Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-07-2016, 08:41   #1
 
Sayane's Avatar
 
Arrow [D&D FR] Zaginiona kopalnia Phandelver

Rozdział I.
Czarne strzały

10 Eleasias

Neverwinter. Klejnot Północy. Ciepła enklawa w zamarzniętej głuszy. Wielu przybywało by zobaczyć, zwiedzić i pozostać w tym mieście w nadziei na lepsze życie. Nie należała do nich niewielka grupa podróżnych, która zebrała się w tawernie “The Fallen Tower”. Przynajmniej nie teraz. Nieznacznie pochyleni nad swoimi kuflami w skupieniu słuchali dudniącego głosu krasnoluda Gundrena Rockseekera. Skupienie wynikało głównie z panującego w sali hałasu, gdyż znajdowali się w jednej z najpopularniejszych gospód w mieście. Warunki zlecenia nie były skomplikowane. Rockseeker zakupił wóz pełen aprowizacji oraz sprzętu górniczego i potrzebował obstawy by przewieźć owe dobra do niewielkiego miasteczka leżącego u podnóża Gór Miecza. Za trzydniową wycieczkę ochroniarze mieli otrzymać 10 sztuk złota na głowę, co było zaskakująco wysoką kwotą za tak proste i krótkie zlecenie.



- Zależy mi na ludziach na których mogę polegać, dlatego biorę was, bo was znam i tyle. Obrócicie raz-dwa, a zapłatę dostaniecie na miejscu, w "Barthen's Provisions". Ja jeszcze muszę załatwić kilka spraw w Neverwinter, ale pewnie i tak dojadę wcześniej od was, bo woły nie są za szybkie, hehehe - krasnolud zarechotał i wychylił za jednym zamachem pół kufla piwa. Jego ochroniarz, człowiek imieniem Sildar Hallwinter sączył swój trunek ze znacznie większym umiarem. - Ale co tam, stać mnie. I będzie mnie stać na jeszcze więcej! - Ci, którzy znali zleceniodawcę nieco lepiej nie mogli przeoczyć faktu, że jest wyjątkowo podniecony - zwłaszcza jak na krasnoluda. Musiał mieć na oku na prawdę świetny interes. Sildar chrząknął znacząco. Gundren roześmiał się i uspokajająco poklepał towarzysza po plecach i spojrzał na piątkę ochroniarzy swojego wozu, którzy stanowili ciekawą zbieraninę. Dwa krasnoludy… czy może krasnoludzice - z nimi nigdy nie było wiadomo - w ekipie nie dziwiły, rzecz jasna, lecz rosła półorczyca już tak. Wszyscy wiedzieli, że te rasy - łagodnie mówiąc - nie przepadały za sobą.
- To jest Piącha - rzekł zleceniodawca widząc podejrzliwe spojrzenia reszty. - Wiem, też jest za zielona jak na mój gust, ale więcej w niej człowieka niż w większości tych cwanych gołowąsów. Tylko rozum i cierpliwość krótkie - zarechotał wesoło, ale nie obraźliwie, po czym spoważniał i spojrzał na jednego z dwóch ludzi w ekipie - zapuszczonego młodzieńca, który wyglądał, jakby się wyrwał z głębi lasu. Albo z chlewa. - A ty, Joris, spróbuj tylko zwiać, to twoją rodzinę z torbami puszczę - warknął i nikt nie miał wątpliwości, że teraz mówi poważnie, po czym uśmiechnął się paskudnie. - Piącha, miej na niego oko. Aidym, ty będziesz powoził, chuchro jedne. Tylko niech ten twój kundel wołów nie płoszy - rzucił do drugiego z mężczyzn, z symbolem Mystry wiszącym na piersiach. Dopiero teraz niektórzy zauważyli, że na stopach śpi mu spory pies. Nie wyglądał na takiego co ugania się za krowimi łydkami, ale kto wie…
- No, to załatwione. Wyruszycie rano, a teraz pijcie na mój koszt! - Rockseeker i jego ochroniarz już podnieśli się z ławy, gdy do stołu podeszła smukła kobieta… dziewczyna jeszcze, o falujących włosach i wielkich brązowych oczach. Joris zagapił się na nią z otwartymi ustami, choć nawet on zorientował się, że obca ubrana jest zbyt porządnie, by być przedstawicielką najstarszego zawodu świata. Zresztą wysoko podniesiona głowa i pewny krok wskazywały na to, że zna swoją wartość i nie da sobie w kaszę dmuchać.
- Przepraszam… niechcący usłyszałam państwa rozmowę i chciałam zapytać czy mogłabym do was dołączyć. Nazywam się Anna Kathrina - odezwała się melodyjnym głosem,celowo omijając ‘von’ w swoim nazwisku. - Podróżuję w tym samym kierunku, a trakty - sami wiecie - uśmiechnęła się czarujaco, a Joris i Marlamin odruchowo odpowiedzieli jej szerokimi uśmiechami. Kobiety, rzecz jasna, były bardziej powściągliwe. - Znam kilka zaklęć…
- Dobra, dobra, czaromiota już mamy, nawet dwóch, nie Turmi? - burknął Gundren, niewrażliwy na czar roztaczany przez dziewoję. Złota krasnoludzica skwapliwie pokiwała głową, choć miotanie zaklęć w przydrożnych bandytów nie do końca odpowiadało jej ambicjom. Siedząca obok niej Yarla nie rzekła nic, ale bacznie obserwowała ludzką samicę. Znała się na takich kurwipołciach, oj znała i coś jej się w tej suce nie podobało; nawet bardziej niż w Piąsze, która nie podobała jej się w całości.
- Zapłacę… - Kathrina spróbowała z innej strony, zachęcająco pobrzękując mieszkiem. Rockseeker udał, że się namyśla, po czym skinął głową. Jak każdy krasnolud i on nie przepuszczał okazji do zarobku. - Płacisz im standardową stawkę plus pięć sztuk złota dla mnie.

Cena podana przez Gundrena była bardzo wygórowana, ale nieznajoma bez słowa skinęła głową i odliczyła stosowną kwotę. O dziwo, wyglądała na zadowoloną z transakcji. Rockseeker i Hallwinter pożegnali się i opuścili gospodę, a Anna szybko przeniosła swój skromny bagaż do stolika najemników. Do zmroku pozostało jeszcze kilka godzin, a skoro najemnicy mogli sobie poużywać na koszt pracodawcy… to czemu nie? Zwłaszcza Joris był chętny by bliżej poznać pannę, którą mieli ochraniać niejako przy okazji.




Letnie słońce przyjemnie grzało w karki gdy niewielka grupa nieśpiesznie skręciła z Wysokiej Drogi na wschód, w leśny trakt prowadzący w stronę Triboaru. Jadący konno Gundren i Sildar wyprzedzili ich jeszcze w dniu wymarszu, w samo południe. Zresztą z parą wołów zaprzężonych do ciężkiego od prowiantu i górniczych narzędzi wozu nie sposób było się śpieszyć. Powolne zwierzęta metodycznie przemierzały kolejne kilometry, a woźnica potrzebny był tylko po to, by czuły nad sobą bat i nadal przebierały nogami. Drzemiący na koźle Marlamin nie potrzebował żadnych umiejętności by powozić zaprzęgiem - jedynie cierpliwości by nie zasnąć, co nie zawsze mu się udawało. Gdy tylko puszczał lejce woły zatrzymywały się jak zaczarowane. Tymczasowy woźnica potrafił jednak ustawić bat w takiej pozycji by od czasu do czasu ostrzegawczo smyrał zwierzęta po zadach. Reszta ochroniarzy najętych przez Gundrena Rockseekera maszerowała przed, obok i za skrzypiącym, wyładowanym aż po burty wozem. Aidym zaproponował Annie miejsce obok siebie na koźle. Wóz był tak wyładowany, że kobieta ledwie się tam zmieściła, na co akurat mystryk nie narzekał, choć dzięki temu stał się obiektem ponurych spojrzeń Jorisa. Annie bynajmniej nie było wygodnie na twardej ławce, z zawartością worków gniotącą ją w plecy, ale nie narzekała. W końcu nie dołączyła do ekipy po to, żeby zrazić ich do siebie z powodu takich niedogodności…



Od Phandalin dzieliło ich jeszcze pół dnia marszu i choć wędrówka nie była uciążliwa to każdy niecierpliwie czekał by odebrać wypłatę i przeznaczyć jej część na porządny posiłek w lokalnej gospodzie Stonehill Inn, o której zleceniodawca wypowiadał się w samych superlatywach.

Kilka kilometrów za rozwidleniem idący na przedzie Joris ostrzegawczo wyciągnął w górę zaciśniętą pięść. Kilkadziesiąt metrów dalej leżały trupy dwóch koni, blokujące trakt. Nawet z tej odległości było widać czarne lotki strzał wystające z boków wierzchowców i unoszący się nad nimi rój much. Prócz nich i drużyny na trakcie nie było żywego ducha.

 

Ostatnio edytowane przez Sayane : 07-08-2016 o 11:49.
Sayane jest offline  
Stary 26-07-2016, 01:38   #2
 
Nefarius's Avatar
 
Yarla przetarła usta nadgarstkiem. Nienawidziła tego uczucia, gdy przez nieuwagę za mocno wychyli kufel i nie da rady pomieścić wszystkiego w ustach, a piwsko ścieka jej po brodzie. Wzdrygnęła się na samo wspomnienie, lecz tuż po wytarciu ust i kawałka szyi nadstawiła prawe ucho ponownie wsłuchując się w słowa Gundrena. Yarla zawsze nadstawiała prawe ucho, gdyż na lewe kiepsko słyszała. Gundren był solidną marką jak to się przyjęło mówić. Płacił najemnikom zawsze na czas i nigdy się nie wykręcał, nawet gdy nie szło po jego myśli. Yarla kiedyś coś dla niego już robiła i dobrze wspominała tamten interes. Gdy tylko dowiedziała się, iż ten brodaty cap szuka chętnych przybyła bez zwłoki. Nie tylko Gundren nazywał ją Ognistowłosą Yarlą. To był jej przydomek i choć za nim nie przepadała to przyległ do niej na amen i pewnie nawet po śmierci będzie wspominana mianem Ognistowłosej.

Yarla była przeciętnej postury krasnoludzką kobietą. Po wzroście i karnacji można było stwierdzić iż jej rodzice pochodzili z Północy, na pewno nie z Lśniącego Południa. Odziana była dość brzydko i raczej praktycznie. Jej poczucie potrzeby bycia atrakcyjnym zostało praktycznie całkowicie wyparte przez zadziorny charakter chłopczycy i wojowniczki. Uwielbiała natomiast gdy ktoś chwalił jej styl walki toporem, czy znał jakąś zacną opowieść bitki, w której Yarla brała udział. O tak, to uwielbiała niemal najbardziej, niemal tak jak samą walkę. Ni to szklanica krasnoludzkiej przepalanki, ni fajkowe ziele, ani nawet mężczyźni. Nic jej nie dawało tyle frajdy co bitka. Co prawda nie stroniła od żadnej z tych rzeczy, jednak gdyby miała wybierać, to postawiłaby pewnikiem na potyczkę.

Twarz Ognistowłosej była oszpecona paskudną blizną. Ta historia nie była tajemnicą i wielu ją znało. Sama też nigdy nie traktowała tego w postaci traumy, czy czegoś w ten deseń. Było to kolejne doświadczenie, które nauczyło ją by nie ufać nawet sprzymierzeńcom o charakterze zdradliwej szmaty o kręgosłupie moralnym miękkim jak ze spróchniałego drewna. Kompan zdradził i oszukał, a kiedy upomniała się o swoje, buzdyganem rozbił jej szczękę. Nie było jej stać wówczas na mikstury lecznicze, czy usługi medyczne to też cierpiąc długie dni czekała aż żuchwa się sama zrośnie, pozostawiając paskudną bliznę i cegiełkę do muru doświadczeń. Od tamtej też pory jest przygłucha na lewe ucho.

Siedziała wygodnie (nie licząc nadstawiania prawej strony głowy) regularnie upijając zawartości kufla. Uwielbiała piwo. Gdyby ktoś zapełnił dla niej balię piwem, miast wody, wskoczyła by do niej na głowę i wypiłaby wszystko. A najlepiej piwo smakowało zagryzione dobrym mięsiwem, które z kolei musiało być przegryzione chlebem z twardą skórką. Nie wyglądała jakby dbała o formę, lecz wbrew pozorom miała świetną kondycję i przy okazji nie stroniła od ręcznej roboty. Mimo iż miała grube i brzydkie paluchy, to jednak jej dłonie były bardzo zręczne i zwinne. Bez problemu podotykałaby mieszek z brzęczącą w środku zawartością dziesięciu złociszy.

Powierzona im misja w teorii była wręcz kretyńsko prosta. Yarla jednak nie cieszyła się tak bardzo jak ich zleceniodawca. Była z natury pesymistką. W głębi serca czuła, że pewnikiem Tymora rzuci im pod nogi kłodę i utrudni robotę. Tak, ta suka ewidentnie nie przepadała za Yarlą. Yarla natomiast nie przepadała za półorkami, a z tego, co zdążyła wywnioskować właśnie takowy będzie im towarzyszył. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy nie zrezygnować z udziału w misji żeby tylko nie musieć przebywać w pobliżu półorczycy, lecz w końcu podjęła decyzję, że zostanie. Zadanie na pozór proste to i spróbować warto, może akurat bogini szczęścia i losu pozwoli jej zarobić łatwo.

Po chwili pojawiła się kolejna dziewucha, ludzka tym razem. Yarla na jej widok przewróciła tylko oczami. ~Ile tych bab?~ pomyślała zerkając z ukosa na siedzącą obok Turmalinę. Yarla lubiła pracować z mężczyznami. Nie marudzili, nie narzekali. Ognistowłosa pokręciła tylko łbem i wzięła głęboki wdech by się nieco uspokoić. ~Trzy dni... Tylko trzy dni... Przecież dasz radę...~ pocieszała się w duchu.
Gdy ich pracodawca w końcu postanowił opuścić towarzystwo, Yarla złapała za swój kufel, wzięła do ręki kawałek mięsa z talerza i wartko zmieniła stolik, na bardziej męski...

~***~

Pierwszy dzień marszu był dla niej koszmarem. Tamtej nocy w "The Fallen Tower" dała tak srodze w palnik, że rankiem obudziła się tak późno, że ledwie zdążyła na wyprawę a upojona przestała być dopiero późnym południem, lecz wtedy wypocone piwo zamieniło się w pustynię Anauroch w ustach, oraz epicentrum cienistego splotu w jej głowie. Nie takie rzeczy jednak brała już na barki więc standardowo nie marudziła tylko twardo przetrzymała cały dzień. Drugi minął jej kompletnie inaczej, lecz i na swój specyficzny sposób nieprzyjemnie. Otaczały ją praktycznie same pizdy. W dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu. Yarla praktycznie nie odezwała się ani razu. Przynajmniej głowa jej nie bolała, a to już coś.

Gdy ostatniego dnia, będąc już tak blisko celu natrafili na przeszkodę w postaci ustrzelonych z prawdopodobnie łuku koni Yarla od razu wyobraziła sobie Tymorę, która tarza się ze śmiechu wskazując Ognistowłosą palcem.
-Kurwa twoja mać. Śmierdzi mi pułapką.- rzekła pierwsze zdanie pod nosem, drugie zaś dość głośno by wszyscy usłyszeli. Słyszała o bandytach ze szlaku wiele. Yarla kątem oka spojrzała na woły ciągnące powóz i stwierdziła w głowie, że szkoda było zabijać konie, gdyż najemnicy poruszają się tak wolno, że praktycznie przed niczym by nie uciekli. Ognistowłosa poprawiła błyskawicznie skórzaną zbroję i sięgnęła po kuszę, by być jak to mówiła "jeden bełt do przodu". Krasnoludzica wartko naładowała kuszę i ostrożnie ruszyła do przodu, rozglądając się uważnie na boki z kuszą gotową do strzału.
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 26-07-2016, 17:00   #3
 
TomBurgle's Avatar
 
Smętny początek podróży rozbłysł dla Aidyma niczym poranek kiedy w końcu odespał szalone noce sprzed wyruszenia w drogę. Przestał się kiwać na koźle, wyprostował i ziewnął ukradkiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się że trudno o lepszą kompanię. Ilu ludzi, tyle opowieści - a przecież tak je lubił.


~***~

- Valko! Chodźże no tu!- zawołał psa, kiedy ten zaczął się nadmiernie interesować bagażem współtowarzyszy. Oczywiście, musiał sięgnąć pod wiszącą na boku wozu tarczę i urwać zwierzakowi kawałek smakołyka. Może i zwierzak miał już za sobą szczekanie na wszystko, ale jednak wciąż był ciekawy świata. Przepraszająco uśmiechnął się do pozostałych i znów przypomniał wołom o odległej perspektywie bata.
Przez drugi dzień podróży dał się poznać współtowarzyszom od zupełnie innej strony niż wcześniej. Mówił o wiele więcej niż kiedy spał - czasem rzucił cytatem, a czasem po prostu śmiał się z czyjegoś żartu czy potakiwał jakiejś celnej uwadze.


Szampański nastrój woźnicy prysł, kiedy znaleźli trupy koni. I tak, tak jak powiedziała Yarla - śmierdziało pułapką. Nie mogli przejechać dalej - trupy w wąwozie blokowały trakt, a wypchany po brzegi wóz nie mógł nawrócić. Przynajmniej nie w żadnym rozsądnym czasie. Zgarnął z wozu tarczę, zeskoczył z kozła, gwizdnął na psa i żwawo ruszył zrobić to co należało: wyprząść woły zanim spanikują i wywrócą wóz.
- Daj znać jakby Joris coś pokazywał, dobrze? - zwrócił się półgłosem do najbliższej towarzyszki - Anny
 
__________________
- ... this was textbook: The promise of love, the pain of loss, the joy of redemption, then give him a puzzle and watch him dance. -
TomBurgle jest offline  
Stary 26-07-2016, 17:37   #4
 
TomaszJ's Avatar
 
5 Eleasias
Neverwinter, Szkoła Rzeźby Mistrza Liaemona



W powietrze wzbiły się tumany kurzu i kawałki wapiennej skały. Gdy opadły, można było zobaczyć dwie rzeczy. Pierwszą były kamienne nogi, które podtrzymywały to, co wcześniej było korpusem, drugą zaś - dysząca z wściekłości, pokryta białym pyłem krasnoludka z pięścią wciąż w miejscu zniszczonej góry rzeźby, nad którą wcześniej pracowała od ponad tygodnia.
Nie aby wściekłość pasowała jej do twarzy. Tak naprawdę pasowała do niej nijak, bo twarz była miękka, łagodna i okrągła, bardziej pasująca do domowych pieleszy niż Szkoły Rzeźbiarstwa Mistrza Liaemona. Ale niewiele rzeczy mogło się mierzyć z gniewem Turmaliny Hammerstorm, która zapadała na chroniczny brak natchnienia. Jakiś uczniak usłyszał hałas i zajrzał do przydzielonej jej Pracowni numer cztery, ale jeden ze starszych studentów szybko złapał młokosa za kark i odciągnął. W samą porę, bo właśnie coś potężnie uderzyło we framugę.
- Życie Ci niemiłe, idioto? Trzymaj się z dala od tej krasnoludzicy! - powiedział student - Leć po Mistrza Liaemona!
W drzwi znów coś łupnęło.
- Mówiłam wyraźnie! - niski kobiecy kontralt ze zdemolowanej pracowni zabrzmiał nienaturalnie spokojnie - Nie - Prze - Szka - Dzać!!!




- I znow narozrabiałaś - Liaemon, sławny na ćwierć Faerunu rzeźbiarz siedział za swoim biurkiem nieziemskiej urody i wbijał chłodny wzrok z krasnoludzką dziewczynę, która siedziała naprzeciwko. Nie przypominała pokrytego pyłem demona gniewu, który jeszcze niedawno siał postrach na pierwszym piętrze. Wyszorowana, z ułożoną fryzurą i ubrana w elegancką sukienkę wyglądała jak dama - Pracownia do remontu, nie mówiąc o zmarnowaniu pięknej bryły amnijskiego wapienia. Powinnać pracować w drewnie, jak reszta uczniów.
Turmalina wydęła wargi.
- Wyślij rachunek mojemu ojcu. A drewno do mnie nie przemawia. Wapień zresztą też.
- Wybredna jak zwykle. Od miesiąca niczego nie zrobiłaś. A przepraszam, pomyłka! Nie zrobiłaś nieczego, czego byś później nie zniszczyła. Twój ojciec nie byłby zadowolony.
- Mój ojciec nie jest zadowolony z niczego, co robię. Kiedyś chciał abym została po nim Kowalem Runów. Wyobrażasz sobie, jak to brzmi: Kowalka? - twarz krasnoludki wyrażała absolutne politowanie, ale w końcu machnęła ręką - Runy są nudne. Cieszy się, że się mnie pozbył i chętnie płaci abym została poza domem jak najdłużej. Już dawno by mnie wydał za kogoś, gdyby wszyscy nie wiali gdzie pieprz rośnie. Pewnie żałuje, że mama zginęła zanim dała mu synów...
- Powinnaś odejść
-... którzy mogli by pójść w jego.... Zaraz, Co? - Turmalinę zatkało, gdy dotarły do niej słowa nauczyciela - Nie możesz.
- Mogę. I podjąłem decyzję. Niczego więcej się tu nie nauczysz, natchnienie musisz znaleźć gdzieś indziej.

Czego jak czego, ale wydalenia ze Szkoły Turmalina się nie spodziewała. Godzinę później, stojąc na zewnątrz z plecakiem wypełnionym swoim dobytkiem wciąż nie wiedziała co dalej ze sobą zrobić.

Nie minęło kilka dni, a Turmalina Hammerstorm miała już na sumieniu jedną napaść, dwie obrazy słowne szacownych obywateli, kilka przypadkowych urazów ciała oraz przynajmniej jedną karczemną bójkę, co kosztowało ją łącznie niemal całe złoto, które dostała od ojca. I niech ktoś powie, że od braku natchnienia się nie umiera. Cóż, do tej pory nikt nie umarł, ale przy rosnącej frustracji krasnoludki zdawało się to tylko kwestią czasu.
Tak czy inaczej - straż miejska odetchnęła widząc ją odjeżdżającą razem z karawaną, a Turmalina pomachała pachołkom przy bramie jak starym przyjaciołom.




Turmalina nie raz i nie dwa razy klęła przeznaczenie, że nie urodziła się człowiekiem. Co prawda ludzie byli słabi i żyli krótko niczym podwórzowe kundle, ale za to jaka wolność! Ludzie nic nie robili sobie z przykazów, nakazów... to znaczy niby tak, ale w porównaniu do krasnoludzkiego drylu było to jak sielanka. Jednak teraz, po kilku dniach podróży było wyraźnie widać, że bycie krasnoludką nie jest złe. Geomantka maszerowała raźnym krokiem dotrzymując tempa długonogim ludziom i niespecjalnie przeszkadzał jej niesiony plecak - wypchany, z kamieniarskim oskardem przytroczonym do jego boku. Plecak i tak pasował jej niczym świni siodło, gdyż podróżowała w nieco tylko podkasanej ładnej sukni, która do zakurzonego traktu nijak nie pasowała. Dobrze, że choć buty zmieniła na podróżne!

Wysiłek fizyczny całkiem dobrze wpływał na krasnoludkę, gdyż od początku podróży nikogo nie pobiła ani nie zwyzywała, ot czasem jakieś sarkastyczne docinki puściła, co jak na nią było szczytem powściągliwości.
Wewnątrz jednak kipiał niegasnący gniew. Ruszyła na szlak szukać natchnienia, więc dlaczego mijane kształty, osoby i krajobrazy nawet nie ruszały jej artystycznej duszy? Dlaczego nie układały się w głowie jako wzór dla przyszłego arcydzieła? Czyżby przeszła tędy jakaś banda wąskodupych ostrouchych i zgarnęła całe natchnienie z tej drogi?
Turmalina zamyśliła się i nie zauważyła gdy cała karawana stanęła, dlatego zrobiła kilkanaście dodatkowych kroków i stanęła niemal na równi z pyskami pierwszego zaprzęgu. Widząc, że cała karawana stoi, odwróciła się i powiedziała
- Nie szkoda wam czasu na gapienie się na martwe konie? Będziecie je malować, czy co?
Przewróciła teatralnie oczami i zupełnie ignorując ostrzeżenie o pułapce cisnęła w powietrze szczyptę ziemi. Zawirowało i ze szczypty zrobiła się fala, duża, ciężka fala gleby, niczym żywa wydma pomknęła w kierunku lewego truchła z trzaskiem łamiąc powbijane weń strzały i przesuwając je na pobocze. Zapachniało trupem, a krasnoludka wytarła ręce w chusteczkę.
- Już! Zadowoleni!? Możemy ruszać? Czy drugiego nieboszczyka konia też mam szanownym woźnicom przesunąć?
Jakże łatwo było jej przejść z jadowitości w pierwszym słowie owej wypowiedzi do lukrowanej słodyczy w ostatnim!
 
__________________
Bez podpisu.
TomaszJ jest offline  
Stary 27-07-2016, 18:07   #5
 
Demogorgon's Avatar
 
Anna Kathrina, urodziwe, jeśli odrobinę zbyt blade dziewczę o brązfalujących włosach, w nocy w karczmie miała na sobie elegancką i gustowną suknię. Jednak w podrózy ubrana była w lekką zbroję skórzaną, do pasa zaś przypasała niewielką kuszę. Dla pokazu, jak sama twierdziła. Nie uważała się za wojowniczkę.

Zarówno wieczorem, jak i w podrózy, Anna dała się poznać jako niezwykle sympatyczna, młoda dziewczyna. Radośnie flirtowała zarówno z Jorisem jak i Aidymem i była niezwykle przyjazna i otwarta wobec wszystkich. Wydawała się nawet zraniona, gdy Yarla ostentacyjnie odeszła od stołu, wodząc po wszystkich wzrokiem zagubionej owieczki, pytając niepewnie, czy w czymś wojowniczkę obraziła. W czasie drogi była wobec niej szczególnie usłużna, ale też starała się być sympatyczna dla wszystkich. Od czasu do czasu w wolnej chwili, szczególnie na koźle, studiowała jakąś grubą książkę. To oraz niewinny flirt z woźnicą pozwalało jej zapomnieć o niewygodach podróży. Jakkolwiek sympatyczna, Annapotrafiła być dokuczliwa jeśli chciała. Na przykład, gdy Aidym nie okazywał jej wystarczajacego zainteresowania, potrafiła śpiewać z Jorisem, albo głośno wyrazić swoje rozczarowanie, że ich "męski, szarmancki i pełen klasy pracodawca" im nie towarzyszy.

Zapytana o powodyswojej podrózy, wyjaśniała radośnie, że studiuje magię i musi udać się na praktyki do swego wyznaczonego nauczyciela. Jej podobno był włąśnie w odwiedzinach u przyjaciela. Miała się z nim spotkać w Barthen's Provisions. Było widać, że perspektywa edukacji w magii bardzo ją ekscytuje.

***

Anna zmrużyła oczy na widok barykady.Ostrożnie odpięła kuszę od pasa i położyła ją na kolanach.
-Jeśli możecie, to poczekajcie chwilę. - Anna poprosiła delikatnie towarzyszy, którzy zaczęli zmierzać w stronę przeszkody. -Znam zaklęcie, które może nam udzielić ostrzeżenia, jeśli coś nam zagraża. - Otworzyła księgę, zerknęła na coś i zamknęła. Po czym zaczęła szybko tkać czar, jej palce wciąż zaplątane w łańcuszek srebrnego wisiorka, którego używała jako zakładki. Było to proste zkalęcie, która dawało dość ogólnikowe informacje i nie zawsze można było na nim polegać, jednak w sytuacji jak ta, powinno być odpowiednie.


Rzucanie czaru Omen of Peril



Uzyskawszy wizję otworzyła księgę i zerknęła do niej ponownie, nim podała jej rezultat.

-...Jakkolwiek niczego nie mogę powiedzieć na pewno, ten czar nie daje stuprocentowej pewności nawet wytrawnym użytkownikom magii, a ja jestem jedynie początkującą. - Skromnie schyliła głowę.
 
Demogorgon jest offline  
Stary 27-07-2016, 23:52   #6
 
Marrrt's Avatar
 
The Fallen Tower. Nazwa karczmy myśliwemu już od razu zdała się trochę za bardzo dostojna. Ponieważ jednak ostatnie dwa miesiące spędził w śmierdzącym lochu Neverwinter, bynajmniej nie zamierzał narzekać na nadmiar dostojności. Tym bardziej, że zakwaterowanie i wikt, jak zapewniał pan Hallwinter, miał już opłacone na dzisiejszy wieczór. Do izby karczemnej wkroczył więc krokiem pewnym i zgodnie z uzyskanym poleceniem zasiadł w bocznej izbie ozdobionej przybitym do ściany niedźwiedzim łbem i zamówił piwo. Zamoczył usta i… O tancerko przesłodka… zimne! Musiał się karczmarz chyba w lód zaopatrywać… Albo głęboko gdzie beczki trzymać… A niech go… zimne piweczko po tylu dniach wlewania w siebie brudnej wody… Miasto miało jednak swoje dobre strony… Tak też gdy przybył pan Rockseeker, Joris kontemplował już trzeci kufelek tych dobrych stron, pochłonąwszy wcześniej pół bochna chleba z garnkiem gęsiego smalcu. Lekko mętnawymi już oczkami błysnął na widok swojego wybawcy i sponsora, ale zaraz mina mu zbaraniała, gdy przyszło mu poznać resztę współnajemnej ekipy. Chudziak od Mystry z psem, który tak na oko to dwa razy więcej jadł od swojego pana i… baby. Trzy baby dokładnie. Ale jakie trzy. Bogowie. Paszczury, że aż dziw, że ten niedźwiedzi łeb ze ściany nie spadł…
Przywitał się z Aidymem serdecznie, do każdej z pań uśmiechnął się głupkowato, po czym sącząc piwo starał się wysłuchać odprawy nie zerkając jednocześnie na schaby miłości złotowłosej, pokrzywioną szczękę rudowłosej i wydatne kły półorczycy. Szczęśliwie zadanie jakie im powierzono było tak łatwe, że nawet tak mocno uszczuplona uwaga Jorisa wystarczyła by nie miał do niczego uwag, czy wątpliwości. Toteż zachęcony słowami pana Rockseekera już wstawał by zamówić kolejkę piwa gdy…
- O by cię… - wyrwało mu się szeptem na widok nieznajomej, po czym dyskretnie już szturchnął Aidyma - Uszczypnij mnie.
Anna Katharina, bo tak się nazywała, po krótkich negocjacjach ku wielkiej uciesze tropiciela dołączyła do kompanii. I nie pozostawało nic innego jak zacząć hulanie.


Nazajutrz wstał jako jeden z pierwszych. Umył się bardzo dokładnie i nader bezwstydnie przy karczemnej studni, pracowicie wyzbywając się więziennych wszy, po czym przeżuwając pęd z pobliskiej sosenki dla odświeżenia oddechu poszedł na śniadanie. W drodze próbując przy okazji uporządkować wydarzenia z poprzedniego wieczora. Przysposobione od dłuższego czasu do suchego chleba, rzepy i wody, ciało Jorisa zdecydowanie nie nadążało wczoraj za jego duszą. Kłopoty z pamięcią zaczęły się już po czwartym piwie. Do tej pory, uwagę skupiał głównie na Annie, ale jak przecie wiadomo, nie ma brzydkich kobiet tylko czasem… No właśnie. Wtedy brak nie było. I chyba nawet Piąchę wyciągał do tańca skoro miała na niego mieć oko. Bywa. Gorzej, że nie do końca pamiętał jak znalazł się w łóżku. Bo zdaje się, że ostatnie co pamiętał to z trudem pokonaną przeszkodę jaką była zasuwa drzwi karczemnych i darcie się do księżyca. Tak. To już nie bywa, ale wyjście z pierwszej odsiadki ma swoje przywileje jak go nauczyli kamraci z celi. Swoją drogą zupełnie przyzwoite towarzystwo… Nic to jednak. Teraz… śniadanie.


Droga nie dłużyła się jakoś specjalnie. Aidym z kozła gadał jak najęty i można było w dowolnej chwili go posłuchać, lub oddalić się ku ciszy na przód, by odpocząć i przepatrzyć teren. Była skora do śpiewów Aneczka, a do śpiewania, a szczególnie z nią to Joris zawsze był pierwszy. Był też Valko, pies Aidyma. Patyki przynosił, stójkę umiał i w ogóle chytrus z niego był pierwszej wody. Szczególnie jak się z nim boczkiem podwędzanym dzielić. Były łydki Turmaliny, które jego skromnym zdaniem dawały dużą szansę, że żaden dziki zwierz ich nie napadnie. Były woły, które ochrzcił imionami Hrabia i Panicz. Niezbyt jednak gadatliwe. Była Piącha, której zrobił dowcip, że niby się gdzieś zawieruszył, a przecież miała go pilnować. I w końcu była też Japa. A może Yarla. Raz się tylko przy odprawie przedstawiła to nie pamiętał. No i ewidentnie nie w smak była jej ich kompania. Czym jednak Joris się nie zrażał. Może krasnoludzica przechodziła właśnie TE dni. A może co innego ją gryzło.


Trupy koni. I to do licha znajomych koni. Przez chwilę ślepił na nie jakby niedowierzając, że to możliwe by ich pracowdawcę tak po prostu ustrzelono. Przestał i gwałtownie wystraszony złapał za kord gdy coś zaszumiało, zadudniło i pizgnęło w lewego trupa, że aż na skarpę poleciał i się kopytami nakrył. Schaby miłości wyjaśniły co to za dzika energia się z nienacka ujawniła.
- Nosz do reszty zdurniała??? Przecież to kobyła Hallwintera! Gdzie i po kiego chcesz dalej ruszać jak nam ktoś starego capnął???
Rozeźlony schował kord, zdjął z pleców łuk i ruszył do drugiego trupa. Mimo ostrożności nie spodziewał się zasadzki. Znaczy spodziewał, ale takiej co to już swoje zadanie spełniła. To co zamierzał ustalić, to czy były ślady krwi, skąd strzelano, czym strzelano, kiedy strzelano i czy pozostawiono trop.

 
__________________
"Beer is proof that God loves us and wants us to be happy"
Benjamin Franklin

Ostatnio edytowane przez Marrrt : 27-07-2016 o 23:57.
Marrrt jest offline  
Stary 28-07-2016, 06:26   #7
 
TomaszJ's Avatar
 
-Pirytku, a czy ja wyglądam, jakbym była po imieniu ze wszystkimi końmi? - odparowała Turmalina myśliwemu - Nawet nie będę próbowała się domyślać, skąd ty klaczkę nieboszczkę tak dobrze znasz, bo nie od strony fizjonomii żeśmy ją widzieli.
 
__________________
Bez podpisu.
TomaszJ jest offline  
Stary 28-07-2016, 13:42   #8
 
Sayane's Avatar
 
Trakt w stronę Triboaru
10 Eleasias



W obliczu nieoczekiwanej sytuacji na szlaku nowo powstała drużyna zorganizowała się całkiem sprawnie, ujawniając swój potencjał. No, może Turmalina ujawniła go niekoniecznie w kierunku, w którym Joris by sobie życzył, ale jednak. Reszta na podstawie swych lichych doświadczeń gładko wykoncypowała, że blokada traktu równa się pułapka, toteż skupiła się na wypatrywaniu oznak niebezpieczeństwa. Anna za to skupiła się na swej księdze, z niej próbując wyczytać przyszłość. Niestety zaklęcie niczego nie ujawniło - pewnie dlatego, że w swoim niedoświadczeniu zapomniała zakupić potrzebne do niego składniki.

Zresztą nie potrzeba było boskiego oświecenia, bo niebezpieczeństwo ujawniło się samo. Spomiędzy przydrożnych krzaków wyskoczyły cztery paskudne i dość dobrze uzbrojone gobliny i z wrzaskiem rzuciły się na wędrowców, a spośród drzew wyleciały dwa bełty; na szczęście mocno niecelne. Yarla zdołała dostrzec jednego ze strzelców.
Wybity z rytmu przez Turmalinę Joris nie zdążył przygotować się na atak; również zajęte czarowaniem kobiety zostały zupełnie zaskoczone. Natomiast reszta stanęła na wysokości zadania kuszą i ostrzami dając odpór napastnikom. Niestety gobliny wyraźnie miały wprawę w atakowaniu karawan - już pierwsze ciosy upuściły krwi Aidymowi, a Yarla i Joris ledwie trzymali się na nogach. Z kuszą i łukiem w dłoniach nie mieli jak bronić się przed scrimitarami goblinów, które były wyjątkowo dobrze naostrzone - a same bestie bitne, jak to zielonoskórzy gdy spotkać ich w kupie. Najwyraźniej Tymora nie była dziś po stronie ochroniarzy. Przynajmniej woły wydawały się niewzruszone nagłą napaścią i stały spokojnie, choć Aidym nie zdążył ich jeszcze wypiąć. Przynajmniej mystryk miał dzięki temu chronione plecy. Półorczyca z wrzaskiem zaszarżowała na atakującego go goblina, lecz najpierw potknęła się o jakąś kępę trawy i omal nie zaryła nosem w ziemię, a potem prawie skróciła kapłana toporem o głowę. Wyraźnie nie miała doświadczenia w walce z o połowę niższymi od niej przeciwnikami.

Na szczęście Turmi i Anna zebrały się już w sobie i dołączyły do walki.

 
Sayane jest offline  
Stary 29-07-2016, 10:56   #9
 
Nefarius's Avatar
 
-Goblińce!- krzykła Yarla na widok zielonoskórych pokurczy. Ognistowłosa błyskawicznie uniosła kuszę do oddania strzału, lecz na ułamek sekundy zawahała się i bełt świsnął gdzieś obok ramienia jej celu.
-Tfu!- splunęła z pogardą na bok, po czym sprawnym i wyćwiczonym ruchem upuściła kuszę na bok pod nogi (tak, by przypadkiem jej nie zawadzała w trakcie ewentualnej walki wręcz), po czym lekko się pochyliła i zdjęła z pleców wsunięty za dwa rzemienie swój krasnoludzki urgrosh. Oręż był to zacny i śmiercionośny a walka nim przypominała coś na kształt tańca ze śmiercią, albowiem Yarla mogła decydować czy odesłać przeciwnika w niebyt ciężką stalową głowicą czy też przebić go szpiczastą końcówką drzewca, jak w włóczni. O tak, Ognistowłosa uwielbiała tę broń.

Kilka uderzeń serca od oddania niecelnego strzału jej cel był już blisko, wręcz na wyciągnięcie ręki. Cholerny goblin, który skrzeczał, popiskiwał i ruszał się żwawo jak błyskawicą rażony. Nie takich przeciwników miała Yarla, tak więc posłała mu złowrogi uśmiech i wzięła potężny zamach. Głowica topora z impetem wbiła się w glebę, na co goblin odpowiedział cięciem zardzewiałego mieczyka. To było dobre, poziome cięcie które nieuważnemu przeciwnikowi mogłoby poszerzyć uśmiech na grdyce. Lecz nie z Yarlą takie numery. Kobieta błyskawicznie odsunęła się o krok w tył wciąż trzymając długi drzewiec swego urgrosha. Krasnoludzka wojowniczka wyszczerzyła pożółkłe zębiska jak to miała już w zwyczaju. Kobieta energicznym ruchem wyszarpała wbity w ziemię topór i natarła raz jeszcze.

Właśnie wtedy goblin dostrzegł idealną lukę w defensywie Ognistowłosej i pchnął ją swym mieczykiem. Celnie i boleśnie. Yarla stanęła w miejscu i zdrętwiała. Promieniujący ból rozszedł się po ciele, lecz najbardziej dojmujący był w okolicy obojczyka, tam gdzie raniło ją zardzewiałe ostrze. Ognistowłosa odskoczyła do tyłu sprawiając sobie kolejną porcję bólu związaną z wyszarpaniem miecza z rany, lecz zrekompensowała się goblinowi szybciej niż mógł się spodziewać, albowiem już w trakcie odskoku wykonała desperacki młyniec w powietrzu. Nadany toporowi impet był tak potężny jakby sił dodał jej sam Tempus. Krew trysnęła Yarli w twarz, a gdy otworzyła oczy ujrzała jak głowica urgrosha wbiła się od boku w trzewia goblina tak głęboko, że pewnikiem jego śmierć była już kwestią kilku oddechów.

Goblin już nie warczał, ani nie popiskiwał. Stał nieruchomo tępo gapiąc się na twarz swego kata, lecz Yarli to nie wystarczało. Kobieta potężnym kopniakiem rozdzieliła topór od martwego przeciwnika i wartko rozejrzała się po polu bitwy. Dopiero teraz dostrzegła, kilka strzał wbitych w ziemię w jej pobliżu. Strzelec, który próbował ją trafić miał strasznego pecha. Yarla doskonale znała ten charakterystyczny dźwięk pękającej cięciwy. Słyszała go doskonale z okolic jednego z drzew.
-Chodź no tu kurwiu...- burknęła pod nosem. Yarla wrzuciła zdrową ręką topór na ramię, zaś lewą dłoń docisnęła do krwawiącej rany. Przedzieranie się przez krzaki nie było ani łatwe ani przyjemne, lecz krasnoludzka wojowniczka już sobie układała w głowie plan jak odpłacić strzelcowi za chęć ubicia jej.

-Połamię ci łapska skurwielu, a potem wytłukę wszystkie zębiska, potem utne ci uszy i zrobie sobie z nich wisior...- groziła pod nosem konsekwentnie przedzierając się przez gęste krzaki, a po kilku chwilach w końcu go dostrzegła. Zielonoskóry schodził właśnie z drzewa, z którego wcześniej strzelał do najemników. Widząc go Yarla zapomniała o promieniującym bólu i rzuciła się w pogoń. Goblin rzecz jasna próbował uciec, lecz tego dnia Tymora była znacznie łaskawsza dla rudowłosej i już po kilkudziesięciu metrach pościgu Yarli udało się dogonić swoją ofiarę. Solidny kopniak stalowego buciora w kostkę uciekającego pokurcza wywrócił go na glebę i przypieczętował jego marny los. Goblin zdążył się odwrócić i ostatnie co zobaczył to wściekła mina Yarli, oraz jej topór. Ognistowłosa jednak nie miała zamiaru go zabić, gdyż słów na wiatr nie rzucała.

Obuchem urgrosha szybko uspokoiła wierzgającego stwora.
-Obetnę ci jaja, jeśli je w ogóle masz i wepcham ci je do mordy, a potem kiedy już mi wszystko wyśpiewasz osobiście naskrobię pal i cię na niego wbiję...- kontynuowała monolog gróźb. Yarla schyliła się i złapała goblina za nogę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę pobojowiska mozolnie i niezłomnie ciągnąc nieprzytomne ścierwo za sobą.
Zmęczenie walką i pościgiem, a także potężny ból z krwawiącej rany sprawił że trochę czasu Yarli zajął powrót do powozu i pozostałych, lecz w końcu dotarła na miejsce, wyłaniając się z gęstych krzaków. Minę miała nietęgą a zasychające już krople krwi na całej jej twarzy sprawiały iż można by było opisem jej wizerunku straszyć dzieci.

Yarla zbliżyła się do powozu kompletnie ignorując rannych towarzyszy. Ona wciąż była pogrążona w swoim bojowym szale. Krasnoludzka wojowniczka puściła w końcu nogę goblina, na bok cisnęła swoim toporem i sięgnęła na wóz po swój plecak. To właśnie do lewej rączki plecaka przymocowana była jej lina. Kobieta rozplątała prosty węzeł i poczęła wiązać kończyny goblina do koła powozu, tak by był unieruchomiony, a i ich podróż do celu przeżył w sposób nietypowy kręcąc się w koło aż ducha nie wyzionie. Gdy już miała pewność, że goblin nie ucieknie i może być spokojna z trudem zdjęła swoją podziurawioną koszulę i przyjrzała się ranie.
-Do wesela się zagoi...- burknęła raz jeszcze po czym sięgnęła do kieszeni gdzie trzymała piersiówkę z krasnoludzką przepalanką.

Bimber pierwszej jakości, wlany w ogień rozniecał płomienie. Yarla łyknęła sobie potężnego chausta tracąc na krótką chwilę dech w piersi, po czym zacisnęła zęby i utoczyła sobie odrobinę przepalanki na ranę, by ją zdezynfekować. Krzyk rozniósł się echem po całej okolicy, a Yarla padła na plecy walcząc z bólem tak silnym, że aż ją paraliżował. Blada i wycieńczona leżała tak, patrząc się bez emocji na wędrujące po niebie ospałe chmurzyska...
 
__________________
A na sektorach, śląski koran, spora sfora fanów śląskiej dumy, znów wszyscy na Ruch katować głosowe struny!
Nefarius jest offline  
Stary 31-07-2016, 09:06   #10
 
Demogorgon's Avatar
 
Jeśli nieudane zaklęcie rozgniewało Annę, nie dała tego po sobie poznać. Zaskoczyć zaskoczyło ją na pewno, ale tym będzie się martwić później. Na razie mieli problem z niespodziewanym atakiem. Dziewczyna zamknęła z trzaskiem księgę i zaczęła szybko gestykulować, szepcząc słowa czaru i wbijając wzrok w Goblina strzelającego do Jorisa. Czuła jak magia mknie w jego stronę, pokonując bariery językowe i sącząc jej jadowite podszepty w jego umysł. Wypełniała go wizjami ciemności, pewnej śmierci niesionej przez człowieka przed nim. Oraz jednym, surowym żądaniem, uderzającym w jego umysł raz za razem, coraz głośniej i głośniej i głośniej. Uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj! Łucznik mało nie spadł z drzewa, ale jakoś udało mu się zachować spokój, choć wydawał się dość wstrząśnięty zesłaną mu przez dziewczynę wizją. *Anna postanowiła wykorzystać okazję i poderwała kuszę, by mu odpłacić pięknym za nadobne. Ale, jak sama mówiła, nie była dobrym strzelcem i tylko zmarnowała pociski.
Widząc, że sytuacja na polu bitwy została opanowana, a inne Gobliny pokonane, Anna zeskoczyła z kozła i z kuszą w rękach ruszyła w stronę tamtego napastnika.
-Panie Goblinie - Zaczęła grzecznie, przetrącając krzaki końcówką kuszy. - Pańscy przyjaciele nie żyją. Nie ma potrzeby, byśmy zabili również pana. Niech pan wyjdzie, proszę pana bardzo. Podda się pan, odpowie na kilka pytań i puścimy pana wolno. Po co ginąc tylko dlatego, że pana koledzy mięli mniej szczęścia? Moi towarzysze to niebezpieczni i krwiożerczy ludzie, jeśli będzie pan próbował uciec, nie odpuszczą panu. Ale jeśli się pan podda i będzie współpracował, to ma pan moje słowo, że nie podzieli pan losu swoich współpracowników. To jak będzie? Mogę na pana liczyć? Będziemy przyjaciółmi? - Cały czas powierzchownie przeczesywała krzaki, nie zagłębiając się za bardzo. Przesuwała tylko ich końcówki końcem załadowanej kuszy. Gdyby Goblin na nią wyskoczył, była gotowa strzelić. Jeśli jednak wyjdzie spokojnie, da mu szansę aby się poddać.
 
Demogorgon jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:09.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168