Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-12-2016, 04:16   #1
 
kinkubus's Avatar
 
[AD&D 2ed] Czarna Horda


Pierwsze ognisko konfliktu rozgorzało na wschodzie. Wschód - wybaczcie, że tak się do niego odniosę, gdyż tak naprawdę jest to barwna kraina geograficzna - od pokoleń toczył zażarte boje z goblinoidami, szczególnie obejmując sobie za wroga tamtejsze plemiona hobgoblinów. Nieliczne grupy i wyprawy wojenne przebijały się do wybrzeża, ale niewielki fort i patrole wystarczyły, by nie przepuścić ich głębiej w terytorium Złotego Kłosu.
Żeby nie zarzucać was informacjami, skupmy się w pierwszej kolejności na goblinoidach. Wiedzcie, że kiedyś nikt nie przypuszczał, iż plemiona będą w stanie zebrać się w zorganizowaną armię; chociaż liczne i wieczne toczące zażarty bój o ziemie oraz niewolników, nie potrafiły dogadać się między sobą lepiej, niż z pobliskimi hrabstwami. Można powiedzieć, że wschód stanowił swego rodzaju bastion, który oddzielał dzikusów od reszty cywilizowanego świata. Jak zapewne wiecie, sytuacja ta zmieniła się, gdy jedno z plemion wydało na świat wodza, który zatrząsł niezmiennym stanem rzeczy.

Uwierzcie lub nie, początkowo wschód był nawet rad, że pojawiła się jakaś przeciwsiła! Widzicie, nic nie zapowiadało, że z głębi terytoriów hobgoblinów wypełznie cała horda. Wódz o którym wspominałem z początku w ogóle nie kwapił się do atakowania odwiecznych przeciwników; zrobił coś z goła innego! Zwrócił swe ostrze - szpon, jak to niektórzy mawiają, zwrócił swój szpon - ku pobratymcom. Ruszył z krwawą krucjatą przeciwko innym plemionom, doprowadzając do najspokojniejszych kilku lat na wschodzie. Wysoko-urodzonym oraz kupcom było to na rękę, mogli rozwinąć skrzydła, nie tracąc już fortuny na prowadzenie walk z goblinoidami. Zignorowali problem, który zdawał się rozwiązać sam. Ba! Plotkarska wieść niesie, że niektórzy nawet pomagali wodzowi, finansując zbrojne najazdy i grupy najemnicze, które naciskały atakowane plemiona z drugiej strony, ale... cóż, to tylko plotki, więc należy przyjąć je z ziarnem soli... goryczy? Doprawdy zapomniałem jak to było... Ach tak! Dalsza część historii!

Zignorowali problem, gdyż nie znali dalekosiężnych planów wodza. Któż mógł przypuszczać, że hobgoblin sięgnie myślą poza plany na podwieczorek? Niestety, dokładnie tak się stało. Wódz gromadził armię, wprowadzał w ruch machinę wojenną. Być może nie udałoby mu się to, gdyby nie ignorancja wschodu; przez lata podporządkował sobie wszystkie największe plemiona i gdy był już gotowy, a kraina ucichła bez toczonego konfliktu, wyruszył na podbój.
Nie będę wam teraz mówił, jak zmasakrowano wszystkich mieszkańców wschodu i zostały się jedynie zgliszcza... Cóż, mniej więcej tak właśnie było, jednak horda okupiła to ciężkimi stratami. Na każdego dzielnego męża, który poległ w bojach, padało dwóch lub trzech zielonych, ale nie miało to większego znaczenia przy skali wylewającej się armii. Na przedzie szły gobliny i inne mniejsze stwory, bezmyślne istoty, które rządne krwi i szybkiego łupu, ginęły całymi falami. Zaraz na ich truchła wchodziły kolejne zastępy, stopniowo zastępowane potężniejszymi żołnierzami. Niestety nikt nie spisał dokładnych kronik, gdyż konflikt pośród plemion został zignorowany i przez to prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, jak wódz zjednoczył pod swoim sztandarem nie tylko gobliny, hobgobliny i niedźwieżuki, ale również ogry, gnolle czy nawet trolle! Podczas najważniejszych strategicznie bitew, odnotowywano obecności nawet bardziej niecodziennych istot, jak chociażby... te latające stwory, których nazwy już nie pamiętam.

Cywilizacja wschodu upadła pod zbrojnym obcasem najeźdźcy. Na tym etapie nikt nie wiedział, co nastąpi dalej. Po landach rozesłani zostali posłańcy, prośby o odsiecz, która jednak nigdy nie przybyła. Taktyka wodza była niezwykle skuteczna, operował nie tylko liczebnymi szeregami, ale również czasem. Nie ustępował w natarciach, a za poległymi miał drugie tyle żołnierzy do wrzucenia prosto na front.
Czego chciał wódz? Jaki był jego cel? Zniewolił masy, splądrował fortuny, ale zamiast celebrować zwycięstwo, nie zatrzymał pochodu nawet na chwilę. Ta sama siła, która wylała się na wschód, przedarła się na wybrzeże. Kłos nie był przygotowany do tak brutalnej walki; patrole natychmiast się wycofały, a niewielki fort graniczny został zniszczony w trakcie pierwszego dnia inwazji. Biedacy stanowiący pierwszą linię obrony nie mieli szans, tak samo jak nieszczęśni mieszkańcy... nieszczęśni mieszkańcy... jak nazywała się... Ach tak! Beothorp!

Na czym skończyłem...? Wiecie, strasznie długo gadam. Polejcie, bo zaschło mi w gardle! Postawcie kolejkę czy dwie, a usłyszycie resztę historii! Może nawet wyjawię wam sekret, skąd to wszystko tak dokładnie znam...





Bastion, 2 dni po bitwie

Minęły dwa dni; najdłuższe w życiu chyba każdego, kogo udało się zgromadzić. Niedobitki stoczonej niedawno bitwy, uchodźcy, zmuszeni opuścić swój dobytek czy wreszcie przypadkowi przejezdni, którzy mieli nieszczęście znaleźć się na trakcie podczas jednego z najpaskudniejszych, historycznych wydarzeń w okolicy.

To dwa dni temu stoczono bitwę, podczas której gwardia Złotego Kłosu oraz sojusznicy zostali rozgromieni przez najeźdźców. Zaledwie dwa dni minęły, kiedy wszyscy w ukryciu przeżywali najgorsze chwile, wyczekując okazji do opuszczenia kryjówki. Nie doszły ich żadne wieści z zewnątrz, jedyne co widzieli, to wojenne bandy Hordy, które przeczesywały teren w poszukiwaniu ocalałych.
Nawet najwięksi weterani gwardii ze strachem wspominali, jak ogromna zdawała się armia Tazoka. Pierwsze natarcie, drugie, trzecie, chociaż pole uścieliły ciała prymitywnych napastników, zaraz za nimi wynurzali się kolejni, gotowi z równym zapałem rzucić się do gardeł i próbować wydusić z przeciwnika żywot. Najgorsze jednak nastało później, kiedy zjawił się sam przywódca - ten, którego zwali Czarnym Szponem - otoczony zastępami uzbrojonych po zęby, hobgoblińskich siepaczy.
To była masakra. Gdy rzucili się na wycieńczonych obrońców, błyskawicznie rozbili ich formację i zatopili się głęboko, aż po same tyły. Po pierwszej złamanej formacji padały kolejne, gdy przerażeni gwardziści zaczęli wycofywać się z pola walki. Nie znaleźli jednak ukojenia w swojej zdradzie, spotkała ich śmierć w szaleńczym pościgu lub hańba, gdy uchodzili z życiem, słysząc jęki mordowanych towarzyszy.

Traumatyczne wspomnienia po bitwie rozchodziły się po obozie, niszcząc ducha. Nie pomagały doniesienia, że na północnej flance, pośród Hordy dało zauważyć się prawdziwy pochód śmierci, na przedzie którego szedł zakuty w pancerz mężczyzna. Nieumarli snuli się nieprzerwanie do przodu, przypominając o losie, jaki spotkał obrońców na wschodzie oraz mieszkańców Beothorp.
Jeden z młodych gwardzistów zarzekał się, że spotkał mężczyznę twarzą w twarz i został puszczony wolno, jakby to ze strony tego, który dowodzi zmarłymi mógł oczekiwać największej łaski. Imię Mulahey wędrowało między uciekinierami, którzy wzdrygali się na sam jego dźwięk niemniej, niż na wodza Hordy.

Równie niepokojąca była pogłoska, jakoby pośród ocalałych znajdował się jeden z Poszukiwaczy Skruchy i Odkupienia; zakonu, którego członkowie pełnili role katów. Nikt nie wiedział, dlaczego taka osoba miałaby znajdować się w takim miejscu, daleko od siedziby, która znajdowała się na zachodzie w Galbii, jeszcze za Szóstym Królestwem.


Bastion. Tak ochrzczono obóz, jakby miał zostać miejscem, gdzie spędzą kolejne dni, a może nawet tygodnie. Nie wszyscy jednak mieli zamiar czekać bezczynnie. Pośród ocalałych znajdowało się kilkudziesięciu gwardzistów, zdolnych fizycznie do walki, niestety psychicznie w opłakanym stanie. Przewodził nimi konstabl, który zarządził zebranie wszystkich zdrowych i umiejących walczyć.
 
kinkubus jest offline  
Stary 30-12-2016, 22:05   #2
 
Hazard's Avatar
 
Kres Bezczynności
Można powiedzieć, że świat jest mały. Wnioskując po masce i płaszczu, Rodrik nie miał wątpliwości, kim był konsultant konstabla. Jeden z katów Poszukiwaczy Skruchy i Odkupienia, którego imię nie padło do tej pory ani razu. Ludzie Ci byli niesławni w całej Galbii do tego stopnia, że opowieści o nich wędrowały wzdłuż traktu handlowego i pukały po drodze do różnych zakątków wybrzeża. Na szczęście, dzięki swojemu wysokiemu urodzeniu, Rodrik nie musiał odpowiadać przed nim, a do tego jako zbrojny, szybko został poproszony przez konstabla o pomoc w organizacjach. Cokolwiek miał przez to na myśli.
Podobny zaszczyt kopnął niziołka Edissona, który jeździł na niczym innym, jak szkolonym dziku. Chociaż oboje nie byli masywnej postury, robiło to wrażenie.

Albin zaś wrócił z obchodu po obozie, gdzie rozgłaszał rozkaz konstabla, by stawić się na apel w przeciągu godziny.

- Oprócz was trzech - powiedział konstabl, mając na myśli zbrojnych - jest jeszcze kapłan, ale nie chcę odrywać go teraz od jego zajęć. Od ranka nie widzieliśmy żadnych patroli tego ścierwa z Hordy. To znaczy, że możemy już być wolni. Mam plan, żeby wysłać kilka grup zwiadowczych, szybko sprawdzić teren, a następnie spróbować przebić się do Angton. Za murami miasta będziemy bezpieczni, ci ludzie tego potrzebują. Co wy na to?

Mężczyzna był wyraźnie zagubiony i zadając to pytanie, oczekiwał jakiegokolwiek poparcia.

- Trzeba najpierw sprawdzić, czy za murami miast na pewno wciąż jest bezpiecznie - przemówił Kat. Jego ponura poznaczona bliznami twarz oraz niski, lecz cichy głos emanowały melancholijną aurą. - Garnizon jest w strzępach. Hobgobliny mogą właśnie teraz oblegać miasto, o ile jeszcze go nie podbiły. Być może brak patroli jest właśnie spowodowany tym, że Szpon potrzebuje w tym celu wszystkich sił. Jeżeli miałbym szukać gdzieś ratunku, to kierowałbym się na zachód. Być może dobrym pomysłem byłoby wysłanie dwóch grup zwiadowczych. Jedną do Angton, a drugą do tej wioski na zachodzie.

- Niemożliwe! - konstabl oburzył się na samo wspomnienie, że Angton mogło upaść. - Zresztą, miasto znajduje się trzy dni drogi stąd, cała wyprawa zajęłaby pięć czy sześć dni, to zbyt długo. Ci ludzie - wskazał w kierunku środka obozu - nie będą chcieli porzucać swojego dobytku, więc i zachód odpada. Ta wioska rybacka... Pagat? To zadupie...

Można było odnieść - całkiem słuszne zresztą - wrażenie, że konstabl był we wszystkim na nie.

- Jeżeli nie upadło, to wokół może kręcić się cała horda tych zielonoskórych, która blokuje dostawy żywności do miasta i pilnuje by nikt stamtąd nie uciekł - odparł Albin, nieprzejęty słowami konstabla. - A może wszystko jest w porządku, a miasto jest całe i zdrowe. Ale jak zmarnujemy trzy dni, jak nie więcej, na podróż i wpadniemy na całą armię, to wszyscy będą skończeni. Ta wioska to zadupie, ale tam może znajdziemy jakieś zapasy jedzenia. Nawet gdybyśmy mieli iść na do Angton, to nie wystarczy nam jedzenia.

- Panowie po co ruszać stąd dupy? - Odezwał się niziołek ze skwaszoną miną. - Siedźmy w tej zapadłej dziurze, dumnie nazywanej garnizonem i czekajmy aż horda hobgobliów wybije nas w pień. Tak będzie kurna najlepiej!

Sir Rodrik pewnym krokiem dołączył do naradzających się wojowników, starał się emanować autorytetem godnym szlachetnie urodzonego rycerza, chociaż jego opończa mogłaby skorzystać z zacerowania paru dziur, a kolczuga też miała na sobie nieco wgnieceń. W milczeniu obserwował pozostałych, szczególnie Poszukiwacza Skruchy, tak tego powinien mieć po swojej stronie. Konstabl wydawał się tracić nerwy, a niziołek wywoływał w nim pobłażliwy uśmiech, chociaż na tym dziku wyglądał prawie groźnie…

- Muszę przyznać, że miłym zaskoczeniem jest dla mnie spotkać w tak dalekich stronach członka szlachetnego zakonu Poszukiwaczy i Galbijczyka. Albin, prawda? Ja jestem Sir Rodrik z rodu Malark - wyciągnął rękę do złowrogiego mężczyzny, gotów w przeciwieństwie do tego błazna niziołka powitać go jak osobę równą stanem.

- Przyjemność po mojej stronie Sir. - Kat uścisnął rękę mężczyzny, starając się nie okazywać zdziwienia, że ktokolwiek zna jego imię. W końcu prawie wszyscy mówili do niego po prostu “Kat”. Miał już wypowiedzieć swoją standardową formułkę, że życzy spokoju jego sumieniu i aby jego stopy nigdy nie przekroczyły progu zakonu Poszukiwaczy Skruchy i Odkupienia, ale Albin nauczył się już, że w tych stronach ludzie nie rozumieją dobrych intencji płynących z tych słów. Zapewne, jedna wizyta w ich siedzibie wystarczyłaby, by zrozumieli…

- Zgadzam się, że miasto Angton jest prawdopodobnie oblegane, a jeżeli informacje które mamy o liczebności i sile tej “Hordy” są przynajmniej częściowo prawdziwe, nie widzę szans, aby wytrzymało one oblężenie bez przyjścia odsieczy, a skąd miałaby ona nadejść na czas? Złoty Kłos to kupcy, których militarna siła została już złamana. Udanie się do położonej na uboczu wioski która może ujść uwagi głównych sił Hordy i gdzie możemy uzupełnić zapasy jedzenia wydaje się znacznie rozsądniejszym pomysłem. Następnie powinniśmy podążyć na zachód w stronę Królestwa, Klany pewno porozumieją się by stawić czoła Hordzie w obliczu zagłady Złotego Kłosu. W razie potrzeby możemy nawet zaryzykować przeprawę przez Mokradło Jaszczura - Kontynuował Rodrik. - Ilu mamy konnych? Proponowałbym zrobić zwiad w kierunku wioski. Musimy też trzymać motłoch pod kontrolą - powiedział z nutą pogardy, zaciskając pięść - widziałem jak kilku wieśniaków patrzyło na transport zboża, który należy do mojego suwerena, potężnego Barona Galbartha z Królestwa, dałem im do zrozumienia, że to bardzo nierozważny pomysł…

Mały, krępy Edisson przysłuchiwał się z uwagą słowom rycerzyka. W rękach obracał swój młot bojowy. Pobłażliwy uśmiech sir Rodrika nie umknął jego uwadzę. Niziołek zanotował sobie również fakt, że ku niemu nie wyciągnął ręki. Gdyby mężczyzna zechciał naprawić swój błąd należałoby mu wtedy skręcić nadgarstek.

- To się nazywa honor. - Zauważył niziołek. - Miasto Angton jest oblegane w takim razie może my podskoczymy po jakieś jedzonko do wioski rybackiej. Tam na pewno nie spadnie panu włos z głowa sir Rodriku. Jakże szkoda by była takiej fryzury.

Rodrik zmierzył niziołka lodowatym spojrzeniem.
-A co ty wiesz o moim honorze maluchu, może uważasz się za rycerza? Wierność to jestem winny mojemu Panu, pomoc której udzielam jeno z mojej dobrej woli wynika.

- Och niezmiernie jesteśmy Ci wdzięczni! Jedynie Twoja dobra wola i łaska może nas uchronić przed hordą nieumarłych i bandą zielonoskórych. - Zakpił sobie z człowieka Edisson. - Rozejrzyj się człowieku. Jesteśmy w środku paskudnego bagna.

- Dosyć! - konstabl przerwał kłótnię, chcąc zapobiec zaostrzeniu konfliktu. - Za godzinę apel, zobaczymy kto się nada na zwiad. Wyślemy grupę na północ i zachód, będziemy stopniowo badać teren. Odmaszerować! - stanowczo zakończył dyskusję. Wyglądało na to, że wymiana zdań szlachcica i niziołka zdenerwowała mężczyznę i chciał zamknąć temat, aby przynajmniej nie musieć patrzeć, jak dwójka rzuca się sobie do gardeł.

Co za beznadzieja, pomyślał niziołek. Czym świat sobie zasłużył na tą plagę, która spłynęła na te spokojne krainy? Edisson nie mógł znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Był jednak pewien, że nie odpuści żadnemu ścierwu chodzić i plamić tutejszych ziem. Tymczasem odmaszerował bo i cóż miał zrobić? Póki miał jeszcze okazję postanowił zaspokoić głód. Kto wie kiedy będzie miał jeszcze okazję coś zarzucić na ząb?

Kat skinął głową i wykonał rozkaz. Zawsze wykonywał rozkazy. Jednak nie odszedł zbyt daleko, a jedynie zbliżył się do “palisady”. Oparł się o nią plecami i cierpliwie zaczął czekać, aż w końcu rozpocznie się apel. Był cierpliwy.

Rodrik w milczeniu odpowiedział konstablowi lekkim skinieniem głowy, przynajmniej wreszcie spróbował przejąć kontrolę, w takich ciężkich sytuacjach ratunek tkwił w silnym, bezwzględnym przywództwie, a nie w próźnych naradach.
- Rozumiem w jakiej sytuacji jesteśmy, a ty co robisz by ją poprawić? - Burknął do niziołka gdy odchodzili. Nie dodał, że największe szanse miałby odjeżdżając samotnie na zachód, zanim dotrze tu Horda. Miał jednak misję do wykonania, zabezpieczyć transport zboża do Królestwa. Udał się by porozmawiać z tym wyrachowanym kupcem Albericiem, o tym, czy jest on gotowy do ewentualnej podróży i czy zboże jest odpowiednio zabezpieczone przed motłochem.
 
Hazard jest offline  
Stary 02-01-2017, 08:01   #3
 
Cedryk's Avatar
 
Nieoczekiwane spotkanie

Był to zbieg okoliczności, niemniej szczęśliwy, jak niewiele rzeczy pośród rannej duchowo i na ciele ludności. Rond, kuzyn Dwalina, zupełnie przypadkiem znalazł się w Bastionie. Nie wiedział co się dzieje, gdy na szlaku spotkał kilku ludzi, którzy już żegnali się z życiem, otoczeni przez grupę nieumarłych. Zachował się dzielnie, acz mało rozsądnie; bez namysłu zaatakował ożywieńców, tworząc okazję do ucieczki. Wraz z ocalonymi osobami, uciekł w stronę brzegu, gdzie natrafił na gwardzistów.

Chociaż nie odstępował kuzyna niemal na krok i pomagał mu jak tylko potrafił, był wyraźnie wzburzony. Oczywistym Dwalinowi wydawało się, dlaczego. Nigdzie nie było widać Frigi. Została w Angton.

- Słuchaj Dwalin. Musimy ruszyć tyłki i wybrać się do miasta, bo mi to spać nie daje! Co, jak coś jej się stało? A jak któryś położył na niej swoje brudne łapska... no zatłukę, jakem Wręczmocny! Bez niej czuję się, jakbym nie miał gaci na dupie! Musimy iść po moją kuszę!

Dwalin tylko zatarł mocarne ręce wyrobione pracą w kuźni, przy tworzeniu pancerzy i broni.
- Rond, bracie. Wiem czym jest dla ciebie Friga. Wszak to twój czeladniczy majstersztyk. Dzięki niej udowodniłeś swoje umiejętności. Niestety ja na rozkazie stoję i na honor naszego rodu nie mogę go złamać. Z chęcią bym ruszył do Angton, lecz nie mogę.
Potem popatrzył ze smutkiem na kuzyna.
- Pomiędzy nami a miastem zapewne są chędożone bandy z hordy hobgoblinów i byłoby szaleństwem przedzierać się teraz do miasta samemu to hazard. Najlepiej będzie gdybyś poczekał gdy wycofamy się do miast by wspomóc jego obronę. Wiem, że bez Frigi to jakby uciąć rękę. Nie zapominaj, że jesteś zbrojmistrzem, więc możesz naprawić jakąś ze zdobycznych, czy też uszkodzonych. Nie zastąpi ona Frigi, lecz na jakiś czas powinna wystarczyć.Wybór zależy od ciebie, czułbym się mając krewniaka wśród wojowników, z którym staję w szeregu do walki, lecz nie ma prawa cię też zatrzymywać bracie.
Kapłan wojownik Chantuea rozłożył ręce.

- Ty to zawsze tak coś powiesz, że będę czuł się winny, żem się w ogóle urodził. Nic nie zastąpi Frigi, ale masz rację, na razie muszę się zadowolić tym, co mamy. Stawię się na apelu, może będą jechać do miasta. Może nawet pożyczą mi jakąś pożal się boże kuszę. Ty też się stawisz?

- To mój obowiązek wobec klanu. Tak stawię się. Wpierw jednak zobaczę co się da zrobić dla rannych, środkami jakimi dysponujemy. Co zaś się tyczy kuszy , jak się za nią weźmiesz to będzie lepsza niż nowa , W końcu to krasnoludy, są mistrzami zarówno w wytwarzaniu broni, jak i płatnerstwie i żaden człowiek nam nie dorówna.
- Potem Dwalin klepnął kuzyna po szerokich plecach.
- Bracie, poszukaj też jakieś zbroi, może do czasu apelu uda ci się jakoś ją naprawić lub poprawić

Rond obrócił się na pięcie i niepewnie odszedł w inną część obozu. Mamrotał coś do samego siebie, wplatając kilka krasnoludzkich przekleństw. Dalej, przy polowym szpitalu, nad rannymi uwijała się zielarka, która dopiero po pierwszym dniu odzyskała rezon i przestała lamentować nad śmiercią kogoś bliskiego. Pulchna elfka nie chciała wyjawić dokładnie kogo spotkał nieszczęśliwy los i teraz skupiała całą swoją uwagę na pomocy potrzebującym.

Dwalin skinął głową zielarce.
- Dwalin, kapłan Chantuei, medyk i zielarz również, przyszedłem pomóc. Mam czas do apelu. Wskaż tylko gdzie potrzebujesz pomocy.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975

Ostatnio edytowane przez Cedryk : 03-02-2017 o 17:11.
Cedryk jest offline  
Stary 02-01-2017, 18:26   #4
 
hen_cerbin's Avatar
 
- Spóźniony. Wiecznie spóźniony - mamrotał starszy mężczyzna w szarych (w tej chwili ciężko odróżnić czy taki jest ich kolor czy są tak zakurzone) szatach* spóźnił się na rozmowę między konsultantem konstabla a dwójką wojowników. Oglądając “umocnienia” Bastionu zdał sobie sprawę, że obóz jest śmiertelną pułapką, a choć trzydzieści lat wcześniej podziwiał bohaterów walczących na murach oblężonej twierdzy w beznadziejnej walce przeciwko przeważającym siłom wroga, dziś, dzień po swoich 45-tych urodzinach, miał nieco inne zdanie na ten temat.
Krzyki i kłótnie jakie słyszał od wspomnianej trójki nie różniły się z daleka niczym od krzyków i kłótni na jego ukochanej Alma Mater, której zresztą poświęcił większość swojego dalszego życia. Wiedział więc, że ktokolwiek uciął je jednym zdaniem, zdecydowanie ma tu władzę. Niestety, zanim do nich dotarł rozeszli się i zniknęli w tłumie. Szuka teraz zarządcy tego bałaganu by zaoferować swoje usługi… rozgląda się też za kolegami po fachu - przecież ktoś oprócz mnie musiał przeżyć ewakuację!

Mężczyzna nie musiał długo szukać. Rozglądał się przez chwilę po obozowisku, kiedy nagle poczuł czyjąś obecność tuż za swoimi plecami. Kiedy się odwrócił, stanął w twarzą w twarz wielką postacią Kata, okrytego w swój płaszcz w kolorze fuliginu - kolorze, który był ciemniejszy niż czerń. Pokryta bliznami twarz Albina przyglądała się przez chwilę mężczyźnie.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytał w końcu, jednak zaraz zrozumiał jak niepoprawne to pytanie może brzmieć z ust kata. - To jest, widziałem, że kogoś szukasz.

- O to samo chciałem zapytać. Magister in artibus, mag. in magicae, baccalaureus alchemy, doctore prestidigitator (in spe), procuratore, legatum dean Corlo Orothos… - przerwał na widok wyrazu twarzy Kata - wybacz, na uczelni ludzi bez co najmniej trzech tytułów przed nazwiskiem nikt nie słuchał. Po ludzku: mag iluzjonista, który obawia się, że obecnie bardziej może się przydać jako pisarz albo rymarz amator, o ile znajdą się narzędzia do obróbki skóry. Podejrzewam, że dałbym też radę rozerwać uchodźców i odwrócić ich uwagę od nadciągającej zagłady choć na chwilę… chyba jeszcze pamiętam jak się to robi -
uśmiechnął się do wspomnień - Mógłbym też poprawić obronność tego obozu, gdybym miał kilkudziesięciu ludzi do pomocy, kilka tygodni i jakieś 10000 gp do wydania na materiały. A nie mamy żadnej z tych rzeczy i nie zanosi się na to, byśmy mieli. Co prowadzi mnie do drugiej kwestii - Ta prowizoryczna palisada nie wytrzyma poważnego szturmu, a ci wszyscy uchodźcy tu zdążający zostawili ślad po którym ślepy by trafił. Musimy ewakuować obóz zanim stanie się śmiertelną pułapką. Jest jak sak do którego wpędza się rybki, żeby później wybrać wszystkie naraz. Podsumowując: Nazywam się Corlo. W czym mogę pomóc?

Potok słów, który wypłynął z ust czarodzieja nieco przytłoczył Kata. Do tej pory myślał, że gadulstwo jest cechą jedynie polityków, aktorów i kryminalistów złamanych przez ból, jednak wyglądało na to, że czarodziei również.
- Na chwile obecną? W niczym. Ale w przeciągu godziny ma odbyć się spotkanie ze wszystkimi, gdzie konstabl podzieli się swoim planem. Ogólnie, to chcemy najpierw wysłać dwie grupy na zwiad. Jedną na północ, drugą na zachód. A kiedy mniej więcej rozpoznamy się w terenie, to wyruszymy tam gdzie będzie wygodniej. Jeżeli będziesz chciał pomóc, to mógłbyś dołączyć do którejś z tych grup.

- Aby dodać grupie kolorytu - jęknął mag - mam nadzieję, że nie oczekujesz wiele więcej.
 
__________________
Sonda - Gobliny

Ostatni, cz. IV
Gladin, Druidh, Gob1in, Stalowy
hen_cerbin jest offline  
Stary 03-01-2017, 14:06   #5
 
Pan Elf's Avatar
 
Szafran nigdy się nie spodziewał, że tak właśnie potoczą się jego losy. To znaczy, dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że jego tułaczka po świecie do łatwych należeć nie będzie, jednak nigdy nie mógł przewidzieć, że na swojej drodze natknie się na wojnę.
Fakt ten zaskoczył go równie mocno, co i wszystkich mieszkańców i gości Złotego Kłosa. Nie mniej on chyba był z tego powodu najbardziej niezadowolony. Wszak coś groziło jego cennemu życiu! A jeszcze bardziej, niż o swoje życie, obawiał się o swoją piękną twarz. Bo cóż to byłoby za nieszczęście, gdyby tę nieskazitelnie przystojną buzię, o wyrazistych rysach i śniadej cerze, oszpeciły paskudne blizny wojenne?! Szafran na samą myśl aż dygotał z przestrachu.
Na szczęście należał on do ludzi zaradnych, bardzo sprytnych, którzy potrafili sobie poradzić w każdej sytuacji, zawsze, niczym kot, spadając na cztery łapy bez żadnego uszczerbku na swojej urodzie i w większości na swoim zdrowiu.

- I kiedy pojawiła się wielka horda, ja, dzielny i mężny, nie zostawiłem bezbronnych w potrzebie, narażając własne życie dla grona sierotek! - opowiadał, dumnie wypinając pierś i żywo gestykulując.
Słowa te oczywiście nie były prawdą, bo kiedy Złoty Kłos został zaatakowany, Szafran pierwszy chwycił za swój dobytek zamknięty w jednym plecaku i pognał przed siebie, razem z innymi, nawet nie oglądając się za siebie. Oczywiście nie widział w tym nic złego, a za tchórza się nie uważał - dbał jednak najbardziej o własne interesy, a do innych starał się nie przywiązywać.
Lubił jednak opowiadać niestworzone historie o sobie samym, bo siebie samego najbardziej ze wszystkich uwielbiał. Opiewał więc swoje bohaterstwo, czasami słusznie, częściej jednak na wyrost, zawsze jednak ku uciesze i zachwytowi jego słuchaczy. Bowiem najbardziej, zaraz po sobie, kochał wzbudzać zachwyt.

Jednak nie tylko na samoprzechwałkach minęły Szafranowi pierwsze dwa dni w Bastionie, prowizorycznym obozie, w którym ukrył się wraz z resztą uchodźców. Dobrze wiedział, że nastroje innych były raczej kiepskie - Szafran bowiem miał wysoko rozwiniętą empatię, bez której zresztą również dało się wyczuć grobowe humory.
Czas, którego nieziemsko przystojny bard nie spędzał na opowiadaniu o niesamowitych przygodach i bohaterach, których znał osobiście, ani na poprawianiu swojej nienagannej fryzury i zakręcaniu czarnego wąsa, wykorzystywał na rozmowy z rannymi. W tych rozmowach oczywiście nie omieszkał opowiadać kolejnych historii o wielkich bohaterach, których spotkał na swojej drodze, jednak w tych opowieściach bohaterowie ci byli ranni, bliscy śmierci lub też w wielkim smutku. Szafran wiedział bowiem, że w taki sposób choć trochę może pocieszyć zwykłych, prostych ludzi - pokazując im, że nawet wielcy bohaterowie są tylko zwykłymi śmiertelnikami, jak oni.
Innym razem raczył swoich słuchaczy pokrzepiającymi pieśniami. Jego głos był ciepły i przyjemny dla ucha, doskonale komponował się z melodią wygrywaną na pięknej, choć trochę już poobijanej, lutni.

Przez te dwa dni zwracał na siebie uwagę bardzo często. Śpiewem, grą na lutni lub flecie, ale również wcześniej wspomnianymi opowieściami i swoim dosyć ekstrawaganckim strojem. Było w nim coś, co nie do końca pasowało do ulicznego, wędrownego barda. Był uszyty na miarę jego atletycznej, smukłej sylwetki młodego boga i choć trochę znoszony i okurzony (co zresztą nie umknęło jego narzekaniom na warunki panujące w obozie), to ewidentnie z najlepszej jakości materiałów. I do tego ten wielki kapelusz z piórem na głowie.
Co ważniejsze, zdawało się, że wcale nie robił sobie wiele z powagi zaistniałej sytuacji. Jakby fakt, że znaleźli się w potrzasku, nie wywierał na nim żadnego przestrachu. Może była to tylko doskonała gra aktorska, a może po prostu taki już był. Albo też doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że cokolwiek się wydarzy, jemu nic się nie stanie - a przynajmniej takiego był przekonania.

Poranek trzeciego dnia spędził całkiem inaczej, niż niektórzy obozowicze. Zamiast przejmować się ich losem i knuć, jak się wydostać, Szafran z samego rana flirtował niewinnie z jakąś kobietą. Przyciągnęła jego uwagę niezwykle pięknymi rysami twarzy. Przypominała mu majestatyczne rzeźby, które dawno temu miał okazję oglądać, i które wywarły na nim ogromne wrażenie. Dziewczyna miała złote loki, które niezgrabnie opadały na jej ramiona i zielone oczy, tak bardzo podobne do oczu Szafrana. Była szczupła i miała drobne dłonie. Bard nie dbał o jej imię. Rozkoszował się jedynie jej towarzystwem i pozwalał, by i ona mogła nacieszyć się nim na krótką wyłączność.
Poranną rozmowę przerwało jednak ogłoszenie pewnego mężczyzny. Miał ponury wygląd, czarne włosy do ramion i nieprzyjemny wyraz twarzy. Szafran jednak utkwił w nim na dłuższą chwilę swoje szmaragdowe spojrzenie. Było w nim coś, co przyciągało uwagę. Co zmuszało, by zawiesić na nim wzrok na trochę dłużej, niż zwyczajnie wypada.
Wiadomość o zbliżającym się apelu jednak przyjął z typową dla siebie nonszalancją. Pożegnał swoją rozmówczynię i udał się po swoją lutnię. Zamierzał zagrać jakąś piosenkę na powitanie kolejnego dnia w tym obskurnym obozie zwanym Bastionem.
 
Pan Elf jest teraz online  
Stary 04-01-2017, 00:18   #6
 
Lord Melkor's Avatar
 
Trudny los kupca pośród wojny

Jak tylko krótka narada dobiegła końca, Rodrik poszedł rozmówić się z Perkufalem Długopalcym, właścicielem karawany, która ugrzęzła w Bastionie razem z resztą nieszczęśników. Obstawa karawany mocno uszczupliła się w trakcie niespodziewanego ataku Hordy i pod komendą Perkufala została ledwie grupka woźnic i trzech zbrojnych, przy czym jeden z nich zerwał kontrakt - pomimo trzykrotnego podbicia stawki - i dołączył do niedobitków gwardii.

- Panie Perkufal, nie powinniśmy stawić się na apelu...?
- Nie denerwuj mnie! Może wszyscy przejdziecie do gwardii co? - niziołek nakrzyczał na strażnika, szybko jednak na jego twarzy rozjaśniał uśmiech, gdy zobaczył zbliżającego się Rodrika. - Co u mojego rycerza? - wyszedł naprzeciw szlachcica i rozłożył ręce w powitalnym geście.

Rodrik rzucił okiem na Perkufala i jego zbrojnych. Do obstawy nie miał zaufania, pewnie przy zagrożeniu życia czmyhną, jeżeli tylko będzie okazja. Natomiast kupiec był upartym niziołkiem, znał się na handlu, oczywiście w sprawach wojskowości powinien polegać na radach Sir Rodrika….
- Panie Perkufalu, sytuacja jak wiesz nie jest najlepsza, na razie Horda wydaje się omijać Bastion, ale nie możemy tu przebywać w nieskończoność. Nie wierzę, by Złoty Kłos mógł się oprzeć potędze Tazoka, powinniśmy podążać w stronę Królestwa, gdzie mój Baron czeka na twój transport - na apelu powinna zapaść decyzja o wysłaniu zwiadu do którego prawdopodobnie dołączę, zobaczymy czy droga nie jest blokowana przez Hordę… - Młody rycerz przemówił, krzyżując ręce na piersiach i starając się sprawiać wrażenie osoby mającej dobry osąd o sytuacji.

- Nawet ty mnie tu zostawisz? Nie mogę polegać na tych głąbach - wskazał na swoich ludzi - tylko ty mi zostałeś! Miejże litość - złożył dłonie w błagalnym geście.
Za plecami niziołka, woźnicowie kręcili głową z dezaprobatą. Perkufal nie należał do osób pobłażliwych i nieraz dostawało im się naganę, niekoniecznie zasłużoną, ale od czasów inwazji ich cierpliwość spadła drastycznie.

- Tu nie chodzi o litość, jestem rycerzem i nie cofnę się przed niczym, by wykonać powierzone mi zadanie…. zwiad jest niezbędny, abyśmy znaleźli szlak dla transportu wolny od Hordy, tylko ja tutaj mam porządnego konia. Musisz mi zaufać…. A twoi ludzi dochować wierności, tam skąd pochodzę zdrajców przekazuje się Katom, zresztą jeden z nich jest w Bastionie - Rodrik groźnie rozejrzał się dookoła. Musiał być twardy, sam obawiał się gniewu swojego Pana, jeżeli nie wywiąże się z misji.

- Ale nie jesteśmy u ciebie, rycerzu. Tutaj chołota gotowa jest porzucić mnie przy najbliższej okazji! - machnął ręką, by Rodrik zniżył się do poziomu niziołka. - Boję się, że jak znikniesz nawet na chwilę, to oni odejdą. Dopóki trzymasz na nich swoje czujne oko, do głowy im nie przyjdzie zrobić coś głupiego - wyszeptał zaniepokojony Perkufal.

Rodrik zmarszczył czoło, rozumiał argumenty kupca i nawet podzielał jego obawy. Ale czy rozsądnie byłoby uchylać się od udziału w zwiadzie, jeżeli zostanie wyznaczony. Odpowiedział również szeptem:
- Rozumiem twoje obawy, jesteśmy w trudnym położeniu, chodźmy na apel i zobaczmy jak się rozwinie sytuacja.

- Ale wezmę tych dwóch i zastrzegam, że nigdzie się nie wybieram ani ja, ani moi ludzie.

- Oczywiście, będę stał u twego boku, nikomu nie umknie moje wsparcie dla ciebie - Rodrik skinął głową i podążył wraz z Perkufalem.
 
Lord Melkor jest offline  
Stary 05-01-2017, 04:45   #7
 
kinkubus's Avatar
 
Dwalin

Elfka
uśmiechnęła się głucho, gdy krasnolud zaproponował swoją pomoc. Każda para chętnych rąk była potrzebna, a do tego dało się zauważyć, że Dwalin był szanowaną osobą w tych stronach i ludzie chętnie oraz z mniejszą nieśmiałością zwracali się do niego po pomoc. Zielarka w milczeniu wykonywała swoje prace, nie odzywając się zbędnym słowem do krasnoluda, dopóki czegoś nie potrzebowała. Po niedługim czasie wyszły na jaw różnice w zdolnościach obu medyków; elfka była jedynie zwykłą zielarką, która zaleczała powierzchowne rany i pomagała naparami na złe samopoczucie, Dwalin zaś potrafił znacznie więcej, doglądając głębszych i poważniejszych ran przy których zielarka nie byłą w stanie wiele wskórać oprócz kojącego okładu.

Sytuacja była spokojna do momentu, gdy jeden z gwardzistów zaczął raptownie kasłań krwią. Żył do tej pory jedynie dzięki pomocy kompanów, którzy nieśli jego poranione ciało aż z pola bitwy i pomimo jego próśb, nie zostawili go na pastwę losu. Chociaż pomoc nadeszła szybko, niczego nie dało się już zrobić. Chłopak wykrwawił się.

Kolejna dusza trafiła na listę niewzruszonego Jergala, który nie uroni nawet jednej łzy nad losem poległego...



Apel

Wszyscy zainteresowani zaczęli gromadzić się na chwilę przed wyczekiwanym apelem. Odwrócił uwagę niemal każdego od trudów codziennej sytuacji; powoli zbliżającego się głodu, zagrożenia życia czy nieznajomość losów bliskich. Był punktem dnia, który chociaż na chwilę mógł zająć czas i wypełnić pustkę niemocy.
Nie dało się jednak nie zauważyć wyraźnej animozji, jaka zrodziła się pomiędzy Perkufalem a jego byłym najmitą. Niziołek patrzył spode łba na - teraz - gwardzistę, który dostał tabard po rannym członku formacji i pewnie dzierżył halabardę.

Baczność! — rozkazał jeden z gwardzistów na moment przed nadejściem konstabla.

Po chwili mężczyzna w barwach Złotego Kłosu wszedł na paczkę. Prezentował się zacnie i jak najlepiej potrafił, jednak wyraźne ślady walki oraz utrudniona higiena burzyła ten wyraz znacząco.

Sytuacja może się wielu z was wydawać beznadziejna — zaczął konstabl — ale wiedzcie, że mamy wszystko pod kontrolą! Żadne ścierwo z Hordy — podkreślił to słowo, by każdy wyraźnie zrozumiał, kto tutaj jest wrogiem — nie zaatakowało naszego obozu, dzięki zasłudze waszej miłościwej gwardii! Teraz, kiedy możemy dokładnie zmierzyć nasze siły i szanse, wyślemy dwie grupy zwiadowcze! Pierwszą, na północ, poprowadzi Ser Rodrik. Drugą, na zachód, poprowadzi Ser Albin!

Wskazał na obu zbrojnych, którzy stali po jego bokach. Dodanie przedrostka „ser” do kata było zdecydowanie nad wyraz, ale mało kto wiedział o jego statusie i tylko domysłu sugerowały, że należał do niesławnego zakonu.

W grupie Ser Rodrika pojedzie nasz wojownik na dziku oraz jeden ochotnik! Zwiad będzie poruszał się na koniach... wierzchowcach! Mamy pod komendą jednego na zbyciu, dlatego pojedzie nim ochotnik! Do grupy Ser Albina potrzebuję więcej ochotników! Jest to zadanie marginalnego ryzyka, ale każdy ma mieć na wszelki wypadek broń i umieć nią walczyć! Chętni, wystąpić z szeregu!

Pierwszy na ochotnika, jak na komendę, wyszedł krasnolud Rond. Nadal jedyne, co przy sobie miał, to buzdygan, ale wciąż kipiała w nim złość po stracie kuszy.

Szafran

Większość obozu udała się na apel i chociaż muzyka barda była kojącym doznaniem pośród uchodźców, scenę skradł mu konstabl, którego krzyki dało się usłyszeć nawet tak daleko.
Blond piękność jednak nie opuściła boku grajka i lepiła się do niego bardziej, niż przedtem. Wpatrywała się swoimi ślepiami na jego palce, które sprawnie wprowadzały struny w drganie.

Inni słuchacze również się znaleźli, głównie ci, którzy postanowili zignorować apel. Grupka odszczepieńców, która za nic miała sobie inwazję, lekceważąc zagrożenie? Być może.
 
kinkubus jest offline  
Stary 10-01-2017, 19:51   #8
 
Pan Elf's Avatar
 
Szafran żył chwilą, dlatego też ważniejszym było dla niego wzbudzenie zainteresowania wśród swoich słuchaczy, niż obecność na jakimś mało istotnym apelu, który przecież nie mógł wnieść nic ciekawego do jego barwnego życia.
Pląsał więc swoimi zgrabnymi palcami po strunach lutni, od czasu do czasu puszczając oko do któregoś ze słuchaczy lub uśmiechając się zawadiacko.
W końcu jednak melodia ustała, a Szafran spojrzał po swoich wiernych słuchaczach-degeneratach. Rozsiadł się wygodniej.
- Znałem kiedyś pewną piękną kobietę - zaczął teatralnym tonem, jakby właśnie występował przed wielką publiką. - Zawarłem jej tragiczną historię w pieśni, którą chciałbym was uraczyć. Uprzedzam jednak, że jest to pieśń raczej smutna.
Po tych słowach znów chwycił za lutnię i zaczął wygrywać melancholijną melodię, by po chwili dołączyć do tego również swój śpiew.

Lady Moraine, Sylvia Moraine
Rudowłosa czarodziejka
Wierzba płacząca, tam, gdzie brzeg
zielonym okiem zerka.

Wśród wzgórz zielonych, gdzie czarny las
żyła ta czarownica
W świetle księżyca i blasku gwiazd
zioła zbiera i znika
Dawno nie widział już czarny las
jak śpiewa o słońca wschodzie
Bo ona kiedy dnieje blask
w źródlanej przegląda się wodzie

Pełnia księżyca, raz na jakiś czas
uwalnia czary elfie
na uroczysku nieziemski blask
mrok gęsty jak grzywa Kelpie
minęło chyba już ze sto lat
od tamtej nocy pamiętnej
gdy obdarzony czarem driad
uwiódł elf czarodziejkę

Aeriador z Seelie, książę Sidhe
tak się w Moraine zauroczył
że kiedy chciała odrzucić go
sypnął jej proszkiem w oczy
a taki jest pyłu faerie czar
że gdy się ze łzą zmiesza
w serce się wedrze, rozpali żar
spokoju nie zazna dusza

Lecz elfia miłość – mgnienie barw
na skrzydłach u motyla
Aeriador z Seelie, piękny elf
nad inna urok rozpyla
lecz nie znał on tej potęgi złej
co Sylvii sercem miota
“Niech cię dopadnie, ach! w chwili tej
jak serce niestałe – brzydota”

Do królowej elfów Sidhe
Aeriador przyszedł zgnębiony
“Niech pożałuje dzisiaj ta
przez którą żem tak oszpecony”
A że te Sidhe to mściwy lud
choć Aeriador uleczony
w wierzbę zamienią Sylvię Moraine
co serce miała zranione

Wierzba Moraine, Sylvia Moraine
gdy pełnia na niebie niedługa
zza rudych włosów Sylvia Moraine
zielonym okiem mruga.

Potem zamilkł i zamyślił się, pozwalając również reszcie zanurzyć się w krótkiej refleksji. Tak też uczynili, przetwarzając znaczenie pieśni we wspólnej ciszy, dopóki bard nie poczuł czegoś mokrego, a zaraz potem usłyszał równie mokre zaciągnięcie nosem. Obok niego znowu była blondwłosa piękność, która wyjrzała zza jego rękawa i przez chwilę patrzyła się załzawionymi oczami, by wreszcie zrozumieć, jak musiało to wyglądać.
- Ja nie... tylko wytarłam oczy... - zrobiła się czerwona jak burak.
- Piękna pieśń - odezwał się mężczyzna w dużym, słomianym kapeluszu, który zakrywał cieniem prawie całą jego twarz, dopóki nie podniósł głowy. - Można by ją utopić w trzęsawisku. Nawet elfy wiele się nie różnią od tych z puszczy, po prostu nie potrafią odpuścić...
Szafran, trochę zniesmaczony zachowaniem blondynki, odsunął od niej swoją rękę, podejrzliwie przyglądając się przez chwilę rękawowi. Potem przeniósł wzrok na mężczyznę w słomkowym kapeluszu.
- Elfy to dumne stworzenia, które nie przyjmują porażki, do tego niezwykle piękne. - Szafran rozmarzył się na moment. - Poza tym są bardziej wyrafinowane w swoich działaniach, niż zwykli, prości ludzie. Nie wystarczyłoby im utopienie biednej Sylvii w trzęsawisku. Umarłaby i nie miałaby już czego żałować. A tak, zamieniona w wierzbę, ma całą wieczność na smutek i żal po swoich czynach.
Szafran znów spojrzał na blondynkę i uśmiechnął się pocieszająco.
- Otrzyj swoje łzy, bo choć pięknie rozświetlają twoje różowe policzki, to zaraz napuchniesz i nie będzie już co podziwiać - powiedział pół żartem, a pół serio.
Zawstydzona dziewczyna odsunęła się od Szafrana, chowając twarz tym razem już za swoim rękawem. Przetarła oczy i zawiesiła wzrok na ziemię pod stopami. Zaczęła kopać mały kamyk swoją drobną stópką w sandałku.
- Niepoprawny romantyk, tak się zachłysnął widokiem, że aż nie zauważył faktów - skwitował uśmiechnięty kapelusznik.
Zdjął z głowy nakrycie, ujawniając pełnię swojego chudego lica, zapadniętych policzków, swoich szarych, podkrążonych oczu i zmierzwionych włosów koloru równie słomianego, co kapelusz.
- Miałem na myśli Trzęsawisko Łez, to miejsce na północy wybrzeża. Wiele opowieści o nim słyszałem i ta pieśń by pasowała jak ulał. Może na dnie tam wierzba rośnie i tak zawodzi?
- Zaraz i ty odlecisz - parsknęła ruda kobieta, która przez cały czas wylegiwała się na stercie beczek. - Zagraj coś jeszcze, tylko weselszego. - zaproponowała, nie ruszając się z miejsca, nawet nie zwracając bezpośrednio do barda, a jedynie patrząc w niebo.
Szafran zamyślił się nad słowami chudego mężczyzny o włosach koloru jego słomianego kapelusza. To prawda, słowa piosenki idealnie pasowały do tego miejsca, choć Szafran po raz pierwszy o nim słyszał. Trochę go zaciekawiło czy faktycznie mógł znaleźć tam ową płaczącą wierzbę, choć bardzo w to powątpiewał, bo prawdziwa Sylvia miała się całkiem dobrze, choć jej serce rzeczywiście zostało złamane przez pewnego przystojnego barda o szmaragdowych oczach.
- Coś weselszego się wam marzy, hę? - zapytał w końcu Szafran, kiedy powrócił myślami do miejsca, w którym siedział i jego publiki. - Niech więc będzie, wszystko dla mych wspaniałych słuchaczy! - zaanonsował teatralnym tonem i zaczął wygrywać wesołą i nawet trochę skoczną melodię na swojej lutni, a do tego dołączył całkiem zabawny tekst piosenki.

Od kiedy sięgam myślą
Marzyłem zawsze by
Elficką mieć urodę
I stąd w mych oczach łzy
Niziołkiem wszakże jestem
I to nie zmieni się
I wcale nie pomaga
Że matka śpiewa że:

Tak dobrze być niziołkiem
I w norce mieszkać swej
Uprawiać sobie rzepę
I gulasz robić z niej
Jak dobrze być niziołkiem
Spokojne życie wieść
I martwić się tylko tym
Aby dobrze zjeść

Czas mija a ja marzę
I złość ogarnia mnie
Wszak chciałbym być elfem
Jak jedwab włosy mieć
Niziołkiem jednak jestem
Na stopach czeszę sierść
I wcale nie pomaga
Brata mego pieśń

Że dobrze być niziołkiem
I z norki prysnąć raz
Przeżyć swą przygodę
W elfiej puszczy póki czas
Jak dobrze być niziołkiem
I w elfce durzyć się
I zawsze mieć na oku
To co kręci mnie

Pół-elfka, która do tej pory zajmowała się przez większość czasu cichą rozmową, zachichotała, jednak nie z powodu treści piosenki, a niziołka, który był dotychczas jej rozmówcą i przy drugim refrenie, zaczął pogwizdywać, jakby znał melodię. Niziołek natychmiast przestał, gdy doszła go reakcja dziewczyny i wstał zawstydzony, ale ona nie dała mu spokoju, biorąc go w skoczny tan. Czerwony jak burak, podrygiwał, trzymany za ręce przez pół-elfkę. Wyglądało to niemal tak, jakby bawiła się bezwiedną lalką.

Czas mija – ja poznaję
Dziewczynę – taki los
We wszystkim mnie wyręcza
Gdy narzeczeństwa czas
Lecz gdyśmy się pobrali
Na pole zagnała mnie
I wcale nie pomaga
Podśpiewując że

Tak dobrze być niziołkiem
I mężulka miłego mieć
Co pierze i gotuje
I łóżko grzeje też
Tak dobrze być niziołkiem
W fotelu miękkim tkwić
Czytając dobrą książkę
Fajeczkę sobie ćmić

Tu miarka się przebrała
Jak osa chodzę zły
Wywijam mokrą ścierką
Jak trzeba po łbie dam
I wtedy mnie olśniło
Być elfem – to nie sen
I z piosenki mojej matki
Morał wyciągam ten

Że dobrze być niziołkiem
I żyć ze dwieście lat
I z wioski się nie ruszać
Być z rolą za pan brat
Jak dobrze być niziołkiem
I w norce swojej tkwić
Wszak żona moja nie jest elfką
– nie będzie wiecznie żyć.

Szafran zakończył swoją piosenkę z uśmiechem i spojrzał po swojej publice.
- Piosenki tej nauczył mnie pewien zacny niziołek, którego dawno temu poznałem na swojej drodze - poinformował, odkładając ostrożnie instrument obok siebie, jak gdyby był niemowlęciem.
Zgromadzenie było zachwycone i opłaciło muzyka brawami. Weselsza atmosfera udzieliła się nawet osobom, które dotychczas tylko z daleka podsłuchiwały, co też działo się w kąciku Szafrana. Chyba jedyną osobą, która nie zaklaskała, była ruda, wciąż gnijąca na beczkach.
- Brawa zasłużone, taka nuta pośród przygnębienia jak balsam na samo serce - podsumował kapelusznik.
W tle widowni tego przedstawienia znalazła się jednak jeszcze jedna osoba, która nie wyrażała jawnego entuzjazmu owym przedstawieniem. Nie dlatego, że się nie podobało, ale podczas wielu lat pobierania nauk w zakonie Poszukiwaczy Skruchy i Odkupienia, Albin nauczył się nie przejawiać krzty emocji niezależnie od sytuacji. Miało to zapewne na celu jeszcze większe podbudowanie złej sławy krążącej wokół jego zakonu.
Niemniej, kiedy bard zakończył swą grę, Kat spokojnie przedarł się przez mały tłum i stanął z nim oko w oko.
- Piękna pieśń - powiedział to w tak bezbarwny sposób, że Szafran nie mógł być pewien, czy Kat mówi poważnie, czy właśnie się z niego nabija. Zaraz jednak Albin omiótł spojrzeniem pozostałych zebranych i zmienił temat. - W ciągu godziny wyrusza zwiad na zachód. Każdy, kto ma choć trochę odwagi i chęci może dołączyć. Jednak z pewnością przydałby się również ktoś, kto przez swoje życie miał okazję zdobyć nieco doświadczenie podczas różnych przygód i podróży.
Wraz z ostatnimi słowami spojrzenie Kata ponownie padło na Szafrana. Przez ostatnie dni Albin siedział raczej na uboczu, jednak nawet do jego uszu doszły opowieści o owym bardzie. Ktoś taki mógł się przydać w jego drużynie. O ile oczywiście plotki o nim były prawdziwe.
Szafran przez chwilę zastanawiał się nad słowami mężczyzny, jednocześnie wpatrując się w niego badawczo. Cóż, skoro został postawiony przed taką sytuacją, nie mógł odmówić! Jeszcze ucierpiałaby na tym jego duma i reputacja, jaką zdążył sobie wyrobić wśród tych wszystkich niedobitków obozujących w Bastionie.
Uśmiechnął się zawadiacko do Albina, po czym wyprostował się i zgrabnym ruchem wskoczył na jedną ze skrzyń. Teatralnie ukłonił się, zdejmując kapelusz z głowy.
- A zatem! - zaczął, ponownie się prostując i patrząc na wszystkich z góry. - Ja, bard Szafran, wyruszam na kolejną przygodę, mając nadzieję, że powrócę z nowymi pieśniami, sławiąc niezwyciężonych bohaterów!
Nie pokazał ani trochę, jak bardzo nie w smak mu było ruszanie swojego zgrabnego tyłka z w miarę bezpiecznego obozu. Chwycił za to za swoją lutnię i plecak z całym dobytkiem i zaraz stanął u boku Albina.
- Za piętnaście minut przy zachodniej palisadzie. Weź ze sobą najważniejszy sprzęt i prowiant - rzekł zwięźle Kat, po czym spojrzał na pozostałych. - To się tyczy każdego chętnego.
Nie marnując więcej czasu, Albin odwrócił się niespiesznie i opuścił zbiorowisko. Miał nadzieję, że nie będzie później żałował zwerbowania barda.
Szafran natomiast ukłonił się pięknie zebranym słuchaczom, puścił oko do wciąż pięknej blondynki, a do mężczyzny w kapeluszu skinął głową. Reszcie posłał szelmowski uśmieszek i ruszył na miejsce zbiórki.
- Tona parującego gówna... - powiedziała ruda, kiedy oddalił się Albin i Szafran.
- Co proszę? - zdziwiła się pół-elfka.
Inni też nie byli zachwyceni rubaszną uwagą.
- Przecież to jest bzdura. - Wreszcie podniosła się z drewnianego łoża, ukazując wszystkim swoje pospolite lico, kanciastą szczękę i silną sylwetkę. - Nie zrozumcie mnie źle, mnie też się podoba, jak sobie brzdęka, ale wyjść tam i dać się zabić? Popatrzcie na niego, te przechwałki to pic, toż to pizda nie facet.

Tekst obu piosenek autorstwa Basi Karlik.


 

Ostatnio edytowane przez Pan Elf : 15-01-2017 o 20:14.
Pan Elf jest teraz online  
Stary 10-01-2017, 20:03   #9
 
Hazard's Avatar
 
Apel


Odkąd usłyszał swoje imię z nieoczekiwanym przedrostkiem “ser”, Albin wbił wzrok w postać konstabla. Być może chciał w ten sposób podbudować uchodźców i zachęcić ochotników, jednak kat był po prostu katem, a nie szlachcicem. Niektórzy fanatyczni członkowie jego bractwa mogliby uznać to za zniewagę. Na całe szczęście on nie był fanatykiem, dlatego skomentował to jedynie westchnieniem.
Wystąpił naprzód. Odruchowo prawie ukłonił się przed zebranymi, jednak w porę przypomniał sobie, że nie znajduje się na szafocie.
- Każda para rąk się przyda - przemówił, równocześnie szukając w tłumie iluzjonisty, z którym rozmawiał wcześniej. - Przyda się każdy, kto ma już dość bezczynnego siedzenia tu i cechuje się odwagą by stawić czoła niebezpieczeństwom.

Edisson został wybrany do zwiadu. No i prawidłowo, pomyślał niziołek. Wystąpił z szeregu z dumnie wypiętą piersią. Siedzenie w garnizonie i patrzenie na te smętne twarze nie było dla niego zbyt dobrym rozwiązaniem. Mogłoby to skutkować kumulacją frustracji a w takiej małej postaci szybko mogłoby dojść do jej eksplozji. Pozostawała jeszcze tylko kwestia Rycerzyka, który oczywiście od razu zaczął coś kręcić.
- Konny zwiad to dobry pomysł - rzekł Rodrik patrząc z pewnym powątpiewaniem na niziołka, który miał dołączyć do jego grupy na tej swojej dzikiej świni.
- Jednakowoż moją misją jest ochroną transportu szacownego Pana Perkufala, mogę poprowadzić zwiad jeżeli dostanę gwarancję, że ładunek będzie pod ochroną i zbrojni Pana Perkufala nie zostaną wcieleni do gwardii, w przeciwnym wypadku uznam to za zdradę.
- Rozumiem, że sir Rodrik ma “inne obowiązki” - Wtrącił się Edisson, akcentując wyraźnie dwa ostatnie słowa.
- Przepraszam, nie lubię stawiać ludzi przed faktem - odpowiedział cicho konstabl, zwracając się wyłącznie do rycerza. - Oczywiście, będziemy pilnowali każdego, kto zostanie w obozie. Dlatego większość gwardzistów zostaje na posterunku, żeby nikomu nie stała się krzywda podczas waszej nieobecność. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z tym wcieleniem do gwardii... ale nie martwcie się również o to, nikogo nie mamy zamiaru wcielać na siłę. Wy zaś - spojrzał na niziołka - milczcie teraz i złóżcie swoje skargi po apelu.
- A na co tu się skarżyć? - Zapytał, ale bardziej sam siebie. Wolał nie drażnić konstabla, póki co. Zresztą na co się tu skarżyć? Na to że wszędzie grasują popieprzone gobliny i inne chore stwory? Na jedzenie, które nie dość że paskudne to prawie go wcale nie ma? A może na zwiad, który wydaje się samobójstwem i to w dodatku w doborowym towarzystwie? Nie, Edisson przecież nie był marudą. Całą epopeję narzekań zachował w swoim małym jestestwie.
-Rozumiem konstablu, w takm razie poprowadzę zwiad, jak rozumiem, że ręczysz za bezpieczeństwo Pana Perkufala… Rodrik pomyślał, że zanim odjedzie będzie musiał poważnie rozmówić się z dwoma ochroniarzami kupca którzy mu pozostali.
-Edissonie, widzę, żeś zachwycony nie jesteś, ale akceptujesz moją komendę, prawda? Nie znam się wojskowości niziołków, jeżeli taka istnieje, ale nosisz się jak wojownik, masz jakieś doświadczenie?
- Nie, to tylko taka moda. - Niziołek strzepnął sobie kurz z ramienia kolczugi. Poczym podniósł swój młot bojowy. - A tym wbijam gwoździe… do trumien. Chętnie Ci będę towarzyszem bo tego miejsca nie zdzierże. Kiedy ruszamy?
-Jeżeli tym młotem walczysz równie celnie jak słowem, to jesteś godnym wojownikiem - powiedział Rodrik, pozwalając sobie na cień uśmiechu. Nie potrzebował wroga w tym niziołku, miał nadzieję że uzna jego dowództwo na tej misji. Następnie wyciągnął swój miecz i zaczął sprawdzać stan jego ostrości.
- Proponuje wyruszyć tak szybko jak będziemy gotowi.
- W takim razie przygotuję Bertę. Na pewno się ucieszy na wieść o wycieczce. - Obrócił się na pięcie i ruszył do swojej dzikiej świni. - Będę czekał przy zachodniej granicy garnizonu.

W trakcie tej wymiany zdań, zaczęły wychodzić kolejne osoby. Jedną z pierwszych był Dwalin. Szybko staną przy kuzynie.
- Jeśli mamy pchać się w hordę goblinów i nego zielonego plugastwa, to razem, tak jak rodziciele mówili. Na pohybel zielonym chodźmy, ściąć parę zielonych czerepów.
Oparł się trójząb, lewą dłonią musnął symbol Chauntei nie bez powodu tak podbny do godła Złotego Kłosa.
- Ale Dwalin, mają tylko jednego konia. Nie będziemy go chyba oboje męczyć?
- Ja zgłaszam się na północ - powiedział ktoś z tłumu. - Jeśli można, oczywiście. Potrafię jeździć konno.
Był to młody gwardzista, chyba najmłodszy spośród wszystkich. Konstabl jedynie machnął ręką w odpowiedzi, by stanął obok jeźdźców. Rond obrzucił go gniewnym spojrzeniem krasnoluda, któremu właśnie zwinięto miejsce w zwiadzie na północ.
Rodrik obrzucił młodego ochotnika wnikliwym spojrzeniem, zastanawiając się na ile będzie użyteczny - masz jakieś doświadczenie w walce - spytał się.
- T... tak - młodzik speszył się po tym niespodziewanym pytaniu. - Brałem udział w bitwie...
- Więc przelewałeś krew? To dobrze. - Skwitował Rodrik rad, że nie miał do czynienia z zupełnymi nowicjuszami.
Gwardzista przytaknął mu skinieniem, nie będąc pewnym, czy powinien coś jeszcze dodać.

Corlo bardzo lubił bezczynne siedzenie i cechował się odwagą godną swojego zawodu (urzędnika średniego szczebla na uczelni) dlatego stał tak, by nie było go łatwo zauważyć. Gdy spostrzegł, że jego wysiłki poszły na marne i spotkał się wzrokiem z Albinem, chciał odpowiedzieć, że dziękuje, że tu mu dobrze, że zajmie się liczeniem worków z ziarnem, albo przekonywaniem kupców by je wydali zarządcy albo naprawianiem zbroi… czymkolwiek, co pozwoli mu być z dala od goblinów i walki. Zwłaszcza od walki. Jego zachowaniem od wielu już lat rządził rozsądek. Ale nie tego dnia. Absurdalność całej tej sytuacji (wojna, ten obóz, iluzoryczne szanse na przeżycie) spowodowała, że cichy głosik z głowy, pasujący do młodszego o ćwierć wieku maga, dorabiającego sobie na studiach sztuczkami magicznymi po karczmach i zajazdach, od wielu już lat tłumiony, wyrwał się na swobodę i czarodziej powiedział:
- Sir, I volunteer for a suicide mission. - rozejrzał się niepewny czy inni załapali, że żartuje. Spojrzał na kata podpowiadając - “You're a brave man. But when I'm in command every mission's a suicide mission. “ - poruszał samymi ustami nie wydając głosu. Nie wiedział czy kierunkowe jednak wykształcenie kata także zapewniało znajomość tego dzieła i cytatu.
Nie dzięki swojej sile przekonywania i charyzmie, ale Sadraxowi udało się zdobyć uwagę wielu, którzy w milczeniu zwrócili się w jego stronę. Zawiało ciszą, kiedy tłum rozchodził się, odsłaniając iluzjonistę.
- Coś ty za jeden? - zapytał konstabl, schodząc z prowizorycznej mównicy.
- Czarodziej - cicho podpowiedział Konstablowi stojący za jego plecami Albin.
- Iluzjonista - dodał czarodziej. Poczuwszy na sobie wzrok wielu osób poczuł się jak lata wcześniej, gdy zabawiał publiczność swoimi sztuczkami magicznymi za alkohol, pieniądze i jadło. Ukłonił się i dokończył więc - Sadrax, zwany Wielkim. Przez kobiety, nie przez innych magów. Jeszcze nie, oczywiście. A to Pan Mazgiller - dodał wskazując na czarnego kota śpiącego w rękawie szaty.
Konstabl podszedł do Sadraxa i stanął z nim twarzą w twarz.
- Bawi cię to, czarodzieju?
~Niepomiernie. Zwłaszcza ten pomysł, że wyjdziemy z tego żywi - miał już powiedzieć, wstrzymał się jednak ze względu na Kata. Nie uważał by napuszony styl i udawanie, że nic się nie stało mogło poprawić czyjekolwiek morale, nie chciał jednak podrywać autorytetu przyjaciela Albina, swojego nowego znajomego.
Kat uśmiechnął się na słowa czarodzieja. Najwyraźniej do niego poczucie humoru trafiło. Zaraz jednak nieprzenikniona maska beznamiętności powróciła na jego twarz. Położył rękę na ramieniu konstabla i powiedział sucho:
- Wezmę go ze sobą na zachód. Każdy się przyda. Krasnoludy też, jeżeli nie mają na czym jechać na północ.
- Więc weźcie go, niech znika z moich oczu, póki mam jeszcze cierpliwość.

Konstabl wrócił na mównicę, wykonał kilka gestów i obok ochotników stawiła się grupa gwardzistów.
- Złoty Kłos jest wam wdzięczny za okazanie odwagi w tak trudnych chwilach! Od teraz stanowicie ochotniczy oddział gwardii! Nie martwcie się, na froncie zawsze będzie stał gwardzista, by jako pierwszy stanąć do walki i ochronić was swoimi doświadczeniem oraz umiejętnością! Rozejdźcie się i wróćcie do swoich zajęć, podczas gdy grupa Ser Albina uda się z moimi ludźmi przygotować do wyruszenia w drogę! Zwiad na północ niech podejdzie do mnie, podzielę się z wami detalami.

Dwali popatrzył na kuzyna.
- Ruszysz ze mną bracie, czy wolisz zająć się naprawą sprzętu lub przygotowani broni lepszej od tego czym teraz gwardia dysponuje. Jak widzę to też jest ważki problem. Wszak nie mogą walczyć grabiami, zaś każda broń nawet najprostsza wykonana przez ciebie będzie lepsza od tego czym ci ludzie dysponują. Nie wspominam nawet o zbrojach bo te to już zupełny obraz nędzy.. - wskaza na ludzi zebranych na apelu oraz tych kręcących się po obozowisku.
- Ja muszę ruszyć z patrolem. Moje umiejętności lecznicze mogą być potrzebne w czasie zwiadu..
- Nie chcę siedzieć w tym miejscu. Czuję, że potrzebne mi na rozluźnienie rozbicie kilku goblinich łbów - odparł młodszy krasnolud. - Mam nadzieję, że chociaż tamtym na koniach się zwiad uda i będziemy mogli wrócić do miasta, bo tutaj wiele nie zdziałamy bez porządnej kuźni.
- Nie mamy też tu kuć nowych broni i zbroi bo tego nie da się zrobić. Chyba że znalezli by się rzemieślnicy potrafiący postawić taką kuźnie jedynie naprawić i poprawić to co można przy pomocy narzędzi, które posiadamy. Cieszę, że idziesz ze mną, lecz martwi mnie, że nie masz zbroi. Trzymaj się zatem blisko mnie.
Potem popatrzył na dowódcę .
- Konstablu czy w zasobach obozu znajdują się jakieś tarcze lub zbroje oraz broń, które nie są wykorzystywane, Może od rannych. - Dwalin nie chciał wspominać o zabitych a wszak i tych było wielu. - Przydało by się dozbroić tych, którzy wyruszają na zwiad.
- Tak, jest kilka tarcz i broni, powinien być również jakiś pancerz. Chętnie dozbroiłbym wszystkich, ale z tak szczupłym zasobem, wolę zachować większość dla gwardzistów.
- Zatem dozbroić tych ze zwiadu, którym to potrzebne. Większość jakiś swój sprzęt posiada. Mój kuzyn jest dobrym wojownikiem doskonałym strzelcem lecz w tym zamieszaniu zostawił broń i większość uzbrojenia w mieście. W końcu wybierał się tylko do bezpiecznego miasta w sprawach kuźni, lecz atak zielonych nastąpił nagle.
Dwalin rozłożył ręcę i wzruszył ramionami.
- Zbytnio uwierzyliśmy w spokój, i w to, że gobliny zajmą się jak zwykle wyrzynaniem siebie nawzajem.
- Idźcie do dowódcy, na zbiórce dostaniecie co damy radę znaleźć. Ja najpierw muszę porozmawiać z drugą grupą - Konstabl ucinał rozmowę, odpowiadając tylko na najważniejsze pytania.
Jako, że nie było nic do dodania podszedł do Albina.
 
Hazard jest offline  
Stary 18-01-2017, 13:53   #10
 
Cedryk's Avatar
 
Zwiad Grupa Albina

Podróż godzin: 7.5/8, odległość od obozu: 20km / 8 godzin (stromo pod górkę od połowy drogi)
odległość do Pegate: 5km / 2 godziny

Grupa wiedziona przez Albina wyruszyła niedługo po pierwszej. Droga do Pegate zeszła z górki, dosłownie i w przenośni; Schodzili przez większość czasu z wzniesienia, na którym znajdował się obóz, a w okolicy nie natknęli się na ślady obecności goblinów czy innych poczwar Hordy. Okolica była wręcz posępnie cicha i spokojna.
Gdy mieli już osadę w zasięgu wzroku, mogli przyjrzeć się, jak wyglądała sytuacja. Pegate składało się z kilkunastu domków, które z tak daleka wydawały się być w jednym kawałku. Niestety, nie dało się dostrzec ruchu.

- Miałem nadzieję, że odgryziemy się po drodze na chociaż jakieś... - wycedził niezadowolony krasnolud o kręconej brodzie.
- Ciii - przerwała mu niziołka - ważne, że wioska dalej stoi. Widziałam, co zrobili z Beothorp, nie zostawili kamienia na kamieniu.
- Mogę wysłać kota na zwiady. A nas ukryć pod iluzją na ten czas. - Sadrax patrzy na Albina
Dwali pokręcił głową.
- Idziemy czy wracamy? Jeśli ruszymy do Pegate to będziemy musieli w nim albo jego okolicach stanąć na noc.
- Mamy rozkazy - przypomniał gwardzista.
- A chuj z rozkazami! - wtrącił się Rond. - Tam może być ktoś, kto potrzebuje naszej pomocy! Zresztą, teraz ten rozkazuje - wskazał na Albina.
Rozgorzała krótka dyskusja i prawie wszyscy wyrazili swoją opinię. Większość na razie opowiadała się za pójściem do wioski.
- Zatem idziemy, nie ma się co nad tym dalej rozwodzić. Nie pierwszyzną dla mnie nocowanie na trakcie, więc nie będzie tak źle. - Dwalin wzruszył ramionami i podpierając się okutym końcem drzewca trójzębu, ruszył dalej równym tempem.
Dowódca chwilę się nad tym zastanowił, po czym dał rozkaz do marszu.


Zwiad maszerował pośród równin i zatrzymał się ponownie, gdy dzieliły go od Pegate ledwie dwie godziny drogi, a uczestnikom zaczęło doskwierać zmęczenie. Powoli zbliżał się wieczór, który pod gołym niebem mógł oznaczać, że zastanie ich nieprzyjemny deszczyk; zbyt mały, by nazwać go ulewą, acz wystarczający, żeby wszystkich zmoczyć.
Albin nakazał postój i zlecił niziołce oraz Szafranowi wyjść nieco naprzód i przyjrzeć się wiosce, która z tej odległości powinna być dobrze widoczna. Potrzebowali tylko jakiegoś wzniesienia, które malowało się kilkadziesiąt metrów od ich pozycji. Mieli wziąć ze sobą iluzjonistę, gdyby był w stanie wspomóc ich jakimś zaklęciem.
Reszta miała rozglądać się w różnych kierunkach, na wszelki wypadek, gdyby jednak gdzieś w okolicy znajdowały się łby Hordy.

Mogli wreszcie przysiąść, nawet coś przekąsić. Ochotnicy rozdzielili się na trzy grupy, wypatrując zagrożenia, jak kazał dowódca. Siwy niziołek, masywny mężczyzna i wykwintna kobieta oddalili się na wspólną rozmowę. Posępny elf poszedł w swoją stronę, kontemplować w samotności, a dwójka krasnoludów postanowiła trzymać się razem i chciała wciągnąć w to trzeciego.
 
__________________
Choć kroczę doliną Śmierci, Zła się nie ulęknę.
Ktokolwiek walczy z potworami, powinien uważać, by sam nie stał się potworem.
gg 643974
Cedryk vel Dumaeg czasami z dopiskiem 1975
Cedryk jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:24.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168