewczyną o wysokich wymaganiach od życia. Ale nie potrafiłam być sama, a Matthew...
- Zobaczysz na balu - odparłam cicho, przyglądając się Mattowi. Cisza panująca w klasie powstrzymała Lewisa od odpowiedzi. Było za cicho... Matt podniósł wzrok i spojrzał Proudville w oczy. Jej twarz zdobił dziwny grymas.
- Może panna Everett powie nam, dlaczego dzieła Szekspira(...)

- A już zaczynałam mieć nadzieję, że zapomniała - mruknęłam, wzdychając ciężko.
Ann w tym czasie przez chwilę oglądała się za szanowną przedstawicielką samorządu szkolnego. Potem spojrzała na mnie i wzruszyła ramionami. W zasadzie nie wiedziałam, czemu zagadnęłam do niej. Czy w ogóle do niej zagadnęłam? To zdanie raczej skierowane było do mnie samej. Nawet nie znałam tej dziewczyny. Co nie zmienia faktu, że ona na pewno wiedziała, kim jestem ja. Przygnębiające i trochę dziwne.
- Wiesz, nikt nas do niczego nie zmusza - powiedziała i zakręciła palcem w powietrzu. - Więc jeśli nie tknęła cię charyzma naszej koordynatorki...
Wskazała w trochę teatralnym geście kierunek, w którym oddalała się Caroline.
- ...to zniszczysz jej entuzjazm. Czy coś.
- Sądzisz, że to w ogóle możliwe - zniszczyć entuzjazm tej dziewczyny?
- Wielu niezwykle utalentowanych ludzi krąży po tym świecie - odparła. - Zresztą, mówisz jakby coś złego było w tym, że dziewczyna jara się Halloween.
- Po prostu mam gdzieś te całe przygotowania i nie rozumiem, czemu zostałam w to wciągnięta. - Wzruszyłam ramionami. Stevens odpowiedziała na to na początku wyłącznie dość znaczącym uniesieniem brwi.
- Bo wszyscy cię kochają za to jak ociekasz sympatią do otaczającego cię świata - rzekła trochę ironizując. Trochę? Tu raczej aż kipiało od ironii. - I ktoś wpadł na to, że przyda się ta iskierka na balu, kiedy wszyscy będą odwalać szalony cosplay. To samo w sobie jest ciekawe!
- Sprawiłaś, że poczułam wewnętrzną potrzebę zjednania się z tym światem! - odparłam słodkim głosem i z wymuszonym uśmiechem, naśladując Caroline i inne dziewczyny, zafascynowane tym balem. - Ech, w każdym bądź razie, zobaczymy się na spotkaniu - dodałam po chwili już normalnym, obojętnym tonem, bez sztucznego uśmiechu. - Mam nadzieję, że panna Przewodnicząca nie będzie nas tam trzymać przez całą noc.
- W każdym razie - poprawiła mnie automatycznie. Już chciałam coś odpowiedzieć, lecz dziewczyna kontynuowała. - Nigdy nie ciągnęło cię do zwiedzania szkoły nocą?
- A kto powiedział, że tego nie robiłam? - Uśmiechnęłam się, choć właściwie nie było powodu. Czym się tu chwalić? Nocna eskapada wraz z chłopakiem-ćpunem. Ucieczka przed policją. Nie zamierzałam tego powtarzać. Może to dlatego wybrałam właśnie Matta? Ponieważ nie był taki, jak poprzedni? Nie był ćpunem, miał ambicje i nie mniejsze wymagania od życia, niż ja.
Ann obróciła się na pięcie w kierunku swojej szafki.
- Na razie! - zakrzyknęła wesoło i odeszła. Odprowadziłam ją wzrokiem. Po chwili jednak dołączył do mnie Matt.
Uśmiechnęłam się do niego i przytuliłam się. Czułam zapach jego perfum. Nie za mocne, nie za łagodne. Męskie. Pasowały do niego.
Nie powiedziałam ani słowa. Po prostu potrzebowałam się do niego przytulić, by poczuć, że mam kogoś, na kim mogę polegać. To nie był zwykły gest, zwykłe ‘przytulenie się do chłopaka’. Miałam nadzieję, że Lewis to wyczuł. Chciałam, żeby to wyczuł. Żeby zrobiło mu się miło. Bo nie byłam jeszcze gotowa, by powiedzieć te dwa słowa. Żadnemu do tej pory nie powiedziałam. To dziwne, niby dwa zwykłe wyrazy, a nigdy nie chcą przejść przez gardło, kiedy masz je wypowiedzieć szczerze do innej osoby, póki nie jesteś w stu procentach pewien, że to właśnie czujesz. A zapewne i wtedy ciężko jest je wypowiedzieć.
I znowu te pseudo filozoficzne rozmyślania. Samantho Everett, co się z tobą dzieje? Czy to miłość, czy to jest... zalążek szaleństwa i pierwszy krok ku czterem ścianom bez drzwi i okien?
Nagle poczułam jak ‘szmata’ wibruje. Początkowo ignorowałam ten fakt, ale wibracja stawała się coraz bardziej upierdliwa, przez co zostałam zmuszona do otwarcia klapy torby i poszperania w niej przez chwilę.
- Uh, przepraszam na chwilę - mruknęłam do Lewisa, odsuwając się i wyciągając telefon odeszłam na bok. Spojrzałam na wyświetlacz, dzwonił David. Czegóż on mógł chcieć? Przecież dobrze wiedział, że jestem teraz w szkole, poza tym czy on nie miał randki?
- Nie przeszkadzam? - usłyszałam niski, męski głos. Bez wątpienia był to David, ale w jego głosie wyczułam coś dziwnego.
- Ależ skąd, uprawiałam tylko dziki seks z Mattem w szkolnej przebieralni - odpowiedziałam, starając się, by ton mojego głosu był jak najbardziej poważny.
- Ha, ha, ha. Jesteś cholernie zabawna, smarku - odparł. Choć nigdy nie wiadomo, może się nabrał. Jeśli tak, to Matt był jeszcze bardziej znienawidzony przez niego. - Posłuchaj mnie uważnie...
- Przecież słucham.
- Nathan wraca, wywalili go z uczelni - oznajmił, a mnie zamurowało. Nathan, w naszej trójce ten średni. Zawsze poważny, odizolowany. Dziwny. Typowy kujon. Nie widział świata poza książkami. Kiedyś z Davidem nawet zastanawialiśmy się, czy on w ogóle ma znajomych. Po śledzeniu go cały dzień doszliśmy do wniosku, że nie.
- Kiedy... Kiedy będzie w domu? - spytałam, nadal niedowierzając słowom, które usłyszałam.
- Już jest. Ojciec jest nieźle wkurzony. Dasz radę po szkole...
- Nie - nie dałam mu dokończyć. Bądź co bądź nie zamierzałam się w to mieszać. Miałam inne plany. I choć wizja spędzenia wieczoru w szkole wraz z Caroline i innymi cudakami tego liceum nie malowała się w moim umyśle jako idealny początek weekendu, to lepsze niż rodzinne problemy.
- Posłuchaj. Chyba ten twój kochaś będzie mógł powstrzymać swojego...
- Odłączam się - powiedziałam jedynie i rozłączyłam się. Nie miałam najmniejszego zamiaru słuchać tej samej gadki.
- Nathan wrócił. Wywalili go z uczelni - oznajmiłam Mattowi, kiedy tylko zauważyłam jego pytającą minę.
- Jak to? - spytał niedowierzając.
W odpowiedzi wzruszyłam jedynie ramionami.
- Nie zamierzam się w to mieszać... póki co - dodałam. - Dzisiaj i tak prędko do domu nie wrócę. Po lekcjach wpadnę do ciebie na trening.
- Przecież to twój brat... Nie wolisz w tym czasie wpaść do domu i dowiedzieć się, o co chodzi?
- Mój brat? W całym życiu zamienił ze mną może... kilka zdań? Nawet życzenia urodzinowe sobie darował. Poza tym słyszałam, że ojciec jest nieźle wkurzony. Nie zamierzam w takiej chwili wkraczać na teren królestwa Everettów. - Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam w stronę stołówki. Motylki może i były przyjemne, ale ściśnięte przez głód nie wydawały się już takie fajne. Przeciskaliśmy się przez zatłoczone korytarze w kierunku stołówki, a przy samym wejściu zostały nam wciśnięte dwie fioletowe kartki.
- Obowiązkowe przebrania - luźno zauważył Matt.
- Piekielne bestie i przerażające stwory? Kto redagował tą ulotkę - westchnęłam, zgniatając kartkę i wrzucając ją do kosza na śmieci. - Matt, czy ja naprawdę jestem jakąś aspołeczną dziwaczką? - spytałam. Znów zaczęłam się zastanawiać nad czymś, co normalnie byłoby mi obojętne. Matt udał przez chwilę, że myśli nad tym, co powiedzieć.
- Gdyby się tak zastanowić... - powiedział z uśmiechem jednocześnie przytulając moją głowę do ramienia - to nie do końca, ale to zależy tylko i wyłącznie od ciebie.
Uśmiechnęłam się do Matta. Może i miał rację?
Stołówka była pełna uczniów. Co zresztą nie dziwne, aczkolwiek znalazło się kilka wolnych miejsc, a nawet i jeden pusty stolik. Zebrawszy na tacy odpowiedni dla siebie posiłek, usiedliśmy przy owym stoliku.
Przerwa w towarzystwie Lewisa minęła zbyt szybko i trzeba było zbierać się na następną lekcję. Aczkolwiek mnie się wcale nie śpieszyło. Przetrzymałam Matta do momentu, aż większość uczniów opuściła stołówkę. Podeszłam do niego i, zapewne niespodziewanie dla niego, chwyciłam za jego bluzę, przyciągnęłam do siebie i dając się ponieść emocjom, pocałowałam. Długo i namiętnie, nie dbając o to, czy ktokolwiek na to patrzył. Czasami po prostu trzeba być zwykłą nastolatką. Matt odwzajemnił pieszczotę i ciepło spojrzał mi w oczy, uśmiechając się i przytulając do siebie. Kolejną rzecz trzeba było przyznać - Matthew Lewis był świetny w całowaniu. Pocałunek z nim można było porównać z... objawieniem. Jeśli raz pocałujesz, to później już tylko będą pocałunki, pocałunki i pocałunki.
- Jeżeli martwisz się Nathanem, to wszystko będzie w porządku - zapewnił, a jego słowa odbiły się słabym echem po pustej już sali.
- Wiem, że będzie - odparłam, wtulając się w niego. Chociaż w głębi duszy nie byłam wcale taka pewna. - Martwię się jedynie o ojca - powiedziałam szczerze. W końcu jemu mogłam powiedzieć wszystko. - Po tym jak matka trafiła do psychiatryka jego nerwy to... Możesz sobie to wyobrazić...
- Szczerze mówiąc, to nie potrafię, ale spróbuję zrozumieć - przerwał mi w pół słowa.
- A Nathan... Nikt nigdy nie miał z nim kontaktu, prócz właśnie matki. Och, nieważne, nie będę cię zadręczać perypetiami rodziny Everettów. Chyba powinniśmy się zbierać na lekcje.
- Chyba powinniśmy - zgodził się. - I nie zadręczasz. Wydaje mi się, że to najlepszy moment, by nawiązać z nim bliższe kontakty, skoro nie udało się wam to do tej pory. No i nadarza się okazja, żebyś zerwała ze stereotypem twojej aspołecznej osobowości.
- Zastanowię się nad tym - odparłam cicho, po czym oboje ruszyliśmy na swoje lekcje.
Wiedza o kulturze była przyjemnym rozluźnieniem po nieudanej historii i angielskim. I choć byłam całkiem dobra z tych wszystkich humanistycznych przedmiotów, to nie wiedzieć czemu, nauczyciele za mną nie przepadali.
Francuski zleciał mi na rozmyślaniu nad tym, co działo się właśnie w domu. Choć przybrałam postawę obojętną, to była tylko zwykła powłoka. Wewnątrz byłam rozbita. Dlaczego kogoś takiego jak Nathan wyrzucili z uczelni? Przecież on od zawsze był taki przykładny, pilny i wzorowy. Nigdy nie sprawiał kłopotów, w odróżnieniu do mnie i Davida. Co teraz się zmieniło?
Gdy tylko usłyszałam dzwonek, zerwałam się jak oparzona. Zarzuciłam na ramię ‘szmatę’ i wyszłam pośpiesznie przed budynek szkoły. Przywitało mnie nieprzyjemne, chłodne powietrze.
Wyciągnęłam z torby komórkę i zmarzniętą dłonią wystukałam kilka słów. “Idę jednak do domu. Zobaczymy się dzisiaj wieczorem/jutro?”.

- Co ty sobie wyobrażałeś?! - usłyszałam donośny krzyk ojca już na podjeździe.
Westchnęłam, zatrzymując się na chwilę. Nie lubiłam takich sytuacji. Zazwyczaj to Henry Everett krzyczał na mnie bądź na Davida. Nigdy nie słyszałam, by choć podniósł głos na Nathana.
Od incydentu z moją matką dużo się zmieniło. Z pewnością nie na lepsze. Może powrót Nathana był punktem zwrotnym? Może nadszedł czas, by sobie wszystko wytłumaczyć? Może w końcu wszystko zaczęłoby się układać jak w normalnej rodzinie?
- Najpierw Samantha, teraz ty?! - kolejne zdanie wykrzyczane przez mojego ojca wyrwało mnie z zamyślenia.
Stałam już przed drzwiami, kiedy ogarnęły mnie wątpliwości. Wejść? Czy sobie darować? On nadal miał do mnie żal o te narkotyki. Tak naprawdę nigdy mi nie uwierzył, że byłam niewinna. I byłam pewna, że tym razem poszło o to samo.
Drzwi same otworzyły się przede mną z impetem, a ze środka wyparował wysoki mężczyzna o kruczoczarnych włosach, które przyprószone były siwizną. Jego policzki okalał czarno-siwy zarost. Oczy miał podkrążone. Obrzucił mnie morderczym spojrzeniem, przeszedł obok pozostawiając duszący zapach papierosów i ruszył w stronę samochodu.
Westchnęłam jedynie i przeszłam przez próg. Ściągnęłam płaszcz, rzuciłam torbę i ruszyłam ku kuchni. Panowała tam cisza, a przy stole siedziało dwóch mężczyzn. Oboje wysocy, dobrze zbudowani, aczkolwiek jeden z nich był szczuplejszy. Nosił okulary w grubych, czarnych oprawkach. Był bledszy od Davida, jak ja. Miał czarne, gęste włosy, nieco przydługawe. Siedział pochylony nad kubkiem kawy. W dłoni trzymał papierosa. Gdy tylko pojawiłam się przy wejściu, oboje spojrzeli na mnie.
I choć nie byli bardzo podobni do siebie, mieli takie same oczy, takie samo spojrzenie. Odziedziczone po matce.
- Sam... - mruknął Nathan. Jego głos był cichy, chwiejący się, zachrypnięty. Dopiero wtedy zauważyłam, że jego oczy były przekrwione i podkrążone.
- Nat... - wyszeptałam jedynie i dając się ponieść emocjom, podbiegłam i przytuliłam brata najmocniej, jak potrafiłam. Odwzajemnił uścisk. To było dziwne, zupełnie niepodobne do mnie, do nas. Acz miłe.
 
__________________
Jaka, sądzisz, jest biblia cygańska?
Niepisana, wędrowna, wróżebna.
Naszeptała ją babom noc srebrna,
Naświetliła luna świętojańska.
Cold jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:23.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2018, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166